W wielkiej sklepionej sali
krakowskiego zamku, na dole, mrok się już wieczorny rozpościerał.
Wązkie okna jej, głęboko w mur wpuszczone, w większej części były
gęstemi przysłonięte oponami, przez drugie mało się już gasnącej
światłości wkradało. Włoska lampka oliwna zapalona stała w kącie,
ale słaby jej ognik ledwie małą przestrzeń ruchawym rozjaśniał
promykiem. Cisza głęboka panowała w obszernej izbie; w
przedsieniach, na podwórzach ledwie się co poruszało.
W kościele Ś. Wacława na zamku cicho dzwoniono żałobnie na
wieczorną modlitwę.
W jednym sali rogu na szerokiem łożu skórami i suknami
okrytem, widać było z ciemnego tła jedwabnych przykryć, na których
spoczywała, twarz wybladłą, z oczyma zamkniętemi, jakby uspionego
człowieka lat podeszłych.
Z jednej strony łoża stał w czerni, w sukni duchownych,
mężczyzna stary, wpatrzony w leżącego, z brwiami ściągniętemi, z
drugiej, na wielkiem siedzeniu, w pół klęczący, pochylony
troskliwie, niespokojne oczy wlepiając w chorego, młodzieniec w
kwiecie wieku, silny, piękny, rysów szlachetnych, pańskiego
oblicza. Ręce trzymał załamane na kolanach.
Opodal nieco niewiasta w długiej sukni szarej, obcisłej, z
zasłoną na głowie, z różańcem w ręku, modliła się, żywo paciorki
jego przebierając palcami wychudłemi.
W nogach łoża z rękami do modlitwy złożonemi, cicho coś
szepcząc, oczy wzniósłszy ku niebu, stał mnich w sukni białej, w
płaszczu czarnym.
Na łożu tem wyczekiwał śmierci i wyzwolenia król, co
przeszło pół wieku walczył dla połączenia w jedno, rozszarpanego
dziedzictwa Mieszka i Chrobrego - Władysław zwany Łoktkiem, mąż
wielki małego ciała, a potężnej ducha siły.
Czuł on sam, widzieli wszyscy przybliżającą się ostatnią
godzinę.
Nie choroba, nie rany zwyciężyły go i obaliły; długi trud,
niezmierne troski wyczerpały sił ostatek. Gasnął powoli, bo życia
ogień wypalił się w nim do dna.
Umierał z tą mocą duszy z jaką żył, mężny i spokojny; nie
broniąc się śmierci, pożądając jej, zstępując do grobu z pociechą w
sercu.
Nie dokonał wszystkiego, co zamierzał, ale niewiele brakło
do spełnienia myśli jego, zrodzonej w dzieciństwie, wykołysanej
życiem, dojrzałej w bojach...
Myśl swą spuścizną zostawiał synowi.
Mnich, stojący w nogach łoża, pobożny dominikanin Heljasz
już był przejednał króla z Bogiem. Władysław dnia tego wolę swą
objawił mężom dostojnym, ojczycom królestwa swego i pożegnał
wszystkich; rozstał się z żoną, pobłogosławił syna, któremu Polskę
oddawał, ziemianom zleciwszy jedyne dziecię.
Lekarz kanonik Wacław przepowiadał zgon bliski; królowa
Jadwiga płacząc powtarzała modlitwy za konających, lecz śmierć nie
przychodziła jeszcze...
Wojownik stary bronił się jej resztą potęgi, w bojach
mnogich nabytej.
Król się tylko usypiać zdawał. Oddech jego stawał się to
przyspieszonym gorączkowo, to słabym tak, że go ledwie czuć było.
Zapadłe powieki podnosiły się nagle, głowa poruszała, zaschłe usta
otwierały, zbladłe oczy biegały po otaczających, i Łoktek chwilowo
powracał do życia.
Duch starego wojownika jak przykuty do tego starganego
wiekiem ciała, nie mógł się z niego wyzwolić.
Nadchodziła noc, po której wracający dzień już, wedle
przepowiedni lekarza, króla nie miał zastać między żywemi.
Medyk patrzał zdumiony i upokorzony, bo na tem łożu śmierci
dział się cud - walka się odbywała nieprzewidywana, niewidoma,
nieznana mu - życie opierało się zniszczeniu.
Łoktek powracał doń snem pokrzepiony.
Oblicze jego przybrało już dawno tę barwę trupią,
bezkrwistą, wyżółkłą, która nadchodzącego zgonu czytać na niem
dozwalała; lecz piersi się poruszały, oddech był widoczny. Zeschłe
płuca odzywały się w nim jeszcze głucho i smutnie... powietrze w
nich chrzęszczało.
Stojący nad chorym kanonik lekarz, dał z lekka znak, aby mu
spoczynku nie przerywano i sam począł na palcach odchodzić. Cofnął
się też, ujrzawszy to, mnich Heljasz i królowa po cichu, powolnie
ku drzwiom zwróciła.
Król usypiał.
Wszyscy, po dniu tym wzruszeń pełnym, zapragnęli usunąć się
do bocznej komnaty i tam czekać przebudzenia, gdyż jeszcze się go
spodziewano.
Jeden syn pochylony przy ojcu pozostał nieruchomy.
Na dany przez matkę znak, potrząsnął głową, wskazał na
ojcowskie łoże, dając łatwo zrozumieć, że chciał czuwać przy nim.
Niedawno jeszcze z ust jego słyszał ostatnie wyrazy
błogosławieństwa i przestrogi - niedawno brzmiały tu głosy
zwołanych panów rady - królewicz-następca wzruszony był. Do łoża
konającego wiązała go miłość, wdzięczność i ta troska o jutro,
która brzemieniem całej, nieznanej przyszłości leżała na piersiach
jego.
Łzy kręciły mu się w oczach...
Złotą była korona, którą miał włożyć na młodocianą skroń ale
ciężką.
Zwolna wysunęli się wszyscy ku drzwiom bocznym, których
zasłonę królowa podnieść kazała, aby być na najmniejszy szelest, na
zawołanie powrócić gotową.
Nieruchomy w tej półklęczącej postawie królewicz, został jak
przykuty do siedzenia i łoża. Wzrok jego na twarzy bladej ojca
spoczywał.
Oblicze to było zżółkłe jak karta pargaminowa i jak ona
życiem zapisana długiem. Nigdy może wprzód, gdy był w pełni sił,
nie stały na niej wyryte dobitniej męztwo, rezygnacja, siła, spokój
i żelazna wola. Teraz tylko wszystkie te charakteru znamiona
oblewała światłością przedśmiertną jakaś błogość - pogoda dnia
ostatniego.
Któż nie widział na obliczu umierających, mocnych na duchu,
bojowników zwycięzkich, tego wyrazu szczęśliwości, jaki wdziewa
śmierć wiodąc ich do grobu?
Wszystkie cierpień ziemskich ślady zagładza palec anioła
śmierci.
Z za brózd, marszczek i fałdów promieniało oblicze stare
króla wypięknione i jasne.
Syn patrzał na nie z pobożnem zdumieniem, bo nigdy go takiem
nie widział.
Jeszcze przed chwilą, gdy król z gorącością przemawiał do
panów rady, do syna; miał starą swą twarz, jaką nosił po
pobojowiskach; teraz śmierć przyoblekła ją majestatem i powagą
swoją. Królewicz zadrżał - było to dlań zwiastunem chwili
ostatniej.
Lecz - król żył: piersi poruszały się prawie łagodnie,
dostrzegał lekkie twarzy drganie - starzec jeszcze oddychał.
Płomyk lampki, który, podniósłszy się, żywszym rzucił
blaskiem na rysy króla, dozwalał rozeznać lekkie ust ściągnięcie i
na powiekach wysiłek i drganie. Dźwignęły się one z ciężkością; z
głębin ich blado zaświeciły oczy.
Zatrzymały się długo na synu, wargi zatrzęsły się, jakby je
przewiew uśmiechu przebiegł bezsilny.
Kaźmirz jeszcze bardziéj pochylił się do ojca.
Cud tego życia, przerywającego konanie, coraz był
widoczniejszym, głowa zwróciła się o swej sile ku ukochanemu
dziecięciu.
Oddech piersi stał się głośniejszym, i głucho dobył się z
nich głos.
- Kaźmirz?
- Jam jest! - odparł syn cicho.
- Jak za mgłą cię widzę - szepnął król wyraźniej nieco.
- Wody! Usta spieczone! - dodał, chcąc dobyć napróżno
osłabłą z pod przykrycia rękę.
W tem Kaźmirz pośpieszył z kubkiem rzeźwiącego napoju,
stojącym tuż przy łożu i ostrożnie nachylił go do ust ojca,
wlewając w nie płyn po kropli.
Usta się rozwarły nieco, trochę życia wstąpiło w twarz,
której oczy nabrały blasku.
Uśmiechnął się Łoktek.
- Noc? - zapytał cicho.
- Wieczór późny.
Król oczyma potoczył po komnacie, jakby się chciał
przekonać, czy byli sami.
Chwilę trwało milczenie, pierś pracowała, aby się na głos
zdobyć ostatni.
- Koronę - rzekł silniej. - Koronę niech ci niezwlekając
włożą, niech namaszczą. Bóg z nią daje moc. A potrzeba jej, aby
utrzymać wszystko w jednej dłoni. Polskę całą, Kujawy, Mazowsze,
Pomorze... Pomorza niemcom nie ustąpić nigdy! Tamtędy droga w
świat, jedyna wolna, w koło wrogi, bez niego więzienie...
Mówił, odpoczywając chwilami, Kaźmirz słuchał pochylony. Nie
była to rzecz do niego zwrócona, lecz jakby mimowolne snujących się
myśli wyrazy, wpół do siebie, do Boga, do niego... Coś, jak
marzenie, jak modlitwa...
- Mazowsze posłuszne, lenne być musi i twoje, pod prawem
jednem - ciągnął dalej - Szlązko zgniłe, zaniemczone przepadło...
przepadło!... Już mu nie odżyć, rdza niemiecka je zjadła...
Mówiąc to przymknął powieki, ale natychmiast podniosły się
znowu i usta dalej szeptały, dla syna tylko dosłyszanym szmerem.
- Z siostrą, z Węgry musi być wieczne przymierze, za ręce
trzymajcie się oboje...
Pod Rzymem stać wiernie, pod Awinionem, bo tam głowa nasza i
siła. Papież mnie ratował, rozgrzeszył, dźwignął, wiele lat temu...
Królestwo nasze pod Piotrową stolicą, hołd mu winniśmy...
Zamruczał coś niewyraźnie i poruszył się niespokojnie.
- Znajdziesz ludzi dobrej rady, Jaśko z Melsztyna, mąż
prawy, Trepka wierny... Ziemianie, szczyty, rycerstwo dobre, dobre,
ale nie oni jedni... Jest ubogi lud, jest biedny chłop... to
ojczyce także nasi. Pamiętaj! Ja pomnę, gdym, z błogosławieństwem
miłościwego lata powrócił z tułactwa sam, sam jeden, jak palec, nie
miałem wówczas nikogo. Ziemianie nie chcieli mnie, zamiast
rycerstwa szli ze mną chłopki z siekierami Polskę budować. Szli i
bili się... a dopiero po nich przyszły szczyty, a na końcu barony i
comites...
Chłopkom wdzięcznym być!
Spojrzał na syna.
- O chłopkach pamiętaj!
Kaźmirz skłonił głowę.
- Tarczą im bądź i opieką - szeptał król cicho - sędzią im
bądź sprawiedliwym, obrońcą, oni mnie obronili...
W tem głos coraz cichszy i słabszy szeptem niezrozumiałym
utonął w piersi, i była znowu chwila milczenia.
Z bocznej izby na palcach podszedł ks. Wacław, nadsłuchując
ostrożnie. Stanął zdziwiony, pochwyciwszy szeptanie, ręką sięgnął
po kubek i przyłożył go do ust króla. Chory wnet poczuł obcego,
zamilkł, ściągnąwszy wargi, ale napój połknął chciwie.
Ks. Wacław zatrzymał się chwilę, zrozumiał to, że ojciec
chciał sam na sam z synem pozostać, i usunął się powoli.
Wpół podniesione powieki śledziły ruch jego i nie otwarły
się, aż zniknął.
- Z Krzyżowcami niemieckiemi - rzekł - nigdy pokoju...
Przeciwko nim przymierze i pokój choć z pogany! (mówił
niezrozumiale, głos drżał). O! nigdy zgody z niemi! Kruki czarne,
wilki żarłoczne, wrogi wiekuiste...
Z Pomorza ich wygnać potrzeba precz, lub oni tę koronę
prędzej, później żelaznym klinem rozsadzą. O! z niemi nigdy
pokoju...
Z pogany się jednać lepiej, Litwie żoninej dać rękę, Ruś
zagarnąć... Węgry zsojuszone, nasze, Czech się grzywnami przejedna,
daj mu ostatnią koszulę... choćby kielichy ze skarbców kościelnych,
byle zjednać przeciw krzyżakom, wszystkich przeciw nim...
Brandenburczyków głaskać, Szlązaków zagodzić... a Pomorze odbić, bo
tchnąć nie będzie czem... Gościniec w świat nam zaprą i uduszą.
Spoczął nieco i dodał.
- Krwi się tam dużo poleje... będzie strumieniami ciekła...
jak pod Płowcami...
Marszczki na czole króla wygładziły się, pogoda zwycięstwa
opromieniła je na chwilę.
- Płowce! - powtórzył - Płowce! Drugie Płowce przyjdą
nieprędko, ale ja widzę je, widzę. Stosy chorągwi ich po ziemi się
tarzają i trupów stosy w posoce...
Kaźmirz klęczący już przy łożu, aby mógł słyszeć lepiej,
przychylił się tuż ku ustom ojcowskim.
Od przepowiedni tej serce mu zadrgało żywiej. Łoktek smutnie
się uśmiechał.
- Nie ty ich poskromisz... - dodał - nie, tobie nie dano! Ty
gdzieindziej musisz szukać zwycięztwa.
- Ojcze mój - ozwał się Kaźmirz, gdy stary zamilkł nieco -
ojcze mój, ja nie mam miecza twojego, ani dłoni twej...
- Da ci je Bóg, gdy będzie potrzeba - przemówił król - nie
miecz wojuje, ani ludzka dłoń, ale wola i opieka Boża. Spełni się
wszystko, jak on postanowił. Ty, ty kleić i spajać musisz, co
rozerwały wieki, żelazną wiązać obręczą... miłością ożenić, prawem
zjednać...
Ostatnie słowa wyrzekł gorąco i znużony nagle mówić
poprzestał. Zdala ujrzał stojącą z głową zwieszoną królowę.
Wpatrzył się w jej postać smutną i wejrzeniem żegnali się
długo.
Jadwiga stała chwilę, i milczeniem króla odprawiona,
odeszła. On mówę odzyskiwał tylko dla syna.
- Bóg z tobą - rzekł - on dla mnie czynił cuda, on
przezemnie słabego i małego stworzył znów królestwo, które do
potęgi wielkiej urośnie...
Dziś ta stara szata królewska poszarpana na skrajach,
zszywać ją trzeba, odbierać obcięte kawały, wojować, na straży stać
i łatać, aż płaszcz z niej będzie pański... Bóg wielki tworzy z
niczego i przez małych.
Po krótkiem milczeniu szepnął cicho.
- Błogosławię!
Głos zamierać się zdawał, oczy się przymykały. W tem wpośród
ciszy szelest dał się słyszeć, naprzód niewyraźny, stłumione mowy
kilku ludzi, sprzeczkę jakąś u progów.
Łoktek oczy otworzył niespokojne, królewicz powstał.
Niepojętem to było, by w ostatniej godzinie pokoju pana
umierającego nie poszanowano.
Spór coraz dobitniej dawał się rozpoznać w pomięszanych
głosach, na ostatek błagające, płaczliwe doleciały wyrazy.
- Puśćcie mnie, puśćcie mnie, jam najstarszy jego sługa.
Poruszył się Łoktek niespokojnie i oczy jego synowi znak
dały, aby drzwi nie zamykano proszącemu.
Nim Kaźmirz miał czas spełnić rozkazanie ojcowskie, zwolna
odchyliły się podwoje i w nich dziwna ukazała się postać.
Był to starzec zgarbiony z długą za pas, zrzedłą brodą siwą
i czaszką wyłysiałą, na której lśniącej skórze mnogie szramy widać
było... Odziany suknią tercyarską dzieci Franciszka świętego,
zgrzybiały człek nie mógł już iść o swej sile... Dwóch chłopaków
ubogo odzianych, na których ramionach się opierał, wiodło go pod
ręce. Twarz z oczyma zakrwawionymi pomarszczona, biała, miała wyraz
niepokoju i zarazem radości... Ręce trzymał złożone, jakby szedł do
ołtarza.
- Król mój! pan mój! - wołał głosem drżącym - puszczajcie
mnie do niego... Niech pożegnam pana mego!
Z ust Łoktka wyrwało się:
- Jarosz... Jarosz... pójdź tu! do mnie, stary.
Potoczył się powołany do łoża, cały drżąc z radości i
dopadłszy do nóg króla, płacząc ściskać je począł.
- Król mój! pan mój! a mnie do ojca mego puszczać nie
chcieli - wołał. - A myśmy razem dziećmi biegali, a jam z nim był i
w bojach, i na tułactwie, i w Rzymie, i po jaskiniach, i na
pobojowiskach, i na noclegach, i w niewoli, i wszędzie...
Królowi oczy drżały i pod osłoną poruszał rękami, których
dobyć nie miał siły.
- Ty idziesz - mówił płaczliwie Jarosz, klęknąwszy u łoża -
weźmijże mnie z sobą, życie już cięży. Za grzechy pokutę sprawiłem,
oczy zagasły, ręce obezwładniały... Weźmij mnie z sobą, jakeś brał
dawniej...
Z drugiej komnaty wybiegli wszyscy i ksiądz Wacław pierwszy
chciał starego odciągnąć sługę, lecz król dał znak, Jarosz pozostał
u nóg jego.
- Kiedy Tobie, panie mój, Bóg zesłał wyzwolenia godzinę,
może i mnie w miłosierdziu swem zabierzesz z sobą. Jabym się u stóp
twych położył, jako legałem po lasach, gdyśmy sami byli, biedni,
głodni, a ścigani.
Twarz królewska ożywiła się temi wspomnieniami, nie mówił,
ale się na niej rysowało rozrzewnienie pogodne.
Jarosz ledwie odetchnąwszy ciągnął dalej.
- Król mój, pan mój! a mnie do niego puszczać nie chcieli.
Jamże powinien tu był być w godzinę śmierci, bom w życiu wiernym
był towarzyszem.
Łkanie mu przerywało.
- Nie zlękniemy się śmierci, widzieliśmy ją nieraz - mówił
spokojniej. - Spocząć czas!
Kończył te słowa Jarosz, gdy król dobył głosu z piersi.
- Ojcze Heliaszu! - zawołał - Heliasz!
Mnich, który się spodziewał być powołanym, stał już blizko i
przysunął się do łoża samego, krzyż podnosząc w ręku.
Kaźmirz usunął się nieco, Jarosz milczał i modlił się.
Wśród ciszy zabrzmiała uroczysta kapłana modlitwa. Była to
ta ostatnia, którą żywi przeprowadzają duszę ku lepszym ulatującą
światom.
Oddech umierającego stał się nagle żywszym i cięższym, w
piersiach wyraźniej odzywało się chrząszczenie, pot występował na
czoło. Śmierć, która się oddalać zdawała, wracała po swoją ofiarę.
Z drugiej strony łoża stojący kanonik Wacław wejrzeniem i
ruchami dawał poznać, iż stanowcza chwila nadeszła.
Głowa króla głębiej w pościel i niżej opadała na piersi.
Wysiłek jakiś poruszał całym ciałem, które okrycia podnosiło i
ściągało na przemiany.
Królowa klęczała przy mężu, tuż obok starego Jarosza.
Głos mnicha coraz wyraźniej, coraz mocniej podnosząc się,
aby stępiałego już doszedł ucha, rozbrzmiewał po całej sali.
Oczekujący w sąsiednich komnatach, usłyszawszy go, zjawili
się na progu gromadnie. Byli to ludzie poważni, w szatach ciemnych,
smutnego a zadumanego oblicza. Oko ich na przemiany to szukało
łoża, na którem spoczywał umierający, to pochylonej młodego
królewicza głowy.
Niespokojni szeptali po cichu, Jarosz opadłszy ku ziemi, z
głową na piersi zwieszoną, bezsilny zdawał się razem z królem swym
dogorywać.
Kapłan w głos już, z zapałem odmawiał resztę modlitwy.
Poklękli wszyscy. Królowa twarz spłakaną zanurzyła w
pościeli i łkała z bólu.
Raz jeszcze podniosła się twarz starca, powieki odsłoniły
oczy zbladłe, westchnął ciężko.
Westchnienie to odbiło się w piersi Jarosza, którego chłopcy
utrzymać nie mogli, potoczył się na ziemię.
Lekki okrzyk stłumiony wyrwał się z ust królowej.
Zrana już na łożu w tej samej sali rozpostartem szeroko
spoczywały Łoktka zwłoki, przyodziane do grobu, w hełmie na skroni
z koroną, pasem objęte, z mieczem wiernym u boku, z berłem w dłoni,
w spiczastem obówiu ze złoconemi ostrogami, z twarzą wypogodzoną,
jaką mu dał zgon.
Do koła stali posiwiali jego towarzysze broni ostatni
najmłodsi, a najstarszy z młodości czasów sługa leżał w kaplicy u
Franciszkanów, w tercyarskiej sukni, czekając też pogrzebu. Rycerze
spoglądali na wyciągnionego konaniem, drobnych zawsze rozmiarów,
człowieczka tego, którego żelazny miecz, nieruchomy teraz, wyciosał
królestwo wielkie.
Patrzyli i milczeli.
Podwórza zalegały ciche tłumy. Smutek był na twarzach
wszystkich.
W przedsieni, na marcowego wiatru zimnym przewiewie, nie
czując go, poopierani o słupy, nieruchomi, jak posągi, stali u
wnijścia, Trepka Jerzy, który królewiczowi towarzyszył nieodstępnie
w latach ostatnich; poważny Jaśko z Melsztyna, którego król synowi
do rady naznaczył, Mikołaj Wierzynek rajca krakowski, starego i
młodego pana ulubiony sługa; Kochan Rawa, powierny dworzanin
Kaźmirza, i Suchywilk, kapłan, siostrzeniec arcybiskupi.
Kochan Rawa, którego wszyscy znali, najbliższym królewicza,
choć się powinien był radować z tego, iż pan, którego był
ulubieńcem, miał włożyć koronę, posępny stał i smutny.
Mężczyzna to był młody, silny, przystojny, w kwiecie wieku,
Kaźmirza rówieśny, twarzy rozumnej, lecz namiętnego i zuchwałego
wyrazu.
W bystrych oczach jego czytać było można, iż sprawcą mógł
być lepszym, niż doradzcą. Marszczyło mu się białe czoło od myśli
ciężkich. Ręką ująwszy się w bok, a razem rękojeść miecza
ściskając; drugą, to czoło pocierał, to wąsy targał i brodę.
Zbliżył się doń Trepka, wyglądający poważnie a rycersko.
- Nie pójdziecie zajrzyć - spytał - co się z młodym panem
dzieje?
- Byłem tam - odparł krótko Kochan - spoczynku mu potrzeba.
Sam pozostał... Królowa stara modli się, młoda krząta się
niespokojna. Jam go zamknął od nich, bo siły pokrzepić trzeba.
Teraz ich dużo mieć musi.
Zbliżył się do rozmawiających Wierzynek.
- Straciliśmy ojca! - jęknął smutnie.
Nie odpowiadali mu długo.
- Ktoby tego pana nie żałował - podchodząc począł spokojnie
Suchywilk, którego twarz rozumna we wszystkich uszanowanie
wzbudzała. - Strata to niepowetowana, aleć Bóg opatrzny dał nam
godnego z lędźwi jego następcę. Ten podejmie i dokona, co tamten
rozpoczął.
Nie trapmy się zbytnio.
Czas było znużonemu spocząć i pójść po zasłużoną nagrodę.
Któryż z królów tak długo i skutecznie dla tej korony pracował.
Starzy tylko pomną początki, my z ich ust o nich wiemy... Z
niczego on stworzył koronę tę na kawałki rozbitą, a pomyślcie z
jakiemi o nią walczył mocarzami! Z liczbą, z przewagą, ze złotem,
ze złością, ze sprzymierzonemi, sam, nie mając nic nad łaskę
pańską! Cuda przezeń czynił Bóg!
- Tak! - potwierdził głowę skłaniając Jaśko z Melsztyna - a
tem trudniejsze zostawił dziecku dzieło na wpół dokonane, gdy
pamięć trwa, ile uczynił, i nadzieja z nią, ile dopełnić syn musi.
Ani się dziwować, iż królewicz po ojcu tak boleje i pod
brzemieniem się ugina. Wielkie ono.
- Każdy dzień ludzki ma troskę swą - odrzekł Suchywilk -
lecz na ciężkie godziny z pomocą opatrzność śpieszy.
Spoglądali po sobie smutni.
- My wszyscy też tak winniśmy młodemu służyć, jakeśmy
starego miłowali.
Głosy się podniosły potwierdzające. Kochan Rawa obojętnie na
nich spoglądał.
- Mnie pana mojego żal - rzekł popędliwie - srogi żal!
Skończyły się dla nas dni swobody i wesela. Z kolei zaprzężecie go
do tego pługa, z którego jarzma ani się na godzinę wyzwolić! Tak!
teraz ani dnia, ani nocy, ani wytchnienia mieć nie będzie... We
snach nawet troska zajrzy w oczy. Biedny pan mój! Korona śliczna,
ale nie samą skroń, ciśnie ona całego człowieka, a zrzucić jej ani
na chwilę nie można.
Wojna? - musi być żołnierzem, pokój? - gospodarzem mu być
trzeba; nocą stróżem... Hej! hej! dola nasza!
Królem się będzie zwał, a w rzeczy niewolnikiem zostanie...
Jaśko z Melsztyna potwierdzał, głowę pochylając.
- Tak jest - rzekł - ale królestwo, kapłaństwo, królestwo,
ojcostwo! Przez króle mówi Bóg, i żeby się stać godnym tego,
wielkim a czystym trzeba być.
Kochan Rawa wąsa pokręcił i skrzywił się.
- No - dodał - i człowieczeństwa się wyrzec.
Mnie mojego pana żal!
Spojrzeli nań drudzy, nieodpowiadając.
Kochan posunął się z wolna ku drzwiom, które wiodły do izb
królewicza, inni pozostali w przedsieni.
- Mnie się zda - rzekł Suchywilk, spoglądając za odchodzącym
- iż temu Rawie nie tyle królewicza żal, co samego siebie. Lęka
się, aby z łask nie wypadł i przystęp mu się nie utrudnił. Nie
byłoby to może wielką szkodą dla młodego pana, choć on służy mu
wiernie, lecz człek gorący, popędliwy, pan młody... Oliwy do ognia
dolewać nie jest bezpiecznie.
Jaśko z Melsztyna spojrzał na mówiącego i zamilkł. Inni ani
przeczyli, ni potakiwali. Wierzynek, trochę na bok się usunąwszy,
stał sam zadumany. Nadciągała starszyzna i dzwony pogrzebowe
wszystkich kościołów w mieście jęczeć zaczęły.
Lud na Wawel płynął...