Krew ofiary - Monika Grabowska

Kup ebooka

57.90 zł
48.06 zł (47,48 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Ophelia

Moje ciało się rozpadało.

Szara, wiotka skóra odpadała płatami, pozostawiając po sobie rozżarzone rany. Całe moje jestestwo zdawało się jednym wielkim, bezkresnym bólem. Narządy wewnętrzne wykręcały się na wszystkie strony świata, wędrowały po trzewiach ścieżką cierpienia, zahaczały o rozpalone kości, pragnące czym prędzej czmychnąć z tego wraku, jakim się stawałam.

Ja także tego pragnęłam, bardziej niż czegokolwiek wcześniej.

Każdemu wdechowi towarzyszył niepokojący świst. Płuca ostrzegały, że nie mogłam mieć pewności, czy to tchnienie nie okaże się ostatnim, jakie dane mi zaczerpnąć. Pokryte zakrzepłą krwią włosy wypadały całymi garściami, wplątywały się w rany i zrywały świeże strupy.

Nie rozumiałam, co się działo. Jedyną pewną rzeczą pozostawał fakt, że powinnam nie żyć. A jednak jakimś cudem, bezdusznym zbiegiem zdarzeń, brutalnym zwrotem akcji, wciąż oddychałam. Uciekałam, stawiając coraz bardziej chwiejne kroki na nieskazitelnie białym śniegu. Nieustannie cierpiałam.

Pomimo rozległych obrażeń oraz krwawiącej dziury w piersi to nie ból fizyczny wydawał się najgorszy. To dusza wyła z rozpaczy, błagała o kres ogarniającej mnie z każdej strony beznadziei.

Zostałam oszukana, wykorzystana i niemal zabita przez własną siostrę - a przynajmniej przez osobę, którą całe życie za nią uważałam. Trudno się kłócić ze słowami Eleanor. Fakt, iż rodzina Altensol mnie przygarnęła, wyjaśniał wszystko, każdą wątpliwość i niepewność. Zbyt ciemne włosy, zbyt jasna cera i nieodpowiednia uroda nagle przestały wydawać się aż tak dziwne. Wszystkie napady złości Thaliena, zawsze skierowane w moją stronę, wszelkie oschłe słowa i chłodna obojętność rodziców niespodziewanie odnalazły dawno zagubiony sens.

Myślenie o tym, że wszystko tak dokładnie przemyślano, okazało się zaskakująco trudne. Każda uwaga, każda reakcja mojej rodziny po zniknięciu Eleanor stanowiły element wystudiowanego planu. Próbowali wmówić mi szaleństwo i bardzo niewiele brakowało, abym w nie uwierzyła.

Prawdę mówiąc, wolałabym oszaleć. Poddać się nurtowi obłędu, pozostawić za sobą wszystko to, co tak bardzo bolało.

Zatrzymałam się i wsparłam o pobliski oszroniony konar, gdy promieniujący ból po raz kolejny rozorał serce. Zmrużonymi oczyma, zbyt wrażliwymi, by zauważenie czegokolwiek więcej niż zamglone krawędzie świata stało się możliwe, rozejrzałam się dookoła. Otaczała mnie jedynie bezkresna biel, poprzetykana czernią bezlistnych drzew, przyglądających mi się w obojętnej ciszy.

Musiałam się pospieszyć. Jeśli pragnęłam żyć, musiałam uciekać.

Ostatnie dni wypełniała bezdenna, czarna otchłań. Od mojego ostatniego spotkania z Eleanor mógł minąć dzień lub tydzień, a może nawet miesiąc. Erentia zniekształcała czas, uniemożliwiała obranie odpowiedniej drogi ucieczki.

Nie rozumiałam, dlaczego ocknęłam się na czarnej nagiej skale tuż przy Jeziorze Matki, otoczona nieruchomymi ciałami, odzianymi w szaty Księżycowego Królestwa. Nie rozumiałam, dlaczego moją skórę pokrywała krew. Krew, która wypełniała także jezioro. Dlaczego nikt nie sprawdził, czy żyłam? Albo raczej - czy na pewno umarłam?

Dlaczego nikt mnie nie dobił?

Pewnie dlatego, że zadano ci śmiertelną ranę - zauważył Głos, lecz słowa zdawały się dobiegać spod odległej powierzchni. Każda kolejna sylaba wybrzmiewała coraz ciszej i ciszej.

Więc dlaczego wciąż żyłam? A może umarłam? Czy tak wygląda śmierć?

Nie potrafiłam także pojąć, dlaczego gdy spoglądałam w górę, nie dostrzegałam błękitu nieba ani blasku gwiazd, mogących wskazać mi kierunek. Zupełnie jakby cały świat pogrążył się w szkarłacie.

Obejrzałam się jeszcze raz za siebie. Pozostawiałam za sobą wyraźne czerwone ślady.

Musiałam uciekać przed Eleanor. Przed Vannevarem. Przed wszystkimi, którzy mieli być mi bliscy. Przed Daganem, o którym nie potrafiłam myśleć. Kuriozalne, albowiem nie potrafiłam również o nim nie myśleć. Mężczyzna wypełniał każdy mój oddech, każdy krok, każdą myśl i każdą ranę.

Ciszę przeszył trzask łamanej gałęzi. Wzrok nie pozwolił mi dostrzec, co stanowiło źródło hałasu. Przyspieszyłam, zebrawszy poły sukni w garście.

Nieważne, że cel mojej wędrówki pozostawał tajemnicą nawet dla mnie.