Krew za krew - Victoria Selman

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 7

Zapadł wieczór. Raguel znowu stoi na stacji, kręci w kieszeni pętlą ze sznurka, zagryzając dolną wargę. Dostrzega na peronie kobietę, którą kocha, trzymającą w jednej dłoni gazetę, a w drugiej torebkę.

Zawsze wraca tym pociągiem do domu. Zawsze jeździ nim razem z nią. I chociaż nigdy z nią nie rozmawia, odczuwa jakąś pociechę, mając świadomość, że przebywają razem i oddychają tym samym powietrzem.

Pociąg północnej linii Thameslink przez stację King's Cross St. Pancras wjeżdża na peron pierwszy. Proszę ze względów bezpieczeństwa nie przekraczać żółtej linii.

Kiedy tłum rusza do przodu, Raguel odsuwa się do tyłu z rękami ciasno zaplecionymi na klatce piersiowej. Nie lubi, kiedy ktoś go dotyka. Nawet najdelikatniejsze muśnięcie wzbudza w nim agresję.

Wślizguje się przez automatyczne drzwi tuż przed tym, zanim zamykają się z trzaskiem i zatłoczony pociąg błyskawicznie rusza ze stacji.

Rozgląda się dookoła. Gdzie ona jest? Wsiadła do innego wagonu? Dlaczego jej tutaj nie ma?

Serce mu drży. Usta wysychają. Akurat dzisiaj musi ją zobaczyć. Wydaje się, że ranek był już tak dawno temu. To mu nie wystarcza.

- Głłłłłupiec, głłłłłłłupiec - szepczą głosy, a dźwięk tych słów odbija się echem w jego uszach.

Czuje, jak całe stado mrówek wpełza mu po przedramieniu. Uderza w nie i drapie się po skórze, ale nic nie jest w stanie zrobić, żeby się ich pozbyć.

- Tttttaki głłłłłupiec - znowu odzywają się głosy.

Głosy są niepowstrzymane, nieustępliwe.

Zamyka oczy i odmawia pod nosem siedem razy "Zdrowaś Mario". Boże pełen Łaski i Miłosierdzia, niech się stanie.

Kiedy otwiera oczy, dostrzega kobietę, która maluje sobie czymś usta. Jakiś poganin ubrany w skórę z naszyjnikiem z trupią czaszką zasłania mu widok, ale ona tam jest. Jego anioł.

Minęły lata, odkąd po raz ostatni ze sobą rozmawiali, ale pilnuje, żeby codziennie się z nią widywać. Śledzi ją w drodze do pracy i z pracy. Wieczorami odprowadza ją do domu ze stacji. Obserwuje ją przez okna z ulicy, kiedy wchodzi na górę po schodach. Ta pora roku idealnie się do tego nadaje. Światła wcześnie się zapalają i łatwiej ją dostrzec, kiedy pokoje są oświetlone.

Są sobie przeznaczeni, on i ona. Śledzenie jej wiąże ich ze sobą. Sprawia, że czuje się bezpiecznie. Ale czasem nie wystarcza.

Raguel wie, że ona akceptuje to, co zrobił, ale i tak chciałby jej wszystko wyjaśnić. Czy to kolejny powód, dla którego ją śledzi, ponieważ wiąże ich niedokończona sprawa?

Coraz bardziej dławi go w gardle, krew pulsuje mu na szyi.

Niemalże fizycznie odczuwa pragnienie, żeby ona go zrozumiała. Za każdym razem kiedy ją widzi, zaczyna płycej oddychać, a jego serce zamienia się w lwa uwięzionego w klatce piersiowej. Czasami musi ugryźć się w język, żeby do niej nie zawołać.

- Ech! - szepczą głosy. - Mój drogi, mój drogi. Nie jesteś dość dobry.

Raguel przyciska wewnętrzne strony dłoni do uszu i nuci, żeby je zagłuszyć, ale głosy przybierają na sile.

- Nieś swój krzyż - mówią. - Swoją pokutę.

Mają rację. To cena, jaką musi zapłacić za złamanie przykazania bożego, żeby wykonać pracę w imieniu Stwórcy. Musi wieść życie ducha, pozostając niewidocznym dla jedynej osoby, którą kiedykolwiek naprawdę kochał.

Nie może oderwać od niej oczu. Ona podnosi wzrok i na chwilę wydaje się, że ich spojrzenia się spotykają, po czym znowu pochyla głowę. Wzdłuż kręgosłupa Raguela pełznie jakiś pająk.

Czy ona go widziała? Czy go rozpoznała? Minęło tyle lat, ale może...

Kontury zaczynają mu się rozpływać przed oczami. Oblewa go pot i Raguel chwieje się na nogach. Czy to naprawdę się wydarzyło? Czy ona naprawdę na niego spojrzała, czy też miał halucynacje? Te nasilają się, kiedy ma zjazd.

Zmusza się do tego, żeby zwolnić oddech. Bierze wdech. Liczy do siedmiu. Jeden słoń. Dwa słonie. Potem wydech i liczy od początku. Siedem słoni. Sześć słoni. Słonie są ważne. Zatrzymują go w pędzie.

Znowu bierz wdech. Wdech na siedem. Wydech na siedem. Siedem razy. Przyspiesza dopiero wtedy, kiedy motorniczy ogłasza, że zbliżają się do następnej stacji. Będzie musiał zaczynać wszystko od początku, jeśli nie zdąży skończyć, zanim pociąg się zatrzyma.

Siedem razy bębni palcem po udzie. Siedem razy oblizuje usta. Siedem razy mruga oczami. 777. Tarcza przeciwko 666, ochrona przed Szatanem.

Przeszedłem tak daleką drogę, odkąd Zło przejęło nade mną władzę. A w ślad za tą myślą pojawiają się inne, ślizgając się po powierzchni świadomości, krzycząc w jego głowie, bardziej przerażające niż jakakolwiek iluzja, którą potrafi stworzyć jego wyobraźnia.

Zasłania oczy dłońmi. Słyszy, jak w uszach pulsuje mu krew. Jego ciałem zaczynają wstrząsać dreszcze.

Czuje szarpnięcie pociągu do przodu. Rozlegają się krzyki, kiedy maszyna gwałtownie hamuje, a później głośny huk, gdy zderza się z czymś na torach.

Potem eksplozja rozrywa wagon na kawałki.

ROZDZIAŁ 8

Raguel z początku ma mroczki przed oczami. Kiedy odzyskuje przytomność, leży krzyżem na podłodze pociągu, z szeroko rozrzuconymi rękami i wyprostowanymi nogami.

Później dopatrzy się w tym znaku. Teraz po prostu cieszy się z tego, że przeżył, chociaż początkowo, w miarę jak odzyskuje przytomność, zastanawia się, czy w rzeczywistości nie żyje. Oślepiająca jasność, potem ciemność. Równie dobrze mogłaby to być droga do życia po śmierci.

Wszystko płonie. Ten skwar jest nie do wytrzymania. Ludzie krzyczą, wołają o pomoc. Może to jednak Piekło? Płonące paleniska, torturowane dusze. Wszystko się zgadza.

Ale przecież Stwórca nigdy nie strąciłby go do świata Podziemi. Raguel jest sługą Pana. Zajmie miejsce przy boku swojego mistrza w Niebie. Po pracy, którą wykonał, wezwaniu, na które odpowiedział, Pan nie skazałby go na to, by cierpiał męczarnie z rąk Szatana.

Stara się otworzyć oczy. Rzęsy ma sklejone pyłem. Bez chwili zastanowienia przeciera je opuszkami długich białych palców. Błąd. Ma brudne dłonie i teraz pieką go oczy. Mruga nimi, żeby pozbyć się drobinek pyłu i bólu, po czym nadal leżąc na wznak, uważnie obserwuje wagon.

Zapadła ciemność, a powietrze jest gęste od dymu. Zasłaniając nos rękawem koszuli, patrzy spod przymkniętych powiek w ten mrok. Najpierw dostrzega tylko kształty, ciała, z których część się porusza, a część nie. Wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Dym zaczyna się rozwiewać.

Z trudem wstaje, rozglądając się gorączkowo dookoła. Gdzie jest jego anioł, jego ukochana? Czy została ranna?

Nie zważając na ryzyko, rusza na poszukiwania. Zataczając się, przechodzi nad szczątkami i ludźmi oszalałymi z rozpaczy, jak zwykle czując wstręt, kiedy ktoś go dotyka, ale tłumi go w sobie wiedziony nagłą potrzebą chwili. Musi ją odnaleźć. Musi wiedzieć, że jest bezpieczna.

Dym zaciera rysy twarzy. Wagon zmienił się w poskręcany wrak. Wszędzie leżą ludzie. Ludzie, kamienie, kawałki złomu i rozbitego szkła. Jak ma ją odnaleźć w tym chaosie?

Klęka, chcąc się pomodlić, ale wtedy odkrywa, że spojrzenie z innej perspektywy przynosi lepsze efekty. Ona tam leży i właśnie ktoś się nad nią pochyla.

Raguel skrada się bliżej. Wrak stanowi doskonałą zasłonę. Nie był tak blisko niej od wielu lat. Jeszcze kilkadziesiąt centymetrów i zdoła jej dotknąć. Na samą myśl jego ciało przenika słodki dreszcz.

Kobieta, która przy niej była, wstaje i odchodzi. Jego anioł leży nieruchomo. Ma zamknięte oczy.

Podekscytowanie sprzed chwili ustępuje miejsca przerażeniu. Mija kilka sekund, zanim zbiera się na odwagę, żeby pokonać tę odległość, jaka ich dzieli, i jej dotknąć.

Trzy, dwa, jeden, a potem, wstrzymując oddech, Raguel pochyla się i umieszcza palce środkowy i wskazujący na szyi swojego anioła. Nie wyczuwa pulsu. Nie czuje jeszcze chłodu skóry, ale wystarczająco dużo naoglądał się śmierci, żeby ją rozpoznać.

Rozlega się przeraźliwy, piskliwy dźwięk, przenikliwy i żałosny. Niczym szarpnięcie struny E na skrzypcach. Niczym nocny skowyt lisów albo napalonych kocurów. Ten dźwięk wydobywa się z niego, chociaż Raguel nie ma świadomości, że krzyczy.

Wymiotuje. Żółć podchodzi mu do gardła. Zaczyna się trząść.

Kładzie głowę na jej klatce piersiowej, na wciąż ciepłych piersiach, miękkich niczym poduszka. Przywiera do niej, wbija palce w jej ciało, w głębi duszy nie dowierzając, że to naprawdę ona.

Po tym wyczekiwaniu i długich latach, kiedy obserwował ją z daleka, w końcu trzyma ją w ramionach, tylko że to już bez znaczenia, ponieważ ona nie może odwzajemnić jego uścisku. Ukradziono mu tę chwilę zjednoczenia, której tak gorąco pragnął. Czuje się oszukany, samotny.

Wyje. Rozdzierający szloch wstrząsa jego ciałem, pozostawiając go bez tchu.

Jego anioł odszedł. Porzucił go.

Czas się kurczy. Jego palce sięgają po kawałek metalu. Zaciska je mocno. Krawędzie wpijają się w dłoń, kalecząc skórę. Ale Raguel tego nie czuje. Nie czuje niczego poza ostrą jak brzytwa udręką z powodu tej straty.

ROZDZIAŁ 9

Wszyscy poszkodowani, którzy są w stanie chodzić, proszę kierować się tutaj! - woła jakiś mężczyzna na zewnątrz pociągu, świecąc latarką do środka.

Raguel słyszał te słowa stłumione, jakby dobiegały z bardzo daleka. Właściwie ledwo je słyszał. Myślami był gdzie indziej.

Mężczyzna sięga rękami przez okno, kierując ludzi do siebie. Ciała przesuwają się i rozdzielają - rozstąpienie się Morza Czerwonego.

Otępiały Raguel dołącza do tej chmary, zachowując taką odległość, żeby nikt go nie dotykał. Mężczyzna podaje mu rękę, żeby pomóc mu wysiąść z pociągu. Raguel się krzywi.

- Dam radę - mówi, odwracając głowę. Kontakt wzrokowy to kolejna rzecz, z którą ma problem.

Przytrzymuje się ściany wagonu, żeby złapać równowagę, ponieważ ma zamiar zeskoczyć na dół na torowisko. Bębni kciukiem po krawędzi okna siedem razy i wystawia jedną nogę. Zatrzymuje ją w powietrzu.

Wzdłuż torów zbliża się w kierunku pociągu grupa mężczyzn w odblaskowych pomarańczowych kamizelkach i białych kaskach. Raguel liczy. Sześciu. Nie siedmiu. Powinien zaczekać?

Oddycha szybciej. Serce mocniej mu bije. Ssie rankę na dolnej wardze. Potem znowu się zatrzymuje i z ulgą robi wydech. Drżący niczym wijący się w trawie grzechotnik.

W porządku. Mężczyzna z latarką to też ratownik. W sumie jest ich siedmiu. Wobec tego Raguel może bezpiecznie wysiąść z pociągu.

W powietrzu na zewnątrz unosi się dym, ale i tak widoczność jest lepsza, niż w wagonie. Raguel próbuje odetchnąć, ale jakiś potwór ściska go za gardło.

- Straciłeś ją - szepczą głosy. - Straciłeś ją. Teraz jesteś sam. Nikt cię nie ochrrrrroni.

Raguel zaczyna się trząść. Potwór ściska jeszcze mocniej.

- Wszystko w porządku, stary? - Jakiś mężczyzna przystaje i kładzie mu dłoń na ramieniu.

Dotyk sprawia, że Raguelowi zbiera się na wymioty.

- Trzęsiesz się - mówi mężczyzna, przysuwając się tak blisko, że Raguel czuje na twarzy jego oddech. - Spójrz na mnie. Wszystko w porządku?

Płuca Raguela rozszerzają się do punktu krytycznego. Serce wali mu jak szalone. I chociaż dawno temu stracił zmysł węchu, nagle czuje w nozdrzach smród papierosów i Eau Savage.

Teraz głosy w jego głowie głośno krzyczą, plątanina odbijających się echem głosów, syki i przekleństwa, którymi się wzajemnie obrzucają. Prowokowanie i krytykowanie. Jakby setka ludzi mówiła jednocześnie. Głosy, które słyszy każdego dnia. Głosy, które sprawiają, że ma ochotę walić głową w mur i wyrwać sobie włosy.

- Głłłłłłłuuuuuupiec. Gggggłuuupiec. Głu, głu, głu. No dalej, dalej, zrób to, zrób to. Nie rób tego. Sssss. Du, du, du. Spójrz na siebie. Bezsensowny. Nic niewart. Głłłłłłuuuuuupiec.

Raguel przyciska dłonie do uszu i zaczyna nucić pod nosem, ale nie potrafi ich zagłuszyć.

Ludzie wypełzają ze ścian, coraz bardziej powiększają im się usta, aż na ich twarzach widać jedynie języki i zęby. Na ziemi roi się od robaków.

Raguel teraz gwałtownie się trzęsie. Nie może oddychać. Czuje pulsowanie w głowie, a jego ciało napina się tak, jakby coś je zasysało do środka. Nie stoi już obok wraku pociągu. Znowu tam jest. Schwytany w pułapkę i przerażony. Bezradny i obnażony.

Czuje, jak rośnie mu ciśnienie w klatce piersiowej. Nie wie już, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy jego ciało. Nie ma pojęcia, gdzie są boki.

Raguel zaczyna biec, niespokojnie pędząc przez tory i przeskakując kamienie. Potyka się i upada na ziemię.

Rozgląda się dookoła, puls dudni mu w uszach, pali go w płucach, a głosy wciąż krzyczą w jego głowie.

- Głłłłłupiec. Tak, taki jesteś. Taki głłłłłłuuuupi.

Przez ramię dostrzega za plecami Diabła, który go dogania. Tylko że rozmnożył się w setki identycznych szatańskich bytów.

Pasażerowie wysiadający z pociągu, ratownicy, policjanci w żółtych odblaskowych kamizelkach - wszyscy mają tę samą twarz. Twarz Szatana. Twarz z przeszłości.

Jak na komendę te diabły odwracają się twarzą w stronę Raguela, z szeroko otwartymi ustami, z wywieszonymi językami i śliną cieknącą po podbródkach.

- Spójrz na mnie - mówią perfekcyjnie zgranym chórem. - Spójrz na mnie.

Raguel składa dłonie, opierając opuszki palców wskazujących na czole.

- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje - szepcze, powtarzając w kółko "Ojcze nasz", i nie ma odwagi podnieść wzroku, dopóki nie odmówi modlitwy siedem razy.

Głosy w jego głowie się zmieniają. Teraz mówi tylko jedna osoba. Głębokim głosem, sugestywnymi słowami.

- Staw czoło Szatanowi. Usuń z powierzchni ziemi grzeszników. Nadszedł czas, żebyś przywdział zbroję Boga. Jam jest Pan.

ROZDZIAŁ 1

Wydarzyło się to w połowie jesieni, w czwartek wieczorem, o siedemnastej dwadzieścia siedem. Pogoda była niepewna, a ja po raz pierwszy od wielu tygodni wyszłam z domu.

Pociąg północnej linii Thameslink przez stację King's Cross St. Pancras wjeżdża na peron pierwszy. Proszę ze względów bezpieczeństwa nie przekraczać żółtej linii.

Stałam daleko z tyłu. Krawędź peronu ma w sobie pewną pokusę, której trudno mi się oprzeć.

Lokomotywa wjechała na peron. Ludzie tłoczyli się, walcząc o miejsca, przepychali się do przodu, zanim pociąg zdążył się zatrzymać. Godziny szczytu nie wzbudzają w ludziach najlepszych instynktów. Wszyscy się dokądś spieszymy.

Drzwi otworzyły się z sykiem. Tłum ruszył naprzód.

Wagon był zatłoczony, ale wypatrzyłam wolne miejsce z tyłu przy oknie i rzuciłam się w jego kierunku, żeby nikt mi go nie zajął. Wzięłam głęboki wdech i skupiłam się na oddychaniu. Nie zadziałało. Moja klatka piersiowa była niemal zgnieciona.

Opanuj się i weź się w garść, pomyślałam. Dzisiejszy dzień będzie wyjątkowy.

Pociąg gotowy do odjazdu. Proszę odsunąć się od drzwi. Proszę upewnić się, że drzwi są zamknięte.

W wagonie unosił się intensywny zapach jakby zgniłych śmieci albo sfermentowanego owocu. Zmarszczyłam nos i rozejrzałam się dookoła, próbując zebrać myśli i zorientować się w sytuacji. Metoda samokontroli, jak mawiała moja dawna terapeutka.

Jakiś facet, który stał w przejściu kilka kroków dalej, wpatrywał się we mnie. Miał fryzurę na jeża, rękawy koszuli zaprasowane w tak ostry kant, że można by się o nie skaleczyć, i ciasno zawiązany krawat. Strasznie wymizerowany i najwyraźniej zdenerwowany, pomyślałam, obserwując drżenie mięśni jego twarzy i szybkie mruganie oczami.

W sąsiednim rzędzie jakiś gość z trądzikiem, zapadniętymi policzkami i zepsutymi zębami wymachiwał rękami i skubał sobie skórę. Zachowanie i wszystkie objawy fizyczne wskazywały na osobę uzależnioną od metamfetaminy. Spojrzał mi w oczy, po czym szybko się odwrócił.

Narkotyki to nie moja działka, ale nauczyłam się trochę od Duncana, kiedy przeniesiono go do obyczajówki albo SCD91, jak to się teraz mówi. Większość ćpających metę ma kryminalną przeszłość. I prawie zawsze ten sam profil psychologiczny - paranoja, przemoc, bezsenność, halucynacje. Chociaż kiedy narkomani nie są na haju, potrafią całkiem trzeźwo myśleć.

Naprzeciwko mnie siedziała kobieta przed siedemdziesiątką, z małym złotym krzyżykiem na szyi i bransoletką z różańcem. Czytała "Metro", obgryzając paznokcie i machając nogą. Wyraźnie była zdenerwowana. A może to, co czyta, wprawia ją w zakłopotanie, pomyślałam, zerkając na nagłówek gazety, którą miała rozłożoną na kolanach. Bez zastanowienia jeszcze raz rzuciłam okiem na kobietę.

Krzyżyk. Różaniec. Wobec tego katoliczka - wierzy w zmartwychwstanie i w piekło. Bluzka zapięta na guziczki pod samą szyję. Torebka mała i niemarkowa ze sztywnymi uszami i zamykana na klamerkę. Osoba, której nie zależy na pozycji społecznej, wyobcowana. Beżowe ubrania, w neutralnym kolorze, który świadczy o poczuciu samotności i odizolowania. Spojrzałam na siebie. Moja kurtka miała ten sam odcień.

Kobieta, która odcięła się od świata. Możliwe, że zawiódł ją ktoś, komu ufała. Może pomyślała, że bezpieczniej będzie trzymać się z dala od innych, albo po prostu nie lubiła ludzi.

Zatrzymaliśmy się przed semaforem. Oparłam się o ścianę wagonu, przykładając głowę do szyby. Czułam, jakby coś kłuło mnie w lewym oku. Zwiastun migreny. Zimna szyba przynosiła ukojenie.

Na zewnątrz krajobraz był równie szary jak niebo. Wysokie mury, na których namalowano sprejem różne plugastwa. Tunele i metalowe przęsła mostów. Budki dróżników i zwoje drutów. Wszystko pokryte grubą warstwą sadzy.

Jakiś pociąg towarowy przetoczył się po sąsiednich torach. Kasztanowo-żółta lokomotywa ciągnąca trzydzieści kontenerów z blachy falistej wymalowanych graffiti. A na samym końcu tej kawalkady osiem srebrnych cystern z logo Shella na boku.

Przepraszamy za czas oczekiwania. Wkrótce ruszamy dalej.

Ziewnęłam, otworzyłam egzemplarz "Metra", który zabrałam ze stacji, i zaczęłam go wertować.

Na piątej stronie znajdował się artykuł o rocznicy morderstwa Samuela Catlina. Ilustrowana rozkładówka z jego zdjęciem w szkolnym mundurku, które pojawiło się we wszystkich gazetach, kiedy byłam dzieckiem.

Zamieszczono tam również zdjęcie, jak machał rodzicom na pożegnanie, w czapce baseballowej włożonej tył na przód i z plecakiem upstrzonym naklejkami z dinozaurami. Zostało zrobione, kiedy szedł na przystanek autobusowy i miał po raz pierwszy samodzielnie pojechać autobusem do szkoły.

Miał dziesięć lat i tamtego dnia już nie wrócił na noc do domu.

Apel rodziców o pomoc w sprawie ujęcia zabójcy synka

Dwadzieścia pięć lat temu Samuel Catlin, lat 10, został uprowadzony i zamordowany w drodze powrotnej ze szkoły. Ciało chłopca, z głową leżącą na złożonej w kostkę kurteczce, znaleziono na ścieżce obok kanału Camden Lock w północnym Londynie. Pomimo zakrojonego na szeroką skalę śledztwa w całym kraju i powszechnego zainteresowania tym zabójstwem sprawca zbrodni nigdy nie został ujęty.

Wczoraj rodzice chłopca opublikowali nowy apel do społeczeństwa o pomoc w ujęciu zabójcy syna.

"Samuel miał śliczne blond włosy i uśmiech, na którego widok serce człowiekowi miękło jak wosk. Chciał być pilotem helikoptera, kiedy dorośnie. Lubił ciasteczka z kawałkami czekolady i naleśniki - wszystkie słodycze. Bez niego nasze życie już nigdy nie będzie takie samo. Będziemy szukać tego, kto nam go odebrał, dotąd, aż go znajdziemy", powiedziała matka chłopca, Anne, lat 59.

"Ktoś musi coś wiedzieć na ten temat. Być może ludzie myślą, że to nic nieznaczące drobiazgi, ale każdy szczegół jest istotny. Jeśli ktoś wie o czymkolwiek, proszę o kontakt z policją. Potrzebujemy Waszej pomocy, żeby ująć mordercę Samuela, by w końcu osoba odpowiedzialna za tę zbrodnię została ukarana".

Powstrzymując łzy, ojciec Samuela powiedział, że rozpacz jego rodziny była tym większa, że morderca jego dziecka nigdy nie został postawiony przed sądem.

Każdego, kto cokolwiek wie na ten temat, prosimy o telefon do Fundacji Crimestoppers: 0 800 555 111.

Kobieta siedząca naprzeciwko mnie zamyka oczy i wzdycha. Bębni kciukiem po uchwycie torebki. Drga jej kącik ust, jakby usiłowała powstrzymać płacz. Ona też czyta artykuł o Samuelu Catlinie.

Wyszeptała coś tak cicho, że gdyby nie moja umiejętność czytania z ruchu warg, pewnie bym tego nie dosłyszała.

Nigdy go nie złapali.

Znowu westchnęła, kreśląc w powietrzu znak krzyża.

Też westchnęłam. Podzielałam jej odczucia, ale wiedziałam również z doświadczenia, że nierozwiązane sprawy zabójstwa dzieci zawsze pozostawia się otwarte. Być może dzięki apelowi Catlinów uda się zdobyć nowe dowody, pomyślałam. Chociaż biorąc pod uwagę, ile czasu minęło, było to raczej mało prawdopodobne.

Znowu powędrowałam wzrokiem po wagonie. Gazeta, którą trzymałam w ręce, nie przykuła mojej uwagi. Wciąż czytałam to samo zdanie i nie mogłam się skupić. Co prawda spałam dzisiejszej nocy, ale był to parszywy sen - niespokojny, przerywany, pełen koszmarów, tak że kiedy wstałam rano, czułam się tak, jakbym nie zmrużyła oka. I wyglądało na to, że nie byłam w tym osamotniona.

Po drugiej stronie przejścia między rzędami stał jakiś mężczyzna z podkrążonymi oczami, mankietami koszuli pomazanymi pisakami i białą plamą na ramieniu marynarki od garnituru. Najwyraźniej ojciec noworodka albo bardzo małego dziecka. Sądząc po tej błyszczącej plamie z różowego tuszu, to najprawdopodobniej dziewczynka. Dziecko karmione butelką, wnioskując po kredowobiałym kolorze tego, co się ulało.

Kobieta siedząca obok - blondynka, mocno wydekoltowana, w minispódniczce - miała usta pomalowane błyszczykiem. Nieumiejętnie zatuszowane korektorem cienie pod oczami powiedziały mi, że też się nie wyspała, ale sądząc po uśmiechu, który błąkał się w kącikach jej ust, i malince na szyi, powód był całkiem inny.

A co z tą kobietą, która w zamyśleniu głaskała się po ledwie widocznym brzuchu i wpatrywała się gdzieś w bezkresną dal? Może i akurat wtedy nie ziewała, ale jeśli się nie myliłam, ona także, w czasie krótszym niż dziewięć miesięcy, miała przekonać się, co to znaczy brak snu.

Zbliżamy się do stacji Kentish Town. Przed opuszczeniem pociągu prosimy o upewnienie się, czy zabrali państwo wszystkie swoje bagaże.

Katoliczka siedząca naprzeciwko mnie złożyła gazetę i wcisnęła ją do torebki, sprawdziła, czy czegoś nie zapomniała, po czym wstała i skierowała się w stronę wyjścia.

Zerknęłam na zegarek, kiedy wyjechaliśmy z tunelu, wypadając w przyćmione światło na zewnątrz.

17.27.

W wagonie było duszno, stukot kół działał usypiająco. Właśnie zamykałam oczy z głową opartą o szybę, przyciskając torbę do piersi, kiedy pociąg gwałtownie zahamował. Rozległ się rozdzierający uszy pisk i zgrzyt stali ocierającej się o stal, kiedy lokomotywa z trudem walczyła o to, żeby wyhamować.

Natychmiast otworzyłam oczy. Za oknem, w poprzek równoległych torów leżały na boku cylindryczne zbiorniki Shella z namalowanym na samym środku słowem: ŁATWOPALNE.

ROZDZIAŁ 2

Czas przestał istnieć. Jedną chwilę od drugiej dzielił zaledwie ułamek sekundy, ale miałam wrażenie, że trwało to znacznie dłużej. Oczywiście iluzja. Uaktywnił się ośrodek mózgu odpowiedzialny za emocje.

Swędziała mnie skóra głowy. Czułam napięcie w ciele. Przewracało mi się w żołądku.

Wieczorne godziny szczytu osiągnęły punkt kulminacyjny. Byliśmy uwięzieni w metalowym wagonie, setki ludzi wracających z pracy upakowanych ciasno niczym sardynki. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Pracownicy czytający gazetę, którzy zastanawiali się, co zjeść na kolację. Dzieci wracające ze szkoły obładowane sprzętem sportowym i mające pracę domową do odrobienia.

Po drugiej stronie przejścia kobieta w ciąży trzymała się za brzuch, rozdziawiając usta. Dziewczyna z błyszczykiem umieszczała pędzel do makijażu w puderniczce. Oczy zmęczonego ojca były szeroko otwarte.

Podniosłam ręce, żeby zasłonić twarz - instynktowna reakcja. Przy tej prędkości i biorąc pod uwagę odległość, jaka dzieliła nas od wagonów, samo ostre hamowanie mogło nie wystarczyć.

Uderzyliśmy w wykolejoną cysternę z benzyną. Rozległ się huk - głośny niczym grzmot - uderzających ciał i poczułam mocne szarpnięcie.

Wagon przez chwilę unosił się w powietrzu wyrzucony do przodu siłą zderzenia, zanim z łoskotem spadł na ziemię.

Zostałam wciśnięta w fotel i przygwożdżona do niego jakąś niewidzialną ręką. Pasażerowie siedzący naprzeciw poturlali się do przodu, siła zderzenia wyrzuciła ich z miejsc, wykonywali salta. Skręcali karki, uderzając głowami w ludzi i przedmioty przed sobą.

Sekundę później nastąpiła eksplozja. Niczym kula armatnia ognia i powietrza. Szyby pękały. Szkło roztrzaskiwało się na kawałki. Fruwające szczątki.

Powietrze było gęste od pyłu i dymu. Smród ropy z diesla stał się tak intensywny, że czułam w ustach jego smak, gorzki i cierpki. Paliwo porozlewane i zapalone w wyniku kolizji.

Słyszałam krzyki, jęki, płacz dziecka. W oddali rozległ się dzwonek telefonu. Tubular Bells. Jednak wszystkie te dźwięki były stłumione, jakby dobiegały przez ścianę waty. Chwilowa utrata słuchu spowodowana przez wybuch.

Miałam spieczone usta i lał się po mnie pot. Panował taki gorąc, jakby ktoś wrzucił nas do pieca.

W pewnym oddaleniu zobaczyłam płonącego mężczyznę, którego sylwetkę ledwie było widać zza czarnego dymu. Wszędzie niewielkie języki ognia trawiły nadpalony kadłub pociągu.

Smród ropy ustąpił miejsca mdłej woni spalonych ciał. W pobliżu ktoś zaczął kaszleć.

Cała drżałam, ale tym razem nie chodziło o reakcję "walcz lub uciekaj". Chodziło o coś znacznie ważniejszego. O przeżycie.

ROZDZIAŁ 3

Procedura postępowania po wybuchu stanowiła element mojego podstawowego szkolenia. Wiedziałam, co robić i jak przeżyć.

Trzymałam usta otwarte i płytko oddychałam. Większość ludzi sądzi, że najbardziej śmiercionośnym elementem wybuchu jest wysoka temperatura albo odłamki. Wcale nie. Najgorsze jest zbyt duże ciśnienie fali uderzeniowej.

Instynktownie wstrzymujemy oddech, kiedy jesteśmy przerażeni, ale to tylko zmienia nasze płuca w balony pod wysokim ciśnieniem. Po eksplozji w zamkniętym pomieszczeniu fale uderzeniowe powodują pęknięcie i rozerwanie płuc, wywołując krwotok wewnętrzny i ostry ból klatki piersiowej. Zaledwie sześć procent ofiar umiera od oparzeń i ran zadanych odłamkami. Reszta ginie na skutek rozerwania płuc.

Dotknęłam dłonią twarzy i tułowia, oceniając uszkodzenia - mocno skaleczony policzek, siniaki, ale żebra niepołamane, żadnego bólu w obrębie żołądka, pleców ani klatki piersiowej. Wrażenie, jakbym miała w uszach zatyczki z waty, ustępowało, wobec tego słuch miałam nietknięty. Oczy szczypały od dymu, ale nie piekły mnie i nie miałam zaburzeń widzenia. Mogłam oddychać i stać na własnych nogach, a nawet chodzić. Przynajmniej o tyle, o ile. Moja prawa noga nie była w pełni sprawna. Poleciałam na twarz.

Niech to szlag, pomyślałam, z trudem podnosząc się z podłogi. Słaniając się na nogach, podeszłam do ściany wagonu, oparłam na niej dłonie i zdołałam jakoś się podeprzeć, utrzymując na wpół pionową pozycję. Omiotłam wzrokiem wagon, żeby wybadać sytuację.

- Schylcie się! Zasłońcie usta! - krzyknęłam. Miałam stłumiony głos i zaczęłam kaszleć, kiedy zaciągnęłam się dymem.

W wagonie było duszno i czarno od dymu. Dosłownie wdowi welon. Początkowo rozpoznawałam tylko kształty. Ludzi uwięzionych tam, gdzie siedzieli. Innych leżących na podłodze pod metalem i rozbitym szkłem, wyrzuconych ze swoich foteli, które zostały wyrwane z tej strony pociągu na skutek eksplozji.

Wybite szyby w oknach i drzwiach powodowały, że dym się przerzedzał, mój wzrok zaczął się przyzwyczajać do ciemności i zobaczyłam więcej. Ojca w garniturze w prążki, bez twarzy. Jakąś osobę z poważnymi oparzeniami, leżącą na podłodze z rozrzuconymi rękami i nogami pod górą złomu. Nieruchome ciało młodej kobiety. Ziejące puste oczodoły.

Pośrodku wagonu dostrzegłam wyrwę po wybuchu, pełną odłamków szkła i porozrywanych ciał. Mężów, ojców i dziadków. Żon, matek i babć. Synów i córek. Braci i sióstr. Ludzi, którzy biegli jak szaleni, żeby zdążyć na ten pociąg. Ludzi, których bliscy już więcej nie zobaczą.

Nabrałam powietrza i znowu rozejrzałam się dookoła, tym razem starając się ocenić sytuację. Od czego zacząć?

Zewsząd dobiegały krzyki i wołania o pomoc.

Mężczyzna leżący na podłodze z rozrzuconymi rękami i nogami płakał z bólu. Miał tułów zmiażdżony przez blachę, która go przygniatała, twarz czarną od krwi i pyłu, a dłonie spuchnięte i najeżone odłamkami szkła. Chciałam do niego podejść, ale między nami ziała wyrwa. Nigdy bym tam nie dotarła z tą moją uszkodzoną nogą, a nawet jeśli dałabym radę, mogłabym już stamtąd nie wrócić, żeby pomóc innym ludziom. Lepiej zostać tutaj i zająć się tymi rannymi, do których łatwiej dotrzeć.

W pobliżu leżała nieruchomo dziewczyna z błyszczykiem do ust. Była blada i miała poszarpane ubranie.

Przysunęłam policzek do jej nosa i ust, żeby sprawdzić, czy oddech jest wyczuwalny. Nic. Pomyślałam, jak wcześniej tajemniczo się uśmiechnęła. Odgarnęłam jej włosy do tyłu i przyłożyłam palce do szyi, sprawdzając puls. W duchu modliłam się, żeby żyła. Z początku nie byłam pewna, ale wtedy to poczułam. Słabe bicie serca. Znak, że nie miała zamiaru jeszcze się poddawać. Położyłam nasadę dłoni na środku jej klatki piersiowej, drugą dłoń ułożyłam na pierwszej i nacisnęłam.

- Raz, dwa, trzy...

Trzydzieści uciśnięć. Dwa sztuczne oddechy. Powtórka.

No dalej.

Wpompowałam powietrze do jej płuc. Usta i gardło miała pełne krwi.

Koniec.

- Pomocy - wyszeptał jakiś drżący kobiecy głos. Nie dobiegał z daleka, ale nagle poczułam się wyczerpana. Przejście kilku metrów wydawało mi się nie lada wyczynem.

Kuśtykając, przedzierałam się przez rumowisko w jej stronę, z każdym ruchem ostry ból przeszywał mi żebra. Piekło mnie w gardle. Bolały mnie oczy.

- Pomocy - jęknęła kobieta, kiedy do niej dotarłam. To ona przed katastrofą głaskała się po brzuchu. Włosy miała pozlepiane zakrzepłą krwią. Ciemna krew sączyła się przez siedzenie jej dżinsów, tworząc kałużę.

- Straciłam ją, prawda?

Miała oczy pełne łez.

- Potrzebujesz opaski uciskowej - odpowiedziałam, chociaż wiedziałam, że nie miała na myśli swojej nogi.

Miała głęboką, ciętą ranę wzdłuż uda. Wystawał z niej ogromny kawałek metalu, a krew ciekła jej po palcach, którymi instynktownie uciskała ranę. Zdjęłam sweter i zawiązałam go powyżej rany. Nie było to idealne rozwiązanie, ale tylko tyle mogłam zrobić, i przy odrobinie szczęścia mój kardigan zapobiegnie wykrwawieniu się kobiety na śmierć.

- Jak się pani nazywa? - zapytała, kiedy ucisnęłam ranę.

- Ziba. Ziba MacKenzie.

- Jestem Liz Cartwright. Musi pani zawiadomić mojego męża, co się ze mną stało. Zrobi to pani? Proszę. Zawiadomi go pani?

- Wydostanie się pani stąd i sama mu o tym powie. Słyszy mnie pani?

Kiwnęła głową, a ja mocniej zacisnęłam węzeł.

- A teraz niech pani położy tutaj dłoń i proszę przez cały czas uciskać to miejsce - wyjaśniłam, rozglądając się po wagonie za następnym potrzebującym pierwszej pomocy.

Wtedy ją zauważyłam. Tę katoliczkę, leżała na podłodze. Pokuśtykałam do niej.

- Jak tam? - zapytałam, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Jak się pani czuje?

Głupie pytanie. Patrząc na nią, dokładnie wiedziałam, jak się czuła. Nie miała żadnych ran zewnętrznych, ale mrugała powiekami. Miała ogromną, śliwkową wybroczynę na szyi i rozległą opuchliznę na udzie. Obrażenia wewnętrzne. Nie mogłam niczego dla niej zrobić.

Wzdychając, badałam wzrokiem wagon. Instynktowna selekcja, kto w pierwszej kolejności wymagał pomocy. Ale katoliczka chwyciła mnie za ramię, ściskając mocno. Zrobiła się blada jak płótno i szeroko otworzyła oczy. Jednak nie spoglądała na mnie. Coś innego przykuło jej uwagę.

Być może uwolniłabym się z jej uścisku, gdyby wtedy na mnie nie spojrzała. Miała oczy jak Duncan. To samo połączenie szarości i zieleni, które przywodziło na myśl górskie jeziora. Uklękłam i wzięłam w dłonie jej głowę.

Zostanie przy niej było wbrew wszelkim procedurom. Innym ludziom być może zdołałabym pomóc. Ale miałam to gdzieś. Nie pracowałam już w siłach specjalnych i nie miałam zamiaru zostawić tej kobiety, żeby samotnie umarła.

Jej ciałem co jakiś czas wstrząsał dreszcz, jakby przechodził przez nie niewidzialny prąd.

- W porządku - powiedziałam. - Jestem tutaj.

Chciałam, żeby usłyszała mój głos. Wiedziałam, że to, co mówiłam, nie miało żadnego znaczenia, ważne było, że mówiłam, a ona wiedziała, że ktoś przy niej jest.

Próbowała coś wyszeptać.

- On...

Urwała, walczyła, po czym znowu otworzyła usta. Szeptała coś niezrozumiałego. Ale była zdeterminowana, żeby to powiedzieć.

- Nie rozumiem - odparłam, pochylając się nad nią, żeby lepiej słyszeć. - Co pani próbuje powiedzieć?

Patrzyła mi prosto w oczy i ściskając mnie za ramię, wzięła głęboki oddech, tak jak ktoś, kto za chwilę ma zamiar głęboko zanurkować.

- On to zrobił. Musisz komuś o tym powiedzieć.

- Czyli kto? - zapytałam. - Co on zrobił?

- Proszę - wyrzęziła i przestała oddychać.

Przeżyła tylko na tyle długo, żeby przekazać swoją wiadomość. Ale nie miałam zielonego pojęcia, co oznaczały jej słowa.

ROZDZIAŁ 4

Zanim na miejsce przybyły specjalne ekipy ratunkowe w kaskach i kamizelkach odblaskowych, zajmowałam się poluzowaniem zwęglonego ubrania jakiejś nastolatki z oparzeniami trzeciego stopnia, żeby ograniczyć dalsze obrażenia spowodowane opuchlizną. Skóra na jej dłoniach była woskowa, krwistoczerwona i pokryta bąblami.

- Potrzebujemy tutaj gazy i zimnych okładów! - krzyknęłam, machając rękami, żeby mnie zauważono.

Na zewnątrz pracownicy kolei kierowali pasażerów w górę nasypu. Tymczasem w pociągu ci, którzy przeżyli i byli w stanie się poruszać, pomagali sobie nawzajem przejść przez fotele i wydostać się z wagonu przez otwory okienne. Kilka metrów ode mnie jakiś mężczyzna w garniturze szarym od pyłu uderzał w drzwi metalowym drągiem - poręczą, która oderwała się podczas katastrofy.

- Jeśli ktoś może chodzić, proszę tutaj podejść! - zawołał ratownik, świecąc latarką w głąb wagonu.

Ci, którzy ocaleli, chwiejnym krokiem brnęli w jego kierunku przez spalony wrak. Niektórzy podpierali się o ścianę pociągu, inni wspierali się na sobie nawzajem.

Ratownik wyciągnął rękę, żeby pomóc im zejść na dół. Zeskakiwali jeden za drugim i zaczynali przechodzić, ogłuszeni, wzdłuż torów na drugą stronę, gdzie inni ratownicy wręczali im koce i kawę.

- Nie zostawisz mnie tutaj, prawda? - W głosie dziewczyny usłyszałam panikę.

- Nie zostawię. Postaraj się uspokoić. Wszystko będzie dobrze.

- Nic nie będzie dobrze! - krzyknęła starsza kobieta przygnieciona na swoim siedzeniu ciężkim kawałkiem blachy. - Wszyscy umrzemy.

- Nikt nie umrze - odparłam poirytowana tonem nieznoszącym sprzeciwu. Histeria na pewno nikomu nie pomoże.

- Musi pani wysiąść z pociągu - powiedział do mnie ratownik, sprawdzając drożność dróg oddechowych dziewczyny.

- Obiecałam, że zostanę. Jak mogę pomóc?

Wzruszył ramionami.

- Proszę ją uspokoić - wyszeptał. - Pogadać z nią.

Pogaduszki to nie moja bajka i nigdy łatwo nie nawiązywałam relacji z nastolatkami, nawet kiedy byłam w ich wieku.

- Jakiej muzyki słuchasz? - zapytałam.

Temat wydawał się bezpieczny.

- Głównie klasycznej - odparła, krzywiąc się z bólu. - Moim żywiołem jest fortepian. W lutym mam przesłuchania do Szkoły Juilliarda.

- Musisz być bardzo utalentowana. - Odwróciłam wzrok, nie chcąc, żeby mój wyraz twarzy zdradził jej to, z czego jeszcze sobie nie zdawała sprawy.

- Co dalej? - zapytałam sanitariusza, kiedy pakował ją na prowizoryczne nosze.

Ręce mi się trzęsły. Czułam się wycieńczona, ale ból w nodze ustępował i byłam już w stanie przenieść na nią ciężar ciała, co oznaczało, że mogłam się przydać.

- Musimy oczyścić drogę, żeby wynieść rannych.

- Robi się - odparłam, zakasując rękawy.

Dopiero później, kiedy wyszłam na zewnątrz i stanęłam obok pogruchotanego pociągu i unoszącej się na wysokość dwustu metrów chmury gryzącego dymu, dotarła do mnie skala tej katastrofy.

Jak to się stało? Jak codzienna przejażdżka zamieniła się w apokaliptyczny koszmar? Jakim sposobem przeszłam od zastanawiania się, czy dzisiaj będzie ten dzień, w którym nareszcie zwlokę się z sofy, do myślenia, że o mały włos skończyłabym jak szynka w puszce?

W mojej pracy widuję mnóstwo worków na ciała, ale to było zupełnie coś innego. I na mnie też wywarło wpływ. Kiedy ten dym wypełnił wagon, rozwiała się mgła, która spowijała mnie ostatnie kilka tygodni. Pomaganie ludziom w pociągu przypomniało mi, w czym jestem naprawdę dobra. Kiedy płoną budynki, ja nie uciekam. Wbiegam w sam środek płomieni.

Rozglądając się wokół siebie, dostrzegłam, że nie byłam w tym osamotniona. Mężczyźni i kobiety, którzy wcześniej rozpychali się łokciami, żeby wsiąść do pociągu, teraz stawali na wysokości zadania i pomagali zupełnie obcym ludziom.

Być może godziny szczytu wyzwalają w ludziach najgorsze instynkty, ale tragedia wydobywa z nas to, co najlepsze.

Opowieści pojawiły się później. Akty heroizmu, całkiem obce osoby pomagające sobie nawzajem. Mężczyzna, który wyciągnął dziewczynkę spod kupy złomu, chociaż sam był poważnie ranny. Kolejny pasażer, który uciekł ze swojego wagonu tylko po to, żeby wejść do wraku innego wagonu z przodu składu i spróbować pomóc uwięzionym tam ludziom.

Właśnie wtedy widziałam zwyczajne przejawy człowieczeństwa. Takie, o jakich nigdy nie wspominają w wiadomościach telewizyjnych. Chłopak w kapturze podsunął starszej pani z rozciętą szczęką swoją butelkę, żeby mogła się napić. Kobieta prowadziła kuśtykającego mężczyznę wzdłuż torów. Takie gesty sprawiają, iż nasuwa się myśl, że może jednak ten świat nie jest taki popaprany, jak sądziłaś.

Jedno pytanie wciąż nie dawało mi spokoju.

Kim była ta katoliczka? I co usiłowała mi powiedzieć?

ROZDZIAŁ 5

Założyłam ręce na piersi, wkładając dłonie pod pachy, i owinęłam się ciasno kurtką. Poczułam na plecach zimny pot. Było chłodno i mżyło.

Z oddali dobiegało wycie syren, a dookoła rozdzwoniły się telefony komórkowe. Wieści się rozeszły. Krewni i znajomi sprawdzali, co działo się z ich najbliższymi.

Zgubiłam w pociągu torebkę, ale wciąż miałam telefon w kieszeni. Instynktownie wybrałam numer Duncana.

- Abonent niedostępny. - Usłyszałam.

Moja dłoń zaczęła drżeć. Telefon wyślizgnął mi się spomiędzy palców.

- Hej, skarbie. Dobrze się czujesz? - zapytała starsza ciemnoskóra kobieta z siwymi włosami i głęboką raną ciętą nad okiem. Kolejna ocalała.

Podniosła z ziemi mój telefon i objęła mnie ramieniem, przytulając do siebie. Kontakt cielesny z człowiekiem sprawił, że poczułam ucisk w gardle.

To głupie, ale dokładnie w taki sposób codziennie rano sięgam ręką w poprzek łóżka w poszukiwaniu swojego męża, chociaż on nie żyje dłużej, niż trwało nasze małżeństwo. Przeraża mnie chłód tego miejsca, w którym powinien leżeć, za każdym razem kiedy to robię. Upłynęło tyle czasu, a ja wciąż spodziewam się, że go tam zastanę, podobnie jak przed chwilą miałam nadzieję, że jednak odbierze ode mnie telefon.

Jego śmierć zmieniła mój świat w bezdenną otchłań. Pozostały tylko zgliszcza i popiół. Ktokolwiek wypowiedział słowa: "Lepiej kochać i stracić osobę kochaną, niż nigdy nie zaznać miłości", gadał bzdury. Nie było sekundy, żebym nie czuła wiejącej chłodem czeluści, która po nim pozostała.

Chciałabym wiedzieć, jak mam o tobie zapomnieć, Duncanie. Wolałabym cię nigdy nie spotkać, niż żyć samotnie w tej otchłani.

- Już dobrze. Trzymam cię - szepnęła kobieta z wełnistymi włosami. Ukryłam twarz w jej ramieniu. Ciepło jej ciała przywodziło mi na myśl coś nie z tego świata.

- Utworzyli prowizoryczne centrum pomocy w szkole podstawowej. Tędy. Chodź, pójdziemy tam razem.

- Wszystko w porządku. Nic mi nie jest.

Odwróciła mnie, położyła dłonie na moich przedramionach i spojrzała na mnie z góry. Nie była wysoka, ale biła mnie na głowę wzrostem, podobnie jak większość ludzi. Miała nieustępliwy wyraz twarzy instruktora musztry i podobny ton głosu.

- Nie wyglądasz mi za dobrze. Masz paskudne skaleczenie na twarzy. Na mój gust będzie trzeba to zeszyć.

Wielka sprawa z powodu odrobiny krwi! Na pustyni sami musieliśmy sobie opatrywać takie rany. Mocny klej równie dobrze trzyma rany szarpane, jak szwy. Wszyscy nosiliśmy UHU w naszych plecakach wojskowych. Na polu walki człowiek uczy się, jak sobie poradzić za pomocą tego, co ma ze sobą.

Jakiś czas temu jeden z moich kumpli z oddziału dał się postrzelić w nogę. Z jakiegoś powodu nie miał w plecaku zestawu pierwszej pomocy ani opaski uciskowej. Ale przynajmniej miał czyste skarpetki.

Rozwinęłam je, złożyłam i przycisnęłam do rany, po czym oderwałam swój rękaw, żeby umocować opatrunek. Nie jestem lekarzem, ale zadziałało.

Zastanawiałam się, czy powiedzieć o tym wszystkim tej kobiecie, która mi pomagała, ale nie miałam siły snuć opowieści, i szczerze mówiąc, nie uważałam, żeby było warto.

- Proszę iść - rzuciłam. - Dogonię panią. Muszę najpierw zadzwonić.

Kiedy odchodziła, znowu wyjęłam telefon. Tym razem wybrałam numer Jacka Wolfe'a.

ROZDZIAŁ 6

Siódma zero siedem, siódmy października. Data idealna. 777. Trzy siódemki.

Mężczyzna, który przybrał imię Raguel, przez ułamek sekundy patrzy na cyfry w swoim elektronicznym budziku, zanim siada na łóżku, ze zdrętwiałymi nogami wychodząc z pozycji embrionalnej, w której zawsze sypia. Wolałby popatrzeć na budzik dłużej, ale nie ma odwagi.

Ma tylko sześćdziesiąt sekund, zanim cyfry się zmienią, a wtedy będzie już za późno. Siódma zero osiem nie ma znaczenia, a nawet jest nieprzyjemna. Co innego siódma zero siedem. Błogosławiona.

Wyłącza budzik, po czym przekłada nogi na bok łóżka, wyczuwając stopami kapcie. Miękkie i brązowe z twardymi plastikowymi podeszwami, a nie na żółtej słoninie, tak jak w tamtym miejscu.

Kiedy schyla się, żeby dotknąć palców stóp i pobudzić krążenie krwi, zaczyna słyszeć w głowie głosy.

- Pospiesz się - szeleszczą niczym pełzające węże. - Szybciej, szybciej, szybciej albo ci ucieknie.

Przyciszonym głosem odmawia "Ojcze Nasz", po czym idzie na czubkach palców do łazienki. Nie ma żadnego powodu, żeby być cicho ani chodzić w ten sposób, ale i tak to robi. Stare nawyki są silniejsze.

Sika, po czym odkręca kran. Woda jest lodowata, czerwienieją mu dłonie. Gdyby pozwolił jej chwilę popłynąć, na pewno by się zagrzała, ale nie ma na to czasu. Musi być gotowy do wyjścia za dziesięć minut, o siódmej siedemnaście, a ma jeszcze tyle do zrobienia.

Trzyma dłonie pod strumieniem wody. Liczy do siedmiu. Odwraca je. Liczy do siedmiu. Odwraca je ponownie. Liczy do siedmiu. Raz za razem, aż każda strona dłoni zostanie opłukana siedem razy po siedem sekund. Czynności trzeba wykonywać we właściwy sposób. Wszystko runie, jeśli nie będzie się tego trzymał.

Wraca do sypialni. Mieszka już tutaj od dłuższego czasu, ale spokój wciąż jest dla niego towarem luksusowym. Czymś, czym należy się delektować.

- Za wszystko składajcie dzięki, bo taka jest wola Boża - mówi na głos, kreśląc w powietrzu znak krzyża.

Szepczące głosy mruczą z aprobatą.

- Tak, dobrze. Dobrze. Bardzo dobrze.

W kącie porusza się schowana zagadkowa postać.

Siódma jedenaście. Tik-tak. Raguel musi się pospieszyć. Ścieli łóżko, naciąga kołdrę i koc, następnie układa je tak, żeby zwisały równo po obu stronach, po czym wtyka pościel pod materac. Siódma trzynaście. Zostały cztery minuty. Ale cztery dodać trzy równa się siedem. Będzie w porządku.

- Jeśli Bóg da - mówi szybko, kiedy szepty stają się krytyczne.

Odliczając, zdejmuje spodnie od piżamy w prążki i składa je w kostkę na poduszce. Potem ściąga podkoszulek, uważając, żeby starannie go złożyć, zanim położy go na spodniach. Wciąż odliczając do siedmiu, wkłada slipki, białe skarpetki, granatowe spodnie chino, koszulę, krawat i nigdy nie przechodzi do kolejnego elementu ubrania, dopóki nie osiągnie świętej liczby.

Patrzy w lustro i uśmiecha się, zadowolony ze swojego wyglądu. Większość ludzi nie nosi krawata, ale on lubi wyglądać elegancko. Mężczyznę można poznać po manierach, jak mawiała jego matka. Ubiór wzbudza szacunek.

Podlewa fikusa na parapecie, zraszając go siedmioma krótkimi pryśnięciami z zielonej konewki, łapczywie zjada banana siedmioma uważnymi kęsami i czyści zęby siedem razy. Szczotkowanie, płukanie, wypluwanie, powtórka. Przez cały czas nie spuszcza oka z budzika.

Siódma siedemnaście. Udało się. Jest już gotów na ten dzień.

Pan będzie usatysfakcjonowany, podobnie jak wtedy, gdy Raguel odpowiedział po raz pierwszy na to wezwanie, a jego nowe imię zostało mu wyszeptane, kiedy księżyc przybrał krwiście czerwony kolor.

Raguel. Siedział wtedy nad wodą, odliczając litery na swoich długich palcach pianisty, i przypominał sobie szyfr, którego nauczyła go matka, kiedy był dzieckiem. Każda litera miała przypisaną wartość numeryczną: A=1, B=2 i tak dalej, wyjaśniała matka.

Ale litery w imieniu "Raguel" dawały sumę sześćdziesiąt cztery. Nie miały nic wspólnego z siódemką.

Niedobrze, myślał, wbijając paznokcie w skórę. Zadręczał się.

Musiał sięgnąć w głąb siebie, żeby znaleźć odpowiedź.

Sześćdziesiąt cztery. Sześć i cztery. Sześć pomnożone przez cztery równa się dwadzieścia cztery. Dwudziestu czterech księży służyło w świątyni Króla Dawida. A, pomyślał, ekscytując się, gdyby odjąć jeden (boska cyfra) od sześćdziesięciu czterech, otrzymamy sześćdziesiąt trzy. Sześćdziesiąt trzy podzielone przez siedem równa się dziewięć. Chrystus skonał w dziewiątej godzinie i ukazał się dziewięć razy po swoim zmartwychwstaniu. Wszystko w porządku. Liczby się zgadzały.

Siódemka i dziewiątka. Sześćdziesiąt cztery. Święte liczby powiązane ze sobą, by stworzyć imię, które będzie go chronić.

W ślad za tą myślą pojawiają się kolejne, nad którymi nie potrafi zapanować. Wspomnienia przeszłości, tego, jak odeszła od niego Katie. Raguel z jękiem chwyta się za głowę.

Bierze pigułki, które go uspokajają, ale wywołują drgawki i zaburzenia wzroku. Woli leczyć się sam, pomimo zaleceń lekarza.

Oczywiście miałby poważne kłopoty, gdyby ktoś dowiedział się o jego uzależnieniu, ale czasem warto podejmować ryzyko. Poza tym dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Raguel musi być silny.

Wkłada nóż do pochwy i wciąga nosem sproszkowane kryształki.

Widzisz, myśli, biorąc kolejną działkę. Nie potrzebuje Katie. Sam umie się o siebie zatroszczyć. Sekundę później myśli: "zerżnąć ją za to, że go rzuciła", a chwilę potem Katie zupełnie wylatuje mu z głowy.

Całe jego ciało ogarnia euforia. Zapomnieć o Katie. Zapomnieć o siódemce. Zapomnieć o tym, o czym chciał zapomnieć. Jest niezwyciężony. Może zrobić wszystko. Jest królem świata.

Dzwoni budzik. Raguel chowa torebkę z powrotem do szuflady i pospiesznie idzie w kierunku drzwi, zatrzymując się, żeby przesunąć paterę z owocami tak, by stała na samym środku stołu.

Potem wychodzi.