Król Lear. Złota kolekcja - William Shakespeare

Kup ebooka

34.90 zł
29.67 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I

Scena I

Sala tro­nowa w pałacu Króla Leara.

Wcho­dzą KENT, GLO­UCE­STER i EDMUND.

Kent

Sądzi­łem, że książę Albany bliż­szy jest sercu króla niż książę Korn­wa­lii.

Glo­uce­ster

I nam się zawsze tak wyda­wało, lecz dziś przy podziale kró­le­stwa nie dał poznać, któ­rego z ksią­żąt wyżej ceni; gdyż czę­ści są tak równo wywa­żone, że choćby badać je naj­wni­kli­wiej, nie doj­dzie się, która z nich ma więk­szą war­tość.

Kent

Czy to nie twój syn, hra­bio?

Glo­uce­ster

Wycho­wa­nie jego, panie, na mnie spo­czy­wało: a tyle razy rumie­ni­łem się, uzna­jąc go za swego, aż ogo­rza­łem cał­kiem.

Kent

Nie chwy­tam tego, panie.

Glo­uce­ster

Lecz pochwy­ciła to matka owego mło­dzieńca, a wnet zaokrą­gliło się jej łono i wcze­śniej, by rzec prawdę, zna­la­zła syna dla swej koły­ski niźli męża dla swego łoża. Czy zwę­szy­łeś wystę­pek?

Kent

Nie mogę pra­gnąć jego napra­wie­nia, skoro przy­niósł tak piękny sku­tek.

Glo­uce­ster

Lecz mam pra­wego syna, o rok star­szego niźli ten, a prze­cież nie jest mi on droż­szy, choć ów tu nic­poń przy­był dość bez­czel­nie na świat, nim posłano po niego. Lecz matkę miał piękną i wiele było miłych igra­szek przy jego poczę­ciu, tak więc skur­wy­syn musi być uznany. Czy znasz tego szla­chet­nego pana, Edmun­dzie?

Edmund

Nie, panie mój.

Glo­uce­ster

To hra­bia Kentu: miej go odtąd w pamięci jako mego czci­god­nego przy­ja­ciela.

Edmund

Służby moje skła­dam waszej lor­dow­skiej mości.

Kent

Muszę poko­chać cię i zna­leźć spo­sob­ność, by cię lepiej poznać.

Edmund

Panie, będę usil­nie pra­gnął na to zasłu­żyć.

Glo­uce­ster

Przez lat dzie­więć był poza kra­jem i wyje­dzie ponow­nie. Król nad­cho­dzi.

Uro­czy­sty głos trąby.

Wcho­dzą Czło­wiek nio­sący dia­dem, KRÓL LEAR, KSIĄŻĘ ALBANY, KSIĄŻĘ KORN­WA­LII, GONE­RYLA, REGANA, KOR­DE­LIA i Świta.

Lear

Wpro­wadź tu wład­ców Fran­cji i Bur­gun­dii, Glo­uce­ste­rze.

Glo­uce­ster

Tak uczy­nię, mój monar­cho.

Wycho­dzą Glo­uce­ster i Edmund.

Lear

Tym­cza­sem mroczny zamiar obja­wimy.

Podaj­cie mapę. Wiedz­cie, że kró­le­stwo

Nasze na czę­ści trzy podzie­li­li­śmy

I jest pra­gnie­niem naszym nie­odmien­nym,

By wszyst­kie tro­ski i mozoły wła­dzy

Spa­dły na młod­sze i sil­niej­sze barki,

Gdy my, wyzbyci brze­mie­nia, będziemy

Peł­znąć ku śmierci. Nasz synu z Korn­wa­lii

I nie mniej miły nam synu z Albany,

Jest naszą wolą, aby w tej godzi­nie

Obwie­ścić córek naszych pełne wiano

I tak zapo­biec już dziś wszyst­kim przy­szłym

Spo­rom. Pano­wie Fran­cji i Bur­gun­dii,

Wielcy rywale do serca naj­młod­szej

Córki mej, długo już na dwo­rze naszym

Za sprawą serca swego prze­by­wają

I winni rychłą otrzy­mać odpo­wiedź.

Powiedz­cie, córy (gdy dziś się zrze­kamy

Potęgi naszej, krain i trosk wła­dzy),

Która, by rzec tak, naj­bar­dziej nas kocha?

Aby­śmy mogli tam szczo­drość oka­zać,

Gdzie przy­wią­za­nie naturę wspo­maga.

Ty, Gone­rylo, naj­star­sza, mów pierw­sza.

Gone­ryla

Panie, miłuję cię bar­dziej, niż słowa

Mogą wyra­zić, a droż­szy mi jesteś

Nad wzrok, sze­roką swo­bodę i wol­ność,

Nad naj­cen­niej­sze rze­czy i naj­rzad­sze,

Nie mniej niż żywot, łaska, zdro­wie, pięk­ność

I honor wła­sny, tak jak tylko może

Dziecko miło­wać, ojciec być kocha­nym.

Miło­ścią, któ­rej nie umie obja­wić

Tchnie­nie zbyt słabe, mowa zbyt uboga,

Ponad wsze­laką rzecz cie­bie miłuję.

Kor­de­lia

Cóż ma Kor­de­lia rzec? Kochać i mil­czeć.

Lear

Wło­ści leżą­cych w gra­ni­cach tych linii,

Ich rów­nin żyznych i borów cie­ni­stych,

Rzek peł­nych ryby i roz­le­głych pastwisk

Cie­bie czy­nimy panią i na wieki

Potom­stwu księ­cia Albany i twemu

Je odda­jemy. Cóż rzek­nie Regana,

Druga z cór miłych, mał­żonka Korn­wa­lii?

Regana

Zechciej mnie cenić na równi z mą sio­strą,

Gdyż uczy­niono nas z jed­nego kruszcu.

Miłość mą traf­nie umiała wyra­zić,

Choć nazbyt słabo: wyznaję, że jestem

Wro­giem rado­ści wszel­kiej, nawet skry­tej

W naj­droż­szych zmy­słów zaka­mar­kach; umiem

Cie­szyć się szcze­rze tylko twą miło­ścią,

Mój władco miły.

Kor­de­lia

na stro­nie

O biedna Kor­de­lio!

Lecz nie, gdyż pewna jestem, że na szali

Zaważy wię­cej miłość niż wymowa.

Lear

Tobie i twoim potom­kom zostaje

Na wie­ku­iste dzie­dzic­two bogata

Trze­cia część mego pięk­nego kró­le­stwa,

Nie mniej roz­le­gła, cenna i zasobna

Niźli ta, którą dano Gone­ryli.

Teraz, rado­ści nasza, choć ostat­nia

I naj­drob­niej­sza, któ­rej miłość młodą

Pra­gną zagar­nąć współ­za­wod­ni­czące

Win­nice Fran­cji i mleko Bur­gun­dii:

Cóż powiesz, aby zyskać więk­szy udział

Niż owe, które wzięły sio­stry? Prze­mów.

Kor­de­lia

Nic, panie mój.

Lear

Nic?

Kor­de­lia

Nic.

Lear

Nic ci niczego nie da. Prze­mów znowu.

Kor­de­lia

Nie­szczę­sna, serca wydźwi­gnąć nie umiem

Ku moim war­gom: kocham twój maje­stat

Zgod­nie z naturą, ni mniej, ani wię­cej.

Lear

Cóż to, Kor­de­lio! Mów przy­chyl­niej nieco,

Ina­czej los swój zbu­rzysz.

Kor­de­lia

Dobry panie,

Ty mnie począ­łeś, cho­wa­łeś, kocha­łeś:

Ja odpła­ca­łam ci tak, jak się godzi,

Słu­cham cię, kocham i cześć ci oddaję.

Czemu me sio­stry mają mężów, jeśli

Cie­bie jed­nego, jak mówią, kochają?

Skoro traf zechce, że poślu­bię kogoś,

Ten z panów, który weź­mie mą przy­sięgę,

Wraz z nią unie­sie miło­ści połowę,

Połowę sta­rań mych i obo­wiąz­ków.

Ni­gdy w mał­żeń­stwo nie wstą­pię jak sio­stry,

By ojca kochać jedy­nie.

Lear

Czy z serca mówisz?

Kor­de­lia

Tak, mój dobry panie.

Lear

Tak młoda i tak nie­czuła?

Kor­de­lia

Tak młoda, panie mój, i tak szczera.

Lear

Nie­chaj tak będzie; twa szcze­rość zosta­nie

Wia­nem twym, bowiem, na święty blask słońca,

Na skryte święta Hekate i nocy,

Na wszel­kie wpływy ciał nie­bie­skich, które

Ist­nieć nam każą i żywot nasz koń­czą,

Klnę się, że całą mą tro­skę ojcow­ską,

Więzy rodzinne i krwi naszej jed­ność

Odrzu­cam oto i odpy­cham cie­bie

Od mego serca, jak obcą, na wieki.

A bar­ba­rzyń­ski Scyta lub ów, który

Potom­stwo swoje pożera, by sycić

Głód, będzie sercu mojemu przy­ja­zny,

Godny opieki mej i zmi­ło­wa­nia

Na równi z tobą, ongi moją córką.

Kent

Monar­cho dobry mój -

Lear

Zamilk­nij, Ken­cie!

Nie wchodź pomię­dzy smoka i gniew jego.

Ją uko­cha­łem naj­bar­dziej; wie­rzy­łem,

Że pod opieką jej znajdę wytchnie­nie.

Precz, zejdź mi z oczu! Nie­chaj nie odnajdę

Spo­koju w gro­bie, jeśli nie pozba­wię

Jej ojcow­skiego serca dziś! Wezwij­cie

Tu władcę Fran­cji. Prę­dzej! I Bur­gun­dii!

Książę Korn­wa­lii i ty, mój Albany,

Do wiana obu córek mych przy­łącz­cie

Ową część trze­cią. Ta zaś nie­chaj pychę

Zaślubi, skoro zwać ją chce szcze­ro­ścią.

Obda­rzam obu was moją potęgą,

Miej­scem naj­wyż­szym i całym prze­py­chem

Maje­sta­towi należ­nym. Dla sie­bie

Zatrzy­mać pra­gnę świtę stu ryce­rzy,

Z któ­rymi gościć będę mie­siąc cały

U was, kolejno. Zacho­wamy tylko

Imię kró­lew­skie oraz dosto­jeń­stwo

Z nim powią­zane. Wła­dza zaś, skarb cały

I rząd nad wszyst­kim niech do was należą,

Mili syno­wie: co potwier­dzam, dzie­ląc

Ów dia­dem mię­dzy was.

Kent

Kró­lew­ski Learze,

Któ­rego czci­łem, gdyż byłeś mym władcą,

Umi­ło­wa­łem, gdyż byłeś mi ojcem,

Słu­cha­łem ślepo, gdyż byłeś mym panem,

A wspo­mi­na­łem w modłach jak patrona -

Lear

Łuk nacią­gnięty, ucie­kaj przed strzałą.

Kent

Wypuść ją raczej; nie­chaj roz­wi­dlony

Grot w sercu utkwi, gdyż nie­okrze­sa­nym

Kent się okaże, skoro Lear osza­lał.

Cóż chcesz uczy­nić, star­cze? Czyż­byś sądził,

Że obo­wią­zek onie­mieje z trwogi,

Gdy przed pochleb­stwem kłoni się potęga?

Honor iść musi w parze z otwar­to­ścią

Tam, gdzie maje­stat padł jak długi w głup­stwo.

Odwróć swój wyrok i zważ po namy­śle,

Jak masz poskro­mić ów ohydny pośpiech.

Jeśli się mylę, życiem to opłacę.

Naj­młod­sza córka nie naj­mniej cię kocha,

O próż­nym sercu nie świad­czy głos cichy,

Choć nie odbija roz­gło­śnego echa

Próżni.

Lear

Dość, Ken­cie, jeżeli żyć pra­gniesz!

Kent

Życie me zawsze było tylko stawką

W grze, którą wio­dłem prze­ciw twoim wro­gom.

Bez trwogi oddam je, gdy bez­pie­czeń­stwo

Twe ma być ceną.

Lear

Precz! Nie chcę cię widzieć!

Kent

Byś widział lepiej, Learze, daj mi zostać

I być źre­nicą twą.

Lear

Na Apol­lina -

Kent

Cóż, na Apol­lina?

Królu, twych bogów wzy­wasz nada­rem­nie.

Lear

O ty wasalu nie­wierny!

Kła­dzie dłoń na mie­czu.

Ksią­żęta Albany i Korn­wa­lii

Stój, panie!

Kent

Zabij leka­rza, a wyna­gro­dze­nie

Oddaj plu­ga­wej cho­ro­bie. Twe dary

Odbierz; ina­czej, póki żyję, będę

Wołał, że czy­nisz źle.

Lear

Więc słu­chaj, zdrajco!

Pod­da­nym jesteś, roz­ka­zuję: słu­chaj!

Ponie­waż chcia­łeś, aby­śmy łamali

Przy­sięgi nasze, dotąd nie­ła­mane,

A butną pychą gnany, wejść pra­gną­łeś.

Mię­dzy nasz wyrok i naszą potęgę,

Czego ni god­ność nasza, ni natura

Ścier­pieć nie mogą, weź za to zapłatę.

Pięć dni dajemy, byś się zaopa­trzył

W to, co osłoni cię przed wro­gim świa­tem,

I niech na szó­sty dzień nasze kró­le­stwo

Ujrzy z oddali grzbiet twój nie­na­wistny.

Jeśli się znaj­dzie twe wygnane ciało

Dnia dzie­sią­tego na­dal w naszych wło­ściach,

Śmierć wnet napo­tkasz. Precz! Na Jupi­tera,

Tego wyroku nic już nie odwróci.

Kent

Skoro tak rze­kłeś, żegnaj mi, mój panie,

Gdyż wol­ność mieszka tam, a tu wygna­nie.

do Kor­de­lii

Nie­chaj cię strzegą, panienko, bogo­wie

Za pra­wość myśli i poczci­wość w mowie!

do Gone­ryli i Regany

Niech czyn wasz spro­sta przy­siąg obfi­to­ści,

A sku­tek piękny sło­wom o miło­ści.

Tak się, ksią­żęta, Kent z wami roz­staje,

Nio­sąc w kraj nowy dawne oby­czaje.

Wycho­dzi.

Fan­fara. Powraca GLO­UCE­STER z KRÓ­LEM FRAN­CJI, KSIĘ­CIEM BUR­GUN­DII i Orsza­kiem.

Glo­uce­ster

Panie mój, oto Fran­cja i Bur­gun­dia.

Lear

Panie Bur­gun­dii,

Cie­bie pierw­szego zapy­tuję, który

Z tym oto kró­lem współ­za­wod­ni­czy­łeś

O naszą córkę. Mów, jakie naj­mniej­sze

Wiano jej musi towa­rzy­szyć, abyś

Nie ustał w two­ich miło­snych zabie­gach?

Książę Bur­gun­dii

Wasza kró­lew­ska mość, nie żądam wię­cej,

Niż twój maje­stat chce jej ofia­ro­wać,

Mniej dać nie pra­gnąc.

Lear

Szla­chetny Bur­gun­dzie,

Tak ją ceni­łem, gdyż była mi droga,

Lecz dziś sta­niała. Panie, oto ona:

Jeśli coś w owej nie­wiel­kiej postaci

Lub ona cała, z dodat­kiem nie­ła­ski

Naszej i niczym wię­cej, może wzbu­dzić

Szczerą przy­chyl­ność waszej łaska­wo­ści,

Oto jest, bierz ją.

Książę Bur­gun­dii

Nie wiem, co mam odrzec.

Lear

Czy dowie­dziaw­szy się o jej przy­wa­rach,

Braku przy­ja­ciół, naszej nie­na­wi­ści,

O wia­nie naszej klą­twy, o przy­się­dze,

Którą od naszej krwi ją odję­li­śmy,

Chcesz ją odrzu­cić, czy wziąć?

Książę Bur­gun­dii

Wybacz, królu,

Lecz wybór dła­wią te oko­licz­no­ści.

Lear

Więc ją pozo­staw, panie, klnę się bowiem

Na moce owe, które mnie stwo­rzyły,

Że znasz jej wiano.

do Króla Fran­cji

Cie­bie, wielki królu,

Nazbyt miłuję, abym się odwa­żył

Z tym cię połą­czyć, czego nie­na­wi­dzę.

Bła­gam, god­niej­szą znajdź ścieżkę miło­ści,

Nie­pro­wa­dzącą ku nędz­nicy, któ­rej

Natura sama nie­mal uznać nie chce

Za swoje dzieło.

Król Fran­cji

Jest to nie­po­jęte,

Że owa, która dotąd była zawsze

Oczkiem w twej gło­wie, przed­mio­tem twych pochwał,

Twej sędzi­wo­ści osłodą naj­droż­szą,

Mogła popeł­nić nagle, w jed­nej chwili,

Czyn tak potworny, który ogo­ło­cił

Ją z tylu sukien twej łaski. Z pew­no­ścią

Czyn jej występny musiał być tak wielki,

Że ją w potwora prze­mie­nił, lub może

Uczu­cie, które dla niej daw­niej mia­łeś,

W proch obró­ciło się. Albo­wiem cudu

Potrzeba, aby umysł mój uwie­rzył

W jej złość.

Kor­de­lia

Ubła­gać pra­gnę twój maje­stat

(Skoro mną gar­dzisz za brak owej gład­kiej,

Pokręt­nej sztuki mówie­nia bez wiary,

Gdyż zwy­kle czy­nię to, co pra­gnę czy­nić,

Zanim prze­mó­wię), abyś chciał obwie­ścić,

Że mnie nie plami złość, mord lub nik­czem­ność,

Ni czyn nie­skromny, lub też krok nie­godny,

Który mi zabrał twą miłość i łaskę,

Lecz nie­do­sta­tek, który mnie wzbo­gaca:

Brak przy­po­chleb­nych oczu i języka,

Któ­rego mieć bym nie pra­gnęła wcale,

Choć go nie mając, stra­ci­łam twą przy­jaźń.

Lear

Lepiej byś wcale się nie naro­dziła,

Skoro nie chcia­łaś mnie bar­dziej ucie­szyć.

Król Fran­cji

Więc to jedy­nie? Owa powścią­gli­wość,

Która tak czę­sto sło­wem nie okra­sza

Swo­ich zamia­rów? Mój panie Bur­gun­dii,

Cóż rzek­niesz damie tej? Miłość miło­ścią

Nie jest, zmą­cona innymi wzglę­dami,

Które są obce jej. Czy pra­gniesz wziąć ją?

Sama jest wia­nem swym.

Książę Bur­gun­dii

Wielki monar­cho,

Daj tylko wiano, które dać pra­gną­łeś,

A oto ujmę wnet rękę Kor­de­lii,

Księżny Bur­gun­dii.

Lear

Nic. Przy­sią­głem. Posta­no­wi­łem.

Książę Bur­gun­dii

A więc żałuję, że stra­ciw­szy ojca,

Musisz utra­cić także i mał­żonka.

Kor­de­lia

Nie­chaj ów Bur­gund odej­dzie w pokoju!

Pozór i złoto nad wszystko miłuje,

Więc żoną jego nie będę.

Król Fran­cji

Kor­de­lio piękna, w nędzy naj­bo­gat­sza,

Naj­wy­bor­niej­sza, cho­ciaż porzu­cona,

Znie­na­wi­dzona, a naj­uko­chań­sza!

Cie­bie i cnoty twe oto przyj­muję,

Słusz­nie to bio­rąc, czego inni nie chcą.

Bogo­wie! Ich to chłód zadzi­wia­jący

Zbu­dził miło­ści mej pło­mień gorący.

Twa córka, królu, pozba­wiona wiana,

Panią jest pięk­nej Fran­cji i jej pana.

Żad­nemu z ksią­żąt Bur­gun­dii wod­ni­stej

Nie dam bez­cen­nej, bied­nej panny czy­stej.

Pozdrów ich, choć zła spra­wili ci wiele,

Ból tu poże­gnasz, tam czeka wesele.

Lear

Twoją jest, Fran­cjo; zabierz ją co prę­dzej,

Gdyż naszą nie jest i nie chcemy wię­cej

Widzieć jej lica. Opuść­cie me wło­ści

Bez bło­go­sła­wieństw, łaski i miło­ści.

Pójdź, szla­chetny Bur­gun­dzie.

Fan­fara.

Wycho­dzą Lear, Książę Bur­gun­dii, Książę Korn­wa­lii,

Książę Albany, Glo­uce­ster i Orszak.

Król Fran­cji

Poże­gnaj sio­stry twe.

Kor­de­lia

Klej­noty ojca, Kor­de­lia ze łzami

Odcho­dzi od was; choć wiem, kim jeste­ście,

Lecz sio­strą będąc, nie chcę wypo­mi­nać

Wad waszych. Ojca otocz­cie miło­ścią,

Tuląc do waszej piersi, tak wymow­nej.

Lecz gdy­bym biedna w łaskach pozo­stała,

Lep­sze bym miej­sce dla niego wybrała.

Żegnam was obie.

Regana

Nie ucz nas naszej powin­no­ści.

Gone­ryla

Lepiej

Uczy­nisz, łaski zdo­by­wa­jąc pana,

Któ­rego los ci zesłał jak jał­mużnę;

Gdyż tę, co mogła bra­kiem serca zgrze­szyć,

Może podob­nym bólem los ucie­szyć.

Kor­de­lia

Mister­nie skryty pod­stęp czas odczyta

I na jaw z hańbą wyj­dzie złość ukryta.

Szczę­ścia wam życzę!

Król Fran­cji

Pójdź, piękna Kor­de­lio.

Wycho­dzą Król Fran­cji i Kor­de­lia.

Gone­ryla

Sio­stro, mam ci wiele do powie­dze­nia o tym, co doty­czy naj­ści­ślej nas obu. Sądzę, że ojciec pra­gnie odje­chać jesz­cze przed zmro­kiem.

Regana

Z całą pew­no­ścią; do cie­bie. Do nas przy­bę­dzie w przy­szłym mie­siącu.

Gone­ryla

Czy dostrze­głaś, jak kapry­śna jest jego sta­rość? Nie­mało powie­działo nam to, co dziś ujrza­ły­śmy. Zawsze kochał naszą sio­strę naj­bar­dziej, a jakże myl­nie osą­dził ją dziś i odtrą­cił. Widać to jak na dłoni.

Regana

Winić tu trzeba star­czy brak roz­sądku, ale prze­cież ni­gdy nie umiał pano­wać nad sobą.

Gone­ryla

Zawsze, nawet w naj­lep­szych cza­sach, gdy cie­szył się peł­nym zdro­wiem, był poryw­czy. Dziś możemy ocze­ki­wać od jego wieku nie tylko wad, będą­cych skut­kiem daw­nych nawy­ków, lecz i nie­po­skro­mio­nego uporu, wła­ści­wego star­com o burz­li­wym uspo­so­bie­niu.

Regana

Musimy być przy­go­to­wane na to, że będzie nagle sta­wał dęba, jak w chwili wygna­nia Kenta.

Gone­ryla

Albo jak przy roz­sta­niu z kró­lem Fran­cji. Bła­gam cię, dzia­łajmy wspól­nie: jeśli ojciec na­dal zechce wła­dać, mając podobne uspo­so­bie­nie, jego odej­ście od rzą­dów będzie dla nas tylko utra­pie­niem.

Regana

Musimy to roz­wa­żyć.

Gone­ryla

Trzeba dzia­łać, i to nie­zwłocz­nie.

Wycho­dzą.

Scena II

Scena II

Zamek Hra­biego Glo­uce­steru.

Wcho­dzi EDMUND z listem.

Edmund

Ty jesteś moją bogi­nią, Naturo,

I słu­żyć pra­gnę twym pra­wom jedy­nie.

Czy muszę wcho­dzić pod prę­gierz zwy­czaju

I dać się wyzuć z praw obłu­dzie ludów,

Bowiem wyprze­dził mnie brat o dwa­na­ście

Czy też czter­na­ście księ­ży­ców? I czemu

Mam być bękar­tem? A dla­czego nędz­nym,

Skoro me kształty są rów­nie foremne,

Umysł tak bystry i postać tak godna

Jak u potomka tej cno­tli­wej damy?

Czemu pięt­nują nas tą nie­pra­wo­ścią?

Nie­prawi? Nędzni? Bękarty? Nędz­nicy?

Skoro spło­dzo­nych ukrad­kiem w roz­ko­szy

Natura pięk­niej nas wypo­sa­żyła

I wię­cej wlała życia w nas niż w rze­sze

Głup­ców spło­dzo­nych mię­dzy snem a jawą,

Na łożu stę­chłym, w nudzie i znu­że­niu?

Pra­wo­wi­tego Edgara ziem pra­gnę;

Ojciec nasz kocha bękarta Edmunda

Na równi ze swym pra­wo­wi­tym synem.

Jakie to piękne słowo "pra­wo­wity"!

Mój pra­wo­wity, otóż jeśli list ten

Osią­gnie cel swój i wes­prze mój zamysł,

Wów­czas prze­ro­śnie poni­żony Edmund

Pra­wo­wi­tego: - Wzniosę się! Roz­kwitnę!

Bogo­wie, stój­cie przy bękar­tach!

Wcho­dzi GLO­UCE­STER.

Glo­uce­ster

Kent tak wygnany! A król Fran­cji w gnie­wie

Wyru­szył! Nocą król także odje­chał!

Moc swą sam skru­szył! Żyć będzie z jał­mużny!

A wszystko czy­nił jak ostrogą kłuty!

- Edmun­dzie, witaj! Jakież to nowiny?

Edmund

Żad­nych, za przy­zwo­le­niem waszej dostoj­no­ści.

Chce ukryć w kie­szeni list.

Glo­uce­ster

Czemu tak nagle ukry­łeś ów list w kie­szeni?

Edmund

Nie znam żad­nych nowin, panie mój.

Glo­uce­ster

Cóż to za pismo czy­ta­łeś?

Edmund

Nic, panie mój.

Glo­uce­ster

Nie? Więc czemu z tak strasz­li­wym pośpie­chem pra­gną­łeś ukryć w kie­szeni ów papier? Nic, dzięki swej przy­ro­dzo­nej wła­ści­wo­ści, nie musi kryć się. Przyj­rzyjmy się temu: daj, jeśli to nic, obędę się bez oku­la­rów.

Edmund

Bła­gam cię, panie, zechciej mi daro­wać; jest to list od mego brata i nie zdą­ży­łem go jesz­cze prze­czy­tać do końca, lecz z tego, na co zer­k­ną­łem, wnio­skuję, że nie powi­nie­neś go widzieć.

Glo­uce­ster

Daj mi ten list.

Edmund

Postą­pię rów­nie nie­wła­ści­wie, zatrzy­mu­jąc go, jak odda­jąc. Zawar­tość jego, jak to pobież­nie ode­bra­łem, jest godna potę­pie­nia.

Glo­uce­ster

Zobaczmy, zobaczmy.

Edmund

By uspra­wie­dli­wić mego brata, chcę wie­rzyć, że napi­sał to jedy­nie, by spraw­dzić i wypró­bo­wać mą uczci­wość.

Glo­uce­ster

Czyta.

Owa cześć odda­wana rzą­dom star­ców napeł­nia gory­czą naj­lep­sze lata naszego życia, utrzy­mu­jąc dostatki z dala od nas, póki sta­rość nie odbie­rze nam całej rado­ści z nich. Zaczy­nam poj­mo­wać, jak nędzną i głu­pią nie­wolą jest ów ucisk star­czej tyra­nii, która rzą­dzi nie dzięki swej potę­dze, lecz jedy­nie dla­tego, że godzimy się ją cier­pieć. Przy­bądź do mnie, a powiem ci wię­cej w tym przed­mio­cie. Gdyby ojciec nasz mógł spać tak długo, póki go nie zbu­dzę, otrzy­mał­byś na wieki połowę jego dostat­ków i żył oto­czony miło­ścią brata twego Edgara.

- Ha! Sprzy­się­że­nie! "Spać tak długo, póki go nie zbu­dzę - otrzy­mał­byś połowę jego dostat­ków". Mój syn Edgar! Jak mogła ręka jego to nakre­ślić, a serce i umysł spło­dzić? Jak to otrzy­ma­łeś? Któż ci to przy­niósł?

Edmund

Nikt mi tego nie przy­niósł, panie mój; w tym cała zawi­łość. Wrzu­cono go przez okno do mej izby.

Glo­uce­ster

Czy pewien jesteś, że nakre­śliła to ręka twego brata?

Edmund

Gdyby to doty­czyło rze­czy dobrej, panie mój, odwa­żył­bym się przy­siąc, że jego; lecz patrząc na to, pra­gnął­bym wie­rzyć, że nie.

Glo­uce­ster

Jego?

Edmund

Jego ręka, panie mój, lecz mam nadzieję, że serce jego nie podyk­to­wało tre­ści tego listu.

Glo­uce­ster

Czy ni­gdy dotąd nie wspo­mniał ci o tym w roz­mo­wie?

Edmund

Ni­gdy, panie mój. Lecz czę­sto sły­sza­łem go mówią­cego, że słusz­nym byłoby, skoro syno­wie osią­gną wiek męski, a ojco­wie poczną chy­lić się ku sta­ro­ści, aby ojciec zdał się na opiekę syna, a syn zarzą­dzał jego dobrami.

Glo­uce­ster

O, nędz­nik! Nędz­nik! Słowo w słowo tak to wyło­żył w liście! Nik­czemny nędz­nik! Wyrodny, ohydny, zwie­rzęcy nędz­nik! Gor­szy niż zwie­rzę! Idź go odszu­kać, chłop­cze. Wrzucę go do lochu. Ohydny nędz­nik! Gdzież jest teraz?

Edmund

Nie wiem dokład­nie, panie mój. Sta­niesz na pew­niej­szym grun­cie, jeśli raczysz powścią­gnąć wzbu­rze­nie prze­ciw memu bratu, póki nie dowiesz się od niego, co miał na myśli. Lecz gdy­byś wystą­pił gwał­tow­nie prze­ciw niemu i fał­szy­wie oce­nił jego zamiary, uczy­ni­łoby to wielki wyłom w twej czci i ugo­dziło w samo serce jego synow­skiego posłu­szeń­stwa, roz­szar­pu­jąc je na strzępy. Życie dam w zastaw, że napi­sał to, aby wypró­bo­wać mą miłość do waszej czci­god­no­ści, nie mając żad­nych zło­wro­gich zamia­rów.

Glo­uce­ster

Tak sądzisz?

Edmund

Jeśli wasza czci­god­ność uzna to za słuszne, ukryję cię w miej­scu, z któ­rego usły­szysz naszą roz­mowę, abyś bez dal­szego odwle­ka­nia zyskał pew­ność już dziś wie­czór, dzięki świa­dec­twu wła­snych uszu.

Glo­uce­ster

Nie do wiary, aby był takim potwo­rem -

Edmund

I nie jest nim, z pew­no­ścią.

Glo­uce­ster

- wobec ojca, który kocha go tak bar­dzo i taką mu czu­łość oka­zuje. Nie­biosa, zie­mio! Edmun­dzie, bła­gam cię, odszu­kaj go i spraw, abym poznał jego myśli. Ułóż wszystko według swej woli. Oddał­bym god­no­ści i mają­tek, by zyskać pew­ność.

Edmund

Panie, odszu­kam go nie­zwłocz­nie, prze­pro­wa­dzę rzecz tak, jak na to zezwolą oko­licz­no­ści, i powia­do­mię cię.

Glo­uce­ster

Owe nie­dawne zaćmie­nia słońca i księ­życa nie wróżą nam niczego dobrego. Choć zna­jo­mość Natury może tłu­ma­czyć je tak lub ina­czej, jed­nak skutki ich chłosz­czą samą Naturę. Miłość ostyga, przy­jaźń w gniew się zmie­nia, bra­cia są poróż­nieni, w mia­stach roz­ru­chy, narody w nie­zgo­dzie, zdrada w pała­cach, roze­rwane więzy krwi mię­dzy ojcem a synem. Owa prze­po­wied­nia spraw­dza się na mym nędz­niku: oto syn prze­ciw ojcu; król powstał prze­ciw prawu przy­ro­dzo­nemu: oto ojciec prze­ciw dziecku. Minęły już nasze naj­lep­sze lata, a spi­ski, fałsz, zdrada i całe to ruinę nio­sące wzbu­rze­nie odpro­wa­dzą nas do nie­spo­koj­nego grobu. Odnajdź tego nędz­nika, Edmun­dzie. Nie stra­cisz na tym: uczyń to z roz­wagą. A szla­chetny Kent o szcze­rym sercu wygnany! Jego występ­kiem uczci­wość! Zadzi­wia­jące.

Wycho­dzi.

Edmund

W tym leży dosko­na­łość głu­poty świata, że gdy los nasz nie­do­maga, czę­sto, skut­kiem naszego wła­snego postę­po­wa­nia, winimy za nasze klę­ski słońce, księ­życ i gwiazdy, jak gdy­by­śmy byli nędz­ni­kami z koniecz­no­ści, głup­cami za sprawą Nieba, łotrami, zło­dzie­jami i zdraj­cami dzięki wła­dzy gwiazd, a pija­kami, kłam­cami i cudzo­łoż­ni­kami: zmu­szeni do tego wpły­wem pla­net. I tak, całą naszą nik­czem­ność skła­damy na karb mocy nad­przy­ro­dzo­nych. Godny podziwu wybieg czło­wieka-kur­wi­panka, który za swe lubieżne skłon­no­ści zrzuca odpo­wie­dzial­ność na gwiazdę! Ojciec mój scze­pił się z moją matką pod ogo­nem Smoka, a naro­dzi­łem się pod Ursa Major1; z czego wynika, że jestem poryw­czy i lubieżny. Ach, cóż tam! Był­bym, kim jestem, choćby naj­bar­dziej dzie­wi­cza z gwiazd nie­bo­skłonu mru­gała nad mym bękar­cim poczę­ciem. Edgar -

Wcho­dzi EDGAR.

I oto jest, jak nie­spo­dziane roz­wią­za­nie w daw­nej kome­dii: nie­chaj mnie pro­wa­dzi łotrow­ska melan­cho­lia, pełna wes­tchnień, jak gdy­bym był Sza­lo­nym Tom­kiem. O! Zaćmie­nia te słusz­nie wywró­żyły, że się poróż­nimy. Fa, sol, la, mi.

Edgar

Witaj, bra­cie Edmun­dzie! W jakich to poważ­nych roz­trzą­sa­niach się zagłę­bi­łeś?

Edmund

Roz­my­ślam, bra­cie, o prze­po­wiedni, którą prze­czy­ta­łem oneg­daj, doty­czą­cej tego, co ma nastą­pić po owych zaćmie­niach.

Edgar

Czyżby zaj­mo­wało cię to?

Edmund

Uwierz mi, że nie­szczę­sne skutki, o któ­rych pisano, poja­wiły się już. Na przy­kład: wza­jemna nie­chęć dzieci i rodzi­ców, śmierć, dro­ży­zna, uwiąd daw­nych przy­jaźni, roz­łamy w pań­stwie, groźby i wyrze­ka­nie na króla i moż­nych, bez­za­sadne podej­rze­nia, wygna­nie przy­ja­ciół, roz­przę­że­nie kohort, zdrady mał­żeń­skie i sam nie wiem, co jesz­cze.

Edgar

Od jak dawna stu­diu­jesz astro­lo­gię?

Edmund

Cze­kaj, cze­kaj. Kiedy ostat­nio widzia­łeś się z ojcem?

Edgar

Zeszłego wie­czora.

Edmund

Czy mówi­łeś z nim?

Edgar

Tak, przez dwie godziny.

Edmund

Czy roz­sta­li­ście się w przy­jaźni? Czy nie odkry­łeś nie­chęci w jego sło­wach lub obli­czu?

Edgar

Żad­nej.

Edmund

Zasta­nów się, czym mogłeś go obra­zić i, pro­szę cię, uni­kaj go, póki czas nie ostu­dzi jego wzbu­rze­nia, które w tej chwili jest tak wiel­kie, że nie uła­go­dzi­łaby go nawet wyrzą­dzona ci krzywda.

Edgar

To sprawka jakie­goś nędz­nika.

Edmund

Oba­wiam się, że tak. Bła­gam cię, oka­zuj jak naj­więk­szą powścią­gli­wość, póki gniew jego nie osty­gnie. Ukryj się u mnie, a dopro­wa­dzę cię w spo­sob­nej chwili do miej­sca, z któ­rego usły­szysz, co jego dostoj­ność powie o tym. Bła­gam, idź już, oto mój klucz. A jeśli będziesz chciał się odda­lić stam­tąd, wyjdź uzbro­jony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki