Krew jak blask księżyca - Andrea Morstabilini

Reflow text when sidebars are open.
1
Kula
Mieszkaliśmy we Frankenstein, co samo w sobie jest już chyba ironią losu. Nie w centrum tej miejscowości -?tam byśmy długo nie wytrzymali. Naszym domem był zamek na wzgórzu -?mała omszała ruina pozbawiona dachu. Łukowate okna obejmowały wystarczający fragment pustego mlecznego nieba, by przekonać wszystkich, że zamek jest opuszczony. Że to kruszejący relikt dawnych wieków, w którym bytują tylko kolonie nietoperzy, ewentualnie jakiś duch.
Właściwie tak było.
Sama miejscowość miała niewiele do zaoferowania -?wąską dolinę przecinała jedna jedyna droga, a po obu jej stronach z iście oślim uporem pięły się po zboczach gęste skupiska kremowych domów. Spadziste dachy tuliły się do ściany lasu, który w tej części doliny Renu jest głęboki, ciemny i cierpliwy.
Przy zakręcie drogi stał warsztat naprawczy, a kawałek dalej znajdowała się mała stacyjka, przez którą dwa razy dziennie przejeżdżały pociągi: jeden do Mannheim, a drugi w przeciwną stronę -?do Kaiserslautern. Przy torach stał Gasthaus z czarnym rycerzem namalowanym na ścianie. Za nim wił się płytki strumień. Nieco dalej, nad wschodnią częścią Frankenstein, górował surowy kanciasty kościół. Po obu stronach kamiennych schodów wiodących do portalu rosły fioletowe osty, a nad wejściem wyryto eleganckimi czarnymi literami: "Jak miły jest przybytek Twój, o Panie", a obok rok założenia świątyni -?1871. Po lewej stronie biegła żwirowa ścieżka na cmentarz, przez większą część roku zaludniony gęściej niż sama miejscowość.
We Frankenstein człowiek szybko zaczynał rozpoznawać wszystkie twarze. Stałem się ekspertem w wyłapywaniu cech odległych krewnych, przyjeżdżających z wizytą na Wielkanoc do ludzi, których znałem -?tu nos jak u gargulca, tam krzywe nogi lub broda koloru spienionego stouta. To był mój obowiązek. Ponieważ nasze przetrwanie zależy od dyskrecji, trzeba było patrolować ulice, strzec granic wioski, nadzorować dworzec kolejowy. Miałem bystry wzrok i węch wyczulony na kłopoty po całym życiu ze skłonnością do przeczuwania najgorszego, więc to mnie zawsze przypadały warty. Wręcz zgłosiłem się na ochotnika.
Miałem powód -?dom stojący na samym końcu Frankenstein.
Był -?i może nadal jest -?pomalowany na jaskrawy błękit, a w jego stromym dwuspadowym dachu tkwiła samotna lukarna. Stał w oddaleniu od reszty wioski i bliżej z niego było do lasu niż do najbliższego sąsiada. Nie miał płotu i tylko dwa smukłe cyprysiki rosnące przed wejściem zapewniały minimum prywatności. Na tyłach -?tam, gdzie była lukarna - fasadę drapały leśne modrzewie, czarne latem, a w październiku ozłocone jakby ręką cierpliwej krawcowej.
Nikt nie wiedział, że odwiedzam ten dom na każdej nocnej warcie. Ani Regina, która by mnie wyrzuciła, gdyby tylko się o tym dowiedziała, ani moja droga przyjaciółka Agata, której powiedziałem o wszystkim, tylko nie o tym.
Wspinałem się na drzewo najbliższe okna w lukarnie, a mój czarny płaszcz typu chesterfield stapiał się z mrokiem. Wbijałem paznokcie w mokrą korę, aż do miejsca, gdzie pień przechodził w konar, wypolerowany podczas długich, pełnych wyczekiwania nocy. To drzewo dobrze pamiętało kształt moich pleców.
W pracowni paliło się światło, choć pokój był pusty. Na wielkim dębowym biurku o starożytnej konstrukcji i orientalnym sznycie stał w połowie opróżniony kieliszek wina, a obok maszyna do pisania Adler. W podajniku nie było papieru, o klawisze opierała się wielka księga w skórzanej oprawie. Znałem ją. To był Traktat o chorobach układu nerwowego Jamesa Rossa, lekarza medycyny, doktora nauk prawnych, członka Królewskiego Kolegium Lekarskiego w Londynie.
Podobały mi się drzeworyty i precyzyjne litografie w tej książce. Często, gdy miałem pewność, że moi krewni wyjechali do Ingolstadt, czułem, że muszę się wkraść do pokoju i postudiować obrazy mózgu w różnych stadiach uszkodzenia. Zastanawiałem się przy tym, w którym punkcie mój działa nieprawidłowo. Nigdy nie znalazłem odpowiedzi.
Październikowe powietrze było mokre, bo zbierało się na deszcz. Okno zostawiłem uchylone, dzięki czemu usłyszałem go, jeszcze zanim zobaczyłem. Z korytarza dobiegały powolne, może trochę senne, lecz zdecydowane kroki. To nie był człowiek, który łaziłby bez celu. W końcu się pojawił.
Martin Hunger.
Mąż przygaszonej Francuzki o ulotnej elegancji liliogłowa szafirowego, ojciec dziesięciolatka lubiącego czytać powieści detektywistyczne i siedmiolatki, wielbicielki zbierania grzybów. Martin Hunger był profesorem fizjologii na Uniwersytecie w Ingolstadt. Chirurgiem mózgu, który miał opinię nieomylnego, światowej klasy specjalistą w dziedzinie wrodzonych chorób umysłowych. Błękitny dom na skraju Frankenstein należał niegdyś do jego pradziadka ze strony matki. Rodzina zawsze wracała tu latem, a czasem również zimą, jeśli trzeba było wykonać jakieś drobne naprawy. Tym razem przyjechał sam.
Miał na sobie kraciastą podomkę. Zbyt małą i krótką na jego kwadratową klatkę piersiową -?porośniętą siwiejącymi włosami, lecz wciąż z wyraźnym rysunkiem mięśni. Była to podomka żony. Wyobrażałem sobie Martina zanurzonego w wodzie, w nieskazitelnej wannie. Nad wodą unosi się widmowa para, a on zamyka zmęczone oczy i leży tak, dopóki nagły pomysł nie przeszywa jego senności jak promień Księżyca przebijający się przez szczelinę w żaluzjach. Martin zrywa się w wannie, rozchlapując wodę, łapie pierwsze, co ma pod ręką, i się tym owija. Podomka była przyklejona do mokrych ramion, zauważyłem też błyszczące ślady stóp na drewnianych deskach podłogi.
Germańskie włosy Martina zaczynały się już przerzedzać na czubku głowy, ale wokół uszu wciąż jaśniały pasmami rudego złota. Był po czterdziestce, lecz zmarszczki w kącikach wiecznie przymrużonych oczu sprawiały, że wyglądał na starszego. Założył okulary, usiadł i pochylił się nad Traktatem Rossa.
Lekko zgarbione plecy, uwydatnione przez lata spędzone z nosem w atlasach medycznych, rozciągały podomkę. Ze swojego cienistego miejsca widziałem szyję Martina -?napiętą skórę pulsującą nad sinawym zarysem żyły, która biegła tuż pod powierzchnią i znikała pod obojczykiem. Krzyżyk, który zawsze nosił, był matowy ze starości i zużycia. Tylko zgięte kolana Chrystusa lśniły jak szklane gałki w drzwiach.
Z pożądania aż bolały mnie ramiona.
Gdybym pchnął nimi futrynę i otworzył okno, rozległoby się skrzypnięcie, ale Martin by go nie usłyszał. Jego skupienie wygrywało z płaczem dzieci, dzwonkami telefonów, rykiem radioodbiorników. Czym było skrzypnięcie w taką noc jak ta, gdy z zachodu wiał ostry wiatr, trzęsący starym domem. Mój cień złączony z cieniami drzew szepczących na zewnątrz wślizgnąłby się do środka niepostrzeżenie, podkradł do Martina od tyłu i wyprostował się, by napotkać miękkie zagłębienie między ramieniem a szyją.
Prosta sprawa, aż nazbyt prosta. Moje ramiona i cień były mądrzejsze. Wiedziały, o co muszę zapytać Martina i że to nie jest właściwy sposób na przyciągnięcie jego uwagi.
Co więc miałem zrobić? Nie mogłem stukać w szybę ani drapać w drewno, zanim mnie zobaczy. Pomyślałby, że jakaś wygłodniała dusza wstała z grobu, żeby go zamęczyć. Na mój widok jego serce przestałoby bić - wyglądałem jak upiór.
Żaden róż nie zamaskowałby moich zapadniętych policzków. Żaden puder nie złagodziłby kościstych rysów twarzy ani nie rozjaśnił czarnych cieni pod oczami. Nie istniała szczotka o tak mocnym włosiu, by poradziła sobie z kłującą plątaniną moich włosów. Musiałbym mieć na twarzy maskę, aby nie przestraszyć Martina na śmierć, ale choć często myślałem o tym, by pożyczyć taką od Barona -?miał ich setki -?w rzeczywistości bałem się zadać Martinowi pytanie. Dopóki żyło tylko w mojej głowie, mogłem sobie wyobrażać odpowiedź, jakiej pragnąłem. Wypowiedzenie pytania uczyniłoby je realnym i musiałbym się zmierzyć z prawdziwą odpowiedzią.
Trzymałem się więc w mroku i obserwowałem, szukając na twarzy Martina czegoś, czego nie potrafiłem nazwać, na cienkiej warstwie skóry nad tętnicą szyjną próbowałem znaleźć to, co potrafiłem określić na wszelkie sposoby, we wszystkich językach. Przeżywałem katusze, lecz przepojone nadzieją.
Martin przez chwilę czytał Traktat, a potem zerwał się z miejsca i podbiegł do regału po drugiej stronie pracowni. Teraz był bliżej. Przez otwarte okno pachniał świeżą bawełną i mydłem. Stanął na palcach i zdjął z półki masywny tom w bordowej płóciennej oprawie, który zdawał się ważyć więcej niż jego córka. Upuścił księgę na Traktat i zaczął przeglądać. Pasek podomki puścił i szata wisiała luźno wokół jego bioder. Pod pępkiem wyrastały gęste i jasne kręcone włosy. Po kostce spływała kropla wody.
Znów poczułem pragnienie, by się wślizgnąć do środka, przemykać z cienia do cienia, znaleźć jego szyję, pocałować ją, ugryźć. Jednak wówczas nigdy by mi nie odpowiedział.
Zeskoczyłem na ziemię. Buszująca w liściach kuna pisnęła i uciekła w las. Popędziłem za nią. Po tej stronie doliny z mgły licznie wyrastały wychudłe wiązy, jak widma błąkające się po placu boju. Przede mną przeleciał blady puchacz i końcem skrzydła otarł się o mój policzek.
Zwolniłem dopiero po dotarciu do ścieżki wiodącej do naszego zamku, bo było stromo, a ja dyszałem nie tylko od biegu. Dobrze postąpiłem. Nie chciałem, by Regina zobaczyła mnie zarumienionego i zaczęła zadawać pytania. Chwyciłem korzenie powalonego kasztanowca zatopionego w błotnistym zboczu, żeby się podciągnąć na ostatnim zakręcie.
Zamek Frankenstein, jakimś cudem jednocześnie wysoki i przysadzisty, cały z czerwonego kamienia porośniętego ciemnymi pnączami, opierał się o wielkie skalne ramię, również czerwone. Było tak masywne, że droga do zamku omijała je szerokim łukiem, a to, co za nim, pozostawało niewidoczne. Kiedy podchodziłem do bramy od tej strony, zawsze się obawiałem zasadzki. Tamtej nocy wpadłem w jedną z nich.
Przed bramą leżała szklana kula śnieżna.
Szkło było pęknięte i śnieg już nie wirował.
Wewnątrz miniaturowy biały zamek połyskiwał różem w świetle Księżyca.
2
Poddasze
Na Księżycu stoi zamek.
Wiem to od Reginy, która znalazła mnie na wietrznym poddaszu nieopodal Kościoła Świętego Mikołaja w Deptford. Mieszkałem tam, a raczej się ukrywałem, po ucieczce z domu na południu Europy. Uniosłem wzrok znad swojego nieszczęścia i ją zobaczyłem.
Długie rude włosy okalały jej twarz niczym welon panny młodej, a prawe oko uciekało na zewnątrz, jakby w poszukiwaniu zagrożeń. Miała w sobie magnetyczną siłę gniewnej syreny z dawnej rosyjskiej ilustracji. A jednak tamtej nocy, gdy mnie znalazła, jej twarz była łagodna jak u matki. Przykucnęła przede mną, a jej czarna suknia zatrzepotała u stóp, jakby w fałdach materiału była uwięziona chmara ciem.
Oznajmiła, że śledzi mnie od wielu dni. Patrzyła, jak się przedzieram przez lśniące od deszczu ulice miasta, gdy aureole wokół latarni sprawiają wrażenie odległych jak obce słońca, opuszczonych. Widziała mnie przemykającego mrocznymi zaułkami Southwark, krążącego przy gospodach w poszukiwaniu wytaczających się ze środka pijanych marynarzy, kamieniarzy i aktorów. Obserwowała, jak wciągałem tych rozchichotanych mężczyzn w mrok, a potem, gdy pełzli z powrotem do światła, ja stałem z tyłu, modląc się o niepamięć, której nie przerwie pianie koguta.
Powiedziała mi, że adresowałem modlitwy do niewłaściwego boga, i szpilką do kapelusza nakłuła wnętrze swojej dłoni, skierowanej ku górze.
Krew spływająca jej po palcach miała więcej wspólnego z wodą, choć swoim ruchem przypominała raczej ciekłą rtęć.
Nie była czerwona.
Miała kolor srebrzystoróżowy -?jak Księżyc, którego ubywa.
Taki sam jak moja.
-?Kiedy po raz pierwszy zdałeś sobie z tego sprawę? -?spytała, wstając i rozglądając się po małym pokoju. Wydęła wargi. Woń była paskudna.
Miałem siedem lat. Chowałem się w szafie z kolegą ze szkoły. Bawiliśmy się w dotykanie, aż w końcu spróbowałem go pocałować, jak to robią w filmach, a on rąbnął mnie w nos i uciekł. Zostawił mnie, a ja broczyłem dziwną rzadką krwią niepodobną do tej, którą on miał na kolanach, kiedy je sobie zdzierał.
Wtedy zrozumiałem, że jestem inny. I szybko odkryłem, że mój mózg też działa inaczej.
Od placów zabaw wolałem groby. Karuzele przyprawiały mnie o mdłości, nie ciągnęło mnie do bohaterskich czynów. Obawiałem się, że moje szczęście jest zatrute, że może zepsuć wszystko, z czego się cieszyłem, i wszystkich, którzy dawali mi szczęście. Równowaga była krucha, a świat stał się księgą znaków, w których odczytywaniu nabrałem biegłości. Wszystkie wieszczyły zagładę.
Jeśli kiedykolwiek widzieliście pająka próbującego złapać w sieć szerszenia, wiecie, jak to jest zamieszkiwać w moim umyśle. Jestem szerszeniem, a jednocześnie pająkiem, który chwyta go w pułapkę.
Dotarło do mnie, że jestem inny, a niedługo potem nadeszła kolejna myśl: nie mogę zostać w domu. Dom był miejscem, gdzie falowała trawa skąpana w wiecznym letnim słońcu i mogłem się tam ukryć. Ukradkowe spojrzenia śledziły mnie niczym natrętne muchy, słychać było uporczywy szmer języków. Języki mówiły, języki plotkowały, języki donosiły matce o każdym moim kroku. Czasem przyłapywałem ją na patrzeniu na mnie tak, jak można patrzeć na herbaciane fusy na dnie filiżanki, by odczytać z nich przyszłość. Próbowała przewidzieć, co mnie czeka, na podstawie tego, jak poruszam rękami, przechylam głowę, wspinam się na palce. To, co widziała, musiało napawać ją wstydem, bo wróżby kończyły się zawsze spuszczeniem wzroku i lekkim zasłonięciem oczu. Zacząłem myśleć, że wolałaby, abym umarł, bo w ten sposób mogłaby kontrolować to, w co się zmienię -?robaki i błyszczące kości.
Odszedłem więc i nigdy nie wróciłem. Serce miałem złamane, lecz nadal swoje.
Szlochałem, a Regina znów opadła na kolana. Mówiła, że może mnie ocalić.
Nie wiedziałem, czy chcę być ocalony, ale się zgodziłem i wsiadłem z nią na pokład nocnego promu do Paryża. Dopłynęliśmy do Frankfurtu, stamtąd do Mannheim i wreszcie dotarliśmy do Frankenstein. W czasie podróży opowiedziała mi historię zamku na Księżycu i króla, który w nim mieszkał.
Dokładnie rzecz biorąc, był to Ludwik II z rodu Wittelsbachów, władca Bawarii.
Niektórzy nazywali go Łabędzim Królem, ponieważ Lohengrin, którego kochał, był Łabędzim Rycerzem. Jednak dla Reginy był Królem na Księżycu albo po prostu Królem.
Urodził się tego samego dnia co jego dziadek, stary król, i o tej samej godzinie. Miało to doniosłe znaczenie. Był 1845 -?rok wron, skrzypiec i statków dryfujących w lodzie.
Wyrósł na cichego, myślącego młodzieńca ze skłonnością do popadania w ponury nastrój. Lubił słuchać, jak matka czyta przypowieści z Biblii, budować modele Grobu Pańskiego i przebierać się za zakonnicę.
Lubił spać w dzień, a być aktywny w nocy, bo kiedyś znalazł w krzakach umierające łabędziątko i próbując je uratować, rozciął sobie skórę o cierń róży. Wtedy zobaczył, że jego krew jest różowa z białoniebieskimi drobinkami, jak nasza, i nabrał przekonania, że zrodził go Księżyc, a przy narodzinach umieścił skałę w jego sercu.
Księżyc szeptał do niego w nocy, a wtedy Król wstawał z łóżka i podchodził na palcach do okna, by na niego popatrzeć, wysoko nad błękitnymi górami. Powiadał, że nadejdzie taki czas, że go zawoła, a Król wróci do domu -?siedziby władców i budowniczych cudów, rycerzy Krzyża i Pucharu. Lohengrina, syna Parsifala. Domem tym było Montsalvat, gdzie ukryto Graala. Jeden łyk z niego gwarantował zbawienie na zawsze.
Kiedy nocny prom płynął przez Cieśninę Kaletańską, Regina wyjawiła mi, że Król nienawidzi przeklętych czasów, w których przyszło mu żyć. Bezkrwawej epoki wyprutej z tajemnicy i magii, wyprutej z honoru. Kiedy wszystko inne -?rodzina, miłość, państwo -?go zawiodło, poświęcił się budowaniu zamków. Tak jak we wczesnym dzieciństwie budował modele Grobu.
W pewnym sensie jego zamki były grobami. Linderhof, Herrenchiemsee, Neuschwanstein -?wszystkie krypty, po których błąkał się samotnie, uciekając przed pompą i zadęciem stolicy, szukając chwili wytchnienia w górskich jeziorach i mglistych lasach. Lubił nocą pędzić karetą między drzewami. Wszyscy mówili, że jest szalony.
Nie był. Poza tym nikt, nawet najbardziej zaufani doradcy, nie wiedział, że buduje swój ostatni zamek. Na Księżycu.
-?Mogę cię tam zabrać -?oznajmiła Regina, kiedy dotarliśmy do Frankenstein.
3
Karty
-?Gdzie ją znalazłeś? -?spytała Agata, zaglądając do kuli śnieżnej. Trzymała ją jak ropuchę lub coś, co gryzie.
Było już dobrze po północy. Siedzieliśmy w jej pokoju -?małej izbie wartowniczej w jedynej ocalałej wieży Zamku Frankenstein, tuż pod moim pokojem. Nazywała ją swoją omdlewarnią, bo było tu stłoczonych kilkanaście szezlongów i otoman, i często żartowała, że nie można się w niej potknąć, by nie upaść na jakąś poduszkę. Pozostałymi meblami były szafa i toaletka z blatem ociekającym woskiem ze świec, które Agata tu przez lata ustawiała. Nowe świece często sterczały w starych, zdeformowanych kikutach. W owalnym lustrze, przed którym właśnie siedziała, wokół jej głowy latały małe czerwone płomienie, przypominające psotne chochliki.
Okna naszych pokoi, inaczej niż w reszcie zamku, zostały zabite deskami, więc nie było niebezpieczeństwa, że ktoś z zewnątrz zauważy światło, ale za to w środku panował zaduch. Niekiedy, gdy doskwierały nam zawroty głowy, a Reginy nie było, odkręcaliśmy którąś z desek, by wpuścić świeże powietrze. Było to ryzykowne, ale mieliśmy już wprawę z dzieciakami przychodzącymi w ramach zakładu albo pijakami i umieliśmy ich zwodzić i przepędzać. Na cienistym dziedzińcu rozlegał się czasem szept wiedźmy, a błędny ognik prowadził chwiejącego się na nogach wędrowca do snu w przydrożnym rowie.
Tej nocy Regina była na miejscu i okno pozostało szczelnie zamknięte.
Agata przysunęła kulę śnieżną do świec i przycisnęła nos do modelu, żeby go dokładnie obejrzeć. Bałem się, że jej kryza stanie w płomieniach.
-?Leżała przed bramą, kiedy wróciłem -?odparłem.
-?To Neuschwanstein -?stwierdziła.
Wiedziałem. Nie mógłbym nie rozpoznać białego pałacu Króla Ludwika -?z czerwoną bramą wjazdową, prostokątną wieżą, strzelistymi pinaklami. Model został precyzyjnie wyrzeźbiony, rękę starannego miniaturzysty było widać w każdym detalu -?od środkowego szczytu nad bramą po uwiecznionego na fresku nad wejściem do pałacu triumfującego świętego Jerzego przebijającego szyję smokowi.
-?Myślisz, że...
Urwałem.
Agata się odwróciła, żeby na mnie spojrzeć. Po tygodniach zamknięcia miała zmizerniałą twarz o zielonym, goblinowatym odcieniu. Jej czarna suknia z rękawami w kształcie dzwonów podkreślała bladość, przywodząc na myśl obrazy łóż śmierci i poplamionych krwią chusteczek. Kości policzkowe, u niej zawsze wyraźne, sterczały teraz jak ośnieżone turnie u szczytu góry. Podobnie jej długi i kościsty hiszpański nos.
Z nudów spiętrzyła loki -?naturalnie blond, ale kilka miesięcy wcześniej ufarbowane na ciemniejszy kolor i przez to przygasłe jak stary polerowany mosiądz -?w wysoką natapirowaną konstrukcję. Wewnątrz ukrywała garść pereł w kształcie łez, odziedziczonych po jakiejś babce lub ciotce -?z jej rodziną nigdy nie można było mieć pewności, bo zawsze skąpiła szczegółów i ilekroć wspominała o krewnych, po szyi wspinał jej się szkarłatny rumieniec poczucia winy. W świetle świec perły lśniły jak wilcze oczy za żywopłotem z bukszpanu.
-?Co? -?spytała, zaciskając palce na podstawie kuli.
-?Myślisz, że ktoś to dla nas zostawił?
Do jednej z wieżyczek Neuschwanstein wciąż był przyczepiony kryształowy płatek. Agata postawiła kulę śnieżną na toaletce i patrzyła na nią, jakby Król miał lada chwila otworzyć drzwi pałacu i wyjść z niego w pełnym rynsztunku.
-?To popularna ozdoba -?odparła. -?Król jest sławny również w tej części Niemiec, mimo że znajdujemy się daleko od jego zamków. Poza tym Boże Narodzenie za pasem. Może zgubiło ją jakieś dziecko?
Nie odpowiedziałem, że nie wiem, dlaczego jakieś dziecko miałoby na szczycie naszego wzgórza nosić w kieszeni kulę śnieżną z Neuschwanstein, w dodatku w deszczowy październikowy dzień.
-?Możliwe -?odparłem po prostu.
Agata wyglądała na zadowoloną z tej odpowiedzi i powróciła do nakładania karminu na usta -?przerwałem jej to, przychodząc z nowiną o swoim odkryciu. Spojrzała na mnie w lusterku.
-?Powróżyć ci? -?zapytała.
Poodsuwaliśmy kilka puf i usiedliśmy na podłodze. Skłębiona suknia Agaty wybrzuszyła się wokół talii jak przejrzała, czerniejąca persymona. Wziąłem karty.
To był zwyczaj, który oboje przyjęliśmy wiele lat wcześniej i kultywowaliśmy podczas długich ponurych zim we Frankenstein. Szelest kart zawsze zdawał się koić Agatę, a ja z czasem zacząłem ufać w trafność jej przepowiedni, szczególnie gdy sam czułem się otępiały. Odkąd Regina ukarała ją zamknięciem w pokoju za złamanie najbardziej fundamentalnej zasady naszego zakonu -?zawsze szanować Króla -?stawiała mi karty co wieczór.
Zdarzyło się to pewnej przyjemnej nocy pod koniec sierpnia, kilka dni po przyjęciu z okazji urodzin Króla.
Siedziałem w swoim pokoju nad mapą naszej doliny -?jej sporządzanie zajmowało mi większość czasu, kiedy nie pełniłem warty -?gdy wpadła Agata, rzuciła mi się do kolan i chwyciła mnie za ramię. Mapa miała być prezentem dla Króla, kiedy nas przyjmie. Pośpieszyłem ratować jej róg, bo go przydeptała.
-?Och, mój drogi Ambrose! -?krzyknęła. -?William mnie kocha, a ja kocham jego i chcę się bawić aż do wschodu słońca. Chodź!
William był młodym kamieniarzem, w którym się zadurzyła -?krzepkim młodzieńcem o tak jasnych włosach na głowie i ramionach, że wydawały się białe. Mieszkał przy stacji kolejowej w małym domku, którego frontową ścianę porastała bujna masa bluszczu. Kiedy się zmrużyło oczy, wyglądało to jak dziwna liściasta kotwica, zrzucona nad drzwi przez jakiś kosmiczny szkuner dryfujący wśród gwiazd.
Próbowałem ją uspokoić. Zaproponowałem herbatę z mojego piecyka i kilka poduszek, by Agata usiadła na czas jej parzenia, ale nie słuchała argumentów. Była tak rozpalona, że zerwała z szyi wykrochmaloną kryzę. Zobaczyłem ślady zębów Williama.
-?Nie, nie, nie -?uparła się. -?Nie będziemy tu siedzieć jak dwie stare baby, popijając herbatkę i marnując czas. Chodź. Regina nigdy się nie dowie, bo jej tu nie ma.
-?Skąd wiesz?
-?Widziałam ją w miasteczku. Jak je opuszczała. Upewniała się, czy nikt jej nie śledzi, ale widziałam. Dom Williama jest tuż przy głównej drodze, w stronę Diemerstein, a ja zaglądałam przez firanki, kiedy brał kąpiel. Może ona też poszła się zabawić.
Jakoś w to wątpiłem. Bardziej prawdopodobne było, że Regina wybrała się po jakiś składnik kluczowy dla swoich eksperymentów -?coś wielkiego i drogiego, co można było dostać tylko w wielkich i drogich sklepach w Kaiserslautern. Znała sposoby na obejście ograniczenia wynikającego z godzin otwarcia.
-?A Baron? -?zapytałem. Regina mogła opuścić domostwo, ale jej sługus zawsze był gdzieś w okolicy.
-?Ambrose!
Agata zaczynała się niecierpliwić, moje tchórzostwo odbierało jej energię i warzyło nastrój. Z obrzydzeniem wyszczerzyła zęby. -?Nie możemy tak żyć! Oboje nadal jesteśmy młodzi. Chodź, zagram coś, czego dawno nie słyszałeś.
W końcu nie mogłem jej się oprzeć.
Chciałem udowodnić, że ma rację. Być przy niej młody.
Przemknęliśmy przez dziedziniec i zeszliśmy do podziemi, które służyły nam za główną izbę. To właśnie tam obchodziliśmy urodziny Króla dwudziestego piątego sierpnia, a także kilka innych obowiązkowych świąt przewidzianych w naszym kalendarzu: trzeci maja -?na pamiątkę Audiencji, która na zawsze odmieniła życie Króla, a tym samym i nasze; trzynasty czerwca -?rocznicę Jego wniebowstąpienia, w czasie której upuszczaliśmy różową krew do kielicha i podpalaliśmy, by opary dotarły do Niego; oraz dwudziesty pierwszy grudnia -?najdłuższą noc w roku.
Wystrój izby był oszczędny -?pośrodku stał masywny orzechowy stół, a wokół niego cztery dębowe krzesła, których oparcia zdobiły płaskorzeźby łabędzi i mieczy. Sufit nad północno-zachodnią ścianą był częściowo zawalony i sączyło się przez niego blade światło Księżyca w towarzystwie wstęg mgły. Tuż pod wyrwą znajdował się przepastny kominek. Przed nim stał fortepian Bösendorfer -?czarny, królewski w swej nieziemskiej prezencji. W świetle Księżyca jego politurowana powierzchnia wydawała się niemal przezroczysta.
Agata usiadła przy instrumencie i cała jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu wręcz dziecinnego rozanielenia. Rozcapierzyła palce nad klawiaturą, wyczekując chłodu klawiszy.
-?Gotowy? Chopin, Etiuda op. 10 nr 4, presto con fuoco.
Moim kręgosłupem wstrząsnął nagły strach i niemal krzyknąłem do Agaty, by przestała.
W zamku Chopin był zakazany.
Chopin, Mozart, Beethoven i Brahms -?oni wszyscy byli zakazani.
Na Bösendorferze wolno było grać tylko muzykę Wagnera, bo tylko ona cieszyła Króla, gotowego doprowadzić do ruiny całe królestwo, byle tylko sfinansować marzenia maestra. W swoim parku wybudował sztuczną grotę z jeziorem i wodospadem. Dzięki elektrowni mógł wyczarowywać tęczę wśród stalaktytów i tworzyć fale w wodzie. Muzycy schowani za sztucznymi skałami grali dla niego Lohengrina i tego samego oczekiwano od Agaty.
Czasem, gdy mieliśmy pewność, że Regina wyszła, Agata i ja słuchaliśmy Chopina albo dzieł nowych artystów, których płyty winylowe kupowałem w mieście.
Ich rytmy były tak bezczelnie różne od tych, do których przywykliśmy, że nasze rozedrgane serca w każdej chwili groziły pęknięciem. Najbardziej lubiliśmy album Funeral. Nazwa zespołu -?Arcade Fire -?brzmiała jak inkantacja. Zajeździliśmy tę płytę do imentu. Odtwarzaliśmy przemycone nagrania na starym przenośnym gramofonie, ukrywanym przez Agatę pod obiciem starej aksamitnej sofy, ustawionej tak, że trzeba było się wspiąć na kilka puf, by tam sięgnąć. Kuliliśmy się w kącie, zasłaniając gramofon własnymi ciałami, i włączaliśmy muzykę tak cicho, że trzeba było wstrzymywać oddech, by cokolwiek usłyszeć.
To było co innego. Bluźnierstwo. Ale Agata się nie przejmowała. Zagrała utwór raz, w wymaganym diabelskim tempie -?tak szybko poruszała palcami, że zdawały się zaginać powietrze wokół. Potem zagrała ponownie. I jeszcze raz, i jeszcze, coraz szybciej, aż w końcu miałem wrażenie, że słyszę łamiące się kości w jej napiętych palcach. Na moich oczach dokonało się przeobrażenie.
Agata była wspaniała jak zwykle, ale miała w sobie ogniste szaleństwo, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałem. Jej skóra była tak blada, że mogłem obserwować, jak w żyłach krąży różowa krew, jasno świecąca i zmieniająca moją przyjaciółkę w ognistą anielską istotę. Nie przestawała grać, bez wytchnienia kiwając głową i miotając włosami na boki. Przytupywała i wydawała okrzyki uniesienia, a szczury wokół nas uciekały w popłochu, bo w brudnym, wilgotnym podziemiu, do którego niechętnie udzieliły nam dostępu, nigdy przedtem nie panował taki rozgardiasz.
Muzyka była zaraźliwa. Wkrótce sam zacząłem tańczyć w pyle i kurzu.
Klasnąłem w dłonie, a z belek zerwały się nietoperze i wyleciały w noc przez wyrwę w suficie. Rozwarłem ramiona i udawałem, że też potrafię latać. Podrygiwałem, skakałem i kręciłem się w kółko, aż zobaczyłem gwiazdy...
...i bladą twarz patrzącej na nas Reginy. Spojrzenie miała pociemniałe ze złości.
Zrobiła krok w kierunku środka sali.
Kiedy Agata też ją spostrzegła, jej palce znieruchomiały w powietrzu, a muzyka zamarła jak echo śmiechu z minionych stuleci.
-?Nie mogę sobie przypomnieć... Co takiego świętujemy dziś wieczorem?
Regina zrobiła ku nam kolejny krok.
Nawet szczury chowały się przed jej gniewem.
-?Czy to pierwszy raz, gdy Król usłyszał muzykę Wagnera? Ale to nie Wagner, prawda? Nie, chyba nie -?stwierdziła. Częściowo ukryta w mroku wyglądała jak kamienny Atlas dźwigający na barkach cały ciężar zamku. - Nie -?powtórzyła. -?Nie.
Następnego wieczoru Agata i ja rozpoczęliśmy areszt domowy. Ponieważ tańczyłem, a Regina orzekła, że taniec był jedynie skutkiem odtwarzania muzyki, zostałem skazany na trzydzieści dni izolacji w swoim pokoju, z dyspensą na uczestnictwo we mszy co niedzielę i ćwiczenie, gdy Regina na to pozwoli.
Agata wciąż odsiadywała wyrok dziewięćdziesięciu dni i z samotności odchodziła od zmysłów.
Skończyłem tasowanie talii tarota i podałem ją z powrotem Agacie. Zaczęła układać karty w swój ulubiony dziwny, asymetryczny wzór. Przypominał plan katedry, choć bóg, którego tam czczono, musiał być tricksterem lubiącym przekrzywione krzyże i kręte nawy.
-?Spotkałeś się z kimś, kiedy byłeś w mieście? -?spytała niemal mimochodem, odkładając ostatnią kartę swojego wzoru.
Była świadoma, że czasami, pełniąc straż, odwiedzałem mężczyzn w ich domach albo w lesie. Prawnika, który pracował we Frankfurcie i na weekendy wracał do schorowanych rodziców, nauczyciela z liceum w Kaiserslautern, konduktora, który często obsługiwał trasę mannheimską i ostatnimi czasy był jedynym stałym elementem mojego życia towarzyskiego. Bliskość z ludźmi z zewnątrz była jeśli nie zakazana, to przynajmniej traktowana z podejrzliwością, więc zawsze musieliśmy zachowywać ostrożność, dyskutując o tych kwestiach.
-?Nie -?skłamałem.
Wiedziała o konduktorze, prawniku i nauczycielu. Ale nie o Martinie.
W układzie z Martinem nie chodziło o seks, towarzystwo czy nawet zauroczenie. Rzecz polegała na czym innym. Martin oznaczał zdradę, dezercję.
Pamiętam, jak podczas jednej z wart usłyszałem o nim po raz pierwszy. Była to drobna, wręcz nieistotna plotka -?jeden człowiek opowiadał drugiemu, że ktoś trzeci został wyleczony z rzekomo nieuleczalnej choroby przez Martina, syna Benedicta Hungera.
Początkowo nie zwróciłem na to uwagi, ale pewnej nocy znalazłem się blisko niebieskiego domu i postanowiłem zajrzeć. Rodziny akurat nie było, więc wślizgnąłem się do środka i w gabinecie znalazłem księgi Martina. Oglądałem je godzinami, próbując rozszyfrować znaczenie inskrypcji pod każdym drzeworytem w poszukiwaniu mojej dolegliwości - tej, którą odkryłem, siedząc zamknięty w szafie. Która wygnała mnie z domu i zaprowadziła na strych, gdzie znalazła mnie Regina. Jakiś czas później, przetrząsając biurko Martina, wydobyłem z dna szuflady plik notatek. Wertowałem je bezmyślnie, gdy nagle zobaczyłem coś, co kazało mi się zatrzymać. Był to początek artykułu, który według dopisku na górze pierwszej strony Martin zamierzał opublikować w czasopiśmie "Journal of Neurology". Tytuł, napisany na maszynie Adler i podkreślony czerwonym długopisem, brzmiał: Somnambulizm i inne przejawy ekstremalnej aktywności nocnej: propozycja leczenia. W notatkach przetrwało tylko kilka pierwszych zdań, ale to, co w nich wyczytałem, obietnica "pełnego wyleczenia tych wszystkich zaciemnień umysłu, które zdają się wynikać z zaburzenia rytmu dobowego", sprawiła, że doszedłem do zdumiewającego wniosku: może wcale nie potrzebuję Reginy. Może to on będzie w stanie mi pomóc.
Tym właśnie był dla mnie Martin. Świadomością, że rozważam życie poza zamkiem, bez Reginy. Nazywała nas zakonem. Zakonem Króla na Księżycu, ale zaczynałem czuć, że jesteśmy raczej sektą -?jej sektą -?a przywódczyni takiej grupy nigdy nie powinno się mówić o znalezieniu drogi ucieczki.
Dlatego musiałem utrzymać Martina w tajemnicy przed Agatą -?bo z miłości była w stanie zrobić wszystko, by mnie chronić. Nie mogłem jej narażać na takie niebezpieczeństwo. Przynajmniej dopóki nie miałem pewności, że to, co Martin ma do zaoferowania, jest realną alternatywą dla planu Reginy. Jeśli okaże się, że tak, zabiorę ze sobą Agatę i uciekniemy. Martin przeniesie nas do Ingolstadt albo jeszcze dalej. Wszystko jedno dokąd -?byle tylko nam pomógł.
Kiedy do Agaty dotarło, że nie dodam nic więcej, westchnęła.
-?Naprawdę tęsknię za wychodzeniem z domu. Jaki mamy dzisiaj dzień?
-?Sobotę, dwudziesty trzeci października.
Szybko policzyła w pamięci.
-?Zostało jeszcze trzydzieści sześć dni -?stwierdziła i posmutniała na twarzy.
Nagle wydarzyło się coś dziwnego.
Za plecami Agaty, przy drzwiach, w miejscu, do którego nigdy nie docierało światło świecy, znajdował się portret, który sama powiesiła. Przedstawiał ją jako dziecko, ubrane w czerwoną atłasową szatę i siedzące w fotelu w stylu Ludwika XIV. Na kolanach położono jej tygrysiątko. Agata nigdy nie patrzyła na ten portret, a kiedy poruszałem jego temat, krzywiła się, odsłaniając zęby. "A, ten stary bohomaz", kwitowała. A jednak, gdy kilka razy sugerowałem, że może powinna go wyrzucić, skoro ją tak drażni, broniła tej jedynej rodzinnej pamiątki z równą gorliwością, z jaką ją deprecjonowała, gdy -?bardziej z ciekawości niż uprzejmości -?chwaliłem niektóre jego aspekty. Prawdę powiedziawszy, niewiele zasługiwało na uznanie. Malarzowi zabrakło autentycznego natchnienia i w technice nie pozostawił prawie żadnego pierwiastka artyzmu, co czyniło obraz raczej wulgarnym. Mimo to, kiedy polegiwałem na sofie po całonocnej grze w rosyjskie warcaby z Agatą, często miałem wrażenie, że potrafię dostrzec echo jakiegoś zamiaru w sposobie, w jaki dziewczynka trzyma zwierzę -?celowość, upartą zuchwałość splecionych palców, jakby malarz tchnął cały swój talent w ten jeden szczegół.
Jednak tego wieczoru nie zwróciłem uwagi na dłonie.
Chodziło o oczy.
Przez krótką chwilę, pośród zakurzonych otoman, Agata przyciskająca do piersi talię kart tarota miała ten sam wyraz twarzy co Agata trzymająca na kolanach tygrysiątko. W miejscu, które zajmowałem, te dwie postaci nakładały się na siebie. Wtedy zobaczyłem w oczach dziecka coś, czego wcześniej tam nie było. Smutek, gniew, głód.
Wszystko, co dobre, dla mnie już się skończyło, szeptały oczy Agaty.
Sama to zniszczyłam, krzyczały te na obrazie.
-?Wybierz kartę do odwrócenia -?poleciła Agata. Jej głos wydawał się odległy, a blada twarz falowała w mroku jak latarnia mnicha na bagnach. Wyglądała, jakby w każdej chwili mogła wyblaknąć, zniknąć na płótnie, portret wsysał ją z powrotem. Wiedziałem, że to tylko gra świateł połączona z moim zmęczeniem -?był już prawie świt -?ale nie mogłem stać w miejscu i patrzeć, jak znika.
Wyciągnąłem ręce nad kartami i ją objąłem. Pachniała pudrem, woskiem, dymem i tytoniem, który tak lubiła żuć, i właśnie ten zapach -?bardziej niż koścista sylwetka -?burzył iluzję. Rzuciłem nerwowe spojrzenie za jej ramię, ale czymkolwiek był czar utkany chwilę wcześniej przez portret, uleciał. Znów widziałem tylko zgrzebną robotę partacza bardziej zainteresowanego wyblakłą wielkością rodu Agaty -?i jego złotem -?niż duszą modelki.
-?Myślisz, że Regina kiedykolwiek mi wybaczy? -?szepnęła mi do ucha Agata.
-?Jestem pewny, że tak.
-?Czy kiedy spotkamy się z Królem, powie mu, że jej nie posłuchałam?
-?Na pewno tego nie zrobi. Wie, że nie miałaś złych intencji -?odparłem.
Tak naprawdę chciałem powiedzieć: dlaczego obchodzi nas Król i to, co może mu powiedzieć Regina, jeśli i kiedy zgodzi się z nami spotkać? Dlaczego pozwalamy jej decydować, jaką muzykę wolno nam odtwarzać, jakie książki czytać, jak się modlić, z kim spotykać, rozmawiać i komu okazywać czułość? Czy kiedy przyjęliśmy jej zaproszenie do Frankenstein, zrzekając się dawnego życia, zrzekliśmy się również prawa do decydowania, gdzie i jak znaleźć szczęście w nowym życiu? A co, jeśli istnieje inny sposób, a ja go odkryłem?
Agata się odsunęła, pociągnęła nosem. Miała mokre oczy. -?Wybierz kartę do odwrócenia -?powtórzyła.
Spuściłem wzrok i poczułem ulgę, że portret zniknął w cieniu na ścianie. Wybrałem kartę leżącą najbliżej, kaplicę Najświętszej Maryi Panny w tej osobliwej katedrze.
Czarny łabędź z czerwonym dziobem. Dobrze znałem tę kartę. Zawsze się pojawiała podczas naszych seansów i Agata nabrała przekonania, że przedstawia mnie. Uśmiechnęła się.
-?Ojciec Kielichów, znowu -?powiedziała. -?Wybierz drugą.
Sięgnąłem ku poprzecznej nawie katedry, obróciłem kartę.
-?Dziewiątka Mieczy -?oznajmiła Agata i się wzdrygnęła. Położyła palec na karcie i odsunęła ją od siebie. Ilustracja była niepokojąca. Przedstawiała dwie gałki oczne wydłubane z oczodołów. Nad nimi pełzały larwy. Na marginesach rósł nieprzenikniony las mieczy, których ostrza były skierowane do środka.
-?Co to oznacza? -?zapytałem.
-?Że toczysz walkę, jesteś uwięziony we własnej głowie i nie widzisz wyjścia. Wątpliwości i zmartwienia zjadają cię niczym larwy. Ale... - Urwała i popatrzyła na mnie z mieszaniną troski i podejrzliwości. - Nigdy przedtem nie wyciągnęłam ci tej karty. Co się zmieniło?
W oczach na karcie malowało się wygłodniałe zaskoczenie. Czy właśnie tak wyglądały moje oczy, kiedy patrzyłem? Zatrzymałem się, zanim mój umysł zdążył wytworzyć obraz Martina. Dla Agaty czaszka była zasłoną, nie mogłem zdradzić sam siebie.
Potrząsnąłem głową, by oczyścić umysł, i wtedy zauważyłem, że oczy na karcie patrzą w dwóch różnych kierunkach, jak u Reginy. Poczułem je na sobie, jak przenikają mnie na wskroś, widzą mój sekret, zmartwienie, które nie tyle zjadało, co łapczywie pożerało moje wnętrzności. Wkrótce nie będzie już czego trawić -?zaczną drążyć sobie drogę na zewnątrz i wystąpią mi na twarz niczym trąd utraconej wiary. Wówczas Regina dowie się o Martinie i o nadziei, która rozkwitła w najciemniejszym zakamarku mojego serca. Pozna pytanie, które aż się prosi, by je zadać.
Wzruszyłem ramionami.
-?Nie wiem, co się zmieniło. To ty masz mi powiedzieć.
-?Wybierz trzecią kartę. Może to ona wyjaśni znaczenie Dziewiątki.
Tym razem wybrałem kartę leżącą najdalej od siebie, portal katedry. Odwróciłem ją.
Zobaczyłem pikującą sowę, trzymającą w szponach czarny miecz.
-?Syn Mieczy -?oznajmiła Agata. -?Kolejne miecze. Choć to nie jest aż tak zła karta jak Dziewiątka. Przedstawia mężczyznę. Stanowczego i silnego, lecz zdolnego również do przemocy. A przy tym mądrego, choć ty nie znasz rzeczywistego zakresu jego wiedzy. Wiesz, kogo może przedstawiać ta karta?
Moje błądzące myśli pobiegły do Martina, ale tym razem przekierowałem je zbyt wolno. Agata patrzyła prosto na mnie, zobaczyła go.
-?Kim on jest? -?zapytała.
Uśmiechnąłem się, by powstrzymać grymas twarzy, i zamknąłem oczy, by ukryć strach rozszerzający źrenice. Podsunąłem jej obraz szyi Martina, jego szerokiej klatki piersiowej wciąż mokrej po prysznicu, umięśnionych nóg. Lubił biegać, często nocą, po pracy przy biurku, spocone włosy lepiły mu się do czoła. Pokazałem Agacie jego krzyż, pępek.
-?Pewien człowiek z miasta -?odparłem. Poczułem na sobie srocze spojrzenie Agaty, wyczulone na każde drgnienie mojej twarzy. Nie potrafiła się oprzeć sekretom, zwłaszcza tym ujawnionym przez swoje karty, a ponieważ czuła, że ten jest niebezpieczny, pragnęła go jeszcze mocniej.
-?Dlaczego mi o nim nie powiedziałeś? -?spytała.
-?Tylko go szpieguję. To stara gra w kotka i myszkę -?odpowiedziałem. Oczy nadal miałem zamknięte, ale Agata wiedziała, że kłamię. Usłyszałem szelest jej sukni, gdy wstała z posadzki i się ode mnie odsunęła.
-?Wiesz, że mnie możesz zaufać -?powiedziała ochryple.
-?Wiem -?odparłem. To była prawda i jednocześnie kłamstwo.
Spojrzałem na nią. Leżała na swoim ulubionym żółto-fioletowym szezlongu przy zabitym deskami oknie.
-?Jestem zmęczona -?oznajmiła. -?Będziemy musieli dokończyć seans kiedy indziej.
Wiedziałem, że to nieprawda, ale podszedłem i pocałowałem ją w czoło.
Uśmiechała się blado, bez życia. Złość już z niej ulatywała. Wygładziła aksamitne klapy mojego płaszcza -?prezentu, który od niej dostałem z okazji pierwszych urodzin Króla. Spędziliśmy je razem w zamku. Ona też musiała uciec z domu, gdzieś w Pirenejach, i została sprowadzona do Frankenstein sześć czy siedem miesięcy przede mną. Rozważała odejście, kiedy pewnej nocy nagle się pojawiłem i zmieniła zdanie. Byliśmy rówieśnikami i natychmiast poczuliśmy pokrewieństwo. Uważałem ją za siostrę, łączyła nas więź. Kiedy musiałem coś przed nią ukrywać, sprawiało mi to ból.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki