Rozdział 1
Moon była wściekła nie tylko na Drake'a, ale także na samą siebie. Miała ochotę krzyczeć i rzucić się na kogoś z pięściami. Musiała czym prędzej odreagować, w przeciwnym razie postradałaby resztki rozumu. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nie, ona po prostu nie chciała w to wierzyć. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że znów została sama. Jej przyjaciele nie żyli, rodzina również, a wszystko z powodu jakiegoś pieprzonego sztyletu.
Nie była pewna, czy postąpiła dobrze, odrzucając propozycję Drake'a, ale jeśli złapałaby jego dłoń i wzbiła się z nim w powietrze, poczułaby się jak zdradziecka świnia. Chyba do końca życia plułaby sobie w twarz. Nieważne, jak bardzo chciała dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu, w tamtej chwili ogarnęła ją rozpacz, która odebrała zdrowy rozsądek i wypełniła oczy łzami.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, a niebo miało różowo-niebieską barwę. Wszystko wyglądało tak pięknie i spokojnie, jakby Las Śmierci był oazą bezpieczeństwa. Nic bardziej mylnego.
Moon zatrzymała spojrzenie na usypanym z kamieni grobie Floriana i poczuła żal szarpiący bezlitośnie jej duszę. Jakby po jej sercu przesunęło się rozpalone żelazo, pozostawiając głęboką bruzdę. Nie była w stanie sobie nawet wyobrazić, jak okrutną śmierć zgotowała rebeliantowi Devine - Keira. Przez co musiał przejść, zanim wyzionął ducha?
Gdyby była ze sobą szczera, przyznałaby, że jest wdzięczna Drake'owi. Po tym, co zrobił, nienawidziła go, ale nie mogła kwestionować, że jego plan był perfekcyjny. Drań skrócił tę przeklętą wiedźmę o głowę, pozbywając się jej raz na zawsze. Co prawda odebrał Moon możliwość dokonania zemsty, ale akurat o to nie miała do niego pretensji. Byłaby naiwną idiotką, myśląc, że samodzielnie będzie w stanie zabić Keirę.
Odwróciła się od lasu, kierując wzrok tam, gdzie znajdowało się ukryte wejście do podziemnego tunelu. Zdecydowała się wrócić do Gniazda i przekonać osobiście, czy wszyscy jej przyjaciele nie żyją. Jeśli rzeczywiście została sama, będzie musiała znaleźć kogoś, kto pomoże jej przetrwać. Nie było co się dłużej oszukiwać... czekało ją spotkanie z Sępem. Krwiożercy rządzili na południu osady, jakby należało ono właśnie do nich.
Moon westchnęła, zamykając na kilka sekund oczy. Była zmęczona i pozbawiona sił, ale nie chciała tracić czasu na wypoczynek. Odetchnie, gdy wróci do domu, o ile jej dom ciągle istnieje. Zacisnęła zęby i poprawiła skórzany pas, do którego przymocowała pochwę z mieczem. Engel był kolejną zagadką, do której - wierząc słowom Drake'a - klucz stanowiła księga Asaela. Skrzydlaty wojownik zdradził jej także, że owa księga znajduje się na Feuerheim. Problem w tym, że Moon nie miała bladego pojęcia, gdzie leży to miejsce.
Przeklęła pod nosem i ruszyła przed siebie. Czekała ją nieprzyjemna droga, podczas której będzie miała wystarczająco dużo czasu, by jeszcze raz wszystko sobie przemyśleć. Może wezwanie Drake'a wcale nie byłoby takie złe? Nie ma szans, przywołała się do porządku! Nie da gnojkowi tej satysfakcji. Nie, dopóki nie sprawdzi innych możliwości. Wykorzystał ją, bezczelnie okłamał i kazał wierzyć, że mu na niej zależy.
Moon pokręciła głową z niedowierzaniem, zdając sobie sprawę, że akurat w tej ostatniej kwestii nie kłamał. Rzeczywiście mu na niej zależało, ale nie w taki sposób, w jaki ona by sobie tego życzyła. Potrzebował jej krwi, by aktywować sztylet. Niby zapewnił, że jako Katze był z nią szczery, ale byłaby naiwną idiotką, gdyby zaufała jego słowom. Pewnie miał z niej niezły ubaw. Nie daruje mu tego.
Droga przez ciemne kanały była tak samo męcząca i obrzydliwa jak za pierwszym razem. Moon ledwo powstrzymywała się od zwymiotowania i czuła wdzięczność, że przed wejściem do tunelu niczego nie zjadła.
Gdy wreszcie dotarła na miejsce, przepełniła ją ulga. Nie mogła się doczekać, aż odetchnie świeżym powietrzem. Wspięła się po drabince i ostrożnie odsunęła właz. Był środek nocy i większość mieszkańców spała, jednak o tej porze po uliczkach Gniazda szlajali się ludzie Sępa. Trzymając się nadziei, że żaden z nich jej nie zauważy, wyszła na zewnątrz.
Znajomy widok sprawił, że ścisnęło ją w środku. Nie pozwoliła sobie jednak na łzy - płaczem niczego nie wskóra.
Słysząc głosy nadchodzących mężczyzn, przylgnęła plecami do ściany pobliskiej chaty. Powolnym krokiem ruszyła w stronę swojego domu, obserwując uważnie otoczenie.
Obawiała się wielu rzeczy, ale Blair Scherzer stojący tuż pod drzwiami jej mieszkania zaskoczył ją tak, że pobladła na twarzy. Ostatni raz rozmawiała z nim jakieś cztery lata temu. No dobra, możliwe, że to, co wtedy ze sobą robili, było bardzo dalekie od rozmowy, ale Moon nie miała najmniejszego zamiaru wspominać tamtych chwil. Dużo ważniejsze było pytanie, czego ta menda tutaj szukała. Co prawda chciała się z nim spotkać, ale przecież nie od razu.
Zdając sobie sprawę, że Sęp prędzej czy później i tak dostanie ją w swoje łapy, wyszła z cienia. Prawą dłoń automatycznie zacisnęła na rękojeści Engela, poczuła nagły przypływ adrenaliny, a jej ciało przygotowało się do ataku. Ale ten nie nadszedł. Wszystko wskazywało, że Scherzer był sam. Nie towarzyszyła mu nawet ta sadystyczna szmata Sorcha, która - odkąd przystąpiła do Krwiożerców - praktycznie się z nim nie rozstawała.
- Moon, skarbie - przywitał się Blair, szczerząc przy tym zęby, i swobodnym krokiem ruszył ku wojowniczce. - Jak miło cię widzieć - powiedział sarkastycznym tonem, zatrzymując się zaledwie kilka centymetrów przed nią, po czym rozejrzał się, jakby kogoś szukał.
- Czego chcesz? - zapytała rebeliantka, dzielnie znosząc jego spojrzenie.
Znała Sępa wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nie wolno go lekceważyć. To, że nie widziała jego ludzi, nie oznaczało, że ich tutaj nie było. Prawdopodobnie ukrywali się gdzieś w pobliżu, czekając, aż Moon popełni jakiś błąd. Przypuszczalnie dostali rozkaz, by ją obezwładnić, gdy tylko coś pójdzie nie po myśli Scherzera.
- Śmierdzisz gorzej niż gówno - stwierdził, marszcząc nos. - Wiem, że obracasz się w gównianym towarzystwie, ale nie spodziewałem się, że aż tak nim przesiąkniesz.
W normalnych okolicznościach jego docinki nie zrobiłyby na Moon żadnego wrażenia, ale sytuacja, w której się znalazła, była daleka od normalnej. Granica jej wytrzymałości została już dawno przekroczona. Dziewczyna przypominała wulkan tuż przed erupcją i doskonale wiedziała, że nie da rady dłużej stać spokojnie.
Szybkim ruchem wyciągnęła miecz z pochwy i przystawiła go do szyi Sępa. Ten tylko się zaśmiał, jakby jego życie wcale nie zawisło na włosku, a przecież wystarczyłoby jedno cięcie i poderżnęłaby mu gardło.
Blair powoli uniósł rękę. Moon była świadoma, że tym gestem powstrzymał innych Krwiożerców od posłania strzał w jej plecy.
- Pamiętam, że lubisz na ostro, ale bez przesady, skarbie - wymruczał, prezentując czarujący uśmiech, który kiedyś uważała za pociągający.
Obrazy z przeszłości pojawiły się w jej głowie. Przeklinając każdą sekundę spędzoną z tym sadystycznym skurwielem, zacisnęła zęby tak mocno, że aż zazgrzytały. Nigdy sobie tego nie wybaczyła. Nie liczyło się, że nie wiedziała, kim był ojciec Blaira. Nie powinna była ulegać pożądaniu i rżnąć się z ledwo poznanym fagasem. Nieważne, jak zła była, nieważne, jak bardzo pragnęła kogoś, kto pomoże jej choć na krótką chwilę zapomnieć o otaczającej ją śmierci. Potrzebowała odwrócenia uwagi, rozproszenia przygnębiających myśli, kilku minut zapomnienia.
- Czego ode mnie chcesz? - powtórzyła wściekła, delikatnie raniąc jego skórę.
- Od ciebie? - zastanowił się, unosząc lekko brwi. - Wielu rzeczy. Ale nie czekam tutaj z twojego powodu. Szukam Keiry, a skoro nie ma jej z tobą... - Przerwał, odsuwając się o krok, a Moon momentalnie opuściła broń. - Zajebałaś sukę - wysyczał niezadowolony, przeczesując nerwowo włosy palcami, a kiedy wojowniczka nie zaprzeczyła, podniósł głos: - Kurwa jego pierdolona mać! Nie zrozum mnie źle, skarbie, bardzo miło cię znów widzieć, ale to nie ciebie się spodziewałem.
Moon zmrużyła podejrzliwie oczy. Czyżby Keira połączyła siły z Krwiożercami? Gang Sępa nie robił niczego bezinteresownie, więc musiała im coś obiecać.
- Poszedłeś na układ z tą zakłamaną żmiją? Skąd w ogóle o niej wiesz? - zaczęła równocześnie zdezorientowana i rozjuszona. - Kazała wam zabić Brama i resztę moich przyjaciół? - zapytała, nie mogąc się powstrzymać. Jej głos zadrżał.
- Nie tknąłem twojej pierdolonej rodzinki - oburzył się Scherzer, jakby właśnie go czymś obraziła. - Za kogo ty mnie masz?
- Nie mam czasu na twoje gierki, sukinsynu! Nie wystawiaj mnie na próbę! Możliwe, że twoi ludzie przeszyją mnie strzałami, ale uwierz, że i tak zdążę ci wbić miecz w gardło.
- Gdybym nie wiedział, jak wiele dobra potrafi zdziałać twój zwinny, niewyparzony język, już dawno kazałbym go obciąć - oznajmił, uśmiechając się obleśnie.
Oczyma wyobraźni widziała, jak obdziera go ze skóry. Powoli, soląc każdą ranę i upajając się jego krzykami.
- Ci idioci rzeczywiście nie żyją, skarbie - powiedział wreszcie, odbierając Moon resztkę nadziei na zobaczenie swoich bliskich. - Ale to nie nasza sprawka. Keira sama się tym zajęła. - Wzruszył obojętnie ramionami.
Moon zrobiło się jeszcze bardziej niedobrze. Łzy cisnęły się do jej oczu, ale resztką sił powstrzymała płacz.
- Co wam obiecała? - zapytała, przełykając ciągle ślinę, jakby ten gest był w stanie zahamować szloch.
- Wystarczająco dużo, bym zgodził się jej pomóc. Pierdolona suka - syknął, zaciskając pięści w bezsilnej złości.
- Chcesz mojej śmierci? - Rebeliantka zadała kolejne pytanie, przyglądając się bacznie jego reakcji.
Sęp zaśmiał się głośno, jakby opowiedziała niezmiernie dobry żart. Machnął ręką, odprawiając swoich ludzi. Najwyraźniej był pewien, że Moon nie zrobi mu krzywdy.
Żebyś się nie przeliczył, gnoju, pomyślała.
- Zostałaś sama jak palec - stwierdził, umyślnie wbijając jej niewidzialny nóż w serce. - Już kiedyś ci proponowałem, byś do nas dołączyła, pamiętasz?
Przygryzł usta, obserwując ją uważnie. Skrzyżował ramiona na piersi, cierpliwie czekając na jej odpowiedź. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że idzie jej na rękę.
- Sorcha nie będzie zachwycona moim towarzystwem - skonstatowała.
- Wręcz przeciwnie.
Przesunął po Moon świdrującym wzrokiem, a ona poczuła się tak, jakby rozbierał ją samym spojrzeniem. Gdyby nie potrzebowała pomocy Sępa, rzuciłaby się na niego z pięściami i obijała tak długo, aż zostałaby z niego miazga.
- Mam warunek. - Dumnie uniosła brodę, starając się, by jej głos zabrzmiał pewnie i stanowczo. - Pomożesz mi odnaleźć pewną księgę.
- Chcesz przysługi? - Podszedł do niej, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw. - Będziesz musiała się bardziej wysilić, skarbie. - Dotknął jej ust, jakby były jego własnością. - Zdradzisz mi, o jaką księgę chodzi?
Przejechał ponownie kciukiem po jej dolnej wardze, następnie zatopił palce w skołtunionych włosach dziewczyny. Moon miała wrażenie, że gdyby nie bijący od niej smród, Blair byłby w stanie przelecieć ją tu i teraz.
- Księga Asaela - odpowiedziała, nie ruszając się z miejsca. Wiedziała, że musi dać mu poczucie wyższości, w przeciwnym razie nici z jej planu. - Zbierz dla mnie informacje, a ja przystąpię do Krwiożerców.
- Nie mogę się doczekać - wyszeptał jej do ucha, po czym pocałował gwałtownie i zaborczo.
Ugryzła jego wargę tak mocno, że pociekła z niej krew. Splunęła z odrazą, wycierając usta przedramieniem.
- Tęskniłem za tym - przyznał, oblizując się. - Daj mi parę dni, skarbie. Poślę po ciebie, gdy tylko się czegoś dowiem.
Drake już dawno nie czuł się tak swobodnie. Fakt, że wreszcie pozbył się Keiry, sprawił, iż wolność przybrała dla niego zupełnie nowe znaczenie. Nie mógł przestać się uśmiechać, choć doskonale wiedział, że śmierć matki nie wymaże wszystkich problemów. Gra, którą toczył już od zarania dziejów, nigdy się nie skończy. Keira była tylko jednym z pionków na olbrzymiej planszy.
Zanim wylądował na Feuerheim, gdzie powinien czekać na niego Rowan, zastanowił się, czy aby na pewno dobrze postąpił, zostawiając Moon samą. Kto wie, co strzeli jej do głowy? Była na tyle inteligentna, by wiedzieć, że w pojedynkę nie przeżyje w Todeswaldzie. Z pewnością wróciła do Nestu, aby potwierdzić śmierć bliskich. Traciła tylko cenny czas. A przecież wystarczyłoby jedno jego słowo... jeden gest, a poszłaby za nim wszędzie.
Westchnął poirytowany. Nie miał pojęcia, co w tej kobiecie sprawiało, że traktował ją ulgowo. Nie mógł zaprzeczyć, że czerpał przyjemność z prowadzonych z nią rozmów. Polubił jej towarzystwo i sposób, w jaki na niego patrzyła. Zdawała się inna niż ludzie, których spotykał dotychczas na swojej drodze. Już wtedy, gdy wyciągnęła pomocną dłoń do Aidana, dostrzegł w jej oczach coś fascynującego. I nie chodziło wyłącznie o to, że wywodziła się z rodu Kael. Do dziś pamiętał słowa, które padły z jej ust: "Wierzę w to, że nie wszyscy aniołowie są źli. Tak jak nie wszyscy ludzie są dobrzy". Ciekawe, czy nadal w to wierzyła.
Oderwał myśli od Moon, koncentrując się na teraźniejszości. Czekała go rozmowa z Seykenem, podczas której wolałby nie zaprzątać sobie głowy tą upartą śmiertelniczką. Postanowił, że jeśli nie wezwie go dobrowolnie w ciągu dwóch dni, weźmie sprawy w swoje ręce.
Poleciał w dół, a gdy stopami dotknął ziemi, od razu schował skrzydła, a jego oczy przybrały czarną barwę. Rozejrzał się i zatrzymał wzrok na niewielkim obozie rozłożonym u podnóża gór. Wiatr szarpał połami czarnych namiotów, grożąc zerwaniem linek.
Statecznym krokiem zmierzał w tamtą stronę. Kilku skrzydlatych żołnierzy zgromadziło się wokół rozpalonego ogniska, którego migoczące płomienie tworzyły swoistą grę światła i cienia. Mężczyźni gawędzili ze sobą, nie zwracając zbyt dużej uwagi na okolicę. Najwyraźniej nie spodziewali się żadnych kłopotów i doszli do wniosku, że pilnowanie pozycji było zbędne. Głupcy.
Drake bezszelestnie sięgnął po mały nóż i rzucił nim w stronę mieszańców. Ostrze zraniło delikatnie policzek jednego z żołnierzy, a Inicjanin zyskał ich całkowitą uwagę.
Niemal jednocześnie wyciągnęli miecze z pochew i wymierzyli nimi w wojownika. Bez dwóch zdań wzięli go za człowieka albo sługusa. Nie mieli bladego pojęcia, z kim tak naprawdę mają do czynienia.
- Gdzie jest Seyken? - zapytał niewzruszony, przejeżdżając badawczym wzrokiem po wszystkich zebranych. - I lepiej dla was, jeśli opuścicie broń - polecił, w ogóle nie przejmując się ich bojowym nastawieniem.
- Jak śmiesz atakować anielskich żołnierzy, żałosny krwiopijco! - warknął jeden z mieszańców. - Na kolana i błagaj o litość!
Ta scena była tak groteskowa, że Drake z trudem powstrzymał się od śmiechu. Gdyby nie zależało mu na tym, by trzymać w tajemnicy swoją tożsamość, pokazałby temu niewdzięcznemu robakowi, kto tutaj jest żałosny.
- Seyken! - krzyknął, gotowy na odparcie możliwego ataku.
Jednak zanim zdezorientowani żołnierze zdecydowali się na niego ruszyć, z namiotu wyszedł generał. Jego zszokowana mina mówiła sama za siebie. Pobladł na twarzy i przełknął nerwowo ślinę. Rzucił swoim ludziom ganiące spojrzenie, po czym skinieniem głowy zaprosił Drake'a do namiotu.
- Ja... - zaczął Rowan, wyglądając przy tym, jakby zobaczył ducha.
- Zabrakło ci języka w gębie, Seyken? - odezwał się zniecierpliwiony Inicjanin. - Keira nie żyje - poinformował go, wzruszając ramionami, jakby to była drobnostka.
Oczy Rowana, o ile to było w ogóle możliwe, powiększyły się jeszcze bardziej. Otwierał i zamykał na przemian usta, ale nie wyszło z nich żadne słowo.
- Ale... nie rozumiem, panie - wydusił w końcu. Po jego czole spłynęły krople potu. Był wyraźnie zdenerwowany. - Przecież to niemożliwe.
Drake zerwał się z miejsca i niespodziewanie zacisnął dłoń na szyi generała, a drugą sięgnął po karambit, którego ostrze przystawił do brzucha Rowana. Wystarczyłby jeden zły ruch mieszańca, a wbiłby mu nóż w aortę.
- Co zrobiłeś? - zapytał groźnym tonem.
- To nie był mój pomysł - zaczął tłumaczyć generał, co tylko potwierdziło podejrzenia Inicjanina. - Byłem przekonany, że Keira jest nieśmiertelna, panie. Skontaktowała się ze mną pewna kobieta, przedstawiła plan, który wydawał się idealny. Dostaliśmy możliwość pozbycia się Keiry. Nigdy bym cię nie zdradził, panie, przecież o tym wiesz. Zataiłem to przed tobą, ponieważ Nessa zapewniła, że nie zgodzisz się na otworzenie portalu...
- Nessa? - wszedł Seykenowi w zdanie, wykrzywiając usta z wściekłości.
Znał tylko jedną kobietę o tym imieniu potrafiącą otworzyć portal do Initium. Szkopuł w tym, że ona nie żyła, a przynajmniej tak do tej pory myślał.
- Gdzie ona jest? - zapytał, odpychając od siebie generała tak mocno, że ten o mało co nie stracił równowagi.
- Na Wyspie Skrzydeł - odpowiedział natychmiast Rowan, masując sobie szyję. - Prawdopodobnie ukrywa się w górach, tak było, gdy ostatni raz się z nią komunikowałem.
- Spotykałeś się z nią? - Drake'a ogarnęło jeszcze większe zdenerwowanie, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Nie, panie. Wymienialiśmy się wiadomościami za pośrednictwem Blitza - sprostował generał, zapewne modląc się, by jego jastrzębia nie spotkała śmierć.
- Będę musiał użyć magii krwi, by ją odnaleźć.
- Panie, na Ostlingen rozprzestrzenia się jakaś nieznana choroba - poinformował Rowan, którego twarz była już blada jak papier. - Wysłałem tam Aidana...
- Aidan jest w pobliżu Nessy? - wszedł mu w słowo, zaciskając dłonie w pięści.
- Chciałem tylko pomóc, panie.
- Milcz! - warknął z wyraźnym rozdrażnieniem Drake. - Powinienem cię teraz zabić. Nie spodziewałem się po tobie takiej głupoty. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, kim jest ta kobieta?
Generał ukorzył się przed nim, drżąc na całym ciele.
Dobrze, pomyślał Inicjanin, powinien drżeć.
- Co z Haganem i resztą mieszańców, których wysłałem na wyspę? - zapytał Drake.
- To od Hagana otrzymałem wiadomość o chorobie szerzącej się w Ostlingen. Nie wiem, czy Westlingen również jest nią skażone. Kiedy opuszczałem wschodnią część wyspy, nic na to nie wskazywało.
Gdyby Inicjanin miał więcej czasu, przesłuchałby generała i wyciągnąłby z niego wszystko, co do wyciągnięcia było, jednak wieści o Nessie kompletnie go zaskoczyły. Nie powinien zwlekać ani chwili dłużej. Kapłanka była w tym momencie priorytetem.
- Przywołaj swoich ludzi do porządku - rozkazał władczym tonem. - Nikt nie ma prawa przekroczyć granicy Feuerheim! Zrozumiałeś?
Seyken pokiwał gorączkowo głową i nie zadając niepotrzebnych pytań, ukłonił się nisko, po czym opuścił namiot.
- Otaczają mnie idioci - burknął Drake, ledwo powstrzymując się od zdemolowania wszystkiego wokół.
Wciągnął głęboko powietrze, próbując się uspokoić, następnie wyszedł na zewnątrz. Upewniwszy się, że żaden z żołnierzy go nie obserwuje, wysunął skrzydła i wzbił się w powietrze.
Nessę znów zaczęły nawiedzać koszmary. Kapłanka nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała spokojnie noc. Budziła się cała zlana potem, targana zwidami, które wydawały się tak realne, jakby z sennego uniwersum wypełzały na jawę. Czasami krzyczała głośno i rozpaczliwie, nie mogąc się opamiętać i wyrwać z mrocznych wytworów umysłu.
- Już niedługo - szeptały znajome głosy w jej głowie. - Zapanujemy nad tym światem i staniemy się wielcy jak bogowie. Będą się do nas modlić, będą padać przed nami na kolana. Zobaczysz, Pristerino, będziemy niezniszczalni.
Nessa przebudziła się i wybiegła ze swojej komnaty, mając maleńką nadzieję, że w ten sposób pozbędzie się niewidzialnych prześladowców. Biegła korytarzem jak obłąkana, a łzy spływały po jej zaczerwienionych policzkach. Uciekała przed czymś, co tak naprawdę nie istniało, i sama nie wiedziała, dlaczego ogarnął ją aż tak wielki strach. Przecież to nie był pierwszy i z całą pewnością nie ostatni taki koszmar.
- Pora wyjść z cienia - odezwały się głosy.
Kapłanka aż się wzdrygnęła. Zdawało się, że upiory nawiedzające ją w snach nagle stały się realne. Czuła nawet ich obecność, ich dotyk, ich oddech.
Zatrzymała się przed komnatą Aidana. Nie zapukawszy, weszła do środka, dysząc tak ciężko, jakby biegła całymi godzinami. Jej serce biło w szaleńczym tempie, a ciało dygotało.
- Nessa - odezwał się Aidan.
Dźwięk jego głosu dodał jej odrobinę otuchy.
- Co się stało? - Podszedł do niej i natychmiast wziął ją w ramiona.
Na krótką chwilę poczuła się jak dawniej. Zaszlochała, obejmując go tak, jakby nie było jutra.
- Powiedz mi, że nie spisałeś mnie na straty - wyszeptała roztrzęsiona. - Błagam, powiedz mi, że ciągle ci na mnie zależy.
- Nessa - powtórzył jej imię, tym razem ze smutkiem w głosie, głaszcząc jej długie włosy. - Wszystko w porządku?
Nie na te słowa czekała. Coś jej mówiło, że nie dostanie drugiej szansy, by wyznać Aidanowi swoje uczucia. Przerażające przeczucie podpowiadało jej, że ona niedługo zniknie, pozostawiając po sobie jedynie powłokę.
- Kocham cię - wydusiła z siebie, a w następnym momencie poczuła, że jej dusza powoli się rozpływa.
Lavena była wyczerpana. Dzięki pomocy Aidana uniknęła śmierci, ale nadal nie miała sił, by podnieść się z łóżka. Gdyby tylko mogła, od razu ruszyłaby na poszukiwanie Tristana. Nie miała pojęcia, co się z nim stało i wszystko wskazywało na to, że Uzdrowiciel nie wiedział więcej od niej.
Modliła się w duchu, by gobliny nie złamały wampira... by go nie zabiły. Błagała bogów o łaskę i litość dla ukochanego, choć w głębi siebie wątpiła, że którykolwiek z nich odpowie na jej modły. Bogowie nigdy nie przejmowali się jej losem. Dlaczego miałoby się to nagle zmienić?
Co chwilę próbowała poruszać palcami, ale ten na pozór łatwy gest wydawał się niemożliwy do wykoniania. Aidan opiekował się nią tak dobrze, jak tylko mógł, jednak nie był w stanie postawić jej na nogi od razu.
Nie wiedziała, jak dużo czasu minęło, odkąd ją tutaj przyniesiono. Możliwe, że upłynął zaledwie jeden dzień, ale dla Laveny mogły to być długie, przepełnione bólem, smutkiem i goryczą tygodnie. Pragnęła bliskości Tristana, potrzebowała zapewnienia, że on ciągle żyje. Niewiedza i bezradność doprowadzały ją do szału.
Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał ją z zamyślenia. Z trudem rozchyliła powieki, które okazały się niemiłosiernie ciężkie. Zanim na powrót je przymknęła, zdążyła zobaczyć rozmazaną postać kobiety. Słyszała, jak ta roztrzęsiona rozmawia z Uzdrowicielem.
Drake użył Vortu, docierając na Wyspę Skrzydeł w błyskawicznym tempie. Przelatując nad Ostlingen, od razu zauważył, że miasto zostało przez kogoś napadnięte. Po uliczkach szlajały się gobliny, co tylko potwierdziło jego obawy, że generał został okłamany, a żołnierze anielscy przypuszczalnie wyrżnięci co do jednego. Pozostało mu tylko trzymać się nadziei, że Aidana nie spotkała śmierć.
Nessa była inicjańską kapłanką, pochodzącą z rodu Kael. W jej krwi płynęła ta sama magia co w krwi Moon. Niestety, nawet gdyby Inicjanin wiedział o tym wcześniej, nie mógłby wykorzystać jej do aktywowania Dammerlichtu. Dusza Pristeriny została skażona plugastwem nachtalbów - zmiennokształtnych demonów, nawiedzających żywe istoty we śnie, karmiących się strachem i cierpieniem.
Podczas Wielkiej Wojny Drake spostrzegł zmianę w zachowaniu Nessy. Wyraźnie czuł otaczającą ją mroczną aurę, rosnącą z każdym dniem. Z początku nie był w stanie rozpoznać, do kogo owa aura należała, ale z czasem odkrył przerażającą prawdę. Jeden z nachtalbów uwięzionych w zwierciadle służącym jako portal jakimś sposobem zawładnął umysłem kapłanki i wtargnął do jej ciała. Nie widząc innego wyjścia, Inicjanin wbił Pristerinie nóż w serce, a po tym, jak upewnił się, że ona nie żyje, zostawił jej ciało w walącym się zamku i wrócił na pole bitwy. Nigdy nie zdradził Aidanowi, jak naprawdę zginęła jego ukochana.
Zwinął dłonie w pięści, zaciskając mocno zęby. Istniało tylko jedno wytłumaczenie, dlaczego Nessa ciągle żyła. W jej ciele mieszkał nie tylko jeden nachtalb. Drake dobrze znał drapieżną naturę tych istot i zdawał sobie sprawę, że jeśli nie odnajdzie Pristeriny na czas, Alaris czeka kolejna wojna.
Wyczuwając obecność Aidana, przełknął nerwowo ślinę i poczuł niewielką ulgę. Nie wiedział, co wydarzyło się podczas jego nieobecności. Tak bardzo skoncentrował się na wyeliminowaniu Keiry, że nie zważał na inne niebezpieczeństwa. Był wściekły na siebie za to nieodpowiedzialne zachowanie. Powinien był to wszystko lepiej przemyśleć. Powinien był uwzględnić każdą możliwość. Przeklął w myślach, nie mogąc uwierzyć we własną głupotę.
Wylądował przed białą katedrą, obok której stał budynek ratusza. Więź łącząca go z Uzdrowicielem była słaba, ale mimo to wyczuwalna. Inicjanin wiedział, że mieszaniec znajduje się w pobliżu, jednak nie potrafił zlokalizować jego dokładnego położenia. Był niemal pewien, że coś lub ktoś blokuje ich telepatyczną więź.
Widząc zbliżające się do niego gobliny, schował skrzydła, łapiąc za noże. Napastników była zaledwie garstka, a zabicie ich nie sprawi mu większego problemu.
Ruszył w kierunku największego z nich. Gdy był już tuż przed nim, karambitem odtrącił jego rękę uzbrojoną w krótki miecz i znalazł się po prawej stronie stworzenia, w jego martwym polu. Natychmiast ciął w kolano goblina i nie przerywając manewru, wyrwał karambit, jednocześnie wbijając drugi w plecy przeciwnika. Uwolniony chwilę temu nóż wbił w miednicę stwora, co pozwoliło mu zrobić dźwignię i przerzucić wieprza nad głową. Czaszka człekopodobnej istoty rozbiła się o ziemię.
Nie zwlekając, natarł na pozostałe potwory, które najwidoczniej nie miały za grosz doświadczenia w prawdziwej walce. Zatrzymał się przed pierwszym z nich i obrócił na pięcie, by znaleźć się za jego plecami. Wbił mu nóż w kręgosłup i popchnął gwałtownie w stronę pozostałej dwójki. Przygarbione stworzenia runęły na brukowany chodnik i zanim zdążyły się pozbierać, Drake poderżnął im gardła.
Rozejrzał się szybko, szukając innych goblinów, ale wszystko wskazywało na to, że droga była wolna. Nie namyślając się długo, ruszył w stronę budynku, z którego wcześniej wybiegły martwe już stwory.
Katedra była pełna goblinów. Niektóre z nich nie miały żadnego odzienia i poruszały się niezdarnie, a inne, przypominające posturą człowieka, miały na sobie podniszczone skórzane zbroje. Tylko nieliczne posiadały jakąś broń. Najwyraźniej nie spodziewały się towarzystwa. Stworzenia te były drapieżnikami i atakowały głównie pazurami i zębami, ale w starciu z Inicjaninem nie miały najmniejszych szans.
Od razu, gdy przekroczył próg katedry, zyskał ich pełną uwagę. W pierwszej chwili były tak zdezorientowane, że nie wiedziały, co robić. Drake wykorzystał ten moment i szybko na nie natarł.
Zanim gobliny się ocknęły, wojownik zdążył wybić pierwszą trójkę. Ich zbroje były liche i nie stawiały żadnego oporu ostrzom karambitów. Inicjanin bez większego wysiłku przedarł się przez główny korytarz, zabijając nieporadne stworzenia.
Przy zejściu do piwnicy stało kilka wyższych wieprzy. Były dobrze uzbrojone i od razu przyjęły postawę do ataku. Otoczyły go, wyciągając przed siebie długie włócznie zakończone ostrymi grotami.
Drake raptownie rozłożył skrzydła i obrócił się wokół własnej osi. Złoto-czarne pióra z łatwością przecięły oszczepy, rozbrajając jego przeciwników.
Schował skrzydła i ruszył na pierwszego goblina. Zanim ten zdążył sięgnąć po miecz, wojownik wbił mu nóż w oko, po czym kopnął w klatkę piersiową, odwracając się do kolejnego potwora, który właśnie zamachnął się toporem. Inicjanin zwinnie się uchylił, następnie złapał za nadgarstek napastnika, wykręcając mu rękę. Lewą dłonią chwycił głowę wieprza, a prawą puścił jego ramię, by szybko poderżnąć mu gardło.
Kątem oka dostrzegł, że większość stworzeń rzuciła się do ucieczki. Została tylko dwójka, ale one również nie wyglądały na zbyt pewne siebie.
Słysząc zbliżające się kroki, zerknął w stronę krętych schodów. Gdy zdezorientowane gobliny w końcu zdecydowały się na niego natrzeć, chwycił małe noże i rzucił nimi, celując między oczy napastników. Nim ci padli na podłogę, podążył w kierunku stopni.
Zaledwie jedno uderzenie serca później zobaczył kolejnego wieprza. Był jeszcze wyższy niż jego poprzednicy i bardziej umięśniony. W dłoni trzymał sztylet, którym zamachnął się mocno, próbując zranić Inicjanina. On był jednak o wiele szybszy i zablokował cios przedramieniem, po czym wybił stworowi broń z dłoni. Goblin zacharczał rozwścieczony i zaatakował pięścią. Drake wykonał unik, jednocześnie łapiąc za nadgarstek przeciwnika. Karambitem podciął napięte ścięgna maszkary, po czym owinął jej ramię wokół swojego, równocześnie odchylając jej łeb, by poderżnąć gardło.
Popchnął silnie krwawiącego stwora na nowo przybyłe gobliny, po czym sam na nie natarł. Ciął nożami, zabijając jednego po drugim, aż dotarł na sam dół. Wszystko wskazywało na to, że znalazł się w lochach. Możliwe, że właśnie tutaj więziono Aidana.
Pobiegł w kierunku, skąd doszły go zdenerwowane głosy. Zatrzymał się przed pierwszą celą. Widząc trójkę wyższych goblinów i zakutego w kajdany nieznajomego mężczyznę, poczuł rozczarowanie.
Bez problemu pozbył się dwójki stworów, zostawiając sobie ostatniego, by móc wyciągnąć z niego jakieś informacje. Zanim przyparł go do ściany, gwałtownie wykręcił mu jedno, a potem drugie ramie, łamiąc kości.
- Co tutaj robicie? - wysyczał, przystawiając wieprzowi nóż do boku.
- Ja nic nie wiem - odpowiedział goblin, charcząc z nerwów. - Kapłanka wyprowadziła nas z Teufelsbergu, ale nie zdradziła szczegółów.
- Czyżby? - warknął wojownik, łapiąc za łeb stworzenia, po czym przycisnął jego gębę do muru i przejechał nią po chropowatej powierzchni.
Goblin zawył z bólu, próbując się uwolnić, ale nie miał szans.
- Gdzie jest kapłanka?!
- W ratuszu - wyskamlało trzęsące się stworzenie. - A teraz mnie wypuść, powiedziałem ci wszystko, co wiem. Litości!
Drake odsunął się o dwa kroki, a gdy goblin odetchnął z ulgą i skierował na niego spojrzenie, uśmiechnął się krzywo, wbijając mu nóż po kolei w brzuch i szyję.
Śmierdzące wilgocią powietrze wypełniało płuca Tristana z każdym płytkim oddechem. Połamane żebra przyprawiały go o taki ból, że nie mógł nawet na chwilę zasnąć. Kończyny miał zdrętwiałe, czubki palców tak lodowate, że praktycznie ich nie czuł. Wisiał bezwładnie, przykuty kajdanami, których łańcuchy przymocowane zostały do sufitu. Chwiał się z boku na bok, próbując przeżyć kolejnych kilka godzin.
Przypominał opuchnięty, posiniaczony kawałek mięsa, na którym zasychała ciemnoczerwona krew. Kosmyki włosów kleiły się do mokrego od potu czoła, a spierzchnięte usta mocno popękały i zostały przecięte w dwóch miejscach.
- Jakie są słabe punkty twojego pana? - zapytał torturujący go goblin, wymierzając kolejny cios w okolicę żeber. - Gadaj! - ryknął zniecierpliwiony, na co Tristan tylko poruszył kącikiem ust.
Straszyli go, że jeśli nie będzie współpracować, skrzywdzą Lavenę, ale jeśli rzeczywiście chcieliby się do tego posunąć, przyprowadziliby ją do niego i znęcaliby się nad nią na jego oczach. Wampir był niemal pewien, że wieprze nie miały tutaj całkowitej władzy.
- Gdzie mieszka rodzina twojego stwórcy? - kontynuował rozjuszony oprawca, uderzając Tristana pięścią w twarz.
Generał gwardii anielskiej nie miał żadnych żyjących krewnych. Nie wliczając boga, zależało mu wyłącznie na Blitzu - jego jastrzębiu. Wampir był przekonany, że Seyken zrobiłby wszystko dla tego drapieżnego ptaka. Gdyby gobliny dostały go w swoje łapska, wyciągnęłyby z Rowana każdą tajemnicę.
- Przeklęty krwiopijca - syknął jego ciemiężyciel. - Pokroimy tę dziwkę na kawałeczki i zjemy - zagroził już chyba po raz setny. - Słyszysz? - Walnął go z całej siły w brzuch.
Tristan poczuł na policzkach wilgoć cieknących z opuchniętych oczu łez. W ustach miał metaliczny posmak krwi, a całe ciało bolało nawet przy najdrobniejszym poruszeniu. Myślał, że zaraz umrze, że nie przeżyje kolejnego wdechu czy spazmu. Mimo marnych szans na ratunek przysiągł sobie, że nie da za wygraną. Choćby nie wiem co wyciągnie Lavenę z tego bagna.
Zanim goblin zdążył wymierzyć kolejny cios, otworzyły się kraty celi. Wampir usłyszał charakterystyczny szelest machnięć skrzydeł, a w jego sercu zapaliła się maleńka iskra nadziei, że pan jakimś sposobem dowiedział się o wszystkim i ruszył im na pomoc.
W pomieszczeniu rozległy się westchnienia strachu i krzyki. Gobliny charczały nerwowo, najwyraźniej nie wiedząc, co zrobić. Panika i chaos odczuwalnie wypełniły powietrze. Do uszu Tristana dobiegł szmer przesuwających się ciał. Wyglądało na to, że jego oprawcy czegoś się wystraszyli i postanowili czym prędzej opuścić celę. Któryś z wieprzy warknął coś w niezrozumiałym języku. Wampir z wielkim wysiłkiem uchylił powieki i była to jedyna rzecz, na którą mógł się zdobyć. Na uniesienie głowy nie wystarczyło mu sił.
W następnym momencie rozległy się odgłosy walki. Zapach świeżo przelanej krwi wypełnił całe pomieszczenie, a zaledwie kilka minut później ktoś go rozkuł i usadowił na zimnej podłodze, co skwitował jedynie syknięciem z bólu. Ktoś złapał go za włosy. Powoli podniósł bezwładną głowę. Tristan jęknął, a świat zawirował mu przed oczami. Docierały do niego jakieś głośno wykrzykiwane słowa, będące dla niego tylko niezrozumiałymi dźwiękami. Spróbował uchylić szerzej ciężkie, jakby wykonane z ołowiu powieki. Dopiero po chwili zobaczył przed sobą rozwścieczoną twarz srebrnowłosego mężczyzny.