Rozdział 4
- Spójrz na ten. - Kitsu podał miecz Altamirowi, a on z uwagą wyciągnął broń z pochwy.
- Jednosieczny. - Zerkająca mu przez ramię Enis się skrzywiła.
Smok się naburmuszył.
- Znakomity wyrób starożytnego smoczego płatnerstwa!
Dziewczyna zrobiła do niego minę i zaczęła spacerować po zbrojowni rodu Dargaah.
- Nie wiem, Kitsu. - Miro się zawahał, z zachwytem oglądając oręż.
Klinga była delikatnie wygięta i miała zaskakującą, falującą krawędź. Rękojeść stanowiła prawdziwe dzieło sztuki. Przedstawiała rozwartą w ryku smoczą paszczę. Szczęki gada obejmowały klingę. Miro nie mógł odgadnąć, z jakiego metalu wykonano broń. Uchwyt wyglądał na zrobiony z mosiądzu, ale w dotyku był delikatniejszy i lekko ciepły. Ostrze także pokrywała warstwa tajemniczego stopu.
- To dzieło sztuki. Nie wiem, czy mogę go wziąć.
- Należy do mnie, więc to moja decyzja, komu go przekażę - zbył go Kitsu. - Dałem ci twój pierwszy miecz, a skoro go zepsułeś, muszę znaleźć ci kolejny. Uważam to za swój ojcowski obowiązek. - Smok założył ramiona na piersi, a Altamir uśmiechnął się delikatnie.
- Tylko nie mów tego przy Ertileyesie. Jest o ciebie zazdrosny.
- On też dostał ode mnie miecz z tej zbrojowni. Ba, nawet od tego samego płatnerza! Tylko w odróżnieniu od ciebie lepiej dba o swoją własność.
- Po prostu nigdy nim nie walczył - wtrąciła Enis, przewracając oczami. - Mogę wziąć ten? Jest śliczny! - Wskazała krótki jednoręczny miecz o klindze z dwukolorowej stali.
- Dostałaś już trzy - wytknął jej Kitsu.
- Potrzebuję czwartego! Jeden zostawię tutaj, w Argerriten, drugi w dolinie, trzeci w domu Mira i Yuno w Kervaloren, a czwarty będę ze sobą wozić! Dzięki temu zawsze będę miała coś pod ręką.
- Trudno jej odmówić logiki - poparł ją Miro.
Kitsu wyrzucił ręce do góry.
- Zbankrutuję przez ciebie, dziewczyno! - zawołał z udawaną rozpaczą. - Nie zostawisz mi ani nożyka do obierania jabłek i w końcu ktoś mnie, bezbronnego, zaciuka.
- Będę cię bronić. - Uśmiechnęła się słodko. Nachyliła się do niego i musnęła ustami jego policzek. - Dzięki, Kitsu. Idę go pokazać Yuno!
W podskokach pobiegła w stronę wyjścia, a Kitsu chrząknął, by odwrócić uwagę Mira od swoich czerwonych z zakłopotania policzków.
- To pokaż, na co cię stać, szczeniaku. Co tam wykombinowaliście z Enis?
Niby od niechcenia sięgnął do regału z bronią sieczną. Był tak szybki, że tylko cichy zgrzyt dobywanej stali ostrzegł rozproszonego Altamira przed nadchodzącym atakiem. Uchylił się i złożył do cięcia. Miecz fenomenalnie układał się w dłoni i wydawał się naturalnym przedłużeniem dzierżącego go ramienia.
- Wolno - rzucił Kitsu z niesmakiem, przymierzając się do kopnięcia ucznia w prawą nogę. Chciał wytrącić go z równowagi i zmusić do oparcia się na niesprawnej, lewej, ale Miro przeniósł ciężar ciała zaledwie na chwilę, która była potrzebna, by umknąć przed ciosem. Sprężysta klinga zaśpiewała w powietrzu i oparła się o bok szyi rudzielca.
- Wolno?
Smok uśmiechnął się z aprobatą.
- Może być. Czemu nie korzystasz z zaklęć przeciwbólowych?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Gdybym używał ich każdego dnia, w końcu przestałyby na mnie działać. Wolę trzymać je w odwodzie na specjalną okazję. Co to za stop?
- Smoczy sekret. Tego Ruth tak łatwo nie złamie.
- W takim razie biorę. - Altamir wsunął ostrze do pochwy. - I także pójdę się pochwalić Yuno.
Wyszli ze zbrojowni i zaczęli się wspinać po szerokiej klatce schodowej.
- Jak się trzyma mała?
- Jest wstrząśnięta. - Miro westchnął. - Zrobiłbym wszystko, żeby poczuła się lepiej, ale...
- Nie możemy zrobić nic, by pozbawić ją talentów, którymi obciążył ją los - dokończył za niego ze smutkiem Kitsu. - Musi ich używać.
- Mógłbym otoczyć ją osłonami jak kiedyś, ale to nie rozwiąże problemu.
Na chwilę pogrążyli się w ciszy, a potem Miro zaczął mówić z wyraźnym wahaniem:
- Mógłbym... Zastanawiam się... - Urwał, a smok zerknął na niego z podejrzliwie. - Myślałem, czyby nie zmienić jej wspomnień. Sprawić, że zapomni. Może byłoby jej trochę łatwiej. - Mówiąc to, wbijał wzrok w stopy.
Kitsu zatrzymał się jak wryty.
- Miro! - zawołał ze zgorszeniem. - Nic nie mówiłem, kiedy robiłeś to egzekutorom, ale Yuno... Bogowie, to twoja żona, a ty chcesz grzebać w jej umyśle?
Altamir spojrzał na niego ze złością.
- Te wspomnienia ją niszczą! A ja zrobiłbym wszystko, absolutnie wszystko, żeby jej pomóc, więc czemu nie...
Smok chwycił go za ramiona.
- Nie ma nic bardziej haniebnego niż manipulacja myślami i wspomnieniami drugiej osoby!
- I co z tego? Jeśli to by jej pomogło...
- Nie wiesz, jaki będzie skutek! To nie jest jedno wspomnienie, to tygodnie ciągłego piekła. Możesz bezpowrotnie zniszczyć jej umysł, wszystko, czym Yuno jest. Może się obudzić warzywem.
Przez chwilę mierzyli się gniewnymi spojrzeniami, a potem Altamir znowu spuścił wzrok. Poddał się. Znał przecież ryzyko. Wiedział też, jak zareaguje rudzielec. Może dlatego poruszył ten temat - żeby smok wylał mu na głowę wiadro zimnej wody i odwiódł go od tego szaleńczego pomysłu.
Ruszyli dalej, a Kitsu zagadnął spokojnym tonem, jakby ich poprzednia wymiana zdań nie istniała:
- Myślisz, że Yuno da radę już podróżować?
- Chyba tak.
- Powinniśmy się stąd wynieść. Nie wiemy, co zamierza Vanistes. Gdyby wrócił... lepiej, żeby was tu już nie było.
- Nie boisz się zostawić swoich?
- Bardziej boję się o was. Zawsze ci powtarzam, że smoki nie są takie kruche. Nie to, co wy, ludzie.
Altamir zacisnął zęby, kiedy lewe kolano przeszył ostry ból.
- Nie sądzisz, że byłoby dobrze dowiedzieć się więcej o Vanistesie? - zapytał z wahaniem. Przewidywał, jak zareaguje smok na nietuzinkową propozycję, a nie chciał wywoływać kolejnej kłótni.
- Przecież próbowaliśmy!
- Nie zbadaliśmy jego skarbca.
Kitsu zatrzymał się gwałtownie i obejrzał na Mira z absolutnym zgorszeniem.
- No wiesz! - żachnął się. - To tak, jakbym mu wchodził w... nie wiem! Nie rozumiesz, smoczy skarbiec... Nie byłem nawet w skarbcu Ayanne, a ona była moją żoną! Ona nie była w moim!
- Może Kerrilan okaże się mniej zasadnicza - mruknął mężczyzna. - Albo namówię Ertiego...
Ten zjawił się jakby wezwany zaklęciem. Zbiegał właśnie po schodach i wyraźnie ich szukał.
- Wiemy, że Vanistes opuścił Świątynię nad ranem... - zaczął na bezdechu, po czym urwał, wytrzeszczając oczy na widok miecza niesionego przez Mira. Krzyknął oskarżycielsko: - Ja go chciałem!
- Ty masz - zwrócił mu surowo uwagę Kitsu. Skarcony chłopak zarumienił się ze wstydu.
- Ale nie taki - mruknął z żalem.
Były król Argerriten przewrócił oczami.
- Jak będziesz miał smoczycę, którą będziesz musiał chronić przed okrutnym czarnoksiężnikiem, to dostaniesz jeszcze lepszy - obiecał.
- Naprawdę? - ucieszył się młodzieniec. - Ten zaczarowany, wysadzany rubinami?
- Ej, Erti - przerwał mu Miro. - Włamiesz się ze mną do skarbca Vanistesa?
* * *
- To jest po prostu nieprzyzwoite - biadolił Kitsu, krocząc stromym zejściem w głąb ziemi.
Pochód prowadził ożywiony Ertileyes. Złamanie smoczego tabu najwyraźniej nie przerażało go tak mocno jak resztę. Za nim kuśtykał zacięty Altamir. Nieszczęśliwi Kitsanis i Kerrilan podążali za nimi. Kolumnę zamykała Vetris. Obejmowała się ciasno ramionami i zdawała się jeszcze bledsza niż zwykle. Z obawą zerkała na ściany skalne, jakby oczekiwała, że sama ziemia zbuntuje się przeciwko ich występkowi i pogrzebie ich grzeszne dusze.
Wszyscy spodziewali się ujrzeć u kresu wędrówki tradycyjny smoczy skarbiec pełen drogocennych przedmiotów i świecidełek. Mieli nadzieję, że jeśli będą przeszukiwać zbiór wystarczająco długo i uważnie, natkną się na coś, co podsunie im jakiekolwiek podejrzenia odnośnie do zamiarów Vanistesa. Nie sądzili jednak, że prawda uderzy ich w twarze z całą swoją mocą, ani w najśmielszych koszmarach nie wyśniliby tego, co znaleźli na dnie jaskini. Powitał ich duszny, wilgotny mrok. Tchnął im w twarze zapachem stęchlizny z niepokojąco organiczną nutą.
Kiedy Miro wyczarował kule światła, które rozpierzchły się po wnętrzu groty, nigdzie nie dostrzegli lśniących metali ani klejnotów.
- Co, do...? - mruknął zaniepokojony Kitsu.
Miro tylko zmarszczył brwi. Nie przyznał się do tego przed mistrzem, ale od dawna podejrzewał, że za wydarzeniami w Argerriten kryje się coś znacznie mroczniejszego niż swojska smocza obsesja na punkcie wszystkiego, co błyszczy i jest ładne. Widok zaskakująco pustego skarbca potwierdził jego przypuszczenia. Wkroczył do środka i przemknął spojrzeniem po regałach z książkami, pulpitach do czytania, biurkach, blatach, błyskającym tu i tam szkle.
- O kurczę. - Ertileyes westchnął.
- Co to jest? - zapytała zmartwiałym głosem Kerrilan.
Altamir wędrował pomiędzy meblami, zauważając wiele miejsc po książkach i utensyliach. Brak kurzu świadczył o tym, że musiano zabrać je niedawno.
- Laboratorium - odparł, podnosząc na wysokość oczu fiolkę z ciemnym płynem.
Z głębi pomieszczenia napłynęło wołanie Ertiego:
- Musicie to zobaczyć!
Młody smok stał przed gablotą, zadzierając głowę. Podążyli za jego pełnym grozy spojrzeniem.
- Bogowie - jęknęła Kerrilan.
Wpatrywali się milcząco w niemożliwie obcą człekokształtną istotę tkwiącą nieruchomo za szkłem i świdrującą ich spojrzeniem nieżywych, pokrytych bielmem oczu. Miro z niedowierzaniem lustrował kostropate kształty: wybuchające z tkanek guzy łusek, zniekształcone stawy i kości, długie pazury na palcach. Twarz istoty na zawsze zastygła w wyrazie zwierzęcego przerażenia i rozpaczy.
- Jest tego więcej - stwierdził Kitsu, rozglądając się po jaskini.
Wędrowali od eksponatu do eksponatu i patrzyli, jak rozwijały się dziwaczne, niepokojące badania Vanistesa. A Miro rozpoznawał coraz więcej: charakterystyczną stalową łuskę, skorpionie kończyny o wielu stawach, długie szpony. Zaczęły go nawiedzać niechciane wspomnienia. Pazury łamiące klingę, której nie mogło zniszczyć nic innego. Ostrze ześlizgujące się bezradnie po pokrytej łuskami skórze. Pędzące ku jego twarzy odnóża. I krzyk. Rozpaczliwy krzyk Yuno. Jej błagania. Puste oczy, kiedy zwisała bezradnie w ramionach Rutha, a on poił się jej krwią.
Ból, który towarzyszył Mirowi już zawsze, teraz wybił się na pierwszy plan świadomości, katując zmaltretowane ciało. Mężczyzna oparł się ciężko o blat i nerwowo potarł lewe kolano. Kiedy podniósł głowę, ujrzał utkwione w sobie badawcze spojrzenie Kitsu. Zaczął więc mówić, aby odwrócić uwagę od swojej słabości. Wskazywał cechy, które dostrzegł u Rutha, a teraz widział w upiornych pozostałościach po eksperymentach Vanistesa.
- Dlaczego to robił? - zastanawiała się Kerrilan. - Po co? Nie rozumiem!
Vetris spoglądała zamyślona na ciało człowieka umieszczonego w gablocie plecami do oglądających. Pod szeroką przezroczystą taflą rozpościerała się parodia smoczych skrzydeł.
- Chciał zmienić człowieka w smoka.
- Ale dlaczego?! - krzyknęła rudowłosa smoczyca.
Lekarka zadumała się i zaczęła uważnie dobierać słowa.
- Żeby wiedzieć, czy to możliwe do osiągnięcia.
- Możemy przecież płodzić potomstwo z ludźmi.
- To nie to samo. Dobrze wiecie, że to nie jest takie proste... - Urwała, zerkając na Mira, i szybko wróciła do poprzedniego tematu: - Vanistes chciał... jeśli powiem: "potwora", to nie odda dobrze istoty jego celów. Chciał hybrydy. Ale nie można stworzyć nowego życia w ten sposób. Potrzebował czegoś więcej niż magii. Potrzebował mocy stwarzania.
Kitsu opadł bez sił na jakieś krzesło.
- I po to było to wszystko? - zapytał z rozpaczą i ze zmęczeniem. - To dlatego zabił... zabił mi Ayanne? Bo chciał sprawdzić, czy Echo rozwiąże jego problem badawczy?
Vetris pokiwała głową.
- Dla niego nie było niczego ważniejszego. Ale najwyraźniej to nie wystarczało.
- Chwila - przerwał im Miro. - Z Ruthem mu wyszło.
Naukowczyni przesunęła palcem po wąskich ustach.
- Nie - oświadczyła. - Wszczepił mu różne cechy, ale nie... To nie jest hybryda. To nie było to, co Vanistes chciał osiągnąć.
- Co można zrobić z takimi hybrydami? - dopytywał Ertileyes, lecz kobieta wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała. - Smoki rozmnażają się powoli. Mają jedno, czasem dwoje młodych. Jesteśmy powolną, niemal zastygłą w czasie rasą. Ludzie natomiast... ze swoją energią i niemożliwą wręcz rozrodczością stanowią niewyczerpalny rezerwuar. Co więcej... jeśli można nadać człowiekowi smocze cechy, to możliwa jest również akcja odwrotna.
- Mówisz, że... - Kerrilan brakło tchu.
- Mówię, że jeśli Vanistes chce stworzyć smoka z człowieka, to na pewno bierze pod uwagę odwrotność. Odebranie smoka smokowi.
Kitsu, Kerrilan i Erti patrzyli na nią z czystym przerażeniem. Miro objął ich zmartwionym wzrokiem i powrócił nim do upiornej wystawy.
- Kitsu - odezwał się. - Muszę się dowiedzieć, jak zabić smoka.
* * *
- Chcesz wiedzieć, jakie jest połączenie między wami.
Przed nią stała staruszka w szarej sukni. Opierała się ciężko o załadowany książkami wózek. Naparła na niego, a wtedy kółka zastukotały na posadzce. Nad drobną, skurczoną pod naporem lat kobieciną górowały ściany wypchanych woluminami regałów. Przez wysokie okna do biblioteki wpadały złociste promienie słońca. W ich blasku wirowały okruszki kurzu.
- Krew - zaskrzeczała staruszka, podczas gdy Yuno dreptała za nią posłusznie. - Krew jest odpowiedzią na wszystkie twoje pytania.
Wąwozy regałów przesuwały się po ich bokach z zadziwiającą szybkością, jakby każdy krok staruszki i podążającej za nią dziewczyny liczył się za pięć albo i dziesięć.
- Krew. Krew - mamrotała stara, wodząc palcem po grubych, skórzanych grzbietach. - Tu - stwierdziła w końcu, wyciągając zakurzone tomiszcze.
W ciszy biblioteki zaszeptały strony z pergaminu.
- Tu. - Bibliotekarka podsunęła magini rozłożoną książkę, wskazując coś palcem. - Tutaj zobaczysz.
Kiedy Yuno dotknęła oprawy, przeszył ją chłód. Księga zaciążyła jej w dłoniach, jakby chciała przygiąć jej ciało ku ziemi. Niestety, tekst okazał się nieczytelny. Znaki wirowały po stronie, linie oraz kropki rozmywały się i zmieniały położenie.
- Nie mogę tego odczytać - poskarżyła się magini.
Odpowiedziała jej jednak cisza. Uniosła głowę znad lektury, kiedy przeszył ją podmuch ostrego wiatru. Przez rozbite okno do wnętrza wpadały płatki śniegu i osiadały na kawałkach szkła oraz rozsypanych po posadzce książkach. Pachnące spalenizną powietrze niosło ze sobą metaliczną nutę.
Kiedy za nią rozległo się chlipnięcie, podskoczyła i upuściła tom. Odwróciła się gwałtownie i stanęła oko w oko z rozczochraną, brudną od sadzy młodziutką maginią. Kucająca dziewczyna trzęsącymi się rękami zbierała rozrzucone książki. Teraz wytrzeszczała na Yuno zaczerwienione od płaczu oczy.
- Co tu robisz?! - wykrzyknęła przerażona. - Kim jesteś?! Jak się tu dostałaś?!
"Muszę się po prostu obudzić" - powtarzała sobie Yuno, cofając się. "Otwórz oczy. Po prostu otwórz oczy..."
* * *
Magini leżała na sofie, opiekuńczo otoczona ramionami siedzącej obok Enis. Oddychała głęboko pogrążona we śnie. Kiedy mężczyźni weszli do apartamentu, obejmująca maginię strażniczka zwróciła w ich stronę twarz. Mira uderzył kolor jej oczu - fioletowy. Natychmiast zalała go zazdrość, której siła zdumiała jego samego. Utha musiała rozpoznać to w jego spojrzeniu, bo uśmiechnęła się ze zwodniczą niewinnością, tuląc policzek do włosów Yuno.
Kitsu, zupełnie nieświadomy narastającego napięcia, rzucił się bez sił na fotel, odchylając głowę i zakrywając twarz rękami. Prawe oko dziewczyny zmieniło barwę. Uthenis objęła smoka stroskanym spojrzeniem.
- Pakujcie się - polecił rudzielec. - Odlatujemy stąd.
Yuno drgnęła w ramionach przyjaciółki i uniosła powieki.
- Co się stało? - zapytała sennie.
Wyciągnęła rękę w stronę ukochanego. Altamir podszedł do niej i złapał jej palce. Niezdarnie usiadł na dywanie u stóp kobiet. Zaczął im opowiadać o niepokojącym odkryciu. Zerknął na Yuno, a słowa na moment ugrzęzły mu w gardle, gdy doszedł do opowieści o tym, co łączyło Rutha z dopiero co odkrytymi przez nich eksperymentami.
- Nie wiemy, czy Vanistes zamierza tu wracać, ale musimy założyć, że może się zjawić w każdej chwili - podsumował Kitsu. - A skoro eksperymentuje na ludziach...
Ostatnie zdanie zawisło w powietrzu.
Enis rozpostarła ramiona.
- W takim razie zacznijmy się zbierać - oświadczyła lekko. - Nie zamierzam zostawać żadną łuskowatą stworą. Jeden gad w klanie nam wystarczy.