Dwaj mężczyźni przeszli pod drewnianym łukiem, który prowadził na Campo Santo Stefano; zawieszone nad nimi kolorowe świąteczne lampki przybrały ich ciała w pstrokate stroje arlekinów. Jaśniejsze światło spływało ze straganów bożonarodzeniowego targu, gdzie sprzedawcy i wytwórcy z różnych regionów Włoch kusili kupujących lokalnymi specjałami: serami o ciemnej skórce i paczkami cienkiego jak papier pieczywa z Sardynii, oliwkami w rozmaitych kształtach i kolorach z całego Półwyspu, oliwą i serem z Toskanii, salami dowolnej długości, o dowolnym składzie i dowolnej średnicy z Reggio Emilia. Od czasu do czasu jeden ze sprzedawców zachwalał zza lady jakość swoich towarów: "Panowie, spróbujcie tego sera i zasmakujcie nieba"; "Późno już i chcę wreszcie pójść na kolację - cała reszta za jedyne dziewięć euro za kilogram"; "Skosztujcie tego sera owczego, panowie. Najlepszy na świecie".
Dwaj mężczyźni, głusi na pochlebstwa handlarzy i ślepi na piętrzące się z obu stron piramidy salami, minęli stoiska. Kupujący w ostatniej chwili, przetrzebieni przez zimno, żądali produktów, które, jak przypuszczali, można było znaleźć po niższych cenach i z pewniejszą gwarancją jakości w lokalnych sklepach. Ale czyż można lepiej uczcić święta, niż korzystając ze straganów otwartych w tę niedzielę, i czy da się wyraźniej zamanifestować swą niezależność i charakter, niż kupując coś niepotrzebnego?
Na przeciwległym końcu campo, za ostatnim z prefabrykowanych drewnianych kramów, mężczyźni przystanęli. Wyższy spojrzał na zegarek, mimo że wcześniej obaj sprawdzili godzinę na zegarze zdobiącym mur kościoła. Oficjalna pora zamknięcia targu, siódma trzydzieści, minęła przed ponad kwadransem, ale nie zanosiło się na to, by ktoś w takim zimnie kontrolował, czy straganiarze zaprzestali handlu w przepisowym czasie.
- Allora? - zapytał niższy, zerkając na swojego kompana.
Wyższy mężczyzna zdjął rękawiczki, złożył je i wetknął obie ręce do kieszeni płaszcza. Drugi uczynił to samo. Obaj nosili nakrycia głowy, wysoki - ciemnoszare borsalino, a ten drugi - futrzaną czapkę z nausznikami. Kiedy wyszli poza krąg światła z ostatniego stoiska, podciągnęli nieco na uszy wełniane szaliki, w czym nie było niczego dziwnego, gdyż od strony Canale Grande, zza rogu Kościoła San Vidal, nadleciał zimny podmuch.
Wiatr zmusił ich do pochylenia głów, gdy przygarbieni, z dłońmi w ciepłych kieszeniach, ruszyli naprzód. W odległości dwudziestu metrów od ostatniego straganu, z obu stron ulicy, grupki wysokich czarnoskórych mężczyzn rozkładały na ziemi płachty, przyciskając je w rogach damskimi torebkami. Następnie cudzoziemcy zaczęli wyciągać z ułożonych wokół pękatych worów próbki towaru rozmaitych kształtów i wielkości.
Tutaj Prada, tam Gucci, między nimi Louis Vuitton: torebki tłoczyły się w bezładzie widywanym zwykle tylko w sklepach na tyle dużych, by udzielać franszyzy wszystkim konkurującym ze sobą projektantom. Mężczyźni szybko, w tempie, które bierze się z dużego doświadczenia, pochylali się lub przyklękali, aby umieścić swój towar na płachcie. Niektórzy rozkładali go w trójkątach, inni woleli równiutkie rzędy. Jeden ułożył swoje torebki fantazyjnie w kółku, ale gdy się cofnął, żeby sprawdzić efekt, i zobaczył, jak bardzo wielka ciemnobrązowa torebka na ramię od Prady zaburza ogólną symetrię, szybko ustawił je w proste rzędy, które Prada mogła z tylnego lewego rogu połączyć w szpaler.
Czarni mężczyźni odzywali się niekiedy do siebie, mówiąc rzeczy, które podczas wspólnej pracy mówi się dla zabicia czasu: o tym, że poprzedniej nocy jeden źle spał, że jest zimno, że kolejny ma nadzieję, iż jego syn zdał egzamin wstępny do szkoły prywatnej, że bardzo tęsknią za żonami. Gdy każdy był już usatysfakcjonowany ułożeniem swoich torebek, wstawał i przenosił się za płachtę, zwykle stając przy jednym z rogów, żeby dalej rozmawiać z handlującym obok sąsiadem. Większość mężczyzn była wysoka, a wszyscy szczupli. W ich lśniącej skórze, twarzach i rękach można było dostrzec czerń Afrykanów, których pochodzenia nie zatarł kontakt z białymi. Bez względu na to, czy się poruszali, czy zastygali w bezruchu, emanowali nie tylko dobrym zdrowiem, ale i dobrym nastrojem, jak gdyby wystawanie na mrozie w próbie sprzedania turystom podrabianych torebek było najwspanialszą zabawą, jaką mogli sobie tego wieczoru wymarzyć.
Naprzeciw, wokół trzech wędrownych grajków - dwóch wiolonczelistów i jednego skrzypka - wykonujących utwór, który brzmiał zarówno dziwacznie, jak i fałszywie, zebrała się grupka ludzi. Ponieważ młodzi muzycy grali z entuzjazmem, tłumek słuchaczy był zadowolony z koncertu i wielu wystąpiło naprzód, żeby rzucić monety do futerału na wiolonczelę, który leżał otwarty na bruku. Było jeszcze wcześnie, prawdopodobnie zbyt wcześnie na duży utarg, ale uliczni sprzedawcy przychodzili zawsze punktualnie i zaczynali pracę, gdy tylko zamykano sklepy. I dlatego za dziesięć ósma, w chwili gdy nadeszli dwaj mężczyźni, wszyscy Afrykanie stali już za swoimi płachtami, przygotowani na przyjęcie pierwszych klientów. Przestępowali z nogi na nogę, dmuchając od czasu do czasu w splecione dłonie w daremnej próbie ogrzania zmarzniętych palców.
Dwaj biali mężczyźni zatrzymali się dokładnie na końcu rzędu płacht. Wydawało się, że prowadzą rozmowę, żaden jednak się nie odzywał. Głowy mieli opuszczone, ale od czasu do czasu jeden z nich unosił wzrok, żeby się przyjrzeć szeregowi czarnych sprzedawców. Wysoki mężczyzna położył dłoń na ręce swojego towarzysza, wskazał ruchem głowy jednego z Afrykanów i coś powiedział. W tej samej chwili liczna grupa starszych ludzi w tenisówkach i grubych puchowych kurtkach wylała się zza narożnika kościoła i trafiła w korytarz utworzony przez grajków po jednej stronie i Afrykanów po drugiej. Kilku pierwszych turystów przystanęło w oczekiwaniu, aż dołączą do nich idący z tyłu, i gdy grupa znowu była razem, ruszyli naprzód, śmiejąc się i rozmawiając, i zachęcając się głośno nawzajem do oglądania torebek. Bez popychania się i poszturchiwania zgromadzili się w trójszeregu przed rzędem czarnych mężczyzn i wystawionym przez nich towarem.
Wyższy z dwóch białych mężczyzn ruszył w stronę grupy turystów, a jego kompan podążył tuż za nim. Zatrzymali się od strony kościoła, uważając, by stanąć za dwiema parami starszych ludzi, którzy pytali o ceny niektórych torebek. Z początku właściciel towaru na płachcie nie zauważył tych dwóch, ponieważ odpowiadał na pytania potencjalnych nabywców. Nagle jednak przestał mówić i zastygł jak zwierzę wietrzące zagrożenie.
Czarnoskóry mężczyzna przy sąsiedniej płachcie, świadom rozkojarzenia kolegi, zwrócił uwagę na turystów i natychmiast uznał, że mu się z nimi poszczęści. Patrząc na ich buty, stwierdził, że musi zagadać po angielsku.
- Gucci, Missoni, Armani, Trussardi. Mam je wszystkie, panie i panowie. Prosto z fabryki. - W przyćmionym świetle zaułka jego zęby zalśniły w szerokim uśmiechu.
Następnych troje turystów z grupy przecisnęło się obok dwóch mężczyzn, by stanąć koło przyjaciół. Wszyscy z podnieceniem wypowiadali się na temat torebek, dzieląc teraz swoją uwagę równomiernie między towar na obu płachtach. Wyższy mężczyzna skinął głową, po czym obaj przesunęli się do przodu i stanęli o pół kroku za Amerykanami. Widząc to, pierwszy handlarz odwrócił się na pięcie i zaczął się oddalać od płachty i turystów. Wtedy obaj mężczyźni wyjęli z wyćwiczoną dyskretną swobodą prawe dłonie z kieszeni. Każdy trzymał w ręce pistolet z lufą wydłużoną rurkowatym tłumikiem. Wyższy wystrzelił pierwszy, choć jedynym odgłosem, jaki wydała z siebie broń, było głuche "trach, trach, trach", któremu towarzyszyły dwa podobne trzaski z pistoletu kompana. Uliczni grajkowie doszli do końca allegro i muzyka, uzupełniona krzykami i piskami otaczającego ich tłumu, zagłuszyła niemalże odgłos wystrzałów, choć Afrykanie z obu stron natychmiast odwrócili się w ich stronę.
Siła rozpędu nadal niosła sprzedawcę torebek, który oddalał się od ludzi zebranych przed jego płachtą; potem zaczął stopniowo spowalniać swoje ruchy. Mężczyźni, z bronią w kieszeniach, wycofali się przez tłum turystów, grzecznie schodzących im z drogi. Potem rozdzielili się - jeden ruszył w stronę Mostu Akademii, a drugi w kierunku Santo Stefano i Rialto. Szybko zniknęli wśród ludzi spieszących w obie strony.
Sprzedawca torebek krzyknął i wyrzucił przed siebie jedną rękę. Wykonał półobrót, po czym upadł na ziemię obok płachty z torebkami.
Niczym gazele, które wpadają w popłoch i rzucają się do ucieczki przy pierwszym zwiastunie zagrożenia, pozostali czarni mężczyźni zastygli na ułamek sekundy w bezruchu, a następnie eksplodowali przerażającą energią. Czterech z nich porzuciło swój towar i ruszyło biegiem w kierunku calle prowadzącej do Placu Świętego Marka; dwaj zatrzymali się na chwilę, żeby chwycić po kilka torebek w każdą dłoń, po czym zniknęli na moście prowadzącym w stronę Campo San Samuele; czterej pozostali zostawili wszystko i uciekli w kierunku Canale Grande, gdzie ostrzegli mężczyzn, którzy rozłożyli swój towar u stóp mostu; wszyscy pobiegli dalej mostem, rozdzielając się na jego drugim końcu i znikając w uliczkach Dorsoduro.
W chwili gdy handlarz osuwał się na ziemię, przed jego płachtą stała siwowłosa kobieta. Gdy zobaczyła, jak upada, zawołała do męża, którego odgrodzili od niej przyjaciele, i uklękła obok leżącego.
Ujrzała krew sączącą się spod jego ciała i barwiącą płachtę na czerwono. Mąż, zatrwożony jej krzykiem, brutalnie odepchnął przyjaciół na boki i uklęknął obok niej. Wyciągnął ramię, żeby objąć ją opiekuńczo, ale wtedy ujrzał leżącego na płachcie mężczyznę. Położył mu dłoń na szyi. Trzymał ją tam przez kilka sekund, po czym odsunął rękę i wstał niezdarnie, pokonując starczy opór kolan. Pochylił się i pomógł wstać żonie.
Rozejrzeli się i zobaczyli tylko osoby ze swojej grupy gapiące się, z wyrazem zmieszania na twarzach, na siebie nawzajem i na mężczyznę, który leżał u ich stóp. Po obu stronach szerokiej ulicy ciągnęły się rzędy płacht, w większości nadal zastawionych równymi rzędami torebek. Uliczni muzykanci przestali grać, gdy kolejne osoby ze zgromadzonego przed nimi tłumu zaczęły się od nich odwracać.
Minęło kolejne kilka minut, zanim nadszedł pierwszy Włoch. Kiedy zaś ujrzał czarnego mężczyznę i zakrwawioną płachtę, wyciągnął z kieszeni płaszcza telefon komórkowy i wybrał 113.