Krok od ciebie - Lija Rimoni

Kup ebooka

42.99 zł
33.89 zł (36,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Dwóch nasto­let­nich chłop­ców sie­działo na ławce, popi­ja­jąc piwo z jed­nej puszki. Wła­śnie zaczęli ostat­nią klasę tech­ni­kum, ale zgod­nie stwier­dzili, że nie ma sensu iść na roz­po­czę­cie roku szkol­nego. Zde­cy­do­wa­nie lepiej prze­sie­dzieć te dwie godziny w parku, niż słu­chać nud­nego gada­nia dyrek­torki, skoro i tak nikt nie spraw­dzi obec­no­ści.

- Stary, kolejny rok w tym bagnie. Jesz­cze się nie zaczęło, a już mam dość - wes­tchnął Antek i napił się piwa.

- Dobrze, że ostatni, moja noga już ni­gdy wię­cej nie posta­nie w tej szkole - zgo­dził się Dawid.

Chłopcy znali się od dzie­ciń­stwa i zawsze mogli na sobie pole­gać. Antek nie­jed­no­krot­nie pocie­szał przy­ja­ciela, gdy ten ucie­kał z domu przed pija­nym ojcem. Cza­sami Dawid nawet u niego spał; grali wtedy dużo na kom­pu­te­rze. Pew­nego dnia tak bar­dzo się zde­ner­wo­wali, że ude­rzyli jed­no­cze­śnie w biurko, które się zła­mało. Od tam­tej pory Dawid przez parę mie­sięcy nie mógł przy­cho­dzić do domu Rej­rów, ponie­waż rodzice Antka obwi­niali go o agre­sywne zacho­wa­nie syna.

Wiele razem prze­żyli, byli jak bra­cia. Kie­dyś, gdy Antek ukradł port­fel z torebki sta­ruszki, a ta chciała zgło­sić to na poli­cję, Dawid ubła­gał ją, żeby tego nie robiła. W zamian za to Antek przez cały mie­siąc wypro­wa­dzał na spa­cer owczarka nie­miec­kiego nale­żą­cego do star­szej pani.

Chłopcy mieli podobne podej­ście do życia, a szcze­gól­nie nauki. Nie inte­re­so­wały ich żadne lek­cje, nie anga­żo­wali się w zaję­cia dodat­kowe, a swo­ich rówie­śni­ków trak­to­wali z dystan­sem. Koń­czyli kolejne lata edu­ka­cji dzięki ścią­ga­niu i lito­ści nauczy­cieli, któ­rzy przy­my­kali oko i prze­pusz­czali ich z klasy do klasy, bo praw­do­po­dob­nie nie chcieli się z nimi męczyć przez kolejny rok.

Sie­dzieli więc teraz na ławce, gdy dołą­czył do nich szczu­pły nasto­la­tek w ele­ganc­kim mun­durku szkol­nym. Miał deli­katne rysy twa­rzy i ciemne włosy, sta­ran­nie zacze­sane lekko do tyłu. Marek wyglą­dem zupeł­nie nie paso­wał do tej dwójki. Antek był potężny, sama jego postura budziła respekt, krótko ostrzy­żony, zawsze w dre­sach, a cało­ści sty­li­za­cji dopeł­niał złoty krzy­żyk na szyi. Dawid zaś był po pro­stu zwy­kłym chło­pa­kiem w dżin­sach i koszuli, niczym nie­wy­róż­nia­ją­cym się z tłumu, a przy­naj­mniej tak uwa­żał.

- Widzę, że zaczy­na­cie jak co roku - zaśmiał się przy­bysz, wska­zu­jąc pal­cem pustą puszkę po piwie.

- Bez obaw, nie zapo­mnie­li­śmy o tobie, mordo - mówiąc to, Antek wyjął z ple­caka trzy puszki i roz­dał wszyst­kim po jed­nej. Marek usiadł koło Dawida i ener­gicz­nie otwo­rzył napój, z któ­rego natych­miast zaczęło lecieć mnó­stwo piany i piwa.

- Cho­lera! Moja koszula i spodnie, to się już nie spie­rze...

- No i dobrze, po co komu jakieś mun­durki - zaśmiał się Dawid, ale wyjął z kie­szeni chu­s­teczki i pomógł mu wycie­rać ubra­nie. Jed­nak gdy ich ręce i spoj­rze­nia się spo­tkały, Dawid natych­miast się wyco­fał. Nie chciał, żeby Antek pomy­ślał, że może być gejem. Kie­dyś szli razem główną ulicą i kiedy mijali na przy­stanku parę męż­czyzn trzy­ma­ją­cych się za ręce, Antek bez zawa­ha­nia zaczął ich wyzy­wać, a gdy zoba­czył, że tamci nie reagują, pod­biegł i ude­rzył jed­nego w twarz.

- Stary, nie bądź lalu­siem! U nas w szkole każdy ma wywa­lone na to, jak wyglą­dasz, prze­nieś się do nas - stwier­dził z recho­tem Antek i klep­nął kolegę po ramie­niu.

- Stary! - w gło­sie Marka zabrzmiał sar­kazm. - Ni­gdzie się nie prze­no­szę, bo muszę zdać maturę i iść na stu­dia.

Chło­pak cho­dził do pry­wat­nego kato­lic­kiego liceum, a jego rodzice pła­cili mnó­stwo pie­nię­dzy, aby zdo­był odpo­wied­nie wykształ­ce­nie oraz obra­cał się we wła­ści­wym towa­rzy­stwie. Marek miał zostać leka­rzem, pójść w ich ślady. Ni­gdy nie podo­bała im się zna­jo­mość ich syna z Ant­kiem i Dawi­dem, jed­nak nic nie mogli na to pora­dzić. Przy­jaźń chłop­ców zaczęła się, gdy mieli po jede­na­ście lat i zupeł­nie przy­pad­kowo usie­dli obok sie­bie w kinie pod­czas szkol­nego wyj­ścia. Na dużym ekra­nie wyświe­tlono bar­dzo nudny film o kosmo­sie. Cała trójka komen­to­wała pra­wie każdą scenę, znaj­du­jąc w ten spo­sób wspólny język. Po fil­mie poszli na spa­cer, kupu­jąc po dro­dze soki poma­rań­czowe w małych kar­to­ni­kach. Antek nie mógł prze­ga­pić oka­zji i gdy tylko kasjerka schy­liła się, aby wydać im resztę, scho­wał do kie­szeni owo­cowe gumy do żucia. Lubił pod­kra­dać małe przed­mioty, czuł wtedy adre­na­linę i przy­jemną nie­pew­ność. Sam nie się­gał ni­gdy po książki, ale gdy był mały, bab­cia wie­lo­krot­nie czy­tała mu histo­rię o nie­sa­mo­wi­tym zło­dzieju, który kradł różne rze­czy, a potem roz­da­wał je innym. Jego plany zawsze były ide­al­nie dopra­co­wane. Antek zazdro­ścił mu tych umie­jęt­no­ści, też chciałby potra­fić tak dobrze kraść.

Wiele lat temu naprze­ciwko sta­rych blo­ków, w któ­rych miesz­kali Dawid i Antek, wybu­do­wano nowo­cze­sne, strze­żone osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Nikt poza miesz­kań­cami nie miał tam wstępu. Pew­nego razu chłop­com udało się wejść za listo­no­szem, który otwie­rał bramę. Przed nimi uka­zał się zupeł­nie nowy świat - ogromny plac zabaw, fon­tanna, skwer, siłow­nia ple­ne­rowa i luk­su­sowe samo­chody na par­kin­gach - wszystko to było prze­ci­wień­stwem tego, co do tej pory znali. Na swoim osie­dlu mieli zardze­wiałą huś­tawkę, stary trze­pak i roz­pa­da­jące się ławki. Chłopcy od razu poszli na plac zabaw, bo wie­dzieli, że taka oka­zja może się już nie powtó­rzyć, i tam kolejny raz spo­tkali Marka. Nie­dawno wpro­wa­dził się z rodzi­cami do jed­nego z domów i nie znał tu nikogo w swoim wieku, z kim mógłby spę­dzać czas po lek­cjach. Wcze­śniej miesz­kał w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ze względu na róż­nice w pro­gra­mie zajęć musiał powtó­rzyć tę samą klasę pod­sta­wówki. Marek był zupeł­nie inny niż oni. Czy­tał dużo ksią­żek, cho­dził na różne zaję­cia dodat­kowe, a w jego domu ni­gdy niczego nie bra­ko­wało. Mimo tych róż­nic szybko się polu­bili. Od tej pory chłopcy poja­wiali się codzien­nie na placu zabaw, otwie­ra­jąc bramę klu­czem, który doro­bił ich nowy przy­ja­ciel. Matka Marka robiła, co mogła, by nie mieli wielu oka­zji do spo­tkań, zapeł­nia­jąc kalen­darz syna zaję­ciami poza­lek­cyj­nymi albo zabra­nia­jąc mu wycho­dzić na dwór. Osta­tecz­nie jed­nak pod­dała się, prze­cież nie mogła zamy­kać go w domu i wiecz­nie kon­tro­lo­wać. Teraz, gdy mieli po dzie­więt­na­ście lat, ich rela­cja doj­rzała - byli jak trzej musz­kie­te­ro­wie.

- My tam z Dawi­dem nie zda­jemy matury, bo i tak na nic się nie przyda, no nie? Naj­wy­żej wyje­dziemy do Nie­miec do roboty - powie­dział Antek.

- No... zoba­czymy, jak będzie - wzru­szył ramio­nami Dawid.

Prawdę mówiąc, miał inną wizję przy­szło­ści, ale nikomu o tym nie mówił. Od dziecka wyobra­żał sobie, że gdy doro­śnie, zosta­nie sław­nym pio­sen­ka­rzem. Kochał muzykę, w naj­gor­szych momen­tach sta­no­wiła dla niego ucieczkę od rze­czy­wi­sto­ści. Wszyst­kie swoje emo­cje prze­le­wał na papier, pisząc pio­senki. Nikt o nich nie wie­dział. Tek­sty były zbyt oso­bi­ste, zupeł­nie jak pamięt­nik. Dziś, gdy szedł do ostat­niej klasy tech­ni­kum, to marze­nie było tak samo odle­głe jak w dzie­ciń­stwie, a może nawet bar­dziej. Pierw­szy pro­blem z jego reali­za­cją sta­no­wił brak pomy­słu, jak miałby zacząć swoją karierę, wie­dział prze­cież, że pro­du­cenci muzyczni sami nie zapu­kają do jego drzwi. Kolej­nym był brak pew­no­ści sie­bie. Dawid ni­gdy nie wystę­po­wał przed więk­szą publicz­no­ścią. Jego śpiewu słu­chały tylko bab­cia i mama. W obec­nej sytu­acji zosta­nie pio­sen­ka­rzem było dla niego tak samo praw­do­po­dobne jak wygrana na lote­rii. Nie chciał dłu­żej dys­ku­to­wać na temat przy­szło­ści i szybko zmie­nił temat. Zaczęli więc roz­ma­wiać o ostat­nich meczach piłki noż­nej. Cała trójka uwiel­biała oglą­dać pro­fe­sjo­nalną grę pił­ka­rzy. Dla chłop­ców byli auto­ry­te­tami i ucie­le­śnie­niem tego, że ciężka praca pozwala speł­niać marze­nia. Czę­sto uma­wiali się na wspólne oglą­da­nie meczów ulu­bio­nej dru­żyny Radient Boys, która dwa razy z rzędu wygrała kra­jowe mistrzo­stwa.

Kiedy przy­ja­ciele wypili już piwo, posta­no­wili pójść na spa­cer na rynek. Naprze­ciwko ratu­sza było już mnó­stwo ludzi jak na ich małe mia­steczko. Usta­wiono tam scenę, z któ­rej teraz prze­ma­wiał lokalny poli­tyk Mario Brent, kan­dy­dat na pre­zy­denta mia­sta. Peł­nił tę funk­cję już od paru lat, a teraz po raz kolejny zamie­rzał wygrać wybory. Przez całą kaden­cję jego jedyną ini­cja­tywą było zasa­dze­nie paru drzew w parku, co podobno kosz­to­wało pra­wie milion zło­tych. Zatrzy­mali się, aby posłu­chać, o czym mówi. Brent obie­cy­wał, że jeżeli tylko zosta­nie wybrany, zadba o roz­wój mia­sta i Radient zosta­nie sto­licą woje­wódz­twa.

- To kłam­stwa! Wyno­cha, zło­dzieju! - krzyk­nął Antek, który był już lekko wsta­wiony.

Nie­na­wi­dził poli­ty­ków, uwa­żał, że wszy­scy kła­mią tylko po to, żeby zyskać jak naj­wię­cej publicz­nych pie­nię­dzy. Twier­dził, że to nie­spra­wie­dliwe, że jego cze­piają się za kra­dzież puszki piwa, ale gdy ktoś nosi gar­ni­tur, może kraść miliony i nikt się tym nie przej­muje. Choć w duchu bar­dzo im zazdro­ścił. Sam, gdyby miał dostęp do takiej ilo­ści pie­nię­dzy jak oni, chęt­nie by je przy­gar­nął.

Ludzie wokół chłop­ców zaczęli wyra­żać swoje popar­cie dla słów Antka.

- Młody czło­wieku, buduję przy­szłość wła­śnie dla takich jak ty! Zobacz­cie, ile już wam dałem. Obie­cuję, że zro­bię wszystko, aby dalej dzia­łać dla dobra spo­łe­czeń­stwa - kon­ty­nu­ował Mario swoje wystą­pie­nie z dumą w gło­sie.

- Gówno prawda! Chło­pie, zejdź z tej sceny i się nie poni­żaj - krzy­czał Antek, a obecni na rynku miesz­kańcy zaczęli kla­skać.

Nagle ktoś ude­rzył go w głowę torebką. Była to star­sza pani w weł­nia­nym płasz­czu i czer­wo­nym bere­cie na gło­wie.

- Jak śmiesz obra­żać naszego pre­zy­denta! Dzięki niemu masz co jeść i dach nad głową! - mówiąc to, dalej biła chło­paka, który zakry­wał się rękami. Ludzie roz­stą­pili się i oglą­dali całą scenę, nie reagu­jąc. Gdy Dawid chciał powstrzy­mać eme­rytkę, także dostał torebką po twa­rzy. Marek natych­miast go odcią­gnął, chwy­ta­jąc sta­now­czo za rękę i wypro­wa­dza­jąc z tłumu. Jak tylko przedarli się na zewnątrz, Dawid zauwa­żył, że ich dło­nie wciąż są sple­cione. Po chwili Marek dotknął jego twa­rzy, przy­glą­da­jąc się mu uważ­nie.

- Dobrze, że nic ci się nie stało, nie­po­trzeb­nie się w to mie­sza­łeś. Antek zawsze daje sobie radę - powie­dział, patrząc mu pro­sto w oczy.

Dawid chciał się zaśmiać i powie­dzieć, że eme­rytka nie sta­nowi dla niego żad­nego zagro­że­nia, jed­nak stłu­mił tę chęć, bo w głębi duszy podo­bała mu się ta tro­ska. Chwilę bli­sko­ści prze­rwał Antek, któ­remu w końcu także udało się wydo­stać z tłumu. Przy­ja­ciele natych­miast odsu­nęli się od sie­bie.

- Gdyby nie to, że nie biję sta­rych bab, miał­bym ją na jed­nego strzała! Tego fra­jera Mario też - zło­ścił się.

- Ciesz się, że nie aresz­to­wała cię poli­cja za zakłó­ca­nie spo­koju - wes­tchnął Marek.

Pode­szła do nich dziew­czyna w dre­so­wej blu­zie i spodniach. Wyróż­niała się wyglą­dem - miała kol­czyk w brwi, dłu­gie czer­wone paznok­cie i ledwo widoczne spod sztucz­nych rzęs oczy. Monia cho­dziła do tech­ni­kum razem z Dawi­dem i Ant­kiem, gdzie prze­nio­sła się rok temu, kiedy wyszła z popraw­czaka. Tak jak Antek nie­na­wi­dziła poli­ty­ków, poli­cji, sądów i pro­ku­ra­tury.

- Widzia­łam, co się stało, i powiem ci, że zaim­po­no­wa­łeś mi swoją odwagą. Jesteś praw­dzi­wym face­tem. Też nie­na­wi­dzę tego pie­przo­nego zło­dzieja, jak na niego patrzę, to aż muszę się napić. Pój­dziesz ze mną na piwo? - spy­tała, zalot­nie bawiąc się wło­sami.

Ant­kowi zabły­sły oczy i zgo­dził się od razu. Od dawna podo­bała mu się ta dziew­czyna, była dokład­nie w jego typie. Z ułań­ską fan­ta­zją zapro­po­no­wał, żeby w zemście zary­so­wać auto pre­zy­denta, na co ocho­czo przy­stała. Dawid z Mar­kiem nie zamie­rzali brać w tym udziału, więc zosta­wili parę samą.

Już zmierz­chało, gdy Marek odpro­wa­dził Dawida do domu. Przy­tu­lili się czule na poże­gna­nie. Robili tak, gdy Antek nie patrzył, nie zamie­rzali wzbu­dzać podej­rzeń.

Dawid uchy­lił ostroż­nie drzwi do miesz­ka­nia i od wej­ścia poczuł zapach alko­holu. Zaj­rzał do dużego pokoju i z ulgą stwier­dził, że ojciec śpi jak zabity na kana­pie, co zna­czyło, że dziś nie będzie awan­tury. Ojciec od wielu lat pił, a po alko­holu sta­wał się agre­sywny. Matka pra­co­wała na dwa etaty, na pro­duk­cji, a tej nocy znów była w pracy. Chło­pak miał do niej ogromny żal, że nie zostawi męża, że daje się nie tylko poni­żać, ale też znosi bicie. W dzie­ciń­stwie marzył o tym, że razem z mamą wypro­wa­dzają się z domu i już wię­cej nie muszą oglą­dać ojca.

Poło­żył się na swoim łóżku i się­gnął po stary tele­fon, który dostał na święta od babci kilka lat temu. Od dawna chciał wymie­nić go na nowy, ale zawsze bra­ko­wało mu pie­nię­dzy. Pamięć urzą­dze­nia mie­ściła tylko cztery pio­senki, któ­rych słu­chał na okrą­gło. Naj­bar­dziej podo­bała mu się jedna, Ima­gine Johna Len­nona, mimo że nie rozu­miał całego tek­stu i wtedy nawet nie bar­dzo wie­dział, kim był ten arty­sta. Dawid czuł jed­nak, że pio­senka jest wyjąt­kowa, bo od razu popra­wiała mu humor i uspo­ka­jała. Uwiel­biał przy niej zasy­piać. Zamknął oczy i zało­żył słu­chawki. W jed­nej chwili znik­nęło chra­pa­nie pija­nego ojca oraz cały ota­cza­jący go świat. Tej nocy śniło mu się, że jest na sce­nie i śpiewa Ima­gine przed tysią­cami fanów.

Rozdział 2

W pierw­szym tygo­dniu wrze­śnia pogoda wciąż była cie­pła i sło­neczna. To spra­wiało, że Dawi­dowi jesz­cze bar­dziej nie chciało się cho­dzić do szkoły, ale wie­dział, że powi­nien się tam cza­sem poja­wić. Stał na przy­stanku, cze­ka­jąc na auto­bus, jed­nak ni­gdzie nie widział Antka.

- Siema, mordo! - usły­szał za ple­cami.

Obró­cił się i zoba­czył Antka z Mar­kiem, któ­rzy trzy­mali jakieś papiery w rękach.

- Co tam macie? - zapy­tał zacie­ka­wiony.

- Bilety na pociąg za godzinę - odparł Antek.

- Gdzieś jedziemy? - Dawid poje­chałby wszę­dzie, żeby nie musieć iść do szkoły.

- Tak, nad zalew - odpo­wie­dział Marek, uśmie­cha­jąc się.

- No i super, wła­śnie tego potrze­bo­wa­łem!

Dawid pokle­pał Antka po ramie­niu, gra­tu­lu­jąc dobrego pomy­słu i pyta­jąc, jak udało mu się namó­wić Marka na wagary. Oka­zało się, że tego dnia lice­ali­ści mieli jechać na wycieczkę do muzeum owa­dów, a Marek nie zamie­rzał brać w niej udziału, bo insekty za bar­dzo go prze­ra­żały. Dwa­dzie­ścia minut póź­niej byli już na dworcu.

- Jest wto­rek, a tyle ludzi na pero­nie. Oni nie pra­cują czy co? - zdzi­wił się Antek z lek­kim nie­po­ko­jem.

- Może poszli na wagary jak my - dodał Marek, idąc w kie­runku ich wagonu.

Pociąg jak zawsze był pełen. Sto­jący na kory­ta­rzu pasa­że­ro­wie unie­moż­li­wiali przej­ście.

- Bez jaj, takie coś powinno być zaka­zane - burk­nął Antek.

Szli, prze­py­cha­jąc się przez tłum ludzi, któ­rzy wcale nie zamie­rzali się prze­su­nąć. W końcu dotarli do swo­jego prze­działu. Sie­działa w nim star­sza kobieta, która zmie­rzyła ich wzro­kiem. Była ubrana w długą kolo­rową suk­nię, a w uszach miała kol­czyki w kształ­cie ogrom­nych pawich piór. Pozo­stałe miej­sca były wolne. Gdy tylko pociąg ruszył, wstała i nachy­liła się w kie­runku Antka. Przy­pa­try­wała mu się uważ­nie.

- Czego? - zapy­tał ziry­to­wany.

- Czuję od cie­bie złą ener­gię! - krzyk­nęła nagle.

Antek prze­wró­cił oczami. Przy­ja­ciele zaśmiali się pod nosem i dodali, że jest bar­dzo zła. Kobieta zaczęła szu­kać cze­goś w kie­szeni. W końcu wycią­gnęła kadzi­dło, które miało tak inten­sywny zapach, że aż dusiło.

- Ener­gio, bądź dobra... - mru­czała cicho.

Nie skoń­czyła, bo prze­rwał jej Antek, mówiąc, że ma się od niego odcze­pić. Ona jed­nak nie prze­jęła się jego sło­wami.

- Ener­gio, bądź dobra... - odpa­liła kolejne kadzi­dło, uru­cha­mia­jąc tym samym czuj­nik dymu.

- Co tu się, do cho­lery, dzieje? - w drzwiach sta­nął zde­ner­wo­wany kon­duk­tor. Natych­miast kazał pasa­żerce zga­sić kadzi­dła i wysiąść na naj­bliż­szej sta­cji. Kobieta spoj­rzała na Antka, następ­nie na kon­duk­tora, mówiąc, że chęt­nie stąd wyj­dzie, ponie­waż nie zamie­rza zakłó­cać swo­jej aury.

- Stara wariatka - sko­men­to­wał Antek.

Na kolej­nej sta­cji dosia­dła się para zako­cha­nych. Czuli się, jakby byli u sie­bie, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na to, że nie są sami. Męż­czy­zna wyjął z ple­caka puszkę śle­dzi, otwo­rzył ją i zaczął jeść oraz kar­mić nimi part­nerkę. Po chwili kobieta zaczęła gło­śno recy­to­wać wiersz o miło­ści.

- Co tu się odwala? - wyszep­tał Dawid, któ­remu było już nie­do­brze. Wymie­nili z Mar­kiem spoj­rze­nia, obaj mieli już dość tej podróży.

- Mam próbę przed wie­czo­rem recy­ta­tor­skim - odpo­wie­działa z peł­nymi ustami, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na zde­ner­wo­wa­nie nasto­lat­ków. Zapach śle­dzia zmie­szany z kadzi­dłem dusił ich coraz bar­dziej. Antek wstał, żeby otwo­rzyć okno.

- Zamknij to okno, bo moja dziew­czyna zaraz będzie chora - zapro­te­sto­wał męż­czy­zna, nie prze­sta­jąc jeść.

- Nie, zaraz się porzy­gam.

Pasa­żer wstał, żeby zamknąć okno, wyle­wa­jąc cały olej ze śle­dzi na spodnie Antka.

- Nie, kurwa! Mam dość! - nasto­la­tek wstał i poszedł w stronę toa­lety.

- Zacze­kaj! - krzyk­nął Marek i ruszył za nim.

Dawid został sam. Czuł się nie­zręcz­nie, więc uśmiech­nął się lekko. Męż­czy­zna, jakby nie zauwa­żył, co się stało, wyjął z ple­caka kolejną puszkę i dodał, że wła­śnie na takie oka­zje zawsze robi zapasy.

- Co robisz? - wołał Marek, idąc za Ant­kiem.

- Idę to zmyć. Jeśli się nie uda, to ten palant ma mi odku­pić dresy.

- Pomogę ci - wes­tchnął Marek, widząc, że Antek zaraz straci cier­pli­wość.

- Dobra.

Przy­ja­ciele weszli do toa­lety. Marek zaczął moczyć papier, a Antek w tym cza­sie odpa­lił papie­rosa.

- Zwa­rio­wa­łeś? Zaraz znowu włą­czą się czuj­niki.

- Wylu­zuj, wku­rzy­łem się i muszę - odpo­wie­dział Antek, zacią­ga­jąc się papie­ro­sem. Gdy skoń­czył, spoj­rzał na swoje spodnie, które wcale nie wyglą­dały lepiej. Plama wyda­wała się jesz­cze więk­sza.

- Moc­niej. Rób to moc­niej - powie­dział do Marka pocie­ra­ją­cego jego spodnie.

- Sta­ram się...

- Nie tak, stary, pokażę ci, jak masz to robić - Antek ści­snął tak mocno rękę Marka, że tam­ten aż jęk­nął.

Po chwili usły­szeli puka­nie. Ktoś zza drzwi wołał, że nie tole­ruje gejów i mają wyjść jak naj­szyb­ciej, bo pój­dzie po ochronę. Antek otwo­rzył gwał­tow­nie drzwi i usły­szał śmiech.

- Zesi­kał się! Zesi­kał! - krzy­czało małe dziecko sto­jące razem z matką.

Antek był już cały czer­wony ze zło­ści. Na szczę­ście dołą­czył do nich Dawid, infor­mu­jąc, że już dojeż­dżają. Z ulgą wysie­dli z pociągu. Po dro­dze na plażę Antek kupił sobie zapie­kankę. Chłopcy roz­ło­żyli koc na pia­sku i w końcu po męczą­cej podróży zamie­rzali odpo­cząć. Wokół nich bie­gały dzieci, krzy­cząc i bawiąc się. Nagle jedno z nich pode­szło do Antka.

- Daj gryza - zawo­łał chło­piec, wycią­ga­jąc małe rączki w kie­runku zapie­kanki.

- Nie ma opcji, spa­daj.

Dziecko wzięło ogromną garść pia­sku i rzu­ciło nim w kie­runku Antka.

- Ej! To było moje jedze­nie! - krzyk­nął.

Ojciec dziecka sie­dział, popi­jał leni­wie piwo i w ogóle nie zwra­cał uwagi na to, co się dzieje. Za to jego żona natych­miast wstała i pode­szła do chłop­ców.

- Jak śmiesz krzy­czeć na mojego synka!? - wydarła się. na nich

- Lepiej odkup mi zapie­kankę, bo przez two­jego bachora jestem pięt­na­ście ziko w plecy - odparł Antek, jego cier­pli­wość tego dnia powoli się koń­czyła.

- Johnny chciał tylko spró­bo­wać, nie masz serca, czło­wieku! To tylko dziecko! Będziesz miał swoje, to zro­zu­miesz.

Gdy Marek i Dawid sta­nęli po stro­nie Antka, kobieta zde­ner­wo­wała się jesz­cze bar­dziej, narze­ka­jąc na ego­istyczną mło­dzież. Wkrótce zja­wił się ratow­nik, który popro­sił rodzinę o opusz­cze­nie plaży. Chłopcy spę­dzili resztę dnia w spo­koju, opa­la­jąc się i relak­su­jąc. Po połu­dniu, gdy zamie­rzali już wra­cać, na dworcu cze­kała ich nie­spo­dzianka. Oka­zało się, że ze względu na awa­rię torów pociąg odje­dzie z czte­ro­go­dzin­nym opóź­nie­niem.

- Bez jaj, co za powa­lony dzień! Jestem umó­wiony wie­czo­rem na gra­nie z kum­plami. Zapłać­cie mi w takim razie za tak­sówkę - zde­ner­wo­wał się Antek.

- Pro­blem nie jest zależny od nas, nie­stety nie mogę panu pomóc - kasjerka wyrzu­ciła z sie­bie wyuczoną for­mułkę.

- Może zła­piemy stopa? - zasu­ge­ro­wał Dawid, który wie­dział już, że kłót­nia niczego nie zmieni.

Antek zgo­dził się od razu, jed­nak Marek miał pewne obawy. Nie uwa­żał tego pomy­słu za bez­pieczny. Uwiel­biał słu­chać pod­ca­stów kry­mi­nal­nych, więc wie­dział, że porwa­nia i kra­dzieże zda­rzały się czę­sto.

- Daj spo­kój, stary, jeste­śmy we trójkę, nic nam nie będzie - odparł Antek.

- Spójrz na niego, kto by chciał go pory­wać - zaśmiał się Dawid, wska­zu­jąc na przy­ja­ciela.

Marek wes­tchnął, widząc, że został prze­gło­so­wany. Nie musieli cze­kać na oka­zję zbyt długo, wkrótce zatrzy­mał się przy nich kie­rowca w czar­nym audi, pro­po­nu­jąc pod­wózkę. Męż­czy­zna wyglą­dał jak czło­nek mafii - dobrze zbu­do­wany, ubrany w czarną skó­rzaną kurtkę, ręce miał pokryte tatu­ażami, a na twa­rzy bli­znę cią­gnącą się od ucha aż do brody.

- To jak, chło­paki, wsia­da­cie czy zosta­je­cie? - pona­glił ich, widząc waha­nie.

Nie mieli wyboru, więc cała trójka wpa­ko­wała się do auta. Kie­rowca ruszył z piskiem opon. Jechał tak szybko, że Dawid pra­wie zła­pał Marka za rękę na zakrę­cie.

- Gdzie pan jedzie? - zapy­tał Marek, pró­bu­jąc roz­luź­nić atmos­ferę.

- Dostar­czyć ważny towar - odparł męż­czy­zna, tajem­ni­czo się uśmie­cha­jąc.

Nikt nie dopy­ty­wał o nic wię­cej. Chłopcy spoj­rzeli na sie­bie z nie­po­ko­jem. Jedy­nie sie­dzący na przed­nim sie­dze­niu Antek wyda­wał się niczym nie przej­mo­wać. Cie­szył się, że jadą szybko, bo nie mógł już się docze­kać gra­nia.

- Musimy pod­je­chać w jedno miej­sce, szybka akcja, nie zaj­mie to długo - powie­dział kie­rowca, skrę­ca­jąc nagle w boczną drogę, na któ­rej nie było latarni. Marek spoj­rzał na Dawida z prze­ra­że­niem w oczach. W gło­wie miał mnó­stwo sce­na­riu­szy i żaden z nich nie koń­czył się dobrze. W końcu dotarli do sta­rego budynku, przed któ­rym męż­czy­zna zapar­ko­wał. Gdy wysie­dli z auta, zaczął wyj­mo­wać z bagaż­nika mnó­stwo toreb. Były w nich ubra­nia oraz mnó­stwo jedze­nia. Widząc ich zdzi­wione miny, wytłu­ma­czył, że są przed domem pomocy spo­łecz­nej, i popro­sił, by pomo­gli mu zanieść rze­czy, skoro i tak nic nie robią.

- Ksiądz Mar­cin! Nie mogli­śmy się docze­kać, dzię­ku­jemy. Zosta­nie­cie na her­batę? - zawo­łała star­sza kobieta, która wyszła z budynku, aby ich przy­wi­tać.

- Innym razem, wie­czo­rem mam jesz­cze spo­wiedź - rzu­cił ksiądz i poma­chał kobie­cie na poże­gna­nie.

W trak­cie dal­szej podróży opo­wie­dział chłop­com swoją histo­rię.

- Też kie­dyś byłem młody, jak wy, a mło­dość ma swoje prawa. Dora­sta­łem na blo­ko­wi­sku i, jak każdy z nas, chcia­łem się wyrwać z tej biedy, doświad­czyć cze­goś wię­cej. Mia­łem paru ambit­nych kole­gów, takich jak ja. Pracy dla nas nie było, więc kra­dli­śmy samo­chody. Boże, ile myśmy na tym zaro­bili, żyli­śmy jak kró­lo­wie na naszym osie­dlu.

Na te słowa Ant­kowi aż roz­bły­sły oczy. Histo­ria miała jed­nak dal­szy ciąg.

- Matka bła­gała, żebym z tym skoń­czył, ale mnie to nie obcho­dziło, liczyła się kasa. Jak każdy prę­dzej czy póź­niej, wpa­dli­śmy. Dosta­łem trzy lata i byłem wście­kły, na sąd, pro­ku­ra­tora, Boga i cały świat za to, że życie jest takie nie­spra­wie­dliwe. Odwie­dzał nas tam taki zakon­nik, Albert, i nawet z nudów z nim gada­łem. Na początku myśla­łem, że chyba jemu też się nudzi w życiu, ale potem zosta­li­śmy kum­plami. W tym cza­sie moja mama pod­upa­dła na zdro­wiu, została zupeł­nie sama, bo ja nie mogłem się nią zająć. No i wła­śnie ten Albert obie­cał, że nam pomoże, zała­twił jej miej­sce w domu pomocy spo­łecz­nej, w któ­rym teraz byli­śmy, bo tam też dużo robił. Kiedy wysze­dłem na warun­kowe, po dwóch latach odwie­dzi­łem mamę. Ona była tak szczę­śliwa, że mnie widzi, oboje pła­ka­li­śmy. A potem to już jakoś poszło, poczu­łem powo­ła­nie. Poczu­łem, że tę drugą szansę dosta­łem po coś i Bóg ze mnie nie zre­zy­gno­wał. Mamy i Alberta już nie ma, ale ja co tydzień odwie­dzam potrze­bu­ją­cych w tam­tym domu.

Chłopcy mil­czeli, nikt z nich nie wie­dział, co powie­dzieć. Marek wyda­wał się lekko wzru­szony.

- Nie ma takiego bagna, z któ­rego nie dałoby się wyjść, chło­paki. Pew­nie nie­raz coś spie­przy­cie, ale na tym życie się nie koń­czy, zawsze można wyjść na pro­stą - dodał.

Gdy zna­leźli się już w Radien­cie, podał rękę każ­demu z nich i pobło­go­sła­wił. Odje­chał z piskiem opon, zosta­wia­jąc osłu­pia­łych chłop­ców na chod­niku.

Rozdział 3

Ant­kowi zawsze bra­ko­wało ogłady. Mówił, co myśli, a nie­stety rzadko było to coś mądrego. Dawid wiele razy musiał się za niego wsty­dzić. Szcze­gól­nie zapa­mię­tał sytu­ację, która wyda­rzyła się, gdy mieli po czter­na­ście lat. W pewne piąt­kowe popo­łu­dnie, gdy wra­cali ze szkoły, do Dawida zadzwo­nił Marek.

- Hej, wiem, że nie byli­śmy umó­wieni, ale moim rodzi­com wypa­dło ważne spo­tka­nie i mam dwa dodat­kowe bilety do teatru. Może chcesz iść ze mną?

- Pew­nie, powiedz tylko o któ­rej.

Dawid nie mógł powstrzy­mać uśmie­chu, ostat­nio zauwa­żył, że lubi wyj­ścia z Mar­kiem tylko we dwóch.

- Ja też chcę iść, skoro to za darmo - wtrą­cił się Antek, robiąc przy tym nie­zgrabny piruet.

W tele­fo­nie nastała nie­zręczna cisza. Marek nie spo­dzie­wał się pro­po­zy­cji Antka, ale z grzecz­no­ści nie odmó­wił. Umó­wili się na dzie­więt­na­stą przed teatrem. Pierw­szy na miej­scu poja­wił się Marek w bar­dzo ele­ganc­kim stroju. Dosko­nale wie­dział, jak się ubrać, takie wyj­ścia były dla niego codzien­no­ścią. Zale­d­wie dzie­sięć minut póź­niej z auto­busu wysie­dli Antek i Dawid. O dziwo, ich stroje rów­nież były odpo­wied­nie. W głębi duszy Marek bał się, że Antek przyj­dzie w dre­sach.

- Mamy miej­sca w trze­cim rzę­dzie - powie­dział ura­do­wany i podał przy­ja­cio­łom bilety.

- Super. Szkoda tylko, że tam nie można palić, bo nie wiem, czy wytrzy­mam te dwie godziny - odparł Antek, zacią­ga­jąc się papie­ro­sem.

Weszli do środka, zosta­wili kurtki w szatni i udali się na salę. Teatr wyglą­dał wspa­niale. Był ogromny, miał czer­wone skó­rzane sie­dze­nia, a sufit zdo­biły złote fre­ski z nama­lo­wa­nymi anioł­kami. Sam budy­nek liczył ponad trzy­sta lat i, będąc w nim, odno­siło się wra­że­nie podróży w cza­sie.

- Ale mi się tra­fiło. Ta baba zaj­muje pra­wie dwa miej­sca, nie mam jak się ruszyć - jęk­nął Antek tak gło­śno, że sie­dząca obok kobieta zro­biła skwa­szoną minę.

Gdyby nie to, że wła­śnie zabrzmiał dzwo­nek, na pewno roz­pę­ta­łaby się afera. Dawid zro­bił się cały czer­wony ze wstydu, a Marek odwró­cił wzrok. W tej chwili zaczy­nał żało­wać, że zgo­dził się na trze­cią osobę. To miał być czas spę­dzony wspól­nie z Dawi­dem. Prawdę mówiąc, jego rodzice wcale nie mieli waż­nego wyj­ścia. Sam kupił bilety, bo miał nadzieję na coś w rodzaju randki, choć ni­gdy by się do tego nie przy­znał. Spek­takl przed­sta­wiał histo­rię dwojga praw­ni­ków, któ­rzy byli mał­żeń­stwem, jed­nak oboje dopusz­czali się zdrad. Tęga kobieta wyszła na śro­dek sceny, krzy­cząc: "To koniec, koniec!". Zaraz za nią wbiegł nie­zwy­kle przy­stojny męż­czy­zna bła­ga­jący ją, by się uspo­ko­iła. Na sali pano­wała cisza, gdy nagle Antek krzyk­nął:

- To troll, daj se chło­pie spo­kój!

Widzo­wie zigno­ro­wali ten komen­tarz, tak samo jak akto­rzy, któ­rzy grali dalej swoje role. Dawid miał ochotę zapaść się pod zie­mię. Wymie­nił z Mar­kiem zawsty­dzone spoj­rze­nia. Para praw­ni­ków po dłu­gich dys­ku­sjach pogo­dziła się i poca­ło­wała. Wtedy ponow­nie Antek krzyk­nął, tym razem gło­śniej.

- Ucie­kaj facet, bo cię zarazi brzy­dotą!

Marek nie wytrzy­mał i zwró­cił uwagę kole­dze, pozo­stali widzo­wie także zaczęli mówić coś pod nosem. Wkrótce potem zakoń­czyła się pierw­sza połowa. Wyszli przed budy­nek zapa­lić. Marek zamie­rzał poroz­ma­wiać z przy­ja­cie­lem na temat jego zacho­wa­nia. Czę­sto bywał z rodzi­cami w tym teatrze, a teraz nie wie­dział, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek tu wróci. Chłopcy chcieli wyjść na zewnątrz, aby się prze­wie­trzyć. Antek nie mógł się docze­kać, aż zapali papie­rosa, gdy nagle poczuł silną rękę na ramie­niu. Obró­cił się gwał­tow­nie. Przed nim stał pra­wie dwu­me­trowy męż­czy­zna, który patrzył na niego ze zło­ścią.

- Ta kobieta to moja żona i jest naj­pięk­niej­sza na świe­cie! - odparł nie­zwy­kle niskim gło­sem.

Antek spoj­rzał męż­czyź­nie w twarz, po czym zaczął krzy­czeć ile sił w płu­cach: "troll, troll!". Natych­miast zja­wił się pra­cow­nik teatru, który szu­kał Antka w tłu­mie od dłuż­szego czasu.

Nie zamie­rzał pozwo­lić, by chło­pak zakłó­cał dal­szą część przed­sta­wie­nia. Kate­go­rycz­nie wypro­sił go z budynku, na co Antek wzru­szył ramio­nami i dodał pod nosem, że i tak spek­takl był nudny. Marek z Dawi­dem także odpu­ścili sobie drugą część przed­sta­wie­nia. Było im okrop­nie wstyd. Tak wła­śnie wyglą­dało ich wspólne wyj­ście do teatru.

Przez tyle lat przy­jaźni Dawid przy­wykł już do takich sytu­acji. Rok szkolny zaczął się rap­tem trzy mie­siące temu, a Dawid z Ant­kiem mieli już ponad połowę nie­obec­no­ści. Zazwy­czaj wagary ucho­dziły im na sucho, ponie­waż sami pisali sobie uspra­wie­dli­wie­nia i pod­ra­biali pod­pisy rodzi­ców, jed­nak w tym roku zmie­niła się wycho­waw­czyni, a ta nowa nie zamie­rzała przy­my­kać na to oka, jak robiła to przez lata reszta nauczy­cieli.

Kobieta wezwała rodzi­ców na roz­mowę i wyra­ziła swoje zanie­po­ko­je­nie czę­stymi nie­obec­no­ściami i tra­gicz­nymi oce­nami chłop­ców. Matka Antka pró­bo­wała tłu­ma­czyć, że sama wycho­wuje syna.

- Ojciec sie­dzi od pię­ciu lat w wię­zie­niu, mój Antek to dobre dziecko, ale bra­kuje mu dys­cy­pliny, zawio­dłam go.

Dawid spoj­rzał na kolegę, żeby zoba­czyć jego reak­cję, ale chło­pak tylko prze­wró­cił oczami, jakby był znu­dzony. To prawda, że jego ojciec sie­dział; pew­nego dnia po pro­stu znik­nął z domu, a potem oka­zało się, że sie­dzi za roz­bój. Matka Dawida, która spe­cjal­nie na to spo­tka­nie musiała wyjść wcze­śniej z pracy, prze­pra­szała za syna i obie­cy­wała nauczy­cielce, że wię­cej taka sytu­acja się nie powtó­rzy. Nasto­la­tek słu­chał tego ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, czu­jąc ogromny wstyd, bo ni­gdy nie chciał spra­wić kło­po­tów matce.

- Dość tego, kobiety! - ojciec Dawida nagle wal­nął pię­ścią w biurko.

W pokoju zapa­dła cisza, naj­wy­raź­niej wszyst­kich prze­stra­szył ten nagły wybuch. Serce Dawida zaczęło bić jak sza­lone. Wstyd, który jesz­cze przed chwilą odczu­wał, zamie­nił się w strach przed ojcem. Antek musiał zauwa­żyć wyraz jego twa­rzy, bo zła­pał go deli­kat­nie za rękaw, jakby chciał mu dodać otu­chy.

- Nie ma o czym dys­ku­to­wać, ja nauczę dzie­ciaka dys­cy­pliny, a teraz wycho­dzimy! - roz­ka­zał męż­czy­zna i wstał ener­gicz­nie z krze­sła.

Wycho­waw­czyni pró­bo­wała jesz­cze coś dodać, ale męż­czy­zna wyraź­nie dał wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że temat uważa za zamknięty.

Dawid i jego rodzice w mil­cze­niu wyszli z gabi­netu i udali się do domu. Ojciec jesz­cze w dro­dze wyjął z kie­szeni kurtki butelkę czy­stej wódki i zaczął popi­jać. Kiedy tylko prze­kro­czyli próg miesz­ka­nia, roz­pę­tało się pie­kło. Awan­turę było sły­chać aż na podwórku. Szklana butelka po piwie prze­le­ciała koło głowy Dawida i roz­pry­sła się z hukiem o ścianę.

- Nie­wdzięczny bachor! Zobacz, jak go wycho­wa­łaś! - pijany Andrzej krzy­czał na syna i jego matkę, która bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała uspo­koić męża.

- Wyno­cha do swo­jego pokoju! - wska­zał Dawi­dowi pal­cem drzwi do pokoju.

Nasto­la­tek od razu wyko­nał pole­ce­nie ojca, ale ten poszedł za nim. Wście­kły zaczął wszystko wyrzu­cać z szu­flad. Dawid krzy­czał, że tak nie można, lecz gdy pró­bo­wał go powstrzy­mać, Andrzej zamach­nął się i popchnął go tak mocno, że upadł na pod­łogę. Wszyst­kie rze­czy po kolei leciały na zie­mię. W końcu jego wzrok skie­ro­wał się na tele­fon leżący na biurku. Włą­czył sprzęt, a w tle zaczęła lecieć ulu­biona pio­senka Dawida. Po chwili rzu­cił nim o ścianę i otwo­rzył szu­fladę biurka. Kiedy ją opróż­niał, zna­lazł jego pio­senki, prze­czytał kilka pierw­szych zdań, które nie wyra­żały pozy­tyw­nej opi­nii na jego temat, i wszystko podarł na oczach Dawida.

- Od dzi­siaj nie chcę widzieć tu żad­nych bzdur! Masz pokój do nauki, a nie takiego gówna! - powie­dział i poszedł do kuchni.

Wycią­gnął z lodówki schło­dzone piwo, nie prze­sta­jąc wyzy­wać syna. Odwró­cił się, chcąc wró­cić do jego pokoju z ewi­dent­nym zamia­rem bicia, ale Maria powstrzy­mała męża.

- Zapal sobie i się uspo­kój - sta­nęła mu na dro­dze i podała mu paczkę papie­ro­sów.

Alko­hol zro­bił swoje, bo po paru minu­tach Andrzej nie mógł nawet odpa­lić papie­rosa, w końcu, zata­cza­jąc się, opadł na fotel i pół­przy­tomny mam­ro­tał jesz­cze coś do sie­bie.

- Prze­pra­szam, mamo, popra­wię się, obie­cuję - wybą­kał Dawid.

Miał wyrzuty sumie­nia, wie­dział, że Maria pra­cuje ponad siły, żeby utrzy­mać rodzinę, a w zamian za to musi się męczyć z mężem alko­ho­li­kiem i synem takim jak on.

- Dawid... Nie obie­cuj mi, tylko sobie, ja chcę jedy­nie, żebyś miał lep­sze życie ode mnie - powie­działa ze smut­kiem.

Nasto­la­tek poki­wał głową i wró­cił do swo­jego pokoju, żeby matka nie zoba­czyła, że ma łzy w oczach. Nie potra­fił się niczym zająć, sie­dząc w domu. Nawet słu­cha­nie muzyki nie poma­gało, dla­tego posta­no­wił iść na spa­cer. Nie zamie­rzał się spo­ty­kać z Mar­kiem ani Ant­kiem, potrze­bo­wał spo­koju i samot­no­ści, aby pomy­śleć nad dzi­siej­szymi wyda­rze­niami oraz swoim życiem.

Było po szes­na­stej, Dawid nie bar­dzo wie­dział, dokąd iść, więc włó­czył się po uli­cach przez jakąś godzinę. W pew­nym momen­cie minął budy­nek wyglą­dem przy­po­mi­na­jący szkoły poka­zy­wane w zagra­nicz­nych fil­mach. Pew­nie stał tam od dawna, ale ni­gdy wcze­śniej Dawid nie zwró­cił na niego uwagi. Miał ogromny pół­okrą­gły dach i potężne drew­niane drzwi, do któ­rych pro­wa­dziły kręte schody. Traw­nik przed gma­chem był sta­ran­nie sko­szony. Pod­szedł bli­żej, żeby prze­czy­tać, co jest napi­sane na tabliczce znaj­du­ją­cej się przed wej­ściem. "Aka­de­mia Muzyczna Leoni­das" - gło­sił napis.

Okno jed­nej z sal na par­te­rze było otwarte i docho­dziły z niego piękne dźwięki. Ktoś grał na for­te­pia­nie, a melo­dii towa­rzy­szył kobiecy głos. Dawid z cie­ka­wo­ści posta­no­wił podejść bli­żej i posłu­chać. Gdzieś już sły­szał tę pio­senkę, ale nie miał poję­cia, jak się nazywa, i ni­gdzie nie mógł jej póź­niej odna­leźć, dla­tego teraz słu­chał zafa­scy­no­wany.

Utwór był raczej wolny, spo­kojny, a śpiew czy­sty i przy­jemny dla ucha. Nasto­la­tek trwał w bez­ru­chu, zasłu­chany, dla­tego dopiero po chwili zorien­to­wał się, że głos ucichł. Posta­no­wił jesz­cze zer­k­nąć przez okno, żeby zoba­czyć, jak wygląda to miej­sce oraz osoba, która śpie­wała. Sala była prze­stronna, wypeł­niona róż­nymi instru­men­tami muzycz­nymi, któ­rych nazw w więk­szo­ści nie znał. Na jej dru­gim końcu stał for­te­pian, a obok drobna, ciem­no­włosa dziew­czyna usta­wiona tyłem do okna, pako­wała nuty do swo­jej torby. Nagle odwró­ciła się i spoj­rzała pro­sto w jego stronę.

- Jezu, czło­wieku, co się tak zakra­dasz? Wystra­szy­łeś mnie - zawo­łała i pode­szła ostroż­nie do okna.

Dawid poczuł, że się czer­wieni, wła­śnie zdał sobie sprawę, w jak nie­zręcz­nej sytu­acji się zna­lazł. Został przy­ła­pany na pod­glą­da­niu i na pewno wyszedł na jakie­goś dzi­waka.

- Ja... ja tylko usły­sza­łem, jak śpie­wasz, i chcia­łem posłu­chać, prze­pra­szam... serio, musisz mi uwie­rzyć, nie jestem jakimś stal­ke­rem ani nic takiego, już sobie idę - tłu­ma­czył się nie­zręcz­nie, czu­jąc, że lepiej by było, gdyby już nic nie mówił.

- W porządku - dziew­czyna roze­śmiała się, popra­wiła oku­lary i uważ­nie mu się przyj­rzała. - Nie jesteś chyba od nas ze szkoły, co? Ni­gdy cię tu nie widzia­łam.

- Nie, nawet nie bar­dzo wiem, co to za szkoła, ja cho­dzę do tech­ni­kum. Tak w ogóle, jestem Dawid - mówiąc to, wycią­gnął do niej rękę przez okno, a ona ją uści­snęła.

Dziew­czyna o pięk­nym gło­sie przed­sta­wiła się jako Aga. Była dwa lata star­sza od niego. Wyja­śniła, że cza­sem zostaje dłu­żej po zaję­ciach, żeby poćwi­czyć śpiew i grę na for­te­pia­nie. Zaczęła opo­wia­dać Dawi­dowi o tym, jak wygląda nauka w aka­de­mii muzycz­nej. Tu kształ­cili się przy­szli arty­ści, szkoła dawała im moż­li­wość roz­woju muzycz­nego, pro­mo­wała naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych stu­den­tów i mogła otwo­rzyć drzwi do pro­fe­sjo­nal­nej kariery. Serce nasto­latka zaczęło bić szyb­ciej. W jed­nej chwili posta­no­wił, że to miej­sce dla niego.

- Jak się do was zapi­sać? Myślę, że też mógł­bym spró­bo­wać - zapy­tał, sta­ra­jąc się nie oka­zać eks­cy­ta­cji.

- Po pierw­sze, musisz mieć zdaną maturę, a po dru­gie, nauka tu kosz­tuje. Szcze­rze, to jest tu cho­ler­nie drogo i gdy­bym nie dostała sty­pen­dium, to nie mogła­bym sobie pozwo­lić na naukę w tym miej­scu - odpo­wie­działa Aga.

Widząc nagłe roz­cza­ro­wa­nie na twa­rzy Dawida, dodała z uśmie­chem:

- Ale nie przej­muj się, jeśli uznają, że jesteś dobry, na pewno dosta­niesz sty­pen­dium i jesz­cze coś sobie z niego odło­żysz. Muszę już iść na auto­bus, ale będę w kolejny czwar­tek o tej samej porze, jak chcesz to wpad­nij posłu­chać.

- Pomy­ślę o tym - odparł Dawid, uśmie­cha­jąc się do dziew­czyny, która poma­chała mu jesz­cze na poże­gna­nie.

Tak naprawdę nie zamie­rzał się nad niczym zasta­na­wiać, był pewien, że przyj­dzie. Jed­nak przez całą drogę do domu myślał o aka­de­mii i Adze. Nie był pewien, czy bar­dziej inte­re­so­wało go samo miej­sce i moż­li­wo­ści, które dawało, czy tajem­ni­cza dziew­czyna. Po raz pierw­szy od dawna czuł, że ma na co cze­kać. Nad­szedł kolejny tydzień. Rano Dawid ner­wowo pako­wał ple­cak do szkoły. Wrzu­cał w pośpie­chu wszyst­kie książki i zeszyty, aż nie­które się pogięły.

- Muszę to zdać, muszę - mru­czał pod nosem.

Nagle zadzwo­nił domo­fon. Maria ode­brała, infor­mu­jąc syna, że przy­szedł Antek.

- Chwila, dosłow­nie minuta! - krzyk­nął Dawid ze swo­jego pokoju, wcią­ga­jąc spodnie.

O tej porze dawno powi­nien być w dro­dze do szkoły, ale wyjąt­kowo dobrze mu się spało. Śniło mu się, że razem z Mar­kiem zwie­dzają Bar­ce­lonę. Mijali uro­kliwe budynki, zachwy­ca­jąc się ich archi­tek­turą. Witali się z uśmiech­nię­tymi prze­chod­niami, któ­rzy życzyli im miłego dnia. Zatrzy­mali się przed Camp Nou.

- Zawsze chcia­łem zoba­czyć ten sta­dion - szep­nął zachwy­cony Marek.

- Zatem chodźmy - odpo­wie­dział Dawid z rado­ścią w gło­sie.

Naj­pierw weszli do sklepu dla kibi­ców, gdzie kupili mnó­stwo gadże­tów hisz­pań­skiej dru­żyny. Za zakrę­tem była kasa bile­towa, a kolejka nie miała końca. Ludzie przy­glą­dali im się bar­dzo uważ­nie, nie­któ­rzy nawet robili zdję­cia.

- Prze­cież wy już dawno powin­ni­ście być na sta­dio­nie! - powie­działa kasjerka, wychy­la­jąc głowę z okienka i mie­rząc ich wzro­kiem od góry do dołu. Zadzwo­niła po kogoś i wtedy zja­wił się zde­ner­wo­wany tre­ner.

- Kapi­ta­nie, co ty wypra­wiasz?! Bie­giem na boisko. Cze­kają tam tysiące kibi­ców i dru­żyna, która bez was nie da rady - zawo­łał, kie­ru­jąc wzrok w stronę Dawida.

Chłopcy spoj­rzeli na sie­bie podejrz­li­wie, wspól­nie posta­na­wia­jąc, że z chę­cią zagrają. Z poziomu murawy sta­dion i try­buny wyda­wały się jesz­cze bar­dziej nie­sa­mo­wite niż w tele­wi­zji. Marek wyszedł nie­pew­nie, ale gdy usły­szał swoje imię skan­do­wane przez kibi­ców, od razu nabrał odwagi.

- Co teraz? Nie umiemy grać.

- Nie mam poję­cia - wyszep­tał Dawid.

Nagle zauwa­żył, że obaj mają na sobie koszulki pił­kar­skie z nume­rami. Sędzia roz­po­czął mecz. Przy­ja­ciele bie­gali za piłką, strze­la­jąc gole prze­ciw­ni­kom. Ich gra była bar­dzo pro­fe­sjo­nalna, a kibice sza­leli ze szczę­ścia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki