Król Dalen - Olga Domańska

Kup ebooka

38.45 zł
31.91 zł (38,45 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Theodor Hansen, syn Magnusa Hansena urodził się i wychował w niewielkiej miejscowości Dalen. Miasteczko znajdowało się w środkowej części Norwegii, niedaleko słynnego w tamtym regionie Trondheim. Z pozoru, Dalen nie wyróżniało się niczym szczególnym. Główne ulice zabudowane były białymi, drewnianymi, niedużymi domkami, przy których w małych ogródkach rosły hortensje. W centrum miejscowości znajdował się ratusz, dwie kawiarenki, a nieopodal kameralne kino, do którego można było się udać wyłącznie wieczorem. Nikt nie wiedział, dlaczego seanse nie są wyświetlane w ciągu dnia. Nikt też nigdy o to nie zapytał. Wszyscy dostosowali się do panujących reguł i chodzili do kina po zmroku. Mieszkańcy często doświadczali nietypowych zjawisk. Bywały dni, w których pogoda zaskakiwała, ale nie tak zwyczajnie, lecz na skalę rozgłosu w krajowej telewizji. Ze słonecznego, upalnego, letniego poranka, robiło się anomalne popołudnie, podczas którego dzieci mogły ulepić ze śniegu dość pokaźnego bałwana, zaraz by potem mógł się roztopić w niemalże wypalających skórę promieniach słońca. Wieczory zazwyczaj bywały chłodne bez względu na temperaturę powietrza. Nawet przy dwudziestu czterech stopniach Celsjusza, wiatr potrafił wbijać w skórę i oczy mroźne szpilki krystalicznego powietrza. Może właśnie dlatego warto było zaszyć się wieczorem w ciepłej i bezwietrznej sali kinowej. Dalen otoczone było lasami świerkowymi oraz mniejszymi i większymi rzekami poprzecinanymi pasmami górskimi. Miłośnicy przyrody potrafili godzinami zatracać się w malowniczym i bajkowym krajobrazie miasteczka. Szlaki górskie wypełnione były po brzegi turystami, a w weekendy przyjeżdżały grupy emerytów lub młodzieży by przejść się ulicami miasta, w którym latem padał śnieg. Miasteczko słynęło nie tylko z niecodziennych zjawisk atmosferycznych, sami jego mieszkańcy wydawali się być nad wyraz uprzejmi i nieskazitelni. W Dalen nie plotkowano, nie zaglądano do niczyich portfelów, łóżek ani garnków, nie komentowano żadnych sensacji, nie wypowiadano się na ważne społecznie kwestie. Zamykano oczy na wiele spraw, zwłaszcza tych nieprzyjemnych. Milczenie stanowiło klucz do spokoju i harmonii, której pragnęła każda osoba zamieszkująca tą niezwykłą miejscowość. Życie w rytmie prowincji toczyło się powoli i zwyczajnie, chroniąc społeczeństwo przed huraganem, który czasem potrafił uderzyć znienacka. Miasto to z jednej strony zachwycało, z drugiej jednak budziło niewytłumaczalny lęk. Wdychało się drżące i przeszyte tajemnicą powietrze, a uwalniało przytłaczającą ciszę, której nie sposób było zapomnieć.

ROZDZIAŁ 1

15 maja 2024

Theodor Hansen był człowiekiem uczynnym i lubianym wśród mieszkańców Dalen. Niejednokrotnie pomógł swojej schorowanej sąsiadce narąbać drewna do kominka, którym ogrzewała swój dom, parę razy naprawiał różnego rodzaju elementy przy samochodzie samotnej matki mieszkającej naprzeciwko, której były mąż zalegał z płaceniem alimentów na dzieci. Zdarzyło mu się także zreperować dach u znajomego, który w wyniku nieszczęśliwego wypadku stracił wzrok. Nigdy niczego nie oczekiwał w zamian za swoją pomoc. Wszyscy jednak, którzy znali Theodora wiedzieli, że wieczory spędza w pubie przy piwie i muzyce country. Z tego też powodu starsza sąsiadka, matka czworga dzieci i niewidomy kolega wręczali Theodorowi coś mocniejszego za każdorazową pomoc. Mężczyzna nie wylewał za kołnierz. Koił zmysły napełniając swoją głowę coraz wyższymi procentami. Miał jednak tak dużo siły mentalnej, że nigdy nie doprowadzał do stanu zupełnego odcięcia od rzeczywistości. Pilnował swojego portfela, złotego sygnetu, który odziedziczył po pradziadku i markowych okularów korekcyjnych, których nie chciał zniszczyć podczas pijackiej bójki. Theodor przesiadując wieczorami w zaprzyjaźnionym barze poznał wielu ludzi, wysłuchując przy tym niezliczoną ilość życiorysów. Zobaczył wiele małżeńskich kłótni, ale także mnóstwo braterskich pojednań, poznał na własnej skórze strach o swoje zęby, był świadkiem zdrad, a nawet raz zdarzyło mu się być powiernikiem kochanki burmistrza. Jak przystało na mieszkańca Dalen, nigdy niczego nie komentował, jedynie słuchał i błogo milczał. Mężczyzna był pewien, że wszystko już widział, słyszał i czuł. Określał swoje życie jako marne, gdyż nigdy nie potrafił o nim dobrze mówić. Przyciągał ludzi swoją równowagą duchową i łagodnym, spokojnym wzrokiem. Nie oceniał, nie potępiał, jedynie służył obiektywną radą.

Wsiadł jak zwykle na rower około trzeciej nad ranem i odjechał spod pubu o wdzięcznej nazwie "Pobity kufel". By dotrzeć do domu musiał pokonać odcinek leśnej drogi, którą notabene uwielbiał jeździć. Zapach lasu wywoływał w nim nostalgię. Powracał zawsze myślami do dzieciństwa, w którym widział jedynie swoją matkę, ubraną w fartuch kuchenny, gotującą w olbrzymim garze obiad dla całej ośmioosobowej rodziny. Siedział przy stole i wyczekiwał, aż mama przydzieli mu porcję ziemniaków, świeżo złowionej przez ojca ryby i surówki z marchwi, która tak bujnie rosła w ich ogrodzie. Theodor rozkoszując się wspomnieniami nagle zatrzymał gwałtowanie rower, gdyż wydawało mu się, że na coś najechał. W pierwszej chwili pomyślał, że była to jakaś grubsza gałąź zerwana przez silniejszy podmuch wiatru, lecz gdy tylko odwrócił wzrok poczuł w całym ciele srogi chłód. Zupełnie tak jakby mikroskopijne odłamki lodu wbijał się w jego skórę i formowały na niej otwarte rany. Na leśnej ścieżce ujrzał kobiecą dłoń. Rzucił rower na ziemię i podbiegł bliżej. Młoda kobieta leżała nieruchomo w wysokiej trawie, rosnącej wzdłuż leśnej drogi. Theodor zaczął się trząść. Na początku zwątpił w siebie, ponieważ był przekonany, że dzisiejszej nocy wypił zbyt dużo i jego głowa robi sobie z niego kpiny. Miał nadzieję, że wszystko co właśnie widzi to zwidy, halucynacje, czy innego rodzaju nieprawdziwe spostrzeżenia zmysłowe. Mężczyzna nie mógł odnaleźć kontroli nad swoim ciałem. Stał nieruchomo i przyglądał się tej pięknej istocie, która właśnie straciła życie. Patrzył na jej blond warkocz, który przysłaniał lewy policzek, na rozwarte usta, które ostatkiem sił wołały o pomoc, obserwował jej smukłe dłonie, które mogły świadczyć o tym, że dziewczyna była pianistką, zerknął na piersi, które wystawały spod rozerwanej koszuli. Zaraz po tym spostrzegł jej długą i zadbaną szyję, na której widać było jeszcze zaciśnięte ręce sprawcy. Mężczyzna usłyszał w pewnej sekundzie warkot silnika samochodu. Przestraszył się i szybko schował za pobliskimi drzewami, zabierając leżący na ziemi rower. Przy zwłokach dziewczyny zatrzymał się czarny mercedes. Wysiadł z niego wysoki, elegancki mężczyzna, który mógł mieć według Theodora czterdzieści lat. Ubrany był w czarny płaszcz, granatowe dopasowane spodnie i lakierowane mokasyny z czerwonymi wstawkami.

- No już! Wychodź! - powiedział zbliżając się do leżących w trawie zwłok. Theodor otworzył szerzej oczy i wciąż siedział cicho w krzakach - długo mam jeszcze czekać?! - mężczyzna wciąż prowadził monolog - moja cierpliwość się w końcu skończy! - Theodor zacisnął zęby i złapał kilka głębokich oddechów - do ciebie mówię, Theodorze! Wiem, że tu jesteś! - Theodor nie miał wyjścia. Ucieczka nie wchodziła w grę, ponieważ gdy porównał w swojej głowie lichego składaka, którym się poruszał i czarną maszynę, z większą mocą w silniku niż jego chęć do życia, od razu postawił się na przegranej pozycji.

- Skąd znasz moje imię?! - Theodor wyłonił się zza drzew. Mężczyzna w czarnym płaszczu zaczął się śmiać.

- Czy właśnie to tak naprawdę cię interesuje? Nie zapytasz kim jestem? Co tutaj robię? Dlaczego oboje rozmawiamy nad zwłokami młodej dziewczyny?

- Nie zapytam, ponieważ nigdy nie uzyskałbym odpowiedzi - stanowczo odparł Theodor.

- Bynajmniej, drogi kolego. Odpowiem na każde z tych pytań - tajemniczy mężczyzna uśmiechnął się i podszedł do Theodora wyciągając do niego rękę - mam na imię Svein - przedstawił się.

- Moje imię już znasz, lecz wciąż zastanawiam się skąd? - Theodor drążył temat, ponieważ nigdy wcześniej nie widział Sveina, a przecież przez jego życie przewinęło się mnóstwo twarzy.

- Jak już wspomniałem, na wszystkie nurtujące cię pytania poznasz odpowiedź - Svein wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów - zapalisz? - zapytał Theodora.

- Dziękuję, nie palę.

- No tak, ty tylko pijesz - Svein zakpił.

- Mam pod wargą snusa, zbyt dużo nikotyny mogłaby mnie zabić - Theodor spojrzał na leżącą w trawie kobietę i starał się zachować kamienną twarz, co nie było łatwe, ponieważ paraliżował go strach. Svein spojrzał obojętnie na swojego rozmówcę, oparł się o maskę auta, którym przyjechał, włożył do ust papierosa i szybkim ruchem go podpalił, wypełniając dymem całą powierzchnię swoich płuc.

- Posłuchaj, pijaczyno. Odpowiadając na pierwsze z twoich pytań. Znam twoje imię, ponieważ gdy tutaj jechałem akurat wpadłem przypadkowo na łosia, który powiedział mi, że właśnie tak się nazywasz. Wiesz co ten łoś mi jeszcze powiedział? Bardzo ciekawą historię. Otóż dowiedziałem się od niego, że zabiłeś młodą blondynkę i właśnie teraz próbujesz ukryć jej zwłoki. A co najlepsze! Jeszcze nie udało ci się tego zrobić i nie uda nawet przed przyjazdem policji. Cicho! Cicho! Ty także to słyszysz? - Svein nadstawił ucho - syreny policyjne? Czy mi się wydaję? Patrz! Łoś miał rację! Skubany! Nie zdążyłeś ukryć zwłok tej biednej dziewczyny. Przyłapią cię na gorącym uczynku - Svein palił spokojnie papierosa, delektując się każdym mocniejszym zaciągnięciem.

- Nie, nie, nie! To się nie dzieje naprawdę. Przecież ja nic nie zrobiłem. Kim ty do cholery jesteś?! Co się tutaj dzieje?!

- Nie wiem, zapytaj tego łosia - Svein podniósł ręce na znak zaskoczenia, trzymając w ustach przygasającego już papierosa. Theodor nie potrafił już ukryć strachu i paniki w swoich oczach. Zdał sobie sprawę, że nadszedł jego koniec.

- Przecież ty wiesz, że jestem niewinny! Niczego złego nie zrobiłem! To nie ja zabiłem tę dziewczynę! Ja nawet nie wiem kim ona jest!

- Jak to? Przecież to córka właściciela pubu, do którego tak lubisz chodzić - Svein puścił do Theodora oczko, poklepał go po plecach i podszedł do policjanta, który właśnie wysiadł z radiowozu. Oboje podali sobie ręce i przez minutę o czymś rozmawiali. Theodor upadł na ziemię tuż przy zwłokach młodej dziewczyny. Gdy otworzył jeszcze na chwilę oczy, spojrzał na jej twarz. Właśnie wtedy rozpoznał Mary Olsen, córkę swojego dobrego przyjaciela, Erika Olsena. Pragnął tak samo jak ona zamknąć oczy i już nigdy się nie obudzić. Nie było mu to jednak dane. Ocucił go zimny strumień wody, który został wylany z wiadra na jego twarz. Rozejrzał się dookoła i zdał sobie sprawę, że znajduje się na komisariacie policji. Ostre jarzeniówki podrażniały jego zaszklone oczy, które z ledwością utrzymywał otwarte. Cały czas je mrużył i dotykał obolałej głowy. Minęło parę minut nim Theodor doszedł do siebie. Od razu spostrzegł, że jego palce wskazujące są zabrudzone czarnym tuszem. Złapał głęboko oddech i próbował się podnieść. W tej samej chwili do pokoju wszedł komisarz.

- O widzę, że śpiący królewicz już się obudził - policjant położył na biurko białą teczkę wypchaną dokumentami.

- Na jakiej podstawie mnie tutaj przetrzymujecie? Mam prawo do adwokata - stanowczym głosem powiedział Theodor.

- Jesteś podejrzany o zamordowanie Mary Olsen.

- Nie macie żadnych dowodów! Przecież ja tego nie zrobiłem!

- Co więc robiłeś wczoraj wieczorem na miejscu zbrodni? - równie stanowczym głosem zapytał komisarz. Miał w sobie coś niepokojącego. Jego stoicki spokój, znudzona mina, przeszywające na wylot spojrzenie pobudzały w Theodorze lęk i jednocześnie odbierały ostatnie pokłady nadziei, że jeszcze uda mu się wybudzić z tego koszmaru.

- Wracałem z pobliskiego pubu. Najechałem rowerem na wystającą z trawy rękę tej dziewczyny. Na początku myślałem, że to jakaś gałąź, nie wiem coś innego, co mógłbym poczuć pod kołami, ale gdy się odwróciłem... - Theodor uronił łzę.

- Ckliwa historyjka. Naprawdę. Niemalże się wzruszyłem - rzekł policjant.

- To była córka mojego przyjaciela. Nie potrafię się z tym pogodzić.

- Twoje odciski palców zgadzają się z odciskami palców sprawcy! Więc zacznij mówić prawdę, bo nie mam czasu na wysłuchiwanie twoich poruszających bajek! - mężczyzna uderzył ręką w stół. Theodor odskoczył z przerażenia.

- Wrabiacie mnie! To jakieś bzdury! Ja nie zamordowałem tej dziewczyny! Rozumiesz?!

- Mamy jeszcze świadka, która zeznał, że widział cię nad zwłokami denatki. Próbowałeś je wywieźć.

- Czym? Moim rowerem? Czy komisarz się słyszy? Przecież to jakaś farsa! - policjant zakłopotał się i drapiąc delikatnie swoją potylicę, rzekł.

- W mojej kryminalnej karierze, nieraz doświadczyłem zaskakujących zjawisk. Determinacja i strach przed poniesieniem konsekwencji zamieniają krew w wino - Theodor zaczął się trząść.

- Kim jest ten świadek? Facet w czerni z mercedesa?

- Dam ci radę, kolego. Szukaj dobrego adwokata - policjant uśmiechnął się zwodniczo i zostawił Theodora samego, doskonale zdając sobie sprawę z zasianego w nim przerażenia i odebrania woli walki, którą jeszcze przed piętnastoma minutami mężczyzna w sobie miał.

ROZDZIAŁ 3

Sara Berg otworzyła drzwi swojego samochodu, złapała głęboki oddech i podpierając się ręką o listwę okienną zamknęła oczy. Zobaczywszy smutne mury klasztoru, w którym dwadzieścia lat temu spędziła dziewięć gorzkich miesięcy, uroniła słoną łzę drażniącą jej powieki. Nie potrafiła nazwać uczuć jakie jej towarzyszyły. Nie dało się ich zdefiniować. Były zbyt bolesne, wciąż żywe i nieludzko głębokie. Kobieta otworzyła ciężką bramę, za którą znajdował się dziedziniec. Szła nieśmiałym krokiem przez wydzieloną do wejścia ścieżkę. Czuła zapach mroźnej zimy, która tamtego roku była wyjątkowa sroga, czuła na skórze pierwsze krople wiosennego deszczu, czuła promienie słońca, które w maju tuż przed porodem były bardzo intensywne. Rozpamiętywała pierwsze ruchy swojego syna, gdy jeszcze mieszkał w jej brzuchu. Uśmiechała się wtedy, lecz szybko tłumiła ogarniającą ją radość, gdyż każdego dnia przekonywała samą siebie, że nie może kochać swojego dziecka. Kobieta rozejrzała się dookoła. Klasztor wyglądał dokładnie tak samo, jak dwadzieścia lat temu, gdy go opuszczała. Sama. Bez swojego syna.

- Dokąd to panienka idzie? - Sara odwróciła głowę, gdy usłyszała za sobą głos starszego mężczyzny.

- Dzień dobry - kobieta uśmiechnęła się - a dlaczego pan pyta?

- A dlatego, że pilnuję tutaj porządku - Sara zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z dozorcą. Starszy pan dzierżył w swoich dłoniach sekator, którym obcinał zbyt długie gałęzie krzewów rosnących na terenie klasztoru.

- Przyjechałam w odwiedziny do siostry Anny.

- Byłaś umówiona? - mężczyzna spojrzał podejrzliwie na Sarę.

- Tak, byłam umówiona. Rozmawiałam parę dni temu z siostrą Anną - Sara skłamała. Obawiała się, że wścibski dozorca może utrudniać jej wejście do środka.

- Kłamiesz, drogie dziecko - Sara otworzyła szeroko oczy.

- Dlaczego miałabym kłamać? - kobieta szła w zaparte.

- Siostra Anna nie żyje. Już będzie jakieś dwadzieścia lat - Sara złapała się za klatkę piersiową. Ciężko było jej utrzymać równowagę. Skierowała się do najbliższej ławki i na niej usiadła.

- Co ci jest, dziecino?

- Nie mogę uwierzyć, że siostra Anna...

- To był nieszczęśliwy wypadek, straszna tragedia - dozorca zdjął z głowy czapkę i otarł chusteczką czoło.

- Potrzebuję porozmawiać z kimś, kto służył tutaj dwadzieścia lat temu. Znałam tylko siostrę Annę - starszy mężczyzna spojrzał ze współczuciem na rozżaloną Sarę.

- Dobrze. Zapytam siostry Elli, czy mogłaby z tobą porozmawiać - Sara uścisnęła dłoń dozorcy i oparta o jego ramię udała się do drzwi wejściowych. Siostra zakonna, do którego pokoju zaprowadził Sarę starszy mężczyzna początkowo nie chciała przyjąć kobiety. Tłumaczyła się brakiem czasu. Dopiero nacisk i błagalny wzrok Sary skłonił zakonnicę do zmiany zdania.

- Czy siostra pełniła służbę w tym klasztorze dwadzieścia lat temu?

- Tak, wstąpiłam do tego klasztoru w 1995 roku.

- Nazywam się Sara Berg. Przebywałam tutaj w 2005 roku. Urodziłam syna, który został oddany do adopcji.

- Nie kojarzę cię. Nie znam sprawy - siostra Ella odwróciła wzrok.

- To niemożliwe. Musi mnie siostra pamiętać. Cały klasztor był zaangażowany w moją ciążę - siostra milczała, podeszła do okna, odsunęła zasłony i w bezruchu patrzyła w dal - siostro, proszę -Sara kontynuowała.

- Czego ode mnie chcesz?

- Chcę się dowiedzieć, gdzie jest mój syn? Czy nie dzieje mu się krzywda? Czy trafił do dobrej rodziny? Muszę go odnaleźć.

- Przykro mi, ale nie możemy udzielać żadnych informacji, które mogłyby zburzyć spokój rodzin adopcyjnych.

- Błagam! - Sara zaczęła szlochać.

- To wbrew zasadom. Zrzekłaś się swojego syna. Nie masz do niego żadnych praw. Nie możesz oczekiwać niczego ani od klasztoru, ani od rodziny, która przygarnęła twojego syna - siostra Ella była niewzruszona.

- Dobrze siostra wie, że to nie ja wyparłam się mojego dziecka! Do wszystkiego zmusił mnie mój ojciec! Próbowałam ułożyć sobie życie na nowo, ale minęło dwadzieścia lat, a moje serce wciąż jest tutaj. Zostało w tych murach.

- Proszę wybaczyć. Obowiązki mnie wzywają -zakonnica otworzyła drzwi, dając Sarze do zrozumienia, że jej wizyta dobiegła końca. Kobieta wyszła z zimnego jak serce siostry Elli gabinetu i osunęła się o ścianę płacząc jak mała dziewczynka. Nagle przy szlochającej kobiecie ukucnął dozorca.

- Chodź, dziecko! Nie becz! - mężczyzna wziął Sarę za ramię i zaprowadził ją do odizolowanego od reszty pokojów pomieszczenia. Podał jej chusteczkę, by otarła oczy i nos.

- Dziękuję - odparła kobieta.

- Podsłuchałem twoją rozmowę z siostrą Ellą.

- To bardzo miło z pana strony - zakpiła Sara i wydmuchała nos.

- Posłuchaj. Ja też tutaj pracowałem, gdy byłaś w ciąży. W pierwszej chwili cię nie poznałem, wydoroślałaś.

- Czy wie pan coś o moim dziecku? - Sarze zaświeciły się oczy.

- Pamiętam, że gdy rodzice adopcyjni przyjechali po twojego syna, był bardzo burzliwy, czerwcowy wieczór. Zwróciłem uwagę na rejestrację auta, ponieważ były to tablice ze środkowej części Norwegii. Później usłyszałem tylko, jak kobieta powiedziała do swojego męża "przeczekajmy tę burzę i noc w hotelu, do Dalen mamy kawał drogi".

- Dalen? Czyli tam mieszka mój syn.

- To nic pewnego, poza tym przez dwadzieścia lat ta rodzina mogła zmienić miejsce zamieszkania.

- Bardzo panu dziękuję! - Sara mocno uścisnęła dłoń dozorcy - dla mnie to znacząca informacja. Nie wiem, jak mogłabym się odwdzięczyć.

- Po prostu znajdź swoje dziecko. Wiem, że zostałaś zmuszona, żeby je oddać.

- Jeszcze jedno - Sara spojrzała na dozorcę smutnym wzrokiem - co się stało z siostrą Anną?

- Została śmiertelnie potrącona przez samochód.

- Kiedy się to stało?

- Zimą 2005 roku. Pamiętam ten dzień dokładnie, ponieważ do naszego klasztoru miały przyjechać dzieci z innego sierocińca. Był to rodzaj integracji wśród maluchów, atrakcje, zabawy na śniegu, kolacja z pizzą i hamburgerami. Bardzo długo odśnieżałem wtedy dziedziniec, ponieważ śnieg sypał całą noc. Wstałem bardzo wcześnie, żeby zdążyć przed przyjazdem dzieci. Siostra Anna miała jeszcze do załatwienia dość sporo spraw związanych z organizacją tego przedsięwzięcia. Nawet mnie prosiła, bym pojechał po kolorowe czapki i balony do zaprzyjaźnionego z klasztorem sklepu papierniczego. Oddawali nam często za darmo nieco naruszone produkty, z których bez problemu można było korzystać, ale klient mógłby się przyczepić. Rozumiesz? - Sara śledziła każdy ruch starszego mężczyzny i przysłuchiwała się uważnie jego słowom - o dziewiątej rano siostra Anna wybiegła cała roztrzęsiona ze swojego gabinetu. Udała się do kuchni, przekazała jeszcze trochę informacji kucharkom odnośnie do alergii niektórych dzieci i pojechała gdzieś taksówką. To był ostatni raz, gdy ją widziałem.

Przed południem dotarła do nas informacja o nieszczęśliwym wypadku. I tak, o! Był człowiek i nie ma człowieka!

- To straszne. Okazała mi dużo serca, gdy przebywałam w klasztorze.

- Ona miała zbyt dużo tego serca i każdemu po trochu go oddawała. Uwielbiała dzieci, a dzieci ją. Tak chciał Bóg. Widocznie jemu była bardziej potrzebna niż nam tutaj - starszy dozorca zatrwożył się. Po paru minutach odprowadził kobietę na dziedziniec.

Sara jeszcze długo siedziała w samochodzie, który zaparkowała pod klasztorem. Ciężko było się jej pogodzić ze śmiercią siostry Anny. Zdawała sobie sprawę, że ludzie się rodzą i umierają, zwłaszcza przez tak długich dwadzieścia lat, lecz jej życie zatrzymało się w 2005 roku i emocje, które w niej żyły były skupione wyłącznie na miejscach, osobach i wydarzeniach z tamtego okresu. Sara wspominała siostrę Annę, jej uśmiech, pogodne spojrzenie, gdy tuliła w ramionach jej synka, ciepły dotyk i permanentne współczucie w oczach. Zakonnica była spokojną i zrównoważoną osobą, więc słowa dozorcy o jej roztrzęsieniu w dniu śmierci nieco Sarę zdziwiły. Kobieta zaczęła się zastanawiać co mogło tak zdenerwować siostrę Annę i dokąd się udała w tych emocjach. Uruchomiła silnik swojego auta i wpisała w nawigację cel podróży. Musiała pokonać prawie pięćset kilometrów, by dotrzeć do miejscowości Dalen. Dla przeciętnego kierowcy byłaby to długa i męcząca trasa, dla Sary było to tylko siedem godzin. Siedem krótkich godzin, które dzieliły ją od swojego syna.

- Córeczko! Gdzie ty jesteś? Dlaczego mówisz po norwesku?

- Dziękuję! Nie, nie potrzebuję cukru - Sara zbliżyła kartę płatniczą do terminala i posłała kasjerowi uśmiech - Do widzenia! - pożegnała młodego chłopaka i zamknęła szybę swojego samochodu - Przepraszam mamo, ale właśnie zamawiałam kawę.

- Gdzie ty jesteś? Martwię się!

- Mamo, uspokój się. Aktualnie jestem w Ringebu. Jadę do Dalen. Tam prawdopodobnie mieszka mój syn.

- A jednak. Myślałam, że się opamiętasz - w słuchawce telefonu zapanowała kilkusekundowa cisza - Saro, co ty myślisz, że pojawisz się po dwudziestu latach w jego życiu i zostaniesz mamą roku?! Postaw się na miejscu jego adopcyjnych rodziców! Zniszczysz im wszystkim życie!

- Mamo, my też jesteśmy jego rodziną.

- Myślałam, że przeszłość mamy już za sobą, że nie będziemy do niej wracać.

- Mamo, czy ty naprawdę przez te wszystkie lata niczego nie widziałaś? Przez dwie dekady nie ułożyłam sobie z nikim życia, nie założyłam rodziny! Gdyby nie praca, już dawno wylądowałabym w szpitalu psychiatrycznym! Ja nie pogodziłam się z przeszłością, ona wciąż we mnie żyje, dlatego muszę odnaleźć moje dziecko. Nie ma dnia, żebym o nim nie myślała. Każdego wieczoru zastanawiam się jak wygląda czy ma mój uśmiech, czy jest tak samo wysoki jak Ole, czy studiuje, czy woli sok pomarańczowy od jabłkowego.

- I co zrobisz jak go znajdziesz? A jeśli on nie wie, że jest adoptowany? Pomyślałaś o tym?

- Nie wiem, mamo. Nie wiem, co zrobię. Przede wszystkim chcę mieć pewność, że u niego dobrze. Chcę wiedzieć, że nie dzieje mu się krzywda - Joanna w głębi duszy popierała decyzję córki, lecz bardzo się o nią martwiła.

- Jedź ostrożnie i uważaj na siebie, córeczko. Możesz na mnie liczyć, pamiętaj o tym. Kocham cię.

- Kocham cię, mamo.

Mijała szósta godzina podróży do Dalen. Sara chciała jak najszybciej dotrzeć do miasteczka. Noc była wyjątkowo ciemna, spokojna i nie sprzyjała zmęczonym kierowcom. Sara walczyła ze swoim wyczerpaniem, lecz nie zamierzała robić żadnego, nawet godzinnego postoju. Dzielnie dzierżyła kierownicę w dłoniach, jadąc ostrożnie i uważnie. Nagle na miejscu pasażera pojawiła się siostra Anna. Zakonnica położyła rękę na ramieniu Sary i rzekła "Nie jedź do Dalen. Zatrzymaj się." Sara oprzytomniała, otworzyła oczy i gwałtownie skręciła kierownicą, by auto ponownie znalazło się na prawidłowym pasie ruchu. Zanim doszła do siebie, cały czas czuła chłód ręki siostry Anny na swoim mokrym od potu ramieniu. Uświadomiła sobie, że zasnęła, a anioł stróż ocalił jej życie.

ROZDZIAŁ 10

Isak Hadland bardzo powoli zapinał guziki w śnieżnobiałej koszuli, którą przygotował na pogrzeb swojej córki. Wsunął brązowy pasek między szlufki spodni garniturowych, którego szpilkę włożył w pierwszą dziurkę. Spojrzał w lustro, które przedstawiło zmęczonego od nieprzespanych nocy i wychudzonego od stresu mężczyznę. Nie tak wyobrażał sobie swoje życie. Po śmierci żony nie był zdolny uwierzyć, że sobie poradzi. Mimo tego, że był stanowczym i rozsądnym człowiekiem, bardzo długo trzymał w sercu rozpacz i ból. Gdy niemoc przykuwała go do łóżka na parę dni, Emilie przychodziła do jego sypialni, kładła się obok i nic nie mówiąc wtulała się w jego ojcowskie ramiona z całych sił. Dla niej odnajdował energię i chęci, o których zdarzyło mu się czasem zapomnieć. Podnosił się więc, układał pościel, robił kawę i rozpoczynał kolejny dzień, by tylko ujrzeć uśmiech na twarzy swojej córki. Teraz już nie wiedział dla kogo ma witać poranki, dziękować za minione popołudnia i modlić się o spokojne noce. Nie potrafił się odnaleźć w chaosie, który powoli dewastował jego byt. Isak nie widział nic dalej. Przed oczami miał kompletną ciemność. Marzył, żeby oślepnąć, ogłuchnąć, stracić węch, smak i czucie w całym ciele. Nie chciał dłużej cierpieć. Włożył na swoje barki marynarkę, wziął białą różę dla swojej córki i wyszedł z domu.

Sara połknęła kolejną w ciągu godziny tabletkę uspokajającą. Od śmierci Emilie nie mogła zapanować nad kołataniem swojego serca. Bała się zasypiać, ponieważ przed jej oczami niczym najbardziej realistyczny film, ukazywały się sceny z wypadku. Jej podświadomość odtwarzała na okrągło każdą minutę ze zdarzenia. Kobieta nie chciała pamiętać tego koszmarnego dnia, robiła wszystko, by wymazać ze swojej głowy leżącą na ulicy Emilie, nieobecne miny policjantów i ignorujących całe zajście przypadkowych świadków. Spięła swoje włosy klamrą, wsunęła na stopy czarne szpilki i biorąc głęboki oddech opuściła hotelowy pokój.

W kościele pojawiło się bardzo dużo ludzi, zwłaszcza młodych. Każdy z nich miał ze sobą białą różę. Pogrzeby zazwyczaj kojarzyły się Sarze z czernią i rozpaczą, lecz aura pożegnania Emilie była przeciwieństwem tych wyobrażeń. Ludzie byli spokojni, uśmiechali się patrząc na zdjęcie Emilie, a biel kwiatów rozjaśniała wnętrze świątyni. Wszystko dlatego, iż ona taka była. Pełna energii, uśmiechu, szczęścia i tego błysku w oku, obok którego nie można było przejść obojętnie. Emilie promieniała jak iskra w najmroczniejszej przestrzeni. Na jej pogrzebie nie było więc miejsca na smutek i łzy. Bliscy dziewczyny doskonale o tym wiedzieli i robili wszystko, żeby pożegnać ją w ciepłej i pogodnej atmosferze. Ceremonię zakończyło przemówienie Isaka. Choć widać było, że mężczyzna ledwo utrzymywał się na nogach, a jego głos załamywał się za każdym razem, gdy wypowiadał imię swojego dziecka, walczył z emocjami, by móc wspomnieć swoją córkę z godnością i szacunkiem.

- Emilie..., droga Emilie..., cóż mogę powiedzieć? Czy są odpowiednie słowa, by podziękować ci za to, że mogłem być twoim tatą? W naszej codzienności, przygotowałbym dla ciebie ulubione naleśniki z owocami i jogurtem, oczywiście półtłustym, żeby znacząco nie wpłynął na twoją linię. Zabrałbym cię do galerii handlowej, żebyś mogła kupić ten upatrzony w zeszłym miesiącu błękitny sweter. Pozwoliłbym ci w końcu zrobić tatuaż, o który kłóciliśmy się co wieczór. To byłby dobry sposób, żeby pokazać ci jak bardzo cię kocham. Jak niewyobrażalnie jestem dumny z bycia twoim ojcem..., ale naszej codzienności już nie ma, a ja nie wiem jak teraz mam bez ciebie żyć. Wierzę, że mi w tym pomożesz, tak jak zawsze to robiłaś. Dasz mi jakiś znak, coś co ułatwi mi tę mękę, do której już się przygotowałem - po policzkach mężczyzny poleciały łzy - moja córka była najwspanialszą osobą pod słońcem, kto ją znał, doskonale to rozumie. Marzyła o weterynarii, chciała leczyć zwierzęta. Mam nadzieję, że jest teraz w lepszym miejscu. Ubrana w błękitny sweter, podziwiająca swój upragniony tatuaż i zajadająca się naleśnikami, które tak uwielbiała. Córeczko, jeszcze przecież się spotkamy - mężczyzna nie wytrzymał. Nie był już w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Zszedł z ambony i usiadł na swoim miejscu, tuż przy urnie Emilie.

Pogoda pożegnała dziewczynę pięknym gestem. Na cmentarzu przestał padać deszcz, a zza chmur wyjrzały promienie słońca, które zostały aż do samego wieczora. Wiatr ustał, a w miejsce jego świstu i szelestu swój koncert zagrały ptaki. Przybyli na pogrzeb ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Isak stał wytrwale przy grobie swojej córki. Najbliżsi podchodzili, by dać mu wsparcie ostatnim słowem i gestem. Mężczyzna ze względu na swoje emocjonalne odrętwienie wpatrywał się w pozostawione na trawie róże i nie reagował na kondolencje. Sara została najdłużej. Tak samo jak Isak nie była gotowa, by tak po prostu odejść i przejść do porządku dziennego. Nie chciała jeszcze rozpoczynać tego najtrudniejszego czasu, który nadchodził zawsze po pogrzebie. Broniła się przed uczuciem pustki, które tylko czekało, by zapanować nad jej duszą.

- Jest mi bardzo przykro, proszę przyjąć moje kondolencje - Sara podeszła do Isaka i złapała go za ramię.

- Jak śmiesz tu przychodzić?! Wynoś się! - krzyknął mężczyzna. Sara zaczęła głęboko oddychać, nie rozumiejąc zachowania Isaka. Nie mogła wykrztusić z siebie ani jednego słowa - to wszystko twoja wina! To przez ciebie moja córka nie żyje!

- To nie tak! - Sara próbowała coś powiedzieć i zahamować rzucane w jej stronę oszczerstwa.

- Co z nią tam robiłaś? Gdybyś nie drążyła sprawy Katy, moje dziecko by żyło! Miałaś dać jej spokój!

- Emilie sama chciała się ze mną spotkać!

- Wynoś się stąd i nigdy nie pokazuj się na grobie mojej córki! Nie chcę cię tutaj widzieć! - Sara spuściła wzrok. Odeszła roztrzęsiona i pełna żalu, które wypełniło jej serce. Wsiadła w samochód i pojechała do Jana Hansena. Miała nadzieję, że mężczyzna zdążył już wrócić z pogrzebu Emilie.

Zadzwoniła dzwonkiem, który znajdował się przy furtce. Jan wyjrzał zza drzwi i wpuścił kobietę do środka.

- Wyjeżdżam! - Sara wtargnęła do domu mężczyzny jak huragan.

- Jak to? - Jan zaniepokoił się.

- Wracam do Polski.

- A co z Marette? Co z moim bratem? Obiecałaś, że doprowadzimy tę sprawę do końca.

- Nie po tym co się przytrafiło Emilie.

- Nie mogłaś tego przewidzieć.

- Janie! To jest moja wina! Przeze mnie młoda dziewczyna straciła życie!

- Jak możesz tak mówić? Zginęła pod kołami samochodu. Nie ty go prowadziłaś.

- Ale ja sprowokowałam ten wypadek, rozumiesz? Emilie zginęła, ponieważ chciała wyjść przed szereg i powiedzieć coś, czego nie mogła.

- Właśnie dlatego nie możesz wyjechać. Musimy dowiedzieć się prawdy.

- Nie, Janie! Już postanowiłam! Nie mam zamiaru narażać życia niewinnych ludzi. Jutro wyjeżdżam! - Sara wyszła z domu mężczyzny zupełnie nie licząc się z jego zdaniem i uczuciami.

- Saro, Saro! Poczekaj! - nadaremno krzyczał Jan. Usłyszał tylko pisk opon odjeżdżającego samochodu kobiety.

Walizki Sary stały przygotowane nieopodal drzwi wyjściowych. Kobieta spięła swoje brązowe, długie włosy w koński ogon, nałożyła na siebie skórzaną kurtkę i złapała za telefon.

- Dzień dobry! Czy mój bukiet jest już gotowy? - Sara dodzwoniła się do florystki, która świadczyła dla niej usługę - Tak, dwadzieścia białych róż - potwierdziła swoje zamówienie - może być granatowa wstążka. Jak najbardziej. To ja będę za dziesięć minut. Dziękuję! - rozłączyła się i opuściła pomieszczenie.

Po dwudziestu minutach zaparkowała swoje auto na parkingu cmentarza. Przed wyjazdem chciała odwiedzić grób swojego synka i pobyć z nim jeszcze przez chwilę. Rozmyślała nad przeniesieniem jego ciała do Polski, by był bliżej niej, lecz nie miała do tego żadnego prawa. Przecież w obecnym świecie nie była jego matką, tylko obcą kobietą, której nawet nie poznał. Planowała więc przylatywać do Norwegii parę razy do roku, by go odwiedzać. Zmierzając na grób Olava, Sara spostrzegła stojącą nad nim kobietę. Nieznajoma porządkowała zwiędłe już kwiaty i wyrywała niewielkie chwasty, które wyrastały w zatrważającym tempie. Kobieta spojrzała na Sarę ze zdziwioną miną, gdy ta położyła duży bukiet róż przed płytą nagrobną.

- Dzień dobry! Znamy się? - zapytała nieznajoma wciąż będąc w lekkim szoku.

- Mogłabym zapytać panią o to samo - Sara uśmiechnęła się.

- Kim pani właściwie jest? - nieznajoma kobieta lekko się zdenerwowała.

- Jestem... - Sara nie była przyzwyczajona by nazywać siebie matką Olava - Jestem znajomą jego zmarłej matki - skłamała. Kobieta rozszerzyła z niedowierzenia oczy i zaczęła mocno kaszleć, zupełnie tak jakby się czymś zakrztusiła.

- Wszystko w porządku? W samochodzie mam wodę, zaraz po nią pobiegnę! - zaproponowała Sara.

- Nie, proszę sobie nie robić kłopotu. Już jest dobrze - kobieta odetchnęła - mam do pani pytanie. Czy nie pomyliła pani pomników?

- Nie. Jestem pewna, że dobrze trafiłam - zagwarantowała Sara.

- Olav Pedersen to mój syn - powiedziała nieznajoma i wciąż odchrząkiwała.

- To niemożliwe. Tutaj spoczywa synek mojej znajomej. Oboje zginęli w wypadku samochodowym czternaście lat temu - Sara wpadła w panikę.

- Proszę się uspokoić. Zaszło jakieś nieporozumienie. Musiała pani pomylić alejki.

- Pani syn urodził się 24 maja 2005 roku? - Sara chciała wyjaśnić zaistniałą sytuację.

- Tak, urodziłam go w Oslo. Przeprowadziliśmy się do Dalen, gdy miał trzy latka. Wtedy zachorował na nowotwór. Walczyliśmy trzy lata. Był bardzo dzielny - kobiecie zaszkliły się oczy.

- Przepraszam, nie chciałam pani zdenerwować - Sara zaczęła się oddalać, lecz jej rozbiegane oczy zaniepokoiły nieznajomą kobietę.

- Proszę poczekać! Mogę pani jakoś pomóc? - zapytała.

- Nie, nie... wszystko w porządku. Poradzę sobie - Sara odwróciła się i odeszła. Wsiadła do swojego samochodu i z całych sił zaczęła krzyczeć, uderzając dłońmi o kierownicę.

ROZDZIAŁ 11

Jan Hansen zaparzył w swoim ulubionym kubku czarną herbatę. Usiadł przy stole i przeczytał parę stron aktualności z gazety lokalnej. Czytał ten dziennik od piętnastu lat bez żadnej przerwy, lecz zwątpił w jego wiarygodność, gdy żaden z jego dziennikarzy nie wspomniał w nim o śmierci Katy. Najbardziej zawiódł się jednak, gdy mimo jego próśb i ponadludzkich starań o zaniechanie druku, na łamach gazety ukazała się obszerna publikacja o Theodorze, tytułująca go bezwzględnym mordercą Mary Olsen. Odłożył dziennik na bok. Popatrzył przez chwilę na puste merytorycznie strony wypełnione wyłącznie bezpiecznymi informacjami i bez chwili namysłu rozdarł je, depcząc i uwalniając jednocześnie wszelkie targające nim emocje. Przestał dokonywać samosądu dziennikarskiej niewiarygodności, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

- Marette? - mężczyzna zdziwił się.

- Przychodzę nie w porę? - kobieta zapytała nieco zakłopotana.

- Nie! Skądże! Zapraszam! - Jan otworzył szerzej drzwi, by wpuścić swojego gościa do środka. Marette zobaczywszy porozrzucane po podłodze kartki brukowca, zwątpiła w zapewnienia Jana, że mu nie przeszkadza.

- Może przyjdę innym razem - rzekła.

- Nie przejmuj się tym bałaganem. Po prostu robiłem emocjonalne oczyszczenie - mężczyzna uśmiechnął się i jednym stanowczym ruchem zebrał z podłogi makulaturę.

- Nie zdążyłam ci jeszcze podziękować za pomoc i troskę, którą od ciebie otrzymałam, gdy przebywałam w szpitalu.

- Daj spokój, nie znamy się od dziś. To był dla mnie naturalny odruch.

- Wiem, ale naprawdę to doceniam.

- Napijesz się czegoś? Przed chwilą zaparzyłem czarną herbatę - Jan pogodnie się uśmiechnął. Marette skinęła głową, a kąciki jej ust również uniosły się do góry.

- Janie, ja wiem, że to nie Theodor zabił córkę Erika.

- Dlaczego mi to mówisz? - mężczyzna zdziwił się.

- Po prostu chciałam, żebyś to wiedział. Od samego początku nie wierzyłam, że mógł to zrobić.

- Ale jakoś, gdy wszyscy wieszali na nim psy, nie starałaś się im przeciwstawiać - Jan nieco się uniósł. Marette spuściła głowę i upiła łyk herbaty - przepraszam, to nie było mądre - rzekł po chwili i poczuł się beznadziejnie - nie myśl, że mam do ciebie żal i pretensje. Po prostu jestem ostatnio bardzo zmęczony i czasem wygaduję głupoty.

- Masz rację. Nie wychylałam się ze swoimi odczuciami, ponieważ się bałam. Paraliżował mnie strach przed osądem innych, przed odpowiedzialnością za swoje słowa i konsekwencjami, które na każdym kroku się tutaj czają. Było mi wygodnie nie komentować tej sytuacji, ponieważ nikt ani nic nie mogło mnie z nią powiązać. Wiele razy chciałam do ciebie zadzwonić, powiedzieć, że możesz na mnie liczyć, że ja wierzę w inną prawdę, niż tą, którą nam przedstawiono - Jan spojrzał na kobietę z wdzięcznością za tak ważne dla niego słowa.

- Do dziś myślałem, że nie ma w Dalen nikogo, kto prócz mnie, wierzyłby w niewinność Theodora. Dobrze jest wiedzieć, że nie jestem w tym osamotniony.

- Wierzę, że Pan Bóg położy na tę sprawę swoją sprawiedliwą rękę. Tak samo wierzę, że uda się wsadzić za kraty zabójcę mojej Katy - Marette załamał się głos - Wiesz, gdy pojawiła się ta dziewczyna.

- Sara? - upewnił się mężczyzna.

- Tak, Sara. Ona tknęła we mnie jakąś iskrę życia. Dała mi energię, która pozwoliła spojrzeć do przodu. Wczoraj po raz pierwszy od miesiąca przespałam całą noc. Oczywiście nie obeszło się bez tabletek nasennych, ale uwierz, że jeszcze dwa tygodnie temu, nawet one mi nie pomagały. Wiem, że już nigdy nie będzie dobrze, ale może przecież być chociaż znośnie.

- Sara wyjechała - odparł Jan.

- Jak to? - Marette przejęła się słowami swojego przyjaciela.

- Wielu przykrości tu doświadczyła. To ją złamało.

- Ale może uda nam się ją przekonać by wróciła? Ona jest nam potrzebna!

- Była pewna swojej decyzji. Nie sądzę, żeby nasza interwencja coś zmieniła.

- Ale ja ufam tylko jej. Obiecała, że wyjaśni sprawę mojej córki.

- Nie powiedziała przecież, że tego nie zrobi. Dajmy jej czas, Marette. Człowiek czasem musi otrzymać przestrzeń, by spojrzeć na pewne sprawy z innej perspektywy - mężczyzna położył rękę na dłoni Marette, by dodać jej siły i optymizmu w myśleniu.

Sara Berg nigdy nie wywoływała nerwowych sytuacji. Wierzyła, że tylko spokój i opanowanie mogą zaprowadzić ją do celu, zrealizować zamierzone plany i podarować jakiekolwiek przesłanie z prowadzonych dyskusji. Emocje zapalały trzeźwe myślenie, natomiast samokontrola ochładzała rozsądek, co lepiej wypływało na sedno każdej sprawy. Ponadto kobieta żyła w przekonaniu, że osoby wyciszone i cierpliwe stanowiły, zwłaszcza dla przeciwnika, większe zagrożenie. Trudniej odczytywało się ich zamiary, a każde kolejne posunięcie nie było przewidywalne i oczywiste. Sara nie pozwalała więc sobie na brak równowagi emocjonalnej, głównie w pracy. Każda konsultacja z klientem przebiegała w profesjonalnej atmosferze, bez oceniania czynów i poglądów. Każde spotkanie poza procesowe ze stroną przeciwną polegało na błyskotliwej, czasem zaczepnej, lecz jednak wciąż opanowanej aurze. Choć prokuratorzy lub inni adwokaci potrafili pokazać pazury, Sara trzymała się jednej prostej zasady, która od samego początku wiodła ją przez prawniczy świat. Doskonale wiedziała, że najgłośniej krzyczeli ci, którzy nie mieli nic konkretnego do powiedzenia lub żadnych konkretnych dowodów w rękawie. Jej dojrzałość emocjonalna oraz wewnętrzna dyscyplina zasiewały w nich często ziarna rozdrażnienia, a niekiedy nawet mocnego zdenerwowana. W życiu prywatnym stosunek kobiety do okazywania uczuć był podobny. Może dlatego, że żyła samotnie i nie miała możliwości sprawdzania samej siebie. W kancelarii i na sali sądowej funkcjonowała automatycznie, odruchowo, na podstawie wieloletniego doświadczenia i nabytych umiejętności. Nie zdawała sobie jednak sprawy jak daleko sięgają granice jej cierpliwości oraz wytrzymałości w życiu codziennym. Nie chciała tego weryfikować, podświadomie bała się momentu prawdy na swój temat. Chwila ta nadeszła zupełnie nieoczekiwanie i pokazał Sarze jak krucha i ulotna potrafi być samodyscyplina, jak nic nie znaczące są lata panowania nad sobą, miesiące medytacji i długie godziny wyciszania swojej duszy. Istniały sytuacje, które kształtowały w ludziach najmniej przewidywalne zachowania i czyny.

Sara wtargnęła do gabinetu Emila, nie zważając na miejsce, w którym się znajduje. Komisariat policji nie robił na niej żadnego wrażenia, a wręcz działał jak zapalnik do wybuchu bomby, którym była jej zdeptana godność. Oparła obie ręce o biurko mężczyzny i nachylając się przed nim, zapytała.

- Chcesz mi coś powiedzieć?! - Emil zakłopotał się.

- Coś się stało? - zapytał - dlaczego jesteś taka zdenerwowana? - Sara zaczęła się śmiać. Spojrzała jeszcze głębiej w oczy policjanta i czekała na jego ruch - Saro, wybacz, ale ja nie mam pojęcia, o co ci chodzi? Poza tym jestem w pracy. Nie mam czasu na domysły. Powiedz wprost.

- Nie jesteś przekonujący, Emilu. Doskonale wiesz, co mnie do ciebie sprowadza.

- Powiedz mi.

- Mój syn nie zginął w wypadku samochodowym, prawda? - Sara wyłożyła karty na stół.

- Nic z tego nie rozumiem. Dobrze się czujesz? - mężczyzna zapytał z troską w głosie.

- Jesteś cyniczny. Nawet nie masz na tyle odwagi, by powiedzieć, dlaczego mnie okłamałeś.

- Nie okłamałem cię. Takie są fakty. Twój syn, Olav Pedersen zginął w wypadku drogowym.

- Olav Pedersen nie jest moim synem! - kobieta nie wytrzymała. Krzyczała tak głośno, że inni policjanci zaglądali przesz szklaną szybę do gabinetu Emila - Nie brnij już w to! To jest dziecko innej kobiety! Spotkałam ją na cmentarzu! Natychmiast mi powiedz, co się stało z moim synem! Natychmiast!

- Uspokój się, bo będę musiał cię stąd wyprowadzić.

- Chyba sobie żartujesz?! - Sara odruchowo, podtrzymywana adrenaliną zaczęła się śmiać.