Krew nie woda (#4) - Eliza Veinard

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (17,24 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4

Ewa Wolny była potulnym dzieckiem i nieszczególnie kontestującą nastolatką. W szkole miała dobre stopnie, chociaż żaden przedmiot nie interesował jej na tyle, żeby jakoś wyjątkowo zabłysnąć. Bez entuzjazmu, ale i bez opieszałości zajmowała się młodszym bratem w te dni (a było ich sporo), kiedy rodzice pracowali do późna. Jeśli zdarzyło jej się pójść na jakąś imprezę, wracała do domu przed dwudziestą drugą i nie popalała ukradkiem papierosów. Domowym rebeliantem był jej starszy brat, Adam, i to on starał się, żeby rodzicom nie brakowało atrakcji związanych z wychowywaniem nastolatków.

Był jednak taki moment (miała wtedy coś koło szesnastu lat), kiedy spokój, powaga i nijakość mocno jej zaciążyły. W klasie pojawił się nowy uczeń - Mariusz. Był rok starszy, bo jego rodzice pracowali gdzieś za granicą i musiał wyrównać różnice w programach między tamtejszą szkołą a ich liceum. Miał ciemne oczy z długimi rzęsami, spadającą na oko grzywkę i ciuchy, których wszyscy mu zazdrościli. Strasznie zagraniczne. Oczywiście, Ewa zakochała się w nim, podobnie jak większość dziewczyn z klasy. I, jak większości dziewczyn, wydawało jej się, że Mariusz właśnie na nią patrzy tak bardziej wyjątkowo. A przynajmniej tego dnia tak jej się wydawało.

W szkole panowało ogólne zamieszanie (może zaczęły się już matury?), któryś z nauczycieli był nieobecny i przepadały im dwie godziny, zaraz po pierwszej lekcji. Ktoś wymyślił, że zrywają się i idą na wagary. Poszła. Nie wróciła do domu o zwykłej godzinie, tylko włóczyła się z całą bandą po mieście, a w głowie szumiała jej wolność, bunt i odrobina zauroczenia chłopakiem z ciemnymi oczami. Ten emocjonujący dreszczyk nie opuszczał jej aż do wieczora, płynnie zamieniając się w panikę pod tytułem: "Co powiedzą rodzice?".

Teraz czuła się dokładnie tak, jak podczas swoich pierwszych wagarów, pierwszych nadziei związanych z pięknym Mariuszem i innych bliżej niesprecyzowanych nadziei.

Szła sobie ścieżką przez pola, wiał lekki wiaterek, słońce z dużym zaangażowaniem wykonywało swoje obowiązki, za sobą miała malownicze zabudowania starej fermy, a przed nią rozciągała się niemniej malownicza panorama miasteczka. Z tą panoramą to nie do końca prawda, bo widziała tylko skupisko dachów za zakrętem wąskiej asfaltowej drogi, ale było to skupisko jak najbardziej malownicze.

Ten skrót pokazał jej Yannick Devron, kiedy zorientował się, że z centrum La Ferté przyszła pieszo, a to jednak jakieś trzy albo i cztery kilometry. Wyszedł z nią nawet kawałek, ale gdy widać już było domy, a ona zapewniła, że na pewno się nie zgubi, wrócił do swojej pracowni, żeby wykorzystać czas przed powrotem syna ze szkoły i trochę popracować.

Umówili się na piątek. Miała przyjść koło dziewiątej. To dziwne zlecenie polegało na przygotowaniu sali na przyjęcie urodzinowe żony Yannicka. Sala, dawna obora, miała kamienne ściany, betonową wylewkę na podłodze, wielkie świetliki w południowej połaci dachu i pomalowaną jaskrawoczerwoną farbą, niczym nie osłoniętą metalową konstrukcję stropu. Devron planował urządzić tam w przyszłości stałą wystawę swoich prac. Był rzeźbiarzem, jego dzieła potrzebowały odpowiedniej ekspozycji.

- Dlatego kupiłem tę fermę. Jest tu wygodny dom, miejsce na pracownię i taką właśnie salkę ekspozycyjną - wyjaśniał Ewie. - Jak pani widzi, prąd już podłączony, dach nowy, ściany odczyszczone. Zabrakło mi pieniędzy na wykończenie posadzki, no i myślę nad jakimś ogrzewaniem.

Rozmawiali, rozgrzewając się kawą w kuchni Devronów po obejrzeniu sali, pracowni i w ogóle całej posiadłości. Widać było, że właściciel lubi to miejsce.

- Dom jest duży, wygodny i tu najmniej zainwestowałem. To raczej żona zajmowała się urządzaniem wnętrz i taką tam kosmetyką. W pracowni mam wszystko czego potrzebuję. A teraz udało mi się zdobyć spore zamówienie, za niezłe pieniądze. Może więc wiosną wezmę się za wykończenie tej sali. Na razie jest, jak jest, ale pomyślałem, że na taką wielką imprezę się nadaje.

Ewa nie musiała udawać zachwytów, bo ferma naprawdę bardzo jej się podobała. Budynki ustawione w literę C ograniczały z trzech stron brukowany dziedziniec. Wysoki kamienny gołębnik oddzielał piętrowy dom od niższej nieco stodoły, w której teraz mieściła się pracownia artysty. Ów gołębnik Wolny wzięła z daleka za jakąś obronną wieżę i z prawdziwą przyjemnością obejrzała wnętrze, w którym gospodarz planował urządzić apartamencik dla gości. Ten projekt również musiał poczekać na napływ gotówki, ale Wolny już teraz potrafiła docenić oryginalność pomysłu.

Szklane przesuwane drzwi, wstawione w miejsce dawnych wrót do obory, znajdowały się dokładnie na wprost wejścia do atelier.

- Żona zaprosiła kilkadziesiąt osób. Nie pomieścimy się tutaj. - Yannick machnął ręką, wskazując kuchnię z dużą jadalnią i otwarte wejście do, również niemałego, salonu. - Gdyby to było latem, można byłoby zrobić przyjęcie w ogrodzie, a tak, cóż, wymyśliłem, żeby ich wszystkich zgonić do tej sali. Tylko nie bardzo mam czas zajmować się tym wszystkim. Rozumie pani, to zamówienie, terminy mnie gonią. - Pogładził dłonią rudawą brodę i jakoś tak przepraszająco wzruszył ramionami. - Moja żona bardzo się denerwuje tym przyjęciem. Zależy jej, żeby zrobić jak najlepsze wrażenie na znajomych z pracy, a też nie może się tym zająć. Pracuje.

- Przecież to żaden problem. Ja właściwie bardzo lubię takie rzeczy. Na pewno ze wszystkim zdążymy. - Roześmiała się, bo wyglądał, jakby ciągle nie dowierzał własnemu szczęściu, i co chwila upewniał się, czy na pewno sobie poradzi, czy może wynająć kogoś do pomocy.

Nie udawała. Naprawdę lubiła takie rzeczy. Właściciel obiecał wstawić do środka kilka elektrycznych grzejników, catering był zamówiony, napoje, zgromadzone wcześniej, czekały w piwniczce. Pozostawało rozstawić stoły, krzesła, jakoś to udekorować, po prostu zrobić tak, żeby wszystko było gotowe na przyjęcie gości. Czysta przyjemność, nie żadna tam praca.

Potem Devron (Yannick!) pokazywał, bardzo przejęty, gdzie obrusy, gdzie serwetki, gdzie sztućce, i obiecał, że jeśli tylko będzie trzeba, wszystko jej powie i we wszystkim pomoże.

A jak już wszystko ustalili przy tej kawie, zapytał tak zwyczajnie, jak długo mieszka w La Ferté, a gdzie dokładnie, a czy jej się tu podoba. Opowiadał o sobie, o tej fermie, którą kupił okazyjnie, remontował, rozbudowywał i dobrze mu się na niej mieszkało, pracowało. No i o żonie też trochę było, ale tak delikatnie, z troską, nie jakieś tam obgadywanie. Że ona pewnie lepiej czułaby się w mieście, a nie na takim odludziu. Potem płynnie przeszło na dzieci, że kłopoty z nimi, że bezradny człowiek czasami.

Ewa dowiedziała się, że Devronowie mają syna, który właśnie wchodził w "ten trudny wiek" i Yannick coraz częściej miał wrażenie, że Yann się oddala, zamyka w sobie, izoluje i zupełnie nie wiadomo, jak do niego dotrzeć. Zrobiło się smutno, więc Wolny zagadnęła o rzeźby i to był dobry pomysł, bo o pracy, o tym, co robi i co chciałby robić, Devron opowiadał z pasją i zaangażowaniem. I zupełnie nieważne, że nie wszystko rozumiała. Poplotkowali też trochę, bo wieści o wyłowionym z kanału trupie dotarły i tutaj, do oddalonej od centrum fermy. Mogła się przynajmniej pochwalić, że dokładnie wie, kiedy to było i kto znalazł nieszczęśnika.

- Och, więc jest pani przyjaciółką komisarza Olovskiego? Krążą o nim legendy. Podobno, mimo że jest na emeryturze, już nieraz szybciej potrafił rozwikłać różne kryminalne zagadki niż żandarmeria, czy policja. Sprawa tego włóczęgi też go interesuje?

Ewa roześmiała się.

- Jestem pewna, że Serge już zaczął węszyć. Wymyślił sobie, że żandarmi nieprofesjonalnie podeszli do sprawy, więc chce im zagrać na nosie. A jak Olovski raz się do czegoś przypnie, to nie popuści.

Dwie godziny minęły niepostrzeżenie i naprawdę powinna wracać, zwłaszcza że gospodarz już po raz kolejny spojrzał na zegarek. Jeszcze raz upewniła się co do dnia i godziny rozpoczęcia pracy, podziękowała za kawę, uspokoiła, że na pewno da sobie ze wszystkim radę, i poszła.

Właściwie nic takiego się nie stało. Po prostu rozmawiali. A teraz szła ścieżką przez pola i uśmiechała się sama do siebie. Pomyślała, że przed piątkiem wpadnie do fryzjerki i może da się namówić na kolor albo jakieś odważniejsze cięcie. I chyba trzeba pomyśleć o kupieniu nowej pary dżinsów. Te, które miała, były już mocno zużyte. Przydałaby się też jakaś bluzka albo, jeszcze lepiej, tunika o ładnym, ciekawym kroju. Nie będzie przecież całe życie donaszała koszul po mężu.

Sporo miała do zrobienia. Paznokcie, włosy, ciuchy trzeba przejrzeć, no i do Justyny zadzwonić, żeby zapytać o te maseczki z naturalnych składników, które podobno tak dobrze działają na skórę.

Justyna sypała takimi informacjami jak z rękawa. W liceum i przez cały okres studiów pewna siebie, energiczna i pyskata, zmieniła się w słodkie kobieciątko po kilku pierwszych randkach z Michałem. I to była jego wina, twierdziła Justyna, bo na każde spotkanie przychodził z kwiatkami, przepuszczał przez drzwi, płacił za kawy, lody, obiady, okrywał własną kurtką, gdy wiało, i w ogóle zmiatał pył sprzed stóp. Jaka dziewczyna wytrzymałaby takie traktowanie bez uszczerbku? No, więc Justyna też nie wytrzymała. Poddała się. Michał został przemianowany na Miśka (i nawet znajomi zaczęli się tak do niego zwracać), zalegalizowali związek, przeprowadzili się z Bronowic na Czyżyny i to był wystarczający dla niej powód, żeby zrezygnować z pracy w dawnym miejscu, a w nowym nie szukać, bo Misiek przecież dobrze zarabia. I tak już zostało - ona pielęgnowała ognisko domowe, siebie i swojego Miska, Misiek na to wszystko zarabiał, a w wolnych chwilach zachwycał się swoją "Tysią". Wszystkim, co zrobiła, kupiła, powiedziała.

Lata mijały, a im się ten układ sprawdzał, obydwoje wyglądali na szczęśliwych i zadowolonych. A przyjaźń Ewy i Justyny przetrwała być może właśnie dlatego, że życie układało im się tak bardzo inaczej.

W dziedzinie pielęgnacji, diet, kosmetyków Justyna nie miała sobie równych. W łazience Ewy poniewierały się kremy, maseczki, balsamy, ampułki z jakimiś cudownymi substancjami - prezenty od przyjaciółki. Musi to wszystko przejrzeć, poczytać, co do czego, no i zastosować jak najszybciej. Może Justyna wymyśli jakieś magiczne, szybkie sposoby na poprawienie wyglądu. W końcu była jedną z tych, które najgłośniej krzyczały: "Musisz się za siebie wziąć!", a czasami dodawała nawet "Weź, Ewka, no jak ty wyglądasz!?".

Głowę miała tak zajętą wymyślaniem planów na najbliższe dni, że droga do wsi minęła jej nadspodziewanie szybko.

"A wezmę się! Zobaczycie, że się za siebie wezmę!", myślała, ale jakoś tak bez złości. A nawet z uśmiechem błąkającym się na zaczerwienionej od chłodu twarzy. Zwłaszcza na wspomnienie miłego okrągłego oblicza Devrona (Yannicka!) z tą rudawą krasnoludzką brodą i łagodnym spojrzeniem zielonych oczu.

W domu rzuciła się prosto do szafy (no nie, jednak najpierw odwiedziła łazienkę), ubraniami cisnęła na podłogę i zaczęła zapamiętale w nich grzebać. Oglądała, przymierzała, dopasowywała jedne do drugich. Takie, w które nijak nie mogła się wcisnąć, bezlitośnie wpychała do foliowego worka. Poprzecierane, poplamione, zniszczone lądowały w innym worku.

- Koniec sentymentów! Po co to trzymam w ogóle! Jakaś ferma moli, nie szafa - mruczała zdegustowana. Ale zaraz się uśmiechnęła, bo słowo "ferma" wywołało miłe skojarzenia i na nowo zmotywowało do wysiłku.

Dłużej zatrzymywała się nad znaleziskami, które budziły jakieś wspomnienia. Lniany komplet kupiony w Krakowie uzyskał ułaskawienie, mimo że mocno opinał się tu i tam, a spodnie ledwo nie trzasnęły w szwach przy próbie dosunięcia zamka ("Do lata schudnę. Na pewno!"), wielki czarny sweter (prezent od Pawła) z ekstrawaganckim kolorowym wzorem, nigdy nie noszony, bo jakoś tak nie pasował, teraz doczekał się uwagi. Bluzka z odważnym dekoltem (to oczywiście Justyna), po zastanowieniu, wylądowała jednak na półce, nie w worku, choć z refleksją, że trzeba będzie do niej jakiś szal czy coś.

Kreowanie nowego image'u przy pomocy starych ciuchów było zajęciem twórczym, ale dość wyczerpującym. Telefon od Olovskiego przyjęła więc z ulgą, był bowiem pretekstem do zrobienia sobie krótkiej przerwy.

- Może wybrałabyś się jutro ze mną na spacer? Pokazałbym ci miejsce, gdzie znalazłem tego mojego topielca.

- Twojego topielca? Olovski, kombinujesz coś?

- Ja? No coś ty! Co miałbym kombinować?

- Nie wiem. A po co ja miałabym to miejsce oglądać? Co tam jest ciekawego?

Serge milczał chwilę, w słuchawce słychać było jedynie cichy klekot jego starej komputerowej klawiatury.

- No właśnie, chciałbym, żebyś rzuciła okiem i powiedziała, co widzisz. Tak po prostu.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

2

"Weź no ty się za siebie!", "Powinnaś wyjść z domu, widywać ludzi", "Pomyśl wreszcie o sobie", "Masz dorosłe dzieci, a zachowujesz się jak matka przedszkolaków", "Naprawdę nic cię nie interesuje, tylko sprzątanie i gotowanie?". Tłukły jej się te zdania po głowie i nie pozwalały zasnąć. A jak w końcu zasnęła, męczyły ją sny, których fragmenty, usiłowała zlepić, przy porannej kawie, w sensowną całość, żeby w internetowych sennikach poszukać odpowiedzi, co też mogą oznaczać. Senniki niczego nie wyjaśniły. Drugą filiżankę piła, wpatrując się w deszczowe krople spływające po szybie. Brudnej.

W metalowym pudełku po herbatnikach spoczywało świeżo zarobione sto pięćdziesiąt euro. Pani Chapot, wzdychając cierpiętniczo, zapłaciła jej za dokładne wysprzątanie trzech pokoi po świątecznym najeździe gości. Pranie i prasowanie pościeli, mycie okien i pastowanie podłóg wchodziło w zakres umowy, więc brudne okno w jej własnej kuchni zupełnie jej nie przeszkadzało. Zwłaszcza że i tak ciągle pada.

Oprócz wypicia kawy nie miała, jak na razie, innych planów na dzisiaj. A wczorajszy telefon od syna spowodował nawrót nieprzyjemnych myśli. No, bo jeśli nawet własne dziecko (i do tego to młodsze) wypomina ci brak zainteresowań, brak życia towarzyskiego, a nawet zauważalne zaniedbania w wyglądzie, to nie jest dobrze.

Piotrek zmienił się ostatnio. Wydoroślał. Była na niego zła, że nie przyjechał na święta. Jej wydawało się to takie oczywiste. Okazało się, że dla niego oczywiste nie jest. I tłumaczył się jakoś niejasno. A ona zamartwiała się, że będzie w takim szczególnym okresie sam, smutny i zagubiony. Trochę też czuła się rozczarowana, że święta w domu z nią nie są dla syna aż tak ważne.

Dobrze chociaż, że Zosi udało się wyrwać. A nawet przyjechali obydwoje, Zośka i jej chłopak. Wreszcie poznała tego Guillaume'a, który namówił jej dziewczynkę na wyjazd do Londynu, zabrał Zosię jeszcze dalej od mamy.

Wypucowała dom, zafundowała sobie fryzjera, zrobiła zakupy i przygotowała całą masę potraw, starając się połączyć polską tradycję z chęcią popisania się przed młodym człowiekiem nowoczesnymi, zdrowymi potrawami. Guillaume okazał się sympatycznym, bardzo rozsądnym chłopakiem i pod koniec wigilijnej kolacji Ewie było głupio, że usilnie przypisywała mu same okropne cechy. A przy świątecznym śniadaniu śmiali się już razem, opowiadali sobie zabawne historie, anegdoty z życia rodzinnego, dzieci wspominały swoje pierwsze spotkania, a Guillaume sporo mówił o pracy, planach (a właściwie marzeniach) na przyszłość. Zosia odetchnęła, przekonawszy się, że matka zaakceptowała jej wybranka, chłopak rozluźnił się, bo poczuł, że może zachowywać się normalnie i na luzie. W sumie to były całkiem sympatyczne święta. Ewa trochę żałowała, że wyjechali już po dwóch dniach, ale dzięki temu miała czas odpocząć przed przyjazdem Piotra. Bo Piotruś w końcu przyjechał. Tyle że już po nowym roku.

Ta wizyta była nieco mniej sympatyczna. Kłócili się. Właściwie spierali. Albo jeszcze inaczej, nie byli w stanie przekonać się nawzajem do zmiany zdania. I nie chodziło o jakieś strasznie ważne rzeczy. Byle drobiazg stawał się punktem zapalnym - za dużo cukru do kawy ("Nie powinnaś tyle słodzić"), sweter narzucony na piżamę, bo trzeba przecież szybko zrobić śniadanie ("Mogłabyś się najpierw ubrać, ja przecież nie umrę z głodu"), zupa na obiad ("Strasznie to tłuste, wystarczyłaby jakaś sałatka"). Drugiego dnia miała wrażenie, że cokolwiek zrobi, cokolwiek powie, będzie źle, głupio, niewłaściwie. Popłakała się. A potem zapytała:

- O co ci właściwie chodzi? Gotuję te za tłuste dwudaniowe obiady, wyskakuję z łóżka i lecę prosto do kuchni, żeby synkowi zrobić śniadanko, a tobie się nic nie podoba! Jak jestem sama, nie mam czasu stać przy garach, bo po ludziach sprzątam, żebyś miał na te swoje durne studia...

Jakaś tama puściła. Pobiegła na górę, trzasnęła drzwiami i padła na łóżko. Była jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Nie pamiętała, co jeszcze z siebie wyrzuciła, na pewno nie było to jednak nic przyjemnego. Bardzo szybko zaczęła żałować tego wybuchu, nie miała odwagi zejść na dół.

Chyba się zdrzemnęła, bo kiedy Piotr zapukał, za oknem było już całkiem ciemno.

- Chodź, mamo. Kolację zrobiłem.

Odchrząknęła, poprawiła włosy, potarła oczy i, ciągle naburmuszona, zeszła do kuchni. Chleb (świeży, jeszcze ciepły), sery, francuska sucha kiełbasa z orzechami, oliwki czarne i zielone, masło, pasta z ikry, pokrojone w paski ogórki i oczywiście wino. Talerzyki, miseczki, kieliszki, szklanki, dzbanek z wodą... Bardzo ładnie nakryty stół, a kolacja taka, przy której można godzinami siedzieć, podjadać i rozmawiać.

I tak zrobili. Jedli, popijali, rozmawiali. Zaczęło się od przeprosin i tłumaczenia się. Zmęczeniem, troską, stresem i tym wiecznym poczuciem tymczasowości, niepewności, jaka prześladowała ich od czasu śmierci Pawła.

- Nie musisz się tak dla nas poświęcać. Ojciec nam przecież jakieś pieniądze zostawił. Jakoś sobie radzimy. Rozmawiałem z Zośką przed świętami, ona jest całkiem zadowolona i szczęśliwa z tym swoim Guillaume'em. Ja też nie narzekam.

Spać kładli się pogodzeni i na nowo zaprzyjaźnieni. A kiedy Piotr wyjechał i znów została sama, miała czas, żeby przemyśleć to, o czym rozmawiali. Jeszcze raz. Jeszcze wiele razy. I dodać do tego te wszystkie "dobre rady", których tyle słyszała, a których większość zaczynała się od "powinnaś".

Co więc powinna?

Na początek powinna odgrzać kawę, bo zdążyła wystygnąć. Potem może wybierze się po jakieś drobne zakupy. Przy okazji będzie miała ponad godzinny spacer. Dobrze jej to zrobi. Ale przedtem dobrze zastanowi się nad listą zakupów, żeby nie wydawać pieniędzy nierozsądnie. Sto pięćdziesiąt euro to sporo, ale musi wystarczyć co najmniej do końca miesiąca. Bo przez najbliższe kilka tygodni postanowiła odpocząć od sprzątania. Tego na pewno miała dość. Bolących kolan, piekącej skóry dłoni, a przede wszystkim kaprysów starszych pań i tej udawanej życzliwości albo ledwo maskowanej pogardy. Nie zawsze tak było, ale pani Chapot należała do tych mniej sympatycznych. Zgorzkniała, schorowana, złośliwa, węsząca wszędzie wrogów, oszustów i z upodobaniem powtarzająca prymitywne, stereotypowe opinie na każdy temat, które nie wiadomo, skąd czerpała.

- Typowy prowincjonalny elektorat FN - podsumował starszą panią Serge Olovski w jakiejś rozmowie. - Pełno tu takich. Karmią się strachem i wmawiają sobie, że za ich czasów było lepiej.

Wszystko jedno, czym się karmiły, Ewa Wolny miała ich chwilowo serdecznie dość. Miała również dość wszystkich krytycznych uwag, dobrych rad i litościwych spojrzeń. Siebie samej, paskudnej pogody i tej pustki w głowie, jaką czuła od rana, także miała dość.

- Nie ma na co czekać - powiedziała głośno i wyraźnie, nadal bezmyślnie wpatrzona w krople deszczu, coraz energiczniej poczynające sobie na kuchennym oknie.

Było to stwierdzenie bardzo prawdziwe, choć niczego nie wnoszące. Niemniej w szarzyźnie tego niezbyt udanego poranka wydało jej się dość odkrywczym i nad wyraz smutnym. Bo przecież ona żyła, zawsze na coś czekając. Mała Ewa czekała na wakacje (mogły być ferie, byle nie trzeba było chodzić do szkoły), w dni robocze czekała na niedzielę, w ciąży czekała na poród, zimą wyczekiwała lata, a w upały ochłodzenia. Czekała, aż dzieci wrócą ze szkoły, mąż z pracy, wyczekiwała urlopów i świąt.

Po śmierci męża nie załamała się, nie poddała rozpaczy - załatwiała formalności, walczyła z administracją, czekała, aż to wszystko się skończy, aż dzieci otrząsną się jakoś po śmierci ojca i wrócą do szkół (Zosia była wtedy na pierwszym roku studiów), a potem znów, jak w dzieciństwie, czekała na ferie i wakacje. Tym razem ich wakacje.

Do tej pory szło dobrze. Przychodziło to coś, spełniało się, a ona znów zaczynała czekać. Na jakieś następne wydarzenie.

I akurat dziś, w ten ponury, szary wtorek uświadomiła sobie, że czekać nie ma na co. Weekendy nie różnią się wiele od dni roboczych, szkolne wakacje nie oznaczają tego, co dawniej, bo dzieci dorosły, nie musi już się o nie troszczyć, organizować im rozrywek, dogadzać obiadkami i piec ciast, a one niekoniecznie chcą spędzać z nią swój wolny czas. W ogóle nic już nie musi.

Święta dopiero co były, do Wielkanocy kawał czasu, a przed nią wiele długich mrocznych tygodni zimy, pustych i beznadziejnych. I do tego te wszystkie: "Powinnaś pomyśleć o sobie", powinnaś to, powinnaś tamto.

Kawę wylała, bo znowu wystygła, i zabrała się za robienie listy. Nie listy zakupów (to później), listy rzeczy do zrobienia. Ważnych rzeczy:

1. Schudnąć

2. Zrobić coś z włosami

3. Przemeblować sypialnię (nowe zasłony!)

4. Przejrzeć ciuchy

- No, przecież to jest bez sensu - oznajmiła zachlapanej deszczem szybie i rzuciła długopisem, aż potoczył się po stole i spadł. Na następnej kartce zrobiła listę zakupów (to było prostsze), nieuważnie przeglądając zawartość szafek i lodówki.- Przejdę się, zmoknę, dobrze mi to zrobi... - mruczała, zamykając drzwi i poprawiając kaptur kurtki.

- Ewa! Wpadnij do mnie na chwilę! - krzyczała z drugiej strony ulicy Marie Gauthier.

Marie i Pascal Gauthier byli właścicielami baru U Pascala. Ewa mieszkała naprzeciwko i zdarzało jej się wpaść do nich na kawę albo na wieczornego drinka, zazwyczaj w towarzystwie Serge'a Olovskiego. Już po kilku pierwszych wizytach czuła się tam jak u siebie. Marie pamiętała, jaką kawę Wolny lubi, a Pascal bez pytania nalewał jej i Olovskiemu schłodzonego chardonnay.

Marie obsługiwała gości tylko do południa, potem znikała w kuchni, żeby przygotować obiad, a za barem zastępowała ją córka, Matylda. Poranne godziny były najspokojniejsze. Przy kawie lub gorącej czekoladzie dzielono się ploteczkami, utyskiwano na drożyznę, krytykowano poczynania merostwa albo miejscowych notabli. To właśnie od Marie Ewa dowiadywała się, że ta czy inna pani szuka kogoś do pomocy przy sprzątaniu albo innych domowych pracach. Prawdopodobnie o coś takiego chodziło i tym razem.

- Zakupy muszę zrobić - odkrzyknęła Wolny, wierna swoim postanowieniom (żadnego sprzątania przez najbliższe kilka tygodni!), ale przeszła na drugą stronę ulicy, żeby dalszą część dialogu prowadzić już normalnym nasileniem głosu.

- To zajdź, jak będziesz wracała, bo to pilne.

- Jakaś robota? - Ewa chyba nieudolnie starała się ukryć niechęć, bo Marie roześmiała się i klepnęła ją poufale.

- No, wiem przecież, że po pani Chapot chcesz od sprzątania odpocząć. To krótka robota i chyba za niezłe pieniądze. Wpadnij po zakupach, to wszystko ci powiem. Tylko koniecznie, bo obiecałam, że dziś wieczorem dam znać, czy udało mi się kogoś znaleźć. Jak nie weźmiesz ty, to chętnych będzie wielu, zapewniam cię.

- No, dobrze... - mruknęła Ewa.

- Przyjdź, przyjdź, nie pożałujesz. Jak mnie nie będzie na sali, zajdź do kuchni. Powiem Matyldzie, że na ciebie czekam. Lecę, bo klientki mam, skasować je muszę.

I pobiegła. Skasować klientki. A Wolny poszła po te swoje zakupy. Miało być zdrowo, dietetycznie, ekologicznie i bio. W efekcie błąkała się między półkami, brała do ręki i odkładała produkty, na które do tej pory nie zwracała uwagi. Oglądała etykietki, czytała skład, spoglądała na cenę i rezygnowała. Tak spędziła jakieś pół godziny. W końcu załadowała do koszyka trochę owoców, mieszankę przypraw, pudełko herbaty wspomagającej odchudzanie i, na pocieszenie, lodową roladę (z owocami).

- Szkoda pieniędzy... - mamrotała w drodze powrotnej, ale wizja kawy z lodami kusiła i poprawiała humor. No i przestało padać.

Zamiast obiadu jadła więc te lody, popijała kawą, obracała w palcach wizytówkę niejakiego Yannicka Devrona i zastanawiała się, czy zadzwonić w sprawie tej krótkiej i dobrze płatnej pracy. Nie chciało jej się. Nic jej się nie chciało. Nastrój miała dokładnie taki, jak pogoda za oknem. A na czym miałyby polegać próby "brania się za siebie", jak na razie, nie wiedziała. Może więc popracuje jeszcze u tego Devrona i dopiero potem zrobi sobie wolne? Zajmie się sobą? No i głupio byłoby wobec Marie, bo to jednak miło, że pomyślała o niej.

Telefon niewiele wyjaśnił. Pan Devron wyraźnie się ucieszył i zaproponował spotkanie. Stwierdził, że będzie prościej wytłumaczyć wszystko na miejscu. Zapewnił, że powinno to zająć najwyżej kilka dni, a jeśli chodzi o pieniądze, to o tym też lepiej będzie porozmawiać jutro. Powtarzały się słowa: przyjęcie, urodziny, wieczór, goście.

- No, dobrze, niech będzie jutro... - mruczała nad mapą Google'a, usiłując wyznaczyć najkrótszą trasę do Devronów. Okazało się bowiem, że mieszkają w starej fermie, spory kawałek za miasteczkiem.

Dzwonek do drzwi zadzwonił, jak zwykle, niespodziewanie.

- Rower by mi się przydał. - Westchnęła, idąc otworzyć.

Na progu stał przemoknięty i zmarznięty Serge Olovski. Pociemniałe od wilgoci resztki włosów lepiły mu się do czaszki, nos miał czerwony, za to wargi sine, a na zaroście błyszczały kropelki deszczu.

- Znowu pada? - zapytała zamiast powitania.

- Cały czas pada. Tylko raz mniej, raz bardziej. - Zdjął kurtkę i powiesił ją na poręczy schodów. - Słuchaj, mogę u ciebie skorzystać z łazienki? Trup pływa w kanale, a do siebie nie mogę wrócić, bo żandarmi mnie będą szukać. Zmarzłem strasznie.

- Oczywiście - zapewniła zupełnie niepotrzebnie, bo Serge był już w połowie schodów.

Jak zmarzł, to herbata. Włączyła czajnik, naszykowała filiżanki, otworzyła szafkę i zapatrzyła się na pudełka z herbatami.

Co on mówił? Jak to trup w kanale, żandarmeria, szukać go będą?

- Serge! - krzyknęła zupełnie niepotrzebnie, bo stał tuż za jej plecami i również przyglądał się kolekcji herbat. Podskoczyli obydwoje, on dodatkowo złapał się za serce.

- Czego wrzeszczysz!? Tu jestem przecież!

- Nie słyszałam, jak zszedłeś. Co ty mówiłeś o trupie i kanale? Żandarmeria cię szuka? To ty tego trupa...

- To ja tego trupa. Znalazłem. Woda się zagotowała. Zrób wreszcie tę herbatę.

Zrobiła. Usiedli. Nie była przekonana, czy do końca wszystko zrozumiała.

- A żandarmeria, dlaczego cię poszukuje?

- Nikt mnie nie poszukuje. Jakoś nieskładnie im to wszystko idzie. Zanim przyjechali, zdążyłem zmarznąć. A trzeba ci wiedzieć, że najpierw pojawili się dwaj z patrolu, wezwali ekipę i na nią czekali, potem czekali na techników. To ja tam miałem czekać razem z nimi? Zostawiłem im swój numer telefonu i twój adres. Muszą przecież wziąć ode mnie zeznanie. Jak się ogarną, to pewnie któryś zadzwoni i przyleci. Tu do ciebie bliżej niż do mnie na górę.

3

To wspaniałe uczucie budzić się, gdy za oknem jest już jasno. I nie w sobotę czy niedzielę, tylko w środku tygodnia. A właśnie... jaki dziś jest dzień?

Yann nie sięgnął po telefon, tylko próbował sobie przypomnieć. W poniedziałek był jeszcze w szkole. We wtorek kaszel męczył go tak, że ojciec kazał mu zostać w łóżku. Po południu pojechali do lekarza. No, to chyba jest środa... Nie, czwartek! Prawie całą środę przespał. Budził się tylko, żeby łyknąć lekarstwa albo wypić jakiś bulion. Tak, prawie na pewno dziś jest czwartek.

Wsłuchiwał się w ciszę. Skoro jest jasno, to znaczy, że minęła ósma. Matka pewnie jeszcze śpi, a jeśli ma dyżur, dawno pojechała na lotnisko. Ojciec być może pije w kuchni kawę albo poszedł już do pracowni...

Chłopak postanowił wstać i wziąć prysznic. Najpierw trochę zakręciło mu się w głowie, ale jakoś dotarł do łazienki. Rozgrzany kąpielą, ubrany w ciepły dres zszedł na dół. Nabrał ochoty na sok, a może nawet coś do jedzenia.

Ojciec spojrzał na niego znad pustej już filiżanki.

- Wstałeś? Jak się czujesz?

- Lepiej. Chyba lepiej. Zjadłbym coś - stwierdził Yann, nalewając sok do wysokiej szklanki.

- Siadaj. Zrobię ci jajko na grzance, chcesz?

Chciał, pewnie, że chciał. Wypity napój pobudził apetyt, a jajka na grzankach to było popisowe danie śniadaniowe taty.

- O, i gorączki chyba już nie masz. - Ojciec, przechodząc, przyłożył mu rękę do czoła. - Dziś jeszcze zostań w domu, a jutro zawiozę cię do szkoły. Zorientujesz się, co masz do nadrobienia.

- Yhm - mruknął Yann niewyraźnie. - Mama w pracy? - zapytał, żeby zmienić temat. Bo jaki sens ma pójście do szkoły w piątek? To nie lepiej poczekać do poniedziałku? Miałby wtedy jeszcze cztery dni wolnego.

- Tak, atlantyk robi - wyjaśnił ojciec, podsuwając mu talerz ze smakowicie pachnącym śniadaniem.

Obydwaj dobrze wiedzieli, co oznacza "robienie atlantyku". Najpierw cztery dni nieobecności, bo tyle trwał wtedy jej dyżur, a potem, jak już wróci, co najmniej drugie tyle odsypiania i odgrażania się, że nie ma już sił i rzuca tę robotę.

Yann, gdy jeszcze był mały, chwalił się, że jego mama jest stewardesą. Pracowała w Air France i ciągle powtarzała, że już nie ma siły, bolą ją nogi, ma problemy z zasypianiem, ale jakoś nie rezygnowała z latania. Sporo zarabiała, a oni przecież mieli duże wydatki.

Dzieci mu zazdrościły, bo brzmiało to bardzo ciekawie, a nawet egzotycznie. Inne mamy nie latały samolotami, nie zwiedzały tylu ciekawych krajów i nie przywoziły do domu zagranicznych zabawek i słodyczy. Zabawkami i słodyczami dość szybko przestał się chwalić, bo przeważnie były to bezsensowne gadżety, batoniki lub ciasteczka kupowane w ostatniej chwili, w Duty Free, a opowieści o zagranicznych miastach zaczął w końcu sam wymyślać (co w efekcie wpłynęło na niezłe oceny z geografii), jako że relacje matki ograniczały się do narzekania na kapryśnych pasażerów, złośliwe albo nierozgarnięte koleżanki. Na zwiedzanie nie miała przecież czasu. W gimnazjum praca matki nie robiła już na nikim wrażenia. No i w gimnazjum o takich głupotach się nie rozmawia. Są inne, ciekawsze tematy.

A Yann dorósł i za matką nie tęsknił tak, jak kiedyś. W ogóle za nią nie tęsknił. Właściwie wolał, gdy nie było jej w domu. Miał wtedy spokój.

Zjadł śniadanie, dolał sobie soku i połknął tabletkę. Pomyślał, że miło byłoby spokojnie posiedzieć w domu jeszcze jutro, a w sobotę spotkać się z chłopakami.

Ojciec tłukł już czymś w swojej pracowni. Jest teraz bardzo zajęty. Najchętniej nie wychodziłby z atelier. Jacyś Niemcy zamówili u niego trzy duże rzeźby i teraz śpieszy się, żeby skończyć je w terminie. Cieszy się, że będą z tego całkiem niezłe pieniądze. Może więc, gdyby tak wieczorem trochę poudawać ból głowy albo kaszel, stary da się nabrać?

Tak bardzo nie chciało się Yannowi chodzić do tej głupiej szkoły. Jakoś nic mu nie wchodziło do głowy. Nudził się. Gdyby nie Karim, Max, no i Lou chyba by tam nie wytrzymał. Żył od soboty do soboty, bo wtedy spotykali się przy śluzie albo na skwerku pod pomnikiem i czas jakoś leciał. Opierali rowery o ławki, palili skręty, popijali piwo z puszek albo gazowane napoje. Tak naprawdę piwo nie bardzo im smakowało i strasznie chciało się potem sikać, ale żaden nie przyznałby się, że woli Fantę czy Oranginę. Skręty też im nie bardzo smakowały, ale skoro któryś zaczął...

Lou zwykle się spóźniała, bo nie miała roweru i chyba nawet nie umiała jeździć, a to czasami psuło im plany. Yann miał czternaście lat i był najmłodszy z nich, musiał więc bardzo uważać, co mówi i jak się zachowuje, żeby nie dać się traktować z góry. Nawet Lou skończyła piętnaście tydzień temu i uważała się za strasznie dorosłą.

Karim jej nie lubił, a przynajmniej ciągle jej dogryzał. Max twierdził, że to dlatego, że się z nią przespał, a Karim podobno zawsze, jak tylko się z jakąś dziewczyną prześpi, to zaczyna ją wyśmiewać.

Yann bardzo nie chciał, ale ciągle o tym myślał. Lubił Karima. Najstarszy z nich wszystkich, w ubiegłym roku zaczął naukę w miejscowym liceum zawodowym. Nie wiedział jeszcze, jaką specjalizację wybierze, ogrodnictwo czy może roboty publiczne. Podobały mu się potężne maszyny, którymi miałby okazję kiedyś pojeździć, więc może jednak roboty publiczne? Ale w ziemi też lubił dłubać, bo, jak twierdził, nikt mu wtedy przynajmniej dupy nie zawraca. Na razie cieszył się, że do szkoły ma blisko i wreszcie nie musi się tłuc tymi durnymi autobusami.

W ogóle Karim nie lubił się przemęczać ani za dużo gadać. Więc Yann też zaczął wszystko robić wolnymi ruchami i starał się mieć poważny, znudzony wyraz twarzy. Chyba mu to nieźle wychodziło, bo matka (jeśli była w domu) dopytywała, co mu jest i czy ma jakiś problem. Ojciec nie zwracał uwagi, ale ojcem się nie przejmował.

Stary był niepoważny. Chodził wiecznie w tych swoich portkach upapranych w gipsie albo jakichś farbach, z bandaną na głowie i w koszulkach z durnymi nadrukami. Czasami zachowywał się jak szczeniak. Ale kumple nawet go lubili. No i nie czepiał się tak, jak matka. Jeśli robił projekt, to całymi dniami siedział w swoim gabinecie, a jak już się brał za rzeźbienie, to znikał w szopie, w której miał pracownię, i świat przestawał dla niego istnieć. Piłował, spawał, tłukł się tak, że nawet telefonu nie odbierał, bo nie słyszał dzwonka.

W sumie to Yann nie miał z rodzicami najgorzej. Na przykład matka Maxa pracowała w banku w Villers i ludzie jej opowiadali w tym banku różne plotki, więc zawsze wiedziała, gdzie Max jest i z kim. Jeśli przed kolacją nie wrócił do domu, robiła mu awantury. A jak chłopak miał swój "tydzień B" i spędzał go u ojca w Soissons, niewiele to zmieniało, bo ojciec był urzędnikiem w merostwie, macocha nauczycielką, więc czy tak, czy inaczej, wszyscy cały czas mieli go na oku.

Karim o swojej rodzinie mówił niewiele. Nigdy nikogo do siebie nie zapraszał. Mieszkał z matką i rodzeństwem w dwupokojowym apartamencie na czwartym i ostatnim piętrze jednego z wielorodzinnych budynków na osiedlu "Słoneczne wzgórze". Teoretycznie mieszkał tam również ojciec Karima, ale pojawiał się bardzo rzadko. Podobno pracował gdzieś daleko, a może siedział w więzieniu albo podróżował? Nikt nigdy o to nie dopytywał, a Karim nie wydawał się przejęty ani brakiem, ani obecnością ojca. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Tak, soboty i niedziele dało się jakoś wytrzymać. A odkąd dołączyła do nich Lou było jeszcze ciekawiej. Ona zawsze miała jakieś pomysły.

Czasami w zimne albo deszczowe dni nie wiedzieli, gdzie się podziać. W PMU właściciele patrzyli na nich krzywo, na pizzę nie zawsze mieli pieniądze, a w Pamukkale były tylko dwa maleńkie stoliki i zawsze duży ruch. Ludzie kupowali kebab na wynos, tłoczyli się przy ladzie, czekając, aż posiłek będzie gotowy. Tam też nie dało się spokojnie posiedzieć. I to właśnie Lou wymyśliła, żeby zrobili sobie bazę w starym silosie. Znała to miejsce, bo podobno czasami chodziła tam zapalić z dziewczynami z osiedla.

Karim na początku się krzywił. Mówił, że to dziecinada, ale w końcu dał się przekonać. Główne wejście, z porządną metalową bramą, było zamknięte, bo merostwo wykorzystywało dwa największe pomieszczenia na magazyn, ale dzieciaki wyłamały jedne z mniejszych drewnianych drzwi z tyłu budowli. Gmaszysko było potężne i robiło niesamowite wrażenie. Max zaczął się wygłupiać i straszyć wszystkich. Karim stwierdził, że duchów nie ma się co bać, ale szczury to tu mogą być wielkie jak koty. Lou go wyśmiała i powiedziała, że chyba wszystkie szczury pozdychały z głodu, bo przecież nikt tego silosu już ze sto lat nie używa. Yann sam nie wiedział, co myśleć, ale zapaszek unosił się wszędzie niezbyt przyjemny.

Wybrali w końcu jedno pomieszczenie, a właściwie taką wnękę między betonowymi wspornikami, i zaczęli ją jakoś urządzać. Najpierw pozamiatali, potem zaczęli znosić różne rzeczy. Karim przyniósł stary wytarty dywan, który matka kazała mu wyrzucić do śmieci, Lou skądś zdobyła całe pudło świeczek, Max przybiegł z dużą płytą sklejki, ustawił ją na kawałkach betonu i mieli całkiem fajny stolik. A Yann wykradł z domu cztery plastikowe krzesła ogrodowe i zwoził je rowerem przez cztery kolejne soboty.

No i okazało się, że dziewczyna miała świetny pomysł. Od października mieli swoją stałą bazę. Przesiadywali tam w deszczowe dni. Lou przyniosła plik starych magazynów o modzie (miała kręćka na tym punkcie) i przeglądała je sobie, popijając piwo. Max uznał, że to niezły pomysł, bo jakoś tak w połowie listopada zjawił się w bazie ze stosem gazet o muzyce, które zaczął kupować jeszcze w podstawówce. Matka przy sprzątaniu kazała wyrzucić tę makulaturę, a jemu szkoda było pozbywać się takiej kolekcji.

- No, proszę! Widzę, że mamy tu już całą bibliotekę. - Zaśmiał się Karim i z desek oraz cegieł ustawił półki.

Super zrobiła się ta ich baza. Yann nabrał zwyczaju rozglądania się po strychu, piwnicy i szopkach, wyszukiwania różnych gratów, które mogłyby się przydać. W połowie grudnia ktoś z nich przyniósł nawet małą plastikową choinkę, trochę wyłysiałą i odbarwioną, ale przystroili ją opakowaniami po Snickersach, zgniecionymi puszkami i bardzo im się podobała.

Kiedyś omal nie wpadli. Yann i Max zerwali się z lekcji w czasie przerwy obiadowej. Yann, bo bał się sprawdzianu z historii, Max - dla towarzystwa. Brama była wprawdzie zamknięta, ale wszyscy uczniowie wiedzieli, że za budynkiem szkoły siatka jest naderwana i można się tamtędy przecisnąć na ulicę. Dość szybko złapali stopa i przyjechali do La Ferté. W bazie mieli już wtedy metalową skrzynkę po narzędziach, w której przechowywali czipsy, ciastka i batony. Puszki z napojami ustawiali pod ścianą i zasłaniali deską.

I tak siedzieli sobie, wcinali czipsy, Max puścił z telefonu muzykę jakiegoś zespołu, którym aktualnie się zachwycał, i od czasu do czasu pokrzykiwał razem z wokalistą. Nie zwracali uwagi na to, co się dzieje na zewnątrz. Dopiero usłyszawszy głośny warkot silnika gdzieś na dole, oprzytomnieli. Max schował telefon, Yann zdmuchnął świeczki, zarzucili na ramiona plecaki i przyczaili się za masywnym betonowym filarem. Bali się wyjść z budynku, wspięli się więc po spiralnych schodkach i przez wąski świetlik wyjrzeli na zewnątrz. Dwóch mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach regulowało szczotki niewielkiej drogowej zamiatarki.

Chłopcy jeszcze długo siedzieli skuleni i zmarznięci na tych nieszczęsnych schodkach, bo wprawdzie jeden z mężczyzn odjechał zamiatarką, ale drugi zniknął wewnątrz, nie mieli więc pojęcia, czy mogą bezpiecznie opuścić kryjówkę. W końcu odważyli się wyjść. Obydwaj zesztywnieli z zimna, szczękali zębami, a Max marudził, że za chwilę zleje się w spodnie. Uciekli nad rzekę, aż do mostku szli brzegiem (Max wysikał się wreszcie za jakimś krzaczkiem) i udawali, że tak sobie po prostu spacerują.

Karim wyśmiał ich potem.

- Przecież tam jest magazyn i garaż tych wszystkich komunalnych maszyn i urządzeń. Nie wiedzieliście? W godzinach pracy merostwa ktoś się tam może kręcić.

Dostali wtedy nauczkę, więc w następną sobotę dokładniej obejrzeli cały budynek i opracowali kilka awaryjnych dróg ucieczki.

Tak. Baza to coś superfajnego.

Yann był bardzo zadowolony, bo znalazł na strychu trzy stare kołdry, trochę gdzieniegdzie nadprute. Gdyby położyć je na drewnianych skrzynkach po owocach, byłaby super kanapa. Skrzynki obiecał załatwić Karim. U nich w szkole przechowywali w takich sadzonki różnych roślin i zawsze pełno tego poniewierało się w pobliżu szklarni.

Kołdry trzeba wynieść z domu, dopóki nie ma matki.

Najlepiej będzie, jak poprosi Maxa, żeby wpadł dziś po zajęciach. Razem coś wykombinują. Głupio wyszło z tym przeziębieniem. Poślizgnął się i wpadł do rzeki. Spodnie miał mokre aż za kolana, a przecież nie mógł wrócić taki ubłocony do domu. Trochę się oczyścił, potem długo jeszcze łaził po La Ferté.

W niedzielę wieczorem zaczął kichać, zasypiając, czuł, że boli go głowa i ma dreszcze. Matka na szczęście nie czepiała się mokrych i ubłoconych dżinsów. Myśli teraz tylko o tych swoich idiotycznych urodzinach. Wpadła na pomysł, żeby urządzić wielkie przyjęcie. Najpierw mówiła o kilkorgu znajomych, a skończyło się na pięćdziesięciu osobach, o ile nie przyjdą z dziećmi. Ojciec nie był zachwycony. Przygotowywał się do wystawy i nie miał czasu zajmować się urządzaniem przyjęcia, a ona oczywiście miała dyżury i też nie miała czasu. Trochę się o to spierali i Yann zdecydowanie stanąłby po stronie ojca, gdyby ktoś go pytał o zdanie. Nie przepadał za znajomymi matki, a nade wszystko nie cierpiał tego całego zamieszania przy organizowaniu imprez.

- Daj spokój, mama ma urodziny i jeśli chce zaprosić kilkoro przyjaciół, to musimy jej pomóc - uciął dyskusję ojciec, gdy Yann próbował wymigać się jakoś od brania udziału w przygotowaniach.

Ładne mi kilkoro przyjaciół.

- Mamo, ale przecież często mamy gości. Dlaczego się tak denerwujesz? - zapytał kiedyś, bo nie mógł już tego słuchać.

- Łatwo ci mówić. Zaprosiłam całą masę ludzi, których ledwo znam. Zależy mi, żeby wszystko się udało.

- To po co tych obcych zaprosiłaś? Myślałem, że to twoje przyjęcie urodzinowe. - Och, dzieciaku, oczywiście, że to moje przyjęcie urodzinowe, ale w firmie znowu mówi się głośno o zwolnieniach. Tym razem biorą się także za personel latający. A ja mam już ponad czterdzieści lat. Gdzie znajdę pracę, jeśli mnie zwolnią? Przecież, tak właściwie, to ja nic nie umiem... a ci ludzie, których zaprosiłam, mogą się przydać, może będą mogli pomóc, gdyby coś...

Zawsze się odgrażała, że nie chce już pracować, a teraz panikuje, że ją zwolnią. A ta impreza ma być jakoś niedługo, więc lepiej schodzić starym z oczu.

Czas biegł dużo wolniej niż w normalny dzień. Max siedział teraz na francuskim i na pewno miał wyciszony telefon, mimo to Yann wysłał mu wiadomość. O dziwo, odpowiedź przyszła prawie natychmiast.

Max wpadnie wieczorem, pogadają. Jakoś się to wszystko ułoży. Powlókł się na górę i, ze słuchawkami na uszach, położył na rozgrzebanym łóżku.

Muzyka, mimo że rytmiczna i hałaśliwa, uśpiła go. Zasnął, nie zdejmując słuchawek, z telefonem zaciśniętym w dłoni.

1

Serge Olovski nie był entuzjastą spacerów. Zawsze wydawało mu się, że spacerowanie to domena starszych znudzonych pań albo ogłupiałych od wczesnej miłości par, które lezą gdzieś bezrozumnie, trzymają się za ręce i szczebiocą do siebie. Normalni ludzie - tacy, jak on - przemieszczają się z punktu A do punktu B w ściśle określonym celu, w przeciwnym wypadku jest to bezmyślne przestawianie nóg.

Nadal tak uważał, ale został do spacerowania zmuszony okolicznościami. W imieniu okoliczności przemówił doktor Ionut Silviu, najpierw namawiając, potem grożąc. Dużo tam było o stanie zdrowia, wieku, formie, niewłaściwym trybie życia i innych rzeczach, o których nikt nie myśli na co dzień, a jeśli już pomyśli, to kończy temat wygodnym i komfortowym "Trzeba by" albo "Powinienem chyba".

Tak więc spacery. Obiecał Ionutowi, że dwa albo i trzy razy w tygodniu wybierze się na dość długą, choć nie przesadnie forsowną, przechadzkę.

- Bo jak nie, to leki, dieta i żadnego alkoholu! - nie ustawał w groźbach Silviu.

Uległ. Spacerował. Pogoda może i nie zachęcała do tego typu aktywności, zauważył jednak, że im gorsza, tym mniej ludzi spotyka na swojej drodze. Właśnie minął zmarzniętą, ale uśmiechniętą i żądną pogawędki właścicielkę niewielkiego, dość paskudnego psiaka, który z entuzjazmem rozgrzebywał sterty gnijących liści, płoszył ukrywające się w przybrzeżnej trawie kurki wodne i z upodobaniem degustował kacze odchody. Psy i ich właściciele! Nie odstraszała ich żadna, najgorsza nawet aura. A tu, nad brzegiem rzeki Ourcq, z daleka od ulicznego ruchu, pupile mogły biegać luzem.

Olovski miał już wypracowane techniki pozwalające w spokoju przejść obowiązkową dzienną trasę. Widząc kogoś zbliżającego się, przyspieszał kroku i starał się sprawiać wrażenie człowieka, który już spóźniony, nie ma ani chwili do stracenia. Bąkał w biegu jakieś krótkie pozdrowienie i oddalał się szybkim krokiem. Dziś musiał zastosować inną metodę. Kiedy niewiasta z czerwonym z zimna nosem wzięła oddech, żeby dokończyć opowieść o tym, jak brzegi rzeki Ourcq wyglądały w czasach jej młodości, wtrącił, wpatrzony w krzaki:

- Oj, ale czy jemu to nie zaszkodzi?

Zawsze działało. Pani, nawołując ulubieńca, rozglądała się zdezorientowana, a Serge wykorzystywał moment, żeby szybko się oddalić.

Mimo wszystko, wędrówki nad kanałem sprawiały mu pewną przyjemność, do której nie miał najmniejszego zamiaru przyznawać się doktorowi. Wracał wprawdzie zmęczony, ale to był ten przyjemny rodzaj fizycznego zmęczenia, o którym już prawie zapomniał. Zwłaszcza teraz, w połowie stycznia, gdy jego zaniedbany ogród nie zachęcał do jakichkolwiek prac, a siedzenie w domu powodowało nieustającą chandrę.

Był emerytem, wdowcem, miał dwoje dorosłych dzieci, wielki stary dom, którego utrzymanie mocno przerastało jego finansowe możliwości, i nic do roboty. Nie tak wyobrażał sobie życie na emeryturze. Właściwie w ogóle życia na emeryturze sobie nie wyobrażał i wcale się do tego nie spieszył. To raczej jego żona coś tam planowała, czegoś chciała. Wymyśliła przeprowadzkę na wieś ("Należy nam się trochę spokoju") i zakup domu ("Wreszcie nie będziemy się gnieść w tej ciasnocie"). Mieli spotykać się z przyjaciółmi, a każde święta, urlopy czy nawet weekendy spędzać w towarzystwie dzieci, ich partnerów, a w przyszłości (niedalekiej) wnuków. No, cóż. Nie wyszło. Nie powinien godzić się na wszystkie jej pomysły, ona nie powinna się tak upierać przy tych swoich wizjach, a już na pewno nie powinna wsiadać za kierownicę po wypiciu butelki (albo i dwóch) białego wina.

Nigdy nie byli idealną rodziną. Nie ma idealnych rodzin. Idealnych mężów i żon. Jego za bardzo pochłaniała praca, ją zanadto zżerała ambicja. Nie radziła sobie z ciągłym poczuciem niespełnienia. Od dawna za dużo piła. A on machnął w końcu ręką, bo zwracanie uwagi, próby rozmowy, prośby kończyły się awanturami. Dzieci uciekły od tego wszystkiego najszybciej, jak mogły i wcale nie uśmiechały im się rodzinne święta na wsi zagubionej w pikardyjskich pustaciach. Nathalie uparcie, choć niekonsekwentnie, coś tam studiowała, ale przynajmniej trzymała się Paryża. Didier skończył studia, ożenił się, Serge miał jednak wrażenie, że żaden z jego wyborów nie był trafiony. Małżeństwo dość szybko okazało się pomyłką, wybór kariery zaś kładł się za chłopakiem jakimś ponurym cieniem. W efekcie syn stał się otyłym, zgorzkniałym, czterdziestoletnim urzędnikiem bankowym i dogadać się absolutnie nie umieli.

Te wszystkie reminiscencje, wspominki, minorowe echa przeszłości to był uboczny skutek spacerów. Nie bronił się w trakcie marszu przed napływem niewesołych myśli, a nawet godził się na nie. Wsłuchiwał się, oswajał i porządkował to, co zwykle odpychał od siebie, zagłuszał, zbuntowany i obrażony na rzeczywistość oraz swoją w tej rzeczywistości rolę.

Teraz, na przykład, zostawiwszy daleko w tyle panią z pieskiem, zastanawiał się, dlaczego jakoś łatwiej jest mu się dogadać z córką niż z o sześć lat starszym Didierem. Wdychał wilgotne powietrze, omijał psie kupy, wpatrywał się w połyskujący nurt, którego kolor więcej miał wspólnego z brunatną zielenią niż ze szmaragdem, lazurem czy innymi odcieniami, jakimi powszechnie opisywano wodę, i był skłonny przyznać, że część winy leży po jego stronie. Być może.

Postanowił wracać, bo zaczynał być głodny. I trochę przemokły mu buty. Doktor Silviu mówił, żeby nie forsować się nadmiernie, a przecież czeka go jeszcze wspinaczka stromą, brukowaną Rue du Château. Zwykle musiał się kilka razy zatrzymywać, żeby uspokoić oddech, zanim pokonał wzniesienie ulicy i dotarł do domu.

Niebo uznało, że w szarym mu do twarzy i nawet na chwilę nie zmieniło koloru. Drobna mżawka rozmywała zarysy budynków, ledwo widoczne między nagimi koronami drzew. Twarz miał mokrą, ręce zmarznięte, solidna przeciwdeszczowa kurtka, zgodnie z obietnicą producenta, rzeczywiście nie przepuszczała wilgoci (w żadną stronę), więc trochę się spocił, mimo to humor miał całkiem niezły.

Popatrzył na niebo (szare), popatrzył na wodę (szaro-brunatną), tupnął kilka razy, żeby otrzepać z butów co większe bryły błota, i ruszył w drogę powrotną.

Opuszczony budynek potężnego silosu zbożowego, zbudowanego w czterdziestych latach poprzedniego wieku, z daleka i przy tej pogodzie wyglądał jak tajemnicza, mroczna katedra. U stóp budowli rzeka tworzyła niewielkie zakole. Niegdyś cumowały tu przywożące ziarno barki, dziś, wykorzystując wygodne zejście do wody, lubiły odpoczywać łabędzie, kaczki krzyżówki albo waleczne i hałaśliwe stadko gęgaw. Ptaki, przyzwyczajone do obecności ludzi, nie płoszyły się łatwo, a jeśli coś je zaniepokoiło, uciekały na środek nurtu i stamtąd spokojnie obserwowały rozwój sytuacji.

Olovskiego gnał głód i jeszcze jedna, dużo pilniejsza potrzeba, która domagała się natychmiastowego załatwienia. Powstrzymywał go tylko nieprzyjemny wiatr i coraz intensywniej zacinający deszcz. Silos był punktem orientacyjnym, potrzebował jeszcze co najmniej czterdziestu minut, żeby znaleźć się we własnej, zapewniającej intymność i komfort termiczny łazience. Nie da rady.

Rozejrzał się, czy nikt go nie widzi, cofnął kilka kroków, na próżno szukając schronienia za żałośnie wiotkim pniem młodego grabu, i bez dalszej zwłoki ulżył przepełnionemu pęcherzowi. Trwało to chwilę. Kilka chwil. I jeszcze sekundkę. Zza cienkiego drzewka obserwował okolicę, bo jednak jakiś przechodzień mógł się przecież w te okolice, mimo wszystko, zaplątać. Na szczęście wokół panował spokój. No, może gęsi na rzece zachowywały się trochę dziwnie, ale Olovski na gęsiach nie znał się zupełnie. Niewykluczone, że pływanie w tę i we w tę z gęsim pokrzykiwaniem od czasu do czasu jest zachowaniem dla gęgaw typowym? Poprawiał ubranie, gdy śmiesznym, drobnym kroczkiem zbiegły do wody dwie kurki wodne i dołączyły do gęsiej imprezy.

Teraz już rozluźniony i uspokojony zszedł nad wodę w pobliże ptasiego stada. Spłoszyło się. Gęsi odpłynęły w pośpiechu na środek rzeki, a kurki w stronę przeciwnego brzegu. Wszystko ze stosownym dla danego gatunku wrzaskiem.

Serge też miał sobie ochotę wrzasnąć. Zamiast tego rozejrzał się wokół w poszukiwaniu jakiegoś kija, gałęzi, patyka... Czegoś, czym mógłby dotknąć... przyciągnąć bliżej pływające w wodzie zwłoki. Bo, że to zwłoki, nie miał wątpliwości. Nikt żywy nie pływa w połowie stycznia, twarzą w dół, kompletnie ubrany.

Dał sobie spokój z szukaniem drągów, wyjął za to telefon i zmarzniętymi rękami odblokował ekran. Zaczął przeglądać książkę adresową, ale z tym też dał sobie spokój. Był emerytem. I to od dobrych paru lat. Nie wezwie przecież techników, nie ściągnie ekipy, jak zrobiłby jeszcze parę lat temu. Nie jest już komisarzem PJ , jest zwykłym obywatelem i nie ma nawet pojęcia, która sekcja śledcza będzie się tym zajmować, Soissons, Reims, Amiens, a może jednak Paryż? Jakoś tak się złożyło, że numeru do najbliższego posterunku żandarmerii nie miał zanotowanego. Wybrał więc 112 i czekał, cały czas wpatrując się w zwłoki.

Prąd na kanale był ledwo zauważalny. Bez wchodzenia do wody nie dało się dojrzeć, w jaki sposób ten nieszczęśnik utknął w przybrzeżnych szuwarach. Prawdopodobnie zaczepił o coś ręką albo może fragment ubrania zahaczył o jakieś gałęzie? Trup unosił się na wodzie, Serge przyglądał mu się, a operator w tym czasie skrupulatnie odpytywał o nazwisko, adres, miejsce zdarzenia. Olovski odpowiadał mechanicznie i marzł, ale jeszcze się nie denerwował. Dopiero kiedy profesjonalnie spokojny mężczyzna przeszedł do pytań o "poszkodowanego", zaczął tracić cierpliwość.

- Nie sprawdzę pulsu, bo mi się zegarek zamoczy. Ja bym na jego miejscu nie oddychał - informował i spacerował wzdłuż brzegu dla rozgrzewki. W końcu warknął: - Człowieku, przełączy mnie pan wreszcie do najbliższej jednostki żandarmerii, czy mam rzucić słuchawką, a pan zostanie z niewypełnionym formularzem i nagraniem nieprzyjętego zgłoszenia?

- Proszę się nie rozłączać - oznajmił męski głos, tym razem bez cienia sympatii.

Inny głos, również męski i również profesjonalnie spokojny, rozpoczął wypytywanie o te same rzeczy, dokładnie w tej samej kolejności. Pytań o stan "poszkodowanego" było mniej, bo Serge uciął nieźle zapowiadający się wywiad krótkim:

- Do cholery, przyślijcie kogokolwiek. Zabezpieczcie przynajmniej teren i sobie tego trupa pilnujcie, żeby wam nie odpłynął. Nie będę tu siedział do wieczora, bo zamarznę. - I tym razem z prawdziwą przyjemnością rozłączył się, po raz nie wiadomo który żałując, że dotknięcie palcem symbolu czerwonej słuchaweczki na ekranie, nawet bardzo obcesowe i gwałtowne, nie daje tego samego efektu, co porządne, wściekłe trzaśnięcie tradycyjną słuchawką stacjonarnego telefonu starego typu.