2
"Weź no ty się za siebie!", "Powinnaś wyjść z domu, widywać ludzi", "Pomyśl wreszcie o sobie", "Masz dorosłe dzieci, a zachowujesz się jak matka przedszkolaków", "Naprawdę nic cię nie interesuje, tylko sprzątanie i gotowanie?". Tłukły jej się te zdania po głowie i nie pozwalały zasnąć. A jak w końcu zasnęła, męczyły ją sny, których fragmenty, usiłowała zlepić, przy porannej kawie, w sensowną całość, żeby w internetowych sennikach poszukać odpowiedzi, co też mogą oznaczać. Senniki niczego nie wyjaśniły. Drugą filiżankę piła, wpatrując się w deszczowe krople spływające po szybie. Brudnej.
W metalowym pudełku po herbatnikach spoczywało świeżo zarobione sto pięćdziesiąt euro. Pani Chapot, wzdychając cierpiętniczo, zapłaciła jej za dokładne wysprzątanie trzech pokoi po świątecznym najeździe gości. Pranie i prasowanie pościeli, mycie okien i pastowanie podłóg wchodziło w zakres umowy, więc brudne okno w jej własnej kuchni zupełnie jej nie przeszkadzało. Zwłaszcza że i tak ciągle pada.
Oprócz wypicia kawy nie miała, jak na razie, innych planów na dzisiaj. A wczorajszy telefon od syna spowodował nawrót nieprzyjemnych myśli. No, bo jeśli nawet własne dziecko (i do tego to młodsze) wypomina ci brak zainteresowań, brak życia towarzyskiego, a nawet zauważalne zaniedbania w wyglądzie, to nie jest dobrze.
Piotrek zmienił się ostatnio. Wydoroślał. Była na niego zła, że nie przyjechał na święta. Jej wydawało się to takie oczywiste. Okazało się, że dla niego oczywiste nie jest. I tłumaczył się jakoś niejasno. A ona zamartwiała się, że będzie w takim szczególnym okresie sam, smutny i zagubiony. Trochę też czuła się rozczarowana, że święta w domu z nią nie są dla syna aż tak ważne.
Dobrze chociaż, że Zosi udało się wyrwać. A nawet przyjechali obydwoje, Zośka i jej chłopak. Wreszcie poznała tego Guillaume'a, który namówił jej dziewczynkę na wyjazd do Londynu, zabrał Zosię jeszcze dalej od mamy.
Wypucowała dom, zafundowała sobie fryzjera, zrobiła zakupy i przygotowała całą masę potraw, starając się połączyć polską tradycję z chęcią popisania się przed młodym człowiekiem nowoczesnymi, zdrowymi potrawami. Guillaume okazał się sympatycznym, bardzo rozsądnym chłopakiem i pod koniec wigilijnej kolacji Ewie było głupio, że usilnie przypisywała mu same okropne cechy. A przy świątecznym śniadaniu śmiali się już razem, opowiadali sobie zabawne historie, anegdoty z życia rodzinnego, dzieci wspominały swoje pierwsze spotkania, a Guillaume sporo mówił o pracy, planach (a właściwie marzeniach) na przyszłość. Zosia odetchnęła, przekonawszy się, że matka zaakceptowała jej wybranka, chłopak rozluźnił się, bo poczuł, że może zachowywać się normalnie i na luzie. W sumie to były całkiem sympatyczne święta. Ewa trochę żałowała, że wyjechali już po dwóch dniach, ale dzięki temu miała czas odpocząć przed przyjazdem Piotra. Bo Piotruś w końcu przyjechał. Tyle że już po nowym roku.
Ta wizyta była nieco mniej sympatyczna. Kłócili się. Właściwie spierali. Albo jeszcze inaczej, nie byli w stanie przekonać się nawzajem do zmiany zdania. I nie chodziło o jakieś strasznie ważne rzeczy. Byle drobiazg stawał się punktem zapalnym - za dużo cukru do kawy ("Nie powinnaś tyle słodzić"), sweter narzucony na piżamę, bo trzeba przecież szybko zrobić śniadanie ("Mogłabyś się najpierw ubrać, ja przecież nie umrę z głodu"), zupa na obiad ("Strasznie to tłuste, wystarczyłaby jakaś sałatka"). Drugiego dnia miała wrażenie, że cokolwiek zrobi, cokolwiek powie, będzie źle, głupio, niewłaściwie. Popłakała się. A potem zapytała:
- O co ci właściwie chodzi? Gotuję te za tłuste dwudaniowe obiady, wyskakuję z łóżka i lecę prosto do kuchni, żeby synkowi zrobić śniadanko, a tobie się nic nie podoba! Jak jestem sama, nie mam czasu stać przy garach, bo po ludziach sprzątam, żebyś miał na te swoje durne studia...
Jakaś tama puściła. Pobiegła na górę, trzasnęła drzwiami i padła na łóżko. Była jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Nie pamiętała, co jeszcze z siebie wyrzuciła, na pewno nie było to jednak nic przyjemnego. Bardzo szybko zaczęła żałować tego wybuchu, nie miała odwagi zejść na dół.
Chyba się zdrzemnęła, bo kiedy Piotr zapukał, za oknem było już całkiem ciemno.
- Chodź, mamo. Kolację zrobiłem.
Odchrząknęła, poprawiła włosy, potarła oczy i, ciągle naburmuszona, zeszła do kuchni. Chleb (świeży, jeszcze ciepły), sery, francuska sucha kiełbasa z orzechami, oliwki czarne i zielone, masło, pasta z ikry, pokrojone w paski ogórki i oczywiście wino. Talerzyki, miseczki, kieliszki, szklanki, dzbanek z wodą... Bardzo ładnie nakryty stół, a kolacja taka, przy której można godzinami siedzieć, podjadać i rozmawiać.
I tak zrobili. Jedli, popijali, rozmawiali. Zaczęło się od przeprosin i tłumaczenia się. Zmęczeniem, troską, stresem i tym wiecznym poczuciem tymczasowości, niepewności, jaka prześladowała ich od czasu śmierci Pawła.
- Nie musisz się tak dla nas poświęcać. Ojciec nam przecież jakieś pieniądze zostawił. Jakoś sobie radzimy. Rozmawiałem z Zośką przed świętami, ona jest całkiem zadowolona i szczęśliwa z tym swoim Guillaume'em. Ja też nie narzekam.
Spać kładli się pogodzeni i na nowo zaprzyjaźnieni. A kiedy Piotr wyjechał i znów została sama, miała czas, żeby przemyśleć to, o czym rozmawiali. Jeszcze raz. Jeszcze wiele razy. I dodać do tego te wszystkie "dobre rady", których tyle słyszała, a których większość zaczynała się od "powinnaś".
Co więc powinna?
Na początek powinna odgrzać kawę, bo zdążyła wystygnąć. Potem może wybierze się po jakieś drobne zakupy. Przy okazji będzie miała ponad godzinny spacer. Dobrze jej to zrobi. Ale przedtem dobrze zastanowi się nad listą zakupów, żeby nie wydawać pieniędzy nierozsądnie. Sto pięćdziesiąt euro to sporo, ale musi wystarczyć co najmniej do końca miesiąca. Bo przez najbliższe kilka tygodni postanowiła odpocząć od sprzątania. Tego na pewno miała dość. Bolących kolan, piekącej skóry dłoni, a przede wszystkim kaprysów starszych pań i tej udawanej życzliwości albo ledwo maskowanej pogardy. Nie zawsze tak było, ale pani Chapot należała do tych mniej sympatycznych. Zgorzkniała, schorowana, złośliwa, węsząca wszędzie wrogów, oszustów i z upodobaniem powtarzająca prymitywne, stereotypowe opinie na każdy temat, które nie wiadomo, skąd czerpała.
- Typowy prowincjonalny elektorat FN - podsumował starszą panią Serge Olovski w jakiejś rozmowie. - Pełno tu takich. Karmią się strachem i wmawiają sobie, że za ich czasów było lepiej.
Wszystko jedno, czym się karmiły, Ewa Wolny miała ich chwilowo serdecznie dość. Miała również dość wszystkich krytycznych uwag, dobrych rad i litościwych spojrzeń. Siebie samej, paskudnej pogody i tej pustki w głowie, jaką czuła od rana, także miała dość.
- Nie ma na co czekać - powiedziała głośno i wyraźnie, nadal bezmyślnie wpatrzona w krople deszczu, coraz energiczniej poczynające sobie na kuchennym oknie.
Było to stwierdzenie bardzo prawdziwe, choć niczego nie wnoszące. Niemniej w szarzyźnie tego niezbyt udanego poranka wydało jej się dość odkrywczym i nad wyraz smutnym. Bo przecież ona żyła, zawsze na coś czekając. Mała Ewa czekała na wakacje (mogły być ferie, byle nie trzeba było chodzić do szkoły), w dni robocze czekała na niedzielę, w ciąży czekała na poród, zimą wyczekiwała lata, a w upały ochłodzenia. Czekała, aż dzieci wrócą ze szkoły, mąż z pracy, wyczekiwała urlopów i świąt.
Po śmierci męża nie załamała się, nie poddała rozpaczy - załatwiała formalności, walczyła z administracją, czekała, aż to wszystko się skończy, aż dzieci otrząsną się jakoś po śmierci ojca i wrócą do szkół (Zosia była wtedy na pierwszym roku studiów), a potem znów, jak w dzieciństwie, czekała na ferie i wakacje. Tym razem ich wakacje.
Do tej pory szło dobrze. Przychodziło to coś, spełniało się, a ona znów zaczynała czekać. Na jakieś następne wydarzenie.
I akurat dziś, w ten ponury, szary wtorek uświadomiła sobie, że czekać nie ma na co. Weekendy nie różnią się wiele od dni roboczych, szkolne wakacje nie oznaczają tego, co dawniej, bo dzieci dorosły, nie musi już się o nie troszczyć, organizować im rozrywek, dogadzać obiadkami i piec ciast, a one niekoniecznie chcą spędzać z nią swój wolny czas. W ogóle nic już nie musi.
Święta dopiero co były, do Wielkanocy kawał czasu, a przed nią wiele długich mrocznych tygodni zimy, pustych i beznadziejnych. I do tego te wszystkie: "Powinnaś pomyśleć o sobie", powinnaś to, powinnaś tamto.
Kawę wylała, bo znowu wystygła, i zabrała się za robienie listy. Nie listy zakupów (to później), listy rzeczy do zrobienia. Ważnych rzeczy:
1. Schudnąć
2. Zrobić coś z włosami
3. Przemeblować sypialnię (nowe zasłony!)
4. Przejrzeć ciuchy
- No, przecież to jest bez sensu - oznajmiła zachlapanej deszczem szybie i rzuciła długopisem, aż potoczył się po stole i spadł. Na następnej kartce zrobiła listę zakupów (to było prostsze), nieuważnie przeglądając zawartość szafek i lodówki.- Przejdę się, zmoknę, dobrze mi to zrobi... - mruczała, zamykając drzwi i poprawiając kaptur kurtki.
- Ewa! Wpadnij do mnie na chwilę! - krzyczała z drugiej strony ulicy Marie Gauthier.
Marie i Pascal Gauthier byli właścicielami baru U Pascala. Ewa mieszkała naprzeciwko i zdarzało jej się wpaść do nich na kawę albo na wieczornego drinka, zazwyczaj w towarzystwie Serge'a Olovskiego. Już po kilku pierwszych wizytach czuła się tam jak u siebie. Marie pamiętała, jaką kawę Wolny lubi, a Pascal bez pytania nalewał jej i Olovskiemu schłodzonego chardonnay.
Marie obsługiwała gości tylko do południa, potem znikała w kuchni, żeby przygotować obiad, a za barem zastępowała ją córka, Matylda. Poranne godziny były najspokojniejsze. Przy kawie lub gorącej czekoladzie dzielono się ploteczkami, utyskiwano na drożyznę, krytykowano poczynania merostwa albo miejscowych notabli. To właśnie od Marie Ewa dowiadywała się, że ta czy inna pani szuka kogoś do pomocy przy sprzątaniu albo innych domowych pracach. Prawdopodobnie o coś takiego chodziło i tym razem.
- Zakupy muszę zrobić - odkrzyknęła Wolny, wierna swoim postanowieniom (żadnego sprzątania przez najbliższe kilka tygodni!), ale przeszła na drugą stronę ulicy, żeby dalszą część dialogu prowadzić już normalnym nasileniem głosu.
- To zajdź, jak będziesz wracała, bo to pilne.
- Jakaś robota? - Ewa chyba nieudolnie starała się ukryć niechęć, bo Marie roześmiała się i klepnęła ją poufale.
- No, wiem przecież, że po pani Chapot chcesz od sprzątania odpocząć. To krótka robota i chyba za niezłe pieniądze. Wpadnij po zakupach, to wszystko ci powiem. Tylko koniecznie, bo obiecałam, że dziś wieczorem dam znać, czy udało mi się kogoś znaleźć. Jak nie weźmiesz ty, to chętnych będzie wielu, zapewniam cię.
- No, dobrze... - mruknęła Ewa.
- Przyjdź, przyjdź, nie pożałujesz. Jak mnie nie będzie na sali, zajdź do kuchni. Powiem Matyldzie, że na ciebie czekam. Lecę, bo klientki mam, skasować je muszę.
I pobiegła. Skasować klientki. A Wolny poszła po te swoje zakupy. Miało być zdrowo, dietetycznie, ekologicznie i bio. W efekcie błąkała się między półkami, brała do ręki i odkładała produkty, na które do tej pory nie zwracała uwagi. Oglądała etykietki, czytała skład, spoglądała na cenę i rezygnowała. Tak spędziła jakieś pół godziny. W końcu załadowała do koszyka trochę owoców, mieszankę przypraw, pudełko herbaty wspomagającej odchudzanie i, na pocieszenie, lodową roladę (z owocami).
- Szkoda pieniędzy... - mamrotała w drodze powrotnej, ale wizja kawy z lodami kusiła i poprawiała humor. No i przestało padać.
Zamiast obiadu jadła więc te lody, popijała kawą, obracała w palcach wizytówkę niejakiego Yannicka Devrona i zastanawiała się, czy zadzwonić w sprawie tej krótkiej i dobrze płatnej pracy. Nie chciało jej się. Nic jej się nie chciało. Nastrój miała dokładnie taki, jak pogoda za oknem. A na czym miałyby polegać próby "brania się za siebie", jak na razie, nie wiedziała. Może więc popracuje jeszcze u tego Devrona i dopiero potem zrobi sobie wolne? Zajmie się sobą? No i głupio byłoby wobec Marie, bo to jednak miło, że pomyślała o niej.
Telefon niewiele wyjaśnił. Pan Devron wyraźnie się ucieszył i zaproponował spotkanie. Stwierdził, że będzie prościej wytłumaczyć wszystko na miejscu. Zapewnił, że powinno to zająć najwyżej kilka dni, a jeśli chodzi o pieniądze, to o tym też lepiej będzie porozmawiać jutro. Powtarzały się słowa: przyjęcie, urodziny, wieczór, goście.
- No, dobrze, niech będzie jutro... - mruczała nad mapą Google'a, usiłując wyznaczyć najkrótszą trasę do Devronów. Okazało się bowiem, że mieszkają w starej fermie, spory kawałek za miasteczkiem.
Dzwonek do drzwi zadzwonił, jak zwykle, niespodziewanie.
- Rower by mi się przydał. - Westchnęła, idąc otworzyć.
Na progu stał przemoknięty i zmarznięty Serge Olovski. Pociemniałe od wilgoci resztki włosów lepiły mu się do czaszki, nos miał czerwony, za to wargi sine, a na zaroście błyszczały kropelki deszczu.
- Znowu pada? - zapytała zamiast powitania.
- Cały czas pada. Tylko raz mniej, raz bardziej. - Zdjął kurtkę i powiesił ją na poręczy schodów. - Słuchaj, mogę u ciebie skorzystać z łazienki? Trup pływa w kanale, a do siebie nie mogę wrócić, bo żandarmi mnie będą szukać. Zmarzłem strasznie.
- Oczywiście - zapewniła zupełnie niepotrzebnie, bo Serge był już w połowie schodów.
Jak zmarzł, to herbata. Włączyła czajnik, naszykowała filiżanki, otworzyła szafkę i zapatrzyła się na pudełka z herbatami.
Co on mówił? Jak to trup w kanale, żandarmeria, szukać go będą?
- Serge! - krzyknęła zupełnie niepotrzebnie, bo stał tuż za jej plecami i również przyglądał się kolekcji herbat. Podskoczyli obydwoje, on dodatkowo złapał się za serce.
- Czego wrzeszczysz!? Tu jestem przecież!
- Nie słyszałam, jak zszedłeś. Co ty mówiłeś o trupie i kanale? Żandarmeria cię szuka? To ty tego trupa...
- To ja tego trupa. Znalazłem. Woda się zagotowała. Zrób wreszcie tę herbatę.
Zrobiła. Usiedli. Nie była przekonana, czy do końca wszystko zrozumiała.
- A żandarmeria, dlaczego cię poszukuje?
- Nikt mnie nie poszukuje. Jakoś nieskładnie im to wszystko idzie. Zanim przyjechali, zdążyłem zmarznąć. A trzeba ci wiedzieć, że najpierw pojawili się dwaj z patrolu, wezwali ekipę i na nią czekali, potem czekali na techników. To ja tam miałem czekać razem z nimi? Zostawiłem im swój numer telefonu i twój adres. Muszą przecież wziąć ode mnie zeznanie. Jak się ogarną, to pewnie któryś zadzwoni i przyleci. Tu do ciebie bliżej niż do mnie na górę.