Krew tyrana. Księga II Trylogii Valisarów - Fiona McIntosh

-
Proszę czekać

Prolog

Cześć, Reg - powiedziała, podchodząc. Reginald, cóż za staromodne imię dla kogoś w jego wieku; zupełnie do niego nie pasowało.

- Czułem, że przyjdziesz - odpowiedział, ale nie podniósł wzroku.

Uwielbiała jego głos i oszczędność w słowach. Reg zawsze potrafił ją pocieszyć, nawet gdy nic nie mówił - a milczał prawie zawsze.

- Mogę z tobą posiedzieć?

Wiedziała, że się uśmiechnął, choć nie odwrócił się do niej. Pytanie nie wymagało odpowiedzi, on zaś nie lubił strzępić języka.

- Co u ciebie? - zapytała i z westchnieniem usiadła obok.

- To samo co wczoraj.

- Czyli będziesz zrzędził.

- Przy tobie nie będę.

- Zniosę każdy twój humor, Reg, wiesz przecież.

Spojrzał na nią i mimo że tego pechowego ranka była świadkiem śmierci pacjenta, widok twarzy Rega, smutnej, łagodnej, ukrytej za niesforną brodą i umorusanej po całym dniu pracy, podniósł ją na duchu i zapewnił poczucie bezpieczeństwa. Od dawna podejrzewała, że celowo się chowa pod półdługimi, orzechowymi włosami, kapeluszem, a nawet tą nieszczęsną brodą, ale choćby próbował, nie był w stanie ukryć oczu. Tych szarozielonych oczu, które zdradzały bystrość umysłu i zauważały wszystko, a jednak zapraszały do jego świata niewielu, gdyż przy innych przeważnie nie podnosił wzroku. A teraz te oczy patrzyły na nią; kryło się w nich mgliste rozbawienie, lecz przede wszystkim mądrość. Miał swoje tajemnice, ale przecież taki był z natury - wszystko, co się z nim wiązało, było tajemnicze. Pielęgniarki wzdrygały się, gdy o nim wspominała; twierdziły, że jest grubiański, pomylony albo odrażający. Nic podobnego. Przynajmniej wobec niej tak się nie zachowywał.

- Ktoś umarł? - zapytał, ponieważ się w niego wpatrywała.

Jak to możliwe, że zna ją aż tak dobrze? Czasami doprowadzało ją to do szału. Wezbrała w niej fala emocji, które dotąd trzymała na wodzy, ale nie chciała się rozpłakać. Nie mogła się rozpłakać. Jeśli praktyki czegokolwiek ją nauczyły, to tego, by nie odsłaniać się całkowicie przed pacjentami, bo inaczej także i ją ogarnie cierpienie. Ale nie chodziło tylko o nieokazywanie smutku. W chwilach spokoju martwiła się, że zachowuje się ozięble i wpuszcza bardzo niewiele osób za mur, który tworzy wokół siebie. Tak naprawdę nie miała wielkiej ochoty dzielić się z kimś swoim życiem. Oczywiście Reg się nie liczył. Był nieznajomym, z którym zaprzyjaźniła się tak dawno temu, że nie potrafiła sobie przypomnieć dnia w szpitalu, kiedy nie mogłaby go znaleźć gdzieś w ogrodzie - zawsze w pobliżu, zawsze gotowego poświęcić jej kilka minut, zawsze wiedzącego, co w danej chwili powiedzieć... nawet kiedy w zasadzie się nie odzywał. Z pewnością czegoś jej brakowało - może za jej samotność odpowiadał jakiś gen... taki, który sprawia, że normalni ludzie szukają kontaktu z innymi i budują przyjaźnie. Ona najwidoczniej go nie miała. Wydawało się, że nie pasuje do świata ludzi, w którym żyła, i nie czuła się jego częścią. Nie wyróżniała się wyglądem, mówiła jak każdy inny człowiek, a nawet do pewnego stopnia postępowała tak jak każdy inny. Ale gdzieś była luka - przepaść nie do pokonania pomiędzy nią a innymi. Reg był dla niej jakąś przedziwną liną ratunkową, bo on też nie mógł się odnaleźć, i chyba ją rozumiał, choć nigdy nie rozmawiali na tak osobiste tematy.

I tak szła przez życie obojętnie - zawsze... nawet w kontaktach z rodzicami. Przez wiele lat wydawało jej się, że to dlatego, że została adoptowana. Poszła nawet na terapię, do tego stopnia ją to niepokoiło - lecz w głębi serca wiedziała, że nie była to wyuczona reakcja i że nie wywołała tego informacja o adopcji. Nie, to tkwiło głębiej. Było zapisane w jej osobowości. I przez tę właśnie cechę swojego DNA, czy cokolwiek to było, nie czuła pełnej więzi z nikim oprócz Rega, szpitalnego dozorcy.

- Tak - odpowiedziała. Wreszcie była gotowa przyjąć do wiadomości, że Jim Watkins pożegnał się z życiem.

Reg się nie odezwał.

- Mhm - potwierdziła, lecz bardziej przypominało to cichy jęk: kolejna fala poczucia winy ogarnęła całe jej ciało i ścisnęła żołądek. Odpowiadała na pytanie, którego nie zadał, a jednak oboje wiedzieli, że to pytanie wisi w powietrzu.

Zaczęła się tłumaczyć, choć nie domagał się wyjaśnień.

- Staram się nie wybierać, Reg. Muszę być ostrożna.

- Ocal wszystkich.

- Nie mogę. Już i tak wystarczająco się wyróżniam. Wyobrażasz sobie, jak rozdmuchałyby to media, gdyby się zorientowały?

Wzruszył ramionami.

Uśmiechnęła się szyderczo i półgębkiem.

- A odpowiedzialni dziennikarze to tylko wierzchołek góry lodowej. Prasa brukowa i popularne magazyny, zwykli pismacy... Te beznadziejne programy o odkryciach podciągane pod publicystykę - powiedziała, krzywiąc się - po prostu by się na to rzuciły.

Pokręcił głową, lekko rozbawiony, ale zbity z tropu.

- Nigdy by mi nie dali spokoju, Reg.

- Mizernie wyglądasz.

- W twoich ustach to brzmi jak żart.

- Nawet gdybym zjadł konia z kopytami, to nie byłoby po mnie widać.

- Kłamiesz. Znam cię o wiele lepiej, niż ci się wydaje. Mizernie wyglądamy, Reg, bo wypełnia nas pustka. Nie ma w nas nic prócz dziwnego cierpienia. Rozpoznałam je w tobie, kiedy tylko cię ujrzałam: kiedy wkroczyłeś w moje życie i podstawiłeś mi nogę.

- Nie podstawiłem ci nogi - mruknął.

- A jak byś to nazwał?

- Sam się potknąłem i wpadłem na ciebie.

- I nie pozwoliłeś mi pójść do jasnowidza na Festiwalu z Innego Świata.

- Bzdura. Byliśmy sobie obcy. Jak mógłbym wtedy wpływać na ciebie?

- Nie byliśmy sobie obcy. Nawet jeśli nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, to zawsze miałam dziwne przeczucie, że znam cię całe życie.

Prychnął drwiąco i podał jej połowę pomarańczy, którą pracowicie obierał w czasie rozmowy. Wzięła ją do ręki, wdychając otaczający ich świeży, cytrusowy zapach.

- Ile masz lat, Reg?

- Nie wiem.

Roześmiała się.

Spojrzał na kawałek pomarańczy, który trzymał w dłoni.

- Naprawdę. Żyję już za długo - powiedział, spuszczając wzrok. - Nigdy tak naprawdę nie wiedziałem.

- Cóż, pod tymi wszystkimi kędziorami - powiedziała, targając jego brodę - wyglądasz na jakieś trzydzieści pięć lat.

- A ty masz dopiero dwadzieścia i uznano cię za geniusza, więc wiesz już, jak to jest, kiedy wszyscy bacznie ci się przyglądają - odparł, wracając do poprzedniego tematu.

- No właśnie! - warknęła. - Prawie rok nie dawali mi spokoju, kiedy się dowiedzieli, że w tak młodym wieku dostałam się na medycynę. Teraz wszystko przycichło. Jestem zwyczajną stażystką w dużym miejskim szpitalu.

- I w tajemniczy, często niewyjaśniony sposób ratujesz ludziom życie.

- Słuchaj, chcę, żeby wszyscy po prostu przyjęli do wiadomości, że mam talent i naprawdę wcześnie zaczęłam się rozwijać. Nic na to nie poradzę. I na to, że mam szósty zmysł w kontaktach z pacjentami, też nic nie można poradzić, ale nie chcę robić z tego widowiska. A tak się właśnie stanie, jeśli pójdę ścieżką, którą sugerujesz. W szpitalu zaczną coś podejrzewać, ludzie zaczną się domagać mojej obecności przy wszystkich operacjach, a media zaczną mnie czcić jak jakiegoś mesjasza.

- Może jesteś mesjaszem.

- Przestań! - powiedziała i trzepnęła go wierzchem dłoni.

Zjadła pomarańczę, delektując się cierpką eksplozją smaku. Przez kilka minut siedzieli w milczeniu i obserwowali toczące się w ogrodzie życie - matki pchające wózki, psy wyprowadzające właścicieli, pary migdalące się w cieple jesieni.

- Ale jak to możliwe, że tak nam ze sobą dobrze, Reg? Może to dlatego, że oboje jesteśmy sierotami?

- Bo jesteśmy przyjaciółmi.

- Wymień jakiegoś innego przyjaciela.

- Nie mam innych i nie mów mi, że ty też nie masz, bo widziałem cię z ludźmi.

- Szpiegowałeś mnie, co?

Rzucił jej spojrzenie z ukosa.

Wyrzuciła kawałek pomarańczowej skórki między korzenie drzewa, pod którym siedzieli obok siebie.

- Widziałeś mnie z kolegami i znajomymi. Nie widziałeś mnie z przyjacielem. Moim jedynym przyjacielem jesteś ty. Przy tobie jestem szczera wobec samej siebie i mogę być naprawdę sobą.

- W takim razie jestem zaszczycony.

- Więc wyjaśnij mi, dlaczego tak jest.

- Bo jestem takim wspaniałym towarzyszem.

Westchnęła.

- Żaden z ciebie towarzysz. Odzywasz się tylko wtedy, kiedy ktoś się odezwie do ciebie. Milkniesz na długo i trudno wtedy cokolwiek powiedzieć... - skinęła głową, kiedy już chciał się odezwać - ...przy mnie tego nie robisz, przyznaję, ale nawet w czasie najzwyklejszej pogawędki każdy, kto z tobą rozmawia, czuje się strasznie niezręcznie. Obserwuję cię. Nie nawiązujesz kontaktu wzrokowego, nie uśmiechasz się, głównie wzruszasz ramionami i czasem burkniesz coś pod nosem. Przerażasz kobiety.

Wzruszył ramionami, jak gdyby potwierdzając jej słowa.

- To taki mój talent.

- Chciałabym cię rozumieć.

Zaryzykował i położył dłoń na jej dłoni, po czym cofnął ją jak oparzony.

- Rozumiesz. A dzięki temu rozumiesz też samą siebie. - Reg wstał i pomógł jej się podnieść. - Jesteśmy z jednej gliny. Po prostu pogódź się z tym, że jesteśmy samotnikami i na szczęście mamy siebie.

Skinęła głową. Objęła go na moment; wiedziała, że będzie zakłopotany, lecz przez chwilę trwali w uścisku.

- Dziękuję, Reg.

- Ludzie będą gadać - powiedział, odsuwając się od niej.

- Niech gadają. Już i tak czuję się jak na cenzurowanym.

Reg zmarszczył brwi; w jego oczach kryło się pytanie.

- Nie potrafię tego wyjaśnić. - Westchnęła. - Ale często mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. No wiesz, ukrywa się i podsłuchuje.

Lekko się do niej uśmiechnął.

- Pewnie się w tobie zakochał, ale jesteś taka niedostępna, że nie wie, jak zacząć rozmowę.

- Czyżby? A ty pewnie wiesz, jak to jest, co?

Reg ponuro się uśmiechnął i pokręcił głową.

- Widzimy się jutro? Przyniosę coś więcej niż pomarańczę.

- To randka. Przynieś czekoladę - rzuciła przez ramię.

- Pa - odpowiedział łagodnym tonem Corbel de Vis z Penraven, po czym uniósł dłoń, żegnając się z utalentowaną młodą stażystką, która nie miała pojęcia, że w jej żyłach płynie królewska krew - że jest księżniczką na wygnaniu - i że zdolności uzdrowicielskie zawdzięcza magii, którą zabrała ze sobą z innego wymiaru, z pewnością z innej epoki... a co chyba najważniejsze, że jest kobietą, którą Corbel kocha.

1

Mężczyzna wyglądał przez okno, wypatrując wśród drzew jakiegoś ruchu, lecz odwrócił się, słysząc pukanie do drzwi.

- Wejść! - zawołał i zaczekał, aż do komnaty wkroczy jego osobisty doradca, niosący w rękach tacę. Zmarszczył brwi. - Nie musiałeś...

- Wiem, panie - odparł doradca. - Ale wypij choć jeden kielich.

Westchnął.

- Nadal ani śladu mojego kruka - dodał gderliwym tonem.

- Wróci - odpowiedział beznamiętnie doradca. - Zawsze wraca. - Odstawił tacę. - Najwidoczniej już świetnie poznał okolicę i czuje się swobodnie, odlatując na tak długo. To pora kwitnienia, imperatorze. Pewnie wszystkie ptaki zajmują się teraz swoimi sprawami.

Loethar ponuro pokiwał głową.

- Co słychać tam na dole, Freath?

- Wszystko przebiega zgodnie z przewidywaniami, panie. Atmosfera jest bardzo ożywiona; najwybitniejsze rody rzeczywiście są zadowolone z tego spotkania i dbają o swoje interesy polityczne, nie zapominając przy tym o równie ważnych koneksjach. I choć to już trzecie Posiedzenie imperium, to nadal można wyczuć pewne napięcie. Przedstawicielom Droste jak zwykle utarto nosa, ale mimo to są niemal tak zadowoleni jak ci z Cremond.

Loethar uniósł brew, a jego twarz wykrzywił grymas.

- Teraz przynajmniej wszyscy są równi. Nie ma królów, jedynym władcą jestem ja. Oho, widzę ten twój uśmieszek. Co dziś oznacza?

Freath skinął głową, potwierdzając jego domysły.

- Wybacz, panie, ale dla mieszkańców Koalicji Denova tak naprawdę nic się nie zmieniło. Może i oficjalnie nie ma królewskich rodów, ale nowe okręgi, jak je nazwałeś, panie, nadal składają hołd Penraven.

Loethar przytaknął.

- Nie sądzisz, że mi wybaczyli, Freath?

- Nie sądzę, imperatorze - odparł ostrożnie. - Dekada to ciągle za mało, by wymazać z ich pamięci doznane krzywdy. Śpieszę jednak zapewnić cię, panie, że udało ci się pozostawić jedynie blizny, a nie otwarte, jątrzące się rany. Stałeś się hojnym dobroczyńcą wszystkich największych rodów, które nadal cieszą się wieloma przywilejami i pozycją; właściwie nie mają na co narzekać.

- W rzeczy samej. Poza tym nie wtrącałem się zbytnio w ich rządy nad okręgami.

- A to kolejny powód, dla którego wykazują taką wyrozumiałość i coraz bardziej będą ci ufać, panie. Za chwilę po wstanie nowa dynastia, a wielu z nich tak bardzo obawia się wybuchu kolejnej wojny, że lojalnie wesprą twojego dziedzica.

Loethar ponuro się uśmiechnął.

- Nie mogę się doczekać narodzin syna. - Po chwili westchnął. - A w jakim nastroju jest imperatorowa?

- Marudnym... To chyba najtrafniejsze słowo, panie.

- Nie taka suknia, nie taka fryzura, za duży brzuch, za kwaśne napoje, za cierpkie potrawy.

- Za mało zainteresowany mąż - dodał Freath.

Loethar rzucił doradcy piorunujące spojrzenie. Czasami sam się zastanawiał, jak to się stało, że pozwolił temu surowemu człowiekowi na taką poufałość. Nawet teraz jeszcze nie w pełni ufał byłemu doradcy poprzedniej rodziny królewskiej, uważał jednak, że Freath jest najinteligentniejszą z osób, które na co dzień się wokół niego kręcą. Doceniał jego wnikliwość, sarkastyczne poczucie humoru, bezpośredniość i bystry umysł. Gdy porównywał go ze swoim zastępcą, przyrodnim bratem, nie dziwił się, że nie tylko zapewnił Freathowi pozycję, ale i skrycie ją chronił.

- Powinienem się martwić? - zapytał swobodnie, w duchu jednak pragnął usłyszeć opinię doradcy.

- Nie, panie. Jeśli jednak chciałbyś, aby życie w twoim domu było bardziej przewidywalne, to warto by poświęcić imperatorowej więcej uwagi. Spodziewa się przecież dziecka i czuje się bezbronna.

- Skąd wiesz, Freath? - Loethar westchnął i przyjął od doradcy puchar.

- Wiele lat spędziłem u boku brzemiennej królowej, panie. Iselda straciła kilkoro dzieci, zatem w ciąży była na ogół drażliwa. Bez wątpienia była zaniepokojona - miała przecież powody, skoro straciła tylu potomków - ale martwiła się także, że nie będzie już taka atrakcyjna dla Brennusa.

Loethar prychnął z pogardą.

- Trudno w to uwierzyć. Może gdybyś jej nie zabił, mógłbym się z nią ożenić!

- Doprawdy mam nadzieję, panie, że ściany nie mają uszu - rzekł Freath cierpkim tonem, Loethar zaś spojrzał na niego krzywo. Obaj zbyt dobrze znali napady złego humoru Valyi. - Brennus się nad nią rozpływał.

- Naprawdę?

- Był jak odurzony; to chyba najlepsze określenie. Bardzo rzadko się zdarza, by dwoje ludzi było sobie tak oddanych.

Loethar mruknął coś pod nosem. Rada Freatha wcale go nie pocieszyła. Właściwie jeszcze bardziej zniechęciła go do żony. Małżeństwo z Valyą było udręką. Od hucznej ceremonii zaślubin, przez którą z trudem przebrnął, stała się zachłanna na władzę i bogactwa, a szczególnie na ich powierzchowne oznaki. Wiedział dlaczego: chciała w ten sposób ogłosić ludności dawnej Koalicji, że choć niegdyś plotkowano i chichotano za jej plecami z powodu zerwanych zaręczyn z Valisarem, to teraz jest imperatorową, której należy składać hołd. A kiedy wreszcie da Loetharowi dziedzica, jej pozycja znacznie się umocni.

- Cóż, Valya doświadczyła w życiu wiele nieszczęścia. Długotrwałe trudności z zajściem w ciążę stanowiły ciężkie brzemię. Ale to się zmieniło. Może nasz syn da jej radość, dzięki której porzuci swoje mroczne myśli.

Freath się wyprostował.

- Mówiłeś mi kiedyś, panie, że nasza imperatorowa stawiła czoła ludziom, zwierzętom i naturze, by odnaleźć cię na równinach. Nie wiem jednak, co się działo po zaręczynach zerwanych przez Brennusa, a zanim nasza pani pojawiła się w Penraven dziesięć lat temu.

- Myślę, że nie zaszkodzi, jeśli się dowiesz. Ojciec Valyi obwiniał ją o to, że Brennus ją odrzucił, choć ponad rok nie widziała swojego przyszłego męża. Wysłał swoją jedyną córkę i dziedziczkę do klasztoru położonego w Zębach Lo, właściwie więżąc ją wśród zakonnic. Jak wyznała mi dawno temu, jest przekonana, że na pewien czas oszalała - prawdopodobnie na kilka lat. I choć czas zaleczył rany, nigdy nie stłumił gniewu. - Przeciągnął się i sięgnął po kielich stojący na pobliskim stole z plecionkowego drewna. - Uciekła. - Ziewnął. - I zaczęła szukać mieszkańców Stepów. Przebyła te góry w pojedynkę. Imponujące.

Freath w milczeniu rozważał te słowa. Loethar czekał, popijając wino.

- A zatem... - zaczął doradca, zasępiony. - Czy atak był pomysłem imperatorowej, panie? To już stare dzieje: chyba nic się nie stanie, jeśli podzielisz się ze mną tą wiedzą.

- Właściwie to nie był niczyj pomysł - skłamał Loethar. - Miałem buntowniczą naturę, nie satysfakcjonowało mnie przewodzenie ludności Stepów i pragnąłem znacznie więcej niż nędznych równin i okazjonalnych wizyt handlarzy z Koalicji, którzy uważali się za lepszych od nas. I wtedy znikąd pojawiła się ta niemal zagłodzona, niesamowita kobieta, której gniew dorównywał mojemu. Dała wyraz temu, co już od pewnego czasu działo się w mojej głowie.

- I tak rodzi się historia, panie - powiedział beztrosko Freath.

Loethar upił kolejny łyk wina i odwrócił się, patrząc na widok za oknem.

- Aż trudno uwierzyć, że od naszego najazdu na Brighthelm minęło dziesięć lat. Czuję się tu jak u siebie.

Freath zamrugał oczami.

- Bo jesteś u siebie, mój panie.

- Nie sądzisz, że zjednoczenie naszych ludów przebiegło pomyślnie, Freath?

- Tak, panie, zaskakująco pomyślnie.

- Tyle mieszanych małżeństw - kontynuował Loethar. - Naprawdę cieszy mnie, że krew naszych narodów zaczęła się mieszać.

- Generał Stracker pewnie by się nie zgodził - swobodnie dodał Freath.

- Jest krótkowzroczny. Gdyby to od niego zależało, większość ludności Koalicji właśnie użyźniałaby glebę. Nie byłoby ludzi, z których można by stworzyć imperium - odparł Loethar, ponownie żałując, że jego przyrodni brat nie jest choć w połowie tak wnikliwy jak doradca. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi; skinął głową, widząc pytające spojrzenie Freatha.

Freath otworzył drzwi i zamienił z kimś kilka słów. Po chwili zamknął je i odwrócił się do Loethara.

- Pora wychodzić, panie.

Loethar zaczął zapinać kaftan. Freath posłusznie podał mu kurtkę.

- Nie znoszę tych wszystkich oficjalnych strojów, Freath.

- Wiem, panie, ale to konieczne. Nie możesz wyglądać jak jakiś barbarzyńca. - Obaj się uśmiechnęli. - Co słychać na północy, panie?

Loethar wzruszył ramionami, pozwalając Freathowi sprawnie zapiąć swoją kurtkę, samemu zaś walcząc z kołnierzem.

- Na razie spokojnie. Nasi zwiadowcy patrolują las. Sławetny rabuś i jego brawurowi sługusi zwodzą mnie, ale na pewien czas ich uciszyliśmy. Od kilku księżyców nic się w tej okolicy nie dzieje.

Rozmowę przerwało im walenie do drzwi.

Freath zmarszczył czoło, Loethar jednak kiwnął głową. Doradca podszedł do drzwi i otworzył je.

- Muszę z nim porozmawiać - zażądał ktoś obcesowo.

- Generał Stracker, mój panie - oznajmił Freath, gdy barbarzyńca przeciskał się obok niego, wchodząc do komnaty.

- Stracker. O wilku mowa! - uprzejmie rzekł Loethar. - Właśnie mówiłem Freathowi, że byłeś na północy i że panuje tam spokój.

Usta Strackera rozszerzyły się w chytrym uśmiechu. Zielona tatua także rozciągnęła się na jego okrągłej twarzy o grubych rysach.

- Już nie taki spokój.

Loethar przestał krzywić się do odbicia w lustrze i odwrócił się do generała.

- Co się stało?

- Możliwe, że mamy naszego nieuchwytnego banitę.

Loethar z zaskoczenia aż otworzył usta i również się uśmiechnął.

- Mów.

Freath po cichu zajął się nalewaniem wina obu mężczyznom, podał je dyskretnie, po czym z powrotem wtopił się w otoczenie i stał w milczeniu. Choć się nie wtrącał, Loethar wiedział, że doradca słyszy każde słowo. To nie miało znaczenia. I tak omówiłby z nim tę sprawę.

- Nie mogę stwierdzić tego, co chciałbyś usłyszeć - w każdym razie jeszcze nie teraz - ale jeden z ludzi, jesteśmy prawie pewni, że jeden z banitów, został raniony strzałą.

- Faris?

- Możliwe.

- A zatem został ranny i uciekł? - dopytywał Loethar.

- Można tak powiedzieć - potwierdził Stracker, najwyraźniej niewzruszony napięciem w głosie imperatora.

- Skąd w takim razie stwierdzenie, że prawie go macie? Tylko dlatego, że raniliście człowieka, który być może należy do jego grupy? - Loethar prychnął pogardliwie i opróżnił puchar.

- Nie tak szybko, bracie. Posłuchaj do końca - rzekł Stracker, a w jego głosie pobrzmiewała przebiegła nuta. - Moi ludzie powiedzieli, że strzała trafiła go w udo. Z pewnością nawet ty się zgodzisz, że w takiej sytuacji każdy sam troszczy się o własną skórę.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu Loethar niechętnie przytaknął.

- A co to ma do rzeczy?

Stracker szeroko się uśmiechnął.

- W tym wypadku było inaczej. Nasi żołnierze potwierdzili, że banici zebrali się wokół rannego, tworząc ze swoich ciał tarczę. Uciekali przed naszymi, niosąc go i próbując biec. Trzeba przyznać, że są sprytni i szybcy i że dobrze radzą sobie w lesie; nasi nigdy by im nie dorównali. Zniknęli w cieniu wielkich drzew, nim żołnierze zdołali wdrapać się na wzgórze.

- Do czego zmierzasz? - Loethar nie chciał wyjść na głupca, wiedział jednak, że rozczarowanie mąci jego myśli.

Stracker był wyraźnie zachwycony ociężałością jego umysłu.

- Spytaj Freatha, on z pewnością zrozumiał. - Swobodnie upił duży łyk ze swojego pucharu.

Loethar spojrzał na Freatha, który z napięciem w głosie zastosował się do niewypowiedzianego polecenia.

- Jak mniemam, panie, generał Stracker sugeruje, że ten człowiek był aż tak ważny, że pozostali zaryzykowali dla niego swoją wolność lub życie.

- Nie inaczej - potwierdził Stracker, pękając z dumy.

Loethar usłyszał w głosie Freatha ogromny niepokój, zwrócił się jednak do Strackera.

- A ty pozwoliłeś im uciec. - W jego cichym głosie czaiła się groźba.

- Nie, bracie, nie ja pozwoliłem. Mnie tam nie było. Gdybym tam był, ścigałbym ich, dopóki nie stanęłoby mi serce. Dowodzący żołnierzami kapitan stwierdził jednak, że nierozważnie byłoby zapuszczać się głębiej w las z zaledwie pięcioma ludźmi. Był świadom, że chcielibyśmy się o tym dowiedzieć, dlatego przekazał mi tę informację, ja zaś przekazuję ją tobie. Tymczasem jednak kazałem Vulpanowi udać się w to miejsce.

Tym razem Loethar bez problemu pojął intencje brata.

- Pomysłowe.

- Dziękuję - rzekł wielkolud i łaskawie raczył skinąć głową.

- Jestem pod wrażeniem, Strackerze. Co teraz?

- Czekamy na wieści. Znajdziemy go, bracie. Uwierz mi. - Loethar nie bronił się, gdy generał po przyjacielsku poklepał go po twarzy, bo choć tego nie znosił, wiedział, że był to gest czułości. Mimo to zadbał, by mina nie zdradziła jego odczuć, gdy generał zmierzał do wyjścia.

- Miłego spotkania ze szlachtą - rzekł Stracker z ironicznym uśmiechem, po czym wyszedł.

Loethar nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w otwarte drzwi, dopóki Freath ich nie zamknął.

- Mówiłem ci już o Vulpanie, Freath?

- Nie, panie. Może teraz mógłbyś mnie oświecić - rzekł doradca, wracając do swojego poprzedniego zajęcia: usuwania kłaczków z materiału na ramionach imperatora.

- To jeden z naszych Obdarowanych. Posiada niezwykły talent: wystarczy, że posmakuje czyjejś krwi, a będzie w stanie zawsze rozpoznać tę osobę.

Freath cofnął się o krok, marszcząc czoło w zabawnym zakłopotaniu.

Loethar z rezygnacją uniósł dłoń, odwracając się.

- Wiem, wiem. Ale z tymi Obdarowanymi nigdy nic nie wiadomo. Bywa, że posiadają zdolności, które przechodzą ludzkie pojęcie.

- Czy to smakowanie krwi działa w ten sam sposób co węch w wypadku psa?

Loethar szeroko się uśmiechnął.

- Pewnie tak. On się nigdy nie myli, Freath. Wielokrotnie go sprawdzaliśmy... Próbowaliśmy go nawet przechytrzyć.

Freath zmarszczył brwi.

- A zatem posmakował krwi rannego banity.

Loethar przytaknął.

- Dlaczego mieliby go chronić, gdyby to nie był Faris? W tej zgrai poza nim nie ma nikogo ważnego. - Zauważył, że Freath zamrugał oczami, lecz mówił dalej: - Ale pewnego dnia złodziej się potknie, a Vulpan go dla mnie wytropi. Jestem cierpliwym człowiekiem.

- Niesamowite - skomentował Freath, kręcąc głową i ustawiając puchary na tacy. - Czy ten Vulpan jest lojalny, panie?

Loethar wzruszył ramionami.

- Nie ma wątpliwości co do jego mocy.

- Czy Kilt Faris jest aż tak istotny? - spytał Freath, wyciągając ręce, by zapiąć ostatni guzik pod szyją Loethara.

Loethar uniósł podbródek.

- Tak. Prowokuje mnie.

- Tak samo postępował za czasów Brennusa, panie.

- To miało mnie uspokoić, Freath?

Doradca stanął za władcą i wygładził jego kurtkę.

- Wybacz mi, panie. Chciałem tylko powiedzieć, że Faris jest jak komar: jest irytujący i myśli, że okradanie koronnego skarbca to przestępstwo innej rangi niż okradanie poczciwych mieszkańców Penraven.

- I właśnie dlatego zamierzam go dopaść.

Loethar zmrużył oczy, słysząc, jak doradca bierze głośny wdech, zbyt przypominający oznakę poirytowania.

- Wybacz mi, panie. Czy mógłbym coś doradzić?

- Masz to w zwyczaju, Freath. Byle szybko.

Freath odchrząknął i z powrotem stanął przed imperatorem.

- Pozwól, że z tobą zejdę, panie. Będziemy mogli porozmawiać po drodze. Naprawdę musimy już iść.

Loethar skinął głową, a Freath podszedł do drzwi i przepuścił go przodem.

- Proszę, panie.

Szli obok siebie korytarzami Brighthelm. Loethar był przekonany, że Freath jest na tyle bystry, by zauważyć, że imperator zrównał jego status z pozycją każdego ze swych najbliższych stronników - nie w postaci tytułu, ale z pewnością w zakresie dostępu do siebie. Nawet dara Negev, po której nie widać było, że jej bóg zamierza się o nią upomnieć, nadal dawnym zwyczajem chadzała kilka kroków za głową swego rodu. Jednakże około dwóch lat temu Loethar doszedł do wniosku, że nie ma zamiaru dłużej mówić do Freatha przez ramię, i nalegał, by ten zawsze szedł obok niego, gdy omawiali sprawy państwowe. Choć matka, przyrodni brat, a nawet Valya przy wielu okazjach wyniośle upominali Loethara, że Freath nie docenia tego zaszczytu, imperator był przekonany, że doradca nie tylko docenia tę zmianę, ale też w duchu cieszy się z tego przywileju.

Doszli do głównych schodów i przeszli korytarzem ozdobionym wspaniałymi gobelinami przedstawiającymi byłych królów z rodu Valisarów.

- Wybacz, panie - kontynuował Freath. - Wracając do naszej rozmowy, po prostu chciałem zaproponować, byś rozważył podniesienie podatków na północy. Pościg po lesie Deloran byłby czasochłonny i wyczerpałby twoich ludzi. Poza tym jako imperator wyszedłbyś na głupca, panie.

Loethar ostro spojrzał na Freatha.

- Faris ze mnie kpi?

- Opodatkuj tych, którzy go chronią i drwią z ciebie, mój panie. Opodatkuj mieszkańców północy. Każde wyjaśnienie będzie dobre. Albo lepiej niczego nie wyjaśniaj. Powiedz, że nowy podatek pokryje wyrządzone przez Farisa straty. Przypomnij im, że to ich ciężko wypracowane i zarobione pieniądze są wykradane i że jeśli nawet nie pomogą ci go znaleźć, to z pewnością pomogą naprawić wyrządzone szkody.

Loethar się uśmiechnął.

- Bardzo dobry pomysł, Freath. Naprawdę bardzo dobry.

Freath wzruszył ramionami.

- Na twoim miejscu, panie, natychmiast odwołałbym żołnierzy. Najlepiej, gdyby wszyscy myśleli, że dopóki dostajesz pieniądze należne imperium, ta sprawa cię nie obchodzi. Jeśli chcesz, panie, to z przyjemnością ogłoszę tę wiadomość.

- Nie boisz się wrogich reakcji?

Freath prychnął ze wzgardą.

- Ludzie znienawidzili mnie już dawno, imperatorze. Nic się w tej sprawie nie zmieniło.

- Zastanowię się nad twoją propozycją.

Freath się ukłonił.

- Powiadomię imperatorową, że oczekujesz jej wraz ze swoimi gośćmi, panie.

Gdy Loethar przy dźwięku trąb wkraczał do głównej sali, Freath wszedł po schodach, na półpiętro, czując znajome napięcie zaciskające mu żołądek w supeł. Wiedząc, że nikt go już nie zauważy z najniższego piętra, na chwilę oparł się o balustradę, biorąc dwa głębokie oddechy, by się uspokoić. Już dawno tak się nie czuł i niemal zapomniał, jak to jest stać na skraju przepaści. Dziesięć lat temu co dzień musiał stąpać po tej krawędzi. Choć jakimś sposobem udało mu się przeżyć, jego piękna Genrie nie miała tyle szczęścia. Przemijające lata nie ukoiły bólu po jej stracie. Często odwiedzał jej nieoznaczony grób i choć serce mu pękało, gdy nie mógł zostawić tam kwiatów - nikt bowiem nie mógł widzieć, że ją opłakuje - zostawiał za sobą niemy żal. Swą śmiercią okupiła jego życie, które stało się przedziwnym pasmem zła: nieustannych kłamstw, przybierania masek i cierpliwego snucia potajemnych planów.

Jedyną niespodzianką był jego bezradny podziw - choć codziennie walczył z tym uczuciem - dla człowieka, którym miał pogardzać. Nienawiść wobec generała Strackera, szydzenie w duchu z dary Negev czy szczera odraza w stosunku do imperatorowej przychodziły z łatwością. Z Loetharem jednak nie szło tak łatwo. Ten człowiek był urodzonym przywódcą w każdym calu, podobnie jak niegdyś Brennus. Freath wiedział, że gdyby Loethar urodził się w rodzinie Valisarów, nie zaś wśród zamieszkujących Stepy barbarzyńców, wszyscy by go podziwiali. Można mu było tylko pogratulować podejścia do mieszkańców dawnej Koalicji. Bez wątpienia nowy imperator był bardzo surowym władcą - ale który król taki nie był? Przez te wszystkie wieki żaden z Valisarów nie okazał się słaby. Każdy był twardym człowiekiem, zdolnym podejmować najtrudniejsze decyzje. Każdy władca, który łagodnie obchodziłby się z oszczercami, z pewnością zostałby zniszczony. Freath niejednokrotnie myślał - za co sam siebie nienawidził - że na miejscu Loethara w niewielu sytuacjach postąpiłby inaczej.

Próbował to kiedyś wyjaśnić Kirinowi, swojemu wiernemu towarzyszowi, lecz ten w ogóle nie chciał go słuchać. Poza tym Kirin zawsze stawiał go pod ścianą, zadając pytanie, na które Freath nie był w stanie odpowiedzieć. "Ale dlaczego, Freath? - dopytywał się. - Dlaczego w ogóle to zrobił? To musiało być pragnienie władzy. A przecież w pogoni za czymś, co nie należy do ciebie, nie ma ani krzty honoru".

Zasadniczo Kirin miał rację - szczególnie jeśli ktoś wierzył w baśnie albo w legendę o Alginie i w to, że ludzie pragną żyć w pokoju i nigdy nikomu nie zazdroszczą. Przez twarz Freatha przebiegł grymas. Może i dynastię Valisarów otaczał podziw, ale jej fundamenty to przelew krwi i zabór ziem, które nigdy nie należały do Valisarów - a to niewiele różniło się od sposobu, w jaki Loethar zajął tereny Koalicji. Jedyną różnicą było to, że Cormoron dostrzegł korzyści płynące z oddania królestw rodom, nad którymi miał przewagę. Dał im złudne przekonanie, że jest wspaniałomyślnym zdobywcą, a nawet dobroczyńcą mieszkańców wszystkich tych ziem. Kirin był naiwny, twierdząc, że Valisarowie - albo którykolwiek królewski ród - są bez winy. Wszystkie tereny i bogactwa na początku zdobywano przelewem krwi. Loethar i jego horda pod tym względem niczym się nie wyróżniali - a jeśli już, to Loethar przynajmniej był w swej bezceremonialności uczciwy.

Mimo zaskakującego tłumaczenia, że Loethar rzekomo zaatakował Koalicję Denova tylko dlatego, że nadarzyła się okazja, Freath nadal nie był przekonany, czy ten pozornie niespodziewany najazd był wyłącznie dziełem przypadku. Racjonalne uzasadnienie imperatora było prawdopodobne i zapewne prawdziwe, Freath był jednak pewien, że kryje się za tym coś więcej. Życie toczyło się spokojnie w siedmiu królestwach, których terytorium sięgało aż po Droste na północnym wschodzie i położone dalej na wschód Zęby Lo oraz tereny należące do ludności Stepów. Co prawda mieszkańcy Koalicji i ludy Stepów rzadko nawiązywali relacje, jednak za czasów Brennusa handel rozkwitł. Może częstsze kontakty z obywatelami Koalicji i ich pełnym przepychu stylem życia przyciągnęły ludzi Loethara?

Freath wyjął chusteczkę i otarł twarz, żałując, że nie może zetrzeć z niej strachu. Przez dziesięć lat cierpliwość stała się główną towarzyszką jego życia. Sprawiała, że czuł się słaby, nielojalny i żałosny. Wiedział, że była także jego przyjacielem. Cierpliwość pozwalała mu odnosić małe zwycięstwa dla siebie, dla nich, dla sprawy, której się poświęcili. Dla nich. Zamknął oczy. Dla nich zyskał jeszcze trochę czasu, odwodząc Loethara od pomysłu ścigania Farisa. Wiele lat temu Freath założył, że prawowity król, Leo, uciekł do Farisa i jego ludzi. Teraz doradca powinien dotrzeć do Farisa i wreszcie się przekonać, czy banita zajmował się królem przez te wszystkie lata. Dekada rozłąki. Dekada nienawiści. Czy w ogóle rozpozna Leonela Valisara, króla Penraven? Czy Leo mu wybaczy?

Musiał dotrzeć do Kilta Farisa, zanim zrobią to ludzie Loethara. Musiał się modlić, żeby się nie okazało, że to Farisa zranili.

- O, tu jesteś - usłyszał znajomy głos. Podniósł wzrok i zobaczył zbliżającego się Kirina. - Dobrze się czujesz, Freath?

Doradca skinął głową.

- Tak. Po prostu musiałem chwilę pomyśleć.

Kirin lekko się uśmiechnął, a w jego twarzy było tyle współczucia, że Freath odwrócił głowę.

- To nigdy nie jest bezpieczne - rzekł przyjaciel.

- Święte słowa. Szukałeś mnie?

Kirin rozejrzał się, sprawdzając, czy są sami, i Freath natychmiast poczuł kolejne ukłucie strachu.

- Przyleciał gołąb - szepnął przyjaciel.

Serce Freatha zadrżało ze zdumienia i ekscytacji.

- Ale przecież minęło tyle lat.

- To wiekowy gołąb - powiedział Kirin.

Na ten komentarz Freath nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem. Tak szczerego śmiechu chyba nikt dotąd nie słyszał w murach Brighthelm. Na twarzy Kirina malował się zachwyt.

Freath nadal chichotał.

- Na Lo, ależ to wspaniałe uczucie.

- Chciałbym móc częściej wywoływać taką reakcję - przyznał młodszy przyjaciel. - Ale mam jeszcze lepszą wiadomość. Ptaka wysłał Clovis.

Freath zamknął oczy, w duchu odmawiając dziękczynną modlitwę. Obaj dawno stracili nadzieję na jakiekolwiek wieści od starego przyjaciela, który wyrwał się ze szponów Loethara jeszcze w czasie obłędu pierwszych dni po najeździe. Freath próbował się z nim skontaktować, wykorzystując wszelkie dostępne mu potajemne sposoby, lecz jego starania były daremne.

- Gdzie on jest? - zapytał, wstrzymując oddech.

Kirin szeroko się uśmiechnął.

- W Medhaven. Z Reuth.

Freatha ogarnęła fala ulgi, po czym przyszła mu do głowy jeszcze bardziej ekscytująca myśl. Złapał Kirina za rękę i ją uścisnął.

- Piven? - szepnął, ośmielając się wbrew rozsądkowi mieć nadzieję.

Usta Kirina rozciągnęły się w szerokim uśmiechu i tylko raz skinął głową, po czym się zawahał.

- Później - powiedział pośpiesznie. - Ktoś idzie.

Freath puścił rękę Kirina, cofnął się, a chwilę później na schodach pojawiła się, pędząc na górę, jedna ze służących Valyi. Pochodziła z plemion. Freath ją polubił. Była spokojna, pracowita i dobrze wykonywała obowiązki - przypominała Genrie, choć brakowało jej charakteru w kontaktach z imperatorową. To jednak było zrozumiałe. Najmniejszy sprzeciw wobec Valyi wiązał się z karą. Jedynie Freath zdołał się wznieść ponad to, ale tylko dlatego że chronił go wyżej postawiony autorytet.

- Bridie? - zagaił, gdy służąca biegiem wspinała się po schodach.

- Mistrzu Freath, ona... - Dziewczyna popatrzyła na nich obu, szukając właściwych słów.

- Wiem, Bridie. Już idę - zapewnił ją.

W oczach dziewczyny odmalowała się taka ulga, że Kirin aż pokręcił głową.

- Nie pozwól, żeby tobą pomiatała, Bridie - powiedział.

- Nie - sprzeciwił się Freath. - Niech pomiata. Dzięki temu się na ciebie nie uweźmie. Chodź, pójdziemy razem i ją okiełznamy, dobrze? - Bridie uśmiechnęła się niepewnie i skinęła głową. Spojrzał na Kirina. - Później? Może przy kolacji?

Kirin przytaknął.

- Jeślibyś mnie potrzebował, będę w bibliotece.

Ależ zwyczajnie to zabrzmiało, pomyślał Freath. Kirin, człowiek uczony, udawał się do biblioteki, on zaś, doświadczony ochmistrz, miał właśnie spełnić życzenie swojej pani. Życie wygodnie się poukładało, pozwalając im stosunkowo swobodnie żyć pośród barbarzyńców - jak gdyby ból i rozpacz nigdy nie miały znaczenia. A jednak serce waliło mu w piersi i wiedział, że Kirin czuje podobny przypływ emocji, preludium do nowej bitwy. Lecz ta bitwa nie rozegra się w polu między dwiema armiami. O nie. W tej bitwie bronią będzie podstęp. Wyłącznie przebiegłość pozwoliła Freathowi i Kirinowi przeżyć, by mogli walczyć o te nowe czasy. I to przebiegłość pomoże prawowitemu królowi z powrotem zasiąść na tronie Valisarów.

Szedł u boku szybko przebierającej nogami Bridie, a jego serce nagle urosło, pierś była szersza niż przez tych ostatnich dziesięć lat, a myśli przepełniał zachwyt.

Piven żyje.

Król i następca tronu prawdopodobnie ocalał. Freath nigdy nie śmiał o tym wszystkim marzyć. Wyglądało jednak na to, że Lo wysłuchał jego modlitw.

Jeśli osiągnie cokolwiek w czasie tego podwójnego życia, to jeszcze zobaczy koronację króla Leonela oraz upokorzenie fałszywego władcy, który nazwał siebie imperatorem i który stanie przed obliczem valisarskiego monarchy.

Leo sam zadecyduje o losie Loethara.

2

Dwaj mężczyźni jedli śniadanie w gospodzie we Fran cham. Pod Przyjaznym Smokiem można było napić się czegoś mocniejszego i odpocząć niemal u stóp Smoczych Grzbietów oddzielających Penraven od Barronel. To właśnie we Francham na dzień lub dwa zatrzymywali się handlarze po długiej przeprawie przez górską przełęcz zwaną Piekielnymi Wrotami. Znużeni podróżni uzupełniali zapasy, ci zaś, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku, zajmowali się ostatecznymi przygotowaniami do drogi. Ten ruch sprawiał, że miasteczko było pełne życia oraz rozmaitych podróżnych, toteż jeśli ktoś chciał pozostać względnie niewidoczny, po Francham mógł swobodnie poruszać się niezauważony. W miasteczku panowała niepisana zasada, że ludzie mają prawo do prywatności.

Pogoda była przyjemna. W porze kwitnienia Piekielne Wrota były w pełni przejezdne i tętniły życiem. Dwaj odpoczywający w karczmie mężczyźni cieszyli się promieniami porannego słońca, siedząc przy stole w kącie sali, skąd widać było główną drogę prowadzącą we wznoszące się nad Francham góry. Jeden z nich właśnie skończył jeść i popijał wczesny posiłek parującym dinchem z dzbana. Tłumaczył swojemu druhowi panujący tu obyczaj. Odchylił się na krześle z kuflem w ręku i westchnął zadowolony, przełykając napój.

- ...widzisz, kiedyś to był raj dla przemytników, więc przez pokolenia zachowywano atmosferę dyskrecji. Dziwne, że jeszcze ci o tym nie mówiłem.

Jego towarzysz się uśmiechnął.

- Przyprowadziłeś mnie tutaj tylko dwa razy.

Szczerze zaskoczyło go to stwierdzenie, patrząc jednak na skrzywioną minę kompana, doszedł do wniosku, że musi powiedzieć mu coś więcej.

Wzruszył ramionami.

- W każdym razie jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował się ukryć, to zacznij tutaj. Lepiej byłoby w górach, ale tam nie znajdziesz łóżka na noc ani piwa, by ugasić pragnienie.

- Dlaczego znów tu jesteśmy?

- Muszę się z kimś zobaczyć.

Do stołu podszedł ogromny mężczyzna.

- To prawda - potwierdził.

Pierwszy z rozmówców odstawił kufel i wskazał na dzban.

- Częstuj się - zaproponował. Myślami był już jednak gdzie indziej i zmrużywszy oczy, nad czymś się zastanawiał.

- Co to ma znaczyć, Kilt? - spytał wielkolud, siadając obok i biorąc do ręki kufel przyjaciela. - Napiję się od ciebie.

- Jewd! Och... - mruknął z odrazą Faris. - Właśnie ostygło do idealnej temperatury.

Młodszy z jego towarzyszy roześmiał się.

- Wiem - odparł Jewd nonszalancko. - Dla mnie też jest idealna.

Kilt Faris skinął ręką na służącą w drugim końcu sali, stawiającą właśnie talerz przed jednym z gości. Zauważyła jego gest i podeszła do nich. Kręciła biodrami, omijając krzesła innych osób.

- Tak? - spytała z roztargnieniem, zbierając ich talerze. Jej ton nie był jednak nieuprzejmy.

- Prześliczna Ciaro - rzekł Faris. - Proszę o jeszcze jeden dzban dinchu i czysty kufel. Co dla ciebie, Liam?

Młodszy mężczyzna pokręcił głową, spojrzał jednak z zachwytem w duże brązowe oczy kobiety.

- Macie coś słodkiego? - zastanawiał się.

Faris ukradkiem uśmiechnął się i spojrzał na Jewda. Przyjaciel w odpowiedzi puścił mu oko znad kufla, z którego właśnie upijał łyk.

Ciara przymrużyła oczy, przyglądając się młodzieńcowi.

- Możliwe, że zostało nam z wczoraj trochę ciastek z syropem - powiedziała. A potem niewinnie zatrzepotała rzęsami. - Jeśli o to ci chodzi.

Leo odchrząknął.

- Słyszałem, że zawsze lepiej smakują na drugi dzień. Tak, poproszę kilka. Dziękuję.

- Lubię, gdy ktoś potrafi się zachować. Coś jeszcze? - spytała.

Leo zarumienił się, zawahał i uprzejmie uśmiechnął.

- Ja... hm... jeśli to nie problem, to dam znać, kiedy się skończą.

Odwzajemniła uśmiech, najwyraźniej zadowolona z podtekstu.

Kiedy odeszła, Faris spojrzał na Leo, lecz odezwał się do Jewda tak cicho, żeby nikt inny nie usłyszał.

- Wygląda na to, że Jego Wysokość na gwałt potrzebuje towarzystwa kobiety.

- Żebyś wiedział! - krzyknął Leo.

Jewd z rozbawieniem prychnął odrobiną dinchu.

- No i zobacz, co przez ciebie zrobiłem - poskarżył się.

- Kilt nie ma problemu, bo ma Lily. A ty, Jewd? Wiem, że razem z pozostałymi możecie uciec z lasu, kiedy tylko macie ochotę na jakieś bara-bara. - Słysząc te słowa, obaj mężczyźni ryknęli śmiechem. - Ale mnie trzymacie na króciutkiej smyczy. Mam dwadzieścia dwa lata, potrzebuję odrobiny wolności i rozpaczliwie potrzebuję...

- Proszę bardzo - powiedziała Ciara, wróciwszy z ociekającymi syropem owalnymi ciastkami. - Ostrożnie, są wilgotne. Uważaj, żebyś się nie upaćkał.

Mężczyźni roześmiali się jeszcze głośniej i nawet Ciara rzuciła im przez ramię rozbawione spojrzenie.

- Zaraz przyniosę dinch - powiedziała.

Leo wyglądał na zgorszonego.

- Śmiejcie się, dranie. Naprawdę potrzebuję...

- Wiem, czego ci potrzeba - powiedział rozchichotany Kilt - i tym się zajmiemy. Zaniedbałem cię.

- Raczej zachowywałeś się jak więzienny strażnik - rzekł Leo.

Kilt spoważniał.

- A zmieniając temat: ufamy temu człowiekowi? - spytał Jewda.

Jego ogromny przyjaciel przytaknął.

- Tak. Mówi prawdę.

- Co się dzieje? - spytał Leo, przeżuwając ciastko.

Kilt spojrzał na niego z grobową miną.

- Chodzi o człowieka, o którym nam opowiadałeś wiele lat temu. Wiesz, tego, który został doradcą imperatora.

- Freatha? - zapytał Leo, spoglądając to na jednego, to na drugiego. - Powiedz, że Loethar poderżnął mu gardło - dodał, odkładając ciastko i przełykając kęs. A potem rzucił im piorunujące spojrzenie. - Ale to by oznaczało, że odebrał mi coś jeszcze. To ja powinienem przelać krew tego zdrajcy...

Obaj mężczyźni pokręcili głowami.

- On żyje - rzekł Kilt, przerywając Leo. - Skontaktował się z nami.

Leo pochylił się ku nim.

- Co? - szepnął oszołomiony.

- No... niezupełnie się skontaktował. Ale krążą plotki. Właśnie do nas dotarły.

- To znaczy?

Faris zostawił wyjaśnienia Jewdowi, który podjął temat.

- Kilka dni temu Tern wyłowił strzępki informacji, że w całej północnej części "siatki" ktoś daje ludziom w łapę. - Leo pokiwał głową ze zrozumieniem. - W pewnych kręgach rozeszła się wiadomość, że jakiś wpływowy człowiek pragnie się spotkać z niesławnym złodziejem z Penraven.

Leo spochmurniał i zapomniawszy o ciastkach, podrapał się lekko po rzadkiej brodzie, którą zapuszczał.

Jewd mówił dalej.

- Oczywiście zwróciliśmy na to uwagę, ale takie rzeczy działy się już w przeszłości. - Wzruszył ramionami. - Wiele wpływowych osób szuka kontaktu z Kiltem.

- Zwykle po to, żeby odebrać nagrodę za moją głowę - burknął Kilt.

Leo spojrzał na niego.

- Ale jesteś bezpieczny, prawda?

- Wygląda na to, że niewystarczająco. Ostatnimi czasy barbarzyńcy podeszli za blisko. Staliśmy się mniej ostrożni.

- Nie ty - przyznał Jewd. - To moja wina.

Leo pokręcił głową.

- To nie jest niczyja wina, Jewd.

Kilt westchnął.

- Szukanie winnego nie ma sensu. Prawda jest taka, że prawie na ciebie wpadli, Leo. Nigdy więcej nie możemy stracić czujności. Jeśli chodzi o mnie, nikt poza naszymi ludźmi nie wie nawet, jak wyglądam. Większość mieszkańców tego miasteczka nie wie, kim jesteśmy. Tutaj można dochować tajemnicy, ale jednocześnie ludzie wiedzą, co i kto tędy przejeżdża.

- Was dwóch raczej łatwo rozpoznać.

- Nie wtedy, kiedy jestem przebrany za kobietę - rzucił Kilt z oburzeniem. Leo uśmiechnął się.

- On nie żartuje - powiedział Jewd z pewnym rozdrażnieniem. - Robił to wiele razy. Towarzyszyłem mu, gdy był starcem, starą kobietą, ślepym żebrakiem, szlachcicem.

- Ale mój trędowaty był najlepszy, co? - rzekł Kilt.

- To było mistrzostwo - przyznał Jewd.

- Ludzie omijali mnie szerokim łukiem. To było niesamowite. Będę musiał poszukać tych starych kołatek, które gdzieś mamy, i jeszcze raz wytoczyć to działo.

Leo zmarszczył brwi.

- Lily z pewnością by się uśmiała.

- No tak, może masz rację - rzekł Kilt, tracąc teatralny zapał. - Właśnie dlatego od pewnego czasu nie używam tego stroju. W każdym razie nie tylko ja się przebieram. - Lekko poklepał wielkoluda po piersi. - Jewd też uwielbia przebieranki. Nie tak dawno temu pojawił się w tym mieście jako pijany mnich.

Leo popatrzył na Jewda i wybuchnął śmiechem.

- I pewnie w ten sposób w ogóle nie rzucałeś się w oczy, prawda?

- A widzisz - powiedział Kilt, kiwając palcem. - Czasem można zmylić ludzką ciekawość, jeśli przyciągnie się uwagę czymś innym.

- I właśnie dlatego masz teraz te idiotyczne zakręcone wąsy?

- Cieszę się, że w końcu wspomniałeś o moim genialnym przebraniu - powiedział Kilt, udając urażonego.

- A ja się cieszę, że dobrze się bawisz - mruknął Leo. - Za to moje przebranie jest prawdziwe.

Obaj spojrzeli na opartą o stół laskę.

- Rana po strzale dobrze się goi. Potrzeba czasu - uspokajał go Jewd. - Noga będzie jak nowa, jeśli tylko zaufasz ziołom Lily i radom felczera.

- Gdyby tylko wiedzieli - zadumał się Kilt. A potem uśmiechnął się pokrzepiająco do młodego króla. - Przynajmniej po spędzonych wśród nas latach będziesz mógł się pochwalić ranami odniesionymi w walce.

- Kiedy będę gotowy? - biadolił Leo.

- Jeszcze nie teraz - odparł Jewd.

Leo spojrzał na Kilta, który pokręcił głową.

- Dopiero co stałeś się mężczyzną, Leo. Mamy jeszcze mnóstwo planów, zanim będziesz mógł zacząć spiskować, by odebrać tron. Nie możesz też ignorować tego, że Loethar działa w bardzo wyrafinowany sposób.

Przez twarz Leo przebiegł grymas.

- Nigdy bym się nie spodziewał, że będzie tak dobrym władcą.

- Sam fakt, że to przyznajesz, świadczy o twojej dojrzałości. Jeszcze trzy lata temu nie byłbyś w stanie czegoś takiego powiedzieć.

Król się zamyślił.

- Może Koalicja zawsze potrzebowała kogoś takiego jak on.

Obaj mężczyźni mruknęli z niesmakiem.

- Nie, Wasza Wysokość - szepnął Kilt zdecydowanym tonem. - Ukradł ci koronę, przywłaszczył sobie twój tron, doprowadził do śmierci rodziców i wielu innych dobrych ludzi. Swój tytuł imperatora wypisał krwawymi zgłoskami. A jednak żyje prawowity dziedzic; jest już mężczyzną. Pewnego dnia będzie gotów upomnieć się o swoje. Valisarowie zasiadali na tym tronie przez pięć stuleci. Twoim obowiązkiem jest przywrócić świetność tego królewskiego rodu.

Leo westchnął.

- Znam te wszystkie przemowy, Kilt. Po prostu widzę, że teraz panuje pokój. Minęła dekada. Życie w imperium się ustabilizowało. Nie potrafię mu wybaczyć tego, co zrobił, ale jestem w tym osamotniony... Tylko ja mam do niego żal. Ciągle się zastanawiam, czy dla dobra Koalicji, a szczególnie Penraven, nie powinienem w milczeniu ubolewać nad historią swojego rodu i jego cierpieniem.

Faris odchylił się na krześle, zadowolony, że usiedli z dala od innych. Nie mógłby ryzykować, że ktoś usłyszy tę rozmowę. Wzruszył ramionami.

- Zanim zaczniemy jakąkolwiek dyskusję z Freathem, lepiej poważnie się zastanów, co o tym wszystkim sądzisz. Przyrzekłem twojemu ojcu kilka rzeczy, między innymi zrobić, co w mojej mocy, by pomóc ci odzyskać tron Penraven. Ale to nie ma sensu, jeśli tego nie chcesz.

Leo obrzucił go piorunującym spojrzeniem.

- Naprawdę zamierzacie się spotkać z Freathem? Jewd, czy on oszalał? - zapytał, odwracając się do drugiego towarzysza.

- "Tak mi się wydaje" to odpowiedź na oba twoje pytania.

- Kilt - wykrztusił Leo. - Freath jest jak wąż. Nie, coś gorszego. Jest jak robactwo. I na pewno coś knuje, zapamiętaj sobie. Ten człowiek zdradził moich rodziców. Obserwowałem go. Słyszałem, co mówił. Wyśmiewał się z przerażającej śmierci ich obojga. Pomagał Loetharowi prowadzać mojego brata na smyczy w koszuli poplamionej krwią ojca. Wydałby was Loetharowi bez chwili wahania.

- I właśnie dlatego nie będzie miał okazji - niefrasobliwie rzekł Faris.

- Nie rób tego, Kilt. Nie powinieneś wpuszczać takiego człowieka do swojego życia. Mówię ci, że nie można mu ufać. Zabiję go, gdy tylko go zobaczę.

Faris wyglądał na zasmuconego brawurą młodzieńca.

- A kto tu mówi o zaufaniu? Chcę wiedzieć, w co gra. Jeśli coś knuje lub jeśli knuje coś Loethar - a wiem, że imperator chciałby, żeby moja nabita na pal głowa wpatrywała się w Brighthelm niewidzącymi oczami - to powinienem wiedzieć o tym jak najwięcej, bo to leży w moim interesie.

- Mówię ci, że to pułapka - żarliwie odparł Leo.

Tymczasem wróciła Ciara.

- Świeży dinch - powiedziała, stawiając na stole dzban i kufel. - Widzę, że wystarczy wam słodyczy - powiedziała. Otwierała dzban, patrząc na Leo.

Kilt szeroko się uśmiechnął.

- Tak, mnie już jest słodko, lecz ten młodzieniec potrzebuje czegoś, co zetrze tę gniewną minę. Może za srebrną monetę mogłabyś nieco osłodzić mu życie?

Leo był tak zszokowany, że aż łokieć zsunął mu się ze stołu.

Ciara uśmiechnęła się do Kilta z zakłopotaniem.

- Twój młody przyjaciel sądzi, że plamisz mój honor.

- Najmocniej przepraszam - odrzekł Kilt, unosząc swój kufel mocnego i mętnego dinchu.

Ciara zwróciła się do Leo.

- Jak masz na imię? - zapytała.

- Yyy, Liam - odparł, prostując plecy.

- W takim razie, Liamie, zobaczymy się wieczorem w domu uciech. - Król skinął głową. - A co z tobą, Henk? - zwróciła się do Kilta.

- Och, Ciaro. Teraz mam kobietę. Ucięłaby mi pociechy i mnie nimi nakarmiła, gdyby pomyślała, że się z tobą zabawiam.

Jewd przytaknął.

- Właśnie tak by zrobiła. Ale ja jestem wolny, Ciaro. Czy ta słodka, hoża Jenny jeszcze u was pracuje?

- Pracuje. Powiem jej, że może wpadniesz. - Po tych słowach odeszła.

Henk? - powtórzył Leo, zabierając kufel sprzed nosa przyjaciela, który właśnie chciał się napić.

- Hej! To nie w porządku - gderał Kilt. - Idź zapłacić, Jewd. Ja wychodzę. Obiecałem Lily, że zdobędę parę rzeczy.

- Z pewnością w mgnieniu oka pozbawi cię "pociech", jeśli ją zawiedziesz - rzekł Leo pomiędzy kolejnymi łykami.

Wszyscy podnieśli się z krzeseł.

- Skontaktuj się, z kim trzeba - powiedział Kilt do swojego długoletniego przyjaciela. - Spotkam się z Freathem. Dowiedzmy się, co knuje.

Jewd skinął głową, na co Leo zrobił krzywą minę. Wielkolud podał królowi laskę. - Mam nadzieję, że ta rana nie spowolni dziś wieczór twoich ruchów.

Miejsce grymasu wykrzywiającego twarz młodego mężczyzny zajął uśmiech.

- Nie ma takiej możliwości - odparł i ruszył za Farisem, kulejąc. - Barbarzyńska strzała to za mało, żeby utrzymać mnie z dala od Ciary.

Faris zostawił Leo i Jewda, by mogli oddać się przyjemnościom. Sam obserwował teraz, jak Lily pakuje zapasy, które kupili. Nigdy nie był szczęśliwszy, a Jewd często zapewniał go, że to wyłącznie zasługa Lily. Faris ignorował te uwagi, teraz jednak myślał, że może coś w tym jest. Dopóki nie spotkał Lily, dzielił się myślami tylko z Jewdem. Nigdy nie wkroczyła między nich kobieta, Lily zaś była dość bystra, by się zorientować, że żadna kobieta nie powinna tego robić. Nigdy nie doprowadziła do niezręcznej sytuacji pomiędzy dwoma przyjaciółmi. Do tego była istnym błogosławieństwem dla młodego króla, odgrywając rolę starszej siostry przez te wszystkie lata, od kiedy pojawili się w ich obozie.

Faris obserwował krzątaninę Lily, która zdawała się nie dostrzegać jego badawczego spojrzenia. Lubił patrzeć na jej ruchy; uwielbiał sposób, w jaki odgarniała wpadające do oczu włosy. W takich momentach było widać jej piękną, smukłą szyję. Miał ochotę ją teraz pocałować. I postanowił to zrobić. Wstał z krzesła przy oknie gospody, stanął za jej plecami, objął ją w pasie i pocałował dokładnie to miejsce na szyi, któremu się wcześniej przyglądał. Wtulił się w to ciepło, czując jej puls pod swoimi ustami.

Roześmiała się i skuliła ramiona.

- Jestem zajęta, Kilt.

- Mam nadzieję, że dla mnie zawsze znajdziesz czas? - zapytał.

Lily obróciła się w jego objęciach.

- Zawsze. - Pocałowała go czule, a pocałunek przerodził się w długi, namiętny uścisk. Kiedy się od siebie odsunęli, brakowało jej tchu. - Z jakiej to okazji?

- Nie mogę okazać ci miłości?

- Miłości? - To słowo w jego ustach ją zaskoczyło, ale szybko wzięła się w garść. Ponownie go pocałowała, delikatnie i przelotnie. - Możesz to robić bez wahania. Chodziło mi o to, że zwykle nie okazujesz mi uczuć otwarcie.

Westchnął i wypuścił ją z uścisku. Usiadł na łóżku.

- Pamiętam o tym, że jesteś jedyną kobietą w grupie mężczyzn. Nie chcę ostentacyjnie pokazywać, że należysz tylko do mnie.

Ona również westchnęła.

- A ja bym chciała, żebyś to robił. Lubię, gdy w ten sposób mnie traktujesz.

- Naprawdę? - Teraz to Kilt się zdziwił. - Czujesz się ignorowana?

Popatrzyła na niego z politowaniem.

- Dlaczego miałabym się tak czuć? Przecież spędzasz ze mną tyyyle czasu, dzielisz się ze mną najskrytszymi przemyśleniami, tak osobistymi, że czasem mam ochotę zatkać uszy i krzyknąć "dość!".

Kilt zmrużył oczy.

- Trochę mniej sarkazmu, proszę. To była taka przyjemna chwila.

- Mogłoby być ich więcej, gdybyś tylko mnie do siebie dopuścił. - Lily odwróciła się i znów zajęła pakowaniem toreb i sakw. Powąchała bukiet mięsistych liści. - Uwielbiam zapach świeżej borregi. Kiedy ją ususzę, będziemy mogli zajadać się pysznie doprawionymi potrawami w porze opadających liści. Kilt nie zamierzał tak zakończyć tej rozmowy.

- Dopuścił cię do siebie? Czyli do czego?

Popatrzyła na niego z irytacją i podeszła. Popukała się w głowę i powiedziała:

- Do tego, głuptasie. To tu bym chciała czasem zajrzeć.

Zignorował jej prośbę i przyciągnął do siebie jej filigranowe, zmysłowe ciało.

- Ja za to wiem, gdzie ty powinnaś mnie wpuścić - powiedział lubieżnie.

Odepchnęła go delikatnie, z lekkim znużeniem.

- Jestem zajęta, a ty sobie ze mnie żartujesz.

- Nie żartuję - odpowiedział podobnym tonem. - A teraz chodź tu, poluzowało ci się sznurowanie gorsetu. Naciągnę je - zaproponował, choć ton jego głosu i błysk w oku mówiły co innego.

Lily celowo odsunęła się jeszcze dalej.

- Poza tym nie ma sensu silić się na powagę, gdy jesteś w takim nastroju.

- W jakim nastroju?

- Liczysz na igraszki w łóżku, bez zbędnego gadania.

- Ależ Lily, czyż nie liczy na to każdy mężczyzna? - zapytał z narastającą frustracją. - Właśnie marnujesz cenny czas, gdy jesteśmy sami i moglibyśmy zrobić coś przyjemnego.

Nie odpowiedziała; spojrzała na niego zagadkowo, pakując jakieś nici i nowe igły i skreślając je z listy.

- Czego ode mnie chcesz? - zapytał urażony.

- Pytasz poważnie? - powiedziała, podniósłszy wzrok znad listy.

- Oczywiście.

- Bo nie wiem, czy oczekujesz szczerej odpowiedzi. - Oparła ręce na biodrach, na chwilę zapominając o liście.

- A nie oczekuję?

- Nie. Bo szczerość wymagałaby od ciebie stawienia czoła temu, kim naprawdę jesteś, Kilcie Faris. Jestem z tobą od dziesięciu lat. Leczyłam twoje dolegliwości i zszywałam rany, prałam twoje ubrania i gotowałam dla ciebie. Byłam twoją wierną towarzyszką, kochałam się z tobą i nigdy nie miałam cię dość. Ja...

- Jesteś idealną kobietą, Lily - wszedł jej w słowo z triumfalnym uśmiechem.

Spojrzała na niego ze smutkiem.

- Wszystko obracasz w żart, Kilt. - Odwróciła się. - Nawet nas.

- To nieprawda - powiedział, przesuwając się na łóżku. - Nie bądź taka, Lily. Naprawdę nie wiem, jak cię uszczęśliwić. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, że jesteś nieszczęśliwa.

- Nie jestem nieszczęśliwa - odpowiedziała, wróciwszy do pakowania.

- Ale mówisz tak, jakbyś była.

- Jestem tylko rozczarowana. Mam wrażenie, że zawsze trzymasz mnie na uboczu, Kilt. W jednej chwili pozwalasz mi się do siebie zbliżyć, a zaraz się odcinasz.

- Nie rozumiem.

- Masz tajemnice. Przez nie trzymasz mnie na dystans.

- Ja? - spytał zdumiony. - No nie! Jak możesz mnie o coś takiego oskarżać po tylu wspólnie spędzonych latach?

- Kłamiesz. Jest w tobie jakiś niepokój, coś, co tylko ty kontrolujesz, co tylko ty znasz, w co tylko ty masz wgląd. Ja nie mogę przekroczyć tej niewidzialnej granicy, którą wokół siebie wyznaczyłeś, i właśnie dlatego wiem, że nigdy nie pokochasz mnie w pełni, tak jak chciałabym być kochana. Traktujesz mnie i moje uczucia jak coś, co ci się należy, Kilt. A co najsmutniejsze, wszyscy tak bardzo mnie potrzebujecie, że czuję się trochę jak w pułapce. Nie czuję się jak męczennica, po prostu stwierdzam fakt.

Wpatrywał się w nią szczerze dotknięty.

- Jak możesz tak mówić?

Ze smutkiem i rezygnacją odwzajemniła spojrzenie.

- Kiedy ostatni raz mi powiedziałeś, że mnie kochasz?

- Parę minut temu!

- Naprawdę? Czy przyszedłeś tutaj po to, żeby spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że mnie kochasz? O nie. Przyszedłeś tu, żeby się ze mną kochać. Nie chcę się skarżyć, Kilt. Ale prawda jest taka, że nie okazujesz mi swojej miłości i ani razu nie powiedziałeś: "Kocham cię, Lily". - Uniosła dłoń. - Wiem, co zaraz powiesz. Pewnie mnie kochasz, ale na swój własny, osobliwy sposób. Jesteś dla mnie dobry, zapewniasz mi bezpieczeństwo i jesteś oparciem dla Leo. Przez te wszystkie lata stałam się częścią twojego życia i czułam się cudownie. Ale... - wzruszyła ramionami - nie wiem, co jeszcze mogę dla ciebie zrobić. Dzielę się z tobą każdym kawałkiem swojego ciała i emocji. A ty nie chcesz lub nie potrafisz odwzajemnić się tym samym.

Na twarzy Kilta malował się ból. Westchnął.

- A skąd ty wiesz, że mnie kochasz? Co to za życie, Lily? Mogłabyś spotkać jakiegoś przystojnego człowieka choćby jutro i zakochać się w nim po uszy.

- Nie obracaj tego przeciw mnie. Nie szukam nikogo innego i bardzo chciałabym wiedzieć, jak miałabym spotkać kogoś przystojnego i wolnego, skoro postanowiłam żyć w lesie z tobą. Jestem w mieście zaledwie dwa razy do roku! Poza tym rozmawiamy o tym, jak ty traktujesz mnie. A tak w ogóle twoja sugestia jest absurdalna.

- Nie złość się - powiedział, wyciągając do niej dłoń. - Przepraszam, Lily. Naprawdę.

Pozwoliła się przytulić i rozluźniła się w jego ramionach, on zaś zrozumiał, że nie chciała ciągnąć tej rozmowy.

- Nie złoszczę się. - Jej oblicze posmutniało. - Jestem po prostu na tyle szczęśliwa, na ile mi pozwalasz. - Zauważył, że ostrożnie dobrała słowa.

- Co mogę zrobić, żeby między nami było lepiej?

- Odsłoń się przede mną. Przecież nie jestem dla ciebie kimś obcym i nigdy nie zrobiłabym niczego, żeby ci zaszkodzić, ani nie zachowałabym się nielojalnie. - Pogładziła go po włosach, dotykając pierwszych oznak siwizny na skroni. - Jesteśmy ze sobą od dziesięciu lat, nie pamiętasz?

Pokręcił głową i delikatnie ją pocałował.

- Pamiętam. Dzięki tobie oszczędziłem majątek na domach publicznych.

Lily szeroko otworzyła oczy w udawanym przerażeniu i zamachnęła się na niego.

- Drogo pan za to zapłaci, panie Faris!

Roześmiał się z ulgą, widząc, że poprawił jej się humor. Przytulił ją mocniej. Wiedział, że powinien teraz powiedzieć coś głębokiego, żeby nie przestała wierzyć w jego uczucia.

- Będę musiał niedługo się z tobą ożenić, Lily.

Ożywiła się, słysząc te słowa. Nie odezwała się od razu, ale w milczeniu wpatrywała się w jego oczy.

- Mówisz poważnie? - zapytała niepewnym, łagodnym tonem, a oczy jej błyszczały.

- Nigdy nie byłem niczego bardziej pewien. I tak już żyjemy jak mąż z żoną. Zalegalizujmy to jak najszybciej.

Lily mocno go objęła.

- Nie musisz tego robić.

Roześmiał się i okręcił nią dookoła.

- Chłopaki się bardzo ucieszą.

- Jesteś pewien? Jewd nie będzie miał nic przeciwko?

Kilt machnął ręką.

- Miesiąc temu powiedział mi, że jeśli się nie pospieszę, to sam poprosi cię o rękę i sprzątnie mi cię sprzed nosa.

Uśmiechnęła się.

- Brzmi kusząco. Jewd dzieli się ze mną swoimi przemyśleniami zdecydowanie częściej niż ty! - Nie zamierzała być złośliwa. A potem się roześmiała. - A Leo? Myślisz, że będzie zadowolony?

- Nie bądź próżna. Leo już kilka lat temu dał sobie z tobą spokój.

- Powiedział przykładny ojciec!

- Poniekąd taką właśnie gram rolę.

- Kiedyś może byś mnie nabrał - powiedziała swobodnym tonem.

Kilt zmarszczył brwi.

- Dlaczego tak mówisz?

Uśmiechnęła się, równie łagodnie jak wcześniej.

- Kilt - zaczęła czule - zostawiłeś jego wychowanie mnie i Jewdowi. Ja odgrywałam rolę matki, a Jewd we wszystkim go wspierał. Z pewnością cię nie obrażę, jeśli powiem, że skoro postrzegasz siebie jako kogoś, kto zastępował Leo ojca, to jesteś najbardziej nieobecnym ojcem, jakiego można sobie wyobrazić. Nie zaprzeczysz chyba, że trzymasz go na dystans? - Zmarszczyła brwi. - Tylko nie odbierz tego jako atak, kochany. Rozumiem, że już samo kształtowanie osobowości króla jest trudne, nawet jeśli nie trzeba zastępować mu ojca. Właściwie to wielokrotnie powtarzałam Leo, że owszem, lubisz go, tylko musisz zachować dystans, żeby móc z innej perspektywy spojrzeć na to, co staramy się osiągnąć. Wie, że prawdopodobnie czekają cię trudne decyzje i nie mogą na nie wpływać twoje uczucia do niego.

- Uważa, że go nie lubię?

- Kiedyś tak sądził. Ale teraz jest starszy. - Wzruszyła ramionami. - Pogodził się z tym, że taki masz do niego stosunek.

- To znaczy jaki?

Spojrzała na niego zagadkowo.

- Powiedziałabym, że traktujesz go z rezerwą. Obserwuję cię. Nigdy koło niego nie siadasz. A już na pewno nigdy go nie dotykasz. Obowiązki, w których bierze udział Leo, przerzucasz na Jewda. Znikasz na długo, kiedy jesteśmy wszyscy razem. A z czasem się pogarsza, zamiast polepszać. Spędzałeś z nim więcej czasu, kiedy był młodszy, ale im jest starszy i dojrzalszy, tym bardziej się od niego odsuwasz. Leo jest spostrzegawczy, Kilt. Rozumiesz chyba, że mógł zinterpretować te zachowania jako brak miłości?

Kilt był zdegustowany i zły na siebie.

- Przecież ostatnich kilka godzin spędziłem właśnie z Leo - biadolił. - Nie mogę uwierzyć, że...

- Wiem, spędziłeś. Ale tak się właśnie zachowujesz. Całymi tygodniami unikasz bliższych kontaktów, a nagle bum! - powiedziała, machnąwszy ręką. - Robisz coś takiego, jak dziś rano, jakbyś otrząsał się z jakiegoś odrętwienia albo przez chwilę znów potrafił znieść jego obecność. A potem znowu znikasz.

- Chciałem się z tobą zobaczyć - wyjaśnił urażonym tonem, ale w głowie aż mu się kotłowało od tych wszystkich spostrzeżeń Lily. Nie zdawał sobie sprawy, że tak to widać.

- Wiem, że chciałeś, i cieszę się, że przyszedłeś - powiedziała, delikatnie go całując. - Ale znów zostawiłeś Leo z Jewdem.

- Niezupełnie. Podejrzewam, że właśnie smakuje tego, czego mu do tej pory brakowało.

Od razu podchwyciła temat.

- Och, Kilt, chyba nie mówisz o Aksamitnej Kotarze?

- To część jego edukacji. Wychowujemy władcę, kochana. Musi doświadczyć wszystkiego, co możemy mu dać, a Aksamitna Kotara stanowi nieodłączny element dorastania. To rytuał, który muszą przejść wszyscy młodzi mężczyźni z mojego grona.

- A jego prowodyrami bez wątpienia jesteście ty i Jewd.

- Już nie. Jestem człowiekiem wiernym jednej kobiecie. Pozwól więc, że to udowodnię. Przyrzekam, że następnym razem kiedy będziemy w mieście, kupię pierścionek i porozmawiam z kaznodzieją na temat ślubu w ciągu najbliższych kilku księżyców.

Lily cicho pisnęła z zachwytu, po czym dodała:

- Już sobie wyobrażam, co będę musiała zrobić, żeby zdobyć nową sukienkę!

Faris wyszczerzył zęby w uśmiechu, ciesząc się szczerą radością Lily. Tak niewiele od niego wymagała, a zarazem tak wiele dała banitom. To prawda, że traktował jej wsparcie i stałą obecność jako coś, co mu się należy.

- Będziesz miała, co tylko zechcesz, kochana. Ale chciałbym cię prosić o przysługę.

- Czyżby?

Skinął głową.

- Pewien człowiek, Freath, niedługo się ze mną skontaktuje. Jest z pałacu.

- Freath? Skąd znam to nazwisko?

- To jego Leo uznaje za głównego wroga, zaraz obok sama wiesz kogo.

Na twarzy Lily pojawiło się zrozumienie.

- No tak, to ten zdradziecki sługa.

Faris przytaknął.

- Ten sam.

- Skontaktował się z tobą? - spytała z niedowierzaniem.

Faris się zawahał.

- Nie bezpośrednio. Zrobił to okrężną drogą. Na pewno to mnie szuka, ale celowo się kryguje, jakby chciał mnie chronić. Coś mi tu nie gra. Chcę sprawdzić, co wie.

- Czy to niebezpieczne?

- Nie, jeśli podejmę odpowiednie środki ostrożności. Znasz mnie przecież.

- Ale nie traktujesz tego jako okazji do założenia jednej z moich spódnic, prawda?

- To było niemiłe, Lily - powiedział z udawanym oburzeniem. - Nie - kontynuował, już poważniejszym tonem. - Kryje się za tym znacznie więcej. Freath chce się ze mną spotkać, a podchodzi mnie ostrożnie i ukradkiem. Odszukał mnie w taki sposób, w jaki sam bym siebie szukał na jego miejscu. Czy to ma sens?

- Chodzi ci o to, że nie trąbi o tym wokoło?

- Tak. Doszły mnie słuchy, że podróżuje w bardzo małej grupce. Planuje się wymknąć eskortującym go żołnierzom.

- No dobrze, ale co to ma wspólnego ze mną?

- Chodzi o jednego z jego towarzyszy. Chciałbym, żebyś po prostu miała go na oku.

- A nie może się tym zająć któryś z chłopaków?

- Nikt nie będzie podejrzewał kobiety. Nie przewiduję żadnych niebezpiecznych działań; chcę, żeby Freath był sam i czuł się bezbronny. Nie mam zamiaru z nim rozmawiać przy tym człowieku.

- Jak daleko mam się posunąć w tym szpiegowaniu?

Faris wzruszył ramionami.

- No wiesz, nie chciałbym, żebyś z nim spała, kochana - zaśmiał się, unikając klapsa - ale trzymaj się blisko niego.

- Czyli mam nie spuszczać z niego oka.

- Właśnie. Musimy ich jakoś rozdzielić, a chciałbym, żeby jego przyjaciela obserwował ktoś niepozorny. Chciałbym się dowiedzieć, czy Freath ma wrogie zamiary.

Lily westchnęła.

- W porządku. Kiedy?

- Za kilka dni. A teraz zostaw to pakowanie. Pokażę ci, jak mi na tobie zależy. - Uniósł brew.

Lily znów pozwoliła mu się objąć i oboje padli na łóżko. Faris desperacko próbował zatracić się w tych czułościach, ale jego demon, zawsze obecny w jego myślach towarzysz, zaczął coraz bardziej dawać mu się we znaki. Spostrzeżenia Lily go zaszokowały; Leo też zauważył jego zachowanie, a to oznaczało, że Jewd od dawna zdawał sobie sprawę z dystansu, jaki Kilt stworzył między sobą a królem. Jewd był zbyt bystry, żeby wypytywać go tak otwarcie, jak zrobiła to Lily; o nie, przyjaciel będzie go obserwował i sam wyciągnie wnioski. Kilt będzie musiał się teraz zachowywać bardzo, bardzo ostrożnie. Dał słowo Brennusowi i go nie złamie, ale żeby go dotrzymać, będzie musiał jeszcze bardziej się kontrolować i postarać się zmniejszyć ten dystans między sobą a Leo.

3

Na drugim krańcu królestwa, w słabo zaludnionej wiosce niedaleko Minston Woodlet, ciemnooki młodzieniec o włosach koloru wilgotnej ziemi jadł na śniadanie owsiankę. W milczeniu siedział przy prostym, prowizorycznym stole i spoglądał przez niewielkie okno na zachmurzone niebo; na południu było dżdżysto. Od czasu do czasu dolewał sobie do miski tłustego mleka, żeby ochłodzić i rozrzedzić parującą, smakowitą papkę.

W chatce były tylko trzy małe pomieszczenia. Z jednego z nich właśnie wypadł krzątający się mężczyzna.

- Już? - spytał wesoło. - Dobre mi wyszło?

Chłopak odwrócił się i pokiwał głową.

- Pycha - powiedział, wytarłszy usta w rękaw.

- To dobrze. Pośpiesz się i kończ już. Chciałbym, żebyśmy wcześnie wyruszyli - mówił dalej pogodnym tonem, wychylając się przez okno. Nalał sobie dinchu z garnka postawionego na wolnym ogniu. - Nie jest bardzo zimno, a ta mżawka oznacza, że będziesz mógł znaleźć trochę saramakowych grzybów. Muszę na jakiś czas wyjść. Tylko do Minston Woodlet.

Młodzik nadal z namaszczeniem jadł owsiankę, przełykając ostrożnie.

- A właśnie, mam wspaniałe wieści, chłopcze. Nie wiem, co zrobiłeś, ale kury znów się niosą, a noga Bonny całkowicie się zagoiła. Będzie jak nowa. Chciałbym myśleć, że to dzięki moim ziołom - powiedział mężczyzna i odwróciwszy się, z uczuciem patrzył, jak chłopiec wygarnia z miski ostatki owsianki - ale wiem, że to twoja zasługa.

Chłopak z cichym brzękiem włożył łyżkę do miski i podniósł wzrok.

- Nie tylko moja. - Nieśmiało wzruszył ramionami. - Lubię wykorzystywać swoje umiejętności do dobrych uczynków.

- Wiem. Pamiętaj tylko, że nikt nie może się o nich dowiedzieć. Nigdy się nimi nie popisuj. Nigdy.

Chłopiec pokiwał głową.

- Wiem. Skończyłem - powiedział, po czym wstał. Wziął miskę i dzbanek, żeby umyć je na zewnątrz.

- Dobrze. Zostaw to. Ja posprzątam. A ty ruszaj w drogę. Wiesz, czego szukać. Znajdź jak najwięcej, naprawdę potrzebuję tego specyfiku.

- Szybko wrócisz, prawda?

- Tak, Pivenie.

Piven skinął głową.

- Uważaj na siebie, Grevenie - powiedział, zarzuciwszy na ramię niewielki worek, po czym zdjął kapelusz z haka za drzwiami.

- Ty też, mój chłopcze. - Greven odgarnął ciemne, pofalowane włosy Pivena i ucałował go w czoło, jak zawsze gdy się z nim żegnał.

Piven spojrzał na niego z powagą.

- Wrzody prawie zniknęły.

Greven przytaknął.

- Nie mogę w to uwierzyć. Już tylko to drżenie przypomina mi, że miałem trąd. - Wyciągnął dłoń.

- Jestem pewien, że to też uda mi się wyleczyć - powiedział Piven. - Jeśli mi na to pozwolisz - dodał.

Greven patrzył, jak adoptowany przez niego osierocony syn Valisarów po cichu wychodzi z chaty. Zmarszczył brwi. Nigdy nie miał wątpliwości co do tego, że postąpił właściwie, odbierając chłopca barbarzyńcy. Ten wielki czarny ptak niczym drogowskaz zaprowadził go do Brighthelm i do tego potrzebującego dziecka - był o tym przekonany. Próbował zwalczyć pokusę ruszenia za ptakiem, ale przede wszystkim nie chciał się tak bardzo zbliżać do miasta, a w szczególności do mieszkańców pałacu. Kruk jednak był natarczywy, wpatrywał się w niego całymi dniami, a gdy Greven w końcu postanowił za nim pójść, wracał co jakiś czas, sfruwał w dół i pilnował, by mężczyzna nie zbaczał ze ścieżki. I choć Greven wiedział, że ptak jest jego przewodnikiem, nie wiedział dlaczego i obawiał się, co go czeka.

Znalazł bezbronnego, niepełnosprawnego chłopca. A kruk jakimś sposobem przywołał dziecko, bo Piven podniósł wzrok i spojrzał prosto na nich, choć ukryli się wśród drzew na skraju lasu. Chłopiec wstał i bez wahania poszedł w ich stronę. Greven odczuwał niepowstrzymane przyciąganie do chłopca i choć wszystko w nim krzyczało, by tego nie robił, wyciągnął dłoń i z radością przywitał się z dzieckiem.

Wiedli spokojne życie, w którym niewiele się działo, i czuli się ze sobą bezpiecznie. Greven podarował chłopcu życie, chłopiec zaś - który szybko wyrósł na młodzieńca - dał Grevenowi nadzieję.

Całe życie uciekał przed zagrożeniem ze strony swojego prześladowcy, czemu więc teraz, kiedy pierwszy raz od dawna cieszył się większą wolnością i izolacją od świata, był taki niespokojny?

Ludzie znali go jako Jona Larka, zielarza mieszkającego z synem Petorem. Po raz kolejny samotnie wychowywał dziecko. Słyszał niegdyś o adoptowanym synu Valisarów, który był niemową niespełna rozumu - każdy mieszkaniec Penraven wiedział o ukochanym Pivenie. Ale w ciągu kilku dni od chwili, gdy podali sobie ręce, z osłupieniem usłyszał, że Piven potrafi mówić. Na początku urywanymi słowami, jak dziecko. Ale przecież miał wtedy dopiero pięć lat. Teraz był chuderlawym piętnastolatkiem.

Greven liczył na to, że chłopiec zapomni o przeszłości, Piven jednak wszystko pamiętał; jego pamięć była wręcz onieśmielająca. Potrafił szczegółowo opisać Brighthelm, więc Greven mógł w myślach zwiedzić różne komnaty. Czule opowiadał o swoich rodzicach, szczególnie o matce, której twarz pamiętał tak dobrze, że narysował ją dla Grevena; z niezwykłą wprawą uchwycił podobieństwo. Przede wszystkim jednak opowiadał o swoim bracie, Leo, i nieustannie mówił, że chciałby się z nim ponownie spotkać. Nigdy nie wspominał o tym, że Leo był bratem przyrodnim, ani o latach spędzonych w ciszy, we własnym świecie.

Greven próbował się dowiedzieć, dlaczego Piven nie potrafił się z nikim porozumieć i, co ważniejsze, jakim cudem ktoś, kto nigdy nie używał głosu, nagle tak dobrze i z taką łatwością zaczął mówić. Gdy pytał o to Pivena, chłopiec wzruszał ramionami i zamykał się w sobie, toteż Greven już dawno stwierdził, że to szczęście, że w ogóle ma dziecko, które w dodatku odżyło. Wyjaśnienia dotyczące życia chłopca sprzed ich spotkania były nieistotne - a przynajmniej tak sobie tłumaczył Greven. Sam nigdy nie wspominał o tym, jak żył, zanim zamieszkał z Pivenem, a gdy dotarły do niego słuchy od osób mieszkających w okolicach lasu, że szukała go Lily, zwalczył głębokie pragnienie spotkania z córką.

Intrygowały go jednak - i do pewnego stopnia niepokoiły - magiczne zdolności chłopca. Żaden z nich nie znał skali tych umiejętności i gdyby to zależało tylko od Grevena, nic by się w tej kwestii nie zmieniło. Piven był jednak bardzo młody, a młodość wiąże się z pewnymi słabościami. Czasami się popisywał, licząc na to, że zaimponuje Grevenowi talentem. Bywało i tak, że Piven się gniewał, a wtedy Greven obawiał się, jakich zniszczeń może narobić chłopak. Zwykle zadowalał się magią uzdrowicielską, Greven martwił się jednak, że Piven po prostu czeka na odpowiednią chwilę, by w pełni wykorzystać swoje umiejętności. Ostatnio zauważył, że jego adoptowany syn często pogrąża się w rozmyślaniach, a w jego obliczu czai się jakiś mrok i nadaje mu nad wiek dojrzały wyraz. Ale Piven nie chciał rozmawiać o tych chwilach.

Szczerze mówiąc, w miarę dojrzewania nie chciał także słuchać pochwał swych błyskotliwych umiejętności. Wyleczenie trądu było nie lada wyczynem, którego Greven nadal nie potrafił zrozumieć. Jak Piven tego dokonał? Po prostu przeciągnął dłońmi po dotkniętych chorobą miejscach i wrzody, które tak zatruwały życie Grevenowi, natychmiast zaczęły ustępować, aż w końcu jedynie ledwo widoczne blizny przypominały mu o tym, że był chory. A blizny w dodatku stawały się coraz bledsze. Wyłącznie drżenie zdradzało, kim był... kim nadal jest.

W czasie kilku ostatnich księżyców mroczny nastrój dopadał Pivena częściej. Nie na tyle zauważalnie, żeby to był problem, ale czasem zdarzało się, że Piven stawał samotnie przed domem, jak gdyby w transie. A kiedy Greven go wołał, chłopak odwracał się i patrzył na niego... było w tym coś dziwnego. Nie przerażało go to, lecz niepokoiło; nie miał pojęcia, o czym Piven myśli. Czasami się zastanawiał, czy to spojrzenie oznacza, że chłopiec zna prawdę.

Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się sześć dni temu, kiedy wstał i poinformował Pivena, że ich oślica Bonny okulała. Co dziwne, Piven zawsze wstawał pierwszy i zaczął już gotować owsiankę, uważnie mieszając, by pozbyć się kleistych grudek. Kiedy Greven powiedział mu o oślicy, Piven wyszedł, mówiąc, że idzie wydoić krowę Belle. Greven pozwolił mu wyjść, gdyż sądził, że chłopiec zdenerwował się z powodu Bonny. Kiedy jednak jakiś czas później podszedł do paleniska, znalazł Pivena pogrążonego w transie z zasępioną miną. Zawołał go po imieniu, Piven jednak nie zareagował, nie wydawało się nawet, że go usłyszał. Kilka chwil później chłopiec wrócił z uśmiechem na twarzy, ciepłym niczym tysiące słońc.

- Nie musisz zabijać Bonny. Myślę, że dojdzie do siebie - powiedział.

I rzeczywiście, gdy Greven poszedł sprawdzić, opuchlizna na nodze zwierzęcia już częściowo ustąpiła. Pokręcił głową. Myślał, że będzie musiał poderżnąć gardło zwierzakowi. Tymczasem właśnie zakładał mu na pysk worek świeżej karmy. Teraz noga oślicy była już zdrowa.

Tak, z Pivenem dobrze się żyło.

A jednak, jakby sam Lo postanowił zainterweniować, pan Junes z Minston Woodlet poinformował Grevena, że chce z nim rozmawiać pewna miła para - "starsi ludzie z Medhaven, którzy chyba znają cię z młodości", dodał Junes - i z jakiegoś powodu w głowie Grevena rozbrzmiały bijące na alarm dzwony. Nie wiedział dlaczego, ale martwiło go to zainteresowanie jego dzieckiem. Pivenem. Czy oni wiedzą? Poczuł niepokój i strach.

- Ale to nie może się wydać! - upomniał sam siebie. I się nie wyda. Starannie związał siwiejące włosy w kucyk. Wcześniej tego ranka przystrzygł brodę i założył najlepszą koszulę. Wyglądał schludnie, czysto i przyzwoicie... zupełnie inaczej niż ten niegdyś błąkający się po świecie trędowaty, przekradający się przez las w towarzystwie pięcioletniego chłopca i dziwnego czarnego kruka.

Wyszedł z chaty. Pora stawić im czoła. W najgorszym wypadku ponownie ucieknie z Pivenem, musiał jednak wiedzieć, z czym mają do czynienia. Musiał wiedzieć, czy imperator Loethar odkrył jego sekret.

Piven zniknął w cieniu drzew i gdy wiedział, że już go nie widać, odwrócił się i spojrzał na chatę. Pomyślał, że może i jest młody, ale nikt nie zdaje sobie sprawy - a chyba najmniej Greven - o ile starszy jest duchem. Właściwie Piven był w pełni świadomy swej osobliwej dojrzałości i celowo starał się jak najlepiej ją ukrywać. Z początku jego spostrzegawczość wprawiała go w zakłopotanie, teraz jednak wiedział, że to nie jest dar. O nie, dla niego ta nowa wiedza, to narastające poczucie celu - nadal zabarwione dezorientacją, choć nieustannie dręczące - było znacznie mroczniejsze... było elementem magicznej mocy, którą w sobie odkrył. Dojrzałość stała się jego przekleństwem, irytowały go kierunki, w jakich biegły jego myśli.

Im bardziej był tym zakłopotany, tym ostrożniej dzielił się własnymi spostrzeżeniami, zachowując się jak najprościej i licząc na to, że ta udawana niewinność będzie odpowiednia dla kogoś w jego wieku. Choć wraz z Grevenem żyli w ukryciu z dala od ludzi, ich ścieżki oczywiście regularnie krzyżowały się ze ścieżkami mieszkańców Minston Woodlet. Wtedy spotykał rówieśników, lecz w ich towarzystwie czuł się obco. Nie dlatego, że ich nie znał - niektórych znał bardzo dobrze - ale dlatego, że ich rozmowy i zabawy obracały się wokół dziecinnych błahostek.

Z rozmyślań wyrwało go przybycie kruka, który sfrunął na gałąź tuż nad jego głową.

- Cześć, Vyk - powiedział łagodnie. - Jak zawsze pojawiasz się w idealnym momencie.

Wielki czarny ptak wpatrywał się w niego z góry, Piven zaś wyczytał w tym spojrzeniu pytanie, mimo że oblicze towarzysza nigdy się nie zmieniało. Opowiedział krukowi o tym, że Greven usilnie próbował pozbyć się go z chaty.

- Mówi, że ma spotkanie, ale przecież Greven nigdy nie chodzi na spotkania. - Ostatnie słowo wypowiedział ironicznym tonem. - On coś ukrywa. Dziś rano był podenerwowany, chciał, żebym jak najszybciej wyszedł. - Spojrzał na ptaka i mówił dalej, jak gdyby w odpowiedzi na jego słowa. - Nie, nie wiem dlaczego, ale czuję, że to ma związek ze mną; czegoś się obawia. Ale niemożliwe, żeby się domyślił.

Piven westchnął.

- Nie mogę uwierzyć, że przez pięć lat byłem półgłówkiem. Wolałbym nie dostrzegać tego wszystkiego, co się dzieje wokoło. Czemu nie mogę, jak inni chłopcy w moim wieku, przejmować się, czy podobam się dziewczynom, albo kopać piłkę tak dobrze jak John Daw czy przeskakiwać na koniu przez wysokie przeszkody jak Doon Fowler? Zamiast tego myślę o polityce naszego kraju albo zastanawiam się nad podtekstami w rozmowie Grevena z tą wdową, Evelyn; albo zawsze jestem dziesięć kroków przed Grevenem w każdej rozmowie i próbuję tak nią pokierować, żeby się nie zorientował, że rozumiem znacznie więcej, niż mu się wydaje... i że wiem znacznie więcej niż on.

Sfrustrowany Piven ułamał gałązkę z drzewa.

- Dlaczego tak się dzieje, Vyk? Mam piętnaście, a nie pięćdziesiąt lat. Chciałbym być taki, jak moi znajomi. A tymczasem przerażają mnie moje sny. Regularnie śni mi się pewna kobieta. Nie poznaję jej, ale wiem, że to ktoś szczególny. Widzę ją tak wyraźnie, że próbuję jej dotknąć, ale to tylko wizja. A jednak - podniósł wzrok na ptaka, który wyglądał, jakby uważnie mu się przysłuchiwał - są takie chwile, kiedy mam wrażenie, że ona czuje moją obecność. - Pokręcił głową. - Wiem, że to brzmi głupio. To tylko sen. Ale tak bardzo się różni od innych snów, tych, które mnie przerażają i które przepełnia mrok i gniew. Sprawiają, że moja prawdziwa natura próbuje dojść do głosu, ale za bardzo boję się dowiedzieć, kim jestem.

Ravan sfrunął na ramię chłopca. Piven się uśmiechnął.

- Działasz na mnie kojąco, Vyk. Zawsze tak było. Wiem, że kiedy cię tu nie ma, wracasz do Loethara. Cieszę się, że mnie słuchasz; z nikim innym nie mógłbym się podzielić tymi myślami. Popatrz - powiedział, wskazując palcem. - Idzie Greven. Po co się tak wystroił? Zwykle spotyka się z rolnikami, a kaftan i koszulę zakłada na śluby i pogrzeby. A wiem, że teraz nie po to idzie do miasta.

Piven w milczeniu patrzył, jak Greven znika za wzniesieniem. Po chwili zaczął mówić dalej.

- Bez względu na to, z kim ma się spotkać, wiem, że dla nas nie wyniknie z tego nic dobrego. Wiem, że jakoś to na mnie wpłynie, a teraz nie jest na to odpowiednia pora. - Uderzył w drzewo. - Ani trochę odpowiednia! Coś się ze mną dzieje. Wiesz, że wczoraj skwaśniało przeze mnie mleko? Greven mnie zdenerwował, bo nie podobało mu się, że uzdrowiłem złamaną nogę wiewiórki, i przez mój zły humor zsiadło się całe wiaderko mleka, które właśnie wydoiłem od Belle. Na pewno się zorientował, bo nie powiedział zbyt wiele o cudownym ozdrowieniu okulałej Bonny. Myślałem, że się ucieszy z jej powrotu do zdrowia; próbowałem rozsądnie wykorzystywać swoje zdolności, ale za dobro, które mogę dzięki nim czynić, płacę jakąś cenę. Jestem o tym przekonany. Moje serce wypełnia się nienawiścią, Vyk; coraz bardziej złości mnie moje położenie, a jeszcze kilka miesięcy temu byłem przeszczęśliwy. A przecież nic się nie zmieniło. Prowadzę takie samo życie, które uwielbiam, a jednak czuję ten gniew. potrafię go kontrolować, ale kiedy staram się to robić, tłumić swoją moc, wyciszać wściekłość, dzieje się coś złego, tak jak z tym zsiadłym mlekiem. A będzie jeszcze gorzej. Czuję to. I boję się tego. Chcę tylko, żeby wszystko zostało takie samo, ale mam wrażenie, że to dzisiejsze spotkanie Grevena wszystko zmieni. - Miał świadomość, że mówi chaotycznie; słowa tłoczyły się na jego języku i z furią wypadały z ust, przeobrażając się w istną tyradę.

Ptak poruszył się na jego ramieniu i zaklekotał mu nad uchem. Zabrzmiało to jak pytanie.

- Nie wiem. Właśnie w tym sęk, że nie wiem, ale ten mrok, to szybkie dojrzewanie i ta nowa świadomość samego siebie prowadzą mnie w stronę czegoś lub kogoś i nie wiem, jak długo jeszcze będę w stanie kontrolować to przyciąganie. Poza tym Greven sądzi, że uda mu się mnie zwieść. Podziwiam jego spryt, a szczególnie odwagę, bo życie, które prowadzi, wymaga nerwów ze stali, ale nie docenia mnie. A wkrótce nie będę już w stanie dłużej chronić go przed prawdą.

Wzruszył ramionami, kruk zaś przeskoczył na gałąź.

- To nie ja, Vyk, to ta magia. Obiecaj mi, że bez względu na wszystko zawsze będziemy przyjaciółmi. Czuję, że mnie rozumiesz, choć nie możesz mi tego powiedzieć. Nie opuszczaj mnie, nawet jeśli cię zawiodę albo przestraszę. Moc przejęła nade mną kontrolę i muszę ją lepiej zrozumieć. Ktoś gdzieś musi wiedzieć, do czego ta moc mnie prowadzi.

Piven odwrócił się ze smutkiem i mozolnie ruszył w głąb lasu w poszukiwaniu grzybów, choć doskonale wiedział, że im się nie przydadzą.

4

Nieświadomy cierpienia Pivena Greven zmierzał do Minston Woodlet. We wsi była tylko jedna gospoda, jednak dzięki rosnącej popularności tutejszych mrozoodpornych winorośli budowano właśnie drugą. Barbarzyńcy najwyraźniej polubili gęste, ciemne wina z południa, na których bukiet wpływało słone powietrze znad pobliskiego morza i gleba z lasów, wokół których rosła winorośl. Greven był pewien, że za kilka lat Minston Woodlet będzie świetnie prosperującym południowym miasteczkiem o rosnącej liczbie ludności, którą dodatkowo zwiększać będą przybywający na winobranie pracownicy. Dni jego i Pivena w tej okolicy były policzone.

- Witaj, Jon - powiedziała atrakcyjna kobieta, która zwolniła kroku, podchodząc do Grevena.

Evelyn podobała mu się, ale nie tak bardzo i nie w taki sposób, w jaki on podobał się jej. Niemal żałował tej chwili zapomnienia, na którą pozwolili sobie w jego łóżku pod nieobecność Pivena, gdy ten po raz kolejny poszedł nazbierać cennych saramakowych grzybów. Doszło do tego, kiedy zewnętrzne oznaki trądu zaczęły zanikać i Greven z niezwykłym entuzjazmem odnosił się do niesamowitego uzdrowicielskiego talentu chłopca. Piven potrafił czynić cuda; przy nim Greven ze swoimi śmiesznymi ziołami wyglądał jak szarlatan. Teraz jednak ten talent go przerażał. Piven był kiedyś znacznie pogodniejszy, a Greven wiedział, że obecny stan ducha chłopca nie jest po prostu rezultatem młodzieńczych wahań nastroju; kryło się w tym coś więcej. Jakieś mroczne przeczucia.

- Jon, ty stary diable, z każdym księżycem robisz się przystojniejszy - rzekła Evelyn. - Twoja skóra wygląda imponująco.

Już w czasie pierwszych dni spędzonych z Pivenem ta strona twarzy Grevena, którą bardziej naznaczyła choroba, stała się suchsza. Wyglądał, jakby miał problemy skórne, a nie chorował na coś poważnego. I tego się trzymał, tłumacząc, że przypadkowo zatruł się nie do końca znanymi ziołami, ludzie zaś w to wierzyli, szczególnie że wrzody nie wyglądały już jak u trędowatego.

- Chyba wreszcie pozbyłem się trucizny z organizmu. - Uśmiechnął się.

- W rzeczy samej. Wyglądasz bardzo dobrze i bardzo elegancko.

- Dziękuję. Mam spotkanie z ludźmi, którzy znają mnie z lat dziecinnych spędzonych w Medhaven - powiedział, licząc na to, że szybko będzie mógł się z nią pożegnać.

Evelyn jednak wyraźnie chciała odwlec ten moment.

- Chodzi o tę parę, która zatrzymała się Pod Gronem i Gwizdkiem?

Greven poczuł ukłucie strachu, lecz zachował spokój w głosie.

- Prawdopodobnie tak - odparł nieobecnym tonem, po czym chcąc sprawić wrażenie, że nie są mu bliscy, dodał: - Mam nadzieję, że ich rozpoznam. Nie widziałem ich od wielu lat.

- Właśnie z nimi rozmawiałam. Clovis i Reuth, prawda?

Na twarzy Grevena pojawił się wymuszony uśmiech.

- Zgadza się - powiedział, jak gdyby po raz pierwszy od dawna słyszał ich imiona.

- Mili ludzie. - Zmarszczyła brwi, a on niemal dostrzegł, jak bardzo starała się wykorzystać okazję, by przedłużyć to spotkanie. - Skąd znasz...?

- Wybacz, Evelyn, ale nie mogę się spóźnić. A obiecałem zajrzeć jeszcze do starego Berna; odezwał się jego artretyzm. - Greven już szedł dalej. - Muszę znaleźć dla niego lepsze lekarstwo niż to, które teraz stosuje. - Uśmiechnął się ze szczerą skruchą. - Wybacz, ale muszę lecieć.

Odwzajemniła uśmiech, choć ze smutkiem, jak gdyby wiedziała, że przed nią ucieka. Wiedział, że będzie musiał się z nią jeszcze zmierzyć. Musiał być szczery, lecz delikatny, zamiast tchórzliwie jej unikać. Ale nie dziś.

Uniósł dłoń na pożegnanie i odwrócił się plecami do Evelyn, by ruszyć w dalszą drogę do Minston Woodlet. Tego ranka w miasteczku panował gwar. Zapomniał, że to dzień targowy, ale było mu to na rękę; łatwiej mu będzie porozmawiać z nieznajomymi i nie zwracać na siebie uwagi, gdy wokoło będzie więcej ludzi.

W oddali zamajaczyła karczma Pod Gronem i Gwizdkiem. Greven zapragnął odwrócić się i jak najdalej uciec z tego miejsca. Miał przeczucie, że zdarzy się coś złego. Oczywiście coraz trudniej było mu walczyć z chorobą, na którą cierpiał od urodzenia. Traktował tę przypadłość właśnie jak chorobę i zamiast walczyć z tym silnym pragnieniem, stopniowo mu się poddawał. Dzięki przebywaniu blisko obiektu swoich pragnień nauczył się już panować nad kierującą nim potrzebą. Życie w lesie pomagało, a przymusowe wykluczenie ze społeczeństwa z powodu trądu, który był niczym ostrzeżenie, okazało się najlepszym lekarstwem. Greven nadal jednak kusił los, celowo trzymając się blisko zagrożenia, w nadziei że wraz z upływem lat do perfekcji nauczy się nad sobą panować.

I tak się stało. Nim zebrał się na odwagę, by tamtego dnia ruszyć za krukiem na skraj lasu, był przekonany, że pokonał w sobie tę słabość. I udowodnił to. Teraz jednak się zastanawiał, czy dzika i potężna moc może pomóc Pivenowi odkryć prawdę. Nie rozumiał tej magii - nie miała sensu - ale nie był w stanie długo wytrzymać w towarzystwie chłopca. Szczególnie dokuczliwa była drażliwość, jaką odczuwał w jego obecności, ostatnio jednak musiał sięgać coraz głębiej, by zwalczyć pokusę opuszczenia lasu, który stał się taką skuteczną kryjówką. Może powinien powiedzieć chłopcu o wszystkim. Mogłoby się okazać, że Piven potrafi mu pomóc.

Greven pokręcił głową. Był przepiękny dzień pory kwitnienia, a czekające go spotkanie nie miało nic wspólnego z tymi dręczącymi go od dawna obawami. Mimo wszystko musiał zebrać się w sobie, by przestąpić próg gospody.

Przez Minston Woodlet nie prowadził żaden z głównych szlaków, było jednak popularnym miejscem postoju dla podróżnych zmierzających na wyspę Medhaven lub z niej wracających. Rozejrzał się po głównej sali karczmy, lecz prócz kilku znajomych osób, które pracowały w gospodzie, widział same nieznajome twarze - domyślił się, że to podróżni.

- Hej, Jon - usłyszał czyjś głos i odwrócił się w stronę lady, gdzie karczmarz wycierał i układał umyte kufle.

- Witaj, Derrianie.

- Siedzą z tyłu na podwórzu. Mówili, że się wygrzewają. - Derrian się uśmiechnął. - Podobno nie widzieli cię kopę lat. Rodzina?

Greven zaprzeczył ruchem głowy. Obawiał się tych ludzi, dlatego najchętniej nie mówiłby na ich temat ani słowa.

- Znajomi z wczesnej młodości.

Karczmarz kiwnął głową.

- Macie w takim razie sporo do nadrobienia - powiedział. - Podać wam dzban dinchu? Oni właśnie jedzą śniadanie.

Greven przytaknął.

- Byle mocnego. - Przeszedł na tyły sali, a potem przez drzwi wychodzące na malownicze podwórze otoczone murem. W centralnym miejscu stała okrągła fontanna. Wokół niej podskakiwało dwoje dzieci: chłopiec starszy od dziewczynki, która najprawdopodobniej była jego siostrą. Pod tylną ścianą siedziała para w średnim wieku pogrążona w cichej rozmowie. Oboje wstali, gdy Greven ruszył w ich kierunku, on zaś z zaskoczeniem dostrzegł, że są równie zdenerwowani jak on.

- Jestem Lark. - Zrobił zakłopotaną minę. - Chcieliście się ze mną zobaczyć?

- Clovis i Reuth Barrow - odparł mężczyzna. - To nasze dzieci. - Wyciągnął rękę.

Greven szczycił się tym, że potrafi oceniać ludzkie charaktery. W twarzy tego człowieka wyczytał wrażliwość. Choć Clovis Barrow miał szerokie barki i był wysoki, nie wyglądał groźnie. To w ciemnookiej kobiecie Greven wyczuł prawdziwą siłę. Uścisnął dłonie obojga.

- Witajcie w Minston Woodlet, choć nie wiem, co mogłoby was tu zainteresować - powiedział z wymuszonym delikatnym uśmiechem. - To naprawdę senna wioska.

Przyjacielski ton przełamał napięcie.

- Dołączy pan do nas? - spytała Reuth. - Właśnie zjedliśmy późne śniadanie, ale...

- Za chwilę dostaniemy dinch - zapewnił ich Greven. Co ciekawe, miał wrażenie, że czują się niezręcznie w jego towarzystwie bardziej niż on przy nich. Dlaczego brak im pewności siebie?

- Proszę - rzekł Clovis, wskazując trzecie krzesło przy niewielkim stole.

- Proszę wybaczyć ten bałagan - dodała Reuth, starając się uprzątnąć resztki ze stołu.

Greven usiadł, obserwując ich zakłopotanie. Oboje byli w podobnym wieku - kobieta mogła być nieco starsza - a gdy przyjrzał im się dokładniej, ocenił ich na jakieś pięćdziesiąt lat; z początku myślał, że są młodsi. Siwizna jedynie przyprószyła linię włosów Reuth, włosy i broda Clovisa zaś były całe poprzetykane srebrnymi nitkami - a jednak ich dzieci były małe. Drugie małżeństwo, domyślił się Greven. Ale czego ta rodzina od niego chce? Czekał - wolał, żeby to oni zaczęli rozmowę.

- Zapewne zastanawia się pan, dlaczego chcieliśmy się z panem zobaczyć - zaczął Clovis.

- To prawda.

- Proszę się nas nie obawiać, panie Lark - uspokajała Reuth, spoglądając na męża i ośmielająco kiwając głową.

- Nie boję się - skłamał Greven.

- Nie chcemy kłopotów - kontynuował Clovis.

- Jestem wdzięczny - rzekł Greven, chcąc zachować jak największą oszczędność w słowach.

Reuth podniosła wzrok, gdy drzwi prowadzące na podwórze otwarły się z hukiem.

- Chyba niosą dinch, panie Lark.

- Mówcie mi Jon - powiedział Greven - bo przecież mamy wyglądać na starych znajomych.

Oboje pokiwali głowami, spoglądając po sobie nerwowo. Greven zauważył, że są pełni obaw. Dzięki temu poczuł się pewniej po raz pierwszy od chwili, gdy dowiedział się, że ktoś o niego pytał. Piven był bezpieczny w lesie, gdzie nikt go nie znajdzie.

Podano dzban dinchu.

- Przynieść coś jeszcze? - zapytała dziewczyna.

Przybysze pokręcili głowami, ona zaś słodko się uśmiechnęła i odeszła. Greven nalał sobie trunku, raczej po to, żeby się czymś zająć, niż dlatego że miał ochotę się napić. Nieznajomi nic nie mówili, odezwał się więc zdecydowanym tonem.

- Mistrzu Clovisie, Reuth, nie znam żadnego z was, ale musiałem udawać, że jest inaczej, żeby wprowadzić w błąd osoby, z którymi na co dzień przebywam. Nie interesuje mnie, czy jesteście z Medhaven, czy aż z Percheron, ale należy mi się wyjaśnienie, dlaczego tu jesteście i podajecie się za moich starych znajomych. - Westchnął. - Nie lubię tajemnic - skłamał.

Reuth przytaknęła.

- Powiedz mu o wszystkim, Clovisie.

Clovis odchrząknął, a Greven zwrócił się w jego stronę, zauważywszy z zaskoczeniem, że oboje ukradkiem rozejrzeli się wokoło.

- Jesteśmy tu sami - zapewnił. - Nikt nie będzie podsłuchiwał naszej rozmowy.

- Krótko po ataku na Penraven ja i moja żona przebywaliśmy w Brighthelm. Schwytano nas i zabrano razem z innymi Obdarowanymi, i tam dowiedzieliśmy się, co nas czeka. Niektórych z nas barbarzyńcy postanowili zatrzymać, pozostałych zabili. Nie mieliśmy pojęcia, do której grupy trafimy. To były przerażające dni - rzekł Clovis, a Reuth położyła dłoń na jego ramieniu. - W każdym razie - kontynuował - to już historia. Ocalił nas człowiek zwany Freathem, jeden z bliskich doradców Valisarów. Wówczas nie rozumieliśmy jeszcze w pełni niebezpiecznej sytuacji, w jakiej się znalazł, ani tego, jak codziennie ryzykował życie, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo i chronić synów Valisarów.

- Wybaczcie. To dramatyczna opowieść, ale zastanawiam się, po co tu jestem... Co ta historia ma wspólnego ze mną? - rzekł Greven jak najbardziej uprzejmym, lecz zdecydowanym tonem.

Reuth się uśmiechnęła.

- Clovis zawsze lubił opowiadać.

Clovis odchrząknął.

- W takim razie za chwilę kończę - powiedział bez urazy. - Reuth miała szczęście, gdyż Freath pomógł jej w ucieczce. Ja zostałem w Brighthelm dłużej, a Freath wtajemniczył mnie w pewien plan. Wiem, że nie tylko następcy tronu Leonelowi udało się uciec z pałacu, ale że i drugi, adoptowany syn, ten ograniczony, jakoś się stamtąd wydostał. "Zagubiony" to chyba najtrafniejsze słowo, jakim można było określić to dziecko. Freath nie mógł przeboleć jego straty, a ja nie potrafiłem spełnić oczekiwań doradcy w związku z jego intrygami, dlatego zgodziłem się zrezygnować ze względnego bezpieczeństwa, jakie zapewniało mi przebywanie w pałacu, i odnaleźć Pivena. Najpierw odnalazłem Reuth, ale ciągle szukałem chłopca.

- Muszę przyznać, że to pasjonująca opowieść - powiedział Greven, przyglądając się parze i próbując ukryć rozpacz. Lekko pokręcił głową i uśmiechnął się szczerze. Wyglądało na to, że jego obawy miały właśnie się sprawdzić, psując ten pogodny dzień. - Nadal jednak nie rozumiem, jak...

- Chłopiec, z którym pan mieszka, to syn Valisarów, prawda? - naciskała Reuth, pochyliwszy się.

Greven nie wiedział, co powiedzieć. Zamarł, szukając w głowie słów, które nie zdemaskowałyby ani jego, ani Pivena.

Clovis westchnął.

- Panie Lark, powinien pan wiedzieć, że jestem wybitnym wróżbitą, a moje naturalne umiejętności pomogły mi pana odnaleźć. Ale, co ważniejsze, moja żona miewa wizje. To jej moc po latach poszukiwań przyprowadziła mnie do pana.

Greven przyjrzał im się, zachowując obojętny wyraz twarzy, jednak wszystko wrzało w nim z niepokoju.

- Nie musi pan się nas obawiać, panie Lark - powtórzył Clovis. - Tak jak tłumaczyłem, szukałem chłopca przez ostatnią dekadę.

- Dlaczego?

- Przyznaje pan, że chłopiec, którego nazywa pan Petorem, to Piven, niepełnosprawny adoptowany syn Valisarów?

- Ależ skąd - odparł Greven, choć kłamstwo ledwo przeszło mu przez gardło. Kontynuował z oburzeniem: - To niedorzeczne i prosiłbym, żebyście nie rzucali publicznie takich oskarżeń.

Clovis pokręcił głową.

- Chcę go jedynie chronić. Nie zrobię niczego, co mogłoby mu zaszkodzić. Wiem, że pragnie pan tego samego, dlatego ukrywa pan prawdziwą tożsamość Pivena.

- Panie Barrow...

- Czy możemy się z nim zobaczyć? - spytała Reuth, przerywając Grevenowi.

- Słucham?

- Czy możemy się zobaczyć z tym chłopcem? Ja tylko o nim słyszałam, ale Clovis widział go z bliska. Rozpozna go.

- Nie mam zamiaru pozwolić wam oglądać mojego syna - warknął Greven. - Jak możecie? - mruknął. - Jak śmiecie wkraczać w ten sposób w moje życie i żądać takich rzeczy?

Clovis pokręcił głową ze smutkiem.

- Panie Lark, widziałem, jak wielu ludzi zostało brutalnie zamordowanych na rozkaz barbarzyńskiego tyrana. Ukochany były mąż Reuth został na jej oczach wyprowadzony na obskurne podwórze, a potem zabity; słyszała, jak krzyczał wśród innych osób, które udawały Obdarowanych. Moja pierwsza żona i cudowna mała córeczka zostały zarżnięte przez barbarzyńskiego wojownika, który nazywa siebie generałem. Nasz wielkoduszny imperator, który teraz przywdział maskę sprawiedliwego i dobrego władcy, ukradł koronę, rozlewając morze krwi, panie Lark. Z pewnością pan o tym wie.

Niepocieszony Greven pokiwał głową. Opowieść tych dwojga wstrząsnęła nim i dotknęła go do głębi.

- Mamy powody, by żywić urazę wobec tyrana.

- Ale co mój syn ma wspólnego z waszą misją? - niepewnie spytał Greven.

- Jeśli jest pańskim synem, to nic - rzekł Clovis. - A jeśli to Piven, tak jak sądzimy, to stanowi nieodłączny element naszej walki.

- Walki? O czym wy mówicie?

Clovis jeszcze bardziej ściszył głos.

- O przywróceniu prawowitego króla na tron.

Greven jeszcze raz przyjrzał się ich napiętym rysom. Byli przejęci.

- Pivena?

- Nie, Leo - powiedział Clovis. - Wszyscy wierzymy, że żyje.

- Wszyscy?

- Obdarowani - odpowiedziała Reuth. - Ci z nas, którzy przeżyli, noszą specjalny znak. - Odwróciła się, odgięła ucho i pokazała Grevenowi wytatuowany półksiężyc. - Panie Lark, moja osobliwa i kapryśna umiejętność polega na tym, że wyczuwam, gdy ma się stać coś złego. Ta moc jest bardzo silna, lecz wizje pojawiają się rzadko. Wiedziałam na przykład, że barbarzyńcy po mnie przyjdą, choć przez całe życie kryłam się ze swoim talentem. Wiedziałam też, że zginie mój mąż, bez względu na to, jak bardzo staraliśmy się go chronić. Wyczułam czekające rodzinę królewską cierpienie; nie widziałam śmierci, lecz czułam, że Valisarów, którzy mogliby przeżyć, spotkają same nieszczęścia. Poza tym, panie Lark, gdy tylko wszedł pan na to podwórze, od razu ogarnęło mnie złe przeczucie. Nie wiem, czy dotyczy pana, czy pańskiego syna, czy może chodzi o niepomyślny układ gwiazd zwiastujący ból w pańskim życiu, ale stanie się coś bardzo złego. I to niedługo. Chcę tylko pana ostrzec.

Greven wstał.

- Trzymajcie się ode mnie z daleka - zażądał, wskazując na nich palcem. - Trzymajcie się z daleka od Petora.

Clovis spojrzał ponad ramieniem Grevena.

- Przestraszył pan nasze dzieci, panie Lark, i ryzykuje pan zwrócenie na siebie uwagi.

- Nikt was nie zna w tej wiosce. A mnie tak. Mój syn i ja mieszkamy tu od...

- Dziesięciu lat - dokończyła Reuth spokojnym tonem. - Wiemy o tym. I właśnie tyle czasu Clovis szuka dziecka Valisarów. Zapomina pan, że walczymy o przetrwanie Valisarów od samego początku. Nigdy nie ustaliśmy w swoich staraniach o przywrócenie prawowitego króla na tron.

Greven postanowił wykorzystać swoją ostatnią szansę.

- Tyle że pomijacie pewien bardzo istotny fakt.

- Jaki? - spytała Reuth.

- Jesteście przekonani, że Piven jest niepełnosprawny.

Clovis i Reuth przytaknęli.

- Nigdy nie powiedział ani słowa i był zamknięty we własnym świecie - rzekł Clovis.

- W takim razie musicie wiedzieć, że Petor jest niezwykle bystry. Potrafi mówić jak każdy piętnastolatek - przekonywał Greven, pochyliwszy się nad stołem, by dodatkowo podkreślić swoje słowa. - Jest pełen życia.

Reuth zmarszczyła brwi i przelotnie spojrzała na męża.

- Popytajcie ludzi, jeśli mi nie wierzycie - powiedział Greven wyzywającym tonem. - Mój Petor nie jest dzieckiem, którego szukacie. To tylko niefortunny zbieg okoliczności, że ci dwaj chłopcy są w tym samym wieku. - Niemal widział, jak rozczarowanie przybiera postać kłębiącej się nad ich głowami czarnej chmury.

Clovis westchnął.

- Mimo wszystko chciałbym go zobaczyć.

- Nie zgadzam się. Nie będziecie straszyć mojego dziecka.

- Panie Lark, w jaki sposób ludzie tacy jak my, z małymi dziećmi, mogliby kogoś przestraszyć? - spytała Reuth.

- Jak dotąd wszystko, co robicie, przynosi taki skutek i nie mam zamiaru dopuścić was do mojego syna, rozumiecie? Odejdźcie i zostawcie nas w spokoju.

- Nie możemy - powiedział Clovis. Jego poważny ton zmroził Grevena. - Dałem słowo ludziom, którzy narażali życie, żeby ocalić Pivena w tych okrutnych czasach po obaleniu króla. Obiecałem, że go odnajdę. I myślę, że mi się udało.

- Odejdźcie - powiedział Greven bezsilnym tonem. Odwrócił się plecami i zawołał przez ramię: - I trzymajcie się od nas z daleka.

Rzucił karczmarzowi Derrianowi Junesowi dwa trenty na ladę i nawet się nie zatrzymał, żeby wymienić uprzejmości. Z gospody Pod Gronem i Gwizdkiem wyszedł zamaszystym krokiem i tak szybko, jak mogły go ponieść nogi, ruszył w kierunku lasu. Zniknął wśród drzew, licząc na to, że ukryje się przed ludźmi.