Krocząc w ciemności - Leonie Swann

-
Proszę czekać

DRAMATIS CREATURAE

Julius Birdwell - złotnik i treser pcheł

Elizabeth Thorn - dama w czapce i z Planem

Frank Green - prywatny detektyw z przeszłością

Legulas - zielone stworzenie o zdrowym apetycie

Łazarz Ciemnoskok - pchli albinos, gwiazda trupy Juliusa

PCHLI ARTYŚCI JULIUSA:

Maria Antonina

Zaratustra

Oberon

Tesla

Lear

Faust

Freud

Kleopatra

Madame P.

Spartakus

profesor Isaac Fawkes - magik

Thistle - jednak nie dziewczynka

Hunch - typ w kapeluszu a la Bogart

Rose Dawn - starsza pani z przeszłością

Emily - stara dziewczynka bez przyszłości

GOŚCIE EMILY:

Mr. Fox

Ślimacza Lady

Mr. Hong

Odette Rothfield - lady z dobrym gustem i rudymi włosami

Alisdair Aulisch - terapeuta niepamięci

Pięciopalczasty Fred - gangster

Pete - mężczyzna z psem i łodzią mieszkalną

Mary - pani dziergająca powietrzne skarpetki

Claire Weathervane - sąsiadka

Nick - opryszek

Wilson - mł. opryszek

Hieronim - automat

Napoleon Luciferretti - niespecjalnie oświecony

Mwagdu - któż to wie?

PROLOG

Rozsuwa się granatowa zasłona z aksamitu, ręka obleczona w białą rękawiczkę odbiera nasz bilet. Skinienie dłonią, uśmiech, niemal zbyt poufały. Przemykamy obok biletera do foyer, gdzie czekają już inni widzowie, wystrojeni, onieśmieleni, czujący się nieswojo pośród jaskrawych neonówek i mlecznobiałych luster. Szepty. Umykanie wzrokiem. Magiczny show w teatrze w oficynie, a jednak... jednak... Cena wstępu za słona, godzina zbyt późna, a gdyby nie odręczne zaproszenie i te wszystkie rzeczy, o których opowiadali przyjaciele i znajomi...

Ale tam są te rzeczy.

Pogłoski o pogłoskach. Cuda. Rzeczy nieopisane, nigdy wcześ­niej nieprzeczuwane.

Naturalnie nic konkretnego. Właściwie nic zgoła.

Pójdź no sam.

A zobaczysz na własne oczy.

No dobrze.

Zobaczmy zatem...

Na widowni jest ciemno, tak ciemno, że prawie nie da się odnaleźć swojego miejsca ani rozpoznać osoby siedzącej obok. Tak ciemno, jak gdyby człowiek był sam. Unosi się dziwny zapach, ziemisty i dziki, soczysty jak las, a tuż pod nim nuta goryczki, jakby z trujących kwiatów. Pod osłoną ciemności ów zapach wkrada się w każdy zakątek naszej świadomości.

Nagle rozbrzmiewa głośna muzyka rockowa. Publiczność podskakuje na krzesłach.

I can't get no - sa-tis-fac-tion.

Potem z mroku wyłania się scena, spowita migotliwym światłem, jak od dogorywającego ognia. Na scenie mężczyzna w czerwonym płaszczu do ziemi. Poza nieskazitelna, orientalny kapelusz. Na palcach pierścienie. Ciemne, świdrujące oczy.

To musi być ten profesor Fawkes.

Wielki profesor Fawkes.

Choć na wielkoluda nie wygląda.

Fawkes zsuwa z ramion czerwony cyrkowy płaszcz. Pod spodem ma dżinsy i koszulkę bez rękawów. Odsłonięte muskuły. Lekko się uśmiecha. Tak jakby odrobinę drwił z nas i naszych oczekiwań, a może i z samego siebie.

Robi z miejsca trzy salta, perfekcyjnie wykonane, nie gubiąc przy tym orientalnego kapelusza.

Potem staje pewnie i spokojnie się kłania. Muzyka cichnie.

Tu i ówdzie szemrzą nieśmiałe brawa.

Właściwa część przedstawienia zaczyna się od tego, że Fawkes nagle znika. Nie eksploduje z pomocą pioruna, grzmotu, mgły i maszynerii scenicznej, tylko po prostu znika.

Za to na scenie stoi wielka donica. Donica jest naprawdę ogromna.

Potem nic.

I nadal nic.

Dokładnie w momencie, w którym publiczność zaczyna się niepokoić, nagle w donicy coś się porusza, coś zielonego i wijącego się. Wąż? Kiełek!

Kiełek rozwija się, lśnią pierwsze listki, świeże zielone listowie na oślep szuka drogi ku górze, wyżej i wyżej, powstaje drzewo, a liście, ciągle w ruchu, pną się po omacku. Pomieszczenie wypełnia przedziwny, elastyczny szelest.

Na scenie nastała wiosna.

Strzelają pąki, zakwitają kwiaty, pszczoły czarne jak noc tańczą upojone z kwiatu na kwiat, rosną owoce, dziwnie gładkie i wapniste, i białe. Nikt dotąd nie widział takich owoców, a kiedy sceniczne lato osiąga pełnię, można zauważyć, że drzewo tak naprawdę nie wydaje owoców, lecz jaja. A z jaj jeden za drugim wykluwają się białe ptaki, zawadiackie i wdzięczne, podobne do wróbli.

Wtem Fawkes znów wpada na scenę. Zrywa kilka nie całkiem jeszcze dojrzałych jajoowoców i żongluje nimi, trzema, pięcioma, siedmioma, dziewięcioma, z szybkością przyprawiającą o zawrót głowy. Jeszcze podczas żonglowania z jaj wykluwają się ptaki i wzlatują w powietrze. W końcu zostaje ostatnie jajo, potem ani jednego. W teatrze z furkotem kłębią się ptaki i urządzają sobie polowanie na nocne pszczoły.

Tymczasem niemal niezauważenie zazłociło się listowie, znikąd powiał chłodny wiatr, a liście opadają i wirują w tańcu po scenie.

Ptaki zbijają się w stado i krążą chmarą w powietrzu, coraz wyżej i wyżej.

Fawkes klaszcze w dłonie, nienaturalnie głośny huk. Ptaki zniknęły, białe pióra opadają niby śnieg, drzewo stoi bezlistne.

Profesor chucha w dłonie, jak gdyby chciał je ogrzać, mruga do nas i składa ukłon.

Jesteśmy zbyt oszołomieni, by należycie bić brawo.

I tak przedstawienie toczy się dalej, cud za cudem, sarny i króliki, ogień na lodzie, zbyt dużo, zbyt szybko, zbyt niewiarygodnie, by móc zatrzymać się przy czymś na dłużej.

Z perspektywy czasu wszystko wyda się nam snem, ale jeden moment pozostanie w pamięci, przejrzysty i chłodny jak woda: świecące powietrzne meduzy, które po meduziemu bez celu snują się w powietrzu, zapomniawszy już, skąd się wzięły. Ich dotknięcie pozostawia na skórze fluorescencyjne ślady, zimne i przyjemne, pulsujące i zanikające.

Kiedy ponownie skupiamy uwagę na scenie, jest tam jakaś kobieta, górująca nad nią na rusztowaniu. Ciemny płaszcz otula jej postać. Twarz ma gładką niczym tafla stawu, a jej włosy to świet­lista chmura.

Z całej siły uczepiła się rusztowania, jakby chciała się na nim wesprzeć. W jej włosach coś się porusza, jakiś maleńki wąż, nie, delikatne ramię ośmiornicy, które wije się nerwowo.

Kobieta puszcza rusztowanie i przez chwilę stoi wyprostowana, chwiejąc się z lekka. Potem spada. Pewnie zrani się podczas uderzenia w ziemię, ale nie, raptem na scenie zjawia się wielki szklany zbiornik pełen wody, w którym kobieta nurkuje. Jej płaszcz zniknął, ale dziwnym trafem nikt później nie potrafi sobie przypomnieć, czy pod spodem była naga, czy nie. Rybi ogon? Być może...

Cudowny i naprawdę niewiarygodny jest fakt, że kobieta już się nie wynurza. W jej włosy zaplątały się pęcherzyki powietrza, ale ona zdaje się nie oddychać. Fawkes przykrywa zbiornik stalową pokrywą, która sprawia solidne wrażenie. Pokrywę przytwierdza ryglami i zamkami.

Słychać jęk publiczności.

Upływają nieznośnie długie minuty, podczas których kobieta po prostu unosi się w zbiorniku, z twarzą promienną i spokojną, a ramię ośmiornicy porusza się coraz żwawiej.

Mała wieczność.

Numer nie kończy się, jak to zwykle bywa, triumfalnym uwolnieniem się bohaterki, nie, na znak Fawkesa asystenci po prostu odtaczają zbiornik za kulisy.

Fawkes raz jeszcze wiruje po scenie, robiąc gwiazdy, po czym klęka, lśniący od potu, i rozpościera szeroko ramiona, a na ustach ma znowu ten swój półuśmiech.

Oczywiście to wszystko są triki. To muszą być triki. Ale co za triki!

Opuszczamy przedstawienie oniemiali z podziwu, upojeni cudami, olśnieni światłem i cieniem, lunatykując jak somnambulicy.

Ależ z tego Fawkesa oryginalny typ! Jaki wysportowany i mądry. Cool! Chcielibyśmy go obserwować, śledzić na Facebooku czy Twitterze, a może nawet spotkać osobiście. Czy istnieje jakiś fanklub? Czy można dla niego pracować? Albo chociaż dostać autograf?

Ale jest coś jeszcze.

Nasze spojrzenia prześlizgują się po asystentach profesora, serwujących w foyer drinki i sprzedających miód od nocnych pszczół, i odnajdują nieoczekiwane rzeczy: kopyto, ogon, lśniące brązowe oczy, piękne, stulone sarnie uszy, tam, gdzie właściwie nie powinno być nic prócz włosów. I naraz pragniemy, i przeczuwamy, i mamy nadzieję, że to wszystko jest być może czymś więcej niż tylko trikiem.

W foyer odświętnie ubrani ludzie słaniają się na nogach w ekstazie, kupują słoiki czarnego miodu od nocnych pszczół, programy i szampan z bzu. Próbujemy wcisnąć pieniądze sarniouchym asystentom profesora, żeby wpuścili nas za kulisy. Na próżno. W przystępie czegoś na kształt rozpaczy wystawiamy imponujący czek Fundacji Fawkesa na rzecz Nienaturalnie Naturalnego. Dwóch panów w smokingach obrzuca się nawzajem banknotami, żeby zdobyć ostatnią książeczkę z programem.

Więcej! Więcej! Chcemy zrobić więcej, dać więcej. A może profesor potrzebuje jeszcze mecenasa, kogoś do pomocy, niewolnika?

Ale wtedy, jedno po drugim, gasną światła, ktoś zaciąga aksamitne zasłony, czyjeś ręce lekko, choć zdecydowanie popychają nas w kierunku drzwi, na zimne, mokre podwórze.

Niechętnie wychodzimy na zewnątrz, w deszcz, z miodnymi słojami w rękach, z duszą przepełnioną podziwem.

Pod koniec września

W porannej mgle łódź mieszkalna wygląda jak żywe stworzenie, jak wieloryb wyrzucony na brzeg albo leniwa foka, nieruchoma, lecz czujna. Uważna. Oczekująca.

- Pan Birdwell? Julius Birdwell?

Nic. Na środku kanału kaczka zrywa się do lotu.

Dave ponownie sprawdza numer łodzi, po chybotliwym drewnianym trapie wchodzi na pokład i z braku drzwi puka w jedno z zasłoniętych okien.

- Halo? Halooo? Pan Birdwell?

Gdzieś z tyłu pokładu nagle otwiera się klapa.

- Proszę, wejdź!

- Przychodzę od Joego, sir, mam przesyłkę dla...

- Tak, tak, wejdź, mówię!

Joe ostrzegał go, że ta praca to nie kaszka z mlekiem, więc Dave zbiera się w sobie, przez niskie drzwi wślizguje do wnętrza łodzi, robi krok - i raptem stoi w kompletnych ciemnościach.

Cholera!

- Halo? Nazywam się Dave Collins, dostarczam przesyłkę dla Juliusa Birdwella. Czy... czy to pan?

Nie słychać żadnego dźwięku. Tylko bicie własnego serca.

- Pan Birdwell?

- Gdzie Joe?

- Chory. Ślepa kiszka. Pech, nie? Ja... ja przejmę robotę, dopóki Joe nie stanie na nogi. - Głos Dave'a brzmi piskliwie. Dlaczego zawsze mówi takim piskliwym głosem, kiedy mu zależy?

- I masz towar?

- Oczywiście! - Dave wyciąga przed siebie rękę z paczuszką.

I znów ta cisza. Serce bije mu jeszcze głośniej. Zdaje sobie sprawę, że to, co dostarcza, nie jest całkiem legalne. Nie jakieś prawdziwe narkotyki, jak zapewniał Joe, raczej... lekarstwa. Lekarstwa, których lekarz nie chce przepisywać swoim pacjentom, a do których Joe jako sanitariusz ma łatwy dostęp.

To nieszkodliwi kolesie, mówił Joe, może nieco szurnięci, ale solidni. No, pięknie! A teraz Dave stoi tu w ciemnościach z jakimś porypanym ćpunem!

- Wiesz, co tam jest? - pyta głos tuż za nim, bliżej, niżby Dave sobie życzył.

Dave kręci głową, ale naturalnie zajrzał do środka: porcje krwi konserwowanej. Różnych grup. I świeża ryba z targu rybnego Billingsgate. Rybę kupił sam, zgodnie ze wskazówkami Joego.

Rybę?

Joe wzruszył ramionami. W każdy poniedziałek i środę. Dopóki płaci, nie zadaję pytań, i ty też nie powinieneś.

Tak więc Dave po prostu nadal trzyma papierową torbę z krwią i rybą w wyciągniętej ręce, mając nadzieję, że wkrótce będzie mógł stąd wyjść.

Ktoś odbiera od niego paczuszkę i obwąchuje ją.

- Zaczekaj tu!

Oddalające się kroki. Zamykające się drzwi. Pluskanie i siorbanie, delikatne pomruki i coś, co brzmi jak dziewczęcy chichot. Każdy z tych odgłosów sam w sobie dosyć niewinny, ale wszystkie naraz przyprawiają Dave'a o gęsią skórkę. Trzeba brać nogi za pas, z forsą czy bez!

Właśnie zamierzał po omacku dostać się z powrotem do drzwi, gdy nagle rozbłyskuje światło i do pomieszczenia wchodzi elegancko ubrany młody mężczyzna w ciemnych okularach i z uśmiechem wyciąga ku niemu dłoń.

- Witaj, Dave, jestem Julius Birdwell. Przepraszam za problemy ze światłem. Czasem działa, a czasami nie. Rudera!

Dave rozgląda się, oszołomiony. Puszyste dywany, skórzane fotele i stolik ze szkła. Nie przypomina to wcale rudery, przeciwnie, łódź mieszkalna jest urządzona o wiele ładniej, niż się spodziewał. A ten Julius... Przystojny. Elegancki. Sprężyste, energiczne ruchy. Bynajmniej nie żaden ćpun.

Julius odlicza banknoty i kładzie je na stół, gawędząc przy tym o wędkarstwie sportowym i pogodzie. Przedziwne, jak wielką różnicę robi światło. Czyż Dave jeszcze przed momentem nie bał się tego sympatycznego faceta?

- Kawy?

Dave się waha. Joe ostrzegał, by nie zadawał się z klientami dłużej, niż to konieczne. Ale Dave jest naraz ciekawy Juliusa, który sponad oprawek ciemnych okularów spogląda na niego szczerymi zielonymi oczyma.

- Czemu nie!

- Świetnie! - Rozpromieniony Julius Birdwell krząta się w aneksie kuchennym przy ekspresie do kawy, lśniącym szlachetną stalą.

Krew i ryba - naturalnie Dave'owi krążą po głowie różne myśli. Satanista? Wampir? Ale to raczej nie pasuje do Juliusa Birdwella, który odmierza porcję kawy i wyciera sobie ręce w czystą ścierkę.

- Nie wiem, co bym począł bez takich ludzi jak ty i Joe. Istnieją po prostu dolegliwości, z którymi medycyna konwencjonalna niezbyt sobie radzi. Cappuccino czy... Ach!

Birdwell otworzył drzwi od lodówki i przesłał Dave'owi przepraszające spojrzenie.

- Mleko się skończyło. Znowu! To doprawdy... Pijasz czarną?

- Nie ma sprawy.

- Słodzisz?

Ekspres skończył pracę. Birdwell stawia przed Dave'em parującą filiżankę.

Nagle Dave czuje zakłopotanie. Kręci głową i miesza w filiżance, choć właściwie nie ma tam nic do rozmieszania. Upija łyczek. Za gorąca. Cholera - teraz musi tu siedzieć z Birdwellem i bawić go rozmową, póki kawa nie wystygnie!

- Też jesteś sanitariuszem? Jak Joe?

Birdwell siada obok niego w fotelu i zakłada nogę na nogę.

- Studentem medycyny. - Dave ostrożnie pije pierwszy łyk. Piękne oczy ma ten Julius, to mu trzeba przyznać.

- Studentem... - Julius pochyla się, składa dłonie i wpatruje się natarczywie w Dave'a. - Dave, nie miałbyś czasem ochoty troszkę sobie dorobić?

Dave robi się czerwony. Skąd ten typ wie, skoro nawet jego rodzice... Czy to rzeczywiście aż tak rzuca się w oczy...? Oddycha głęboko i bierze się w garść. Joe ostrzegał, że coś takiego może się zdarzyć. Kiedy człowiek upłynnia nielegalny towar, niektórym się wydaje, że mogą ot tak mieć również całą resztę.

Dave wstaje.

- Nie, w to się nie bawię. Naprawdę muszę już iść, proszę pana.

- Julius.

Julius przez chwilę patrzy na niego zdumionym wzrokiem, po czym wybucha śmiechem.

- Siadaj, Dave, przecież nie to mam na myśli. Nie! Chodzi raczej o sprawę natury, hm... medycznej.

Zaskoczenie Juliusa wydaje się tak szczere, że Dave nie wybiega z pokoju jak oparzony, choć taką miał ochotę. Najwyraźniej znowu poniosła go fantazja. Teraz dopiero musi być czerwony, czerwony jak burak, aż po cebulki włosów.

Zażenowany, odwraca wzrok od Juliusa i rozgląda się dookoła. Jeden kąt pokoju jest jakiś inny, fantazyjny, nie taki jasny i prosty jak reszta. Ciemniejszy. Jakby bardziej intymny. Dave kieruje się w tamtą stronę, z jednej strony wiedziony ciekawością, z drugiej - by ukryć przed Juliusem swoją zaczerwienioną twarz.

Komoda z ciemnego drewna, na niej srebrny zegar z kurantem, wyglądający na antyk, klasyczne popiersie z marmuru i niewielka czarna skrzynka, zdobiona namalowanymi złotymi znakami. Na popiersiu elegancki czarny cylinder, nieco za duży na marmurową głowę. A obok maleńka scena z aksamitną kurtyną, podestem i drabiną, prowadzącą do nieba z wacianych chmurek, a wszystko tak maleńkie i delikatne, że nie mógłby tam wystąpić nawet wyroś­nięty chrabąszcz.

Nad komodą wiszą oprawione w ramki wycinki z gazet i plakat.

GABINET OSOBLIWOŚCI PROFESORA FAWKESA!

NAJWIĘKSZY SHOW ŚWIATA!

Całość przypomina mu trochę kącik trofeów, gdzie matka eksponuje jego zdjęcia z młodości i puchary zdobyte w rugby. Facet na plakacie nie wygląda jednak jak Julius, jest krępy i muskularny. A mimo to Dave dostrzega między nimi pewne podobieństwo, może w spojrzeniu albo w postawie.

- Czy to krewny?

- Niezupełnie.

Dave z podziwem wyciąga rękę ku lśniącemu jedwabiowi cylindra.

- Jesteś może, yyy, artystą albo kimś w tym rodzaju?

Artysta! To by wszystko wyjaśniało!

Nagle Julius staje obok niego i eleganckim ruchem wkłada cylinder na głowę.

- Dyrektorem cyrku, ściśle biorąc.

Wkrótce potem cała masa pcheł siedzi na ramieniu Dave'a i opija się do syta jego krwią. Troszkę to swędzi, ale nie za bardzo. Gorsza jest myśl, że oto pasożytnicze owady dobierają się do jego witalnych soków.

Dyrektor pchlego cyrku! Jak w ogóle mógł dać się na to nabrać?

Dave niespokojnie wierci się na swoim miejscu.

- Czy długo to jeszcze potrwa?

- Och, momencik. Kiedy skończą, to skończą. - Julius uśmiecha się. - Usiądź wygodnie. Bez obaw, nie zjedzą cię.

Dave pije kawę. Akurat teraz jest w sam raz.

- A twoje, yyy, dolegliwości - pyta niby od niechcenia. - Długo już ci dokuczają? - Julius naprawdę go zaintrygował. Tylko dlatego pozwolił mu się namówić na oddanie krwi. Naturalnie dodatkowa kasa też się przyda.

- Co? - Julius patrzy na niego, poirytowany. Cylinder odrobinę zjechał mu na czoło i naraz faktycznie wygląda jak dyrektor cyrku z czarno-białego filmu. Dyrektor cyrku w każdym calu.

- Twoje dolegliwości...

- Ach. - Julius spogląda z rozmarzeniem w stronę plakatu. - Niezbyt długo. Właściwie dopiero od kwietnia...

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

DRAMATIS CREATURAE

PROLOG

Pod koniec września

BIRD

1. W rzece

2. Pod mostami

3. Na kanapie

4. W sieci

5. Przed drzwiami

6. The Ghost of a Flea

GREEN

7. Hunch

8. Weathervane

9. Legulas

10. Posłaniec

11. Emily

12. Nick

ROSE

13. Niebo i piekło

14. Shark bar

15. Gotowi do skoku

16. Zbielałe oko

17. Labirynt

18. Bitwa książek

THORN

19. Trzmiele niebo

20. Pocałunek Ślimaczej Lady

21. Smocza krew

22. Przeobrażony!

23. Feniks w popioły

24. Cherchez la femme!

FAWKES

25. Ćwiek albo pchła w uchu

26. Próba kłujki

27. Wielkie skoki

28. Luciferretti

29. Płomienna hałastra

30. Syreny

31. Metamorfozy

Rzut oka za kulisy: pchły, fakty i fikcja!

PODZIĘKOWANIA