Krok dalej - Edward Lubowski

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ I
Urocza choć nie górzysta część Galicji odkrywa się oczom, wzdłuż najspokojniejszej ze wszystkich rzek polskich, wzdłuż Sanu. Urodzajne pola rozsiadły się gęsto nad jego brzegami. Zboża wychylającego się dumnie złocistymi kłosami, w bród, a tak szczelnie przy sobie, że ledwo miejsca na miedzę. Rzadkie zagony z jarzyną, znikają pokornie wśród obszarów ziarnistych, uprawnych starannie. Gdzieniegdzie tylko w odstępie pól, samotna grusza lub dzika płonka, widna z daleka bo samotna, bo jedyna - nęcąca ku sobie zbłąkanego przechodnia, gdy go już znużyły uparte słońca promienie.
A był to właśnie dzień słoneczny, gorący dzień, podczas którego ciszę w polu przerywa jedynie brzęczenie pszczół i owadów, lub radosny śpiew zrywającego się nagle z grządki skowronka.
Czysta sielanka polska, tak oryginalnie zawsze jeszcze, odróżniająca się od obcej. Słońce świeci tak samo i pola zielenieją wszędzie jednako, mimo to, ten skowronek zdaje się nucić pieśń tobie tylko znaną, i ten szum cichy, tajemniczy, w którym wyraźniejszą nutę szepcze lekki, jak arfa szemrzący powiew wiatru, tobie tylko, mieszkającemu w tej ziemi, wydaje się zrozumiałym, tobie błogim i miłym!
Na krajobrazy sławnej w świecie Szwajcarii, patrzymy okiem zdumionym, chciwie pragnącym zatrzymać w wyobraźni wszystkie te wspaniałe widoki, którym jednak tak hojnie dopomogła sztuka; ciekawość atoli i chęć wielbienia z urzędu, oto pierwsze wrażenia, zastępujące szczerą przyjemność, jaką wzbudza zwyczajna łąka, wesoły sad, do których się nawykło od lat dziecinnych. I dopiero na obcej ziemi i wśród ludzi obcych, gdy się już pożegnało strzechę swoich ojców, ból niewymowny chwyta za serce i wtedy najwspanialsze widoki z dominujących nad jeziorami błyszczących hotelów, elegancją i wrzawę zbiegłych z całego świata turystów, oddałby każdy za ów cichy powiew wietrzyka od starej gruszy, za ów radosny śpiew skowronka, za całą tę prostotę sielską, niegdyś obojętną może i wzgardzoną.
Niemiec kolonizator przejechawszy się po ziemiach słowiańskich, z pogardą wyraża się o nich, ale łakomy zysku, obmyśla miejsca na sterczące kominy przyszłych swych fabryk. Bezpłodną swą ziemię dawno już zapełnił warsztatem i kuźnią, a teraz porzuca ją bez żalu, bo wie, że z niej niczego więcej nie wyciśnie. Nie tak Słowianin. On przywiązany ślepo do każdej piędzi swej ziemi, bo go z nią wiąże wspomnienie przeszłości, a jeżeli się z nią rozstać musi, wszędzie i zawsze, na najodleglejszym krańcu świata i w najpóźniejszej starości, wśród lesistych gąszczów Ameryki i na pokładzie okrętu, szybującego po bezmiernym Oceanie, myśli o niej z wieczną tęsknotą i z wieczną nadzieją ujrzenia jej raz jeszcze przed śmiercią.
Poza szerokim pasem pól, schowane w cieniu drzew, mieściły się białe wielkie domy dziedziców i brudne, obszarpane chałupy włościan, niezmienione od wieków, niskie, ciasne, smrodliwe i duszne. Pradziad mieszkał w nich, podpierając belką walący się dach, darniną łatając pękającą ścianę; prawnuk dzisiaj ratuje się tak samo i nic go nie nauczyło, nic nie natchnęło chęcią dobrobytu, chociaż burza, co zahuczała tu w pamiętnym roku, pogruchotawszy pałace, jemu dala prawo i możność myślenia o sobie samodzielnie.
Nie pomyślał o poprawie domku swojego, bo i teraz nie wierzył, ażeby nagła darowizna i płynące w niej nowe prawa, lepszy byt wytworzyć mu zdołały... Z żywej przekazywanej tradycji, pozostawił nietkniętym to, co najgorsze, na lepsze, na postęp istotny, nie mając ochoty, zrozumienia, a jak wtedy: i zachęty.
W linii domów białych i pałaców, ciągnących się w jednym szeregu wsi, położonych tuż obok siebie, odznaczał się niewielki, ale gustowny i świeżo postawiony na gruzach, nielitościwie zburzonego dawnego domu mieszkalnego.
Jednopiętrowy, smukły, z wysokimi, ale wąskimi oknami, oprawionymi w kolorowe różnobarwne szyby, z lekką kolumnadą frontową, otwierającą wstęp do chłodnego marmurowego przedsionka, mógł być raczej nazwany willą, aniżeli pałacem... Budowany pospiesznie według najszczegółowiej podanego przez właścicieli planu, kosztownie, bo z użyciem najdroższego materiału, sprowadzonego umyślnie z daleka, przeznaczonym się zdawał oczywiście na rezydencją magnacką, chwilową, lub na odpoczynek dla pięknej, estetycznym smakiem obdarzonej kobiety.
Podczas budowy, ciekawi sąsiedzi pod różnymi pozorami przejeżdżali tamtędy, wdając się w rozmowę to z robotnikami, to z budowniczym, to z dozorującym a delegowanym w imieniu właścicieli, kamerdynerem Niemcem, ale jeżeli od kogo, to od tego ostatniego, najmniej szczegółów dowiedzieć się mogli. A o te właśnie szczegóły, chodziło niezmiernie panom sąsiadom.
Kamerdyner przystojny mężczyzna, średniego wieku, ubrany zawsze bardzo elegancko, jak gdyby w ciągłym oczekiwaniu dostojnych gości, uśmiechał się szyderczo, darząc ciekawych krótkim, ale wiele do myślenia dającym słowem. Raz na przykład rzekł pani baronowej Runickiej, przejeżdżającej tędy niby do parafii, (choć zbaczała umyślnie z drogi tęgą milę) ojczystym swym językiem:
- Die Hersohaft bleibt hier nur zwei Wochen, und dann fort nach Italien.
Na co pani baronowa westchnęła żałośnie, przez całą drogę pomrukując: Italien, a za powrotem do domu srodze prześladowała męża, że ani ona, ani dwie dorosłe córki, dotąd nie mogły sobie pozwolić na zwiedzenie Italii.
Panu Amilkarowi zaś, bogatemu właścicielowi kilku wsi, i kawalerowi szukającemu bonne fortune po świecie, na długie natarczywe zagabywania, odrzekł z lekka ojczystym swym językiem:
- Die gnädige Frau will ausruhen nach den wiener - Strapazen.
A kiedy pałacyk był już ukończony i kiedy go umeblowano nowiuteńkimi sprzętami, sprowadzonymi z Wiednia, ciekawość w okolicy wzmogła się do tego stopnia, że przypuszczano formalny szturm do pałacu, zaglądając przez okna i dziurki od kluczy. Ale pan kamerdyner nie wszystkich puszczał do środka, wybranych tylko z wielu, z bardzo wielu, wybór zaś zależał od jego osobistych sympatii, których, chcąc wyznać prawdę, nie miał wiele.
Fama o cudach wnętrza pałacyku urosła niezmiernie, i ci którzy nie mieli sposobności dotąd ich oglądać, zagadywali umyślnie, odwracając w salonie rozmowę na inny przedmiot, byle się tylko nie zdradzić ze swą nieświadomością.
Lecz wszystko kończy się na tym świecie, więc i pan kamerdyner opatrzywszy willę ze wszystkich stron, zatelegrafował do swoich państwa, iżby przyjeżdżali, bo pałac już w gotowości na ich przyjęcie.
Istotnie wkrótce potem zjechali państwo... Regensborgowie, prosto ze stolicy Austrii.
Tydzień już bawią w swoim pałacyku, a nikt ich jeszcze nie miał szczęścia oglądać.
Pan von Regensborg, nacieszywszy się ogrodem i niewielkim tuż do pałacyku przytykającym parkiem angielskim, zamknął się na dobre w swoim gabinecie, po całych dniach porządkując papiery, których spory kufer przywiózł ze sobą, i rozpisując listy na wszystkie strony świata. Pani zaś... zajętą była w pierwszym tym tygodniu, cały czas przystrajaniem swego buduaru, który też rzeczywiście przerodziła w cacko, w coś wielce niezwykłego w wiejskim domowym zaciszu. Przywiezione ogromne paki, dostarczyły kotar, draperii i tysiąca różnych toaletowych drobiazgów, bez których nie podobna sobie wyobrazić gniazdka pięknej kobiety. - Z tej przeto przyczyny lub innej, nikt jeszcze z sąsiadów, a nawet nikt z niższej dworskiej służby, nie oglądał z bliska oblicza Jasnej pani. Jasną panią nie mogła nie być posiadaczka pałacu, i pięknej, składającej się z trzech folwarków wsi.
Słudzy jednak byli jej niezmiernie ciekawi, a przy tym, bali jej się czegoś. Dlaczego? Sami nie wiedzieli, ale w tych stronach krążyły od dawna rozmaite legendy i baśnie o tej pani, jedna straszniejsza nad drugą. Jedna opiewała, że Jasną panią małym dzieckiem wyciągnięto ze stawu, i oddano na wychowanie biednej wdowie, lecz dziecko stawszy się dziewicą, wdowę zadusiło i rozpierzchło się we mgle; druga, że Jasna pani oczarowała nieboszczyka księcia Michała, najbogatszego pana w okolicy, który oddał jej cały swój majątek, a sam zaraz potem dostał pomieszania zmysłów; trzecia, że kto na Jasną panią spojrzał to i zwariował z miłości; czwarta nareszcie, że Jasna pani miała już jednego męża, którego jednak, gdy się jej sprzykrzył, wkrótce wyprawiła na tamten świat tajemniczą drogą.
Były to oczywiście baśnie i nic więcej. Ludzie prości coś słyszeli, coś sobie stworzyli sami, dużo dodali, ot i wytworzyli naprędce legendę miejscową.
Właściwie bowiem nikt dokładnie nie znał pani von Regensborg; sąsiedzi tylko najbliżsi, wiedząc, ze wieś ta należała niegdyś do obszernych dóbr księcia Michała nieboszczyka, podejrzliwie kiwali głowami, ale że to były już dawne czasy, że od lat dziesięciu czy więcej, majątek ten widocznie w trzecie już przeszedł ręce, gdyż od tego czasu dzierżawili lub administrowali tutaj tylko rządcy, że teraz pierwszy raz dopiero właścicielka osobiście się tu zjawiła, że wreszcie urok wielkiej fortuny dziwnie osłabia krzywdzące podejrzenia, przeto i z tej strony nic się jasnego o przeszłości pani von Regensborg, dowiedzieć nie było można.
W sąsiedztwach oczekiwano przybycia, przypuszczając, że pan Regensborg, który rozpoczął interesy w Galicji na ogromną skalę, i z dawna już miał między szlachtą stosunki, niezawodnie nie omieszka jak najprędzej wprowadzić żonę swą w grono obywatelskie i roztworzyć dom szeroko i gościnnie.
W oczekiwaniu tej chwili chcemy i my pozostać, zapoznając tymczasem czytelnika bliżej z właścicielami pałacyku.
Rzekliśmy, że był dzień piękny, skwarny - godzina południowa.
Z boku przed pałacykiem stał piękny kabriolet, świeżo przywieziony i po raz pierwszy wytoczony z wozowni. Dzielne meklemburgi przybrane w nowiuteńkie chomonta, oganiały się ogonami niecierpliwie od much i komarów, nie zważając na przekleństwa woźnicy, miejscowego Bartka, którego dusił opięty frak liberyjny i wysokie pudło na głowie, mające przedstawiać nieznany mu dotąd cylinder z kokardą.
Bartek czuł się zmęczony w tym stroju, wśród dwudziestu kilku stopni gorąca, i z tymi rumakami grubonogimi, których obyczaj wydawał mu się znacznie odmiennym od obyczaju koni krajowych. Meklemburgi były wprawdzie spokojnego usposobienia, miały nawet dużo powagi niezwykłej rasie koni krajowych, wierzgających często niesfornie i bez racjonalnej przyczyny, ale właśnie ta powaga, ta flegma, ten krok wymierzony, szeroki i potężny, zawsze jednostajny, niezmiernie korciły Bartka, przekładającego sangwiniczny temperament nad flegmatyczny. Bartek podejrzewający w meklemburgach, tajemnych swych wrogów, smagnął ich znienacka kilka razy biczem, czym tak obraził cudzoziemców, że nagle szarpnąwszy kabriolet, o mało go nie rozbiły na drobne kawałki. Przestraszony Bartek, zatknął bicz na koźle i udał, że go wybryk ten koński nic a nic nie obchodzi. Ale w duszy poprzysiągł zemstę, czekając tylko sposobnej okazji, teraz zaś starał się ulżyć sobie, odpinając frak i naginając brudnymi palcami sztywnego kołnierza. W trakcie tej operacji, krzyknął ktoś z okna łamaną polszczyzną:
- Kuczer gotów!
Bartek spojrzał w górę, ale się nie domyślił, że to jego wołają.
- Bartek gotów? - powtórzono z okna.
- Jestem proszę pana - odkrzyknął Bartek, zapinając się czym prędzej.
Bartka świeżo zrobiono woźnicą z polecenia dzierżawcy, u którego tenże służył lat kilka.
Równocześnie z odezwaniem się głosu w oknie, zaszczekał ogromny buldog, wygrzewający się na słońcu przed pałacykiem. Pies ten żółto wypalony z obciętymi uszami i ogonem, z ogromnymi sprytnymi ale złymi ślepiami, duży, silny, zajadły, gotowy się rzucić na każdego, stał się już w tych kilku dniach postrachem dla wszystkich kundysów wiejskich, omijających z daleka przybysza, rozłożonego groźnie i niegościnnie na progu. Szczeknięcie buldoga spowodowało nadejście mężczyzny odzianego w szarą czamarę, za którego nogą plątał się bojaźliwie duży pies wiejski, vulgo kundel. Pan nakazał mu groźnie iść za sobą, więc kundys wlókł się, spode łba patrząc na arystokratycznego buldoga.
Kiedy już mężczyzna w szarej czamarze był na jakie kilkanaście kroków przed pałacem, wyszedł naprzeciw niego stamtąd inny jakiś jegomość i podał mu rękę, mówiąc:
- Zawołali was?
- A tak, przed godziną.
- Cóż będzie?
- Albo ja wiem. - Nurek pójdź tu do nogi! Lecz Nurek stanowczo oparł się temu, cofając w tył na znaczny dystans, i nic dziwnego, bo herkulesowy buldog spiął się groźnie na przednie łapy i zawarczał ponuro.
- Patrzcie - jakie bestia ma kły! - rzekł szary jegomość.
- Zjadłby nas na śniadanie!
- A musi mieć dobry apetyt!
- Niemiecki - rzekł rubasznie, oglądając się ostrożnie w około - ale gdzież wy to waszego psa prowadzicie aż tutaj! Jeszcze się państwo obrażą.
- Ba! Kiedy kamerdyner strzela psów po wsi, a mojego mi żal.
- Tu go rozszarpie ta bestia!
Ledwie tych słów domówił, gdy buldog jednym lwim skokiem, przesadził mały kopczyk kwiatowy, zasadzony przed pałacykiem, i tuż, tuż, stanął przy kundysie.
- Nurek nie daj się!
Kundys i buldog stanęli naprzeciw siebie w nieprzyjacielskiej postawie. Prawie się sierścią dotykali, paląc gorącym oddechem. Nurek z widocznym przymusem gotował się do walki, choć już nie tchórzył, buldog z pogardą patrząc na jego sierść brudną, kosmatą i rozczochraną, zdawał się rozmyślać, czy warto wdać się w awanturę z tym ulicznikiem. A może też refleksja, że można guza oberwać, ostudziła jego animusz, bo pokiwawszy ogonem a ciągle warcząc, zaczął się cofać. Ale tym właśnie dodał ducha Nurkowi. Ten widząc cofającego się wroga, szczeknął i skoczywszy kilka kroków naprzód, szarpnął go zębami z boku. Rozwścieczony buldog odwrócił się pędem, i porwawszy kundla zębami za ucho, przygniótł go całym ciężarem swego ciała.
Rozpoczęła się zajadła walka.
Jegomość w szarej czamarze, poskoczył z kijem na pomoc swemu wiernemu, ale w tej chwili stanął na dole kamerdyner i zagrzmiał rozkazującym głosem:
- Weź pan tego psa zum Teufel, albo mu tu zaraz w łeb wypalę!
- To niech pan kamerdyner swojego zawoła...
- Jak pan śmiesz Donnerwetter, hałasy robić pod oknem państwa?!
W tej chwili zawył Nurek boleśnie. Pan jego poskoczył w pasji, i grzmotnął przez łeb buldoga, buldog puścił swoją ofiarę, a rzucił się na człowieka.
- Donnerwetter! - wrzasnął kamerdyner - fort z tym kijem!
- Fort z tym psem! - wrzasnął tak samo zajadły właściciel kundysa.
A tymczasem buldog uczepiwszy się zębami długiej poły czamary, szarpał ją niemiłosiernie.
- Cezar hier! - krzyknął kamerdyner i poskoczył bliżej.
- Co tam się stało? - zawołał głos kobiecy z okna - pani się bardzo gniewa.
Kamerdyner porwał za obrożę swego buldoga i odciągnął od Nurka, kopnąwszy go nogą na pożegnanie; Nurek skomląc żałośnie, przytulił się do nóg swego pana, który go począł głaskać i pieścić z czułością.
- Niech pan trzyma psa na łańcuchu - rzekł kamerdyner - oder ich schiess ihn nieder.
- I pan trzymaj swojego!
- To jest pies pański, jemu tu wolno...
Tamten chciał jeszcze coś odpowiedzieć, ale towarzysz, który się teraz przybliżył, mrugnął na niego, dając mu do zrozumienia żeby milczał.
Kamerdyner klnąc po niemiecku, poszedł na górę, a za nim buldog, odwracając się ciągle nieufnie.
- Licho was nadało z tym psem! - Niemiec was tam poskarży, i będzie bieda!
- To i cóż, chleba kawałek znajdę wszędzie, a wolę gdzie indziej, jak u Niemca, czy myślicie panie ekonomie, że tu długo wytrzymacie z nimi?
- Hm, może mówicie i prawdę, ale cóż robić, dzieci bez chleba nie zostawię, a przed św. Michałem trudno o miejsce.
- Szwargoczą językiem, którego ani w ząb, i chcecie żeby się człek porozumiał.
- Hm to i prawda, ale przecie pani polka.
- Diabli ją tam wiedzą - dodał rozsrożony ciągle pisarz prowentowy, oglądając poszarpaną kapotę - co ona za jedna...
- A przecież ona żona Mikołaja od księcia Michała... - szepnął po cichuteńku ekonom, schylając się pisarzowi prawie do ucha.
- Ejże! - rozdziawił gębę pan pisarz, zapominając o buldogu, Nurku i kapocie.
I poczęli ze sobą mówić żywo, po cichu. Nareszcie pan pisarz kiwnąwszy energicznie ręką - rzekł:
- Co z piekła, pójdzie do piekła, ale patrzajcie jeno kumie, jak to i pies bestia, że obcej krwi, to zaraz hardy, taki jak jego pany... biedne moje Nurczysko, jak mu się krew leje z boku! Ot widzisz biedaku, doświadcz i ty na początek łaski przybyszów. Wiecie kumie, uważam sobie to za zły prognostyk, i ja chyba tu pożegnam się choćby dzisiaj.
- A może i ja będę musiał - bo czegóż oni chcą od nas?
- W istocie muszą nas przepytać - służyliśmy u dzierżawcy, a teraz wejść mamy w nowy obowiązek.
- Podobno ordynarią mają zmniejszyć?
- I pensję pewno zmniejszą - co chcecie, oni mało jedzą, toby chcieli żebyśmy nic nie jedli.
- Ale przecie pan baron bogaty?
- Cóż z tego? Albo który z nich, co siedzi w naszym kraju, nie bogaty? Przywlecze się chudy, wyżółkły i zagłodzony, a niedługo przejeżdża się tłustym tułowiem w karecie, i nie może być inaczej, musi być tłusty, skoro kilku od razu połknął.
- Ha, ha, ha! - roześmiał się ekonom...
- Nie śmiejcie się kumie - odrzekł surowo pisarz - bo ja wam powiadam, że niedługo ten chudy kamerdyner będzie taki gruby, jak nasz dąb w Wiklówce, a nas zje z kośćmi.
- Jakimże sposobem? - pytał mimo woli przelękniony ekonom.
- O sposoby ich nie pytaj - mają ich tysiące.
My im zawsze wierzymy, a oni drą łyka... Ano przecie, daleko to szukać - mój szwagier wstawił się za Müllerem w Buszówce, żeby go zrobili karbowym, a teraz on jest ekonomem, a mojemu szwagrowi dali kwitek, albo u pani Runickiej, całym kluczem rządzi Niemiec, i ekonom Niemiec, i rachmistrz Niemiec i pisarz...
- No, a dlaczegóż tak?
- Ano... bo... - podrapał się w głowę - bo te bestie rachować umieją, a my nic a nic.
- Pan prosi! - zawołał w tej chwili kamerdyner na mówiących.
Odkaszlnąwszy, popatrzywszy z trwogą na siebie, poszli powoli na górę.