Król Maciuś na wyspie bezludnej
Ach, jak strasznie źle było Maciusiowi w więzieniu. Właściwie nie było mu źle - ale ciasno. Ciasno i nudno.
Bo jeżeli ktoś siedzi w więzieniu - i mają go rozstrzelać - wcale się
nie nudzi. Ale Maciuś miał być wysłany na bezludną wyspę. Maciuś
przegrał wojnę, był jeńcem królewskim i - zupełnie jak Napoleon będzie
wysłany na wyspę.
A tymczasem czeka.
Mieli go wysłać za tydzień, a przeszło trzy tygodnie - i nic. Bo trzej
królowie, którzy wzięli go do niewoli, ani rusz nie mogą się pogodzić.
Młody król nie ukrywał wcale, że nienawidzi Maciusia, pragnąłby
najlepiej pozbyć go się zupełnie. Smutny król już nie bał się przyznać,
że jest przyjacielem Maciusia. Więc król, opiekun żółtych, któremu było
wszystko jedno - mówił, jak być powinno.
A powinno być tak, żeby Maciuś żył sobie spokojnie, ale żeby nie mógł
się wtrącać do niczego i żeby nie mógł uciec. Więc nie można wysłać
Maciusia na wyspę Maras, bo tam są błota, jest żółta febra i czarna
ospa. Nie można wysłać Maciusia na wyspę Luko, bo za blisko lądu i czarni królowie mogliby ułatwić ucieczkę. Aż ogłosili konkurs, to znaczy
wydrukowali we wszystkich gazetach całego świata takie ogłoszenie:
Jeżeli jaki nauczyciel geografii wskaże nam dobrą wyspę dla Maciusia,
otrzyma dużą nagrodę. Dajemy miesiąc czasu, żeby napisali, gdzie ta
wyspa leży i dlaczego jest odpowiednia dla Maciusia.
Zaczęły nadchodzić odpowiedzi. Królowie powiesili na ścianach mapy
wszystkich części świata i na wyspach, które im się podobały, wkłuwali
szpilki z chorągiewkami.
Tymczasem przyjechał Bum-Drum, jeszcze kilku mniej ważnych królów
czarnych i żółtych, przyjechała królowa Kampanella i pięciu białych
królów, którzy udawali, że też mają wiele do powiedzenia.
Narady odbywały się w różnych miastach, bo królowie byli dumni i mówili:
- Jak chcą, żebym radził, niech do mnie przyjadą, żeby nie wyglądało, że
ich proszę o łaskę.
I każdy z królów chciał trochę pojeździć.
Dwa razy zebrali się w miasteczku nad morzem, potem radzili w dużym
mieście w górach, potem pojechali do miasta, gdzie było najsmaczniejsze
na całym świecie piwo, a potem tam, gdzie było ciepło. Każdy z królów
woził paru ministrów, każdy minister woził sekretarzy, każdy sekretarz
woził parę panienek, które pisały na maszynie, o czym królowie mówią, bo
to się nazywa - protokół.
A Maciuś tymczasem siedzi w więzieniu i czeka.
Gdyby choć mógł czytać gazety, gdyby wiedział, że o nim mówią i piszą -
byłoby lżej niż teraz, kiedy myśli, że wszyscy już o nim zapomnieli.
Bum-Drum bardzo chciał się widzieć z Maciusiem, ale bał się zdradzić - i udawał nawet zagniewanego.
- Wymanił mi Maciuś tyle złota - skarżył się Bum-Drum - obiecał nauczyć
czarne dzieci wszystkiego. I co? Część zginęła w boju, część siedzi w obozie dla jeńców. Biedna Klu-Klu w więzieniu.
I Bum-Drum chciał fiknąć żałobnego koziołka, ale przypomniał sobie, że
już nie jest dziki, więc tylko tarł oczy, niby że płacze.
- Jeżeli Wasza Królewska Mość życzy sobie uwolnić królewnę Klu-Klu,
możemy na jutrzejszym posiedzeniu wnieść tę sprawę pod obrady - powiada
młody król, który zaczął się Bum-Drumowi podlizywać.
- Nie - mówi Bum-Drum ze łzami w oczach. - Tyle macie ważnych spraw, że
szkoda czasu na zajmowanie się jedną lekkomyślną dziewczynką.
Bum-Drum wiedział, że wśród białych trzeba koniecznie płakać, gdy się
mówi o czymś smutnym. Więc nosił flaszeczkę z amoniakiem i wąchał, kiedy
należało być wzruszonym. Bo amoniak, musztarda i cebula - wyciskają łzy
z oczu.
Ano dobrze. Na dwudziestym czwartym posiedzeniu postanowią już, dokąd
wysłać Maciusia. Zebranie odbędzie się w pałacu Kampanelli, która miała
przez Maciusia pierwszy na świecie prawdziwy bunt dzieci z zielonym
sztandarem.
Królowa Kampanella była bardzo ładna. Mąż jej umarł w marcu. Dzieci nie
miała. Pałac jej mieścił się w pięknym pomarańczowym ogrodzie nad
brzegiem ślicznego jeziora.
W czarnych frakach przyjechali trzej nauczyciele geografii; ich wyspy
najlepiej się podobały. I jedną z trzech wysp mieli wybrać dla Maciusia.
- Moja wyspa - mówi pierwszy nauczyciel - jest tu.
I pokazał pałeczką na mapę, ale wszyscy widzieli tylko morze, bo żadnej
wyspy nie było.
- Dziwicie się, Wasze Królewskie Moście, że wyspy nie ma na mapie. Zaraz
wam wytłumaczę. Na mapach rysuje się tylko duże wyspy, boby się
wszystkie nie zmieściły. Jeżeli jest na mapie choćby tylko kropeczka, to
wyspa jest duża. Moja wysepka ma tylko trzy kilometry, jest więc bardzo
maleńka. Za to wygodniej będzie Maciusia pilnować. Wysokich drzew nie ma
- w ogóle mało jest roślin - trochę trawy tylko i krzaków. Jest zupełnie
bezludna i bardzo daleko od lądu. Miejscowość zdrowa, zimy wcale nie ma.
Wystarczy zbudować drewniany barak dla Maciusia i straży. Raz na miesiąc
można posyłać jedzenie - i już. Niech sobie siedzi.
Całe szczęście, że Bum-Drum był Murzynem. Bo gdyby nie był czarny, toby
tak zbladł, że wszyscy od razu by poznali, jak bardzo go ta wyspa
przestraszyła.
- Jak ona się nazywa? - zapytał się młody król.
- Otóż to właśnie. Zaraz powiem. Tę wyspę odkrył w roku 1750 podróżny
Don Pedro. Burza połamała mu żagle, z trudem tam wylądował i przez lat
dwadzieścia mieszkał. Aż przypadkiem znalazł go okręt korsarski. Don
Pedro udawał, że chce zostać rozbójnikiem, a że obrośnięty naprawdę
wyglądał jak zbój - więc go przyjęli. Cztery lata był korsarzem.
Wreszcie uciekł i nazwał ją Wyspą Żadnej Nadziei. Wszystko opisane jest
w bardzo grubej książce, której - pewien jestem - żaden nauczyciel
geografii oprócz mnie nie czytał.
- Moja wyspa - mówi drugi nauczyciel geografii - ma jedną wadę: leży
trochę za blisko lądu. Ale za to obok jest mała wysepka z latarnią
morską. Jak jest mgła albo w nocy - latarnia się pali - wszystko widać.
Na południu wyspy jest skała - obok skały polanka. Na polance jest dom
dla Maciusia. Wyspę tę zamieszkiwali dawniej bardzo spokojni Murzyni.
Jak tylko biali odkryli wyspę, zaraz urządzono szkołę. Nauczono ich
modlić się i palić fajki. Marynarze dawali tytoń, brali wanilię, cynamon
i kanarki. Po pięciu latach pewien kupiec założył nawet sklep. I byłoby
dobrze; ale dzieci kupca zachorowały na odrę. Dla białych odra nie jest
niebezpieczna, ale czarne wszystkie dzieci umarły, a z dorosłych zostało
nie więcej niż stu ludzi. Jeżeli są tam jeszcze, to pewnie bardzo
niewielu i siedzą w lesie w zachodniej części wyspy, bo uciekli przed
odrą, sklepem i szkołą białych.
- Gdzie jest ta wyspa? - zapytał się smutny król.
- Tu. - Nauczyciel geografii pokazał pałeczką na mapie.
Jak się nie zerwie nagle Bum-Drum z krzesła, jak nie huknie pięścią w stół.
- Nie pozwalam! - krzyczy. - Ta wyspa jest za blisko lądu, gdzie
mieszkają Murzyni. Maciuś ucieknie i zbuntuje mi dzieci. Co wy sobie, do
zielonej małpy, myślicie!
Królowie bardzo się obrazili.
Królowa Kampanella z przestrachu mało nie zemdlała, nauczycielowi
geografii laseczka aż wypadła z ręki, bo Bum-Drum chciał się rzucić na
niego i ledwo młody król go przytrzymał.
- Uspokój się, czarny przyjacielu, jeszcze twojej wyspy nie ruszamy. Jak
nie, to nie. Bo to jedna wyspa jest na świecie?
Ale kiedy biali królowie zebrali się wieczorem osobno w pomarańczowym
ogrodzie, wszyscy, na złość Bum-Drumowi, a może trochę młodemu królowi,
tę właśnie wyspę chwalili.
- To przecież śmieszne, żebyśmy się słuchali tego ordynarnego dzikusa.
Może mu się naprawdę zdawać, że go się boimy. Jakże Maciuś może uciec,
jeżeli go straż będzie pilnowała, a w nocy latarnia morska oświetla
polankę?
- Przecież to dziecko - mówi królowa Kampanella. - Trzeba mu dać trochę
drzew, zieleni, trochę śpiewu ptasząt. Maciuś wyrządził mi krzywdę, ale
mu przebaczam.
- Szlachetne serce Waszej Królewskiej Mości wzrusza nas głęboko -
powiedział znany z grzeczności dla dam król Malto.
- Zapewne - wtrącił młody król - ale szanując tkliwość serca królowej,
musimy w polityce kierować się przede wszystkim rozumem i ostrożnością.
- Ależ to dziecko - powtórzyła królowa, podając młodemu królowi dwie
malinowe pomarańcze i siedem daktyli.
- Wszystko przemawia za tym, żeby wybrać tę właśnie wyspę - mówi
przyjaciel żółtych królów. - Dowóz żywności dla straży i Maciusia będzie
łatwiejszy, bo bliżej, przy tym morze jest tu zupełnie spokojne. Budować
nic nie potrzeba, bo jest już budynek szkoły, gdzie mogą mieszkać. No i nie bądźmy śmieszni: gdyby nawet Maciuś próbował uciec - zjedzą go
dzikie zwierzęta, a nie znając mowy Murzynów, jakże się z nimi
porozumie? Widzimy więc, że nie tylko serce naszej pięknej gospodyni,
ale i rozum, i ostrożność pozwalają nam wysłać tam Maciusia.
Młody król już się nic nie odzywał, tylko zajadając daktyle, myślał
strapiony:
"Będę miał przeprawę z Bum-Drumem".
Przechadza się Maciuś po dziedzińcu
więziennym. Wokoło nic, tylko czerwone, wysokie mury. Jedno stare drzewo
orzechowe rośnie na środku. Było więcej, ale stały za blisko muru.
Ścięto je, kiedy lat temu dziewięć uciekł z więzienia słynny bandyta,
którego długo potem szukała policja. Teraz koło muru pozostało tylko
dwanaście pni - i jeszcze bardziej ponuro wygląda podwórko.
Przechadzka trwa pół godziny. Przed Maciusiem idzie dwóch żołnierzy z nabitymi karabinami, za Maciusiem też dwóch, a z prawej i z lewej strony
- po trzech żołnierzy z obnażonymi pałaszami. Maciuś patrzy w ziemię i liczy kroki:
- Jeden - dwa - trzy - cztery - pięć - sześć - siedem kroków...
Razem wypada sto dwadzieścia małych albo osiemdziesiąt dużych:
siedemdziesiąt kroków do drzewa orzechowego i pięćdziesiąt - od drzewa
do muru. Co dziesięć kroków Maciuś podnosi głowę i spogląda na orzech.
Bo na co ma patrzeć? Czasem zupełnie zamyka oczy i otwiera dopiero,
kiedy ma spojrzeć na drzewo. Czasem stawia na przemian - raz duży, raz
mały krok. Czasem chodzi na palcach albo dziesięć kroków na palcach, a dziesięć na piętach. Jak mógł, urozmaicał sobie nudny spacer więzienny.
Przychodziło mu często do głowy, żeby skakać na jednej nodze. Skakał
nawet czasem, ale tylko w więziennej celi, kiedy był pewien, że nikt nie
widzi. Gdyby był zwyczajnym więźniem, byłoby mu lepiej; ale jako więzień
królewski musi tym bardziej dbać o swój honor, że wrogowie chcieli go
honoru pozbawić.
- Więzień numer dwieście jedenasty do kancelarii! - zawołał przez
okratowane okno naczelnik więzienia.
Maciuś drgnął: to jego numer. Ale udaje, że nic - idzie dalej.
- Wzywają Waszą Królewską Mość do kancelarii - mówi starszy żołnierz
warty.
Bo wydano rozkaz, żeby Maciusia nazywać królem, kiedy się do niego
zwracają, bo inaczej ani nie odpowiadał, ani się nie słuchał. Więc
mówiono o nim: więzień numer dwieście jedenasty, ale do niego: Wasza
Królewska Mość.
- Do kancelarii.
Spojrzał Maciuś na orzechowe drzewo, zawrócił - zmarszczył brwi - ręce w tył założył - stawia umyślnie małe kroki, niby że się wcale nie śpieszy
- wreszcie jest - czeka. Ale nogi drżą pod nim, a serce tak stuka, tak
stuka.
- Wasza Królewska Mość usiąść raczy - powiedział bardzo grzecznie
naczelnik więzienia i sam podał mu krzesło.
Maciuś od razu się domyślił, że stało się coś niezwykłego. Nauczył się
Maciuś zwracać uwagę na najmniejszy szczegół, nauczył się czytać myśli
różnych ludzi. Zrozumiał Maciuś, że często ludzie coś mówią, a myślą
zupełnie co innego.
Szorstko odsunął podane krzesło.
Do kancelarii wchodzi król Orestes Drugi i jakaś pani bardzo ładna w czarnej aksamitnej sukni. Król Orestes był u Maciusia na zjeździe
królów. Poznał go Maciuś po Orderze Wielkiego Półksiężyca: największy
order, jaki Maciuś widział.
- Jestem królowa Kampanella - powiedziała pani w czarnej sukni.
- Jestem więzień numer dwieście jedenasty - z goryczą przedstawił się
Maciuś. I patrzy jej prosto w oczy, niedbale oparty o poręcz krzesła.
- O nie - odparła z prostotą królowa. - Dla mnie król Maciuś Reformator
pozostanie zawsze dobrym opiekunem dzieci i walecznym rycerzem.
I podała rękę, którą Maciuś z szacunkiem ucałował.
Teraz chciał się przywitać Orestes. Ale Maciuś wyprostował się dumnie i nie podał ręki.
- Jestem więźniem i nie mam orderów - powiedział, patrząc mu ostro w oczy.
Naczelnik więzienia, chcąc przerwać nieprzyjemną scenę, którą widzieli
żołnierze i urzędnicy - poprosił wszystkich do salonu prywatnego
mieszkania.
Maciuś spojrzał na dywan, kosztowne obicie mebli, kwiaty w oknach -
uśmiechnął się nieznacznie. Spostrzegła ten uśmiech bolesny królowa.
Rozsiadł się obrażony Orestes i przegląda obrazki dużej, pięknie
oprawionej książki, która leżała na stole.
Maciuś jest zły - strasznie zły. Gniewa go salon, gniewa naczelnik
więzienia, gniewają kwiaty, dywan, fortepian - milczenie królowej -
gniewa, że królowa tak na niego patrzy. A najbardziej gniewa go Orestes
i jego ogromny Order Półksiężyca.
"Czy też mnie wyzwie na pojedynek, że ręki mu nie podałem?" - myśli
Maciuś.
Kiedy później myślał Maciuś o tej wizycie, zrozumiał powód gniewu. W długich godzinach zamknięcia i osamotnienia oczekiwał Maciuś smutnego
króla. Kiedy w salonie naczelnika więzienia zobaczył fortepian, jak żywy
stanął mu przed oczami smutny król, a w uszach dźwięczeć zaczęły
najsmutniejsze melodie. Nikt inny nie miał prawa przyjechać. Co innego
Kampanella, a co innego jakiś tam nieważny król małego kraju.
Co by mu jeszcze powiedzieć, żeby zrozumiał, że niepotrzebnie wtrąca tu
swoje trzy grosze?
W ogóle chce się Maciusiowi strasznie dużo mówić, a boi się, żeby się z czymś niestosownym nie wyrwać. Przypomniał sobie Maciuś mistrza
ceremonii, który zawsze w porę coś takiego zrobił, że było wszystko w porządku. No bo co? Królowa patrzy, tamten ogląda obrazki, a naczelnik
więzienia stoi jak słup - i wcale się nie kończy.
- Może podać herbatę albo kawę ze śmietanką? Mam doskonałe ciasteczka
domowej roboty - zaczął naczelnik, ale pożałował.
- Czyś pan oszalał - krzyknął Maciuś, a w oczach zamigotały mu iskry. -
Czy na to cały miesiąc gniję w pańskim lochu, żeby wreszcie ciasteczka
zajadać? Chcę wiedzieć, co postanowili moi wrogowie. Żądam
nieodwołalnie, żeby mnie zesłano natychmiast na bezludną wyspę. Gdyby mi
powiedzieli, że całe tygodnie mam siedzieć w więzieniu, nie przyjąłbym
ułaskawienia. Chciałem zginąć w domku dzikich zwierząt - oni podstępem
mnie ujęli. Żądam oficjalnego papieru z pieczęcią.
Nagle pochwycił Maciuś piękną porcelanową wazę i uderzył nią o stół, tuż
obok książki z obrazkami. Waza potłukła się na drobne kawałki, Maciuś
zakrwawił sobie rękę. Orestes zerwał się z fotela, królowa przymknęła
oczy, a naczelnik więzienia wybiegł po doktora, bo sam nie wiedział, co
robić.
Królowa Kampanella wyjęła z torebki pachnącą chusteczkę do nosa i łagodnie wyciera krew z ręki Maciusia. Królowa miała plan gotowy: nie
pozwoli wysłać królewskiego sieroty na bezludną wyspę - weźmie go do
siebie.
Kampanella jest samotna, dzieci nie ma, mąż jej umarł. Niech otoczą
wysokim murem piękny park pomarańczowy, który doskonale zastąpi wyspę
bezludną. A Kampanella będzie mu matką.
Lekarz więzienny owiązał Maciusiowi rękę, bo inaczej nie wypadało przy
królach - i dał Maciusiowi pięć kropli na cukrze na uspokojenie nerwów.
Lekarz więzienny miał dwa lekarstwa: w lewej kieszeni krople, w prawej
proszki. Jedno i drugie było strasznie gorzkie i dawało się na wodzie.
Ale jeśli naczelnik więzienia darował własny cukier, można zrobić
wyjątek.
Nazajutrz Maciuś oznajmił, że ani pokarmów przyjmować nie będzie, ani na
przechadzkę nie wyjdzie. Żąda papieru z pieczęcią, żeby wiedzieć
wreszcie, co chcą z nim zrobić. Dłużej w więzieniu siedzieć nie myśli.
Koło południa wezwano Maciusia do kancelarii. Maciuś odmówił: nie
pójdzie. Nie ruszy się z miejsca, dopóki mu nie dadzą papieru z pieczęcią.
Chce wiedzieć! Dość tej zabawy w ślepą babkę.
Niezadowolony był naczelnik więzienia. Bo królowa nie tylko się nie
obraziła, że Maciuś nie wyszedł, ale przyznała mu słuszność. Chciała
przy tym zobaczyć, jak Maciuś mieszka. A mieszkał źle. Cela była
wilgotna i ciemna, po ścianach łaziły pająki i pluskwy, i Maciuś spał na
sienniku na podłodze. W kącie stała miednica i dzbanek wody, i nawet
krzesła nie było. A królowa przyniosła ogromny bukiet białego bzu. Co tu
robić?
Zaraz dozorca zaniósł do celi miękki fotel z prywatnego mieszkania i taką samą piękną wazę, jaką już Maciuś stłukł wczoraj. Bo było ich dwie:
jedna stała na stole, a druga na fortepianie. Naczelnik więzienia
chciał, żeby Maciuś i tę drugą wazę potłukł; wtedy królowa zobaczy, jak
trudno z nim radzić, i zrozumie, dlaczego Maciusia trzymają w takiej
ciemnej celi.
Ale Maciuś nad wyraz uprzejmie przyjął królową. Z ogromną wdzięcznością
wziął bukiet, który jednak wstawił do swojego glinianego dzbanka z wodą,
a nie do porcelanowej wazy. Kampanella, zachęcona tym, położyła
nieznacznie pudełko czekoladek, pudełko to miała ukryte w kieszeni
królewskiego płaszcza, bo nie wiedziała, w jakim Maciuś będzie humorze.
- O nie, za czekoladki dziękuję: zbyt boleśnie przypominają mi one moją
pierwszą dziecinną reformę.
Więc tak:
Bezludna wyspa już jest wybrana. Słusznie gniewa się Maciuś, ale
doprawdy prędzej nie można było. Król Orestes nie jest winien - on tylko
przez grzeczność towarzyszył królowej. Chciał koniecznie przyjechać
smutny król, ale Bum-Drum i młody król nie pozwolili. Bum-Drum jest
teraz przyjacielem młodego króla. Papier z pieczęcią i podpisami królów
jeszcze nie jest gotów. Kampanella przyjechała, żeby uspokoić Maciusia i powiedzieć, że o nim pamiętają, że niezadługo będzie mógł wyjechać. A tymczasem...
- ...Jeśli Wasza Królewska Mość pozwoli, będę go odwiedzała codziennie.
Zamiast odpowiedzi, Maciuś złożył pocałunek na ręce dobrej królowej.
- Niestety - powiedziała królowa - nie wolno mi przychodzić na dłużej
niż na czternaście minut.
- Rozumiem: etykieta - szepnął Maciuś.
- Nie, regulamin więzienny...
Czy lepiej było teraz Maciusiowi, gdy
przeniesiony do czystego pokoju miał prawo odbywać przechadzki w ogrodzie więziennym, codziennie odwiedzany przez królową, gdy spał na
łóżku i spożywał posiłek z prywatnej kuchni naczelnika więzienia,
siedząc na krześle przy stole?
Nie - było tak samo ciasno i tak samo boleśnie. Może i gorzej jeszcze. W dawnej celi - rozumiał, że czeka, że tymczasowe schronisko zmienią mu na
inne - na bezludnej wyspie. Teraz - nie czekał już na nic.
Bo cóż? Na bezludnej wyspie mieć będzie wszystko, co już dziś posiada.
Jeśli nawet dadzą lepszy pokój i meble, ładniejszą przechadzkę nad
morzem i więcej swobody - pozostaną na zawsze samotność i nuda.
Tak tęsknił do zegara. Myślał, że prędzej dzień przejdzie, jeśli będzie
mógł wiedzieć, ile godzin dnia upłynęło. Złudzenie. Teraz widzi, jak
powoli wloką się wskazówki, jak strasznie długo trwa godzina. Jak
strasznie długo trwa taki jeden dzień więzienny.
- Maciusiu, czym mogę ci ulżyć? - pyta się królowa, gdy Maciuś chmurny
chodził po pokoju z założonymi rękami.
- Czym? A czym żyje w pałacu królewskim mój kanarek?
Nie pamiętam, czy o tym mówiłem, że Maciuś miał kanarka w pięknej złotej
klatce. Otrzymał go na imieniny i lubił. Ale kiedy go nazwano
Maciusiem-kanarkiem w parlamencie, czuł jakby żal do niewinnego ptaszka.
A teraz przypomniał sobie i zapragnął mieć blisko. Choć jedno żywe
stworzenie pragnął mieć nie na czternaście minut, ale na zawsze.
Kampanella nie odpowiedziała, bo surowo jej zabroniono udzielać
Maciusiowi wiadomości, co się dzieje w kraju. Ale natychmiast po
powrocie do domu wysłała urzędową depeszę do młodego króla:
Czy mam prawo donieść Maciusiowi o losach jego kanarka i klatkę postawić
w celi Maciusia? Raczy Wasza Królewska Mość przypomnieć sobie, że na
radzie mówiłam, jak bardzo dzieciom potrzebne są drzewa i ptaki.
Ta depesza bardzo rozgniewała króla.
- Najgorzej wdać się z babami - mruczał młody król. - Dziś kanarek,
jutro będzie pies, pojutrze znów coś nowego. A to cela wilgotna, a to
ciemno - Maciuś zdenerwowany, Maciuś mizerny. Jak gdyby jedyną naszą
troską było dbać o wygody Maciusia.
I król odpowiedział, że pozwala, dodając w depeszy, że pragnie, aby to
była już ostatnia prośba i ostatnie ustępstwo:
Tkliwe serce Waszej Królewskiej Mości zechce się liczyć z wymaganiami
korony.
Koronę nosi się na głowie, a w głowie jest rozum. W ten sposób król
grzecznie dał do zrozumienia, że królowa jest dobra, ale niemądra i nie
powinna zanadto dokuczać.
Nie wiedział Maciuś, stawiając coraz to nowe żądania, z jakim trudem
królowa je spełnia, z jakim bólem odpowiada: "nie wolno - nie
pozwolili".
Gazet ani książek przynieść nie pozwolili. Wspominać o Bum-Drumie,
Felku, Klu-Klu, smutnym królu nie pozwolili.
Miała królowa za swoje, kiedy Orestes poskarżył, że powiedziała o przyjaźni młodego króla z Bum-Drumem. Zapowiedziano surowo, że jeśli raz
jeszcze z czymś się wygada, odwołana będzie natychmiast ze stolicy
Maciusia, a miejsce jej zajmie już nie król żaden, ale zwyczajny
gubernator Zatoki Kangura, znany z okrucieństwa i nieżyczliwie dla
Maciusia usposobiony.
- A oto twój kanarek, miły Maciusiu.
Królowa już dawno przestała nazywać Maciusia oficjalnie, a Maciuś sam
nie wiedział, czy zwrócić uwagę, że jest przecie królem, czy udawać, że
nie dostrzega.
- A oto jest fotografia twojej mamusi - powiedziała cichutko, cichutko
Kampanella.
Maciuś nie spojrzał nawet na fotografię swojej matki - położył ją na
stole i zajął się kanarkiem. Zaczął oczyszczać klatkę, chociaż
niepotrzebnie, zaczął nalewać wodę na podstawkę, choć wiedział, że
podstawka jest za duża, nie zmieści się przez drzwiczki klatki. Potem
zakładał między pręciki kawałek bułki, kostkę cukru. I ciągle spoglądał
na zegar, kiedy już przejdzie czternaście minut i królowa zostawi go
samego.
"Niech sobie już idzie" - myślał Maciuś.
Kampanella też spoglądała na zegar z niepokojem. Bo to już była jej
ostatnia w więzieniu wizyta, bo musiała jechać na ostatnią naradę, żeby
podpisać papier o zesłaniu Maciusia. A koniecznie chciała się jeszcze
zapytać:
- Maciusiu, zanim pojadę, chcę ci coś powiedzieć. Nie wiem, czy to się
uda. Ale będę się bardzo starała. Zostaw teraz kanarka - później to
wszystko zrobisz.
Maciuś zmarszczył brwi.
- Słucham.
- Powiedz mi, ale szczerze powiedz: gdyby królowie pozwolili... Czy
chcesz? Jestem sama jedna na świecie - tak jak ty. Nie mam dzieci - nie
mam nikogo - czy chcesz, żebym zastąpiła ci matkę?... Będziesz mieszkał w pomarańczowym ogrodzie w moim pięknym, ciepłym kraju, w dużym marmurowym
pałacu. Uczynię wszystko, aby ci było dobrze. Z czasem królowie pewnie
się przeproszą. A jak będę stara, ty będziesz duży, oddam ci tron i koronę. Znów będziesz królem.
Kampanella chciała objąć Maciusia i pocałować, ale Maciuś szybko się
odsunął.
- Jestem królem - królem własnego kraju - obce trony i korony mi
niepotrzebne - mam własne.
- Ależ Maciusiu...
- Nie jestem Maciusiem, jestem królem w niewoli, a co mi zabrano,
odbiorę.
Duży dzwon więzienny zadzwonił na znak, że upłynęło czternaście minut.
Maciuś zagryzł wargi. Serce mocno zaczęło stukać. Myśli - myśli - myśli.
- Królowo - mówi Maciuś - dziękuję ci. Byłaś dla mnie bardzo dobra. Nie
mogę być niewdzięczny. I dlatego właśnie się nie zgadzam. Bo gdybym się
zgodził, miałabyś zmartwienie.
- Dlaczego?
- Bo ja bym uciekł. I ucieknę, z pewnością ucieknę. Niech oni się mnie
strzegą. Niech mnie dobrze pilnują!
Znów uderzył dzwon więzienny.
Maciuś już zupełnie spokojnie dokończył:
- Wasza Królewska Mość, dopóki mnie więżą przemocą - jestem wolny, mogę
robić, co chcę, wolno mi się bronić. Gdybym się zgodził zostać twoim
synem, byłbym już niewolnikiem na zawsze.
Po raz trzeci uderzył dzwon więzienny. Królowa wyszła.
Uciec!
Dziwi się Maciuś, że tak późno, że dopiero teraz pomyślał o tym
poważnie. Przelatywała mu myśl przez głowę od czasu do czasu. To jakby
się pytał sam siebie: czy mi się uda, czy potrafię, dokąd ucieknę i po
co? Dopiero teraz, kiedy królowa pozwoliła wybrać to najlepsze, czego
się mógł w niewoli spodziewać - Maciuś postanowił, raz na zawsze,
nieodwołalnie.
Czy się uda, czy nie, czy ma, czy nie ma dokąd uciec, czy jest, czy nie
ma po co uciekać - on musi, musi uciec. Już teraz nie będzie się nudził,
nie będzie co chwila spoglądał na zegar. Będzie miał strasznie dużo
pracy. Musi dokładnie obejrzeć ogród więzienny, każdy załamek muru,
każde przy murze drzewko. Musi godzinami całymi układać, od czego
zacząć, gdy się już znajdzie poza murem. Trzeba obmyślić dokładnie, w co
się przebierze, co weźmie na drogę. Musi mieć sznur - jak go zdobyć?
Ani zauważył Maciuś, jak wieczór zapadł, zapaliło się światło - i zaśpiewał kanarek.
Zbliżył się Maciuś do klatki - ptaszek umilkł na chwilę przestraszony,
ale po chwili jeszcze głośniej i piękniej zaśpiewał.
I padł wzrok Maciusia na fotografię matki.
"Mamo moja, widzisz; Kampanella chciała ci zabrać Maciusia. Zabrali
tron, zabrali koronę, a teraz chcieli i mnie zrabować. Nie zostawię
ciebie, mateczko, w więzieniu; razem uciekniemy. Nie bój się: ja ciebie
obronię".
Wyjął Maciuś fotografię z kosztownej, drogimi perłami wysadzanej ramy,
ucałował tkliwie, włożył do bocznej kieszonki na sercu i spytał się z uśmiechem:
- Prawda, że lepiej ci teraz, mateńko?
Kanarek wesoło zaśpiewał.
No i cóż? - zapytał się król Orestes.
- Maciuś jest strasznie zdenerwowany - odpowiedziała wymijająco królowa.
Za to na pierwszym zaraz posiedzeniu królów zabrała głos w sprawie
Maciusia:
- Królowie, nie podpisujcie tego papieru. Nie można porównywać Maciusia
ani z Napoleonem, ani z żadnym królem dorosłym. Chociaż nie mam dzieci,
odgaduję dziecko sercem macierzyńskim. Maciuś jest nerwowy. On ma dobre
serce.
- Zaczyna się - mruknął młody król do Bum-Druma.
- Żebyście widzieli, jak go ucieszył kanarek, jak zaczął dawać wodę,
bułkę, cukier. Dzieci są lekkomyślne i niedoświadczone...
Królowa Kampanella widziała, że wszyscy się niecierpliwią, ziewają,
zapalają papierosy, wzdychają. Ale królowa mówiła, mówiła. Już stary
król Alfons Brodaty zasnął w fotelu, już blady król Mitra Bengalski
zażył proszek od bólu głowy - gdy wreszcie Kampanella wyjaśniła, o co
jej chodzi:
- Dajcie mi Maciusia.
- Będziemy głosowali - prędko powiedział król, przyjaciel żółtych.
- Dobrze - zgodzili się wszyscy.
- Jeszcze chwilkę - błaga Kampanella - zapomniałam dodać...
- Zróbmy małą przerwę - zaproponował Orestes.
- Dobrze. Napijemy się herbaty.
- Zjemy kolację.
Poczciwa Kampanella sama dolewa królom najlepszych win i likierów.
Każdego króla osobno pyta się, co lubi... Lokaje na rowerach zwożą z najdroższych restauracji najlepsze jedzenia. Częstuje gości cygarami.
Owoce, lody, jakie tylko są na świecie: śmietankowe, waniliowe,
malinowe. Torty. Miód, sorbet turecki, orzechy w cukrze, irysy, chleb
świętojański, sery szwajcarskie, portery angielskie.
- Brakowało tylko kolońskiej wody i perskiego proszku - powiedział
nazajutrz znany żartowniś, król Migdał Angorski.
Rozumie się, głosowanie odłożono. Bo choć królowie mogą jeść i pić, ile
chcą, tym razem wypili wyjątkowo wiele.
Kiedy nazajutrz postanowiono, że głosowanie odbędzie się nie u Kampanelli, ale w uroczej, zacisznej wiosce rybackiej, królowa domyśliła
się, że się nie zgodzą. Bo nie wypadało być w gościnie i odmówić prośbie
gospodyni.
I tak właśnie się stało.
- Dwanaście plusów, cztery minusy.
Maciuś pojedzie na bezludną wyspę.
- Proszę podpisać.
Kampanella podpisała się ostatnia - i bez pożegnania pierwsza wyjechała.
"Żeby nie wiem co, muszę uratować to biedne dziecko" - postanowiła
królowa.
A Maciuś nie na żarty gotował się do ucieczki.
Mur więziennego ogrodu był stary i obrośnięty dzikim winem. Maciuś
zaczął wynosić klatkę z kanarkiem i bawił się przy murze w Robinsona.
Pajacyk był Piętaszkiem, kanarek był papugą i Maciuś na korze drzewa
robił co dzień jeden znaczek, tak jak Robinson.
Widzą żołnierze, że mały więzień zupełnie się uspokoił i bawi się
dziecinnie, więc mniej go teraz pilnują. Dawniej na podwórku musieli
chodzić za nim krok w krok, bo okno kancelarii wychodziło na podwórze i naczelnik więzienia patrzał na żołnierzy; a teraz w ogrodzie mogli
robić, co chcieli. A przecież przyjemniej gawędzić niż chodzić z karabinem i nic nie mówić.
A Maciuś zauważył, że jedna cegła muru się rusza. Zaczyna majstrować - w prawo, w lewo, stare wapno się kruszy, ale nic nie widać, bo dzikie wino
zasłania. Nie wyjął Maciuś cegły, tylko zaczął drugą cegłę dłubać. Bolą
go palce, ścierają się paznokcie, ale na nic nie zważa, aby prędzej
skończyć. Tak przed obiadem już cztery cegły były gotowe, a po obiedzie
dwie.
"Jeśli tak pójdzie dalej, za trzy dni będę wolny".
Wyjąć cegły może, ale gdzie je położy? Chodzi po ogrodzie i szuka
łopaty.
- Dlaczego się nie bawisz w Robinsona? - pyta się starszy żołnierz
straży.
Żołnierze przestali go nazywać Królewską Mością, a Maciuś się nie
obraża, przestał być taki dumny jak dawniej.
- Przyzwyczai się dzieciak po troszku. Dobra jest nawet zabawa w Robinsona, bo nieznacznie przejdzie od zabawy do prawdy.
- Może i za surowo z nim postępują królowie?
- Dlaczego się nie bawisz, Maciusiu?
- Chcę wykopać piwniczkę - mówi Maciuś - a nie mam łopaty. Bez piwnicy
bardzo mi jest niewygodnie, bo jak upoluję zwierzynę, nie mam jej gdzie
położyć.
Dali Maciusiowi łopatę, nawet pomogli kopać. Kiedy już dół był dość
duży, Maciuś włożył cegły i przysypał piaskiem. Ale jeden ze straży
widział.
- A ty skąd masz cegły?
- Znalazłem w ogrodzie, o tam, koło altanki. Mogę pana żołnierza
zaprowadzić.
Wziął go za rękę, a po drodze zaczyna opowiadać o wojnie, o ludożercach
- aż ten zupełnie zapomniał.
I jeszcze drugi raz groziło niebezpieczeństwo, kiedy naczelnik więzienia
urządził nagłą rewizję.
- Naczelnik idzie! - krzyknął przez okno wartownik korytarza.
Zerwali się żołnierze na równe nogi, rzucili papierosy, chwycili
karabiny. Maciuś stanął między nimi, spuścił głowę, idzie. Ale już nie
zdążyli ustawić się, jak należy.
- Dlaczego z przodu idzie dwóch, a z tyłu czterech? Czy nie znacie
regulaminu? A to co za klatka?
I naczelnik uderzył laską w dzikie wino, gdzie stała klatka.
Zimny pot wystąpił Maciusiowi na czoło, bo wyraźnie zobaczył otwór w murze. Naczelnik więzienia był wysoki, więc patrzał z góry i dlatego nie
zauważył.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki