Krok pierwszy do piekła
Ryszard Krok z trudem otworzył oczy. Nie wiedział nawet, dlaczego je otwiera - miał jedynie poczucie, że dzieje się coś, co wymaga takiej, a nie innej reakcji. Siadł na łóżku i kołysząc się na boki, starał się zsynchronizować wszystkie zmysły, aby podpowiedziały mu, co się, do diabła, dzieje. Nie zawiodły go. Już po chwili Krok chwiejnym krokiem przemierzał pokój hotelu robotniczego w Siedlcach. Na końcu drogi znajdował się aparat telefoniczny, wydający z siebie nieznośne dźwięki. To on zakłócił spokojny, poimprezowy sen Kroka - co do tego nie było najmniejszych wątpliwości. Podniósł słuchawkę, która wydała mu się o wiele cięższa niż zwykle.
- Czego i dlaczego tak wcześnie? - zapytał zirytowanym tonem, nie mając jednak pewności, czy pora faktycznie jest wczesna. Może była późna? Rzecz względna, gdy mowa o przedziale czasowym między północą a październikową ranną zorzą. Poprzedniego wieczoru był królem życia w popularnej restauracji "Słoneczna" - wraz z nowo poznanymi przyjaciółmi (och, jak szybko zawiera się te przyjaźnie na Podlasiu!) pił, zakąszał i chyba nawet tańczył. A teraz czuł, jak zbliża się pokuta... Tak, to na pewno ten taniec zaszkodził. Pani Wiesia z księgowości tak potrafi zakręcić, że bebechy podchodzą pod gardło. A może to był pan Wiesio, zaopatrzeniowiec? Też mógł zakręcić... Ale dlaczego z facetem? Cóż, co kraj, to obyczaj, a na Podlasiu ludzie serdeczni - do tańca i do tego drugiego. W każdym razie ktoś o imieniu na "Wie".
- Pan Krok? Policja - oznajmił szorstkim tonem rozmówca. - Musi się pan jak najszybciej z nami spotkać. Stało się coś bardzo ważnego.
Ryszard przełknął ślinę i wytrzeszczył oczy. Nie ujrzał jednak niczego, oprócz gęstej ciemności. No i widoku, podsuniętego przez wyobraźnię: oto idzie długim korytarzem, prowadzony przez dwóch rosłych policjantów. Na rękach ma kajdanki, a na głowie masę kłopotów.
"Zabiłem kogoś", przeszło mu przez myśl. "Może pana Wiesia? Na pewno pana Wiesia, jeśli próbował mnie uwodzić. Nie ze mną takie numery. Chłop od chłopa musi się trzymać z daleka. Ja nie jestem taki nowoczesny, jak niektórzy".
- A o co chodzi? - spytał na głos.
- Dowie się pan na miejscu - odparł funkcjonariusz, który nawet nie uznał za stosowne podać swego nazwiska i rangi.
- Ale na jakim miejscu?
- No, tam, gdzie to się stało. A stało się, proszę szanownego pana, w muzeum, Jako że mieszka pan niedaleko, pofatyguje się pan sam, nie będę wysyłał przecież radiowozu do człowieka, który ma do przejścia sto metrów. Benzyny nam brakuje, bryndza w policji. Świeże powietrze dobrze panu zrobi. Bo pan pewnie raczej taki więcej nieświeży, co?
"Skąd on wie, że jestem nieświeży?", pomyślał Krok, nabierając szacunku dla instytucji, która wie więcej o obywatelu niż on sam.
- Faktycznie, dwa piwka były, może trzy, jedna setka, coś w tym stylu - wybełkotał przepraszającym tonem.
- Znamy takich - powiedział funkcjonariusz. - A potem się idzie pod gazem do roboty i fuszerkę odstawia? Czekam na pana w muzeum i liczę, że będzie pan wcześniej niż później.
Krok skinął głową, wiedział, o jakie muzeum chodzi. Już chciał odłożyć słuchawkę, ale przyszło mu do głowy jeszcze jedno, dramatyczne pytanie:
- Czy szczoteczkę do zębów też mam ze sobą zabrać?
- Szczoteczką nie zaszkodzi - odparł policjant i zakończył rozmowę.
* * *
Krok z duszą na ramieniu zapukał do drzwi. Wiedział, że za chwilę otworzy je jakiś policjant, a on przejdzie na drugą stronę - stronę ludzi oskarżonych, skazanych, niegodnych, wyklętych. Pozostawało pytanie: czy zostanie powalony na podłogę i dźgnięty lufą pistoletu maszynowego, czy też zatrzymany w sposób bardziej aksamitny.
A przecież nie tak miało być: przyjechał do Siedlec nie jako przestępca, ale jako ceniony cykliniarz. Fakt, ukończył historię (w dość niewielkiej, niezbyt prestiżowej, lecz państwowej uczelni), jednak życie zmusiło go do poszukiwania szczęścia na innych polach zawodowych. Na początku wieku wraz z kolegami założył firmę budowlaną i w kilka lat stał się cenionym fachowcem od drewnianych podłóg. Historią interesował się nadal, sporą część zarobków przeznaczał na książki i poważne miesięczniki, ale większość swego czasu spędzał w towarzystwie cykliniarki.
Kiedy Muzeum Diecezjalne w Siedlcach zaproponowało mu kontrakt, nie miał wątpliwości - Kościół potrafi docenić finansowo rzetelnie wykonaną pracę, więc należy skorzystać z oferty. A muzeum wymagało "liftingu" - zawisł w nim właśnie wspaniały obraz hiszpańskiego mistrza, El Greca, przedstawiający świętego Franciszka w stanie ekstazy i cały obiekt musiał się dopasować do arcydzieła, jednego z najcenniejszych obrazów w polskich zbiorach. Muzeum domagało się elegancji, a czyż nie zaczyna się ona od podłogi? Franciszek, podobnie jak Siedlce, był w ekstazie. Ryszard Krok wprost przeciwnie - w desperacji. "No, ale gdzie mi tam do świętego Franciszka?" pomyślał smutno i wtedy otworzyły się drzwi, wypuszczając z wewnątrz snop światła.
- Karniaka mu nalać! - krzyczał ktoś, kto z pewnością nie był policjantem, nawet w cywilu. Oczom Kroka ukazało się kilkunastu rozbawionych mężczyzn (były też kobiety, choć w mniejszości), których twarze powoli rozpoznawał. To byli pracownicy muzeum oraz majstrowie, z którymi bawił się szampańsko jeszcze kilka godzin wcześniej. Czyżby szykowała się dogrywka? Popatrzył na zebranych tępym wzrokiem, wzbudzając powszechną wesołość.
- A gdzie policja? - spytał retorycznie.
- Uwierzył, a to palant, widać, że inteligencik. Aleś mu Wiesiu wyciął numer! - rozległy się sympatyczne docinki i głosy uznania dla autora dowcipu. Do oszołomionego gwałtownym zwrotem akcji Kroka podbiegł jeden z biesiadników i podał mu szklankę, wypełnioną przezroczystym płynem. Nie była to woda, o nie. Na szczęście toastowi towarzyszyła przekąska w postaci kiszonego ogórka.
- Nie mogliście tak po prostu powiedzieć, o co chodzi? - spytał cykliniarz.
- To byś nie przyszedł. Już w restauracji widać było, że masz dość. A przecież jak szaleć, to szaleć, na całego.
Krok wzruszył ramionami - w sumie było mu miło, że traktują go jak swojaka. Wszak spędzi w towarzystwie tych ludzi najbliższe tygodnie.
- To co, będziemy tak pili w sieni? - zażartował. - Może pójdziemy do jakiejś elegantszej sali? Nasza jest noc, jak to mówią.
Spojrzał na zegarek, dochodziła czwarta rano. Była połowa października i na pierwsze promienie słońca trzeba było jeszcze długo poczekać.
- Z Franiem się napijemy - krzyknął pan Wiesio i ruszył żwawym krokiem ku jednej z sal.
- Z kim?
- No, z tym, na obrazie?
- A to wypada tak przed wielkim dziełem sztuki, przed świętą osobą? - zafrasowała się pani Basia, reprezentantka pionu administracyjnego.
- Toż to na jego cześć pijem - odparł Wiesio i imprezowicze wkroczyli do sali. Obecni byli muzealni strażnicy, więc nie zachodziła obawa, że pobudzony alarm wypłoszy zebranych sprzed oblicza świętego Franciszka.
Wkroczyli i stanęli jak wryci. Ściana, którą powinno ozdabiać szesnastowieczne arcydzieło, krzyczała pustką i oskarżeniem: nie upilnowaliście mnie! Patałachy z was. Owcewam paść, a nie skarbów pilnować.
Uczestnicy biesiady w pełni zgadzali się z tym stwierdzeniem. Patrzyli to na pustą ścianę, to na siebie, bezgłośnie pytając: - Kto zadzwoni na policję? A jak zadzwoni, to co powie? I co nam grozi?
Wesołość chwili umknęła bezpowrotnie.