Krew pod kamieniem - Jan B. Bełkowski

Kup ebooka

49.41 zł
43.48 zł (40,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SZCZĘ­ŚCIE I NIE­SZCZĘ­ŚCIE

- Szczę­ście do cie­bie się uśmiech­nęło, La­ska.

Szczę­ście? Ko­mi­sarz Ja­kub La­skow­ski nie wie­rzył w szczę­ście, które się do niego znie­nacka uśmie­cha. Bar­dzo za to ce­nił chwile, które mógł po­świę­cić na swoje co­dzienne, po­ranne ry­tu­ały. Bułka cy­na­mo­nowa, ga­zeta (cza­sami sprzed kilku dni), a po­tem kawa z eks­presu prze­le­wo­wego pita na sto­jąco przy du­żym oknie z wi­do­kiem na cen­trum War­szawy. Je­śli gdzieś w za­wo­do­wym ży­ciu La­skow­skiego było szczę­ście, a przy­naj­mniej jego na­miastka, to wła­śnie w tych mo­men­tach.

Gdy coś mu za­bu­rzało po­ranną ru­tynę, iry­to­wał się, nie­spe­cjal­nie się z tym kry­jąc. Za­bu­rza­nie jego rytmu to nie było szczę­ście. Brak bułki cy­na­mo­no­wej w ulu­bio­nej pie­karni rów­nież nie sta­no­wił po­wodu do ra­do­ści. Albo brak ga­zet, bo ktoś uznał, że skoro są sprzed kilku dni, to nie ma w nich nic war­to­ścio­wego (co zda­niem La­skow­skiego co­raz czę­ściej było prawdą do­ty­czącą wszel­kich ga­zet, nie­za­leż­nie od daty ich wy­da­nia). Wy­trą­cał go z rów­no­wagi eks­pres, który po­tra­fił za­ple­śnieć, je­śli przez kilka dni nie było go w pracy i nikt inny urzą­dze­niem się nie za­in­te­re­so­wał.

Naj­bar­dziej od­le­gła od stanu szczę­śli­wo­ści była sy­tu­acja, w któ­rej rano ktoś do niego mó­wił i cze­goś chciał. Je­dyny wy­ją­tek to pewna bar­dzo ładna sprze­daw­czyni w pie­karni (przy­pięta pla­kietka in­for­mo­wała, że ma na imię Syl­wia), ale nie we wszyst­kie dni pra­co­wała na po­ran­nej zmia­nie. To smutne, że ni­gdy nie po­wie­działa do niego nic wię­cej niż: "Coś jesz­cze?" i "Wy­dru­ko­wać po­twier­dze­nie z karty?". Za­sta­na­wiał się, czy je­śli któ­re­goś dnia od­po­wie, po­prosi o bułkę tartą lub po­twier­dze­nie, to ta na niego spoj­rzy i roz­mowa ja­koś się po­to­czy. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że za­pewne tak się nie sta­nie. Poza tym po co mu bułka tarta i po­twier­dze­nie?

- Halo! Zie­mia!

Po­my­ślał, że po­wi­nien się przy­zwy­czaić. Spo­kój o po­ranku to nie jest trwały stan. Nie w wy­dziale za­bójstw Biura Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Głów­nej Po­li­cji. I nie w środku upal­nego lata, kiedy roz­grzani wy­so­kimi tem­pe­ra­tu­rami i al­ko­ho­lem ro­dacy pro­wa­dzą swoje ro­dzinne wen­dety, czy krwawo wy­ja­śniają róż­nice w świa­to­po­glą­dach. Albo za po­mocą kilku moc­nych kop­nięć w głowę usta­na­wiają hie­rar­chię na osie­dlu - oczy­wi­ście nie na bo­ga­tych przed­mie­ściach mia­sta ta­kiego jak War­szawa, bo tam o miej­scu w hie­rar­chii de­cy­do­wała klasa auta.

- Szczę­ście się do cie­bie uśmiech­nęło, La­ska. - Usły­szał po­now­nie. - I bar­dzo do­brze, że się uśmiech­nęło, bo po­li­cjant, który naj­wy­raź­niej jest kom­plet­nie głu­chy, po­wi­nien mieć go dużo.

La­skow­ski z ża­lem spoj­rzał na bu­dynki wi­doczne za oknem. Dzień za­po­wia­dał się upal­nie, a nad nie­któ­rymi da­chami po­wie­trze już wi­bro­wało od go­rąca. Po­my­ślał, że cho­ciaż pod­czas świeżo skoń­czo­nego urlopu nie ba­wił się może zbyt do­brze, to i tak był on sta­now­czo za krótki. Za­wsze w ta­kich mo­men­tach stwier­dzał, że po­wi­nien był zo­stać na­uczy­cie­lem. Ale za każ­dym ra­zem chwilę póź­niej po­ja­wiała się re­flek­sja, że nie skoń­czy­łoby się to do­brze ani dla niego, ani dla uczniów. No i byłby w jesz­cze więk­szych ta­ra­pa­tach fi­nan­so­wych, niż już jest.

- Nie dam rady wię­cej - wes­tchnął te­atral­nie ciężko, od­wra­ca­jąc się od okna. - Mam już dużo na gło­wie, zwłasz­cza że je­stem po wa­ka­cjach. Zo­bacz, jak mi się wszystko spię­trzyło. - Wska­zał dło­nią na biurko za­wa­lone pa­pie­rami.

- Na­wet nie wiesz, co dla cie­bie mam, a już od­ma­wiasz. - In­spek­tor Jo­achim By­del­ski z uśmie­chem prze­kro­czył próg ga­bi­netu i swo­bod­nie roz­siadł się na krze­śle sto­ją­cym na­prze­ciwko biurka. - Puk, puk - po­wie­dział i za­pu­kał w blat. - Nie prze­szka­dzam?

- Pro­szę, czym chata bo­gata... Jak Boga ko­cham, By­del­ski, mam ro­botę.

- Do­brze wiem, że Boga nie ko­chasz. Zresztą w sercu po­wi­nie­neś mieć mi­łość do żony, a przede wszyst­kim mi­łość do swo­jego szefa. Żony już nie masz, co w twoim przy­padku jest zmianą na plus, i po­zo­sta­wia mnó­stwo prze­strzeni dla szefa. Czyli dla mnie. A co do ro­boty... Prze­cież sprawa tej dwójki z Me­hof­fera jest już za­ła­twiona. Ze­zna­nia masz po­twier­dzone, wszystko ja­sne, a ko­leś już sie­dzi i grzecz­nie czeka na pro­ces. Bra­kuje chyba tylko po­twier­dze­nia no­ta­rial­nego z przy­zna­niem się do winy. No­men omen.

By­del­ski uśmiech­nął się sam do sie­bie, za­do­wo­lony ze słow­nego żartu. Zła­pany przez La­skow­skiego ka­ni­bal - sprawca po­dwój­nej, od­ra­ża­ją­cej zbrodni - był apli­kan­tem no­ta­rial­nym po­cho­dzą­cym z bo­ga­tej praw­ni­czej ro­dziny szczy­cą­cej się wie­lo­po­ko­le­niową tra­dy­cją. Jego uję­cie, po skom­pli­ko­wa­nym śledz­twie, przy­słu­żyło się nieco re­pu­ta­cji po­li­cji oraz zna­cząco pod­biło wy­niki sprze­daży ta­blo­idów. In­ter­net roz­grzały ko­men­ta­rze pod ar­ty­ku­łami z ta­kimi ty­tu­łami jak: Po­twór z Wi­la­nowa ze sma­kiem zjadł swo­ich przy­ja­ciół. Magda Ges­sler ko­men­tuje, Woj­ciech Amaro: Je­dze­nie lu­dziny, zwłasz­cza su­ro­wej, to grzech, "Mam spory mo­ralny nie­smak" - mówi Szy­mon Ho­łow­nia czy Cej­row­ski prze­rywa mil­cze­nie! "Nie ta­kie rze­czy ja­dłem w Ekwa­do­rze". Głos za­brał na­wet epi­sko­pat (acz­kol­wiek list dusz­pa­ster­ski wy­sto­so­wany do wier­nych spro­wa­dzał się do kon­klu­zji: "Na szczę­ście nie zje­dzono wy­soko po­sta­wio­nych przed­sta­wi­cieli kleru"). Sprawa Me­hof­fera nieco go­rzej wpły­nęła na re­pu­ta­cję no­ta­riu­szy, to już jed­nak nie było zmar­twie­nie ani Ko­mendy Głów­nej, ani By­del­skiego czy La­skow­skiego.

Pie­przyć no­ta­riu­szy - po­my­ślał ko­mi­sarz. Do czego i komu są oni wła­ści­wie po­trzebni? W jego hie­rar­chii za­wo­dów praw­ni­czych pla­so­wali się ni­sko, cho­ciaż i tak znacz­nie wy­żej niż ko­mor­nicy. No i zde­cy­do­wa­nie wy­żej niż ad­wo­kaci i radcy prawni. Zwłasz­cza radcy prawni. Jakby się za­sta­no­wić, to na tle ko­mor­ni­ków, ad­wo­ka­tów i rad­ców praw­nych no­ta­riu­sze nie wy­pa­dali tak źle.

- Może po­wi­nie­nem o nich zmie­nić zda­nie? - La­skow­ski ostat­nio był pod wpły­wem in­ter­ne­to­wego in­flu­en­cera i life co­acha, Moc­nego Gostka, który za­chę­cał do ro­bie­nia so­bie men­tal­nych no­tek z rze­czy, które w ciągu dnia ko­goś za­sko­czyły bądź za­sta­no­wiły. Men­talna no­tatka na dziś: Zmie­nić zda­nie o no­ta­riu­szach. Zda­nia o rad­cach praw­nych nie zmie­niać.

- Chło­pak sie­dzi i czeka, przy­znaję, ale prze­cież i tak mam mnó­stwo pa­pie­rów do prze­ro­bie­nia przy spra­wie Zyry. Samo roz­li­cze­nie wy­dat­ków... - Po­now­nie ciężko wes­tchnął. Wzdy­cha­nie to coś, w czym La­skow­ski był na­prawdę do­bry. Może dla­tego, że przy­cho­dziło mu cał­ko­wi­cie na­tu­ral­nie. - Za­wsze mó­wi­łeś, że to ważne.

Wska­zał pal­cem na szcze­gól­nie oka­załą stertę pa­pie­rów le­żącą na biurku. Jego zda­niem przy­naj­mniej trzy czwarte wy­dat­ków, które zle­cił przy pro­wa­dzo­nej ostat­nio spra­wie Zyry, były zbędne. Ja­sne, trzeba wszystko roz­wa­żyć i wy­ja­śnić bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, ale po co eks­per­tyzy, skoro sprawca jest cały we krwi ofiary? W do­datku leży obok niej za­mro­czony al­ko­ho­lem i pa­roma in­nymi sub­stan­cjami. I kil­ku­krot­nie w ciągu ostat­nich mie­sięcy był przez ofiarę zgła­szany po­li­cji z po­wodu po­bić i gróźb. Za­wsze w ta­kich sy­tu­acjach do­cho­dził do wnio­sku, że po­li­cja po­winna się za­wczasu wy­ka­zać ak­tyw­no­ścią, a nie już po fak­cie wy­da­wać for­tunę na ana­li­zo­wa­nie roz­pry­sków krwi i tego, w ja­kiej ko­lej­no­ści za­da­wano ude­rze­nia no­żem.

- Wy­datki za­wsze cze­kają na roz­li­cze­nie, przy­naj­mniej u cie­bie... - spo­waż­niał By­del­ski, jakby zmar­twiony wi­zją tego, że wska­zana góra do­ku­men­tów prę­dzej czy póź­niej trafi do niego.

Nie­na­wi­dził zaj­mo­wać się ta­kimi kwe­stiami. Nie tak so­bie wy­obra­żał by­cie po­li­cjan­tem. Ma­rzył o tym, że bę­dzie jak w se­rialu Miami Vice - po­ścigi spor­to­wymi au­tami i piękne, opa­lone ko­biety z per­li­stym śmie­chem ule­ga­jące cza­rowi funk­cjo­na­riu­szy. Plus co ja­kiś czas strze­la­nina, w któ­rej młody Achi­mek By­del­ski pre­cy­zyj­nymi strza­łami mię­dzy oczy uwal­nia spo­łe­czeń­stwo od ban­dzio­rów. Już pierw­sze ty­go­dnie służby na war­szaw­skiej Pra­dze-Pół­noc bo­le­śnie zwe­ry­fi­ko­wały ten ob­raz. Po­ścigi pro­wa­dzono na pie­chotę, blade, wy­nisz­czone al­ko­ho­lem, nar­ko­ty­kami oraz sa­mym ży­ciem ko­biety rzadko kiedy miały kom­plet uzę­bie­nia, a za­miast wy­cią­ga­nia spluwy z ka­bury funk­cjo­na­riu­sze wy­cią­gali ra­czej kasę z wła­snego port­fela, aby ku­pić pa­pier to­a­le­towy na ko­mendę. Trzy­dzie­ści lat póź­niej w ży­ciu By­del­skiego o Miami przy­po­mi­nały je­dy­nie upały i palma na ron­dzie de Gaulle'a.

- Ale trudno. Zo­staw to. Mam ważną sprawę.

- Tak my­śla­łem, że nie przy­cho­dzisz do mnie z czy­stej sym­pa­tii - po­wie­dział La­skow­ski i po­czuł ukłu­cie bólu w sercu, bo stwier­dził, że chyba nikt nie przy­cho­dzi do niego z czy­stej sym­pa­tii. Nikt oprócz jego dzieci, ale dwie osoby to tro­chę mało jak na osiem mi­liar­dów lu­dzi. Szybko po­li­czył, że gdyby lu­bił go je­den na sto mi­lio­nów Chiń­czy­ków, od­wie­dza­łoby go dwóch zna­jo­mych dzien­nie. To z ko­lei tro­chę za dużo.

- Czuję do cie­bie ogromną sym­pa­tię, La­ska - za­pew­nił in­spek­tor.

- Mógł­byś ją wy­ra­zić, da­jąc mi pod­wyżkę - stwier­dził ko­mi­sarz, ale bez na­dziei, że tak w naj­bliż­szym cza­sie się sta­nie.

- Masz ra­cję, nie przy­cho­dzę do cie­bie z czy­stej sym­pa­tii. Co nie zmie­nia faktu, że ją czuję. - By­del­ski fak­tycz­nie lu­bił swo­jego pod­wład­nego. Wie­dział, że po­mimo uty­ski­wań na pracę (a wła­ści­wie po­mimo uty­ski­wań na wszystko) La­skow­ski był uro­dzo­nym do­cho­dze­niow­cem, który w żad­nej in­nej ro­bo­cie by się nie od­na­lazł.

- Co mi jesz­cze wrzu­cisz na głowę?

- Cie­szę się, że z cha­rak­te­ry­stycz­nym dla sie­bie en­tu­zja­zmem, god­nym pro­fe­sjo­na­li­sty, pod­cho­dzisz do sprawy. - By­del­ski uniósł w górę dwa kciuki. - Nie prze­sa­dzaj z tym de­fe­ty­zmem. Poza tym, skoro by­łeś na wa­ka­cjach, to chyba je­steś wy­po­częty? Wi­dzisz? Praw­dziwa po­li­cyjna de­duk­cja w dzia­ła­niu. - Z za­do­wo­le­niem po­pu­kał się pal­cem wska­zu­ją­cym w skroń.

Znali się już wiele lat i La­skow­ski wie­dział, że in­spek­tor lubi żar­to­wać, a mimo im­po­nu­ją­cej po­stury, tu­bal­nego głosu i ksywki "By­dlak" był ła­god­nym, cie­płym czło­wie­kiem i... sze­fem.

- Więk­szy pro­fil ci się tra­fił - kon­ty­nu­ował By­del­ski, który naj­wy­raź­niej uznał mil­cze­nie pod­wład­nego za ka­pi­tu­la­cję. - Po­wie­dział­bym, że więk­szy ka­li­ber, ale nie­ustrze­lony, więc w su­mie nie. Dawno ta­kiej perły nie mie­li­śmy.

- Tylko tego nie mów gó­rze, kiedy bę­dziesz po­now­nie i za­pewne znowu nie­sku­tecz­nie wnio­sko­wał o zwięk­sze­nie na­szego bu­dżetu. Niech żyją w prze­ko­na­niu, że zaj­mu­jemy się wy­łącz­nie trud­nymi, skom­pli­ko­wa­nymi przy­pad­kami.

- Słuszna uwaga, za­no­tuję so­bie, żeby na pewno ją uwzględ­nić w wy­da­nym po­śmiert­nie zbio­rze two­ich uwag. Wy­da­nie kie­szon­kowe, oba­wiam się.

- Śmieszne, mu­szę przy­znać.

- A, dzię­kuję - ucie­szył się By­del­ski. - To co, chcesz usły­szeć, czym bę­dziesz się te­raz zaj­mo­wał?

- Oświeć mnie wresz­cie.

By­del­ski kiw­nął z za­do­wo­le­niem głową, wy­cią­gnął z kie­szeni te­le­fon i przez chwilę cze­goś w nim szu­kał. Na­gle pod­niósł głowę i spoj­rzał w stronę dru­giego biurka w po­miesz­cze­niu.

- Ore­sta nie ma?

- Orest to prze­cież po­stać le­gen­darna, tro­chę jak czło­nek rady nad­zor­czej spółki Skarbu Pań­stwa. Bie­rze wy­na­gro­dze­nie, wszy­scy o nim sły­szeli, ale mało kto go wi­dział. Ja sam spo­tka­łem go może ze cztery razy w ży­ciu, a od dzie­się­ciu lat dzie­limy biuro.

- A tak na se­rio?

- Wy­po­czywa we Wło­szech w ja­kimś luk­su­so­wym ho­telu. O ile w ogóle można wy­po­cząć tam w taki upał. Jest tak go­rąco, że po­dobno lawa topi się na szczy­cie Etny. - La­skow­ski prze­rwał, ale By­del­ski nie za­re­ago­wał na żart. - Za­kła­dam, że pod­pi­sa­łeś jego wnio­sek urlo­powy, więc po­wi­nie­neś wie­dzieć.

La­skow­ski bar­dzo lu­bił swój ga­bi­net, który dzie­lił z jesz­cze jed­nym funk­cjo­na­riu­szem. To, iż było ich za­le­d­wie dwóch w po­koju, sta­no­wiło ra­czej szczę­śliwy wy­ją­tek niż re­gułę. Do­ce­niał fakt, że Orest za­zwy­czaj późno zja­wiał się przy biurku, dzięki czemu mógł się cie­szyć po­ranną sa­mot­no­ścią i kawą pitą w ci­szy. To zna­czy - za­zwy­czaj mógł się cie­szyć.

- Oczy­wi­ście, że wiem, tak tylko py­tam dla pod­trzy­ma­nia roz­mowy.

Kiedy By­del­ski wró­cił do prze­szu­ki­wa­nia te­le­fonu, La­skow­ski kon­tem­plo­wał wzór pęk­nięć na su­fi­cie. Przy­dałby się re­mont, ale bu­dżet po­li­cji nie prze­wi­dy­wał po­dob­nych eks­tra­wa­gan­cji. Do­brze, że żona Ore­sta świet­nie za­ra­biała. Dzięki temu mieli w po­koju ufun­do­wany przez nią eks­pres do kawy i mi­ni­lo­dówkę. Co ta ko­bieta w nim wi­działa? Pra­co­wity nie był, zbyt mą­dry czy przy­stojny także nie... Czyżby w jego prze­chwał­kach o nad­zwy­czaj­nej spraw­no­ści w łóżku tkwiło ziarno prawdy?

- Mam! - ucie­szył się in­spek­tor. - Chcia­łem tylko się upew­nić co do na­zwy... Ko­ja­rzysz sprawę dy­rek­tora Go­tyc­kiego Mu­zeum Re­gio­nal­nego w To­ru­niu?

- Nie­spe­cjal­nie. To ten, co wpadł głową do wia­dra peł­nego pi­ra­nii?

- Nie. To był dy­rek­tor oce­ana­rium w Ra­do­miu. Głu­pia sprawa, taka fla­gowa in­we­sty­cja. Miała zwięk­szyć ruch na lot­ni­sku, a tu taka an­ty­re­klama tuż przed otwar­ciem. Wi­dzia­łeś fil­mik, jak wpada?

- Wi­dzia­łem. Co by nie mó­wić, cał­kiem śmiesz­nie wy­szło. - La­skow­ski uśmiech­nął się na wspo­mnie­nie kil­ku­na­sto­se­kun­do­wego na­gra­nia nie­szczę­snego dy­rek­tora ra­dom­skiego Hy­dro­Portu. Ad­mi­ni­stra­to­rzy YouTube'a, Fa­ce­bo­oka, Twit­tera i Tik­Toka od ty­go­dni pra­co­wali w po­cie czoła, ale film cią­gle po­wra­cał, wzbu­dza­jąc duże emo­cje. - Mgli­ście ko­ja­rzę, że gdzieś mi­gnęła mi in­for­ma­cja, że z mar­ke­tin­go­wego punktu wi­dze­nia wy­pa­dek dy­rek­tora nie był wcale taki zły.

- Pew­nie tak - przy­znał By­del­ski. - A do­dat­ko­wym plu­sem jest wy­miar edu­ka­cyjny.

- Jak to?

- Na pewno zna­cząco spa­dła liczba przy­pad­ków wpad­nięć głową do wia­dra z pi­ra­niami. BHP w prak­tyce.

La­skow­ski kiw­nął głową. Mu­siał przy­znać, że cała sprawa rze­czy­wi­ście miała opty­mi­styczny ak­cent i wa­lor edu­ka­cyjny. Oczy­wi­ście, dy­rek­tor ra­czej się już nie nada­wał na po­ga­danki z przed­szko­la­kami.

- Wra­ca­jąc do two­jego py­ta­nia, to je­dyna świeża sprawa dy­rek­tora cze­go­kol­wiek, którą ko­ja­rzę.

- Tak ja­koś mi się wy­da­wało, ale po­my­śla­łem, że dam ci szansę wy­ka­za­nia się i za­py­tam. Je­śli nie ko­ja­rzysz, to już te­raz po­wi­nie­neś. Ma­te­usz Mal­tycki. Nie żyje. Od ja­kie­goś czasu. Z grub­sza od roku.

- I co my mamy z tym wspól­nego?

- Jak to "co my mamy z tym wspól­nego"? Do­brze by­łoby usta­lić, kto Mal­tyc­kiemu po­mógł prze­nieść się na łono Abra­hama. Na wa­ka­cjach za­po­mnia­łeś, że je­ste­śmy po­li­cją w tym kraju?

Ewi­dent­nie in­spek­tor był w do­sko­na­łym na­stroju.

- Do­brze, do­pre­cy­zuję. Dla­czego aku­rat ta po­li­cja, ta tu­taj... - La­skow­ski skie­ro­wał pa­lec wska­zu­jący w swoją stronę i mocno po­pu­kał się w oko­lice serca - ...ma się tym za­jąć? Jak to mó­wią: dla­czego moja osoba ma się tym za­jąć?

- Bar­dzo do­bre py­ta­nie, cie­szę się, że je za­da­łeś. - By­del­ski zo­ba­czył kie­dyś w te­le­wi­zji, jak po­wi­nien brzmieć kor­po­ra­cyjny me­ne­dżer i bar­dzo go to za­in­spi­ro­wało. Uło­żył palce w pi­ra­midkę. - Jego żona ja­koś się nie może po­go­dzić z przed­wcze­snym odej­ściem męża. Pi­sze pi­sma do po­słów, ogła­sza li­sty otwarte w lo­kal­nych ga­ze­tach. Po­wiedz mi, czy to jest nor­malne?

La­skow­ski przez mo­ment za­sta­na­wiał się, jak za­cho­wa­łyby się ich żony w po­dob­nej sy­tu­acji. Od­po­wiedź nie na­stra­jała go po­zy­tyw­nie.

- Godne po­chwały, ale rzadko spo­ty­kane - od­parł po na­my­śle.

- No wła­śnie. Więc nie­utu­lona w żalu wdowa to pierw­sze primo spra­wia­jące, że mu­simy się tym za­jąć.

- Ja mu­szę - po­pra­wił ko­mi­sarz i po­my­ślał z ża­lem, że za­ska­ku­jąco czę­sto śmierć po­ja­wia się w śro­do­wi­sku dy­rek­to­rów in­sty­tu­cji pu­blicz­nych, a ni­gdy wśród su­per­mo­de­lek-nim­fo­ma­nek (o ile ta­kie w ogóle ist­nieją). Gdyby w tego ro­dzaju śro­do­wi­sko miał prze­nik­nąć, z więk­szym za­pa­łem ru­szyłby do pracy. W su­mie co za róż­nica. Czter­dzie­sto­kil­ku­letni po­li­cjant z lekką nad­wagą, to i tak nie jest coś dla nich.

By­del­ski kon­ty­nu­ował nie­zra­żony:

- Dru­gie primo jest ta­kie, że to fak­tycz­nie nieco słabo wy­gląda, gdy ja­kaś, wy­da­wa­łoby się, pro­sta sprawa nie znaj­duje roz­wią­za­nia od roku. Lo­kalne me­dia do tego wra­cają. Trze­cie primo jest ta­kie, że nasz sza­nowny wi­ce­mi­ni­ster ma w To­ru­niu swój okręg wy­bor­czy i chciałby za­bły­snąć roz­wi­kła­niem za­gadki bul­wer­su­ją­cej lo­kalną spo­łecz­ność. Jak może wiesz, pre­zy­dentkę To­ru­nia aresz­to­wano z po­dej­rze­niem ko­rup­cji i od­będą się wy­bory. Wi­ce­mi­ni­ster nie da­lej jak ty­dzień temu ogło­sił, że ma ide­al­nego kan­dy­data na jej sta­no­wi­sko.

- Kogo?

- Sie­bie sa­mego. Pen­sja pre­zy­denta pewna przez cztery lata, a wi­ce­mi­ni­strem jed­nego dnia się jest, a dru­giego się nie jest.

La­skow­ski ko­ja­rzył aferę z pre­zy­dentką To­ru­nia. Nie pa­mię­tał szcze­gó­łów ani kwot, ale cho­dziło o de­frau­da­cję spo­rej czę­ści środ­ków prze­zna­czo­nych na re­mont to­ruń­skiego szpi­tala. Zmo­der­ni­zo­wano od­dział on­ko­lo­gii, na­to­miast gdzieś prze­pa­dły środki prze­zna­czone na od­dział in­ten­syw­nej te­ra­pii. Po­li­tyczka naj­pierw za­prze­czała pro­ble­mowi, ape­lu­jąc "Mówmy o fak­tach, a nie o pseu­do­fak­tach". Po­tem, gdy sprawa na­bie­rała roz­pędu, bro­niła się ar­gu­men­tem o "nie­uza­sad­nio­nym ataku mo­ty­wo­wa­nym po­li­tycz­nie". Po ko­lej­nej fali do­nie­sień me­dial­nych stwier­dziła, że "nie­pra­wi­dło­wo­ści wy­ni­kają po pro­stu z przy­ję­cia róż­nych spo­so­bów roz­li­czeń". Kiedy i ta li­nia obrony pa­dła, wy­sta­wiła jako cel wi­ce­pre­zy­denta, so­bie za­rzu­ca­jąc je­dy­nie "nad­mierną uf­ność i na­iwne prze­ko­na­nie, że skoro ona chce do­bra miesz­kań­ców, to wszy­scy to prze­ko­na­nie po­dzie­lają". Wi­ce­pre­zy­den­towi udało się jed­nak spryt­nie wy­wi­nąć od od­po­wie­dzial­no­ści, bo na ruch sze­fo­wej za­re­ago­wał cięż­kim uda­rem. Kilka dni póź­niej pre­zy­dentkę bla­dym świ­tem aresz­to­wano, zu­pełny przy­pa­dek spra­wił, że aku­rat obok prze­jeż­dżała ekipa te­le­wi­zji pu­blicz­nej. Efekt był taki, że mia­stem kie­ro­wał rzą­dowy ko­mi­sarz, a lo­kalną elitę - jakby upa­łów było mało - do czer­wo­no­ści roz­grze­wał te­mat wy­boru no­wego wło­da­rza. Nie­szczę­sny wi­ce­pre­zy­dent za­legł na­to­miast na nie­wy­re­mon­to­wa­nym od­dziale szpi­tala. Jak pech, to pech. Le­piej by wy­szedł na raku.

- Oby­dwaj się chyba do­my­ślamy, które primo jest naj­waż­niej­sze? - do­koń­czył myśl By­del­ski.

- Wi­ce­mi­ni­ster Ro­gow­ski chciałby się po­chwa­lić, że może na­ci­snąć od­po­wied­nie gu­ziki w War­sza­wie i przy­je­dzie ktoś, kto sprawę roz­wiąże? I cyk, gło­suj­cie na mnie, wtedy bę­dzie­cie bez­pieczni? - do­po­wie­dział ko­mi­sarz.

- Wi­dzę, że wa­ka­cje przy­słu­żyły ci się in­te­lek­tu­al­nie, Kuba. Za­czy­nasz my­śleć jak praw­dziwy ofi­cer. Może jed­nak masz ja­kąś przy­szłość w re­sor­cie.

- Do­brze wiesz, że je­dyna przy­szłość w re­sor­cie, w ja­kiej się wi­dzę, nie jest w re­sor­cie spraw we­wnętrz­nych, tylko w re­sor­cie spraw za­gra­nicz­nych. I to na pla­cówce gdzieś w cie­płych kra­jach.

- Już cię wi­dzę, jak na sta­rość po­pier­da­lasz w ja­pon­kach po dżun­gli i pi­jesz przez słomkę cie­płe piwo z ba­na­nów.

La­skow­ski uniósł wy­soko brwi. Trudno było mu wy­czuć, do ja­kiego stop­nia By­del­ski so­bie z niego kpił.

- Jo­achim, ja bar­dzo chcę wie­rzyć, że ty tak na­prawdę wiesz, że praca w dy­plo­ma­cji wy­gląda jed­nak ina­czej.

By­del­ski po­ki­wał z po­li­to­wa­niem głową.

- Młody je­steś, co ty wiesz o ży­ciu. A! Skoro już o ży­ciu mowa! Naj­lep­sze zo­sta­wi­łem na ko­niec!

- Czwarte primo?

- Do­kład­nie. To jest na­wet waż­niej­sze niż nasz wspa­niały wi­ce­mi­ni­ster.

- Już mi się to po­doba... Jesz­cze nie za­czą­łem, ale czuję ciarki - za­drwił La­skow­ski. - To­ruń, mar­twy mu­ze­al­nik, nie­utu­lona w żalu wdowa, wi­ce­mi­ni­ster za­glą­da­jący mi w sprawę... Co jesz­cze? Skarb Krzy­ża­ków gdzieś w tle?

- Na­wet le­piej. Za­bie­rasz ze sobą nową.

By­del­ski był dow­cip­ni­siem, może na­wet nie­speł­nio­nym ko­mi­kiem, ale po jego mi­nie wi­dać było, że tym ra­zem nie żar­tuje.

- Co nową? Jaką nową?! - wy­rzu­cił z sie­bie La­skow­ski. Nie po­do­bało mu się to, co usły­szał od prze­ło­żo­nego.

- Wła­ści­wie to nie jest taka nowa. To zna­czy, jest nowa, ale u nas. Pod­ko­mi­sarz Alek­san­dra Be­re­szyn.

- Pod­ko­mi­sarz... Alek­san­dra... Be­re­szyn... - po­wtó­rzył po­woli La­skow­ski, od­dzie­la­jąc pau­zami po­szcze­gólne słowa. - Coś tam ko­ja­rzę, le­d­wie, ale to nie­ważne. Ore­sta mo­głeś mi dać, Piotrka mi mo­głeś dać. Spo­koj­nie mo­głeś przy­dzie­lić Ma­tysa, je­śli już ktoś musi być. - W du­chu La­skow­ski przy­znał, że może tro­chę prze­szar­żo­wał, pro­po­nu­jąc współ­pracę z Ma­ty­sem. Chwy­ta­nie się na­prawdę roz­pacz­li­wych roz­wią­zań mo­gło się źle skoń­czyć. Na wspo­mnie­nie ich ostat­niej wspól­nej prze­jażdżki au­tem śnia­da­nie po­de­szło La­skow­skiemu do gar­dła.

- Nie na­rze­kaj. Nie mam zresztą wy­boru. Braki ka­drowe. - By­del­ski wzru­szył ra­mio­nami.

- Ja­koś nie mam po­czu­cia, że po ko­ry­ta­rzach kręci się u nas mało lu­dzi.

La­skow­ski nie wie­dział, czy to dla­tego, że słabo za­pa­mię­ty­wał twa­rze, czy dla­tego, że mu nie za­le­żało na po­zna­niu no­wych osób, ale ostat­nio miał wra­że­nie, że więk­szo­ści osób, które spo­ty­kał w Ko­men­dzie Głów­nej, nie znał.

- No wła­śnie, ja­cyś lu­dzie się kręcą. Nie­ko­niecz­nie tacy, któ­rych bym po­trze­bo­wał. A wszy­scy bar­dziej sen­sowni od­cho­dzą do tych za­sra­nych trzy­li­te­ro­wych agen­cji. Cztery razy lep­sza pen­sja, su­per auta, wy­pa­siony sprzęt, pod­słu­chy na pstryk­nię­cie pal­cami i ze­rowa od­po­wie­dzial­ność.

La­skow­ski wie­dział, że na­wet je­śli By­del­ski prze­sa­dzał, to nie­znacz­nie. W po­rów­na­niu z po­li­cją inne służby ofe­ro­wały znacz­nie lep­sze wa­runki - i znacz­nie mniej­sze ob­cią­że­nie pracą. Za­miast uga­niać się za mor­der­cami po cuch­ną­cych al­ko­ho­lem i si­kami me­li­nach, wy­star­czyło raz na ja­kiś czas w świe­tle ka­mer aresz­to­wać sa­mo­rzą­dowca, który pod­padł lo­kal­nemu ukła­dowi. Albo biz­nes­mena, który prze­sa­dził z chci­wo­ścią, a co gor­sza, nie chciał się dzie­lić i przez to po­ja­wił w na­głów­kach zbyt wielu ar­ty­ku­łów. A że wy­ma­gało to cza­sami po­ja­wie­nia się u ta­kiego de­li­kwenta o szó­stej rano? No cóż, na to po­świę­ce­nie wielu do­świad­czo­nych funk­cjo­na­riu­szy było go­to­wych. La­skow­ski sam nie miał pew­no­ści, czy oparłby się po­ku­sie, gdyby do­stał na­prawdę do­brą ofertę. Rów­nież By­del­skiemu zda­rzało się za­sta­na­wiać nad zmianą pracy.

- KGP to też jest trzy­li­te­rowa agen­cja, jakby się za­sta­no­wić... Ale po­mi­ja­jąc to, wiesz prze­cież, że wolę pra­co­wać sam. - La­skow­ski po­de­rwał się z krze­sła i za­czął ner­wowo krą­żyć po ga­bi­ne­cie.

- Nie ma ta­kiej opcji - rzu­cił By­del­ski zde­cy­do­wa­nym to­nem i roz­ło­żył bez­rad­nie ręce. Ko­mi­sarz zro­zu­miał, że klamka za­pa­dła i nie ma co li­czyć na zmianę de­cy­zji prze­ło­żo­nego.

- Po co mi ona?

- Od­po­wiem tak: nie py­taj, co ona może zro­bić dla cie­bie, tylko co ty mo­żesz zro­bić dla niej.

- Że co? - zdę­biał La­skow­ski. - Naj­lep­sze, co mogę dla niej zro­bić, to zi­gno­ro­wać jej ist­nie­nie.

- Le­piej usiądź jesz­cze na chwilę - po­pro­sił By­del­ski.

Wstał i po­ło­żył dłoń na ra­mie­niu pod­wład­nego, po­py­cha­jąc go de­li­kat­nie w stronę krze­sła.

- Z tych ner­wów zbla­dłeś i opa­le­ni­zna ci znik­nęła - za­uwa­żył, po­now­nie zaj­mu­jąc miej­sce na krze­śle.

- Pod Su­wał­kami by­łem, ty­dzień pa­dało, jaka opa­le­ni­zna - żach­nął się La­skow­ski i mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- No do­bra, już nie prze­dłu­żam, bo za­raz mam od­prawę z górą, więc po­wiem ci wszystko w wiel­kim skró­cie, ale za to szcze­rze. W sen­sie: ja­kie in­ten­cje, czyje in­te­resy i ta­kie tam.

- Se­rio? - W gło­sie ko­mi­sa­rza brzmiała nie­pew­ność. Po­czuł, że kon­se­kwen­cje tej roz­mowy mogą być po­ważne.

- Se­rio.

- No to da­waj - wes­tchnął zre­zy­gno­wany. Uznał, że trzeba wie­dzieć, kiedy się pod­dać.

- W samą sprawę wpro­wa­dzi cię wła­śnie Alek­san­dra: kim był ten Mal­tycki, jak zgi­nął i tak da­lej. Ma wszyst­kie do­ku­menty, in­for­ma­cje, miała parę dni, żeby z nimi się za­po­znać, kiedy ty się nie­udol­nie opa­la­łeś w Su­wał­kach. Spo­tkaj­cie się gdzieś dzi­siaj albo prze­ga­daj­cie co nieco przez te­le­fon lub ju­tro rano w dro­dze do To­ru­nia. Na pewno się po­lu­bi­cie. Ona wdroży cię w sprawę, a ty ją wdro­żysz w taj­niki swo­jego nie­po­wta­rzal­nego stylu pracy. Ona do tej pory na pro­win­cji pra­co­wała, ma jesz­cze braki. Ale może le­piej nie mów jej, jak roz­li­czać wy­datki służ­bowe, bo wo­lał­bym, żeby po­zy­skała tylko sen­sowną wie­dzę. Tu masz jej nu­mer - mó­wiąc to, By­del­ski po­ło­żył na biurku wy­cią­gniętą z kie­szeni ma­ry­narki po­miętą kar­teczkę.

- By­dlak, to­bie chyba pod­czas mo­jej nie­obec­no­ści za­szko­dził upał - po­my­ślał ko­mi­sarz, a gło­śno za­py­tał:

- Ju­tro rano w dro­dze do To­ru­nia? Nie wy­bie­ra­łem się ju­tro rano do To­ru­nia. Ju­tro rano wy­bie­ra­łem się co naj­wy­żej do pie­karni po droż­dżówkę. Mam tam taką sym­pa­tyczną pie­ka­reczkę, bar­dzo się lu­bimy. By­łoby jej smutno, gdy­bym znik­nął.

"Za­uwa­ży­łam, że co­dzien­nie ku­puje pan bu­łeczkę cy­na­mo­nową. Ja­kie ma pan plany na wie­czór? Żad­nych? To za­bawne, bo ja też" - do­dał w my­ślach.

- Stara po­li­cyjna prawda głosi, że naj­le­piej się sa­memu prze­ko­nać, co w tra­wie pisz­czy. Dla­tego po­dat­nik za­fun­duje ci wy­prawę do kra­iny pier­nika i Ko­per­nika. Be­re­szyn już zna­la­zła ho­tel i po­uma­wiała kilka spo­tkań, wszystko ci po­wie.

- Jo­achim, ja z grub­sza ro­zu­miem sens wi­zji lo­kal­nej i roz­mowy z ludźmi. Może na­wet ak­cep­tuję fakt, że cza­sami ci lu­dzie po­wie­dzą coś sen­sow­nego. Rzadko, bo rzadko, ale jed­nak. Tylko nie ro­zu­miem, dla­czego już ju­tro? Fa­cet nie żyje od roku, może chyba jesz­cze tro­chę po­cze­kać?

- Eee... - By­del­ski wy­raź­nie za­sta­na­wiał się, jak sfor­mu­ło­wać od­po­wiedź. - Mógł­bym na po­cze­ka­niu wy­my­ślić ja­kiś po­wód, ale po­wiem ci szcze­rze, bo wie­rzę w praw­do­mów­ność. Aku­rat te­raz kilka dni Alek­san­drze pa­so­wało. Po­tem ma ja­kieś szko­le­nia.

- Ty chyba so­bie jaja ro­bisz. Miało być se­rio.

- To jest se­rio.

- Ja, ko­mi­sarz po­li­cji Ja­kub La­skow­ski, dwa­dzie­ścia lat służby w psiarni na karku, z od­zna­cze­niami, z suk­ce­sami, na­wet, kurwa, z od­nie­sio­nymi dla Naj­ja­śniej­szej ra­nami, mam je­chać ju­tro w te­ren, bo ja­kiejś smar­kuli tak pa­so­wało? To ma być se­rio? A co ona póź­niej bę­dzie ro­bić, czym bę­dzie za­jęta? Ma­turę bę­dzie zda­wać, czy spraw­ność zu­chenki zdo­by­wać?

- Uspo­kój się, Kuba. To nie jest taka smar­kula, nie prze­sa­dzajmy. Młodo wy­gląda, to fakt. No to jest wła­ści­wie piąte primo, jakby się za­sta­no­wić.

- Cie­ka­wie się ta roz­mowa roz­wija...

In­spek­tor By­del­ski pod­niósł się z krze­sła i pod­szedł do okna. Czub­kami pal­ców po­ma­so­wał so­bie skro­nie.

- Szkoda, że czas goni i mu­szę się tak stresz­czać. Wia­domo, że le­piej by było przy czymś moc­niej­szym to omó­wić. No trudno. Sprawa wy­gląda tak, że ta nowa jest na se­rio do­bra. Po­waż­nie mó­wię. By­stra dziew­czyna. Cho­ler­nie in­te­li­gentna. Spo­strze­gaw­cza. Od­dana służ­bie. Wy­kształ­cona tak, że chyba le­piej nie można. Może jesz­cze nie wy­ro­biona, bo na pro­win­cji nie miała jak się zaj­mo­wać więk­szymi rze­czami.

- Te­raz ko­ja­rzę, że sły­sza­łem o tej pry­mu­sce. Po­dobno fak­tycz­nie jest łeb­ska. Same plusy, gra­tu­luję ci, jako sze­fowi jed­nostki, po­zy­ska­nia ta­kiego ta­lentu - za­drwił La­skow­ski.

- I nor­mal­nie to by oczy­wi­ście nie wy­star­czyło, żeby zro­bić ja­kąś osza­ła­mia­jącą ka­rierę. Może na­wet by­łoby pewną prze­szkodą.

- Bo­le­sne, ale jakże praw­dziwe.

- No wła­śnie. Tylko wi­dzisz, ona ma coś, czego nie mam ja i czego nie masz ty.

By­del­ski za­wie­sił dra­ma­tycz­nie głos.

- By­dlak, ty wiesz, że ja nie je­stem ja­kimś ty­pem ob­le­śnego wuja z we­sela, ale po ta­kim czymś przy­cho­dzą mi do głowy tylko sek­si­stow­skie tek­sty. Wy­duś to z sie­bie.

- Braki ka­drowe są straszne, więc jest po­mysł na gó­rze, żeby tro­chę ba­bek przy­cią­gnąć. To nie jest taki głupi po­mysł. Może się uda, jak po­ka­żemy kilka przy­kła­dów. Zwłasz­cza je­śli to będą młode, ładne dziew­czyny. Ko­ja­rzysz tę Ewę, pra­co­wała jesz­cze ja­kiś czas w se­kre­ta­ria­cie szefa? No to ta Olka mocno ją przy­po­mina.

Ko­mi­sarz gwał­tow­nie wy­pro­sto­wał się w krze­śle. Nie miał nic prze­ciwko mło­dym, ład­nym dziew­czy­nom, zwłasz­cza w po­li­cyj­nych mun­du­rach, nie wi­dział jed­nak po­wodu, aby z któ­rą­kol­wiek z nich pra­co­wać.

- Ale co to dla mnie ozna­cza?

- Tro­chę to za­leży od cie­bie. Mó­wię ci, jak jest, a jest ci­śnie­nie z dość wy­soka, żeby kilka ta­kich dziew­czyn tro­chę wy­pro­mo­wać. Po­móc im w ka­rie­rze. Ty i tak masz szczę­ście, że tra­fiła ci się panna z do­świad­cze­niem, bo mo­głeś tra­fić na ja­kąś cał­ko­witą zie­le­ninę, którą byś mu­siał ho­lo­wać i po­ka­zać jej, jak się kaj­danki na­kłada. Za­sta­nów się więc, jak chcesz do tego po­dejść.

La­skow­skiemu przez głowę prze­mknęło parę sko­ja­rzeń z na­kła­da­niem kaj­da­nek i mło­dymi dziew­czy­nami, ale za­cho­wał je dla sie­bie.

- Ja­kie mam niby opcje? Mó­wi­łeś, że nie za bar­dzo mam wy­bór.

- Opcje masz dwie. - By­del­ski pod­niósł się z krze­sła i sta­nął w drzwiach, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że koń­czy dys­ku­sję. - Mo­żesz się za­cho­wać jak zgorzk­niały glina z ja­kie­goś pod­rzęd­nego se­rialu kry­mi­nal­nego, który jest ob­ce­sowy wo­bec nieco młod­szej adeptki na­szego wspa­nia­łego za­wodu. A mo­żesz też być men­to­rem, prze­wod­ni­kiem, mi­strzem, na­uczy­cie­lem ży­cia i life co­achem, ying i yang, który wy­chowa so­bie na­stępcę. Czy ra­czej na­stęp­czy­nię. A że przy oka­zji zła­pie­cie za­bójcę tego dy­rek­tora, to tym le­piej. Jak jesz­cze wi­ce­mi­ni­ster po­chwali się suk­ce­sem, to już w ogóle su­per. To się chyba na­zywa upiec dwie, czy na­wet trzy pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Prze­pra­szam za sko­ja­rze­nie.

La­skow­ski aż się skrzy­wił, sły­sząc o pie­cze­niach. Kilka mie­sięcy wcze­śniej zaj­mo­wał się ma­ka­bryczną sprawą, w któ­rej miej­scem zbrodni, a jed­no­cze­śnie na­rzę­dziem, było ogni­sko. Sławny Vlad Gril­low­nik. Sprawa za­koń­czyła się jego naj­więk­szym ostat­nio suk­ce­sem, bo na po­czątku śled­czy nie wie­dzieli na­wet, kim są ofiary. Te­raz już wie­dzieli, ale La­skow­ski na­dal nie ro­zu­miał, jak Vla­dowi, który wy­glą­dał i pach­niał, jakby go wy­cią­gnąć ze śmiet­nika, udało się na­mó­wić trzy mą­dre, ładne i młode dziew­czyny do tego, aby w ogóle chciały z nim spę­dzać czas. To mu­siał być ten zwie­rzęcy ma­gne­tyzm, który albo się ma, albo się go nie ma. Nie­ważne jak pach­niesz i jaką masz fry­zurę. Może bez sensu wy­da­wać tyle forsy w Ros­sman­nie i u bar­bera?

- No, to na ra­zie! - By­del­ski znik­nął za drzwiami, za­nim jego pod­władny zdą­żył po­zbie­rać my­śli.

- Jo­achim! - za­wo­łał La­skow­ski za od­cho­dzą­cym sze­fem.

- Co?

- To mó­wisz, że w agen­cjach jest cztery razy wyż­sza pen­sja?

- A weź mnie w ogóle nie de­ner­wuj...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

WIR SIND SO NAH DRAN

To­ruń, po­łowa stycz­nia 1945 r.

Grzmot dział na­ra­stał w mie­ście od rana. Po każ­dej sal­wie nieco śniegu od­ry­wało się z da­chów, by po chwili z mo­krym pac­nię­ciem ude­rzyć o chod­nik. W miarę zbli­ża­nia się frontu od wschodu co­raz bar­dziej wi­doczne sta­wało się zde­ner­wo­wa­nie lu­dzi. Na za­lęk­nio­nych wy­glą­dali na­wet ci, któ­rzy jesz­cze nie­dawno wy­ra­żali buń­czuczne pro­gnozy do­ty­czące pla­no­wa­nych bi­tew i za­ska­ku­ją­cych wroga zwy­cię­skich ope­ra­cji. Przy akom­pa­nia­men­cie huku ar­ty­le­rii oka­zało się, jak zwy­kle w schył­ko­wej fa­zie prze­gry­wa­nej wojny, że czym in­nym jest roz­sta­wie­nie żoł­nie­rzy w wy­obraźni czy na ma­pie, a czym in­nym - być ta­kim żoł­nie­rzem, któ­rego rzu­cono prze­ciwko za­pra­wio­nemu w boju prze­ciw­ni­kowi. W do­datku ten prze­ciw­nik nie chciał po pro­stu zwy­cię­żyć w bi­twie. Pułki nad­cią­ga­jące pod czer­wo­nym sztan­da­rem oprócz try­umfu w walce pra­gnęły także znisz­cze­nia, ze­msty, łu­pów i ko­biet.

Cy­wile spo­glą­dali na żoł­nie­rzy w po­szu­ki­wa­niu oznak pew­no­ści sie­bie. Żoł­nie­rze pa­trzyli na pod­ofi­ce­rów, a pod­ofi­ce­ro­wie na ofi­ce­rów, w ocze­ki­wa­niu na roz­kazy. Wszy­scy tak na­prawdę ma­rzyli o jed­nym - o ucieczce (w przy­padku lud­no­ści cy­wil­nej) i od­wro­cie (w przy­padku żoł­nie­rzy). Naj­starsi rangą ofi­ce­ro­wie za­sta­na­wiali się, jak spra­wić, aby od­wrót żoł­nie­rzy nie prze­ro­dził się w bez­ładną ucieczkę. Ale na­wet w gro­nie naj­bliż­szej ro­dziny czy spraw­dzo­nych to­wa­rzy­szy broni bar­dzo rzadko mó­wiono w otwarty spo­sób o wy­co­fa­niu się z To­ru­nia. Par­tyjni fa­na­tycy i szpicle Ge­he­ime Sta­at­spo­li­zei[1] byli wszę­dzie, a kara za de­fe­tyzm - nie­unik­niona i w do­datku ra­czej z tych nie­przy­jem­nych: stry­czek i ta­bliczka z hań­bią­cym na­pi­sem "Zdrajca! Tchórz!". Od ze­szło­rocz­nego za­ma­chu na Füh­rera co­raz czę­ściej na­po­ty­kało się ta­kie wi­doki. Nie­któ­rych na­pa­wały one dumą i po­czu­ciem siły, ale więk­szość ku­liła się ze stra­chu, mi­ja­jąc wi­siel­ców. Nie­je­den my­ślał wtedy z obawą: "To mógł­bym być ja". Wszy­scy w gło­wach pro­wa­dzili kal­ku­la­cje: kiedy bę­dzie za wcze­śnie na ucieczkę, która grozi szu­bie­nicą, a kiedy za późno, co grozi... Le­piej so­bie na­wet tego nie wy­obra­żać.

W du­żym, wy­so­kim miesz­ka­niu na pierw­szym pię­trze ka­mie­nicy przy Brom­ber­ger Vor­stadt było zimno, a po­nu­rego pół­mroku wcze­snego po­ranka nie ła­go­dziło żadne źró­dło świa­tła. Chłód zda­wał się nie prze­szka­dzać sie­dzą­cemu przy stole męż­czyź­nie. Cho­ciaż wy­glą­dał na zmę­czo­nego, miał przy­stojną, sym­pa­tyczną twarz do­brze od­ży­wio­nego trzy­dzie­sto­latka. Ubrany był je­dy­nie w woj­skowe spodnie i ko­szulę, któ­rej lewy rę­kaw pod­wi­nięto tak, że było wi­dać oban­da­żo­wane przed­ra­mię. Ma­ry­narka od mun­duru wi­siała na krze­śle. Roz­grze­wał się schnap­sem po­pi­ja­nym z du­żej szklanki, którą trzy­mał w zdro­wej ręce. Po­piel­niczkę przed nim wy­peł­niało kilka zgnie­cio­nych wę­gier­skich pa­pie­ro­sów.

- Was wil­lst du tun, Fer­di­nand?[2]- za­py­tał, od­wra­ca­jąc się lekko w stronę okna, przy któ­rym stał drugi męż­czy­zna. Był on nieco star­szy i o kil­ka­na­ście ki­lo­gra­mów chud­szy. Miał czujne, nie­przy­tłu­mione al­ko­ho­lem spoj­rze­nie. W prze­ci­wień­stwie do to­wa­rzy­sza był kom­plet­nie odziany, ale po cy­wil­nemu. Po­przed­niego wie­czora swój czarny uni­form sta­ran­nie zło­żył, opa­ko­wał kil­koma war­stwami na­tłusz­czo­nego pa­pieru, ob­wią­zał sznur­kiem i scho­wał w wa­lizce pod łóż­kiem. Po­mimo tej tro­ski nie miał wiel­kiej na­dziei na to, że jesz­cze kie­dy­kol­wiek wróci do miesz­ka­nia i włoży go z po­wro­tem. Nie ża­ło­wał tego jed­nak. Cho­ciaż był wy­so­kiej rangi ofi­ce­rem SS, nie na­le­żał do wiel­bi­cieli pa­ra­do­wa­nia w mun­du­rze i sa­lu­to­wa­nia. Wstą­pił do Schutz­staf­fel tuż przed roz­po­czę­ciem wojny i zro­bił to wy­łącz­nie z po­wo­dów ko­niunk­tu­ral­nych. Nie za­wiódł się. Przy­na­leż­ność do SS otwie­rała liczne moż­li­wo­ści ka­riery. Przy­jemne było też wra­że­nie, które dwie srebrne runy wy­szyte na koł­nie­rzu wy­wie­rały na ko­bie­tach. Kilka ostat­nich uwa­żał za złoty okres w swoim ży­ciu, ale wie­dział, że z po­wo­dze­niem od­naj­dzie się w cy­wilu. Tu­taj, w To­ru­niu, czy gdzie­kol­wiek in­dziej. Zbli­ża­jąca się ar­ty­le­ryj­ska na­wała ja­sno da­wała do zro­zu­mie­nia, że jed­nak "gdzie­kol­wiek in­dziej". Sam wy­soko oce­niał swoje umie­jęt­no­ści do­sto­so­wy­wa­nia się i od­naj­dy­wa­nia w do­wol­nej sy­tu­acji, zda­wał so­bie jed­nak sprawę ze swo­ich gra­nic ad­ap­ta­cyj­nych. Zresztą, jak do­sko­nale wie­dział, jego zda­nie nie miało zna­cze­nia. Żoł­nie­rze spod znaku czer­wo­nej gwiazdy nie będą go py­tali o plany na przy­szłość ani o to, co za­mie­rza zro­bić, kiedy pad­nie ty­siąc­let­nia Rze­sza. Nie po tym, co SS ro­biło na wscho­dzie. Miałby szczę­ście, gdyby do­stał po pro­stu kulkę w po­ty­licę.

Co in­nego jego nieco młod­szy to­wa­rzysz za­pi­ja­jący smutki zio­ło­wym trun­kiem. Służba w mun­du­rze i moż­li­wość wy­da­wa­nia roz­ka­zów sta­no­wiły speł­nie­nie jego ma­rzeń. Nie miał też nic prze­ciwko przy­jem­no­ściom wy­ni­ka­ją­cym ze służby w SS. Miesz­ka­nie, w któ­rym prze­by­wali, otrzy­mał w na­grodę za wierną i bez­względną służbę. Jego po­przedni wła­ści­ciel... trudno po­wie­dzieć, co się z nim stało. Gdyby nie głupi po­lacz­ko­waty upór, pod­pi­sałby Volks­li­stę. Może w ten spo­sób oca­liłby do­by­tek. Dla no­wego go­spo­da­rza pię­cio­po­ko­jo­wego lo­kalu w pre­sti­żo­wej lo­ka­li­za­cji los ja­kie­goś Po­laka nie miał zna­cze­nia. Thorn, Brom­berg, Ho­hen­salza, Culm, Le­slau[3] - to była i na za­wsze miała być nie­miecka zie­mia. Jak i to, co skry­wało się pod nią.

- Da gibt´s nichts groß na­chzu­den­ken, Edwin[4] - od­po­wie­dział męż­czy­zna sto­jący przy oknie wy­cho­dzą­cym na Zie­ge­lei-Park. Zer­ka­jąc przez nie, nie pa­trzył jed­nak na park, lecz z obawą spo­glą­dał w niebo. Chwilę po­tem roz­legł się wy­jąt­kowo gło­śny huk, jakby dla pod­kre­śle­nia wagi jego słów. Drgnął, czego się tro­chę za­wsty­dził.

- Da gibt´s nichts groß na­chzu­den­ken - po­wtó­rzył, po czym od­szedł od okna i się­gnął po gruby płaszcz rzu­cony na opar­cie fo­tela. Po raz ko­lejny od­ru­chowo spraw­dził, czy w kie­szeni jest pi­sto­let. - Komm schon, das Auto war­tet. Ich habe die Do­ku­mente ver­packt[5].

- Aber wir sind so nah dran[6] - za­opo­no­wał ranny męż­czy­zna.

Prze­chy­lił szklankę i wy­pił spory łyk trunku.

- Wil­lst du ster­ben, Narr? Sie sind auch nah dran. Zu nah für me­inen Ge­sch­mack[7]. - Fer­di­nand ru­chem głowy wska­zał za okno.

Jakby na po­twier­dze­nie jego słów, po­now­nie usły­szeli stłu­miony ło­mot.

Pod­szedł do drzwi, de­mon­stru­jąc w ten spo­sób, że skoń­czył dys­ku­sję i nie za­mie­rza dłu­żej cze­kać. Wi­dząc to, Edwin zde­cy­do­wał się wresz­cie ru­szyć. Gdy wsta­wał, od­ru­chowo oparł się ręką o stół. Jęk­nął z bólu i zła­pał się za opa­tru­nek. Prze­klął pod no­sem, na tyle nie­zro­zu­miale i ci­cho, że jego to­wa­rzysz nie był pe­wien, czy prze­kleń­stwo było nie­miec­kie czy pol­skie. Zresztą nie miało to dla niego zna­cze­nia. Zna­jo­mość pol­skiego jego młod­szego to­wa­rzy­sza mo­gła im się jesz­cze przy­dać, na­wet bar­dziej niż w ostat­nich la­tach.

Mi­nęło już kilka dni, od­kąd so­wiecki IŁ-2 ostrze­lał sa­mo­chód, któ­rym wspól­nie po­dró­żo­wali. Wy­szli z ataku bez więk­szego szwanku, je­śli nie li­czyć od­pry­sków me­talu z roz­ora­nej po­ci­skami ka­ro­se­rii auta, które tra­fiły jed­nego z nich w rękę. Rana po­cząt­kowo nie wy­glą­dała groź­nie, ale wczo­raj pod­czas zmiany opa­trunku oka­zało się, że nie­po­ko­jąco się ją­trzy.

- Was ma­chen wir mit den Po­len?[8]- za­py­tał Edwin, z wy­sił­kiem na­kła­da­jąc bluzę od mun­duru. Z tru­dem prze­ci­snął oban­da­żo­waną rękę przez rę­kaw. Miał złe prze­czu­cia w kwe­stii swo­jej rany, ale zde­cy­do­wał się nimi nie dzie­lić. Nie­wiele zresztą można było zro­bić. - Sie wis­sen, wo­nach wir ge­sucht ha­ben[9].

- Und was soll das sein? Ich habe den Be­fehl be­re­its er­te­ilt. Schar­füh­rer Al­len­bach wird sich um sie küm­mern. Er wird wis­sen, was zu tun ist[10]. - Cho­ciaż męż­czyźni byli w SS równi rangą, to Fer­di­nand, nieco star­szy od Edwina, de­cy­do­wał o ich na­stęp­nych kro­kach.

Ranny męż­czy­zna ob­ró­cił się w progu i ze smut­kiem spoj­rzał na miesz­ka­nie. Nie prze­sta­wał bić się z my­ślami. Jego to­wa­rzysz wie­dział jed­nak, że to nie in­for­ma­cja o lo­sie kil­ku­na­stu pol­skich ro­bot­ni­ków po­wstrzy­muje go przed wyj­ściem.

- Hör mal, der Füh­rer weiß, was er tut. Wir ha­ben die Wun­der­waffe, wir müs­sen nur ge­nug da­von pro­du­zie­ren. Wir löschen die Asia­ten aus und kom­men dann wie­der hier­her zu­rück. Und wir wer­den für im­mer ble­iben[11] - po­wie­dział, cho­ciaż sam w to nie wie­rzył.

Już kilka ty­go­dni temu prze­zor­nie wy­słał więk­szość do­bytku w bez­pieczne miej­sce w głębi Rze­szy, do nie­tknię­tego alianc­kimi bom­bar­do­wa­niami Dre­zna.

Chwy­cił za klamkę. Mieli co­raz mniej czasu. Był prze­ko­nany, że wi­dzą Thorn po raz ostatni w ży­ciu.