Król Edyp - Sofokles
3.49 zł
2.86 zł
(1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
EDYP.
O dzieci, Kadma starego potomstwo, Czegoście na tych rozsiedli się progach, Trzymając w ręku te wiązki błagalne? Czemuż nad miastem dym wonnych kadzideł Wznosi się razem z modlitwą i jękiem? Ja, że niechciałbym przez usta posłańców O tem zasłyszeć, sam tutaj przybyłem, Ja, Edyp, sławą cieszący się ludzi. Rzeknij więc, starcze, boś ty powołany Za innych mówić, co was tu zebrało, Strach czy cierpienie? Wyjaw to mężowi, Co chce wam ulżyć; bo byłby bez serca, Gdyby ten widok mu serca nie wzruszył.
KAPŁAN.
O Panie, który nad ziemią tą władasz, Widzisz, jak garnie się wsze pokolenie Do twych ołtarzy; jedni, to pisklęta Długiego lotu niezdolne, a drugich Wiek już pogarbił; ja służę Zeusowi A tamci innym bogom; równe tłumy Siadły gdzieindziej, gdzie chramy Pallady I tam, gdzie ołtarz Ismena popielny, Bo miasto - jak ty sam widzisz - odmęty
Złego zalały i lud bodaj głowę Wznosi wśród klęski i krwawej pożogi, Mrąc w ziemi kłosach i ziemi owocach, Mrąc w stadach bydła i niewiast porodach, Płonnych od kiedy bóg ogniem zionący Zaciężył srogą nad miastem zarazą, By grody Kadma pustoszyć, a jękiem Czarne Hadesu wzbogacić ostępy. Choć więc my Ciebie nie równamy bogom, Ani te dzieci, siedliśmy w tych progach, Bo Ciebie pierwszym mienimy wśród ludzi, Wśród ciosów życia i wśród nieba gromów. Tyś bo przybywszy, gród stary Kadmosa Od strasznych ofiar dla Sfinxa wyzwolił, Nic od nas wprzódy się nie wywiedziawszy, Ni pouczony; nie! z ramienia bogów Dałeś nam życia ochłodę i ulgę. A więc ku Tobie, któryś nam najdroższym, Ślemy, Edypie, tę prośbę błagalną, Byś nas ratował, czy z bogów porady Znajdując leki, czy z ludzi natchnienia. Bo przecież widzę, jako doświadczonych Rady najlepszym poprawy zadatkiem. Nuże więc, mężom ty przoduj, skrzep miasto, Nuże, rozważnie działaj, bo ta ziemia Zbawcą Cię mieni za dawną gotowość. Niechbyśmy rządów Twych tak nie pomnieli, Iż po naprawie upadek nas zgrążył; Ale stanowczo wznieś gród ten ku szczęściu. Z ptakiem tu dobrej nastałeś Ty wróżby I dziś dorównaj tej szczęsnej przeszłości. Bo jeśli nadal zachowasz ster rządów,
Piękniej Ci mężom przewodzić, niż próżni. Ni gród, ni okręt nic przecie nie waży, Jeśli nie stanie męża dla ich straży.
EDYP.
O biedna dziatwo! Nazbyt ja świadomy Próśb waszych celu; wiem, że wszystkie domy Gnębi choroba, lecz wśród zła powodzi Najgorsza nędza w mą osobę godzi. Bo was jedynie własne brzemię dręczy, Gdy moja dusza za mnie, za was jęczy, Za miasto całe; ze snu się nie budzę Na wasze głosy; wiedzcie, że łzy ronię I częstem troski błąkaniem się trudzę, By co obmyśleć ku ludu obronie. I uczyniłem, co dobrem się zdało, Syna Menoika a żony mej brata Do Apollina pytyjskich wyroczni, Posłałem, aby Kreon się wywiedział, Co czyniąc, mówiąc, zbawiłbym to miasto. A odmierzając dzień jego odejścia, Już spokój tracę, bo nad miarę czasu Zwykłą nie widać go w domu z powrotem. Lecz skoro wróci - to byłbym przewrotnym, Gdybym za głosem nie postąpił boga.
KAPŁAN.
Mówisz nam z duszy, a właśnie zwiastują Okrzyki ludzi Kreona przybycie...
EDYP.
O Apollinie! Niechby on ze słowem Tak zbawczem przyszedł, jak wygląd ma jasny.
KAPŁAN.
Dobrą nowinę ja wróżę, bo czyżby Inaczej wieńczył swą głowę wawrzynem?
EDYP.
Wnet się dowiemy, już słyszeć nas może. - O książę, krewny mi synu Menoika, Jakież przynosisz nam wieści od bóstwa!
KREON.
Dobre, bo mniemam, że i ciężkie sprawy Z dobrym obrotem szczęsnemi się stają.
EDYP.
Jakież jest słowo? bo z tej oto mowy Strachu bym nie mógł wysnuć, ni otuchy.
KREON.
Czy chcesz, bym mówił odrazu przed ludźmi, Lub wszedł do domu; na wszystko ja gotów.
EDYP.
Mów tu, wszem wobec; bo tamtych katusze Bardziej mnie dręczą, niż strach o mą duszę.
KREON.
Niech więc wypowiem, co Bóg mi obwieścił. - Febus rozkazał stanowczo, abyśmy Ziemi zakałę, co w kraju się gnieździ, Wyżęli i nie znosili jej dłużej.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.
Laios, król Teb i mąż Jokasty, otrzymał był groźną wróżbę, że zginie z rąk własnego syna. Gdy mu się więc syn ten narodził, oddał go niewolnikowi i kazał wynieść w ustronne góry. Niewolnik jednak, zdjęty litością, nie uśmierca dziecka, lecz oddaje je znajomemu pasterzowi z Koryntu. Ten znów powierza nieszczęśliwe pacholę bezdzietnym panom Koryntu, królowi Polybosowi i jego małżonce Meropie. Tutaj tedy wzrasta młodzieniec, nazwany Edypem, i przepędza pierwsze szczęśliwe lata w błogiej nieświadomości, że nie jest właściwie synem tych przybranych tylko rodziców. Nierozważne słowo towarzysza budzi w nim jednak pewne niepokoje. Postanawia więc on w Delfach od Apollina dowiedzieć się prawdy. Bóg jednak, zamiast pożądanego światła, daje mu straszną odpowiedź, że własnego ojca zamorduje i pojmie za żonę własną matkę, że spłodzi z nią nieszczęsne pokolenie. Aby uniknąć tej grozy opuszcza tedy Edyp Korynt, gdzie jego mniemani pozostają rodzice i samowolnie puszcza się na pielgrzymkę przez Focydę. W tym samym jednak czasie król tebański Laios wybrał się był w podróż do wyroczni delfickiej. Przypadek zrządza, że w ciasnym wąwozie poczet króla spotyka się z młodzieńczym pielgrzymem. Przy wymijaniu się przychodzi do obrazy i bójki, która zakończyła się krwawo. Młody Edyp zabija Laiosa i jego towarzyszów, z wyjątkiem jednego, który wraca do Teb, i aby zakryć się tutaj przed hańbą i zarzutem tchórzostwa, rozsiewa wieść, że król zginął z ręki rozbójników. Edyp tymczasem, pielgrzymując dalej, zawitał także do stolicy tebańskiej. W Tebach siał wtedy spustoszenie Sfinks, istota mityczna, ciążąca jak zmora, nad osieroconem miastem. Zadawała ona zagadki, a kto ich nie rozwiązał, znajdował śmierć w przepaści, nad którą się rozsiadła straszliwa poczwara. Młody jednak Edyp zbliża się do niej odważnie i rozwiązuje odrazu postawioną mu zagadkę. Sfinks rzuca się wtedy w przepaść, a miasto oddycha po tem wyzwoleniu od dziesiątkującej je zmory. W nagrodę oddają jego mieszkańcy młodemu przybyszowi berło królewskie i wdowę po Laiosie w małżeństwo. - Groźna wróżba spełniła się więc w całej pełni na nieświadomym złego Edypie. Tutaj zaczyna się nasz dramat. Panował on już cały szereg lat nad miastem, czczony i szanowany przez wszystkich. Teraz złowrogie Erinye zaczynają dobierać się do drzwi jego pałacu, w którym zgroza i ohyda bez ludzkiej wiedzy się rozgościła i już się nawiązał najstraszniejszy z dramatów. Zaraza, której przyczyn i powodów nikt zbadać nie umie, naraz wybuchła w Tebach i dziesiątkuje miasto. Zapytana wyrocznia delficka odpowiada, że krew zamordowanego Laiosa woła o pomstę i sprowadza te klęski, że winowajcę wytropić należy i usunąć z kraju. Natenczas Edyp zabiera się do spełnienia tego zadania, chce rozjaśnić ciemności, a działanie jego gromadzi wraz ze światłem coraz cięższe gromowładne chmury nad jego głową, tak ciężkie, że go spychają wreszcie w otchłań bezbrzeżną rozpaczy i nędzy. Poeta przeprowadza tę walkę o prawdę, raniącą, miażdżącą bohatera dramatu, z wspaniałym artyzmem. Mamy tu całą skalę od budzących się wewnętrznych niepokojów, od szarpania się i miotania ze świtąjącem światłem aż do ostatecznego przejrzenia rzeczywistości, której oko bohatera znieść już nie może. Jeżeli cię oko twoje gorszy, wyjmij je, - to wypełnia Edyp, bo mu się w końcu tak otwierają oczy na prawdę, pełną grozy, że aż patrzeć na nią nie jest w stanie i woli w ślepocie zamknąć się przed tej sromoty obrazem. Kiedy wreszcie ona w całej nagości i przejrzystości mu się wyłania, zwraca się Edyp w przepięknej inwokacyi do słońca i światła dziennego, żegna się z jego strugami, aby niebawem własną ręką na wzrok swój się targnąć. Stoczenie się ze szczytu chwały i potęgi chyba w żadnej tragedyi takiego odgłosu nie znalazło. Fortuna rzadko się pastwi w tak okrutny sposób nad swoją ofiarą. Edyp ma w królu Lirze postać pokrewną bezmiernością nieszczęścia, które setką ramion i sieci sięga po przeznaczone ofiary, nasuwa przy runięciu w przepaść ułudne gałęzie ratunku, które łamią się za dotknięciem i pogrążają gwałtowniej i głębiej w czeluściach rozpaczy. Rozpacz ta wybrzmiewa w końcu tragedyi w tych urywanych, poszarpanych przemowach Edypa, które są jękami bolu i nędzy wobec widza, jękami bolu, sromoty... i miłości wobec własnych dzieci, które jak białe anioły opromieniają swem zjawieniem się w końcu dramatu oślepionego starca, uchwyconego w szpony czarnego demona nieszczęścia. Wszystkie boleści tych, co szukają winy w sobie, by kraj ratować, tych, którzy wszelką ofiarę, nawet własnej osoby, własnego szczęścia gotowi złożyć na ołtarzu prawdy i dobra ogólnego, przedstawiono tu w sposób pełen grozy. I na końcu tragedyi nad ruinami ludzi i wielkości pozostaje i króluje lodowata, niezmienna twarz Przeznaczenia, które w żadnej tragedyi Sofoklesa takich nie święci tryumfów i zwycięstw. Patrzy ono na walące się trony i pękające serca bezlitośnemi, ołowianemi oczyma, z wysokości swego tronu, którego żadne siły nie wywrócą, z wyżyn swej bezsercowości, której żadne jęki nie wzruszą. Nie wchodzimy w szczegóły dramatu. Ale nie podobna nam pominąć wspaniałego zestawienia króla i proroka, Edypa i Tyrezyasza, sceny, w której bunt ludzi i ludów, co kamienują swoje proroki, wspaniałe znalazł odbicie. Edyp tu sarka i miota się przeciw słowom wróżbity, jak Agamemnon w Iliadzie, jak królowie Izraelscy, Jeroboam i Manasse, karcący Amosa i Izajasza. Wieczny bunt człowieka przeciw bolącej prawdzie, budzi się w Edypie wśród zapasów, aby tę prawdę wydrzeć tajemnicy, która go otacza. Tyrezyrasz rzuca wobec tego słowo, które odtąd w rozlicznych odmianach tyle razy pobrzmiewać miało w starciach między władcami ziemi a potęgą duchową:
Nie ty jesteś mi panem - ja sługą Apolla.
Obok Edypa występuje Jokasta, żona dwóch królów tebańskich, ojca i syna, istota, biorąca życie lekko, widząca grę obłoków tam, gdzie piętrzą się chmury przed burzą, durząca siebie i drugich przydługo w błogiej niepewności, pociechę i wybieg mająca na wszystko - wybieg nawet w okolicznościach, w których o wyjście trudno. Wreszcie, kiedy straszna rzeczywistość przemówiła zbyt jasno i niedwuznacznie, wiesza się ona wskutek gwałtownego wstrząśnienia, kończy śmiercią, która w tej tragedyi nie jest ostatniem słowem dramatu i wobec grozy życia oślepionego Edypa ma prawie brak powagi i majestatu. - Kreon, brat jej i szwagier królewski, reprezentuje powszedni typ człowieka, rozkoszującego się w błogości wysokiej parenteli, w błogości swej dworskiej a nieodpowiedzialnej pozycyi, w powszedniej służbie u zdrowego rozsądku. Jest to jeden z tych ludzi, którzy pchają swą taczkę i o rydwanach nie marzą; a w wyścigach życia taczki idą pewniej, a czasem i prędzej dobiegają do mety. - Wreszcie towarzyszy całej akcyi chór, czyli życie powszednie, codzienne, rozwijające się na szarej płaszczyźnie u stóp góry, na której rozgrywają się burze dramatu. Ten chór tragedyi greckiej niże na wątku akcyi swoje sądy i zdania, wplata w prozę i grozę życia pogodne kwiaty poezyi, w dramat życiowy odgłosy praktycznego, czasem prawie poziomego rozsądku. Ta vox populi bywa niekiedy vox Dei, ale czasem głosem tego Boga, którego poeta francuski nazwał le dieu des bonnes gens. Przez cały nasz dramat chór ten współczujący z Edypem, chwieje się między przywiązaniem i ufnością do władcy, a strachem przed grozą, która zawisła nad jego głową. Wreszcie żegna on nędznego, opuszczającego Teby Edypa refleksyą nad znikomością szczęścia ziemskiego i wielkości tego świata. Wiersze te są jak fala, która zmącona na chwilę piorunami, wygładza się znowu i zamyka nad ofiarami, które pochłonęła głębina. Życie się tak zawiera nad wielkiemi szczerbami losu, aby płynąć dalej z zasiłkiem doświadczenia, które ze stołu bogatych w duchu spada w okruchach na łono tych, których duch powszedni lub ubogi. Niechaj więc ten najnieszczęśliwszy z królów, ojciec najpiękniejszej dziewicy, Antygony, przedstawi się naszym czytelnikom w całym majestacie swej chwały poetycznej i grozy życiowej, niech wywoła równe wrażenie, jakie wywołał kiedyś wśród Greków peryklesowej epoki. Sławiono Sofoklesa w Atenach, że do końca długiego żywota zachował niezwykłą młodzieńczość. Pozostał on młodym aż do naszych czasów.
Przyszła ku Tobie z twarzą lodowatą
I wpiła w ciebie swe oczy bezłzawe, Grożąc ci hańbą, nieszczęściem, zatratą. W miedzianem ręku trzyma jak buławę Rózgi, któremi zamierza cię chłostać, Młot, którym ściera w proch śmiertelnych cienie. Spójrz na tę siną, bezlitośną postać: To przeznaczenie.
W pochodzie swoim jałowy kłos skruszy I zapomnienia zasuje całunem; Lecz kiedy stanie wobec wielkiej duszy, Wie, że w nią trzeba ugodzić piorunem, Gniewem na ludzką dostojność zapłonie I cała w strasznym wysiłku się zdębi, By strącić dumę i wyniosłe skronie Do nieszczęść głębi.
W mroźne więc ramion ująwszy cię sploty, Ręce ci zbruka posoką rodzica, Potem z krwi strugi w kał pędząc sromoty, Występną żądzą zrumieni twe lica I tak zdradami uwikła okropnie,
Że ty omotan w piekielnej nić przędzy Weźmiesz stok hańby za chwały twej stopnie I bezdeń nędzy.
. . . . . . . . . . . . .
Wtem świty prawdy zabłysną wśród mroków I wieść, że ona wyzwoli lud z próby. - Wtedy nie zląkłszy się grozy wyroków, Wyrywać będziesz jej słowa... twej zguby. I trwając mężnie na życia boisku Wrazisz w twą duszę sam po kolcu kolec, Gotów od prawdy krwawego pocisku Runąć i poledz.
I mów trwożących okolą cię fale I runą zewsząd kłębiące się wieści, Wyjąc jak pustyń złowrogie szakale Nad polem hańby, sromu i boleści. Aż kiedy groza nad głowę się spiętrzy, W źrenice ostrze zatopisz krwawiące, Aby nie miało do mroku twych wnętrzy Dostępu słońce.
O ciemny starcze! W twych łkaniach żałoba Ludzkości mówi, w bezmiarze twej męki Bratem ty Leara i druhem ty Hioba, Serca ci oni użyczą i ręki. Choć los potargał szkarłatne opony, Bije ci z twarzy majestat, o królu! Waląc się z tronu, tyś wyniósł na trony Królewskość bólu.
Więc żeś w ofiarnej za prawdę szermierce, Za twych najbliższych i za całe plemię Wchłonął wszechludu boleści w twe serce I wszechciężarów na siebie wziął brzemię, Żeś mężnie kroczył przez szlaki niedoli, Choć słońca oko nad tobą zagasło, Widnieć ty będziesz jak prawdy i woli Rycerz i hasło.
. . . . . . . . . . . . .
Lecz ta, co zawsze z litością się skłoni Nad świata nędzą, serdeczna baśń ludu, Dojrzy ofiary wśród krwawej łez toni I spiesząc z lekiem dla cierpień i trudu, Ujmie boleści w miłosne swe dłonie I w kraj zawiedzie, gdzie w słońca lazurze Lśni gród Pallady i w gajów osłonie Kolonu wzgórze.
Tam nad twą biedną, poniżoną skronią, Nieba zapłaczą srebrzystemi rosy, Tam skardze twojej słowiki przydzwonią, A żal z ich pieśnią gdzieś pójdzie w niebiosy. Fiołki, narcyzy pokłonią się wiosną, Bluszczu zawoje oplotą swym chłodem, Szmer Afrodyty ułoży cię do snu Z Muz korowodem.
I zaśniesz w śmierci kojącej pieszczocie... A twoim śladem ci, co w ziemi boju Mdleją, ustając w pracy i ochocie,
Pić będą życie u piękności zdroju; Innym im śpiewem gaj święty rozdźwięczy I inne błędnych zagnają tam burze, Lecz, jak za Ciebie, młodości czar wieńczy Kolonu wzgórze.