Kroczący wśród cieni. I przekroczył granicę - Jarosław Kukiełka

Kup ebooka

44.99 zł
33.44 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

1.

Mawia się, że cisza nadchodzi przed burzą.

Istnieją miejsca, w których nawet nikłe dźwięki nie powinny wybrzmiewać; gdzie każde przerwanie ciszy jest nienaturalne niczym gwałt. Zwierzęcy instynkt sprawia, że zwykle agresywny żbik szablozębny chowa pod siebie ogon i chyłkiem przemyka przez obszary, w których być może on sam stałby się ofiarą. Nawet dzieci podskórnie czują, że nie wszędzie śmiech i dokazywanie są wskazane.

Prawdziwa, głęboka i przejmująca cisza. Tak potrzebne doświadczenie, którego każdy człowiek choć kilka razy w życiu winien doznać po to, aby zmierzyć się ze sobą; aby usłyszeć samego siebie.

Do takich miejsc z pewnością należą prawdziwie wysokie góry, w których i dorosły, i dziecko, i zwierzę odczuwają respekt oraz pokorę wobec Natury. Dla niektórych mogłaby ona przyjąć chociażby formę Wielkiego Ojca i Matki, Trojaczków, Bóstwa czy innych bogów. Ciszę przerywają tu jedynie podmuchy wiatru, westchnienia podziwu lub krzyk ofiary, której instynkt podpowiada, że coś niebezpiecznego nadchodzi; skrada się, aby odebrać jej życie.

Tak też bywa w miejscach kultu i świątyniach, gdzie niezależnie od wyznania młodsi i starsi wierni przerywają ciszę jedynie na wezwania kapłanek i kapłanów, a zwierzęta poświęcane na ołtarzach mają ostatnią okazję do wyrażenia swoich nieistotnych sprzeciwów.

Istnieją też strefy nadzwyczajnego szacunku, miejsca śmierci i pochówku. Grobowce. Spalone lub pozbawione głów ciała, chowane płytko pod ziemią czy głębiej, w katakumbach, są czymś, co zwykle nie zachęca do wydawania głośnych dźwięków. Świadomość, że zmarli mogą wrócić jako powstańcy, skutecznie ogranicza wizyty nie tylko dzieci, ale i dorosłych, a i instynkt nakazuje zwierzętom unikanie takich obszarów.

Tym dziwniejsze były zatem hałasy, jakie dochodziły z komnaty grobowej, ukrytej głęboko w górze, pod zamkiem miasta Tin-Leve, stolicy Sevenii. Bolesne jęki, krzyki i błagania, zgrzyty oraz nieprzyjemne drapanie po skale zaburzały ciszę tego świętego miejsca pochówku niemal jak gwałt.

Nadchodziła burza.

2.

- Co ty tu robisz?!

- Tak witasz brata?

Merst przyjrzał się gościowi podejrzliwie. Braffen, arcykapłan Kościoła Żywych, zaskoczył go swoją wizytą. Trybun, mimo wielu napomnień, nie posiadał ochrony, jedynie dwóch służących.

- Mój lokaj... Czy Allof żyje? - zapytał Merst, dotykając umocowanego pod blatem biurka sztyletu.

- Nie ma żadnej potrzeby wyciągania tego czegoś. - Braffen powoli uniósł nieuzbrojone ręce. Jego pogodna twarz wyrażała niewinność. Oprócz Trybuna każdy dałby się nabrać.

Arcykapłan nie przybył w swoim oficjalnym, wielobarwnym stroju, a w czymś, co zanadto przypominało Merstowi przeszłość. Skórzane spodnie, wysokie buty, wełniany płaszcz, wszystko czarne, pasujące do krótkich włosów, mimo wieku dopiero siwiejących na skroniach. Był to strój sztukmistrza-zabójcy, choć Merst nie widział ani instrumentów, ani przypasanej broni.

- Zadałem ci pytanie. - Tylko trzy słowa, a zawarto w nich presję, zachętę i groźbę jednocześnie, aż Braffen pokręcił głową z podziwem.

- Twoje słowa nadal mają moc - szepnął ze smutną miną.

W tym momencie do pokoju zajrzał Allof.

- Czy szanowni panowie życzą sobie coś do picia?

Merst odetchnął z ulgą i spojrzał z niemym pytaniem na brata.

- Dla mnie kukurydziak.

- A dla mnie kufel piwa, Allofie. I przynieś też orzechy, wiesz, te, na których można połamać zęby.

Merst wskazał bratu puchaty fotel, a ten zapadł w niego z lubością. Nie czekali zbyt długo, ale nie zmarnowali nawet tak krótkiego czasu. Wykorzystali go na mierzenie się wzrokiem, pełnym wrogości i podejrzliwości.

Gdy w końcu służący postawił przed nimi napoje i wyszedł, Merst nie wytrzymał.

- Jeśli chcesz bawić się w gierki, to sobie daruj - powiedział gniewnie, po czym uniósł kufel w ironicznym toaście i pociągnął łyk. Sięgnął po orzech, twardą skorupę demonstracyjnie skruszył w dłoniach i wrzucił nasiono do ust.

- Dobrze - odparł Braffen, po czym umoczył usta w szklance z kukurydziakiem i z nie mniejszą sprawnością, wręcz z wypisanym na twarzy lekceważeniem poradził sobie z łupiną orzecha. - Zaatakowaliście Kościół. Chodziło wam o mnie. Wyjaśnisz?

- Muszę przyznać - powiedział po chwili Merst, a zdumienie w jego głosie było bezbrzeżne - że skala twojej bezczelności przekracza wszelkie moje wyobrażenia.

Arcykapłan zmrużył oczy i ponownie umoczył usta w szklanicy.

- Tak będzie wyglądać ta rozmowa?

- Czego ty ode mnie oczekujesz, co? - warknął trybun. - Mam ci zdradzić tajemnice państwowe? Po tym, co zrobiliście?

- Co "my" zrobiliśmy? - Spojrzenie brata nabrało ostrości. - Powtórzę, zaatakowaliście najświętszą z katedr, zabiliście naszych, a...

- Wiem, co się wydarzyło. Może więc po prostu powiesz, po co przyszedłeś?

Braffen westchnął przeciągle, po czym gwałtownie poruszył szyją w lewo i prawo. Merst bacznie obserwował twarz brata i widział na niej jakby... zakłopotanie? Niemal się uśmiechnął. Brat był tak zdolny, że nawet na torturach potrafiłby przybierać radosne miny.

- Chciałeś krótko. Dobrze. Może więc pora zapomnieć o przeszłości? I zacząć współpracować? Dla dobra Sevenii.

Trybun parsknął śmiechem, ale gdy się zorientował, że kapłan nie żartował, powoli ucichł. Jedną ręką podparł brodę, a palcami drugiej ręki zaczął rytmicznie uderzać o blat. Raz, dwa, trzy... dziesięć.

- Zapomnieć o przeszłości, powiadasz? - zapytał, a jego głos wibrował delikatnie, sugerując już nawet nie złość czy wściekłość, ale coś morderczego. - O tym, jak mnie zdradziłeś lata temu? O tym, co później zrobiłeś z Elle?! O tym, jak niedawno złamałeś umowę, jaką po twojej zdradzie zawarliśmy?

Mówiąc to, Merst wstawał powoli, a nienawiść wybrzmiewała już nie tylko w jego głosie. Grymas na twarzy był nawet dosadniejszy niż w wykonaniu mima. Lepszy, bo trybun nie musiał udawać targających nim emocji.

- Ja złamałem? - obruszył się arcykapłan. - Nie mówisz aby o sobie? Masz w ogóle pojęcie, do czego to zmierza? Myślisz, że kler po prostu biernie skłoni głowę pod pańskim batem i pozwoli wam...

- Jak w ogóle śmiesz do mnie przychodzić?! - przerwał mu trybun. - Po tamtym? I teraz? Uciekłeś do Kościoła po naszym odkryciu i po tym, co zrobiłeś Elle! A teraz wycierasz gębę dobrem Sevenii po zdradzie, jaką popełniliście ostatnio? W co chcesz mnie wciągnąć? Jesteś drugim najbardziej poszukiwanym człowiekiem w kraju. Powinienem cię aresztować w imieniu...

- Spróbuj tylko - mruknął arcykapłan, a zimna obojętność zmieniła jego oblicze w niepokojący obraz. Wstał i spojrzał bratu w oczy. - Szkoda. Popełniasz błąd i, jak zwykle, rządzi tobą zapalczywość. Nadal wierzysz w swoją legendę? Myślisz, że pozostałeś tym sprawnym oratorem-zabójcą Rehqu? Po tylu latach? Co, dziadku? Nigdy mi nie dorównywałeś. - Zawiesił na chwilę głos, po czym dodał z satysfakcją wypisaną na twarzy: - Elle to wiedziała.

Merst sapnął wściekle i poczerwieniał, ale odpowiedział beznamiętnym głosem mordercy, jakby kroił martwą już ofiarę.

- O nie, bracie. Ona widziała jedynie twoje oblicze mima i dała się mu zwieść. To ty popełniasz błąd, bo mylisz mnie z nią. Ja ci nigdy tego nie zapomnę, więcej już mnie nie oszukasz. I wiedz, że niedługo przyjdzie czas zapłaty. Za wszystko. Za grzechy sprzed czterystu lat i te niedawne. Bo choć myślisz pewnie inaczej, twój czas też przeminął. Żaden już z ciebie Lupir, dziadku. Teraz precz!

ROZDZIAŁ 1

1.

Hirret przyglądał się z niedowierzaniem dokumentowi. Pokręcił głową i przeniósł wzrok na Jarto.

- Jesteś tego pewien? - zapytał, unosząc list.

Młodzieniec wzruszył ramionami.

- Wygląda autentycznie, pismo podobne, data też ma sens w odniesieniu do tego, co wiemy.

Kanclerz odłożył papier na leżącą na biurku grubą teczkę, zasłaniając widniejący na niej napis. Sięgnął po paterę z kawałkami ciasta drożdżowego i wyciągnął ją w stronę pomocnika. Jarto odmówił, zdecydowanie kręcąc głową. Blizna na jego policzku, efekt nieudanego ataku na archikatedrę, mimo pudru nadal była czerwona i brzydka, ale przystojny mężczyzna znosił to z podziwu godną pogodą.

- Cóż - Hirret wgryzł się w miękką słodkość - nie jestem pewien, co o tym myśleć, a to rzadki stan. A ty?

Jarto ponownie wzruszył ramionami, a jego dłoń nieświadomie powędrowała do blizny. Wydawał się rozdrażniony.

- Morderca i skurwysyn.

- Ale jesteś wygadany - mruknął Hirret. - Przypomnij mi, za co wyleciał z Uniwersytetu Seveńskiego?

Jarto poprawił skórzany bezrękawnik, napinając wyrzeźbione mięśnie. Od czasu porażki w archikatedrze poświęcał jeszcze więcej czasu treningom, co złościło Hirreta, gdyż młodzieniec miał zbyt bystry umysł na odgrywanie roli prostego osiłka.

- Oficjalnie za nadmierne zainteresowanie spoiwem. - Jarto potarł nagie ramiona, zerkając w stronę kominka, gdzie tylko popiół przypominał o ogniu. Dwa ogrzewające pomieszczenia kawałki oklanu ledwie starczyły, aby było tu znośnie. - W rzeczywistości za obrażanie dziekana. Pokłócili się w kwestiach jakichś chemicznych doświadczeń, po czym wyszło, że pyskacz miał rację, co strasznie wkurwiło starego, mściwego piernika.

Kanclerz wstał i podszedł do okna. Z zamkowej wieży rozciągał się piękny, ale i ponury widok. Tin-Leve, urocze i tajemnicze jednocześnie miasto o pięknej architekturze, którą podziwiali przyjezdni, i ciemnych, wąskich uliczkach, w których nierzadko znajdywano ich zasztyletowanych. Nadciągające chmury zwiastujące pierwszy śnieg jeszcze nie przesłoniły widoku na archikatedrę i arcybazylikę. Ciekawe, czy stamtąd ktoś nie patrzy w stronę zamku?

Dmuchnęło, aż zadrżała szyba. Zdaje się, że zima przyjdzie w tym roku szybciej, niż ktokolwiek zakładał, bo po zaledwie trzytygodniowej, wyjątkowo ciepłej jesieni.

- On trochę za często ma rację, nie sądzisz? - podjął kanclerz.

- Jak dla mnie znaczy to tylko tyle, że lepiej mieć go po swojej stronie - odparł rzeczowo Jarto, czym zirytował Hirreta.

- Zamordowanie własnej rodziny. Mamy teraz dobrego haka na tego mistrza świata w posiadaniu racji - rzucił Hirret od niechcenia. Zerkając na nowy dokument, przyglądał się z zaciekawieniem pomocnikowi.

- Niby tak, ale czy ten hak jest nam do czegokolwiek potrzebny?

Kanclerz prychnął, jednak młodzieniec miał rację. Zresztą Jarto był prawie taki sam jak... tamten i też rzadko się mylił. Przeliczył się chyba jedyny raz, podczas ataku na archikatedrę. Tylko kto wtedy miał rację? No kto?!

- Ty zgrzytasz zębami? - zapytał przesadnie niewinnym tonem Jarto.

- Nie! - warknął Hirret. - Zastanawiam się jedynie, dlaczego nie przejął włości? Mógł tam zostać.

Kpiący wzrok Jarto nie wymagał komentarza. Hirret czuł narastający gniew, ale w końcu odpuścił. Westchnął ciężko i ponownie usiadł za biurkiem.

- Jasne, list babki potwierdza wcześniejsze doniesienia szpiegów, że zabójstwo było masakrą dokonaną w afekcie. Nikt tak nie morduje dla władzy i włości. To jakaś chora zemsta. Niemniej jednak zabił, a szpicle z Ptasich Wysp nadal szukają mordercy. Chyba jest nawet jakaś nagroda. Jak myślisz, warto?

- O co ci chodzi? - zapytał ostro Jarto, rozsiadając się wygodniej. - Jeszcze niedawno powstrzymywałeś mnie przed zabiciem go albo chociaż daniem mu w mordę. Do czego zmierzasz?

Hirret nie odpowiedział. Po chwili wstał i znowu podszedł do okna. Nie chciał się przyznać, ale ostatnio towarzyszył mu... strach. Przeszył go ziąb; zadrżał, a pot wystąpił mu na czoło. Spojrzał w stronę kominka i zamarzył o ogniu, jego cieple, które odpędzało grozę.

Tamte oczy, w których błysnął fiolet, wtedy, gdy wskoczył na stół... Krzyk, straszny, wibrujący, jakby kilka głosów. Przerażenie Jasty, niepewność strażników. Paskudne poczucie, że on ukrywa coś parszywego i tak mrocznego, że nawet Hirret, grzebiący codziennie w szambie donosicieli, złodziei i morderców, pocił się ze strachu na myśl o odkryciu tej tajemnicy.

Wiedział, jak potraktował tę staruszkę i jej przyjaciela, więc groźba, którą usłyszał od tego mordercy, wracała do niego każdej nocy. Hirret przeżył dwa zamachy na swoje życie, grożono mu chyba codziennie i jakoś do tej pory zanadto nie martwił się o siebie. Do teraz. Te oczy, ten fiolet...

Wzdrygnął się mimowolnie, zły, że bystry Jarto z pewnością to zauważył.

- Zimno tu coś - mruknął bez przekonania, chcąc zamaskować lęk, po czym dodał mimochodem: - A, byłbym zapomniał. Zajmij się przeniesieniem tej babuleńki do cel dla arystokracji w zamku. Nie jest już nam potrzebna, a ma swoje lata. Możemy zapewnić jej godziwsze warunki. Ciepło, wodę i dobrą strawę.

Jarto zmrużył oczy, spoglądając na przełożonego, który nadal wyglądał przez okno. Zdaje się, spadło kilka pierwszych płatków śniegu. Najkrótsza jesień ostatnich lat. I najdziwniejsza.

Młodzieniec po chwili wzruszył ramionami.

- Wydam rozkazy strażnikom. Coś jeszcze?

- Co z Zahanem?

- Najprawdopodobniej skutecznie nam uciekł. Mieliśmy trop, tyle że zabił jeszcze jednego z naszych i przepadł. - W głosie Jarto zabrzmiała nuta złości i wstydu.

Kanclerz nie zamierzał karcić podwładnego. Do niedawna sam uważał Zahana za lojalnego i skutecznego człowieka.

- Jak będziesz już mieć raporty szpiegów lub jakiekolwiek wieści o naszym ptaszku, wróć do mnie. Tymczasem to wszystko.

Jarto wstał energicznie, oszczędnie skinął głową i wyszedł.

Hirret westchnął, długo i przeciągle, zastanawiając się, jak przebiega misja poszukiwawcza. Doszedł do wniosku, że ptaszek wie zbyt dużo. Tak, to właśnie ten powód, nie te oczy... Niezależnie od wyników trzeba będzie go zlikwidować. Ale o tym nie powinien wiedzieć nikt, nawet Jarto. Zwłaszcza on. Nie tylko dlatego, że to zbyt dobry chłopak. Młodzieniec mógł mieć do sprawy zdecydowanie bardziej osobisty stosunek, a w przypadku sukcesu mogła zaślepić go wdzięczność.

Kanclerz podszedł do biurka i ponownie podniósł dokument, odsłaniając widniejący na teczce napis.

"Vartik Luperi".

2.

- My tu umrzemy, prawda? - zapytała znowu Rahne, szczękając zębami, nie wiadomo, czy bardziej z zimna, czy ze strachu.

Kavel milczał, pozwalając Sueziance wtulać się w siebie. Miała zdarty od krzyków głos i cała drżała. Tropiciel nie potrafił określić, ile czasu spędzili w grobowcu Ahleda, ale głód i pragnienie stały się nieznośnie.

W końcu przestał walczyć z klaustrofobią. W początkowych chwilach paniki nieświadomie się pobili, próbując jednocześnie spychać, kopać i drapać pokrywę, rozbijać ściany i krzyczeć. Krzyczeć tak, że niemal ogłuchli od własnych wrzasków.

Wielokrotnie uderzone łokciami kobiety żebra i twarz rwały nieprzyjemnie. Całe ciało, zmaltretowane przez powstałego z martwych ducha, błagało o wytchnienie. Długi pobyt w wymuszonej pozycji w lodowatym grobowcu wywoływał bolesne skurcze, które coraz trudniej było zwalczać.

Korzystając z krótkiej przerwy w walce z Rahne, próbował zebrać myśli. Wiedział, że za modlitwę, góra dwie, Suezianka znowu zacznie szarpaninę, krzyki, bicie i drapanie. Czuł specyficzny miedziany zapach. Podejrzewał, że oboje krwawią z poobcieranych kończyn oraz z ran, których nabawili się od fragmentów popękanego kryształu, jaki wcześniej chronił ciało Ahleda.

Nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Jakiekolwiek próby ucieczki z tego miejsca spełzały na niczym. Łapał się na tym, że jego umysł błądzi, wspominając różne zdarzenia z życia. Czy to już majaki? W sercu Kavla zamieszkało bolesne zwątpienie. Wiedział, że to koniec, ale jednocześnie odrzucał czekającą na nich grozę tego końca.

"Zatem żegnaj, tropicielu. To był miły czas, który razem spędziliśmy, w zamian dorzucam ci kobietę, źródło przyjemności fizycznej, ciepła, a może i... jedzenia".

Słowa Ahleda uderzały w niego co kilkadziesiąt oddechów. Powiedział, że da mu czas. Może... Może on chce wrócić? Może go wypuści?

"Nas!" - poprawił się w myślach, czując nagłą ekscytację. Może jeśli przeżyje wystarczająco długo...

Drgnął. Chciał zerknąć w stronę Rahne, ale się bał, że pobudzi ją do działania. Zresztą było ciemno, więc i tak nie zobaczyłby niczego. Nie wiedział, czy chce widzieć. Jej przerażone spojrzenie? Wypisane na twarzy błaganie? A może coś morderczego? Bogowie, ona też słyszała radę ducha! Co zobaczyłaby w nim? A co on w niej? Kawałek jedzenia? Bogowie! O czym on... Jak mógł w ogóle tak myśleć?!

A przecież nie tkwili tu wcale tak długo... O bogowie!

Prawie załkał, ale resztkami woli powstrzymał spazm, a głowa natychmiast podsunęła pomysły. Może Ahled go testował. Może chciał, żeby przeżył? Może...

Gówno! Ten zdradziecki skurwiel pogrzebał ich żywcem!

Ale może wróci? Może wystarczy poczekać wystarczająco długo?

Nie! Niczego takiego nie sugerował!

A właśnie że tak! Mógłby pić jej krew i żywić się...

Nie! Pogódź się z tym, że zdechniecie tu z głodu, a jeśli los będzie łaskawy, to zimno zabierze wam czucie i życie!

Nie! To nie może się tak skończyć! Nie! Beznadzieja i...

Nagły skurcz wyrwał go z myśli i Kavel gwałtownie szarpnął nogą, stękając z bólu. Przestraszona Rahne, która chyba przysnęła, poderwała się i uderzyła głową w pokrywę grobowca. Jęknęła.

- Co się stało? Kavel! Czemu milczysz?! Mówię do ciebie!

- Nie nazywaj mnie tak! - warknął, czując potężną falę gniewu gwałtownie zalewającą jego umysł, serce i ciało. - Mam na imię Vartik!

- Jakie to ma teraz znaczenie?! - Ton Rahne był równie wściekły jak jego własny.

- Ma! Wystarczyło nie wracać, skoro już spieprzyłaś za tą idiotką! I nie byłoby problemu! Nie miałabyś żadnych problemów! - wrzasnął, strząsając ją z siebie.

- Jasne, bohaterze! Przecież świetnie sobie radziłeś i nie potrzebowałeś żadnej pomocy! Wiecznie sam, byle wykorzystać innych do własnych celów!

- A żebyś wiedziała! Ty i ta twoja siostrunia pierdolnięta! Mogłaś z nią uciec! Nie miałabyś teraz powodów do narzekań!

- Mogłam! Bo rzeczywiście jesteś jak każdy inny facet! Bezwartościowy! Słaby! I tchórzliwy!

Krzycząc, uderzała go w twarz, raz, drugi, trzeci.

Wściekłość w nim eksplodowała. Rycząc jak zranione zwierzę, złapał jej rękę z myślą, że połamie suce kości. W chwili gdy jej dotknął, doznał olśnienia.

"To jest to!" - pomyślał z nagłym przejęciem.

Gniew, złość, nienawiść. Przerażenie! Spontaniczne Związanie, którego oczywiście już próbował wcześniej, wymagało wielu negatywnych uczuć. Wyparcie nie pozwoliło mu na to, ale w tej chwili...

Ścisnął rękę Suezianki, aż ta syknęła. Później pozwolił jej wyrwać dłoń. Zaczęła go tłuc, kopać i wrzeszczeć jeszcze bardziej, a on poddawał się narastającemu, potężnemu gniewowi, odrzucając dekoncentrujące go pytanie, czy w chwili Związania nie zamorduje Rahne z zimną krwią.

Nic. Żadnego poczucia, że nadchodzi coś mrocznego, coś, co pozwalało mu nabrać siły kilku ludzi. I za kilku obrywać.

Naraz sobie przypomniał. Ahled powiedział, że bez jego obecności straci tę umiejętność. Dopiero teraz zrozumiał, że ten parszywiec nie kłamał.

- Pierdolę! - stęknął, a Rahne przestała go tłuc.

Detektyw załkał cicho. Do tej chwili chciał się łudzić, że zawsze znajdzie rozwiązanie i ochronę w postaci dobrowolnego oddania się cieniom. A ten skurwiel pozbawił go nawet tego!

- Kavel...

- Nie mów tak do mnie - szepnął. - Nazywam się Vartik.

- Vartik, dobrze... Vartik... Ja tylko chciałam...

- Rahne - przerwał jej bezwzględnie - mamy ostatnią szansę. Nie wierzę zbytnio, że cokolwiek z tego wyjdzie, ale nic innego już nie przychodzi mi do głowy. Albo spróbujemy, albo... będzie z nami źle.

Kobieta milczała chwilę.

- Co chcesz zrobić?

Słyszała, jak Vartik oddycha coraz szybciej.

- Mam w sztucznym zębie ukryty kawałek spoiwa. Spróbuję się Związać, ale szansa, że jakikolwiek cień zaglądnie akurat tu, do sarkofagu...

- Nie! - krzyknęła. - Nie chcę, nie rób tego!

- Co? - Tropiciel nie rozumiał.

- Wszystko, co nas spotkało, to właśnie przez cienie, duchy i twoje wiązania! Nie zamierzam patrzeć, jak się tu rzucasz w strachu, albo może nawet...

- Uspokój się! To nasze jedyne wyjście, rozumiesz? Zdajesz sobie sprawę, co nas czeka?

Rahne chciała go zwyzywać, ale nie potrafiła. Chciała mu powiedzieć, że woli umrzeć wtulona w niego, niż się go bojąc. Ale strach przed tym, że ta śmierć wcale nie zapowiadała się na piękną i romantyczną, nie wypuszczał jej ze szponów. Już wielokroć żałowała impulsywnego powrotu i odrzucała wszelkie spontaniczne uczucia, jakie wtedy nią pokierowały.

Nadzieja. To w niej kiełkowało. Pani Wiedzy, jej bogini, nigdy nie pozwalała się poddawać. Także teraz, choć Rahne niedawno odrzuciła myśl, że siostra po nią wróci. Sama nie widziała jakiejkolwiek drogi ucieczki. Może jemu się uda? Jak w więzieniu?

- Wiem - wycharczała w końcu. Gardło bolało ją od krzyków i kaszlu. - Wybacz mi, ale ja nawet cię biłam... Podświadomie liczyłam, że może coś w tobie to wyzwoli, chociaż... to mnie przeraża. Rób, co musisz.

"Nawet teraz mną manipuluje!" - pomyślał Vartik z zaskoczeniem i rezygnacją jednocześnie.

Sime nie mogła tego widzieć, ale mężczyzna w końcu skinął głową. Wziął kilka głębszych oddechów, westchnął długo i ciężko, po czym zaczął pracować szczęką, aż nieprzyjemny trzask pękającego szkliwa dotarł do uszu Suezianki.

Wyspiarz zaniósł modły do bóstw, w które nie wierzył, przegryzł wewnętrzną część policzka, językiem przeturlał wydobyty ze sztucznego zęba kawałek spoiwa, by umoczyć go w krwi, i połknął.

Zimny chłód spłynął mu do przełyku. Zamknął oczy i, myśląc o tkwiącej w łapskach Hirreta babci, oczekiwał na mgłę.

3.

Gdy skostniałą i osłabioną Berrę wyprowadzono na ulice Tin Leve, aż nią trzęsło ze strachu. Była pewna, że jest prowadzona na szubienicę, choć niespodziewany napływ uprzejmości ze strony strażników nieco ją zaskoczył.

Pozwolili jej się obmyć, przebrać i zjeść. Teraz czterech milczących mężczyzn prowadziło staruszkę między sobą. Nie skrępowali jej rąk, ale obwiązali w pasie sznurem, którego drugi koniec trzymał jeden z odprowadzających. Jasne, jakby mogła im uciec.

Zbliżała się północ, Tin-Leve pokrywała cienka warstwa śniegu. Kilka pobliskich latarni męczyło odzwyczajony od jasności wzrok Berry, choć niektóre były zniszczone, a oklan z pewnością skradziono. Lodowaty wiatr przenikał opończę, którą na nią narzucili. Ledwie szła, tak wycieńczył ją pobyt w lochu. Dodatkowo serce mroziło jej wspomnienie strasznej śmierci Dorrika i kilku następnych koszmarnych dni.

Przyjaciel jak obiecał, tak zrobił. Nie wrócił jako powstaniec. W końcu zabrali z celi cuchnące zwłoki i przestali się pastwić nad staruszką. Berra nie miała pojęcia, jakim cudem przeżyła to wszystko. Jej serce też uważało to za cud. Pewnie miało z tym coś wspólnego odkrycie, że to nie Kościół za tym stoi, tylko władze miasta. Niedowierzanie szybko przemieniło się w potężny gniew. Przecież wnuk im pomagał! Jak oni mogli?! A może... Czyżby Kavel narozrabiał i podpadł kanclerzowi?

Ale mimo wszystko! Jak w taki sposób mogą postępować ci, którzy mieli stać na straży porządku? Porywać starych ludzi, bić, mordować, pastwić się?!

"Niestety, zagrożenia, z którymi aktualnie musimy się mierzyć, wymagają specjalnych środków" - wspomniała mądrości wygłaszane przez strażnika. O co w tym wszystkim chodziło?

Dziś, gdy ją zabierano, nikt nie powiedział ani słowa i miała obawy, że najgorsze dopiero przed nią. Może mycie i jedzenie to ostatni gest dobrej woli przed egzekucją?

Szli. Berra, choć znała miasto dość dobrze, miała problem ze zorientowaniem się w położeniu, głównie dlatego że kilkukrotnie zmieniali poziom na wąskich i śliskich schodach, a teraz skręcili w nieoświetlone uliczki. Co więcej, nigdzie nie było widać ludzi. W niektórych dzielnicach Tin-Leve zawsze ktoś wędrował, niezależnie od pory dnia i nocy. Okolice portu, ale też górne miasto, a niewątpliwie gdzieś tu się znajdowali, żyły i handlowały właściwie bez względu na pogodę.

- Daleko jeszcze? - zagaiła, ale nikt nawet na nią nie zerknął. Zwolniła, napinając sznur. - No pytam tylko, bo słabnę!

Trzymający linę szarpnął tak mocno, że Berra ledwie utrzymała równowagę.

- Ostrożnie! - warknął ostro ktoś za nią. - Włos nie może spaść jej z głowy!

Aha. Ciekawe. Nie zdążyła wiele pomyśleć, gdy pchnięto ją i ruszyli naprzód. Minęli duży budynek z szyldem szłomnika i wyszli na niewielki plac ze studnią pośrodku. Kobieta rozpoznała to miejsce. Niedawno znajdował się tu targ nici i włókien, czasem zwany kobiecym. Teraz jednak, choć nikt nie handlował, ludzi nie brakowało.

Eskorta stanęła jak wryta, zaskoczona liczbą osób o tak później porze. Stało tam blisko trzydziestu mężczyzn i cztery kobiety. Wszyscy umilkli, obrzucając władzę wrogimi spojrzeniami.

- Co to za zbiegowisko? - krzyknął jeden ze strażników, próbując przejąć inicjatywę i zdominować motłoch. - Natychmiast się rozejść.

Ludzie zaszemrali, a w dłoniach zaczęły pojawiać się pałki i kamienie. Ktoś przepchnął się między nimi.

- Proszę, proszę - powiedziała niewysoka kobieta w czarnym płaszczu z kapturem. Wzięła się pod boki i stanęła tak, aby mieć na oku przybyszy i zgromadzonych. - Ledwie przyszli mordercy i już chcą nam polecenia wydawać! Pozwolicie im na to?

- Nigdy! Zdrajcy! - krzyknął ktoś z tłumu.

Sznur szarpnął Berrą, ale ta nie poddała się od razu. O co tu chodzi? Widziała, jak ludzie się szturchają i rozbiegają w boczne uliczki, jakby uciekali.

- Pycha sprowadzi na nich zgubę! Całymi latami dawaliście im się zwodzić, wierzyliście, że chcą dla wszystkich dobrze. Co z tego wyszło? Co?!

- Zdrada! Morderstwo!

Zszokowana Berra patrzyła na tę scenę. O co chodzi? Coś istotnego musiało ominąć ją podczas pobytu w lochu kanclerza. Ta w czarnym ubraniu, wyrażająca się jak kapłanka, kontynuowała:

- Spójrzcie! Jedną z kapłanek prowadzą na śmierć! Uwolnić ją! To czas zapłaty! Odwaga jest po waszej stronie! Nie pozwólcie im uciec! - wrzasnęła mówczyni, zrzucając kaptur. Młoda, gniewna twarz przeraziła Berrę, ale nie tylko ją.

Zebrani z rykiem rzucili się w ich stronę. Serce niezdolnej do działania Berry zwolniło. Strażnicy wyszarpnęli miecze, ciągnęli linę, krzyczeli, jednocześnie próbując się wycofać. Szybko się okazało, że zostali otoczeni przez tych, którzy początkowo udawali ucieczkę.

Coś szarpnęło staruszką, uderzyła twarzą w mur. W tym zimnie ból był nieznośny. Odepchnęła się z jękiem i po chwili zrozumiała, że jest wolna. Już nikt nie trzymał drugiego końca opasającego ją sznura, a ludzie wokół tłukli kogoś leżącego, jakby oszaleli. Błagania o litość powoli słabły.

Karminowa plama zniszczyła nieskazitelność śniegu. Tłum ryczał jak stado zwierząt i nie zamierzał wstrzymać wymierzania kary. Oniemiała Berra wciąż nie wiedziała, co robić; trzymała się za zakrwawioną twarz, gdy ktoś szarpnął jej rękę.

- Uciekajmy, chodź!

Posłusznie ruszyła za głosem i ciepłem, które poczuła w dłoni.

4.

Na wolności nawet nieszczególna owsianka smakowała wybornie niczym rarytas mistrzów kuchni z Ptasich Wysp.

Młoda kobieta bez jednego ucha przyglądała się staruszce z sympatią. Berra ją kojarzyła. Raz czy dwa kupowała u niej nici, pytała też o kalectwo, ale nigdy nie poznała odpowiedzi.

- Obiecuję - powiedziała Berra - że przy następnej okazji kupię wszystkie pani nici, mimo zbójeckich cen.

Oblicze dziewczyny spochmurniało.

- Nazywam się Darna i może pani tak do mnie mówić - odpowiedziała. - I dziękuję, ale pewnie już nigdy nie wrócę do handlowania. Nie po tym wszystkim.

- To przykre, współczuję, ale... ostatnio trochę mnie ominęło. Wyjaśnisz, co się dzieje w mieście? A, i mów mi... Anti.

Darna spojrzała na Berrę z pobłażaniem, poprawiając włosy tak, aby zasłonić ucho.

- Nie musisz traktować mnie jak idiotki, Anti. Widziałam, w czyich łapskach tkwiłaś. Początkowo dałam się zwieść, też myślałam, że jesteś kapłanką, ale miło wiedzieć, że pomogłam jednej z klientek.

Staruszka milcząco skinęła głową. Pustą miskę odsunęła w stronę gospodyni, po czym sięgnęła po kubek z cienkim winem i uniosła go w toaście. Upiły po łyku, po czym Darna poprawiła się na krześle i ponownie zagarnęła włosy na bok głowy.

- Władze zaatakowały archikatedrę - powiedziała w końcu drżącym głosem, a każde kolejne słowo wypowiadała coraz głośniej. - Zabijali kapłanów bez powodu, rozumiesz? Kościół jest integralną częścią Sevenii, pewnie całej Iwinterii. Chroni nas przed złem w postaci powstańców i cieni! Jak oni mogli to zrobić?!

Berra nie odpowiedziała. Gdyby nie zdarzenia na kobiecym targu, miałaby problem z uwierzeniem. Zastanowił ją również wyszukany sposób wyrażania się dziewczyny, daleki od prostego kupieckiego języka. Od Kavla wiedziała też, że Kościołowi daleko było do świętości. Znalazła się na grząskim gruncie. Musiała uważać na słowa, bo może wpaść z deszczu pod rynnę. Jednak gdy wspomniała, co zrobili Dorikowi i jej...

- Władza to straszne skurwysyny - powiedziała dobitnie. - Mam nadzieję, że ich wszystkich szlag trafi. Tylko po co w ogóle ten cały atak?

Handlarka spojrzała na nią łaskawiej, ale jej oblicze szybko spowił smutek.

- Ponoć polowali na arcykapłana. Ale nie udało się im, ponieśli srogą klęskę, stracili kilkudziesięciu ludzi. Teraz próbują tuszować sprawę, a my na to nie pozwalamy!

Berra ledwie się powstrzymała przed pełnym niedowierzania pokręceniem głową. Takie informacje z pewnością nie powinny być ogólnodostępne, niezależnie od mocy plotek. Coś się tu nie zgadzało.

- Skąd o tym wszystkim wiesz?

Darna chwilę wykręcała nerwowo palce, po czym opróżniła kubek wina.

- Tylko się nie śmiej, bo wiem, co sobie pomyślisz - rzuciła zaczepnie, ale zaraz ściszyła głos, jakby ktoś mógł ich podsłuchać. - Mogłabym kłamać, że całe miasto o tym mówi, ja mam jednak informacje z pierwszej ręki. Mój ojciec jest kapłanem i został ranny podczas ataku na archikatedrę.

Berra się nie zaśmiała. Wiedziała doskonale, że choć kapłani i kapłanki powinni żyć w celibacie, nierzadko zaniedbywali ten obowiązek. Kler zazdrośnie strzegł tych tajemnic, ale i ona, i Kavel mieli swoje dojścia.

- Przykro mi - powiedziała w końcu Berra.

- Niepotrzebnie - odparła sucho dziewczyna. - Niemal nie utrzymywaliśmy kontaktów, choć pomagał mi z wykształceniem i finansowo. Tylko dzięki niemu stać mnie po śmierci matki na to. - Darna wskazała wnętrze niewielkiego mieszkanka. - Tak więc gdy mi doniesiono, że ranny ojciec przebywa w szpitalu, przełamałam się i poszłam porozmawiać. Oberwał w głowę i głównie bredzi, ale ma przebłyski, kiedy zaczyna mówić z sensem.

Berra spoglądała na skrzywioną w niechęci twarz rozmówczyni, zastanawiając się nad jej rzeczywistą relacją z kapłanem.

- Ale dość o mnie, Anti - przerwała jej rozmyślania Darna. - Dlaczego wpadłaś w ręce straży?

Staruszka była przygotowana na to pytanie.

- Gadali coś o szpiegowaniu, nie miałam pojęcia, o co im chodzi, ale wzięli mnie na postronek.

Dziewczyna pokiwała głową ze zrozumieniem.

- A co zamierzasz?

Proste pytanie niemal wstrząsnęło Berrą. Do tej chwili odtrącała je, choć wiedziała, że przyjdzie chwila, gdy będzie się musiała z nim zmierzyć. Tyle że jeszcze nie była gotowa.

- Ja... nie wiem - odparła niepewnie. - Jeśli pozwolisz mi tu przenocować, to będę wdzięczna. Jutro pewnie wrócę do siebie.

Wcale nie miała pewności, czy ma gdzie wracać. Co się działo z Kavlem? Czy ich dom był jeszcze bezpiecznym miejscem?

- Zamiast wdzięczności chętnie przyjmę pomoc - oznajmiła Darna, patrząc na nią z napięciem. - Jeśli zaniesiesz jutro mojemu ojcu paczkę do szpitala, będziemy kwita. Możesz nawet zostać u mnie na kolejną noc. - W głosie dziewczyny pobrzmiewała bezradność. Jakby się tłumaczyła. - Wiesz, nie mogę na niego patrzeć, a jeszcze teraz, gdy się jąka i sepleni... Wiem, to okrutne, nic nie poradzę, że właściwie go nienawidzę. Chcę mu pomóc, ale poza tym muszę pracować. Mam zaległości.

Berra w końcu niemrawo skinęła głową. Nie uśmiechało jej się być posłańcem i pakować się kapłanom przed oczy, ale doszła do wniosku, że straż będzie szukać jej pewnikiem w jej własnym domu. Może więc warto przeczekać tu kilka dni? W tym czasie przemyśli, jak pomóc wnukowi.

- Dobrze. Opowiedz, co dokładnie mam zrobić. Tylko zanim zaczniesz mówić... Masz może peri-tori?

5.

Mgła nadeszła, ale coś było nie tak. Świat nie powyginał się w oszalały, surrealistyczny sposób. Vartikiem szarpnęło, raz, drugi, a po chwili zakręciło nim jak na karuzeli. Co gorsza, poczuł się, jakby z niej wypadł.

- CO TO?! - rozległ się potężny głos, jakby zewsząd.

Oszołomiony tropiciel nasłuchiwał, jednak dźwięk się nie powtórzył. Wstał, rozejrzał się, a wtedy zrozumiał... Nie, nie rozumiał... To, co zobaczył, wstrząsnęło nim. Serce zaczęło mu walić jak oszalałe, a oddech gwałtownie przyspieszył. Znalazł się... poza grobowcem! Jak to możliwe? Co tu... Jak?!

Przez chwilę nie był w stanie nawet drgnąć ze zdumienia. Dopiero po kilkunastu oddechach potrząsnął głową. Rozejrzał się i choć mgła nadal mu towarzyszyła, nie miał wątpliwości, że to komnata grobowa Ahleda. Kryształowa ściana niezbicie tego dowodziła. Musiał być zmierzch lub świt, bo niewiele światła wnikało do wnętrza, ale Vartik widział zaskakująco dobrze. Spojrzał na miejsce dawnego pochówku tego przeklętego ducha i stężał, jakby coś sobie przypomniał.

- Rahne? - zapytał. Najpierw cicho, prawie nieśmiało, ale po chwili ponowił głośniej: - Rahne? Jesteś tam?

Miał wrażenie, że słyszy jakieś stłumione dźwięki i to zmobilizowało go do działania. Rozruszał barki, zadziwiająco lekkie po tak długim przebywaniu w zimnie, w wymuszonej pozycji, po czym przyjrzał się pokrywie sarkofagu, rozważając, gdzie pchać. Wiedział, że nie będzie łatwo, pewnie nawet sam nie da rady, ale musiał spróbować.

W końcu ustawił się odpowiednio, nastawił dłonie, aby oprzeć się o wieko i...

Przeleciał przez sarkofag i wypadł po drugiej stronie, zataczając się i łapiąc równowagę. Biedne serce znowu szalało mu w piersi. Vartik spojrzał z niedowierzaniem na dłonie, później przeniósł wzrok na sarkofag. Zbliżył się na krok i powoli, z rozmysłem, ale jakby ufając samemu sobie, położył rękę na pokrywie. Wciągnął powietrze i pchnął.

Dłoń zanurzyła się w kamieniu, jakby ten zrobiono z otaczającej go mgły.

- Na wszystkie... - Chciał przekląć, gdy gwałtownie cofał ręce, ale właściwie odjęło mu głos. Próbował się skupić i przemyśleć sprawy, których właśnie doświadczał, ale to wszystko... Do cholery! To było nierealne!

Co się stało? Zażył spoiwo. Pojawiła się mgła i teraz powinien bezskutecznie oczekiwać w grobowcu, leżąc koło Rahne, na pojawienie się jakiegoś cienia, na co w tak starym miejscu nie było właściwie szans.

Tymczasem... wypadł? Wypadł z tego wielkiego, przeklętego sarkofagu? A w tej chwili potrafił przekładać ręce przez ściany niczym...

Zmroziło go. Czyżby on...

Szarpnął się, wziął głęboki wdech, po czym ostrożnie zbliżył twarz do pokrywy. Odrzucając poczucie robienia strasznej głupoty, spróbował przełożyć głowę przez pokrywę grobowca. Poczuł nienaturalny chłód, ale już po chwili widział ciemne wnętrze sarkofagu.

- Kavel, nie umieraj, proszę! Nie zostawiaj mnie samej! Błagam!

To nie łkający szept Rahne postawił mu wszystkie włosy na sztorc. Tym, co go tak przeraziło, był widok własnego bladego ciała z otwartymi, mieniącymi się fioletem oczami.

Mimowolne szarpnięcie wyrwało go spod pokrywy. Zrobił kilka niezdarnych kroków do tyłu i runął na kamienne płyty. Gdy leżał, spłynęła na niego irracjonalna myśl. Dlaczego nie zapada się w ziemię?

Ledwie to pomyślał, a jego ciało zanurzyło się w posadzce. Wrzasnął i zaczął młócić rękami jak topielec. Nie miał pojęcia jak, ale udało mu się po chwili stanąć na drżących nogach.

Wtedy szokujące podejrzenie nabrało kształtu, skrystalizowało się niczym sól na sznureczkach. Kształt, choć widoczny, nie był jednak w pełni zrozumiały.

Vartik nie wiedział, jak inaczej to wszystko wyjaśnić, ale zdaje się, że na skutek zażycia spoiwa stał się... cieniem.

6.

Berra szła przez szpitalną salę powoli, dźwigając niezbyt wielki, ale ciężki tobół z jedzeniem i ubraniami. Wypatrywała opisanego przez Darnę mężczyzny, bo kapłanka Syna Paresa, boga lenistwa, która tu urzędowała, mówiła wyłącznie o tym, że choć wiekowa, nie powinna oczekiwać łatwych odpowiedzi.

W końcu staruszka odnalazła mężczyznę z charakterystyczną łysiną nad uchem, będącą śladem po dawnym urazie. Opasający głowę bandaż na tyle odsłaniał to miejsce, że nie mogło być mowy o pomyłce. Dodatkowo walająca się pod pryczą szata z białą naszywką dowodziła kapłańskiego stanowiska pacjenta.

Mężczyzna miał zamknięte oczy i ciężko oddychał. Bladą twarz pokrywały krople potu, a wyschnięte i spękane usta prosiły o kroplę wody.

- Panie? - zagaiła Berra, ale nie doczekała się jakiejkolwiek reakcji.

Przez chwilę chciała potrząsnąć mężczyzną, ale doszła do wniosku, że to nic nie da. Postawiła tobół koło łoża i już chciała się odwrócić, gdy spostrzegła, że jego ręce i nogi są przywiązane do ramy łóżka. Zmoczyła leżącą obok szmatkę w misie z wodą i przetarła suche usta oraz spocone czoło, mocząc przy okazji bandaż. Prawie podskoczyła, gdy ujrzała wpatrujące się w nią intensywnie piwne oczy.

- Kim jesteś, o piękna? - zapytał zaskakująco wyraźnie kapłan.

- Widać, żeś solidnie oberwał w głowę, skoro pięknością raczysz mnie nazywać - warknęła przestraszona Berra. - Ewentualnie twoja bogini, Belesa, sprawiła, że doszczętnie zdurniałeś. Przyniosłam ci kilka rzeczy.

Kapłan, co dziwne, tylko uśmiechnął się z wysiłkiem.

- Darna cię przysłała, prawda? Powiedz jej, że wyrosła na wspaniałą i piękną kobietę. Jestem z niej dumny, kocham ją i... achhhh! - Westchnął przeciągle i zwiotczał.

Naraz szarpnęło nim potężnie, wierzgnął, wygiął się w łuk. Przerażona staruszka cofnęła się o krok, a mężczyzna krzyknął potężnie:

- Za urodą podążacie, na własną zgubę! Piękno przemija, spójrzcie tylko na tę staruchę! Sflaczała twarz, piersi, brzuch! Dobrem trza żyć, tego Belesa od was oczekuje! O, patrzajcie! Już biegnie tu służka tego lenia, Paresa, prawdy zdzierżyć nie może, że i ją starość czeka! Zaraz mnie...

Kapłanka dopadła szarpiącego się pacjenta, ścisnęła mu usta i wlała coś do gardła, po czym zatkała nos. Ten gulgotał chwilę, dławił się i prychał, aż w końcu przełknął płyn.

Struchlała Berra wycofywała się krok za krokiem. Czuła napływające do oczu łzy. Do cholery, wiedziała, ile ma lat, wiedziała, że młodsza nie będzie! Starała się, dbała o siebie, szczególnie o włosy. Dlaczego tak zabolały ją słowa tego klechy? Zaczęła się sypać.

Nie! Nie może się teraz rozkleić, nie po tym, co ostatnio przeszła. Wróciła myślami do Dorika oraz własnych fatalnych dni i nieprzespanych nocy. Musi wziąć się w garść! Czymże jest problem urody, jeśli na szali leży życie własne oraz wnuka?

Gdy czyjaś dłoń chwyciła jej rękę, wrzasnęła zaskoczona, wyrwana z rozmyślań, i szarpnęła się wstecz. Wśród wielu krzyków, jęków boleści i płaczów reakcja Berry nie zwróciła niczyjej uwagi.

Spojrzała na strasznie oparzone ramię. Spod odpadających płatów skóry przebijały różowe fragmenty mięsa. Zobaczyła kościste, poczerniałe palce o długich, ohydnych paznokciach, a potem starą, zdecydowanie starszą od jej własnej, chudą twarz. Twarz bez oczu. Skóra zdawała się jednocześnie pomarszczona od gorąca i ciasno naciągnięta na czaszkę. Upiornego wrażenia dopełniał smród ropy sączącej się spod obandażowanej głowy. Wykrzywione w grymasie cierpienia wargi odsłaniały trzy żółte zęby.

Usta szepnęły coś, a Berra wbrew sobie nachyliła się nad chorą, zaskoczona, że pomimo tak mocnego uchwytu jej słowa były słabe niczym letnia bryza.

- Ty jesteś pomarańczem... - Do uszu Berry dotarł cichy głos.

- Czym jestem? - zapytała zdumiona.

- Pomarańczem splecionym z zielenią. Jego babką! Widziałam to, widziałam! - Leżąca zadrżała, jakby owionął ją zimny podmuch. - Wcale nie oszalałam, choć ta wróżba była dzika i szalona! Przerażające i najdziwniejsze kombinacje barw w całym moim życiu!

Berra zamarła, wysilając pamięć.

- Wróżyłaś Kavlowi?

- Detektywwwww - zasyczała wróżbitka.

- To ty! - powiedziała podekscytowana Berra, kucając przy kobiecie. - To twój namiot niedawno spłonął. Słyszałam, że... że nie przeżyłaś. Wróżyłaś Kavlowi?

Chorą wstrząsnęło wściekle, ale zaraz złapała rękę Berry.

- On ważny i straszny. Przerażający! I przeszkodzi, i pomoże. Dziwna, niezrozumiała wróżba. Daj wodyyyyy!

Berra rozglądała się chwilę, po czym bez skrupułów zabrała kubek z wodą stojący obok pobliskiego pacjenta i podała staruszce. Kobieta napiła się chciwie, ale zadławiła i zaniosła kaszlem tak mocnym, aż Berrę zdjęło przerażenie, że kobieta nie odzyska oddechu. Zaczęła się rozglądać za kapłanką, ale niewidoma twarz zwróciła się w jej stronę.

- Ty jesteś pomarańcz! Twój splot z zielenią jest ważniejszy, niż myślisz! Ja nie zdążyłam mu wszystkiego powiedzieć, bo strach mnie zdjął!

Kilka ciężkich oddechów.

- Musisz do Księstwa Trzech Rzek! - Poparzona kobieta mówiła niewyraźnie i coraz wolniej. - Tylko tak pomożesz mu zachować życie, choć on już raz przecież umarł! Bez ciebie zginie, zmiażdży go albo fiolet, albo czerwień, nawet biel mu nie pomoże... A bez niego...

- Na Matkę i Ojca, o czym ty mówisz? - zapytała przerażona Berra, czując, jak włosy jeżą się jej pod chustą. Słowa wnuka o własnych przeżyciach rozbrzmiały z mocą w jej umyśle. - Kto umarł?! Bogowie, już kiedyś słyszałam coś takiego! Jak komukolwiek w ten sposób mogę pomóc?

- Tu go nie znajdziesz! On jest daleko! Nie trać czasu i płyń w swoje rodzime strony - odrzekła kobieta słabym głosem. - Nie jesteś Wyspiarką, ale... Ach, gdybym tylko mogła dla ciebie rzucić kolorami!

To powiedziawszy, ponownie się rozkaszlała. Potężne spazmy wstrząsały jej drobnym ciałem, a niewidzącą twarz wykrzywiały skurcze cierpienia. W końcu wzięła trzy głębokie wdechy i... wydech już nie nastąpił.

Nie tylko słowa Kavla o przeżyciach po śmierci... Drżąca Berra patrzyła na martwą wróżbitkę i nie mogła opędzić się od wspomnienia odległych zdarzeń z pałacu na Ptasich Wyspach.

7.

Wściekła kobieta stała z założonymi rękami, spoglądając srogo na córkę. Nestora westchnęła pod siłą tego spojrzenia i wygładziła bufiastą suknię, ozdobioną piórami najbardziej kolorowych papudżaków z ich hodowli.

- Mnie też nie zaprosił, mamo - powiedziała z rezygnacją. - Wiesz, że to on jest panem domu i nie będzie...

- A w dupie to mam! - warknęła starsza z kobiet. - Patrzaj go, król się znalazł! Delegację ze Środkowego Księstwa Trzech Rzek przyjmuje, z moich rodzimych stron, i jeszcze, gówniarz, celowo mnie wysyła poza rezydencję, bylebym przypadkiem z gośćmi nie porozmawiała.

Córka spojrzała na piękną matkę, z całych sił tłumiąc uśmiech, w czym pomogło lodowate spojrzenie bursztynowych oczu, podkreślonych wyszukanym makijażem. Chociaż Nestora patrzyła na rodzicielkę z góry, pojedynki wzrokowe przegrywała regularnie.

- Wiesz, jaki on jest - rzuciła pojednawczo. - Musi czuć, że władza jest w jego rękach. Ja kieruję nim dyskretnie, ale ty... jesteś zbyt bezpośrednia.

- Gówno prawda - odparła twardo rozmówczyni. - Bezpośrednia dopiero będę. Zamierzam tam wejść!

- Mamo! - Nestora się zaniepokoiła. - To nie są przelewki, strażnicy na pewno mają rozkaz, aby nikt im nie przerywał. Jeżeli chcesz ryzykować areszt...

- No patrzaj go! - Matka wzięła się pod boki, rozrzucając dramatycznym gestem bujne brązowe loki, niemal zrzucając z głowy pełną wstążek ozdobę. - Niech spróbuje, to rozniosę mu ten pałac, a on będzie piszczeć o litość, gdy...

- To nie jest zwykła delegacja! - Córka pociągnęła matkę za ramię. Ta dała się poprowadzić w pobliże niewielkiej izby jadalnej dla służby. - To jacyś podejrzani ludzie. Trochę mnie niepokoją. Sama nie wiem o nich za wiele, chociaż on zwykle nie ma przede mną tajemnic.

Starsza spojrzała w zielone oczy córki, mrużąc własne. Nestora nie należała do strachliwych osób. Do kłamliwych również.

- A co jest w nich takiego niepokojącego? Sama wiesz, że ja rozumiem krajan i gdybym została poinformowana...

- Oni jakby się kryją - przerwała jej córka zamyślonym tonem. - Nie ma oficjalnych powitań, wystawnej uczty, rozmów o interesach. Są szepty, twarze pod kapturami i ukradkowe spojrzenia. No, nieważne. Muszę już wracać do dzieci. Nie narób, proszę...

Nagły rumor sprawił, że spojrzały w kierunku wielkiej sali. Otwierano właśnie prowadzące tam wrota, zza których wyszedł mąż Nestory. Wysoki mężczyzna odziany we wspaniały wams, marszczoną koszulę i bufiaste pludry, bardzo się odróżniał od trzech towarzyszy. Kaptury na ich głowach, czarne płaszcze i wystające spod nich rękojeści rapierów sugerowały inny budulec, inną glinę. Inny sposób życia.

Gdy zrównali się z kobietami, obcy przystanęli, a ten rozmawiający bezpośrednio z gospodarzem skłonił się oszczędnie i rzekł:

- Avem, podziękuj paniom za cudowną gościnę.

Stojący krok za nim gość odrzucił kaptur, ukazując twarz niewiele starszą od pana domu, może trzydziestolatka. Dwie spore brodawki koło nosa nadawały mu wyglądu kogoś nieporadnego.

- Pani Nestoro, pani Berro. - Przybysz skłonił się głębiej niż rozkazujący mu wcześniej mężczyzna, który właśnie ruszył z prowadzącym ich arystokratą, resztą gości i służbą. - To zaszczyt, że przyjmujecie nas w tym pięknym miejscu.

Berrą wstrząsnęła złość. Zięć ani raczył na nią spojrzeć. To było jeszcze do przełknięcia, zazwyczaj traktował ją okropnie, ale ignorowanie jej córki, własnej żony?! Tego już się przełknąć nie dało!

Wszystko wylało się z niej, gdy spojrzała na uprzejmie uśmiechniętego obcego.

- Komu zaszczyt, temu zaszczyt! - warknęła, uprzedzając otwierającą usta córkę. Wycelowała w Avema palec, demonstrując umalowany w złoto i czerwień paznokieć. - Mleko już się rozlało, a wraz z nim moja łaska, dobrotliwość i hojność...

- Matko! - syknęła Nestora, biorąc zaskoczonego gościa pod ramię.

- Jeśli coś wylałem - bąknął przybysz - wybaczenia...

- To pan wybaczy i pozwoli, że oprowadzę - przerwała mu Nestora.

Poirytowana Berra przestała, ale spojrzała z zainteresowaniem na wynurzający się spod czarnego płaszcza kołnierz koszuli Avema, na którym widniały wyhaftowane złotą nicią cztery okręgi przecięte długą linią.

8.

Znudzenie Iriama sięgało zenitu. Kapłan czuł, że nie dotrwa do rana. Po ostatnim zamachu władzy na Kościół warty stały się dodatkowym obowiązkiem każdego duchownego, zwłaszcza nowicjusza.

Po raz trzeci trafiły mu się korytarze prowadzące do grobowców archikatedry, koło świeżo odbudowanej niewielkiej kładki, prowadzącej nad tutejszym cudem, podziemnym strumieniem. Co gorsza, znowu trafił mu się do pary Gruby Beny, którego nikt nie lubił.

Iriam zerknął na obszywający własną zieloną szatę oranż i, zaiste, sama bogini Justi podsunęła mu myśl, że to cholernie niesprawiedliwe tak tu tkwić! Znowu! Koledzy z naboru dostawali lepsze miejsca, a tu ciągnęło chłodem i zupełnie nic się nie działo! Monotonny szum strumyka usypiał, ale po prawdzie to nawet za bardzo nie było gdzie pospać. Chociaż Beny właśnie uwalił tłuste cielsko na początku kładki, która zachybotała się niespokojnie. Biała naszywka na jego szacie zniknęła pod grubym ramieniem, na którym ten wsparł łysy łeb. Biel. Bogini urody, Belesa. No i Gruby Beny. Też coś, czysta kpina.

Gdy pierwszy raz skierowano Iriama w to miejsce, czuł fascynację, a pyskatych kolegów bogini Lili pchnęła do zazdrosnych komentarzy. Plotki głosiły, że koło mostu coś się niedawno wydarzyło. Jakieś tajne eksperymenty czy coś innego, podobno straszne rzeczy. Ktoś nawet szeptał o jakiejś walce.

Niestety, już pierwsza wizyta wyjątkowo go rozczarowała. Wiedział, że nieco wcześniej tego miejsca pilnowały oddziały cieniobójców, ale te od pewnego czasu były mocno zajęte i gdy Iriam w końcu tu trafił, nie omieszkał obszukać okolic, choć Beny irytował go strofowaniem, że mają kategoryczny zakaz wchodzenia w korytarze grobowców. Posługę sprawowali tam doświadczeni kapłani, raz na siedem dni, a jedyne rozkazy, jakie nowicjusze otrzymali, to natychmiastowe wszczęcie alarmu, gdyby zauważyli kogokolwiek nadchodzącego od strony kładki.

Młodzieniec niczego ciekawego nie odnalazł za pierwszym razem, nic też się nie wydarzyło. Żadnych cudów i dziwów. Ani nawet strasznych rzeczy. Druga wizyta w tym miejscu wydawała się podobna, z tą różnicą, że towarzysz był ciekawszy. Raz dotarł do nich dziwny huk, a skała pod stopami jakby drgnęła. I tyle.

Krążący Iriam wypatrywał miejsca, gdzie mógłby zalec, ale jego myśli krążyły wokół elitarnych oddziałów. To żadna pycha, tylko czysta sprawiedliwość, że w końcu zostanie do nich przydzielony. Był sprawny, silny, a zanim uciekł sprawiedliwości w objęcia wiary, pozbawił życia dwóch przeciwników. Miał jednak przed sobą kilka lat nauki, zanim stanie się godny. Nie wiedział, czy ma tyle cierpliwości. Może gdyby sprawdził się wcześniej? Tylko jak tego dokonać?

Gdy tylko o tym pomyślał, przeniknął go chłód tak lodowaty, że aż zabolały kości. Zwolnił i sapnął zdumiony, dziwacznie przemarznięty, aż do bólu. W końcu zaczął podskakiwać i wykonywać gwałtowne ruchy, aby się rozgrzać.

- A tobie co? - zapytał Beny, z wysiłkiem zwracając głowę w jego stronę.

- Gówno - warknął młodzieniec, nagle rozwścieczony i jednocześnie przerażony. - Nie interesuj się.

Podszedł do jednego z korytarzy, prowadzących w stronę grobowców. Tak! Tam powinien iść! Tam czekają tajemnice, dzięki którym szybko zostanie cieniobójcą! Byle szybko, bo coś za nim...

- Nam nie wolno tam chodzić! - Dotarł do niego głos towarzysza.

- Stul pysk, gruba świnio!

Beny aż sapnął i zaczął się niezgrabnie podnosić.

- Dlaczego tak mnie nazywasz?

Iriam gwałtownie zawrócił i ruszył biegiem w stronę zaskoczonego Benego. Ten już klęczał, gdy młodzieniec dopadł go i zdzielił po głowie raz, drugi, trzeci.

Otyły chłopak zajęczał, okrywając się dłońmi.

- Co z tobą? Czego ode mnie...

Iriam z furią wznowił atak i przerwał, gdy zaskoczył go dźwięk pękających kości. Ze zdziwieniem spojrzał na własne zakrwawione pięści i wgniecioną czaszkę grubasa.

- Na Matkę i Ojca... - wyszeptał, ale zaraz jakiś głos, z pewnością bogini Justi, podpowiedział mu, że spaślak sobie na to zasłużył.

Ale żeby tak po prostu zmiażdżyć czyjąś głowę? To takie... proste?

Nieważne! Szkoda tracić czas! Beznamiętnie zepchnął ciało grubasa do strumienia i ruszył w jeden z korytarzy. Tu czekały tajemnice do odkrycia!

Żwawo mijał kolejne komnaty grobowe prowadzącą w dół kamienną drogą, a gdy ta skręciła, odbił się od ściany i prawie przewrócił. Czuł się, jakby wypił sporo wina. Przyspieszał, jakby coś ciągnęło go na sznurku. Coraz rzadsze bryłki oklanu oświetlały drogę, a kiedy dotarł do ostatniej, spanikował i stanął. Mimowolnie rzucił okiem na ledwie widoczny ryt:

Telox, trzydziesty dziewiąty rok po Odrzuceniu, zginął z powodu Związania. Wierny wyznawca Córek, Justi i Belesy. Wielka Matko, Wielki Ojcze, Dzieci, przyjmijcie jego duszę, a cienie trzymajcie z dala.

Wnętrzności ściskał mu strach. Czuł, że powinien ruszyć w czekającą przed nim ciemność, która zdawała się demoniczna i mroczna. To dziwne, nigdy nie przerażała go noc, ale teraz?

Zalał go gwałtowny wzrost ekscytacji. Tam są skarby i tajemnice! Ruszył. Niemal wbrew sobie, ale szedł. Zanurzył się w otchłań, w której niewiele widział. Wyciągnął przed siebie dłonie, żeby ochronić się przed ewentualnym upadkiem, ale jakimś cudem nie potknął się ani razu. W końcu dotknął zimnego muru. Macał chwilę, idąc w bok, aż natrafił na ostre krawędzie, pęknięcia, a stopą kopnął w kawałek gruzu.

Otwór. Wybity w ścianie. Iriam przecisnął się przez szczelinę i wznowił wędrówkę. Miał wrażenie, że korytarz prowadzi tym razem w górę, a podłoże stało się jakieś równiejsze. Wydawało też inne dźwięki przy zetknięciu z jego butami.

Nie liczył kroków, przyspieszał. Kilka razy skręcał i w końcu trafił do rozleglejszej przestrzeni, w której wyraźnie czuł przeciąg i... coś jeszcze.

Jakby smród zgnilizny? Potknął się i przewrócił, wpadając na coś miękkiego.

O, na Matkę! Panicznie próbował się podnieść, ale ugrzązł w, zdaje się... ludzkich zwłokach!

- O szlag, szlag, szlag! - wyrwało mu się jęknięcie.

Czuł odór trupa, coś pod nim pękało, trzeszczało, miał wrażenie, że kości i ciało poddają się i rozłażą pod naciskiem jego rąk i kolan. Coś organicznego kleiło się do jego dłoni, a torsje powstrzymywał wyłącznie paniczny strach.

W końcu jakoś się przedarł i stanął na twardym gruncie. Nogi trzęsły mu się jak galareta na kurzych nóżkach, którą lata temu robiła mu babcia.

Gdy tylko sobie to wyobraził, zwymiotował, gwałtownie i krótko, a kiedy otarł twarz rękawem i poczuł fetor czegoś klejącego na twarzy, ponownie wstrząsnęły nim torsje.

Leżał chwilę na zimnym kamieniu i dyszał ciężko, nie mogąc się pozbierać. W końcu się skoncentrował i zaczął myśleć o uciecze z tego miejsca, ale coś w nim stężało. Cieniobójcy! Pamiętaj! To twoja szansa!

Ruszył w całkowitej ciemności. Mrok był gęsty, niemal namacalny. Czuł, jakby stawiał mu opór, i musiał rozgarniać powietrze wysuniętymi w przód rękami, z których nadal docierał do niego obrzydliwy fetor. Ale szedł, parł, wiedząc, że jest coraz bliżej. Gdy w końcu korytarz przed nim się rozjaśnił, poczuł, jak zalewa go fala gorąca i ulgi.

Dotarł do jaskini, w której jakiś wielki, przechylony słup opierał się wysoko o ścianę. Widniał w niej otwór i to stamtąd dochodził blask.

Iriam poczuł, jak drży z oczekiwania. Jest już o krok! Wiedział, wiedział o tym! Zaczął wspinać się po słupie i ruszył opadającym powoli korytarzem. Po kilkudziesięciu krokach stanął niepewnie. Nad sobą nawet w słabym świetle widział jakieś niezrozumiałe bazgroły. Z dziwnym niepokojem spojrzał pod nogi i postąpił duży krok. Zaraz po tym zerwał się do biegu. Był tuż, tuż!

Gdy wbiegł do jasnej komnaty, zaczęło go dławić coś na kształt wzruszenia. Stał przez chwilę, spoglądając na cudowną, świecącą jakimś sposobem przeciwległą ścianę z kryształu. A na jej tle w pełnej krasie prezentował się wielki kamienny grobowiec. Postąpił krok w jego stronę, ignorując pobliską plamę krwi. Na lewo od wejścia zauważył czarny skórzany plecak, a kawałek dalej leżały dwa sztylety. Serce drgnęło w nim radośnie. Był niemal nieprzytomny ze szczęścia.

Podniósł noże i podszedł do grobowca. Spróbował znaleźć miejsce, gdzie mógłby podłożyć je pod ciężką kamienną płytę. Gdy zgrzytnął ostrzem po pokrywie, z wnętrza dobiegł go przytłumiony głos. Na chwilę zapadła cisza, aż głos, niemal krzyk, powrócił wraz z dźwiękiem chrobotania.

Nie czuł zaskoczenia, jakby wszystkie emocje w nim umarły, poza jedną. Szaleńczą radością. W końcu znalazł szczelinę, wepchnął tam ostrze i zaczął podważać płytę.

Ciche, nieśmiałe zgrzytnięcie. Jeszcze większa radość. I żałobny trzask metalu, gdy sztylet poddał się naciskowi, a w dłoni pozostała mu tylko rękojeść. I wściekłość, która nagle go wypełniła, prawie panika! Gniew, złość, chęć mordu!

Jeszcze raz! Drugi nóż wraził obok resztek pierwszego, podważał delikatniej, jedną ręką, a drugą zaczął pchać, choć coś w nim chciało parsknąć. To mogło ważyć ponad dziesięć cetnarów, a on próbował to...

Pokrywa ruszyła, delikatnie przesunęła się w bok, a w powstałej szczelinie natychmiast ukazały się potwornie poranione palce. Usłyszał krzyk. Płacz. Błagalne jęki.

Przesunął sztylet dalej, pchnął mocniej. Postęp. Znowu krok, w drugą stronę, gdzie prostokątna pokrywa zaczęła wystawać obok podstawy. Mógł już ją chwycić w tym miejscu. I naparł całym ciałem, a z jego ust wyrwał się jęk wściekłości i wysiłku. Czuł, jak kręgosłup i mięśnie pulsują palącym bólem, ale się nie poddawał. Nie podejrzewał się o taką siłę, jednak ciężkie wieko powoli, cal za calem, przesuwało się, odsłaniając coraz więcej.

W końcu, gdy odsłonił przynajmniej czwartą część otworu i zobaczył w nim kobiecą głowę, przestał. Zasłaniała rękami oczy, jakby światło sprawiało jej ból. Zbliżył się i zajrzał do wnętrza, słuchając spazmatycznego szlochu, który wstrząsał jej ciałem.

Obok siedzącej kobiety zobaczył leżącego na kawałkach kryształów mężczyznę z bladą, niemal siną twarzą, rozchylonymi ustami i otwartymi oczami. Miał zmierzwione brązowe włosy i bliznę nad prawym okiem. Trup jak nic, choć coś jakby... błyszczało mu w oczach? Coś fioletowego?

- Kavel, błagam... wstań, błagam... Jesteśmy uratowani... Co z tobą? - szeptała kobieta łkającym głosem, szarpiąc trupa za ramię.

Iriam nachylił się nad mężczyzną i powodowany niezrozumiałym impulsem, dotknął jego bladej twarzy. Coś nim wstrząsnęło i zachwiało. Złapał się krawędzi grobowca i przez chwilę miał wrażenie, jakby serce mu zamarło, znowu ściśnięte zaskakująco potężnym chłodem.

Natomiast nieżyjący mężczyzna naraz zacharczał straszliwie, zarzęził i wizgiem wciągnął powietrze. Zamrugał i krzyknął, obejmując rękami głowę.

Kapłan stał jak zamurowany, szok nagle spadł na niego z całą mocą. Co się stało? Co on tu robił? Gdzie właściwie był? Kim byli ci tutaj?

Czy on... Czy on zabił Benego? Coś dławiło mu krtań, jak wcześniej, ale tym razem nie chodziło o wzruszenie. Strach. Na Rodziców i Dzieci! Co on narobił?

Naraz spostrzegł, że mężczyzna się mu przygląda. Zielone oczy, przekrwione i załzawione, były bezlitosne, lodowate jak ściana sarkofagu, za który Iriam musiał się trzymać, aby nie upaść, bo drżały mu nogi.

A gdy mężczyzna wyszarpnął spod siebie kawał ostrego kryształu i przejechał mu nim po gardle, odruchowo chwycił oburącz szyję. Nawet nie krzyknął.

Za to donośny krzyk kobiety był niczym odprowadzający go z tego świata całun, gdy powoli osuwał się po kamiennym grobowcu, obficie oblewając go krwią.

9.

- Dlaczego go zabiłeś?! - krzyczała Rahne. - On nam pomógł!

Vartik nie odpowiedział. Ciężko dysząc i walcząc ze skurczami, przechylił się i wypadł z grobowca Ahleda na umierającego kapłana, prosto w kałużę krwi. Natychmiast dopadły go mdłości, suche spazmy wstrząsnęły jego ciałem, ale nie był w stanie wymiotować nawet żółcią.

Gdy w końcu zebrał myśli, podniósł się z trudem.

- O Matko, o Mamusiu, jak mnie wszystko boli - zajęczał, łapiąc się za żebra.

- Może to Lyfne go przysłała? Może ona gdzieś tu jest? Musimy jej poszukać!

Kucnęła przy wciąż próbującym nabrać tchu kapłanie, ale z jego rozciętego gardła dobywał się jedynie cichy bulgot. Kobieta pogładziła mu czoło, a on, jakby w odpowiedzi, gwałtownie poruszył nogą.

- Zostaw tego śmiecia! - warknął Vartik. - Musimy się stąd wydostać. Masz ten klucz, który ci dałem?

Rahne spojrzała na niego nierozumiejącymi, załzawionymi oczami.

- On mógł wiedzieć, gdzie jest Lyfne! Mógł nam pomóc! Dlaczego go...

- Nie ma tu żadnej Lyfne! - wrzasnął Vartik, ale zaraz zgiął się, ponownie objął żebra i zaniósł się długim kaszlem. Po chwili uniósł załzawioną twarz i odezwał się spokojniej: - Nie ma jej tu, a przynajmniej to nie ona go wysłała.

- Skąd wiesz?

Tropiciel chwilę poruszał ustami w milczeniu, jakby zaskakiwał go smak słów, które zamierzał wypowiedzieć.

- Bo to ja go tu sprowadziłem.

ROZDZIAŁ 2

1.

Kanclerz spoglądał z narastającą wściekłością na strażnika, który zdawał się topić pod wpływem temperatury tego spojrzenia.

- Powtórz mi to jeszcze raz - wysyczał, wstając powoli zza biurka. Chciał pokazać w tej pozie cały swój majestat i moc.

Musiało zadziałać, bo przybysz zaczął się jąkać.

- Paaa-nie kancleeee-rzu, paaa-ni Retovia...

- Pani kapitan nie ma z nami, więc cię nie obroni. Są tu tylko moi przyboczni, którzy za chwilę wyrwą ci język, o ile nie przestaniesz odpowiadać w niezrozumiały, niegodny żołnierza sposób!

Strażnik skinął spoconą głową, w rękach miętoląc zimową czapę, ale po chwili wziął się w garść.

- Ona uciekła, zniknęła znaczy. Aaaalbo nie żyje, panie, bo trupy strażników znaleźlim i...

- Nie powtarzaj się! Twoje słowa dotarły do mnie już za pierwszym razem. - Hirret przerwał mu obcesowo, a wściekłość w jego głosie zanadto kojarzyła się z miejskim kamieniołomem. - Tyle że ja nie bardzo je rozumiem. Więc powtórz to jeszcze raz, ale tym razem tak, abym zrozumiał!

Strażnik zbladł, gdy pojął, że kanclerz nie oczekuje opowieści, tylko wytłumaczenia. Wytłumaczenia, którego nie miał.

- Paaa-nie, ja z nią czterech ludzi posłał, ale swołocz Kościołowi wierna ich dopadła...

- To trzeba było wysłać tysiąc! - Hirret zacisnął pięści ze złości. Zaraz w coś przywali, a tego imbecyla odda na poćwiartowanie.

Mężczyzna niemal załkał, gdy padł na kolana.

- Panie, ja znajdę, pójdę w miasto, skrzyknę naszych...

"Co się ze mną dzieje?" - pomyślał kanclerz, przestając słuchać bełkoczącego idioty.

Próbował odzyskać spokój, który do tej pory towarzyszył mu przez właściwie całe życie. Owszem, jeszcze nie miał do czynienia z takim kryzysem, ale nie w tym rzecz...

Czyżby to strach? Dlaczego ten cały Vartik wzbudzał w nim strach? Przecież grozili mu już tacy ludzie, przy których jakiś sobie tam detektyw, bez popleczników, pieniędzy i koneksji, mógł mu najwyżej buty polizać. A właściwie bez jego zgody nie mógł nawet tego. Co więcej, trzymał go już w lochach i to niemal na torturach. Kanclerz miał moc, aby zabić w dowolnej chwili, bezczelnie, bez powodu, w biały dzień, na oczach świadków. Po tym wszystkim nawet nie musiałby się zanadto tłumaczyć.

Ale to właśnie on, ten "jakiś sobie tam detektyw", sprawiał, że ostatnio coraz częściej zdarzały mu się napady duszności, których nie miał nigdy wcześniej. Już sprawa z Ralesem Jomo była zdumiewająca. Przesłuchania strażników nie przyniosły skutków; nie mieli pojęcia, jakim cudem Vartik wydostał się z celi i dobrał do zapisków prefekta w zwariowanie krótkim czasie. Wszyscy przysięgali, że nie mieli pojęcia o procederze wysysania rodzin skazańców z oszczędności, jaki Rales prowadził w więzieniu, a swoje obowiązki wypełniali nadzwyczaj "odważnie i sumiennie".

Później ten cyrk ze zniknięciem Terensa li Tuvere i jego odnalezione zwłoki, które były w takim stanie, jakby arystokrata wpadł na oddział wściekłych kosynierów. Śledztwo wykazało, że "jakiś detektyw" zaczął węszyć za szlachcicem po tym, jak ten wypłynął z Tin-Leve, uciekając przed szantażystami z Kościoła.

Następnie Hirret wysłuchał plotek oszalałego sługusa kapłanów. Twierdził on, że archikatedrę nawiedziło gniewne wcielenie Syna Verdego, które pozostawiło po sobie jedynie okaleczone ciała i krew. A gdy szpiedzy Hirreta donieśli, że wśród cieniobójców szepcze się o wysokim, brązowowłosym mężczyźnie, szybko dodał dwa do dwóch.

Za dużo zwłok, za dużo trupów. Coś było nie tak z tym facetem. Jeszcze ten dokument, który dostarczył mu Jarto. Znowu rzeźnia, ale tym razem na Ptasich Wyspach, w rodzinnej posiadłości Vartika.

Za dużo zwłok, za dużo trupów.

W Tin-Leve źle się działo, coraz mniej ludzi widywano na ulicach, ale gdy kilka dni temu przemierzał stolicę w urzędowej sprawie i przechodził koło gówniarzy, którzy, jak usłyszał, "bawili się w detektywa", aż nim zatelepało ze złości.

Chwilami żałował, że wkroczył do akcji wtedy, gdy Rales miał wieszać Vartika, bo może stracił idealną okazję, aby się przekonać, co ten by zrobił. Najbardziej jednak Hirreta irytował fakt, że obecnie potrzebował tego "jakiegoś detektywa".

A ta myśl zawsze cofała go do chwili, gdy ten ryczał na stole w obecności Jasty. Czy w oczach Vartika pojawił się na chwilę fiolet, który nadał jego twarzy tak bardzo nienawistny wygląd, że dublerka królowej do dziś nie mogła się z tego otrząsnąć? Kanclerz oszukiwał sam siebie, gdy kazał kobiecie wziąć się w garść, lecz on także absolutnie nie mógł zapomnieć tego wzroku i gniewnego oblicza.

Gwałtowne kroki na korytarzu przywróciły go do rzeczywistości. Krótkotrwałe krzyki, odgłos uderzenia i w drzwiach stanęła Retovia Molene, równie wściekła, jak on sam. Omiotła wzrokiem płaszczącego się strażnika i skoncentrowała się na kanclerzu.

- Możesz mi, do cholery, wyjaśnić, co się tu dzieje? - zapytała ostro.

Hirret westchnął ciężko.

- Rozgrzeszam niekompetencję twoich ludzi - rzucił cierpko, patrząc w jej ciemne oczy.

Zwierzchniczka straży miejskiej wstrząsnęła dumnie głową, a długie do ramion czarne loki zatańczyły uwodzicielsko, kontrastując z białą koszulą, wystającą spod ciemnej skórzanej zbroi. Wysokiej kobiecie do czterdziestki brakowało trzech lat, a fizycznie i intelektualnie zdawała się być w szczytowej formie, czym pociągała kanclerza dużo mocniej, niż przyznawał przed sobą.

- Może moi ludzie okazali się niekompetentni, ale nieudolne rozkazy pochodziły od ciebie. - Retovia wzięła się pod boki. - Co się z tobą dzieje? Kim była ta staruszka, którą zdecydowałeś się chyłkiem wyprowadzić z lochów, nie wspomniawszy mi o tym pierwej, co?

- Nie muszę się przed tobą tłumaczyć - syknął Hirret, gestem każąc nieudolnemu strażnikowi się wynosić.

Porwanie Berry, próby wymuszenia odpowiedzi, zamordowanie schwytanego przy okazji grubasa... To wszystko kanclerz zrealizował za plecami dawnej kochanki. Ominął łańcuch dowodzenia, który poniekąd sam stworzył.

- Nie musisz - potwierdziła kobieta, a jej głos wyrażał zdziwienie. Może nawet podejrzliwość. - Ale w tym szambie masz niewiele osób, których lojalności powinieneś być pewien. Mam nadzieję, że mnie do tego grona zaliczasz, niezależnie od tego, co nas kiedyś łączyło i jak zakończyliśmy tamten etap.

Po krótkiej, ale niepokojącej ciszy kanclerz skinął głową, a Retovia wyraźnie odetchnęła.

- Opowiedz mi zatem, w czym zawinił mój człowiek - rzekła, rozsiadając się w pobliskim fotelu. - A ja wtedy będę wiedziała, jak mogę ci pomóc. Ale zacznij od początku, bo szczerość między nami skończyła się... sam wiesz kiedy. To czyja babcia uciekła?

2.

Morze Skrzydlate, zimne i szare, jednostajnie bujało pokładem "Iwin Meri". Szum morskich fal kłócił się ze stukotem padających na deski kropel deszczu, a podmuchy wiatru dopełniały tej symfonii, łopocząc żaglem i roznosząc nieprzyjemną wodną mgiełkę.

Stojący na dziobie Vartik zadrżał, choć miał na sobie ocieplany płaszcz, a bryłka oklanu grzała mu obandażowaną pierś. Ręką w futrzanej rękawicy chwycił burtę, gdyż fale kołysały "Morskim Duchem" coraz mocniej. I trudno się dziwić. Szumnie nazwana szkuta z płaskim dnem to nie był najlepszy wybór na morską podróż, ale dla tropiciela liczył się czas oraz fakt, że większość trasy stanowiła rzeka Rapaska.

Z cichym pomrukiem spojrzał w zasnute ołowianymi chmurami niebo. Nie był już w stanie dojrzeć wskazującego północ gwiazdozbioru Włóczni. Powstrzymał odruch obrócenia się w kierunku rufy, gdzie w niewielkiej budce przebywał szyper wraz z kilkoma flisakami.

I ona.

Statek podniósł się na większej fali, zatrzymał na jeden oddech, jakby pozwalając podziwiać widok żywiołu z wysokości, i zaraz opadł gwałtownie, aż miecz Vartika z cichym plaśnięciem uderzył go o udo. Słona woda ochlapała skrytą pod kapturem twarz, a choć żołądek podszedł mu do gardła, jakoś poradził sobie z opanowaniem mdłości. W końcu pochodził z Ptasich Wysp, gdzie pływanie było niemalże codziennością.

Otarł rękawem twarz i zaraz sięgnął do dużej kieszeni. W jego dłoni pojawiła się butelka, a gdy ją odkorkował, mimo wiatru zapachniało aromatem szlachetnego alkoholu. Rozgrzewający łyk kukurydziaka dodał mu energii, rozjaśnił zmysły i... podsycił gniew.

Zmarnował tyle czasu i oklanu, żeby znaleźć... oklan! Przez wiele lat zbadał dziesiątki substancji i minerałów, a przecież rozwiązanie miał na wyciągnięcie ręki. Dlaczego nigdy na to nie wpadł? Dlaczego nikt na to nie wpadł? Albo... kapłani jakoś potrafili przerywać Związanie... Jak?

Oklanowy pył! Oklan! Czym było to świecące i grzejące gówno, które potrafiło także wyrzucić z ciała cienie, a nawet duchy?

A co ze spoiwem? Co się stało w grobowcu Ahleda? Jakim cudem jego... cień? Duch? Jak wyrwał się na zewnątrz? Dlaczego to nie zadziałało tak jak zwykle? Rzeczywiście musiał się tam wydarzyć jakiś cud, inaczej nigdy nie wydostaliby się z tamtego miejsca.

Westchnął, gdy kolejna rozbita o dziób fala zbryzgała mu twarz. Nie miał pojęcia, jak udało im się wrócić, głodnym, spragnionym, obolałym, zmarzniętym, choć z tym ostatnim pomógł nieco oklan z odnalezionego plecaka. Vartik ledwie szedł, każdy oddech był jak najgorsza tortura, a kiedy od kurzu zakręciło mu się w nosie i kichnął, niemal stracił przytomność. Najtrudniejsze okazało się zejście po przechylonym obelisku. Jego bolały żebra, oddychanie i życie, Rahne miała strasznie zniszczone palce, więc mogła polegać wyłącznie na nogach. To był kolejny cud: nie spadli i nie połamali się wyłącznie dzięki wzajemnemu wsparciu. Ale i tak na każdym kroku towarzyszył im strach.

Co z powstańcami? Jak się okazało, leżeli martwi. Tak "martwi martwi". Cuchnęli tak, że chciało się rzygać. Wyspiarz i Suezianka stracili kilka chwil na szukanie ewentualnych śladów walki i ciała Lyfne, lecz nie znaleźli ani jednego, ani drugiego. Rozważali, czy warto zmierzać do jaskini z jeziorem, z którego korzystała Jareha. Cholernie potrzebowali wody, ale graniczące z paniką przerażenie kazało im nie marnotrawić czasu.

Co z kapłanami? Nikt ich nie zaczepił. Słaniając się, dotarli do komnaty grobowej, skąd przeszli do otwieranego kluczem korytarza. Lyfne nie miała klucza, nie mogła więc tędy uciec. Sime pociągnęła nosem, spojrzała błagalnie na tropiciela, ale Vartik ani myślał tracić resztek sił na poszukiwania. Gdy wydostali się z miejsca, co do którego mieli wcześniej pewność, że zostanie ich grobem, z płaczem się uściskali, mimo że łkanie potwornie tropiciela bolało.

Zlizali trochę wilgoci ze ścian, a później dotarli na powierzchnię. Wydostali się z kanałów i z radością powitali śnieg, który mroził im gardła, groził torsjami, lecz pozwolił odgonić szalone pragnienie.

Kilka dni dochodzili do siebie. Vartik odnalazł zaprzyjaźnionego zielarza, który syczał bardzo, gdy patrzył na siniaki na jego piersiach i żywe mięso na palcach Rahne. Żebra okazały się pęknięte, nie połamane. Za to z Suezianką było gorzej. Trudno powiedzieć, czy odzyska paznokcie i czucie w opuszkach.

Na ile zielarz mógł, doprowadził ich do względnego ładu. A przynajmniej ciała, bo umysły mieli tak napięte, że groziły pęknięciem w każdej chwili. Właściwie nie rozmawiali, a gdy już, to warczeli na siebie. W końcu Rahne poszła w miasto szukać rodaczki, która niegdyś je oprowadziła po stolicy. Liczyła, że może dzięki niej odnajdzie siostrę. Wyspiarz ruszył do kryjówki po dostarczone przez kanclerza dobro: pieniądze, dokumenty dające mu sporo praw, w tym nawet godność ambasadora, i dużo oklanu. Krótko rozważał, czy nie odwiedzić Hirreta i nie zdać mu relacji, jednak doszedł do wniosku, że to nie ma sensu. Powiadomi go tylko listownie, że rusza do Dominium. Z pewnością nie był mu winien nic więcej, poza tym wątpił, aby ten uwierzył w jego relację. Do tego Vartik martwił się o własne nerwy, bo czuł, że byłby w stanie zamordować kanclerza. Jeśli tylko babci coś się stanie... Zresztą zadaniu, które otrzymał, towarzyszyły jasne wytyczne. Chociaż gdyby dysponował spoiwem, to kto wie...

Spoiwo! Teraz właśnie tego potrzebował najbardziej. W Tin-Leve możliwości tropiciela były na wykończeniu, ale Vartik miał swoich dostawców jeszcze w kilku innych miastach. A że wybierali się na północ...

Rahne wróciła po dwóch dniach, a wybuchem płaczu potwierdziła, że nie znalazła śladu siostry. Lyfne przepadła. Za to sime była świadkiem przerażająco bezwzględnego starcia ludności ze strażą miejską. Vartik już też uzyskał informacje, że po nieudanym ataku Jarto na archikatedrę napięcie w mieście niemal równało się z tym w ich umysłach.

Dłuższe pozostawanie w Tin-Leve nie miało już sensu. Czy im się to podobało, czy nie, musieli podążyć do Dominium. Rahne po prostu chciała wrócić, ale detektyw tropił Ahleda ścigającego Arevię, która porwała królową. Na cienie, co za popieprzony świat!

Na samą myśl o mumii ból żeber gwałtownie się wzmógł, a zimny dreszcz przebiegł Vartikowi po grzbiecie, lecz jednocześnie gniew wystrzelił jak uruchomiona wiosną fontanna. Gdy uświadamiał sobie, jakim pionkiem się okazał, wszystko w nim zawrzało. To było aż niemożliwe! Dawał sobą manipulować i Arevii, i Suezie, ale to, jak nimi wszystkimi pokierował Ahled... I to nie tylko w zaświatach, ale i tutaj! Duch, który objął jego ciało w posiadanie i w ten sposób wydostał się z krainy umarłych, okazał się geniuszem, a Vartik kretynem! A jeszcze idealnie pasująca do tego towarzystwa Rahne! Kolejna wariatka, manipulantka!

Aż nim telepało. Trzymająca burtę dłoń zaciskała się z taką siłą, że do chwilowo pozbawionych krwi palców zaczął przegryzać się mróz, a oddech gwałtownie przyspieszył. Gniew nie gasł w nim ani na chwilę od momentu ucieczki z grobowca. Był jak zarzewie pożaru, którego żaden deszcz, ulewa ani powódź nie są w stanie całkowicie ugasić. Wystarczył podmuch wiatru, aby ogień wybuchł na nowo.

Ahled, ten morderca! Ten psychopatyczny duch, demon, ten szaleniec! Przez niego Vartik... zamordował własną rodzinę! Ten oszust, arcyłgarz, fałszywiec, podlec i zbrodniarz!

Choć tropiciel bał się tego potwora, przysięgał sobie, że spróbuje go zabić. Nie miał pojęcia jak, na razie po głowie chodził mu jedynie sproszkowany oklan, który być może osłabi mumię na tyle, żeby mógł odgryźć jej łeb. Ewentualnie odciąć.

- Wszystko z wami dobrze?

Ochrypły od krzyków i rumu głos sprawił, że pogrążony w gniewnych rozmyślaniach Vartik się obejrzał. Piętnaście kroków za nim łysy szyper, kawał chłopa, opierał się o maszt, z którego zwisała niewielka latarnia. Skośny żagiel załopotał, a żeglarz mierzył go ponurym wzrokiem. Przy burtach siedziało ośmiu mrukliwych flisaków, z wyglądu nie do odróżnienia od zbójców. Gdyby nie to, że tropiciel płynął z nimi trzeci dzień, może mógłby się bać. Może. Po ostatnich przeżyciach takie stroszenie piórek bawiłoby go, jeśli potrafiłby się jeszcze śmiać.

Vartik wiedział, że flisacy zaraz po krótkiej przerwie chwycą parami długie wiosła i pomogą łodzi przy tym niezbyt sprzyjającym wietrze, a inni sprawdzą i poprawią olinowanie.

- Martwisz się o mnie czy o pieniądze? - zapytał oschle. - Daleko jeszcze?

Szyper zerknął w ciemność za sobą, której nie rozświetlał chybotliwy, nieśmiały płomień bujającej się latarni, po czym powoli podszedł do tropiciela.

- Posłuchajcie - syknął, prezentując pożółkłe zęby - to, że Rillek za wami prosił, to raz. Tylko dzięki niemu wypłynęliśmy na pusto, bez ładunku lin i powrozów, a i przez to na drewno dłużej czekać nam przyjdzie. Nie zarabiamy na tym rejsie ani brązowego lisa. Ale jeżeli spróbujecie nas oszukać, to jeszcze jakiś powróz znajdziemy. Połączymy jeden koniec z wami, drugi z kotwicą, i sprawdzimy, jak pływacie. To dwa.

- Już? - zapytał Vartik znudzonym głosem, opierając się tyłkiem o sterburtę. - Skończyłeś, Kaliko? To dobrze. Nie strasz mnie więcej, bo nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Grozili mi więksi od ciebie, jak choćby kanclerz Hirret Tura, który teraz wybłagał u mnie pomoc. Spróbuj zapamiętać, że wykonuję zadanie dla korony, to raz, i że danego słowa dotrzymam. A jak ci się ryzyko nie podobało, trzeba było zostać w Tin-Leve i czekać na te swoje sznurki, a nie zgrywać przyjaciela skorego do pomocy. To dwa.

Spojrzenie szypra wyostrzyło się, dłoń błądziła niebezpiecznie blisko rękojeści noża, a gdy z cienia za nim wychynął jeden z flisaków, Vartik, choć zaklął w duchu, poczuł niezrozumiałą obojętność. Mężczyzna, bawiąc się styliskiem niewielkiego toporka, dotarł powolnym krokiem do bakburty naprzeciwko Vartika. A choć stanął do niego tyłem, Wyspiarz wiedział, że w kilka oddechów może znaleźć się przy nim.

- Wielce odważniście, ale lepiej pohamujcie jęzor na pokładzie mojego statku, bo łacno możecie go stracić - warknął Kaliko. - Władzami mi w twarz nie rzucajcie, bo tu nie rzeka, ich wzrok tu nie sięga. Na morzu nawet Wielka Matka wszystkiego nie widzi. Rillek uprzedzał, żeście bardziej bitni, niż wyglądacie, ale mnie się zdaje, że to gadanie jeno. A nas tu siła chłopa.

Statkiem zabujało nieco bardziej, trochę spienionej wody zachlapało pokład.

- I co, tak mnie tu po prostu zarżniesz? - Tropiciel, niby przecierając wodę z twarzy i płaszcza, zbliżył dłoń do pasa z mieczem. - Zrezygnujesz z takiej zapłaty? Bo jak nie dostarczę listów właściwym osobom, nie będzie ani złota, ani oklanu!

Łysy milczał chwilę, a jego spojrzenie stawało się coraz bardziej obleśne, podobnie jak z trudem powstrzymywany uśmiech.

- Pójdziecie. Ale my zatrzymamy dobytek i panienkę Ravenę. Jak nie wrócicie, ona popłynie z nami.

Wbrew oczekiwaniom szypra Vartik nie rozzłościł się, nie poczerwieniał ani nie zbladł, nie chwycił za broń, nawet nie ruszył w jego stronę. Parsknął jedynie gromkim, drwiącym śmiechem. Aż głowę odchylił do tyłu, pozwalając, aby krople deszczu spadały mu prosto na twarz, co potęgowało wrażenie, jakby szyper rozbawił go do łez.

- Co... was tak bawi? - W głosie osłupiałego Kaliko pobrzmiewało więcej zdumienia niż gniewu.

- Zatrzymać... ha... "panienkę"... - Vartik jeszcze chwilę nie mógł się uspokoić, ale gdy w końcu przemówił, jego słowa ociekały szyderstwem niczym łyżka wyciągnięta ze słoja z miodem. - Ty chcesz zatrzymać ją? Ravenę? - Jeszcze w Tin-Leve zmienili roboczo typowe sueziańskie imię Rahne. - Za maluczki jesteś i nie masz pojęcia, o czym mówisz. Mogłoby ci się wydawać, że trzymasz ją w garści, ale owinęłaby cię wokół palca tak, że jadłbyś jej z ręki po jednym dniu. Po dwóch wypłynąłbyś walczyć przeciw całemu światu z imieniem Raveny na ustach, a po trzech z radością oderżnąłbyś sobie jaja, gdyby tylko cię o to poprosiła. Co więcej, byłbyś przekonany, że to twój własny pomysł i do tego najlepszy w życiu! Nie radzę ci stawać jej na drodze.

Oblicze Kaliko ciemniało z każdym słowem, rumieniec gniewu był widoczny nawet w nikłym, chybotliwym świetle latarni.

- Dużo gadacie! - Łysy podniósł głos i wypiął pierś. Czarne skóry na jego torsie zatrzeszczały słyszalnie. - Ale śmierdzicie tylko biedą i oszustwem! Rillek też pies i podlec, nigdy się jaworowcami nie podzielił, oszust, sam się dorabiał! Nijak wam ufać!

Gdy szyper zrobił krok w jego stronę, a żeglarz z toporem przesunął się, Vartik poczuł uderzenie adrenaliny oraz strach o Rahne. Na cienie! Co oni jej zrobią?

- Uważaj! - syknął, jawnie chwytając za miecz. Miał nadzieję, że rozpacz w jego głosie nie będzie zanadto słyszalna. - Nie chcesz wiedzieć, co się niedawno stało z kilkoma cieniobójcami, którzy próbowali zatrzymać mnie tam, gdzie nie miałem ochoty pozostawać!

Szyper stanął jak wryty, a jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Zanim zdążył odpowiedzieć, ciemny kształt śmignął koło głowy Vartika i uderzył flisaka z toporem prosto w bok głowy, aż coś trzasnęło. Ten krzyknął oszołomiony, zalał się krwią i zatoczył. Kaliko rzucił się w jego stronę, ale ranny żeglarz po kilku chwiejnych krokach przewalił się przez burtę.

- Nieeeee! - rozległ się krzyk od strony wiosłujących.

- Javeretty! Uwaga, javeretty! - rozdarł się szyper, kładąc się na deski.

Vartik padł na pokład, a chwilę później jeszcze cztery potworki przeleciały nad pokładem.

- Nieeeee, Nevo! - Jeden z flisaków oderwał się od wioseł i nie bacząc na niebezpieczeństwo, wychylił się za burtę w bezskutecznym poszukiwaniu topielca.

Ciemna morska kipiel, identyczna wszędzie, gdzie docierał wzrok, nie dawała nadziei na ratunek. Po krótkiej, otrzeźwiającej chwili żeglarz obrócił się w stronę wstającego Vartika z gorejącą twarzą. Zza pasa wyszarpnął nóż.

- Zabiłeś mi brata - wycharczał w stronę tropiciela.

- Refi, do wioseł! - rzucił szyper rozkazującym tonem, stając pomiędzy Vartikiem a wściekłym flisakiem.

Ten nie zwrócił uwagi na słowa Kaliko i miękkim krokiem, zdradzającym lata spędzone na huśtających pokładach, ruszył w stronę Wyspiarza, który wyciągnął w końcu miecz i poluzował sztylet w rękawie. Jednak gdy żeglarz mijał szypra, ten błyskawicznym ruchem wbił mu olbrzymi kułak w brzuch, a gdy Nevo z sapnięciem obwisł, poprawił kolanem w twarz.

- Zabrać go i związać! - warknął.

Dwóch żeglarzy podeszło, ale twarz jednego z nich wyraźnie zdradzała złość.

- Dlaczegoś naszego sprał, Kaliko, co? - zapytał zaczepnie. - Nevo przy racyji był!

- Stul pysk! Javeretty w morskiej wodzie! To zły znak! Pyszny Syn Ukus zaćmił nam wzrok, a święty Verde posłał karę!

Vartik spoglądał na nich ze zdziwieniem i nadstawiał ucha. Z głosu szypra zniknęła cała swada, arogancja i brawura. Wyraźnie pobrzmiewał w nim strach.

- Dla obcego zły znak! - Upierał się żeglarz, ale posłusznie zaciągał więzy na nadgarstkach nieprzytomnego Nevo. - Może to jemu śmierć niosą!

- To dla nas ostrzeżenie - odpadł szyper i wskazał Vartika krzywym palcem z długim, brudnym paznokciem. - Ja już wiem, kim oni są i przed czym javerrety nas ostrzegały.

Kaliko wstał i spojrzał na zaskoczonego tropiciela z wyraźnym przestrachem.

- Wyście żaden Vartik - powiedział po chwili, a głos mu drżał. - Wyście Kavel. Detektyw. W stolicy gada się, coście kapłanom uczynili w archikatedrze. Żeście pocięli cieniobójców na kawałki. Żeście...

- Dość! - warknął Vartik, czując uderzenie gorąca. Uniósł ostrzegawczo palec, a szyper aż się skurczył i posłusznie zamilkł.

Flisacy przy wiosłach szeptali gorączkowo i trącali się łokciami.

- Raczcie przyjąć przeprosiny, panie - podjął w końcu szyper drżącym głosem. - Pani Ravena, wy i wasz dobytek jesteście tu bezpieczni. My za trzy, cztery dni, jak załadujemy drewno, ruszymy do stolicy. Jeśli wasze życzenie, chętnie dla was miejsce...

Vartik błyskawicznie podszedł do Kaliko, równie wysokiego jak on. Stary, doświadczony żeglarz, który pewnie niejednego pasażera złupił i utopił, stał jak uczniak z trzęsącymi się nogami, oddychając szybko i płytko.

- Teraz posłuchaj mnie wyraźnie, kapitanie - syknął Vartik. - Wierzę, że czas robienia sobie świństw właśnie się skończył, ale zapamiętaj jedno. - Przerwał, robiąc pauzę dla wzmocnienia słów. - Jeśli jeszcze komukolwiek kłapniesz dziobem, kim jestem, ty lub ktokolwiek z twoich ludzi, to przywiążę cię do masztu i wybiję dziurę w dnie. Dodatkowo kanclerz zainteresuje się malwersacjami twojej córki w handlu drewnem.

Vartik patrzył, jak oczy szypra przybierają nienaturalnie wielkie rozmiary. Klepnął go porozumiewawczo po ramieniu, odwrócił się, odszedł trzy kroki i zerknął przez ramię.

- Zapomniałbym. Tylko ciebie przywiążę do masztu. Resztę zwyczajnie pozabijam.

Tropiciel podszedł do dziobu, ale nie stał już tak blisko burty. Javeretty rzadko przebywały w słonej wodzie, ale, jak widać, to się zdarzało. Vartik oddychał ciężko, próbując zapanować nad drżącymi nogami i nerwami, które jednak nie były tak martwe, jak mu się wydawało.

Nie miał pojęcia, że o jego zbrodni się mówi, a to oznaczało, że nawet jeśli sprowadzi królową i uwolni Berrę, jego życie w Tin-Leve nigdy nie będzie już takie samo.

Natomiast jeszcze gorsze było uczucie strachu... I nie, nie bał się Kaliko i jego flisaków. Bał się, bo... przez chwilę chciał, aby możliwość spontanicznego wiązania wróciła... Kilka lat nieświadomie nosił w sobie ducha Ahleda, czując, jak w różnych stresowych sytuacjach narastający gniew otwierał go na pobliskie cienie, a teraz... czuł się nagi. Bezbronny.

I Rodzicom niech będą dzięki, że szyper nie miał o tym pojęcia.

- Pani! - Do Vartika dotarł usłużny głos szypra. Już nie "panienka".

Rahne wyszła z niewielkiej nadbudówki i stanęła na pokładzie. Miała śmiertelnie bladą twarz, a obandażowane dłonie zaciskała na brzuchu. Gdy spływali Rapaską, nie było źle, ale od chwili, gdy deltą rzeki, pełną piaszczystych cypli i zdradliwych płycizn, wypłynęli na Morze Skrzydlate, Suezianka fatalnie znosiła kołysanie płaskodennej szkuty.

Sime omiotła wzrokiem mężczyzn, skinięciem powitała Kaliko i powolnym, chwiejnym krokiem podeszła do Vartika. Wyspiarz się nie odwrócił i wciąż spoglądał na północ. Powoli robiło się coraz jaśniej. Milczał. Nie miał wiele do powiedzenia Sueziance od chwili, gdy ta zrozumiała, że Vartik kocha Arevię. Od tamtej pory bał się patrzeć w jej żółte oczy, a gdy się już zbierał na odwagę, oziębłe spojrzenie Rahne zniechęcało do wymiany zdań. Do tego złość, jaką tropiciel czuł na wszystko i wszystkich, utrudniała podtrzymywanie rozmów. Niemniej jednak trzymał ich wspólny kierunek i obietnica wzajemnej pomocy.

- Co to były za hałasy? - zapytała słabym głosem, chwytając pobliską linę.

Vartik wzruszył ramionami.

- Nic szczególnego.

- Ten zakrwawiony żeglarz, którego przywiązywano do podstawy masztu pod pokładem, to też nic szczególnego?

Detektyw zerknął na Sueziankę. Doprowadziła się już do porządku po uciecze z podziemi. Bursztynowe włosy splotła w dwa warkocze, jak w Jaworowcu, co przypominało mu o ich pierwszych gorących chwilach. Vartik jednak widział wyraźnie, że to już nie była ta sama osoba. Nie chodziło o bladość spowodowaną chorobą morską. To pobyt w grobowcu odcisnął piętno na jej twarzy.

"I nie tylko na niej" - pomyślał gorzko Vartik. Gdy ostatnio zerknął w zwierciadło, zaszokował go własny wygląd. Bujne brązowe włosy jakoś tak oklapły, na skroniach pojawiły się srebrzyste ślady, a zmęczona twarz i pogłębione zmarszczki pokazywały mu znacznie starszego człowieka, niż pamiętał.

I oczy. Jego zielone oczy wypełniał strach. Mrużył je, nerwowo zerkał na boki, podświadomie, niemal bez udziału woli wypatrywał zagrożeń. Bez ustanku. To go męczyło. I czyniło napiętym. Nerwowym.

- Ryby-strzały strąciły w toń jednego z flisaków - odparł burkliwie. - Braciszek chyba chciał się za nim rzucić i musieli go powstrzymać.

- Wiesz, że imperialna nazwa jest myląca? Javeretty, wbrew pozorom, są ssakami. Ciała pokrywa im futro, nie łuska. Z połączonych błoną palców wyrastają potężne pazury. Tylne łapy mają dwa stawy kolanowe, dzięki którym są w stanie nadać sobie olbrzymią prędkość i wręcz wystrzelić spod wody. Ich duże, kościste czoło to właściwie szeroki, ale niezbyt ostry róg. Jest on idealny do ogłuszania ofiar, łamania czaszek, żeber oraz przewalania ludzi za burty. Wtedy otwierają swoje małe, zębate paszcze i dokańczają...

- Raveno, zlituj się! Po co robisz mi tak oczywisty wykład?

- A po co mnie w tak oczywisty sposób okłamujesz? Taką masz naturę? Już raz zrobiłeś ze mnie idiotkę. Więcej nie trzeba.

Tropiciel poczuł irracjonalną złość. A może nie tak irracjonalną? A może to nie złość? Może gryzły go wyrzuty sumienia?

- Mogłaś nie wracać - rzucił na odczepnego.

- Mogłam. Ale jestem idiotką.

Milczeli chwilę wystarczająco długą, aby poczuć, jak wszystko się między nimi zmieniło.

- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co się stało w grobowcu? - zapytała gorzko Suezianka, poprawiając wysoki kołnierz kurtki. - To jakaś tajemnica?

Vartik niemal parsknął. Cała ona. Wiedza! Wiedza ponad wszystko! Zasrana uczona.

- Nie "nie chcę", tylko nie wiem, co mam ci powiedzieć - wyjaśnił cierpliwiej, niż chciał. - Już tłumaczyłem, że właściwie nie mam pojęcia, co się wydarzyło.

- Mogę ci w tym pomóc.

Tropiciel westchnął i w końcu obrócił się w jej stronę. Zmierzył wzrokiem już tylko szóstkę wiosłujących flisaków i stojącego za kołem sterowym Kaliko. Żagiel załopotał, a naraz statek gwałtownie przechylił się na burtę. Zalała ich lodowata woda, ale już po chwili "Morski Duch" wyprostował się i kontynuował rejs.

Rahne, już nie tyle blada, co właściwie zielona na twarzy, wpatrywała się w niego upartym wzrokiem.

- Nie wiem dlaczego - zaczął Vartik - ale po zażyciu spoiwa... jakbym wyrwał się z ciała. Jakby mnie z niego wyrzuciło, poza grobowiec. To się nie zdarzyło nigdy wcześniej. Byłem jak duch z bajek, mogłem zaglądać przez ściany. Widziałem ciebie i... swoje ciało.

Zamilkł na chwilę, radując się, że oklan na piersi pełni swoją rolę. Rahne wyposażył w identyczną uprząż.

- Nieco zaszokowany ruszyłem wtedy w powrotną drogę. Nie pamiętam dokładnie wszystkiego, nie rozumiem własnych motywacji, ale ciągnęło mnie do miejsca, gdzie... Polte niemal nas dopadł.

Po tych słowach Vartik odwrócił się od kobiety i gdy wznowił cichą opowieść, ta musiała podejść i stanąć koło niego, aby cokolwiek słyszeć.

- ...dwóch kapłanów, ale też stare, mroczne plamy i... cieniobójcy. Prześladowali mnie nawet po śmierci. W sensie: ich cienie, świeże, wściekle kolorowe. Chyba mnie rozpoznali, bo rozjarzyli się fioletem i ciągnęli w moją stronę. Czułem, że chcą mnie rozszarpać i w geście rozpaczy... Nie mam pojęcia jak ani co mną pokierowało, ale jakoś wszedłem w jednego z kapłanów. Cienie chyba wtedy odpuściły, a od tej chwili pamiętam jeszcze mniej. Był jakiś Beny, krew... Nie wiem, co się tam stało. A może wiem? W każdym razie kapłan dotarł do grobowca i pomógł zrzucić płytę. Resztę znasz. - Nagle głos Vartika nabrał ostrości. - I co?! Pomożesz?! Wyjaśnisz mi coś?!

- To nie tak, że nie chcę. Nie wiem, co mam ci powiedzieć - powtórzyła złośliwie jego słowa. - Ale teraz przynajmniej mogę się nad tym zastanowić.

Jeszcze nie tak dawno tropiciel doceniłby kunszt jej słownej szermierki, ale obecnie wyłącznie go zirytowała. Zanim jednak zdążył odpyskować, usłyszał krzyk szypra:

- Miasto na horyzoncie!

We flisaków wstąpiła nowa siła. Naparli na wiosła żwawiej i mocniej. Również wiatr jakby zdecydował się im pomóc, bo żagiel wydął się tak gwałtownie, że aż maszt zatrzeszczał, a "Iwin Meri" wyskoczył do przodu. Kaliko wykrzykiwał polecenia, sterując. Lekko zrefowano grot. Miasto zbliżało się w oczach.

Rahne, choć nadal nie wyglądała dobrze, spoglądała z błyszczącymi oczami przed siebie. Tin-Leve niewątpliwie robiło wrażenie - położone na wzgórzu, kute w skale i kamieniu, niepowtarzalne - a jednak wyrastające przed nimi miasto, choć zupełnie inne, również zaskakiwało.

Tuż przed nimi rozkwitał Toryl. Rozkwitał w śniegu.

3.

Mimo zimna, śniegu i wczesnej pory olbrzymi port Torylu żył. Zaszokowana Rahne spoglądała na dziesiątki zakotwiczonych statków, setki zmieniających właścicieli towarów i tysiące ludzi.

Ryki zwierząt, krzyki żeglarzy i robotników, hałasujące wózki transportujące dobra, powarkiwania strażników, dzwony kościołów... To wszystko sprawiało, że port, który widziała w Tin-Leve, nagle wydał się jej malutki i nieistotny. Co ciekawe, to właśnie do Torylu miała trafić ze swoją karawaną i Oświeceniem, ale nigdy tu nie dotarła.

Vartik musiał zauważyć jej spojrzenie.

- Żałuj, że nie wiedziałaś portu w Werecie, największym południowym mieście Sevenii. Toryl jest przy nim taki jak Tin-Leve przy Torylu. A już nawet nie wspomnę o stolicach Księstwa Trzech Rzek. Seveńskie miasta są w porównaniu z nimi, nie wiem... jak kurnik.

Suezianka zerknęła na niego, zdziwiona nagłą gadatliwością, a Vartik zaraz się zasępił.

Gdy schodzili na ląd, Kaliko nie robił żadnych problemów, co więcej, jego ludzie pomogli im przenieść niezbyt wielką ilość bagażu. Szyper podtrzymał także propozycję transportu w drugą stronę, a tropiciel obiecał, że powróci z zapłatą.

Vartik wynajął tragarza i ruszyli przez ciżbę ludzi, zwierząt i dwukółek. Minęli oddział najemnych żołnierzy w barwach Torylu. Gdy z pobliskiej świątyni wychynęła kapłanka, najemnicy obrzucili ją wyzwiskami, a ta szybko schowała się wewnątrz.

Wiatr przyniósł zapachy jedzenia, a gwałtowne skurcze żołądka uświadomiły Rahne, jak bardzo jest głodna. Choroba morska towarzyszyła jej tylko ostatniego dnia i nocy od chwili, gdy wypłynęli na morze, ale to wystarczyło, aby wyssać z niej siły. Skoncentrowała się na otoczeniu.

Tyle dobra! Butelki z winem, kręgi sera i pęta pachnących wędzonych kiełbas, ryby. Do tego białe kamienie z Tin-Leve, bursztyny, próbki kolorowego, choć mokrego od deszczu i śniegu sukna z Księstwa Trzech Rzek. Ktoś zachwalał pochodzące z Ptasich Wysp ptaki, pokazywano sobie kawałki ponoć bezcennego jaworowca. Właścicieli zmieniły tu nie tylko setki brązowych lisów oraz srebrnych kun, ale także złote żbiki i królowe. Sime widziała też przynajmniej kilka rozbłysków światła w dłoniach, więc także i bezcenny oklan służył tutaj za walutę. Taki ruch! Tylu ludzi, a przecież to zwykły, zimowy poranek!

Gdy Rahne usłyszała, jak kupiec zachwalał rzadkie perfumy, także pochodzące z Księstwa, coś w niej zazdrośnie zagrało. Większość niezwykłych barwników z drzew tintarbor, do tego prawie całe piżmo świata, a także spora część ambry, z których robiono wszelkie wonności, pochodziły właśnie z Dominium. Fakt, że wychwalano towary z tylu krajów, a nazwa "Sueza" była tu jedynie synonimem zgromadzenia wrednych, krwiożerczych bab, sime uważała za bezczelną niesprawiedliwość.

"Jesteś złodziejem, jak te mordercze baby z północy" - słyszała już kilka razy, od kiedy przybyła do Sevenii. - "Nie pyskuj! Wykonuj swoją pracę albo wyślę cię do tych kurew z Suezy, one ci pokażą, co znaczy życie!" Albo: "Nie podoba ci się władza i nasze prawa? Tedy won na północ, tam róbta, co chceta!"

Głośny krzyk wyrwał Sueziankę z zamyślenia. Kilku strażników z pałkami ruszyło w pogoń za bandą dzieciaków, która rozbiegła się na wszystkie strony. Jakiś bogato odziany mężczyzna dopingował ścigających z czerwoną ze złości twarzą. Z dłoni smętnie zwisał mu sznurek, którym jeszcze chwilę temu z pewnością przywiązana była sakiewka. Złodziei, jak widać, nie brakowało także tutaj.

Ta krótka chwila dekoncentracji kosztowała Rahne nieco nerwów. Na moment straciła z oczu towarzyszy, a gdyby nie pochodzący z Hammeh niezwykle wysoki tragarz o mięsistych ustach, zgubiłaby się już po stokroć. Choć szła tuż za Vartikiem, który sprawiał wrażenie, jakby swobodnie płynął z nurtem tłumu, ona na każdym kroku walczyła z prądem tej samej ciżby. Dodatkowo wszystko ją rozpraszało. Widoki, budynki, popychający ją ludzie, ryczące zwierzęta, olbrzymie trzymasztowe statki i niezwykłe towary na niezliczonych straganach. Hammehczyk z bagażami na głowie był jej drogowskazem, choć i tak, nienawykła do tłoku, czuła panikę na myśl, że mogłaby się tu zgubić, więc brnęła za nim.

Gdy Vartik złapał ją za ramię, niemal krzyknęła z zaskoczenia. Przecież jeszcze kilka chwil temu mignął jej kilkadziesiąt kroków z przodu!

- Tu się zatrzymamy. - Wskazał na szyld dość obskurnej gospody "Pod Płetwą Rekina".

Gdy on poszedł rozmawiać z gospodarzem, Suezianką wstrząsnęła złość. Czuła się jak mała, zagubiona idiotka, dziewczynka, za którą mężczyzna musiał załatwiać sprawy. Tymczasem posiadała właściwie najwyższe wykształcenie, jakie Dominium Suezy zapewniało swoim obiecującym kobietom. A ponadto...

- Dobiłem targu. - Vartik znowu pojawił się znikąd. - Mamy jedną izbę. Siennik twój, podłoga moja. To będzie ostatnia okazja, aby porządnie się wyspać.

W zatłoczonej sali jadalnej szczęśliwie zajęli ledwie opuszczony przez kilku żeglarzy stół. Ostra rybna polewka na smażonych płetwach okazała się najsmaczniejszym rarytasem, jakiego Rahne miała okazję próbować od czasu uczty w Jaworowcu. Żołądek się jednocześnie buntował i był jej wdzięczny, natomiast samo ciepło zupy sprawiało, że wracały jej siły. Najwięcej trudności sprawiało trzymanie cynowej łyżki. Poranione od drapania wieka grobowca palce nadal znajdowały się w fatalnym stanie. Jeszcze kilka dni wcześniej śmierdziały ropą, ale zielarskie specyfiki chyba przemogły zakażenie.

Vartik patrzył na jej mękę z ciekawością. Raz drgnął, jakby chciał zaproponować pomoc, gdy upuściła łyżkę, ale nic nie powiedział. Suezianka też nie prosiła o łaskę. Z dumą i cierpliwością radziła sobie samodzielnie, jak przez całe życie.

Tropiciel w końcu westchnął przeciągle, otarł usta i wbił w nią swój jadowicie zielony wzrok. Od momentu ucieczki Rahne wyczuwała w towarzyszu nie tylko złość, ale też rozgoryczenie i smutek. W tej chwili biła od niego wielka determinacja, identyczna jak wtedy, gdy poznali się w lochach pod areną, choć sam Wyspiarz zdawał się kilka lat starszy.

- Wyruszam w miasto.

- Idę z tobą - rzuciła szybko Suezianka, pełna dziwacznych obaw, że Vartik opuści ją na dobre.

- Zostaniesz! - oznajmił kategorycznym tonem, którego wściekłość aż nią wstrząsnęła. Jakby rozkazywał dziecku!

- Zapomnij! - syknęła jak wściekły żbik. - Nie będziesz mnie ustawiał i traktował jak zbędnego ciężaru! Przypominam, że wybierasz się do Dominium i moja pomoc będzie ci cholernie potrzebna! Nie pomiataj mną więc, bo...

Przerwała, widząc, jak cała determinacja rozmówcy znika niczym płomień świecy w zderzeniu z huraganem, zastąpiona rozpaczliwą bezsilnością. Zaskoczona sime poczuła żal. Żal do siebie, że nie potrafiła się powstrzymać i że skruszyła tę maskę siły, której tak bardzo potrzebowała.

Otworzyła usta, ale... nie potrafiła zdobyć się na przeprosiny. Nie po tym, jak ją wykorzystał.

- Rahne - powiedział Vartik z wyraźnym znużeniem, jakby coś utrudniało mu oddychanie. - Przeżyliśmy straszne gówno. Co więcej, przeżyliśmy to wyłącznie jakimś cudem. Tam, gdzieś daleko, hasają sobie dwa pieprznięte duchy, z których jeden latami siedział w mojej głowie i niemal nas zabił, a drugi porwał królową. Kapłani się buntują, zaraz dojdzie do wojny domowej. W tym wszystkim zaginęła nam Lyfne, a życie i zdrowie Berry... Szantażują mnie tym. Mamy prawo być nerwowi.

Rahne coś boleśnie ścisnęło za serce, lecz nie odpowiedziała. Jedynie drgająca w niepewnym uchwycie łyżka zdradzała zdenerwowanie. No i może ściekająca po policzku niespodziewana łza.

- Nie wiem, co myślisz - podjął niepewnie detektyw - ale tylko ty mi pozostałaś, więc...

- Zamknij się! - podniosła głos, a gdy kilka głów skierowało się w ich stronę, ściszyła ton. - Mamiłeś mnie słodkimi słówkami, a ja, durna baba, uwierzyłam ci, choć siostra mnie ostrzegała! Nie pieprz, że masz tylko mnie, bo tam, gdzieś daleko, hasa sobie ta twoja Arevia! Co więcej, zdurniała do reszty i planuje zrobić coś chorego w moim kraju! A jeśli liczysz na zaufanie i wybaczenie, to zrozum, że nie będzie ani jednego, ani drugiego. Od teraz łączy nas wyłącznie wspólny cel: Dominium. W ramach "starych, dobrych czasów" - głos Rahne ociekał jadem - mogę obiecać ci tyle, że nie zamierzam się mścić, gdy już dotrzemy na miejsce.

Vartik smutno pokiwał głową i jakby nieco oklapł.

- Jasno stawiasz sprawę - powiedział, a gdy Suezianka nie odpowiedziała, kontynuował: - Zostań tu. - Kobieta chciała się odezwać, ale podniósł ręce w pojednawczym geście. - Muszę zdobyć prowiant, zimowe kuce i spoiwo oraz pogadać z moimi wtyczkami. Znam miasto, zrobię to szybko i sprawnie, bo czasu nie mamy zbyt wiele. Jak zima się rozkręci, to nie wiem, jak przebrniemy przez śnieg. Sam też łatwiej uniknę kapłanów i straży. To wszystko po to, aby uratować babcię. Tobie zostawiam większość oklanu i chciałbym, abyś go dopilnowała, no i jeszcze reszty naszego...

- A idź sobie, gdzie chcesz! - warknęła Suezianka, gwałtownie wstając. Upuszczona łyżka brzęknęła żałośnie na blacie. Rahne zaprezentowała obandażowane ręce i dodała cynicznie: - Baw się dobrze i ratuj babcię. A ja będę bronić naszego dobytku. Tymi rękami.

4.

Berra z trudem znosiła bujanie dużą, trzymasztową karawelą, na którą załapała się niemal w ostatniej chwili w Werecie. Była święcie przekonana, że choroba morska nigdy już jej nie zaszkodzi, lecz po latach na lądzie wieloletnie przyzwyczajenie zawiodło ją.

Chociaż zapłaciła niewielki majątek za własną kajutę, mimo burzy dzielnie stała na pokładzie, gdzie kazała się przywiązać pod łopoczącym bezanem. Żeglarze "Białej Mewy" skwitowali to popukaniem się w głowę, ale wykonali prośbę nietypowej pasażerki, która, jak się okazało, znała się na żeglarstwie nie gorzej niż oni.

Kavel zdziwiłby się, gdyby wiedział, ile babcia miała pieniędzy i na jakie fanaberie mogła sobie pozwolić, jeśliby tylko chciała. Nigdy jednak o to nie pytał. Z uporem i pogodą utrzymywał siebie i ją, nigdy nie prosząc o cokolwiek w zamian. Doskonale dawał sobie radę, a Berra pomagała mu w pracy i drobnymi, ale celnymi inwestycjami pomnażała jego wynagrodzenie. Sama jednak nie mogła podjąć gotówki z banku, nie chciała podsuwać tropów władzy. Musiała posłużyć się wekslami rozprowadzonymi wśród nielicznych znajomych i to powinno wystarczyć jej na podróż.

W końcu była arystokratką.

Na tę myśl parsknęła cicho, bez śladu wesołości. Jakby wspominała inne życie, może nawet życie kogoś innego. Nie jest już tą samą osobą, a na pewno nie babcią stanowczego Turrika, uroczego Vartika i słodkiej Arry.

Łzy spłynęły jej po twarzy, gdy powróciły myśli o starych, dobrych czasach. Nie chciała tego wspominać, ale przecież właśnie dlatego wracała na Ptasie Wyspy. Musiała odkryć prawdę. Pamiętała plotki, słyszała pogłoski, co nieco sama widziała, ale...

Niespodziewanie zalała ją lodowata fala słonej wody. Staruszka przez chwilę rozpaczliwie walczyła o powietrze, a gdy nadeszło, zimno stało się nieznośne.

- Pani już pójdzie! - wrzasnął jakiś majtek, zeskakując z want.

- Najpierw refuje się grota, później foka - warknęła karcąco Berra, dzwoniąc zębami, ale w duchu przyznała rację zaskoczonemu młodzikowi. Dała mu się odwiązać i zaprowadzić do kajuty, gdzie czekał rozgrzewający oklan.

Nie może pozwolić sobie na durną śmierć, a szaloną potrzebę stawienia czoła wodzie i życiu powinna zdławić, choć pozwalało jej to sobie radzić ze śmiercią Dorika i zniknięciem wnuka. Jakby w ten sposób pokutowała. Nie znalazła śladu Kavla ani Suezianek, a ludzie, którzy mogliby cokolwiek o nich wiedzieć, albo zniknęli, albo nie wiedzieli nic, albo mogliby chcieć uwięzić ją ponownie. Słowa wiedźmy dzwoniły jej w uszach. "Tu go nie znajdziesz. Płyń w swoje rodzime strony". Choć nie miała pojęcia, co ją czeka w rodowej posiadłości, lepsze pomysły nie przychodziły jej do głowy. Jedynie tam mogła dowiedzieć się czegokolwiek na temat Kavla i prawdziwych powodów zesłania wnuka z Ptasich Wysp do Sevenii.

5.

Byli w drodze trzeci dzień. Jechali traktem na wschód, wzdłuż porośniętej puszczą granicy między Sevenią a Dominium. W wielu miejscach trafiali na wykarczowane połacie drzewa, ale nie skręcili na północ. Rahne uporczywie kazała Vartikowi trzymać kierunek. Mężczyzna sarkał, choć zaakceptował oschłe wyjaśnienie, że jeśli nie chce zdechnąć w nieprzebytych, pełnych sueziańskich pułapek borach, ma podążać za nią. Na pytanie, czy w tych borach nie trafią na Suezianki, Rahne odparła, że jeśli coś trafi, to jedynie strzały z łuków prosto w ich ciała.

Trzykrotnie spotkali nieliczne oddziały drwali i seveńskich najemników. Za pierwszym i drugim razem glejt kanclerza zadziałał natychmiast. Za trzecim wygrała uroda Rahne.

6.

Koń zaparskał nerwowo, gdy najemnicy otoczyli ich półkolem. Zacięte miny na zarośniętych gębach nie napawały optymizmem.

- Dokąd to się tak wybierasz ze swoją białogłową? - zapytał jeden, wyjeżdżając kilka kroków przed resztę.

Bardziej przypominał zbójcę. Sina z zimna blizna przecinała mu twarz od oka do owłosionej brody. Długie włosy wystawały spod skórzanej czapy ze żbiczym ogonem, a futrzana kamizela okrywała rdzawy napierśnik. Oddział wyjechał z pobliskiej wsi, gdzie tropiciel z Suezianką planowali uzupełnić zapasy i odpocząć, a która teraz wydawała się zaniedbana i opustoszała. Nieprzyjemna. Zupełnie jak otaczający ich ludzie.

Na szczęście rozsądna Rahne milczała, choć Vartik bez patrzenia wiedział, że musiała być wściekła.

- Jedziemy z misją od kanclerza - powiedział, powoli sięgając do sakwy. - Hirret nakazał nam...

- Ręce precz! - warknął Blizna, a na zachętę jakieś siedem kusz uniosło się w ich kierunku.

Vartik ostrożnie podniósł dłonie, z trudem powstrzymując kaszel.

- Myślisz, że chcemy na was napaść? - zaszydził. - Ja z moją... białogłową?

Tym razem Suezianka nie wytrzymała.

- Nie jestem niczyją białogłową! - warknęła, ignorując ostrzegawcze syknięcie tropiciela. - Niczego nie zrobiliśmy, a jeśli idzie o cel naszej misji, to...

Przerwała, gdy zauważyła to, co Vartika niepokoiło już od dawna. Obleśne miny. Lubieżne uśmiechy. Powłóczyste spojrzenia sięgające nie tylko ich pięciu koni i ekwipunku, lecz przede wszystkim jej. Owionął ją nagły chłód.

- Jesteśmy po tej samej stronie... - powiedział detektyw, ale kaszel przerwał mu wypowiedź. Żebra zabolały nieznośnie, aż się skurczył w siodle.

Czuł, jak choroba powoli bierze go w posiadanie. Już na pokładzie "Iwin Meri" zaczęło się łaskotanie w gardle, a teraz, po kilku dniach, wiedział, że bez dłuższego postoju i wygrzania niedługo będzie mieć problem, jakiego w ogóle nie zakładał.

To jednak mogło poczekać. Siedem bełtów skutecznie mogło wyleczyć jego płuca z wszelkich chorób. Na zawsze.

- A skąd wiesz, po jakiej stronie my jesteśmy? - zapytał kpiąco Blizna, nieznacznym gestem dając znać swoim, którzy coraz bardziej zbliżali się do podróżujących.

Rahne cofnęła się odrobinę i spojrzała w stronę wsi, jakby wypatrując wsparcia, ale miejsce tak bardzo skojarzyło jej się z cmentarzyskiem, że aż zadrżała.

Vartik powoli sięgał dłonią do rękojeści miecza, ale pomieszana z bezradnością wściekłość trzymała go w mackach. Oni mają kusze! Jeden fałszywy ruch i po nich!

I wtedy szokująca myśl uderzyła tropiciela. Już drugi raz w ciągu zaledwie kilku dni żałował, że... Ahled odszedł. Że pozbawił go tego czegoś, co dawało mu tak wielką pewność siebie. Do niedawna czuł się niemal nieśmiertelny, a w tej chwili nie zostało mu nic. Przez to bezmyślnie pakował się w problemy!

Berra latami tłukła mu do głowy, że powinien mieć ochroniarza, ale jeszcze jakiś czas temu sam chronił się najlepiej. A teraz nawet nie było przy nich zabójczej Lyfne, która może uratowałaby im tyłki.

- Jestem wysłannikiem Hirreta! - syknął Vartik, ściągając kaptur. - Prowadzę ważne śledztwo, bo widzi, mam...

Naraz jeden z konnych przedarł się przez resztę i podjechał w ich stronę. Do piersi Vartika przycisnął grot bełtu. Tropiciel zamarł, niezdolny do ruchu, a Rahne uniosła dłoń do ust.

- Detektyw? - zapytał mężczyzna charkliwie.

Vartik spojrzał mężczyźnie w oczy i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że kojarzy najemnika. Tylko skąd? To dobrze, że się znają, czy źle? Na cienie!

- Nie pamiętasz mie? - zapytał kusznik, gdy tropiciel w końcu nieśmiało pokręcił głową. - A powinieneś. - Najemnik odstawił kuszę, charknął potężnie i splunął, aż koń Vartika parsknął trwożliwie. - Ile to już lat, jak żeś tego skurwysyna bankiera powiesił, co?

Splunął ponownie.

Vartikowi coś przeskoczyło w głowie.

- To ty! - powiedział z ulgą.

- Ano, to ja! - Mężczyzna uśmiechnął się całkiem szczerze, po czym zwrócił się do swoich: - Poniechajcie ich, on swój człek.

Po najemnikach rozszedł się pomruk niezadowolenia.

- Swój, czyli czyj? - zapytał poirytowany Blizna. - Co on, w dupę ci wlazł, czy co?

- Poniechaj. On mie dobre imię przywrócił, z karnej kompaniji wyciągnął. To o nim wam niegdyś żem mówił przy ogniu. Detektyw. Gadają o nim, że czarownik. Bankier, chujec nieobmyty, oszukiwał mie i, tfu! - Splunął ponownie. - O czym to ja... A, tak. W długi wpędził matulę i capnęli mie do służby, do wojaczki w karnej. Alem przeżył pierwsze starcia, a gdy rok trzasł, wrócilim do stolicy na przerwę. Wtedym się dowiedział, że ta sprawa sondowa być ma i bankier oszukiwał ludzi.

Wojak przerwał i potężnie klepnął Vartika w ramię. Ból w żebrach eksplodował z mocą, tropiciel aż jęknął, kładąc się na koniu, ale żołdacy zrozumieli to na opak i parsknęli śmiechem.

- Ten słabeusz cię ratował, Gareth? - Rechotali, chowając kusze. - Ledwieś go tknął, a już blady niczym trup...

Dopiero gdy Rahne podjechała do Vartika i go wsparła, śmiechy umilkły.

- Rannyś? - zapytał przejęty Gareth, lecz tropiciel jedynie pokręcił z wysiłkiem głową.

- Oberwał wcześniej i powoli dochodzi do siebie. Z pewnością pomoże mu, jeżeli nie będziesz go więcej okładać - rzuciła oschle Suezianka.

- Dlaczego zwą go czarownikiem? - wtrącił zaczepnie Blizna, nadal dość nieufny i niezadowolony. Miał inną wizję co do wieczoru.

Mężczyzna dowodził najemnikami, lecz rzeczywiście podlegał pod jurysdykcję władz Sevenii. Czasami mogli sobie pozwolić na figle, ale pewien poziom karności utrzymywali. Płacono im za obronę północnej granicy, nie za rozbój. Teraz, gdy jeden z nich w potencjalnych wrogach rozpoznał potencjalnych sojuszników, pewne scenariusze stawały się mało realne, bo niosły ryzyko donosu.

- Aboon - wskazujący Vartika Gareth wypowiedział to jak jedno słowo - wziął mie na świadka, a i na sprawie pokazał, że ten łachmyta, kurwiarz i kanciarz oszukał nie tylko mie i jego, ale i rajców z Rady Mieszkańców. Pono wydobył jakiego zaginionego przed laty trupa, co z nim jakieś pisma ukryto z dowodami. Ja tam nie wiem, ja się nie znam, ale gadano, że czarownik, bo nikt normalny nie znalazłby. Mi sprawę darowano, alem polubił żołnierskie życie, to żem do najemników przystał.

Blizna zmierzył Vartika nieufnym, przeciągłym spojrzeniem, ale po chwili westchnął. Na jego znak wszyscy schowali broń.

- Chodźcie z nami - powiedział w końcu. - Do nocy jeszcze po prawdzie daleko, ale po co na gościńcu cieniom się narażać? Ugościmy was, przenocujemy, wy zabawicie nas opowieścią. Po co marznąć?

Tropiciel już miał z ulgą skinąć głową, gdy koń Rahne zarżał. Vartik odruchowo zerknął za siebie i napotkał błagalny, pełen obaw wzrok kobiety. Dopiero wtedy spojrzał na Garetha, który niemal niedostrzegalnie pokręcił głową. A może jedynie nieznacznie poruszył oczami?

- Misja przed nami pilna, od kanclerza - powtórzył detektyw. Zmusił się do stanowczego tonu, ignorując drapanie w gardle. - Śledztwo toczymy ważniejsze niż opisane przez twego druha. Tamten bankier od młodych lat za skórę mi zalazł. Wtedy z jednym trupem musiałem się zbratać, aby, przyznaję, mej mściwości ulgę sprawić i powiesić drania. Teraz czeka na nas armia umarłych. Ani to przyjemne, ani bezpieczne. Droga nas woła.

Mijając konnych, Vartik widział pobłażliwy, niedowierzający wzrok dowódcy, pod którym kryło się coś więcej. Gniew i niepohamowane pożądanie. Już miał się odezwać, ale uprzedził go Gareth.

- Jedźcie, a Rodzice i Dzieci niech jadą z wami. Już my tu porządku dopilnujem, bez obaw, wasze plecy są bezpieczne, koronie i kanclerzowi służymy!

Wściekłość wykrzywiła twarz Blizny na te słowa, a Vartik tylko skinął głową w stronę Garetha. Ten uśmiechnął się z sympatią i dodał:

- Oby cienie was omijały.

Ta. Jasne.

7.

- Musimy zrobić postój, i to dłuższy - wystękał Vartik, trzymając się za obolałe żebra. Spoglądał za siebie co kilka modlitw. Widocznie zadziałała wdzięczność Dereha, albo towarzystwo nadejdzie nocą.

Rahne w milczeniu skinęła głową. Nie chciała się skarżyć, ale sama miała dość i tyłek niemal jej odpadał. Rzadko jeździła konno, a wynajęte kuce miały zupełnie inne siodła niż te, do których przywykła. Zresztą to na jej nieme życzenie porzucili możliwy wygodny nocleg w opuszczonej wiosce. Niewątpliwie spotkałyby ją tam seksualne przyjemności, nawet wielokrotne.

- Powinniśmy być blisko Jeziora Lodowego, a do wieczora jeszcze mamy czas - powiedziała, spoglądając na ożywione od jakiegoś czasu kuce. - Jeśli wytrzymasz, tam będziemy mogli odpocząć dłużej. Wiem, gdzie się rozbić, aby nie przeszkadzał nam śnieg. Dalsza podróż powinna być prostsza.

Vartik niemo skinął głową. Myślenie szło mu niesporo. Marzył o jakimś lepszym jedzeniu niż suszona wołowina, którą raczyli się od wyjazdu z Torylu. Marzył o odpoczynku i rozgrzaniu się. Gdyby nie oklan, albo zamarzliby w drodze, albo musieliby robić czasochłonne postoje trzy, cztery razy częściej. Niestety, naprzemienny śnieg i deszcz były bezlitosne, więc niewiele suchego na nich pozostało. Na szczęście nie padało jeszcze tak mocno, aby zasypać trakt, więc szalenie wytrzymałe konie, choć też wymagały dłuższej przerwy, wody i obroku, nadal dawały radę.

Przybyli na brzeg trochę przed zmierzchem. W stronę dużego, otoczonego drzewami i skałami jeziora prowadziło szerokie zejście.

Parskające kuce rwały do wody. Kavel niemal spadł ze swojego z bolesnym jękiem. Rahne zeszła z wierzchowca tylko z ułamkowo większą godnością, a uwolnione zwierzęta ruszyły w stronę brzegu.

- Zaraz je rozkulbaczymy - powiedziała Suezianka, masując pozbawione czucia pośladki. - Na razie niech się napiją. Jesteśmy w dobrym miejscu. - Wskazała na pobliskie skały. - Tam jest niewielka jaskinia, ale w zupełności dla nas wystarczająca. Tu stałyśmy z karawaną, wewnątrz czekało drewno, a nasza kupiecka obstawa, odchodząc, narąbała nowych kłód. Hmmm... Słyszysz? Jakby... melodia?

Vartik podniósł się z klęczek, w chwili gdy zaalarmował ich przeraźliwy kwik koni. Zaskoczeni spojrzeli po sobie i rzucili się w stronę wody. Tropiciel przeklinał szpetnie, kulejąc i szarpiąc się z mieczem. To, co ujrzeli na brzegu w powoli odchodzącej jasności dnia, odebrało im mowę.

Zanurzona do pasa człekokształtna postać obejmowała kuca za szyję, przywierając głową do jego ciała, i krok za krokiem wciągała kwiczące zwierzę w głąb jeziora. Pozostałe konie uciekały w panice, na szczęście w stronę, z której przyszli.

Vartik, którym już niemal trzęsła gorączka, władował się w lodowatą wodę po kolana, które zaczęły mu podejrzanie drżeć.

- Stój! - dobiegł go ostry wrzask Suezianki. Tropiciel nie wiedział, czy krzyczy do niego, czy do koni, i zrobił kolejny krok w stronę... człowieka?

Istota oderwała łeb od końskiej szyi i spojrzała na niego, a Vartik zamarł z uniesioną klingą.

Bo patrzył w martwe, blade oczy powstańca. Powstańca, którego skóra grubo pokryta była w wielu miejscach wodorostami, muszlami, a nawet jakimiś nieżyjącymi rybkami. Stwór wyszczerzył okrwawione zęby, a z gardła wydobyło mu się nie warczenie, ale raczej jakby gulgotanie. Naraz, niczym zapaśnik, gwałtownym skrętem barku przewrócił obciążonego sakwami kuca, który kwiknął przeraźliwie. Dźwięk zniknął jak ucięty nożem, gdy koński łeb zanurzył się w wodzie. Zwierzę wierzgało wściekle, próbując stanąć na nogi, ale powstaniec znowu wgryzł się w jego szyję, choć trudno było to ocenić, bo teraz jedno i drugie miało łeb pod wodą.

Vartik stał jak zaczarowany. Nie potrafił zrobić kroku, choć walczący o życie koń słabł, a kark mordującego go potwora był dobrze wystawiony na atak. Miecz ciążył tropicielowi w uniesionej dłoni. Nie drgnął jednak, bo potworny strach paraliżował go i obezwładniał. W życiu nie brakowało mu koszmarnych obrazów i wspomnień, jednak to... To było coś innego, coś nowego. Coś, czego nie poznał, nigdy nie widział. Czuł, jak drży na całym ciele, już sam nie wiedział, czy ze strachu, czy z choroby, zimna czy zmęczenia.

Stwór wyrwał nagle łeb spod wody, ciągnąc za sobą przylepione do głowy wodorosty, za którymi podążyły krople wody. Zupełnie jak zarzucająca w zalotny sposób włosami kochanka. Tyle że kochanka nie wydaje z siebie później krwiożerczego ryku. Powstaniec zadarł łeb i zawył, a w jego głosie pobrzmiewało coś strasznego, pierwotnego. Po chwili obrzucił tropiciela ostatnim spojrzeniem, chwycił znieruchomiałego kuca i wciągnął go w toń. Kilka oddechów i pozostała po nich jedynie rozrzedzająca się krew na zmarszczonej powierzchni wody.

Vartik zaczął się wycofywać i niemal padł na brzegu. Czuł, jak w coraz mocniej sypiącym śniegu parszywe zimno atakuje z każdej strony. Oklan! Gdzie jest oklan? Konie? Ogień! Ciepło! Rahne! Rahne?

Gdzie, na cienie, jest Rahne?

Tropiciel rozejrzał się przytomniejszym wzrokiem, ale nigdzie jej nie dostrzegł. Chłód się wzmógł.

- Rahne?! - krzyknął, choć latające szczęki z trudem pozwalały mu mówić.

Cisza.

- Raaahhneee?!

Cisza. Coś...

Melodia?

O szlag! Szlag! Szlag! Tylko nie to!

Poderwał się i postąpił kilka chwiejnych kroków. Z lewej strony dobiegł go jakiś dźwięk. Bez namysłu powlókł się w tamtą stronę, choć przestawał czuć palce stóp.

- ...elllll!

Co?

- ...veeellll!

To Rahne!

- Kaaaveeeellll!

Nie miał pojęcia, jak dawał radę piąć się po skałach. Darł paznokciami zamarzniętą ziemię, mając przed oczami widok zmasakrowanych palców Suezianki. Chwytał korzeni i pni drzew, ślizgał się i potykał, ale w końcu dotarł wyżej i stanął na niewielkiej polance. Skradający się zmrok próbował zamaskować potworne szczegóły. Vartik jednak dojrzał to, czego się obawiał.

Rahne tkwiła po ramiona w zapadłej ziemi, w której coś się wiło, powoli ją zasypując. Śmiertelnie blada, próbowała się wydostać. Wyglądało to tak, jakby walczyła w bagnie lub ruchomych piaskach i z każdą chwilą zapadała się głębiej.

- Jaworowiec! - wrzasnął Vartik najgłośniej, jak mógł, i już na ten dźwięk ruchy w pobliżu Suezianki ustały. Na krótko. Zbyt krótko.

Powiódł wzrokiem wzdłuż pęknięcia w ziemi, aż spostrzegł wielkie, rozłożyste drzewo, już niemal pozbawione liści. Z jednej strony wyglądało zwyczajnie, drzewo jak drzewo. Jednak coś je wyróżniało. Vartik patrzył na nie i czuł aurę tego czegoś, co nie do końca było zwykłą rośliną. Wokół pnia nie widział leśnego runa, gałązek, nawet liści. Ziemia w promieniu kilku kroków wyglądała na niemal czystą. Co więcej, ciało tropiciela przenikała jakaś ledwie wyczuwalna, nieokreślona melodia, która wzbudzała w nim dziwaczną mieszankę uczuć: spokoju, pożądania i gniewu.

Konary drzewa zadrżały, jakby przeniknął je mroźny podmuch, po czym Rahne, której udało się wydostać nogę koło wystającej z rozpadliny ręki, wrzasnęła ponownie, gdy coś nią szarpnęło.

- Śpiewaj! Ale fałszuj! - krzyknął Vartik.

- Cooo?!

Detektyw nie czekał dłużej, tylko zaryczał durną przyśpiewkę, co chwila myląc melodię, podnosząc głos czy robiąc nieoczekiwane przerwy:

Poszła sobie młynareczka

DO piekarza, DO... miasteczka.

Poróżnili się o bułki,

Te... DWA śmieszne słodkie ciołki

Co się przecież TAK... kochali,

Że SZYBCIUTKO... się pobrali.

Obsypani białą... MĄKĄ,

Poszli w... podróż PIĘKNĄ łąką.

Żyli DŁUGO I... szczęśliwie,

Piekąc chleby, HA... PRZY... piwie.

Vartik kaleczył utwór, jak tylko potrafił, a efekt pojawił się błyskawicznie. Jaworowiec ponownie zadrżał jak osika i wszystko w pobliżu zamarło. Kusząca melodia, wybrzmiewająca w głowie detektywa, także zniknęła.

Tropiciel podbiegł do Rahne i wyciągnął w jej stronę dłoń. Blada jak trup sime chwyciła ją brudnymi, obandażowanymi palcami i pociągnęła, aż Vartik stęknął z bólu i padł na kolana.

- Przepraszam! - wyrzuciła z siebie spanikowana Rahne, ale nie przestała wyłazić po tropicielu z jamy.

- Szlag! - wystękał mężczyzna, gramoląc się na nogi. - Ciągle zapominam o żebrach.

Gdy Suezianka wyszła, detektyw warknął:

- Chodu!

Ledwie ruszyli, a ziemia za nimi zadrżała i się zapadła. Na ich umysły spadły mieszanki melodii, wzbudzające strach, spokój, ciekawość i pożądanie. I tęsknotę.

- Nie słuchaj tego, cokolwiek słyszysz! - wydyszał Vartik.

- Jak niby... mam... nie słuchać? - sapnęła Rahne na chwilę przed tym, gdy straciła równowagę i runęła w stronę jeziora.

Wyspiarz zsunął się za nią, niemal lądując na jęczącej Sueziance.

- Żyjesz?

- Co to było? - powiedziała, z trudem się podnosząc. - Straciliśmy konia! Wpadł w coś podobnego jak ja...

- Straciliśmy dwa - odparł Vartik, gramoląc się obok niej. - Ale jebać! Mogło być gorzej!

- Jest gorzej! Gdzie reszta zwierząt?

Vartik tylko rozejrzał się bezradnie.

8.

Parskanie koni działało na niego uspokajająco. Co prawda stracili dwa kuce, ale pozostałe, w tym te z siodłami, dały się odnaleźć i opanować.

W pieczarze zapanowało przyjemne ciepło. Ogień robił się coraz zuchwalszy i pochłaniał kolejne trzaskające kawałki drewna. Na jednej z kilku dostępnych tu żerdzi rozwiesili mokre ubrania, a sami usiedli na rozłożonych skórach. Zmęczony Vartik pomyślał, że jest całkiem przytulnie. Fakt, że wróciło mu czucie w przemarzniętych palcach stóp, nastrajał pozytywnie.

- Na Trojaczki - szepnęła Rahne, spoglądając w płomienie. - Zajęło nam to mnóstwo czasu. Lyfne rozpaliłaby ognisko w kilka oddechów.

Półprzytomny mężczyzna natychmiast poczuł, jak płonąca w nim iskra gniewu rozżarza się czystym ogniem. Był bliski wybuchu.

- Jakby twoja siostrzyczka - wycedził - miała popękane żebra i rozpalała ogień przemoczona, trzęsąc się na mrozie po starciu z potworem i jaworowcem, a do tego jakaś przemądrzała baba dawałaby przy tym mnóstwo dobrych rad, jak trzymać, jak dmuchać, jak trzeć, to też mogłoby jej pójść średnio! Straciliśmy konia z proszkiem ishir, częścią zapasów, łukiem i...

- Dobrze, już dobrze - powiedziała Rahne, uspokajająco unosząc dłonie. - Świetnie sobie poradziłeś. I... uratowałeś mi życie. Dziękuję.

Vartik zmełł w ustach połączoną z przekleństwem odpowiedź. Spojrzał na Sueziankę, która nabrała już kolorów. W mignięciach płomieni wyglądała jakoś tak ulotnie. Smutnie, dostojnie. Pięknie.

Zaraz wróciły wspomnienia, gdy tańczyła między ogniskami podczas Godów w Jaworowcu, odziana w nieskromną białą suknię, czerwone korale, a dwa warkocze... Nagle tropiciel przypomniał sobie, jak się skończyła ich rozmowa, i poczuł, że krew uderza mu do twarzy. Co jest?! Poczuł się jak dorastający chłopiec.

Potrząsnął głową i roztarł ręce. Dopił zalane alkoholem zmiażdżone zioła, które, jak miał nadzieję, powinny pokonać gorączkę, i odstawił cynowy kubek obok odkorkowanej butelki z kukurydziakiem.

- Ciekawe, co mogło się z nią stać - rzucił od niechcenia, chcąc podtrzymać rozmowę, a Rahne spojrzała na niego zaskoczona.

Zaraz jednak w jej oczach coś zabłysło. Pociągnęła nosem, a po chwili warknęła:

- Może gdybyś uprzedził, z czym możemy mieć do czynienia, nic by się jej nie stało! Może gdybyś nie powiódł nas za swoją demoniczną kochanką albo wspomniał o duchu o znajomym imieniu, to...

- Dobrze, już dobrze! - szczeknął Kavel jej wcześniejszymi słowami. - Patrz, jaka niewinna się znalazła, a zawodowo zajmuje się manipulowaniem ludźmi.

- Ja nikogo nie wykorzystałam! - syknęła i demonstracyjnie odsunęła się od niego o pół kroku. - Ani nie zabiłam bezbronnego kapłana, który nas uratował! To przez twoje tajemnice moja voka najpewniej zginęła!

Tropiciel chciał odpyskować, ale jakaś gula urosła mu w gardle. Czy Lyfne rzeczywiście nie żyła? On sam nie pamiętał zbyt dobrze wszystkich zdarzeń z grobowca. Rahne opowiadała, że Sueza... Arevia wzywała je do ucieczki. I uciekły. Jednak Rahne wróciła.

Rahne. Jeszcze przed chwilą Vartik wspominał, jak dobrze czuł się z nią w domu Rilleka. Czy on rzeczywiście ją oszukał? Czy... Na cienie! Ich związek... to było chyba najszczersze uczucie, jakie przeżył w dojrzałym życiu!

Spojrzał na Sueziankę, ale nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. I, co gorsza, nie miał pojęcia, czy to cokolwiek zmieniało w odniesieniu do Arevii, która stanowiła dla niego... No właśnie. Kogo? Jakąś wyimaginowaną kochankę z zaświatów? Kogoś, kogo powinien uratować? Albo może prędzej ona jego? Dlaczego? Bo gadali ze sobą w chwili, gdy nikogo innego poza duchami do rozmowy nie mieli? Bo tak sobie wmówił? Na Rodziców! Jak ona go potraktowała w grobowcu? Jak wykorzystanego śmiecia!

Gniew w nim puchł, więc pociągnął łyk kukurydziaka. Rahne bez słowa wyciągnęła obandażowaną czystym opatrunkiem rękę. Podał jej butelkę. Powąchała i spróbowała odrobinę, krzywiąc się niemiłosiernie. Po chwili napiła się jeszcze raz i oddała Vartikowi szkło, oddychając głęboko.

Zahuczał wiatr, aż ognisko mocniej zafalowało. Na zewnątrz rozkręcała się zamieć. Wykończony tropiciel z westchnieniem sięgnął po kawałek suszonej wołowiny.

- Jutro coś nam ugotuję - mruknął, wskazując na niewielki kociołek stojący pod ścianą. - Dziś już nie dam rady. Przynajmniej nie będziemy musieli marnować wody, bo roztopimy śnieg.

Towarzyszka skinęła jedynie głową, zajęta grzebaniem w sakwie. Wydobyła w końcu płaski placek chlebowy, orzechy, suszoną wołowinę, słoninę oraz dwie cebule. Spojrzała na to krytycznie, wstała i wyszła z garnkiem. Wróciła po kilku chwilach, oprószona białymi płatkami. Na szczęście nad ogniskiem tkwił gotowy stelaż, przygotowany przez wcześniejszych bywalców tego miejsca. Suezianka powiesiła gar i zaczęła bardzo niezgrabnie obierać cebulę. Szło jej fatalnie z powodu okaleczonych palców, ale się nie skarżyła. W końcu wszystko poza chlebem wrzuciła do kociołka, a z własnej sakwy wyciągnęła plaster miodu, urwała kawałek i dodała do garnka.

Gdy ujrzała, jak Vartik unosi brwi, wzruszyła ramionami.

- Nie jestem szczególnie dobrą kucharką, ale coś powinno z tego być. Mamy gdzieś łyżkę albo cokolwiek?

- Szlag trafił łuk, siekierkę, młotek i łyżkę. I Nieboskłon. I inne księgi, które kupiłem w Torylu. O przeszłości, Odrzuceniu, Kościele... Drogie i trudne do znalezienia.

- No... - Kobieta przełknęła ślinę. - Trudno. To... nie wiem. Pójdziemy spać? Szczerze mówiąc, jestem padnięta, ale...

Zamilkła.

Vartik pokiwał głową. Czuł to samo. Z jednej strony choroba, zimno, przemoczenie, nerwy i wysiłek, z drugiej... Dawno nie czuł się tak jak... w domu.

Chociaż... czy może istnieć dom bez Berry?

- Wcale nie jestem pewien, czy zasnę - wyznał - skoro wiem, że tam, w jeziorze, to coś... nadal może na nas polować.

- To był szetresa. Nie wiem, jak to przetłumaczyć. Dosłownie nazwa wzięła się od chłopaka, który lata temu pierwszy się objawił w tej formie w Dominium. Szetresa, czyli jakby "utopiony chłopiec". Mógłbyś powiedzieć, hmmm... "uto-piec" - przesylabizowała Suezianka, marszcząc brwi.

- Co? Ty wiesz, co to było?

Rahne zerknęła do gara. Śnieg zamienił się już w wodę.

- Jak w tej gospodzie, Rarogu, mówiliśmy o powstańcach, myślałam, że wiesz i o tym. To niezwykle rzadki przypadek, osobiście drugi raz miałam z nim styczność. A moje krajanki widziały chyba tylko kilku. Ogólnie topielcy powstają jeszcze rzadziej niż zwykłe trupy. Woda staje się ich środowiskiem polowań, no i na ogół nie wdają się w żadne... rozmowy.

Vartik się zamyślił. Miał do czynienia z kilkoma sprawami, w których te całe "utopce" mogły stanowić wyjaśnienie. Odnalazł niegdyś cień mordercy, który bez wątpliwości wskazywał niewielkie jeziorko jako miejsce, gdzie utopił żonę jakieś dziesięć lat wcześniej. Tropiciel zanurkował tam z jego pomocą i choć znaleźli resztki sznurów i kamieni, którymi zbrodniarz obwiązał kobietę, po ciele nie pozostał nawet ślad, ani jedna kostka. Wtedy detektyw doszedł do wniosku, że albo środowisko zrobiło swoje, albo mordercy coś się pomieszało, bo cienia jego żony nie było w okolicy. Teraz Vartik wzdrygnął się na myśl, że trup, którego długie włosy pewnie falowały w wodzie niczym wodorosty lub kijanki o zbyt długich ogonkach, mógł obserwować go z ukrycia.

Nigdy wcześniej nie spotkał pływających powstańców, ale to odkrycie sprawiło, że letnie kąpiele w rzekach i jeziorach nabrały zupełnie nowego wymiaru. Częste zniknięcia pływaków w niektórych okolicach stawały się mniej tajemnicze.

Tropiciela wyrwały z zamyślenia ciche słowa Suezianki:

- A ten... jaworowiec? To drzewo?

Vartik westchnął i poprawił bagaże, o które się opierał.

- Kiedyś cię zapytam, dlaczego o nich nie wiesz. Nie jestem pewien, czy to rośliny, czy zwierzęta. Bardzo trudno rozróżnić je od zwykłego jawora. A ze zmęczenia popełniłem błąd, bo nie skojarzyłem, kiedy wspomniałaś o melodii. Zresztą zaraz zaczęła się cała ta heca z... utopcem. Dlaczego ruszyłaś za koniem? To z powodu muzyki?

Rahne wytężała umysł, w końcu skinęła głową.

- To dziwne, ale chyba tak. Jakby mnie wzywała. Tylko... dlaczego?

- One tak polują. Albo nagradzają. Podobno ludzie potrafią się nawet uzależnić od tych dźwięków. To trochę niesamowite, może i głupie. Nie jestem specjalistą od jaworowców, większości dowiedziałem się od Rilleka.

- On nie wspominał, że tak się poznaliście.

Vartik się skrzywił, najpierw z niechęcią, potem z szyderstwem.

- Wyciągnął moją dupę z identycznej jamy, w jakiej siedziałaś dziś ty. I uratował tą samą pioseneczką. Można rzec, że to taki trochę wąż, zapomniałem nazwy. Wiesz, co się sam sobie wgryza we własny tyłek, ogon, czy tam szyję. Nie wiem, co węże mają.

Kobieta przeniosła uważne spojrzenie z gara na niego. W końcu z trudem wstała, podniosła jakiś patyk, wytarła go o spodnie i obejrzała krytycznie, po czym z wyrazem rezygnacji zamieszała nim w kociołku.

- A ty nie gadałeś coś o jakichś dziuplach? - zapytała. - Przyznaję, że moje wyobrażenie jaworowca miało wygląd drzewa z jakąś zębatą paszczo-dziuplą.

Vartik jedynie machnął ręką.

- A tak sobie palnąłem - mruknął. - Jaworowce za pomocą korzeni rozgrzebują pod nogami ludzi i zwierząt jamy, w które ofiary się zapadają. W końcu unieruchamiają je, zasypują ziemią. - Spojrzał na nią znacząco, aż Rahne zadrżała, tym bardziej że głos zmęczonego Vartika był chrapliwy i niepokojący. - Dusisz się w męczarniach, powoli zasypywana grudami piasku i błota, ściskana korzeniami. Szarpiesz się, wyrywasz; nadaremno. A gdy już umrzesz, a czasem nawet wcześniej, jaworowiec powoli wbija w ciebie korzenie i wysysa. Wszystko. Reszta rozkłada się w ziemi, stając się pożywieniem na dalsze miesiące.

- Na Trojaczki. - Suezianką aż wstrząsnęło. Zbladła, gdy dotarło do niej, jakiego losu uniknęła. - Brzmi słodko. Ale wystarczy fałszować? I już?

Ponury uśmiech wypełzł na twarz detektywa.

- Możesz być pewna, że gdyby wcześniej nie złapał konia, nie poszłoby tak łatwo.

Milczeli, a czas leniwie przemijał w dźwiękach wichury, w obłokach pary z bulgoczącego gara, w ich wolno płynących myślach i rzadkich łykach kukurydziaka. Vartikowi coraz trudniej było zachować przytomność, ale rozchodzący się z kociołka zapach pobudzał, drażnił i utrzymywał sen poza zasięgiem.

- Opowiesz mi, jak jest u was w kraju?

- Normalnie! - ucięła.

- Aha. A jak myślisz, czy... Sueza może faktycznie chcieć odzyskać swoje ciało?

- Nie mam pojęcia - odparła sime, ziewając. - To nie jest takie proste, poza tym to ty lepiej powinieneś znać... swoją ukochaną.

- A to nie jest czasem twoja zasrana bogini? Albo królowa? - wycedził tropiciel.

- Ja... - Rahne zamilkła na chwilę. - Kavel, ja nie...

- Nie! Nazywaj! Mnie! Tym! Imieniem! - wysyczał gniewnie, przytomniejąc. Poderwał z miejsca butelkę i walnął nią w podłogę. Przezornie wycelował w futro, ale i tak trzasnęło i na dnie pojawiło się pęknięcie. - Nigdy więcej!

Sime patrzyła na niego z przestrachem, który przeszedł w smutek, gdy tylko gniew na twarzy Vartika zmienił się w rozpacz. Tropiciel natychmiast zapił ją potężnym łykiem alkoholu.

- Rozumiem - wyszeptała Suezianka. - Po prostu przywykłam. I tamto imię niosło ze sobą... tajemnicę.

- Niosło wyłącznie przekleństwo - powiedział przepełnionym goryczą tonem.

- A nazwisko sam przybrałeś? Rotheng? Czy też coś znaczyło?

- Miało oznaczać dokładnie nic - burknął Vartik.

Parszywe myśli wróciły. Zamordował rodzinę. Siostrzyczkę, brata, matkę i ojca. I jeszcze kilka postronnych osób. A gdy doszedł do siebie, odzyskał nad sobą panowanie i zrozumiał, co zrobił, uciekł w alkohol.

Z nagłym obrzydzeniem spojrzał na pękniętą butelkę. Jeszcze to! Jeszcze to mu zrobił ten potwór! Przez niego zaczął pić na umór i przez kilka pierwszych miesięcy po morderstwie próbował zapić się na śmierć. Dlaczego, na wszystkie burdele Iwinterii, mu nie wyszło?

Tyle że właśnie powoli godził się z myślą, którą do niedawna odrzucał z większą pogardą niż zużytą, podziurawioną i śmierdzącą onucę. To nie on. Nie on ich pozabijał! Zrobiło to jego ciało, opanowane przez ducha Ahleda. Ale to nie on! Nie on oderwał głowę Arrze, nie on...

Przestań!

Powodowany impulsem, przechylił butelkę i wylał doskonałego kukurydziaka. Nie będzie więcej niewolnikiem ducha! Nie będzie więcej robić tego, czego tamten się spodziewa. Nie będzie niewolnikiem ani ducha, ani alkoholu! Teraz to on, gdy tylko pozbiera myśli i dojdzie do siebie, zacznie manipulować Ahledem! A później urżnie mu łeb!

Rahne spojrzała na tropiciela ze zdumieniem, jakby chciała zapytać, czy wszystko w porządku, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. W milczeniu skinęła głową.

- Dlaczego śpiewałeś do jaworowca akurat tamtą piosenkę? - zapytała po chwili, gdy cisza stała się już zbyt głośna.

- A właśnie - dodał Vartik półprzytomnie. Ktoś powiesił mu na powiekach coś ciężkiego. Przynajmniej kowadło. - Jakbyś coś w nocy usłyszała, zwłaszcza muzykę, melodię, jakby korciło cię do wyjścia, natychmiast mnie budź. Nie wiem, jak działa to wabienie, ale działa. Podobno w korzeniach jest coś wytwarzającego te kuszące melodie i też jakby uszy, dzięki czemu jaworowiec słyszy z daleka, jak ofiary chodzą po ziemi. Gdy odsłoni korzenie, hałasy i fałsze bardziej dają mu popalić, tylko wierz mi, krzyk ofiar nie wystarczy.

Rahne wspomniała własne krzyki i zgodziła się z tropicielem.

- W razie czego śpiewaj - kontynuował detektyw. - Fałszuj, hałasuj. One tego nie znoszą. Piosenka, która powinna być ładna, a nie jest. Jakby dysonans. Zmieniaj ton. Głośność. To jakoś blokuje te potworki. Nawet Pieczyste Rillek nie wie, o co dokładnie chodzi.

- Jedno ci muszę przyznać. - Suezianka przerwała przedłużające się milczenie, poprawiając okrycie z futer. - Bez ciebie nie uszłabym z życiem. Bo ja nie potrafię fałszować w ogóle, a gdy usłyszałam twoje wykonanie, zrozumiałam, że tak wielkiemu mistrzowi nigdy nie dorównam.

Vartikowi drgnął kącik ust.

- Patrzcie ją - sarknął, czując, jak alkohol wykrzywia mu język i sprawia, że słowa wychodzą niewyraźne. Bełkotliwe. - Przechwalać to ty się poootrafisz, już kilka razy ooobiecywałaś, co to nie ty, ale gdy przyszło cooo do czego...

- Zamknij się już! - Rahne odchrząknęła dwukrotnie.

Gdy Trojaczki Panie

w opiekę nam dały,

wspaniałą krainę,

kończąc krwawą kpinę.

Nykarczyków goniąc,

pozostało łkanie!

Nowa Władzy Pani,

Nad stosem poległych,

Prawa ułożyła,

Nasze łzy obmyła.

Z Wiedzą i Emocją,

Już nas nikt nie zrani!

Nasza dolina rozkwitła miłości tętnieniem,

Jesteśmy rodziną, kobiety pilnują naszych ziem.

Dbają o ojców, matki, babcie, córki, synów,

Przed nikim nie pochylając już kornie głów.

Walczymy, tańczymy, uczymy i władamy,

Istotę naszego jestestwa w komitywę spajamy,

Barierę stawiamy wrogom naszej wiary,

Chronimy przed mężczyznami, to nasze filary.

Gdy tylko...

Kobieta umilkła, gdy spostrzegła, że Vartik zasnął, i w pierwszej chwili poczuła ukłucie rozczarowania. Wiedziała, że tłumaczenie z sueziańskiego na vasiku nie jest zbyt udane, kiedy jednak nachyliła się nad mężczyzną i ujrzała wilgotne ślady pod oczami, uśmiechnęła się smutno. Najciszej, jak potrafiła, zamieszała zupę i doszła do wniosku, że ta może gotować się do rana. Gdy kolejna kłoda wylądowała w ogniu, rozrzucając nieco iskier po jaskini, Suezianka, ufna w wiedzę, że szetresa nie powinien wyjść z wody, tym bardziej że zdobył pożywienie, okryła się futrami i zasnęła, zupełnie jak jej towarzysz.

9.

Trzy dni później Vartik z Rahne przemierzali już pasmo Szponów, kilkudziesięciu zakrzywionych, skalistych szczytów. Pokonali właśnie Przełęcz pod Pazurem, który był najwyższy i najbardziej charakterystyczny, i zmierzali do rozciągającej się przed nimi doliny.

Choć zimno było dotkliwsze, pogoda się ulitowała. Nie padało, a przejrzyste powietrze pozwalało spoglądać daleko przed siebie.

Vartik właśnie to robił. Zatrzymał kuca i patrzył. Rahne stanęła z nim strzemię w strzemię, podziwiając przez chwilę panoramę.

- Pięknie tu - powiedziała, a słowa uleciały z wiatrem w towarzystwie obłoczków pary.

- Mam inne myśli o tym miejscu - mruknął tropiciel.

- Czyli?

Detektyw milczał chwilę.

- Dokładnie nie pamiętam, ale gdzieś w jednej z pobliskich dolin rozegrała się bitwa z waszymi wojskami. "Ta" bitwa - dodał znacząco, a przed oczami znowu stanął mu rysunek Uroborosa, który widywał na Uniwersytecie Seveńskim.

Rahne zrozumiała. To tu zginął Vartik, który później powrócił jako Kavel.

- Lyfne także tu walczyła, złamano jej nos - wyszeptała Suezianka, z trudem odganiając łzy na myśl o siostrze.

Tropiciel był także poruszony widokiem skaczącego na stromym górskim zboczu stadka górskich kozłów. Bo przed oczami stanęła mu równie uparta i złośliwa jak one Berra, która przydomek "matki kozłów" przyjęła z dumą.

Koń z tyłu parsknął, znużony drogą pod górę, i zwiesił łeb. Obładowali zwierzęta jak mogli, ale brak dwóch rezerwowych luzaków sprawił, że części i tak już niewielkiego dobytku musieli się pozbyć.

- Dlaczego upierałaś się, żeby jechać tędy?

- Bo to jedyna oficjalna droga, ustanowiona właśnie po tamtych bitwach. Tędy podążają nieliczne karawany, także i my przybyłyśmy tą drogą. Każda inna ścieżka może być obstawiona przez nasze wojowniczki i te nie będą zadawać pytań, gdy kogoś zobaczą. Tutaj natomiast - wskazała ręką przed nich - z pewnością są nasze oddziały, które mają za zadanie obserwować, informować, bronić, a w razie potrzeby: eskortować wybraną trasą. Podobnie zresztą jak seveńskie posterunki, które minęliśmy wczoraj.

Vartik skinął głową. Na szczęście ostatnie spotkanie obyło się bez nadmiernego taksowania Suezianki wzrokiem. Najemnicy, mimo pism od kanclerza, nie uraczyli ich niczym poza jednym bukłakiem z rozcieńczonym winem w zamian za kilka ciężkich futer. Ostrzeżono ich jedynie, aby nie zbaczali z drogi, bo tam zawsze są jakieś oczy.

- Mam nadzieję, że do zadań twoich ludzi należy także nakarmienie strudzonych - sarknął mężczyzna.

Rahne jakby spięła się na te słowa.

- Wiem, że brakuje nam zapasów i tęsknisz za moją zupą, musisz sobie jednak wbić do głowy kilka spraw - rzuciła poważniej, niż chciała, a mniej poważnie, niż powinna.

Vartik spojrzał jej w oczy. Zobaczył w nich chłód, ale nie taki wrogi, obojętny, lecz raczej... jakby opanowanie? Trudno było mu to ocenić, bo Rahne ponownie popatrzyła przed siebie.

- Jesteś świadomy, że przekraczamy granicę. Wiesz, że wasza władza tu nie sięga. Choć masz list dyplomatyczny od kanclerza, niewiele on daje. Musisz... - Suezianka się zawahała. - Musisz powściągnąć język.

Vartik ponownie skinął głową, ale tym razem wolniej, z ociąganiem.

- Opowiedz mi o Suezie. Unikałaś tego tematu zwykle. Dlaczego? Jak to u was jest?

- Inaczej! - ucięła stanowczo, uciekając wzrokiem. - Nie czas teraz na to.

- Ciekawe, kiedy przyjdzie ten czas.

- Teraz nauka! - Rahne jakby go nie usłyszała. - Po pierwsze, nie mów już "Sueza". Nauczyliście się tak mówić, ale u nas mówimy tylko "Dominium", ewentualnie "Dominium Suezy". Po drugie, nie pyskuj do kobiet. Żadnych. Nieważne, stara czy młoda, czy cię urazi, czy nie, czy wyda ci się ważna, czy niekoniecznie.

- To teraz każda będzie mogła mi napluć w twarz, a ja się mam uśmiechać?

- Nie słuchałeś. - Rahne uśmiechnęła się słabo. - I właśnie mi pyskujesz. A poważniej, to żadna z kobiet nie powinna czegoś takiego zrobić, dopóki ty poważnie będziesz traktować moje rady.

- Jesteś jakaś nerwowa - mruknął detektyw, mierząc towarzyszkę badawczym spojrzeniem, ale po chwili westchnął. - Mów. Będę grzeczny. W miarę możliwości.

- Vartik, to nie są żarty! Zależy mi na tym, abyś odnalazł królową i uratował Berrę. Jeśli zaczniesz działać po swojemu, to się jednak dobrze nie skończy!

Na wzmiankę o babci tropiciel zmarkotniał.

- Dobrze - podjęła Rahne. - Teraz kwestia oklanu i spoiwa. Nie chwal się tym, zwłaszcza spoiwem, bo oklanu trochę mamy, to znaczy Sueza ma go nieco, ale pewnie mniej niż ty przy sobie. A jeszcze bardziej nie chwal się swoimi zdolnościami, pomijając już to, że obecnie sam nie wiesz, jakie one są. Nie przywołuj imienia "Kavel". Nie rób też z siebie mądrali. Jak inne sime dowiedzą się, ile wiesz o oklanie, spoiwie i cieniach, nie wypuszczą cię z rąk. Nigdy.

- Zaczynam się bać. Może gdybyś wcześniej...

- I słusznie się boisz! - przerwała mu bezczelnie Suezianka, patrząc na niego ostro. - A wcześniej co? Porzuciłbyś misję?

Vartik nie odpowiedział, co Rahne pochwaliła nieznacznym skinieniem głowy.

- Żadnych gadek o grobowcach, cieniach, duchach, śmierci i zmartwychwstaniu. Przygotowałam dla ciebie historię, będziesz musiał ją zapamiętać. Jest całkiem niezła, tyle że musisz kilka kwestii uzupełnić, bo nie znam dokładnie wszystkich waszych obyczajów. No i później pamiętaj, abyś nie wychodził z roli dyplomaty. Nie chwal się, że walczysz, tropisz, odnajdujesz. Jasne?

- Jasne - odburknął obrażony Wyspiarz.

- Spójrz! - Kobieta wskazała niebo, po którym sunął ciemny kształt.

- Nooo i...? - zaciekawił się Vartik.

Rahne spojrzała na niego z wyższością.

- Przypomnij mi, skąd pochodzisz?

W pierwszej chwili nie zrozumiał, ale gdy do jego uszu dotarł charakterystyczny trel, wszystko stało się jasne.

- Papudżak!

Rahne uśmiechnęła się blado, ale radości było w tym tyle co nic. Pot wystąpił jej na czoło, wyraźnie też zaciskała szczęki.

- Nasi - mruknęła w końcu. - Zaraz będą o nas wiedzieć. Musisz szybko przyswajać historię. I pamiętaj, że gdy staniemy przed Suezą, a na pewno staniemy... bądź miły. Bardzo.

Vartik patrzył na Rahne i miał ochotę zawrócić. Uporczywy ból ściskał mu brzuch. Z jednej strony rozumiał ją. Misja się nie powiodła, a wraz z zabitym koniem przepadł Nieboskłon, który miał być jej planem awaryjnym. Lyfne zginęła. O tym wszystkim trzeba powiadomić... Kogo? Nie tylko siostrę, ale i władczynię. Gdyby jednak miało być tak źle, Rahne chyba nie chciałaby wracać... Chyba?

Detektyw westchnął ciężko. To było jednak dużo bardziej skomplikowane. Podobnie jak głupie rozważanie, które nie chciało się od niego odczepić: czy po śmierci siostry Rahne i Sueza nadal będą trojaczkami, czy może bliźniaczkami?

Tropiciel poprawił się w siodle i pokręcił głową. Kiedy przekroczy granicę, będzie to nie tylko symbol. Naprawdę wystawi się na łaskę Rahne i reszty jej narodu. Może większą szansą na odzyskanie babci byłaby jednak próba bezpośredniego wydobycia Berry z rąk kanclerza?

Westchnął ponownie. Może by się na to odważył. Ale kiedyś, dawniej. Gdy spoiwo jeszcze działało jak wcześniej. Gdy w akcie desperacji mógł polegać na poddaniu się cieniom. A teraz? Czy mógłby spróbować opanować kanclerza i wydać rozkazy? Wątpił. Za mało wiedział. Zresztą w tej chwili było już za późno. Za daleko to wszystko zaszło.

"Kurwa" - pomyślał, po czym popędził kuca.

I przekroczył granicę.