Rozdział 1
Dwóch nastoletnich chłopców siedziało na ławce, popijając piwo z jednej
puszki. Właśnie zaczęli ostatnią klasę technikum, ale zgodnie
stwierdzili, że nie ma sensu iść na rozpoczęcie roku szkolnego.
Zdecydowanie lepiej przesiedzieć te dwie godziny w parku, niż słuchać
nudnego gadania dyrektorki, skoro i tak nikt nie sprawdzi obecności.
- Stary, kolejny rok w tym bagnie. Jeszcze się nie zaczęło, a już mam
dość - westchnął Antek i napił się piwa.
- Dobrze, że ostatni, moja noga już nigdy więcej nie postanie w tej
szkole - zgodził się Dawid.
Chłopcy znali się od dzieciństwa i zawsze mogli na sobie polegać. Antek
niejednokrotnie pocieszał przyjaciela, gdy ten uciekał z domu przed
pijanym ojcem. Czasami Dawid nawet u niego spał; grali wtedy dużo na
komputerze. Pewnego dnia tak bardzo się zdenerwowali, że uderzyli
jednocześnie w biurko, które się złamało. Od tamtej pory Dawid przez
parę miesięcy nie mógł przychodzić do domu Rejrów, ponieważ rodzice
Antka obwiniali go o agresywne zachowanie syna.
Wiele razem przeżyli, byli jak bracia. Kiedyś, gdy Antek ukradł portfel
z torebki staruszki, a ta chciała zgłosić to na policję, Dawid ubłagał
ją, żeby tego nie robiła. W zamian za to Antek przez cały miesiąc
wyprowadzał na spacer owczarka niemieckiego należącego do starszej pani.
Chłopcy mieli podobne podejście do życia, a szczególnie nauki. Nie
interesowały ich żadne lekcje, nie angażowali się w zajęcia dodatkowe, a swoich rówieśników traktowali z dystansem. Kończyli kolejne lata
edukacji dzięki ściąganiu i litości nauczycieli, którzy przymykali oko i przepuszczali ich z klasy do klasy, bo prawdopodobnie nie chcieli się z nimi męczyć przez kolejny rok.
Siedzieli więc teraz na ławce, gdy dołączył do nich szczupły nastolatek
w eleganckim mundurku szkolnym. Miał delikatne rysy twarzy i ciemne
włosy, starannie zaczesane lekko do tyłu. Marek wyglądem zupełnie nie
pasował do tej dwójki. Antek był potężny, sama jego postura budziła
respekt, krótko ostrzyżony, zawsze w dresach, a całości stylizacji
dopełniał złoty krzyżyk na szyi. Dawid zaś był po prostu zwykłym
chłopakiem w dżinsach i koszuli, niczym niewyróżniającym się z tłumu, a przynajmniej tak uważał.
- Widzę, że zaczynacie jak co roku - zaśmiał się przybysz, wskazując
palcem pustą puszkę po piwie.
- Bez obaw, nie zapomnieliśmy o tobie, mordo - mówiąc to, Antek wyjął z plecaka trzy puszki i rozdał wszystkim po jednej. Marek usiadł koło
Dawida i energicznie otworzył napój, z którego natychmiast zaczęło
lecieć mnóstwo piany i piwa.
- Cholera! Moja koszula i spodnie, to się już nie spierze...
- No i dobrze, po co komu jakieś mundurki - zaśmiał się Dawid, ale wyjął
z kieszeni chusteczki i pomógł mu wycierać ubranie. Jednak gdy ich ręce
i spojrzenia się spotkały, Dawid natychmiast się wycofał. Nie chciał,
żeby Antek pomyślał, że może być gejem. Kiedyś szli razem główną ulicą i kiedy mijali na przystanku parę mężczyzn trzymających się za ręce, Antek
bez zawahania zaczął ich wyzywać, a gdy zobaczył, że tamci nie reagują,
podbiegł i uderzył jednego w twarz.
- Stary, nie bądź lalusiem! U nas w szkole każdy ma wywalone na to, jak
wyglądasz, przenieś się do nas - stwierdził z rechotem Antek i klepnął
kolegę po ramieniu.
- Stary! - w głosie Marka zabrzmiał sarkazm. - Nigdzie się nie
przenoszę, bo muszę zdać maturę i iść na studia.
Chłopak chodził do prywatnego katolickiego liceum, a jego rodzice
płacili mnóstwo pieniędzy, aby zdobył odpowiednie wykształcenie oraz
obracał się we właściwym towarzystwie. Marek miał zostać lekarzem, pójść
w ich ślady. Nigdy nie podobała im się znajomość ich syna z Antkiem i Dawidem, jednak nic nie mogli na to poradzić. Przyjaźń chłopców zaczęła
się, gdy mieli po jedenaście lat i zupełnie przypadkowo usiedli obok
siebie w kinie podczas szkolnego wyjścia. Na dużym ekranie wyświetlono
bardzo nudny film o kosmosie. Cała trójka komentowała prawie każdą
scenę, znajdując w ten sposób wspólny język. Po filmie poszli na spacer,
kupując po drodze soki pomarańczowe w małych kartonikach. Antek nie mógł
przegapić okazji i gdy tylko kasjerka schyliła się, aby wydać im resztę,
schował do kieszeni owocowe gumy do żucia. Lubił podkradać małe
przedmioty, czuł wtedy adrenalinę i przyjemną niepewność. Sam nie sięgał
nigdy po książki, ale gdy był mały, babcia wielokrotnie czytała mu
historię o niesamowitym złodzieju, który kradł różne rzeczy, a potem
rozdawał je innym. Jego plany zawsze były idealnie dopracowane. Antek
zazdrościł mu tych umiejętności, też chciałby potrafić tak dobrze kraść.
Wiele lat temu naprzeciwko starych bloków, w których mieszkali Dawid i Antek, wybudowano nowoczesne, strzeżone osiedle domków jednorodzinnych.
Nikt poza mieszkańcami nie miał tam wstępu. Pewnego razu chłopcom udało
się wejść za listonoszem, który otwierał bramę. Przed nimi ukazał się
zupełnie nowy świat - ogromny plac zabaw, fontanna, skwer, siłownia
plenerowa i luksusowe samochody na parkingach - wszystko to było
przeciwieństwem tego, co do tej pory znali. Na swoim osiedlu mieli
zardzewiałą huśtawkę, stary trzepak i rozpadające się ławki. Chłopcy od
razu poszli na plac zabaw, bo wiedzieli, że taka okazja może się już nie
powtórzyć, i tam kolejny raz spotkali Marka. Niedawno wprowadził się z rodzicami do jednego z domów i nie znał tu nikogo w swoim wieku, z kim
mógłby spędzać czas po lekcjach. Wcześniej mieszkał w Wielkiej Brytanii.
Ze względu na różnice w programie zajęć musiał powtórzyć tę samą klasę
podstawówki. Marek był zupełnie inny niż oni. Czytał dużo książek,
chodził na różne zajęcia dodatkowe, a w jego domu nigdy niczego nie
brakowało. Mimo tych różnic szybko się polubili. Od tej pory chłopcy
pojawiali się codziennie na placu zabaw, otwierając bramę kluczem, który
dorobił ich nowy przyjaciel. Matka Marka robiła, co mogła, by nie mieli
wielu okazji do spotkań, zapełniając kalendarz syna zajęciami
pozalekcyjnymi albo zabraniając mu wychodzić na dwór. Ostatecznie jednak
poddała się, przecież nie mogła zamykać go w domu i wiecznie
kontrolować. Teraz, gdy mieli po dziewiętnaście lat, ich relacja
dojrzała - byli jak trzej muszkieterowie.
- My tam z Dawidem nie zdajemy matury, bo i tak na nic się nie przyda,
no nie? Najwyżej wyjedziemy do Niemiec do roboty - powiedział Antek.
- No... zobaczymy, jak będzie - wzruszył ramionami Dawid.
Prawdę mówiąc, miał inną wizję przyszłości, ale nikomu o tym nie mówił.
Od dziecka wyobrażał sobie, że gdy dorośnie, zostanie sławnym
piosenkarzem. Kochał muzykę, w najgorszych momentach stanowiła dla niego
ucieczkę od rzeczywistości. Wszystkie swoje emocje przelewał na papier,
pisząc piosenki. Nikt o nich nie wiedział. Teksty były zbyt osobiste,
zupełnie jak pamiętnik. Dziś, gdy szedł do ostatniej klasy technikum, to
marzenie było tak samo odległe jak w dzieciństwie, a może nawet
bardziej. Pierwszy problem z jego realizacją stanowił brak pomysłu, jak
miałby zacząć swoją karierę, wiedział przecież, że producenci muzyczni
sami nie zapukają do jego drzwi. Kolejnym był brak pewności siebie.
Dawid nigdy nie występował przed większą publicznością. Jego śpiewu
słuchały tylko babcia i mama. W obecnej sytuacji zostanie piosenkarzem
było dla niego tak samo prawdopodobne jak wygrana na loterii. Nie chciał
dłużej dyskutować na temat przyszłości i szybko zmienił temat. Zaczęli
więc rozmawiać o ostatnich meczach piłki nożnej. Cała trójka uwielbiała
oglądać profesjonalną grę piłkarzy. Dla chłopców byli autorytetami i ucieleśnieniem tego, że ciężka praca pozwala spełniać marzenia. Często
umawiali się na wspólne oglądanie meczów ulubionej drużyny Radient Boys,
która dwa razy z rzędu wygrała krajowe mistrzostwa.
Kiedy przyjaciele wypili już piwo, postanowili pójść na spacer na rynek.
Naprzeciwko ratusza było już mnóstwo ludzi jak na ich małe miasteczko.
Ustawiono tam scenę, z której teraz przemawiał lokalny polityk Mario
Brent, kandydat na prezydenta miasta. Pełnił tę funkcję już od paru lat,
a teraz po raz kolejny zamierzał wygrać wybory. Przez całą kadencję jego
jedyną inicjatywą było zasadzenie paru drzew w parku, co podobno
kosztowało prawie milion złotych. Zatrzymali się, aby posłuchać, o czym
mówi. Brent obiecywał, że jeżeli tylko zostanie wybrany, zadba o rozwój
miasta i Radient zostanie stolicą województwa.
- To kłamstwa! Wynocha, złodzieju! - krzyknął Antek, który był już lekko
wstawiony.
Nienawidził polityków, uważał, że wszyscy kłamią tylko po to, żeby
zyskać jak najwięcej publicznych pieniędzy. Twierdził, że to
niesprawiedliwe, że jego czepiają się za kradzież puszki piwa, ale gdy
ktoś nosi garnitur, może kraść miliony i nikt się tym nie przejmuje.
Choć w duchu bardzo im zazdrościł. Sam, gdyby miał dostęp do takiej
ilości pieniędzy jak oni, chętnie by je przygarnął.
Ludzie wokół chłopców zaczęli wyrażać swoje poparcie dla słów Antka.
- Młody człowieku, buduję przyszłość właśnie dla takich jak ty!
Zobaczcie, ile już wam dałem. Obiecuję, że zrobię wszystko, aby dalej
działać dla dobra społeczeństwa - kontynuował Mario swoje wystąpienie z dumą w głosie.
- Gówno prawda! Chłopie, zejdź z tej sceny i się nie poniżaj - krzyczał
Antek, a obecni na rynku mieszkańcy zaczęli klaskać.
Nagle ktoś uderzył go w głowę torebką. Była to starsza pani w wełnianym
płaszczu i czerwonym berecie na głowie.
- Jak śmiesz obrażać naszego prezydenta! Dzięki niemu masz co jeść i dach nad głową! - mówiąc to, dalej biła chłopaka, który zakrywał się
rękami. Ludzie rozstąpili się i oglądali całą scenę, nie reagując. Gdy
Dawid chciał powstrzymać emerytkę, także dostał torebką po twarzy. Marek
natychmiast go odciągnął, chwytając stanowczo za rękę i wyprowadzając z tłumu. Jak tylko przedarli się na zewnątrz, Dawid zauważył, że ich
dłonie wciąż są splecione. Po chwili Marek dotknął jego twarzy,
przyglądając się mu uważnie.
- Dobrze, że nic ci się nie stało, niepotrzebnie się w to mieszałeś.
Antek zawsze daje sobie radę - powiedział, patrząc mu prosto w oczy.
Dawid chciał się zaśmiać i powiedzieć, że emerytka nie stanowi dla niego
żadnego zagrożenia, jednak stłumił tę chęć, bo w głębi duszy podobała mu
się ta troska. Chwilę bliskości przerwał Antek, któremu w końcu także
udało się wydostać z tłumu. Przyjaciele natychmiast odsunęli się od
siebie.
- Gdyby nie to, że nie biję starych bab, miałbym ją na jednego strzała!
Tego frajera Mario też - złościł się.
- Ciesz się, że nie aresztowała cię policja za zakłócanie spokoju -
westchnął Marek.
Podeszła do nich dziewczyna w dresowej bluzie i spodniach. Wyróżniała
się wyglądem - miała kolczyk w brwi, długie czerwone paznokcie i ledwo
widoczne spod sztucznych rzęs oczy. Monia chodziła do technikum razem z Dawidem i Antkiem, gdzie przeniosła się rok temu, kiedy wyszła z poprawczaka. Tak jak Antek nienawidziła polityków, policji, sądów i prokuratury.
- Widziałam, co się stało, i powiem ci, że zaimponowałeś mi swoją
odwagą. Jesteś prawdziwym facetem. Też nienawidzę tego pieprzonego
złodzieja, jak na niego patrzę, to aż muszę się napić. Pójdziesz ze mną
na piwo? - spytała, zalotnie bawiąc się włosami.
Antkowi zabłysły oczy i zgodził się od razu. Od dawna podobała mu się ta
dziewczyna, była dokładnie w jego typie. Z ułańską fantazją
zaproponował, żeby w zemście zarysować auto prezydenta, na co ochoczo
przystała. Dawid z Markiem nie zamierzali brać w tym udziału, więc
zostawili parę samą.
Już zmierzchało, gdy Marek odprowadził Dawida do domu. Przytulili się
czule na pożegnanie. Robili tak, gdy Antek nie patrzył, nie zamierzali
wzbudzać podejrzeń.
Dawid uchylił ostrożnie drzwi do mieszkania i od wejścia poczuł zapach
alkoholu. Zajrzał do dużego pokoju i z ulgą stwierdził, że ojciec śpi
jak zabity na kanapie, co znaczyło, że dziś nie będzie awantury. Ojciec
od wielu lat pił, a po alkoholu stawał się agresywny. Matka pracowała na
dwa etaty, na produkcji, a tej nocy znów była w pracy. Chłopak miał do
niej ogromny żal, że nie zostawi męża, że daje się nie tylko poniżać,
ale też znosi bicie. W dzieciństwie marzył o tym, że razem z mamą
wyprowadzają się z domu i już więcej nie muszą oglądać ojca.
Położył się na swoim łóżku i sięgnął po stary telefon, który dostał na
święta od babci kilka lat temu. Od dawna chciał wymienić go na nowy, ale
zawsze brakowało mu pieniędzy. Pamięć urządzenia mieściła tylko cztery
piosenki, których słuchał na okrągło. Najbardziej podobała mu się jedna,
Imagine Johna Lennona, mimo że nie rozumiał całego tekstu i wtedy
nawet nie bardzo wiedział, kim był ten artysta. Dawid czuł jednak, że
piosenka jest wyjątkowa, bo od razu poprawiała mu humor i uspokajała.
Uwielbiał przy niej zasypiać. Zamknął oczy i założył słuchawki. W jednej
chwili zniknęło chrapanie pijanego ojca oraz cały otaczający go świat.
Tej nocy śniło mu się, że jest na scenie i śpiewa Imagine przed
tysiącami fanów.
Rozdział 2
W pierwszym tygodniu września pogoda wciąż była ciepła i słoneczna. To
sprawiało, że Dawidowi jeszcze bardziej nie chciało się chodzić do
szkoły, ale wiedział, że powinien się tam czasem pojawić. Stał na
przystanku, czekając na autobus, jednak nigdzie nie widział Antka.
- Siema, mordo! - usłyszał za plecami.
Obrócił się i zobaczył Antka z Markiem, którzy trzymali jakieś papiery w rękach.
- Co tam macie? - zapytał zaciekawiony.
- Bilety na pociąg za godzinę - odparł Antek.
- Gdzieś jedziemy? - Dawid pojechałby wszędzie, żeby nie musieć iść do
szkoły.
- Tak, nad zalew - odpowiedział Marek, uśmiechając się.
- No i super, właśnie tego potrzebowałem!
Dawid poklepał Antka po ramieniu, gratulując dobrego pomysłu i pytając,
jak udało mu się namówić Marka na wagary. Okazało się, że tego dnia
licealiści mieli jechać na wycieczkę do muzeum owadów, a Marek nie
zamierzał brać w niej udziału, bo insekty za bardzo go przerażały.
Dwadzieścia minut później byli już na dworcu.
- Jest wtorek, a tyle ludzi na peronie. Oni nie pracują czy co? -
zdziwił się Antek z lekkim niepokojem.
- Może poszli na wagary jak my - dodał Marek, idąc w kierunku ich
wagonu.
Pociąg jak zawsze był pełen. Stojący na korytarzu pasażerowie
uniemożliwiali przejście.
- Bez jaj, takie coś powinno być zakazane - burknął Antek.
Szli, przepychając się przez tłum ludzi, którzy wcale nie zamierzali się
przesunąć. W końcu dotarli do swojego przedziału. Siedziała w nim
starsza kobieta, która zmierzyła ich wzrokiem. Była ubrana w długą
kolorową suknię, a w uszach miała kolczyki w kształcie ogromnych pawich
piór. Pozostałe miejsca były wolne. Gdy tylko pociąg ruszył, wstała i nachyliła się w kierunku Antka. Przypatrywała mu się uważnie.
- Czego? - zapytał zirytowany.
- Czuję od ciebie złą energię! - krzyknęła nagle.
Antek przewrócił oczami. Przyjaciele zaśmiali się pod nosem i dodali, że
jest bardzo zła. Kobieta zaczęła szukać czegoś w kieszeni. W końcu
wyciągnęła kadzidło, które miało tak intensywny zapach, że aż dusiło.
- Energio, bądź dobra... - mruczała cicho.
Nie skończyła, bo przerwał jej Antek, mówiąc, że ma się od niego
odczepić. Ona jednak nie przejęła się jego słowami.
- Energio, bądź dobra... - odpaliła kolejne kadzidło, uruchamiając tym
samym czujnik dymu.
- Co tu się, do cholery, dzieje? - w drzwiach stanął zdenerwowany
konduktor. Natychmiast kazał pasażerce zgasić kadzidła i wysiąść na
najbliższej stacji. Kobieta spojrzała na Antka, następnie na konduktora,
mówiąc, że chętnie stąd wyjdzie, ponieważ nie zamierza zakłócać swojej
aury.
- Stara wariatka - skomentował Antek.
Na kolejnej stacji dosiadła się para zakochanych. Czuli się, jakby byli
u siebie, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że nie są sami. Mężczyzna
wyjął z plecaka puszkę śledzi, otworzył ją i zaczął jeść oraz karmić
nimi partnerkę. Po chwili kobieta zaczęła głośno recytować wiersz o miłości.
- Co tu się odwala? - wyszeptał Dawid, któremu było już niedobrze.
Wymienili z Markiem spojrzenia, obaj mieli już dość tej podróży.
- Mam próbę przed wieczorem recytatorskim - odpowiedziała z pełnymi
ustami, w ogóle nie zwracając uwagi na zdenerwowanie nastolatków. Zapach
śledzia zmieszany z kadzidłem dusił ich coraz bardziej. Antek wstał,
żeby otworzyć okno.
- Zamknij to okno, bo moja dziewczyna zaraz będzie chora - zaprotestował
mężczyzna, nie przestając jeść.
- Nie, zaraz się porzygam.
Pasażer wstał, żeby zamknąć okno, wylewając cały olej ze śledzi na
spodnie Antka.
- Nie, kurwa! Mam dość! - nastolatek wstał i poszedł w stronę toalety.
- Zaczekaj! - krzyknął Marek i ruszył za nim.
Dawid został sam. Czuł się niezręcznie, więc uśmiechnął się lekko.
Mężczyzna, jakby nie zauważył, co się stało, wyjął z plecaka kolejną
puszkę i dodał, że właśnie na takie okazje zawsze robi zapasy.
- Co robisz? - wołał Marek, idąc za Antkiem.
- Idę to zmyć. Jeśli się nie uda, to ten palant ma mi odkupić dresy.
- Pomogę ci - westchnął Marek, widząc, że Antek zaraz straci
cierpliwość.
- Dobra.
Przyjaciele weszli do toalety. Marek zaczął moczyć papier, a Antek w tym
czasie odpalił papierosa.
- Zwariowałeś? Zaraz znowu włączą się czujniki.
- Wyluzuj, wkurzyłem się i muszę - odpowiedział Antek, zaciągając się
papierosem. Gdy skończył, spojrzał na swoje spodnie, które wcale nie
wyglądały lepiej. Plama wydawała się jeszcze większa.
- Mocniej. Rób to mocniej - powiedział do Marka pocierającego jego
spodnie.
- Staram się...
- Nie tak, stary, pokażę ci, jak masz to robić - Antek ścisnął tak mocno
rękę Marka, że tamten aż jęknął.
Po chwili usłyszeli pukanie. Ktoś zza drzwi wołał, że nie toleruje gejów
i mają wyjść jak najszybciej, bo pójdzie po ochronę. Antek otworzył
gwałtownie drzwi i usłyszał śmiech.
- Zesikał się! Zesikał! - krzyczało małe dziecko stojące razem z matką.
Antek był już cały czerwony ze złości. Na szczęście dołączył do nich
Dawid, informując, że już dojeżdżają. Z ulgą wysiedli z pociągu. Po
drodze na plażę Antek kupił sobie zapiekankę. Chłopcy rozłożyli koc na
piasku i w końcu po męczącej podróży zamierzali odpocząć. Wokół nich
biegały dzieci, krzycząc i bawiąc się. Nagle jedno z nich podeszło do
Antka.
- Daj gryza - zawołał chłopiec, wyciągając małe rączki w kierunku
zapiekanki.
- Nie ma opcji, spadaj.
Dziecko wzięło ogromną garść piasku i rzuciło nim w kierunku Antka.
- Ej! To było moje jedzenie! - krzyknął.
Ojciec dziecka siedział, popijał leniwie piwo i w ogóle nie zwracał
uwagi na to, co się dzieje. Za to jego żona natychmiast wstała i podeszła do chłopców.
- Jak śmiesz krzyczeć na mojego synka!? - wydarła się. na nich
- Lepiej odkup mi zapiekankę, bo przez twojego bachora jestem piętnaście
ziko w plecy - odparł Antek, jego cierpliwość tego dnia powoli się
kończyła.
- Johnny chciał tylko spróbować, nie masz serca, człowieku! To tylko
dziecko! Będziesz miał swoje, to zrozumiesz.
Gdy Marek i Dawid stanęli po stronie Antka, kobieta zdenerwowała się
jeszcze bardziej, narzekając na egoistyczną młodzież. Wkrótce zjawił się
ratownik, który poprosił rodzinę o opuszczenie plaży. Chłopcy spędzili
resztę dnia w spokoju, opalając się i relaksując. Po południu, gdy
zamierzali już wracać, na dworcu czekała ich niespodzianka. Okazało się,
że ze względu na awarię torów pociąg odjedzie z czterogodzinnym
opóźnieniem.
- Bez jaj, co za powalony dzień! Jestem umówiony wieczorem na granie z kumplami. Zapłaćcie mi w takim razie za taksówkę - zdenerwował się
Antek.
- Problem nie jest zależny od nas, niestety nie mogę panu pomóc -
kasjerka wyrzuciła z siebie wyuczoną formułkę.
- Może złapiemy stopa? - zasugerował Dawid, który wiedział już, że
kłótnia niczego nie zmieni.
Antek zgodził się od razu, jednak Marek miał pewne obawy. Nie uważał
tego pomysłu za bezpieczny. Uwielbiał słuchać podcastów kryminalnych,
więc wiedział, że porwania i kradzieże zdarzały się często.
- Daj spokój, stary, jesteśmy we trójkę, nic nam nie będzie - odparł
Antek.
- Spójrz na niego, kto by chciał go porywać - zaśmiał się Dawid,
wskazując na przyjaciela.
Marek westchnął, widząc, że został przegłosowany. Nie musieli czekać na
okazję zbyt długo, wkrótce zatrzymał się przy nich kierowca w czarnym
audi, proponując podwózkę. Mężczyzna wyglądał jak członek mafii - dobrze
zbudowany, ubrany w czarną skórzaną kurtkę, ręce miał pokryte tatuażami,
a na twarzy bliznę ciągnącą się od ucha aż do brody.
- To jak, chłopaki, wsiadacie czy zostajecie? - ponaglił ich, widząc
wahanie.
Nie mieli wyboru, więc cała trójka wpakowała się do auta. Kierowca
ruszył z piskiem opon. Jechał tak szybko, że Dawid prawie złapał Marka
za rękę na zakręcie.
- Gdzie pan jedzie? - zapytał Marek, próbując rozluźnić atmosferę.
- Dostarczyć ważny towar - odparł mężczyzna, tajemniczo się uśmiechając.
Nikt nie dopytywał o nic więcej. Chłopcy spojrzeli na siebie z niepokojem. Jedynie siedzący na przednim siedzeniu Antek wydawał się
niczym nie przejmować. Cieszył się, że jadą szybko, bo nie mógł już się
doczekać grania.
- Musimy podjechać w jedno miejsce, szybka akcja, nie zajmie to długo -
powiedział kierowca, skręcając nagle w boczną drogę, na której nie było
latarni. Marek spojrzał na Dawida z przerażeniem w oczach. W głowie miał
mnóstwo scenariuszy i żaden z nich nie kończył się dobrze. W końcu
dotarli do starego budynku, przed którym mężczyzna zaparkował. Gdy
wysiedli z auta, zaczął wyjmować z bagażnika mnóstwo toreb. Były w nich
ubrania oraz mnóstwo jedzenia. Widząc ich zdziwione miny, wytłumaczył,
że są przed domem pomocy społecznej, i poprosił, by pomogli mu zanieść
rzeczy, skoro i tak nic nie robią.
- Ksiądz Marcin! Nie mogliśmy się doczekać, dziękujemy. Zostaniecie na
herbatę? - zawołała starsza kobieta, która wyszła z budynku, aby ich
przywitać.
- Innym razem, wieczorem mam jeszcze spowiedź - rzucił ksiądz i pomachał
kobiecie na pożegnanie.
W trakcie dalszej podróży opowiedział chłopcom swoją historię.
- Też kiedyś byłem młody, jak wy, a młodość ma swoje prawa. Dorastałem
na blokowisku i, jak każdy z nas, chciałem się wyrwać z tej biedy,
doświadczyć czegoś więcej. Miałem paru ambitnych kolegów, takich jak ja.
Pracy dla nas nie było, więc kradliśmy samochody. Boże, ile myśmy na tym
zarobili, żyliśmy jak królowie na naszym osiedlu.
Na te słowa Antkowi aż rozbłysły oczy. Historia miała jednak dalszy
ciąg.
- Matka błagała, żebym z tym skończył, ale mnie to nie obchodziło,
liczyła się kasa. Jak każdy prędzej czy później, wpadliśmy. Dostałem
trzy lata i byłem wściekły, na sąd, prokuratora, Boga i cały świat za
to, że życie jest takie niesprawiedliwe. Odwiedzał nas tam taki
zakonnik, Albert, i nawet z nudów z nim gadałem. Na początku myślałem,
że chyba jemu też się nudzi w życiu, ale potem zostaliśmy kumplami. W tym czasie moja mama podupadła na zdrowiu, została zupełnie sama, bo ja
nie mogłem się nią zająć. No i właśnie ten Albert obiecał, że nam
pomoże, załatwił jej miejsce w domu pomocy społecznej, w którym teraz
byliśmy, bo tam też dużo robił. Kiedy wyszedłem na warunkowe, po dwóch
latach odwiedziłem mamę. Ona była tak szczęśliwa, że mnie widzi, oboje
płakaliśmy. A potem to już jakoś poszło, poczułem powołanie. Poczułem,
że tę drugą szansę dostałem po coś i Bóg ze mnie nie zrezygnował. Mamy i Alberta już nie ma, ale ja co tydzień odwiedzam potrzebujących w tamtym
domu.
Chłopcy milczeli, nikt z nich nie wiedział, co powiedzieć. Marek wydawał
się lekko wzruszony.
- Nie ma takiego bagna, z którego nie dałoby się wyjść, chłopaki. Pewnie
nieraz coś spieprzycie, ale na tym życie się nie kończy, zawsze można
wyjść na prostą - dodał.
Gdy znaleźli się już w Radiencie, podał rękę każdemu z nich i pobłogosławił. Odjechał z piskiem opon, zostawiając osłupiałych chłopców
na chodniku.
Rozdział 3
Antkowi zawsze brakowało ogłady. Mówił, co myśli, a niestety rzadko było
to coś mądrego. Dawid wiele razy musiał się za niego wstydzić.
Szczególnie zapamiętał sytuację, która wydarzyła się, gdy mieli po
czternaście lat. W pewne piątkowe popołudnie, gdy wracali ze szkoły, do
Dawida zadzwonił Marek.
- Hej, wiem, że nie byliśmy umówieni, ale moim rodzicom wypadło ważne
spotkanie i mam dwa dodatkowe bilety do teatru. Może chcesz iść ze mną?
- Pewnie, powiedz tylko o której.
Dawid nie mógł powstrzymać uśmiechu, ostatnio zauważył, że lubi wyjścia
z Markiem tylko we dwóch.
- Ja też chcę iść, skoro to za darmo - wtrącił się Antek, robiąc przy
tym niezgrabny piruet.
W telefonie nastała niezręczna cisza. Marek nie spodziewał się
propozycji Antka, ale z grzeczności nie odmówił. Umówili się na
dziewiętnastą przed teatrem. Pierwszy na miejscu pojawił się Marek w bardzo eleganckim stroju. Doskonale wiedział, jak się ubrać, takie
wyjścia były dla niego codziennością. Zaledwie dziesięć minut później z autobusu wysiedli Antek i Dawid. O dziwo, ich stroje również były
odpowiednie. W głębi duszy Marek bał się, że Antek przyjdzie w dresach.
- Mamy miejsca w trzecim rzędzie - powiedział uradowany i podał
przyjaciołom bilety.
- Super. Szkoda tylko, że tam nie można palić, bo nie wiem, czy
wytrzymam te dwie godziny - odparł Antek, zaciągając się papierosem.
Weszli do środka, zostawili kurtki w szatni i udali się na salę. Teatr
wyglądał wspaniale. Był ogromny, miał czerwone skórzane siedzenia, a sufit zdobiły złote freski z namalowanymi aniołkami. Sam budynek liczył
ponad trzysta lat i, będąc w nim, odnosiło się wrażenie podróży w czasie.
- Ale mi się trafiło. Ta baba zajmuje prawie dwa miejsca, nie mam jak
się ruszyć - jęknął Antek tak głośno, że siedząca obok kobieta zrobiła
skwaszoną minę.
Gdyby nie to, że właśnie zabrzmiał dzwonek, na pewno rozpętałaby się
afera. Dawid zrobił się cały czerwony ze wstydu, a Marek odwrócił wzrok.
W tej chwili zaczynał żałować, że zgodził się na trzecią osobę. To miał
być czas spędzony wspólnie z Dawidem. Prawdę mówiąc, jego rodzice wcale
nie mieli ważnego wyjścia. Sam kupił bilety, bo miał nadzieję na coś w rodzaju randki, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Spektakl
przedstawiał historię dwojga prawników, którzy byli małżeństwem, jednak
oboje dopuszczali się zdrad. Tęga kobieta wyszła na środek sceny,
krzycząc: "To koniec, koniec!". Zaraz za nią wbiegł niezwykle przystojny
mężczyzna błagający ją, by się uspokoiła. Na sali panowała cisza, gdy
nagle Antek krzyknął:
- To troll, daj se chłopie spokój!
Widzowie zignorowali ten komentarz, tak samo jak aktorzy, którzy grali
dalej swoje role. Dawid miał ochotę zapaść się pod ziemię. Wymienił z Markiem zawstydzone spojrzenia. Para prawników po długich dyskusjach
pogodziła się i pocałowała. Wtedy ponownie Antek krzyknął, tym razem
głośniej.
- Uciekaj facet, bo cię zarazi brzydotą!
Marek nie wytrzymał i zwrócił uwagę koledze, pozostali widzowie także
zaczęli mówić coś pod nosem. Wkrótce potem zakończyła się pierwsza
połowa. Wyszli przed budynek zapalić. Marek zamierzał porozmawiać z przyjacielem na temat jego zachowania. Często bywał z rodzicami w tym
teatrze, a teraz nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek tu wróci.
Chłopcy chcieli wyjść na zewnątrz, aby się przewietrzyć. Antek nie mógł
się doczekać, aż zapali papierosa, gdy nagle poczuł silną rękę na
ramieniu. Obrócił się gwałtownie. Przed nim stał prawie dwumetrowy
mężczyzna, który patrzył na niego ze złością.
- Ta kobieta to moja żona i jest najpiękniejsza na świecie! - odparł
niezwykle niskim głosem.
Antek spojrzał mężczyźnie w twarz, po czym zaczął krzyczeć ile sił w płucach: "troll, troll!". Natychmiast zjawił się pracownik teatru, który
szukał Antka w tłumie od dłuższego czasu.
Nie zamierzał pozwolić, by chłopak zakłócał dalszą część przedstawienia.
Kategorycznie wyprosił go z budynku, na co Antek wzruszył ramionami i dodał pod nosem, że i tak spektakl był nudny. Marek z Dawidem także
odpuścili sobie drugą część przedstawienia. Było im okropnie wstyd. Tak
właśnie wyglądało ich wspólne wyjście do teatru.
Przez tyle lat przyjaźni Dawid przywykł już do takich sytuacji. Rok
szkolny zaczął się raptem trzy miesiące temu, a Dawid z Antkiem mieli
już ponad połowę nieobecności. Zazwyczaj wagary uchodziły im na sucho,
ponieważ sami pisali sobie usprawiedliwienia i podrabiali podpisy
rodziców, jednak w tym roku zmieniła się wychowawczyni, a ta nowa nie
zamierzała przymykać na to oka, jak robiła to przez lata reszta
nauczycieli.
Kobieta wezwała rodziców na rozmowę i wyraziła swoje zaniepokojenie
częstymi nieobecnościami i tragicznymi ocenami chłopców. Matka Antka
próbowała tłumaczyć, że sama wychowuje syna.
- Ojciec siedzi od pięciu lat w więzieniu, mój Antek to dobre dziecko,
ale brakuje mu dyscypliny, zawiodłam go.
Dawid spojrzał na kolegę, żeby zobaczyć jego reakcję, ale chłopak tylko
przewrócił oczami, jakby był znudzony. To prawda, że jego ojciec
siedział; pewnego dnia po prostu zniknął z domu, a potem okazało się, że
siedzi za rozbój. Matka Dawida, która specjalnie na to spotkanie musiała
wyjść wcześniej z pracy, przepraszała za syna i obiecywała nauczycielce,
że więcej taka sytuacja się nie powtórzy. Nastolatek słuchał tego ze
wzrokiem wbitym w ziemię, czując ogromny wstyd, bo nigdy nie chciał
sprawić kłopotów matce.
- Dość tego, kobiety! - ojciec Dawida nagle walnął pięścią w biurko.
W pokoju zapadła cisza, najwyraźniej wszystkich przestraszył ten nagły
wybuch. Serce Dawida zaczęło bić jak szalone. Wstyd, który jeszcze przed
chwilą odczuwał, zamienił się w strach przed ojcem. Antek musiał
zauważyć wyraz jego twarzy, bo złapał go delikatnie za rękaw, jakby
chciał mu dodać otuchy.
- Nie ma o czym dyskutować, ja nauczę dzieciaka dyscypliny, a teraz
wychodzimy! - rozkazał mężczyzna i wstał energicznie z krzesła.
Wychowawczyni próbowała jeszcze coś dodać, ale mężczyzna wyraźnie dał
wszystkim do zrozumienia, że temat uważa za zamknięty.
Dawid i jego rodzice w milczeniu wyszli z gabinetu i udali się do domu.
Ojciec jeszcze w drodze wyjął z kieszeni kurtki butelkę czystej wódki i zaczął popijać. Kiedy tylko przekroczyli próg mieszkania, rozpętało się
piekło. Awanturę było słychać aż na podwórku. Szklana butelka po piwie
przeleciała koło głowy Dawida i rozprysła się z hukiem o ścianę.
- Niewdzięczny bachor! Zobacz, jak go wychowałaś! - pijany Andrzej
krzyczał na syna i jego matkę, która bezskutecznie próbowała uspokoić
męża.
- Wynocha do swojego pokoju! - wskazał Dawidowi palcem drzwi do pokoju.
Nastolatek od razu wykonał polecenie ojca, ale ten poszedł za nim.
Wściekły zaczął wszystko wyrzucać z szuflad. Dawid krzyczał, że tak nie
można, lecz gdy próbował go powstrzymać, Andrzej zamachnął się i popchnął go tak mocno, że upadł na podłogę. Wszystkie rzeczy po kolei
leciały na ziemię. W końcu jego wzrok skierował się na telefon leżący na
biurku. Włączył sprzęt, a w tle zaczęła lecieć ulubiona piosenka Dawida.
Po chwili rzucił nim o ścianę i otworzył szufladę biurka. Kiedy ją
opróżniał, znalazł jego piosenki, przeczytał kilka pierwszych zdań,
które nie wyrażały pozytywnej opinii na jego temat, i wszystko podarł na
oczach Dawida.
- Od dzisiaj nie chcę widzieć tu żadnych bzdur! Masz pokój do nauki, a nie takiego gówna! - powiedział i poszedł do kuchni.
Wyciągnął z lodówki schłodzone piwo, nie przestając wyzywać syna.
Odwrócił się, chcąc wrócić do jego pokoju z ewidentnym zamiarem bicia,
ale Maria powstrzymała męża.
- Zapal sobie i się uspokój - stanęła mu na drodze i podała mu paczkę
papierosów.
Alkohol zrobił swoje, bo po paru minutach Andrzej nie mógł nawet odpalić
papierosa, w końcu, zataczając się, opadł na fotel i półprzytomny
mamrotał jeszcze coś do siebie.
- Przepraszam, mamo, poprawię się, obiecuję - wybąkał Dawid.
Miał wyrzuty sumienia, wiedział, że Maria pracuje ponad siły, żeby
utrzymać rodzinę, a w zamian za to musi się męczyć z mężem alkoholikiem
i synem takim jak on.
- Dawid... Nie obiecuj mi, tylko sobie, ja chcę jedynie, żebyś miał
lepsze życie ode mnie - powiedziała ze smutkiem.
Nastolatek pokiwał głową i wrócił do swojego pokoju, żeby matka nie
zobaczyła, że ma łzy w oczach. Nie potrafił się niczym zająć, siedząc w domu. Nawet słuchanie muzyki nie pomagało, dlatego postanowił iść na
spacer. Nie zamierzał się spotykać z Markiem ani Antkiem, potrzebował
spokoju i samotności, aby pomyśleć nad dzisiejszymi wydarzeniami oraz
swoim życiem.
Było po szesnastej, Dawid nie bardzo wiedział, dokąd iść, więc włóczył
się po ulicach przez jakąś godzinę. W pewnym momencie minął budynek
wyglądem przypominający szkoły pokazywane w zagranicznych filmach.
Pewnie stał tam od dawna, ale nigdy wcześniej Dawid nie zwrócił na niego
uwagi. Miał ogromny półokrągły dach i potężne drewniane drzwi, do
których prowadziły kręte schody. Trawnik przed gmachem był starannie
skoszony. Podszedł bliżej, żeby przeczytać, co jest napisane na
tabliczce znajdującej się przed wejściem. "Akademia Muzyczna Leonidas" -
głosił napis.
Okno jednej z sal na parterze było otwarte i dochodziły z niego piękne
dźwięki. Ktoś grał na fortepianie, a melodii towarzyszył kobiecy głos.
Dawid z ciekawości postanowił podejść bliżej i posłuchać. Gdzieś już
słyszał tę piosenkę, ale nie miał pojęcia, jak się nazywa, i nigdzie nie
mógł jej później odnaleźć, dlatego teraz słuchał zafascynowany.
Utwór był raczej wolny, spokojny, a śpiew czysty i przyjemny dla ucha.
Nastolatek trwał w bezruchu, zasłuchany, dlatego dopiero po chwili
zorientował się, że głos ucichł. Postanowił jeszcze zerknąć przez okno,
żeby zobaczyć, jak wygląda to miejsce oraz osoba, która śpiewała. Sala
była przestronna, wypełniona różnymi instrumentami muzycznymi, których
nazw w większości nie znał. Na jej drugim końcu stał fortepian, a obok
drobna, ciemnowłosa dziewczyna ustawiona tyłem do okna, pakowała nuty do
swojej torby. Nagle odwróciła się i spojrzała prosto w jego stronę.
- Jezu, człowieku, co się tak zakradasz? Wystraszyłeś mnie - zawołała i podeszła ostrożnie do okna.
Dawid poczuł, że się czerwieni, właśnie zdał sobie sprawę, w jak
niezręcznej sytuacji się znalazł. Został przyłapany na podglądaniu i na
pewno wyszedł na jakiegoś dziwaka.
- Ja... ja tylko usłyszałem, jak śpiewasz, i chciałem posłuchać,
przepraszam... serio, musisz mi uwierzyć, nie jestem jakimś stalkerem
ani nic takiego, już sobie idę - tłumaczył się niezręcznie, czując, że
lepiej by było, gdyby już nic nie mówił.
- W porządku - dziewczyna roześmiała się, poprawiła okulary i uważnie mu
się przyjrzała. - Nie jesteś chyba od nas ze szkoły, co? Nigdy cię tu
nie widziałam.
- Nie, nawet nie bardzo wiem, co to za szkoła, ja chodzę do technikum.
Tak w ogóle, jestem Dawid - mówiąc to, wyciągnął do niej rękę przez
okno, a ona ją uścisnęła.
Dziewczyna o pięknym głosie przedstawiła się jako Aga. Była dwa lata
starsza od niego. Wyjaśniła, że czasem zostaje dłużej po zajęciach, żeby
poćwiczyć śpiew i grę na fortepianie. Zaczęła opowiadać Dawidowi o tym,
jak wygląda nauka w akademii muzycznej. Tu kształcili się przyszli
artyści, szkoła dawała im możliwość rozwoju muzycznego, promowała
najbardziej utalentowanych studentów i mogła otworzyć drzwi do
profesjonalnej kariery. Serce nastolatka zaczęło bić szybciej. W jednej
chwili postanowił, że to miejsce dla niego.
- Jak się do was zapisać? Myślę, że też mógłbym spróbować - zapytał,
starając się nie okazać ekscytacji.
- Po pierwsze, musisz mieć zdaną maturę, a po drugie, nauka tu kosztuje.
Szczerze, to jest tu cholernie drogo i gdybym nie dostała stypendium, to
nie mogłabym sobie pozwolić na naukę w tym miejscu - odpowiedziała Aga.
Widząc nagłe rozczarowanie na twarzy Dawida, dodała z uśmiechem:
- Ale nie przejmuj się, jeśli uznają, że jesteś dobry, na pewno
dostaniesz stypendium i jeszcze coś sobie z niego odłożysz. Muszę już
iść na autobus, ale będę w kolejny czwartek o tej samej porze, jak
chcesz to wpadnij posłuchać.
- Pomyślę o tym - odparł Dawid, uśmiechając się do dziewczyny, która
pomachała mu jeszcze na pożegnanie.
Tak naprawdę nie zamierzał się nad niczym zastanawiać, był pewien, że
przyjdzie. Jednak przez całą drogę do domu myślał o akademii i Adze. Nie
był pewien, czy bardziej interesowało go samo miejsce i możliwości,
które dawało, czy tajemnicza dziewczyna. Po raz pierwszy od dawna czuł,
że ma na co czekać. Nadszedł kolejny tydzień. Rano Dawid nerwowo pakował
plecak do szkoły. Wrzucał w pośpiechu wszystkie książki i zeszyty, aż
niektóre się pogięły.
- Muszę to zdać, muszę - mruczał pod nosem.
Nagle zadzwonił domofon. Maria odebrała, informując syna, że przyszedł
Antek.
- Chwila, dosłownie minuta! - krzyknął Dawid ze swojego pokoju,
wciągając spodnie.
O tej porze dawno powinien być w drodze do szkoły, ale wyjątkowo dobrze
mu się spało. Śniło mu się, że razem z Markiem zwiedzają Barcelonę.
Mijali urokliwe budynki, zachwycając się ich architekturą. Witali się z uśmiechniętymi przechodniami, którzy życzyli im miłego dnia. Zatrzymali
się przed Camp Nou.
- Zawsze chciałem zobaczyć ten stadion - szepnął zachwycony Marek.
- Zatem chodźmy - odpowiedział Dawid z radością w głosie.
Najpierw weszli do sklepu dla kibiców, gdzie kupili mnóstwo gadżetów
hiszpańskiej drużyny. Za zakrętem była kasa biletowa, a kolejka nie
miała końca. Ludzie przyglądali im się bardzo uważnie, niektórzy nawet
robili zdjęcia.
- Przecież wy już dawno powinniście być na stadionie! - powiedziała
kasjerka, wychylając głowę z okienka i mierząc ich wzrokiem od góry do
dołu. Zadzwoniła po kogoś i wtedy zjawił się zdenerwowany trener.
- Kapitanie, co ty wyprawiasz?! Biegiem na boisko. Czekają tam tysiące
kibiców i drużyna, która bez was nie da rady - zawołał, kierując wzrok w stronę Dawida.
Chłopcy spojrzeli na siebie podejrzliwie, wspólnie postanawiając, że z chęcią zagrają. Z poziomu murawy stadion i trybuny wydawały się jeszcze
bardziej niesamowite niż w telewizji. Marek wyszedł niepewnie, ale gdy
usłyszał swoje imię skandowane przez kibiców, od razu nabrał odwagi.
- Co teraz? Nie umiemy grać.
- Nie mam pojęcia - wyszeptał Dawid.
Nagle zauważył, że obaj mają na sobie koszulki piłkarskie z numerami.
Sędzia rozpoczął mecz. Przyjaciele biegali za piłką, strzelając gole
przeciwnikom. Ich gra była bardzo profesjonalna, a kibice szaleli ze
szczęścia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki