Och, jak strasznie źle było
Maciusiowi w więzieniu.
Właściwie nie było mu źle, ale - ciasno.
Ciasno i nudno.
Bo jeżeli ktoś siedzi w więzieniu - i mają rozstrzelać, -
wcale się nie nudzi. Ale Maciuś miał być wysłany na bezludną wyspę.
Maciuś przegrał wojnę, był jeńcem królewskim, - i zupełnie,
jak Napoleon, będzie wysłany na wyspę.
A tymczasem czeka.
Mieli go wysłać za tydzień, a przeszło trzy tygodnie - i
nic.
Bo trzej królowie, którzy wzięli go do niewoli, ani rusz nie
mogą się pogodzić. - Młody król nie ukrywał wcale, że nienawidzi
Maciusia, pragnąłby najlepiej pozbyć go się zupełnie. - Smutny król
już nie bał się przyznać, że jest przyjacielem Maciusia. - Więc
król, opiekun żółtych, któremu było wszystko jedno - mówił, jak być
powinno.
A powinno być tak, żeby Maciuś żył sobie spokojnie, ale żeby
nie mógł się wtrącać do niczego i żeby nie mógł uciec.
Więc nie można wysłać Maciusia na wyspę Maras, bo tam są
błota, jest żółta febra i czarna ospa. - Nie można wysłać Maciusia
na wyspę Luko, bo za blizko lądu, i czarni królowie mogliby ułatwić
ucieczkę. - Aż ogłosili konkurs, to znaczy wydrukowali we
wszystkich gazetach całego świata takie ogłoszenie:
"Jeżeli jaki nauczyciel geografii wskaże nam dobrą wyspę dla
Maciusia, otrzyma dużą nagrodę. - Dajemy miesiąc czasu, żeby
napisali, gdzie ta wyspa leży i dlaczego jest odpowiednia dla
Maciusia".
Zaczęły nadchodzić odpowiedzi. - Królowie powiesili na
ścianach mapy wszystkich części świata - i na wyspach, które im się
podobały, wkłówali szpilki z chorągiewkami.
Tymczasem przyjechał Bum-Drum, jeszcze kilku mniej ważnych
królów czarnych i żółtych - przyjechała królowa Kampanella i pięciu
białych królów, którzy udawali, że też mają wiele do powiedzenia.
Narady odbywały się w różnych miastach, bo królowie byli
dumni i mówili:
- Jak chcą, żebym radził, niech do mnie przyjadą. Żeby nie
wyglądało, że ich proszę o łaskę.
I każdy z królów chciał trochę pojeździć.
Dwa razy zebrali się w miasteczku nad morzem, potem radzili
w dużem mieście w górach, potem pojechali do miasta, gdzie było
najsmaczniejsze na całem świecie piwo, a potem tam, gdzie było
ciepło. - Każdy z królów woził paru ministrów, każdy minister woził
sekretarzy, każdy sekretarz woził parę panienek, które pisały na
maszynie, o czem królowie mówią, bo to się nazywa - protokuł.
A Maciuś tymczasem siedzi w więzieniu i czeka.
Gdyby choć mógł czytać gazety, gdyby wiedział, że o nim
mówią i piszą, - byłoby lżej, niż teraz, kiedy myśli, że wszyscy
już o nim zapomnieli.
Bum-Drum bardzo chciał się widzieć z Maciusiem, ale bał się
zdradzić - i udawał nawet zagniewanego.
- Wymanił mi Maciuś tyle złota - skarżył się Bum-Drum, -
obiecał nauczyć czarne dzieci wszystkiego. I co? - Część zginęła w
boju, część siedzi w obozie dla jeńców. - Biedna Klu-klu w
więzieniu.
I Bum-Drum chciał fiknąć żałobnego koziołka, ale przypomniał
sobie, że już nie jest dziki, więc tylko tarł oczy, niby że płacze.
- Jeżeli wasza królewska mość życzy sobie uwolnić królewnę
Klu-Klu, możemy na jutrzejszem posiedzeniu wnieść tę sprawę pod
obrady - powiada młody król, który zaczął się Bum-Drumowi
podlizywać.
- Nie, - mówi Bum-Drum ze łzami w oczach. - Tyle macie
ważnych spraw, że szkoda czasu na zajmowanie się jedną lekkomyślną
dziewczynką.
Bum-Drum wiedział, że wśród białych trzeba koniecznie
płakać, gdy się mówi o czemś smutnem. Więc nosił flaszeczkę z
amoniakiem i wąchał, kiedy należało być wzruszonym. Bo amoniak,
musztarda i cebula - wyciskają łzy z oczów.
A no dobrze. - Na dwudziestem czwartem posiedzeniu
postanowią już, dokąd wysłać Maciusia. - Zebranie odbędzie się w
pałacu Kampanelli, która miała przez Maciusia pierwszy na świecie
prawdziwy bunt dzieci z zielonym sztandarem.
Królowa Kampanella była bardzo ładna. Mąż jej umarł w marcu.
Dzieci nie miała. - Pałac jej mieścił się w pięknym pomarańczowym
ogrodzie nad brzegiem ślicznego jeziora.
W czarnych frakach przyjechali trzej nauczyciele geografii;
ich wyspy najlepiej się podobały. I jedną z trzech wysp mieli
wybrać dla Maciusia.
- Moja wyspa - mówi pierwszy nauczyciel - jest tu.
I pokazał pałeczką na mapę, ale wszyscy widzieli tylko
morze, bo żadnej wyspy nie było.
- Dziwicie się wasze królewskie moście, że wyspy niema na
mapie. Zaraz wam wytłomaczę. - Na mapach rysuje się tylko duże
wyspy, bo by się wszystkie nie zmieściły. Jeżeli jest na mapie
choćby tylko kropeczka, to wyspa jest duża. Moja wysepka ma tylko
trzy kilometry, jest więc bardzo maleńka. Zato wygodniej będzie
Maciusia pilnować. Wysokich drzew niema, - wogóle mało jest roślin,
- trochę trawy tylko i krzaków. - Jest zupełnie bezludna i bardzo
daleko od lądu. Miejscowość zdrowa, zimy wcale niema. Wystarczy
zbudować drewniany barak dla Maciusia i straży. - Raz na miesiąc
można posyłać jedzenie - i już. - Niech sobie siedzi.
Całe szczęście, że Bum-Drum był murzynem. Bo gdyby nie był
czarny, toby tak zbladł, że wszyscy odrazu by poznali, jak bardzo
go ta wyspa przestraszyła.
- Jak ona się nazywa? - zapytał się młody król.
- Otóż to właśnie. Zaraz powiem. - Tę wyspę odkrył w roku
1750 podróżny Don-Pedro. Burza połamała mu żagle, z trudem tam
wylądował i przez lat dwadzieścia mieszkał. Aż przypadkiem znalazł
go okręt korsarski. Don-Pedro udawał, że chce zostać rozbójnikiem,
a że obrośnięty, naprawdę wyglądał, jak zbój, - więc go przyjęli.
Cztery lata był korsarzem. Wreszcie uciekł i nazwał ją wyspą
"Żadnej Nadziei". - Wszystko opisane jest w bardzo grubej książce,
której - pewien jestem - żaden nauczyciel geografji, prócz mnie,
nie czytał.
- Moja wyspa - mówi drugi nauczyciel geografji - ma jedną
wadę: leży trochę za blizko lądu. Ale za to obok jest mała wysepka
z latarnią morską. Jak jest mgła albo w nocy, - latarnia się pali,
- wszystko widać. Na południu wyspy jest skała - obok skały
polanka. Na polance jest dom dla Maciusia. - Wyspę tę zamieszkiwali
dawniej bardzo spokojni murzyni. Jak tylko biali odkryli wyspę,
zaraz urządzono szkołę. - Nauczono ich modlić się i palić fajki. -
Marynarze dawali tytoń, brali wanilję, cynamon i kanarki. - Po
pięciu latach pewien kupiec założył nawet sklep. I byłoby dobrze;
ale dzieci kupca zachorowały na odrę. - Dla białych odra nie jest
niebezpieczna, ale czarne wszystkie dzieci umarły, a z dorosłych
zostało nie więcej, niż stu ludzi. Jeżeli są tam jeszcze, to pewnie
bardzo niewielu - i siedzą w lesie w zachodniej części wyspy, bo
uciekli przed odrą, sklepem i szkołą białych.
- Gdzie jest ta wyspa? - zapytał się smutny król.
- Tu - pokazał pałeczką na mapie nauczyciel geografji.
Jak się nie zerwie nagle Bum-Drum z krzesła, jak nie huknie
pięścią w stół.
- Nie pozwalam - krzyczy. - Ta wyspa jest za blizko lądu,
gdzie mieszkają murzyni. Maciuś ucieknie i zbuntuje mi dzieci. Co
wy sobie, do zielonej małpy, - myślicie.
Królowie bardzo się obrazili.
Królewna Kampanella z przestrachu mało nie zemdlała,
nauczycielowi geografji laseczka aż wypadła z ręki, bo Bum-Drum
chciał się rzucić na niego, i ledwo młody król go przytrzymał.
- Uspokój się, czarny przyjacielu, jeszcze twojej wyspy nie
ruszamy. Jak nie, to nie. Bo to jedna wyspa jest na świecie?
Ale kiedy biali królowie zebrali się wieczorem osobno w
pomarańczowym ogrodzie, wszyscy na złość Bum-Drumowi, a może trochę
młodemu królowi, tę właśnie wyspę chwalili.
- To przecież śmieszne, żebyśmy się słuchali tego
ordynarnego dzikusa. Może mu się naprawdę zdawać, że go się boimy.
Jakże Maciuś może uciec, jeżeli go straż będzie pilnowała, a w nocy
latarnia morska oświetla polankę?
- Przecież to dziecko - mówi królowa Kampanella. - Trzeba mu
dać trochę drzew, zieleni, trochę śpiewu ptasząt. Maciuś wyrządził
mi krzywdę, ale mu przebaczam.
- Szlachetne serce waszej królewskiej mości wzrusza nas
głęboko, - powiedział znany z grzeczności dla dam król Malto.
- Zapewne - wtrącił młody król - ale szanując tkliwość serca
królowej, musimy w polityce kierować się przedewszystkiem rozumem i
ostrożnością.
- Ależ to dziecko - powtórzyła królowa, podając młodemu
królowi dwie malinowe pomarańcze i siedem daktyli.
- Wszystko przemawia za tem, żeby wybrać tę właśnie wyspę, -
mówi przyjaciel żółtych królów. - Dowóz żywności dla straży i
Maciusia będzie łatwiejszy, bo bliżej, przytem morze jest tu
zupełnie spokojne. Budować nic nie potrzeba, bo jest już budynek
szkoły, gdzie mogą mieszkać. No i nie bądźmy śmieszni: gdyby nawet
Maciuś probował uciec, - zjedzą go dzikie zwierzęta, a nie znając
mowy murzynów, jakże się z nimi porozumie? Widzimy więc, że nie
tylko serce naszej pięknej gospodyni, ale i rozum i ostrożność
pozwalają nam wysłać tam Maciusia.
Młody król już się nie odzywał, tylko zajadając daktyle,
myślał strapiony:
- Będę miał przeprawę z Bum-Drumem.