Krew jak blask księżyca - Andrea Morstabilini

-
Proszę czekać

1. Kula

1

Kula

Miesz­ka­li­śmy we Fran­ken­stein, co samo w sobie jest już chyba iro­nią losu. Nie w cen­trum tej miej­sco­wo­ści -?tam byśmy długo nie wytrzy­mali. Naszym domem był zamek na wzgó­rzu -?mała omszała ruina pozba­wiona dachu. Łuko­wate okna obej­mo­wały wystar­cza­jący frag­ment pustego mlecz­nego nieba, by prze­ko­nać wszyst­kich, że zamek jest opusz­czony. Że to kru­sze­jący relikt daw­nych wie­ków, w któ­rym bytują tylko kolo­nie nie­to­pe­rzy, ewen­tu­al­nie jakiś duch.

Wła­ści­wie tak było.

Sama miej­sco­wość miała nie­wiele do zaofe­ro­wa­nia -?wąską dolinę prze­ci­nała jedna jedyna droga, a po obu jej stro­nach z iście oślim upo­rem pięły się po zbo­czach gęste sku­pi­ska kre­mo­wych domów. Spa­dzi­ste dachy tuliły się do ściany lasu, który w tej czę­ści doliny Renu jest głę­boki, ciemny i cier­pliwy.

Przy zakrę­cie drogi stał warsz­tat napraw­czy, a kawa­łek dalej znaj­do­wała się mała sta­cyjka, przez którą dwa razy dzien­nie prze­jeż­dżały pociągi: jeden do Man­n­heim, a drugi w prze­ciwną stronę -?do Kaiser­slau­tern. Przy torach stał Gasthaus z czar­nym ryce­rzem nama­lo­wa­nym na ścia­nie. Za nim wił się płytki stru­mień. Nieco dalej, nad wschod­nią czę­ścią Fran­ken­stein, góro­wał surowy kan­cia­sty kościół. Po obu stro­nach kamien­nych scho­dów wio­dą­cych do por­talu rosły fio­le­towe osty, a nad wej­ściem wyryto ele­ganc­kimi czar­nymi lite­rami: "Jak miły jest przy­by­tek Twój, o Panie", a obok rok zało­że­nia świą­tyni -?1871. Po lewej stro­nie bie­gła żwi­rowa ścieżka na cmen­tarz, przez więk­szą część roku zalud­niony gęściej niż sama miej­sco­wość.

We Fran­ken­stein czło­wiek szybko zaczy­nał roz­po­zna­wać wszyst­kie twa­rze. Sta­łem się eks­per­tem w wyła­py­wa­niu cech odle­głych krew­nych, przy­jeż­dża­ją­cych z wizytą na Wiel­ka­noc do ludzi, któ­rych zna­łem -?tu nos jak u gar­gulca, tam krzywe nogi lub broda koloru spie­nio­nego sto­uta. To był mój obo­wią­zek. Ponie­waż nasze prze­trwa­nie zależy od dys­kre­cji, trzeba było patro­lo­wać ulice, strzec gra­nic wio­ski, nad­zo­ro­wać dwo­rzec kole­jowy. Mia­łem bystry wzrok i węch wyczu­lony na kło­poty po całym życiu ze skłon­no­ścią do prze­czu­wa­nia naj­gor­szego, więc to mnie zawsze przy­pa­dały warty. Wręcz zgło­si­łem się na ochot­nika.

Mia­łem powód -?dom sto­jący na samym końcu Fran­ken­stein.

Był -?i może na­dal jest -?poma­lo­wany na jaskrawy błę­kit, a w jego stro­mym dwu­spa­do­wym dachu tkwiła samotna lukarna. Stał w odda­le­niu od reszty wio­ski i bli­żej z niego było do lasu niż do naj­bliż­szego sąsiada. Nie miał płotu i tylko dwa smu­kłe cypry­siki rosnące przed wej­ściem zapew­niały mini­mum pry­wat­no­ści. Na tyłach -?tam, gdzie była lukarna - fasadę dra­pały leśne modrze­wie, czarne latem, a w paź­dzier­niku ozło­cone jakby ręką cier­pli­wej kraw­co­wej.

Nikt nie wie­dział, że odwie­dzam ten dom na każ­dej noc­nej war­cie. Ani Regina, która by mnie wyrzu­ciła, gdyby tylko się o tym dowie­działa, ani moja droga przy­ja­ciółka Agata, któ­rej powie­działem o wszyst­kim, tylko nie o tym.

Wspi­na­łem się na drzewo naj­bliż­sze okna w lukar­nie, a mój czarny płaszcz typu che­ster­field sta­piał się z mro­kiem. Wbi­ja­łem paznok­cie w mokrą korę, aż do miej­sca, gdzie pień prze­cho­dził w konar, wypo­le­ro­wany pod­czas dłu­gich, peł­nych wycze­ki­wa­nia nocy. To drzewo dobrze pamię­tało kształt moich ple­ców.

W pra­cowni paliło się świa­tło, choć pokój był pusty. Na wiel­kim dębo­wym biurku o sta­ro­żyt­nej kon­struk­cji i orien­tal­nym szny­cie stał w poło­wie opróż­niony kie­li­szek wina, a obok maszyna do pisa­nia Adler. W podaj­niku nie było papieru, o kla­wi­sze opie­rała się wielka księga w skó­rza­nej opra­wie. Zna­łem ją. To był Trak­tat o cho­ro­bach układu ner­wo­wego Jamesa Rossa, leka­rza medy­cyny, dok­tora nauk praw­nych, członka Kró­lew­skiego Kole­gium Lekar­skiego w Lon­dy­nie.

Podo­bały mi się drze­wo­ryty i pre­cy­zyjne lito­gra­fie w tej książce. Czę­sto, gdy mia­łem pew­ność, że moi krewni wyje­chali do Ingol­stadt, czu­łem, że muszę się wkraść do pokoju i postu­dio­wać obrazy mózgu w róż­nych sta­diach uszko­dze­nia. Zasta­na­wia­łem się przy tym, w któ­rym punk­cie mój działa nie­pra­wi­dłowo. Ni­gdy nie zna­la­złem odpo­wie­dzi.

Paź­dzier­ni­kowe powie­trze było mokre, bo zbie­rało się na deszcz. Okno zosta­wi­łem uchy­lone, dzięki czemu usły­sza­łem go, jesz­cze zanim zoba­czy­łem. Z kory­ta­rza dobie­gały powolne, może tro­chę senne, lecz zde­cy­do­wane kroki. To nie był czło­wiek, który łaziłby bez celu. W końcu się poja­wił.

Mar­tin Hun­ger.

Mąż przy­ga­szo­nej Fran­cuzki o ulot­nej ele­gan­cji lilio­głowa sza­fi­ro­wego, ojciec dzie­się­cio­latka lubią­cego czy­tać powie­ści detek­ty­wi­styczne i sied­mio­latki, wiel­bi­cielki zbie­ra­nia grzy­bów. Mar­tin Hun­ger był pro­fe­so­rem fizjo­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie w Ingol­stadt. Chi­rur­giem mózgu, który miał opi­nię nie­omyl­nego, świa­to­wej klasy spe­cja­li­stą w dzie­dzi­nie wro­dzo­nych cho­rób umy­sło­wych. Błę­kitny dom na skraju Fran­ken­stein nale­żał nie­gdyś do jego pra­dziadka ze strony matki. Rodzina zawsze wra­cała tu latem, a cza­sem rów­nież zimą, jeśli trzeba było wyko­nać jakieś drobne naprawy. Tym razem przy­je­chał sam.

Miał na sobie kra­cia­stą podomkę. Zbyt małą i krótką na jego kwa­dra­tową klatkę pier­siową -?poro­śniętą siwie­ją­cymi wło­sami, lecz wciąż z wyraź­nym rysun­kiem mię­śni. Była to podomka żony. Wyobra­ża­łem sobie Mar­tina zanu­rzo­nego w wodzie, w nie­ska­zi­tel­nej wan­nie. Nad wodą unosi się wid­mowa para, a on zamyka zmę­czone oczy i leży tak, dopóki nagły pomysł nie prze­szywa jego sen­no­ści jak pro­mień Księ­życa prze­bi­ja­jący się przez szcze­linę w żalu­zjach. Mar­tin zrywa się w wan­nie, roz­chla­pu­jąc wodę, łapie pierw­sze, co ma pod ręką, i się tym owija. Podomka była przy­kle­jona do mokrych ramion, zauwa­ży­łem też błysz­czące ślady stóp na drew­nia­nych deskach pod­łogi.

Ger­mań­skie włosy Mar­tina zaczy­nały się już prze­rze­dzać na czubku głowy, ale wokół uszu wciąż jaśniały pasmami rudego złota. Był po czter­dzie­stce, lecz zmarszczki w kąci­kach wiecz­nie przy­mru­żo­nych oczu spra­wiały, że wyglą­dał na star­szego. Zało­żył oku­lary, usiadł i pochy­lił się nad Trak­ta­tem Rossa.

Lekko zgar­bione plecy, uwy­dat­nione przez lata spę­dzone z nosem w atla­sach medycz­nych, roz­cią­gały podomkę. Ze swo­jego cie­ni­stego miej­sca widzia­łem szyję Mar­tina -?napiętą skórę pul­su­jącą nad sina­wym zary­sem żyły, która bie­gła tuż pod powierzch­nią i zni­kała pod oboj­czy­kiem. Krzy­żyk, który zawsze nosił, był matowy ze sta­ro­ści i zuży­cia. Tylko zgięte kolana Chry­stusa lśniły jak szklane gałki w drzwiach.

Z pożą­da­nia aż bolały mnie ramiona.

Gdy­bym pchnął nimi futrynę i otwo­rzył okno, roz­le­głoby się skrzyp­nię­cie, ale Mar­tin by go nie usły­szał. Jego sku­pie­nie wygry­wało z pła­czem dzieci, dzwon­kami tele­fo­nów, rykiem radio­od­bior­ni­ków. Czym było skrzyp­nię­cie w taką noc jak ta, gdy z zachodu wiał ostry wiatr, trzę­sący sta­rym domem. Mój cień złą­czony z cie­niami drzew szep­czą­cych na zewnątrz wśli­zgnąłby się do środka nie­po­strze­że­nie, pod­kradł do Mar­tina od tyłu i wypro­sto­wał się, by napo­tkać mięk­kie zagłę­bie­nie mię­dzy ramie­niem a szyją.

Pro­sta sprawa, aż nazbyt pro­sta. Moje ramiona i cień były mądrzej­sze. Wie­działy, o co muszę zapy­tać Mar­tina i że to nie jest wła­ściwy spo­sób na przy­cią­gnię­cie jego uwagi.

Co więc mia­łem zro­bić? Nie mogłem stu­kać w szybę ani dra­pać w drewno, zanim mnie zoba­czy. Pomy­ślałby, że jakaś wygłod­niała dusza wstała z grobu, żeby go zamę­czyć. Na mój widok jego serce prze­sta­łoby bić - wyglą­da­łem jak upiór.

Żaden róż nie zama­sko­wałby moich zapad­nię­tych policz­ków. Żaden puder nie zła­go­dziłby kości­stych rysów twa­rzy ani nie roz­ja­śnił czar­nych cieni pod oczami. Nie ist­niała szczotka o tak moc­nym wło­siu, by pora­dziła sobie z kłu­jącą plą­ta­niną moich wło­sów. Musiał­bym mieć na twa­rzy maskę, aby nie prze­stra­szyć Mar­tina na śmierć, ale choć czę­sto myśla­łem o tym, by poży­czyć taką od Barona -?miał ich setki -?w rze­czy­wi­sto­ści bałem się zadać Mar­ti­nowi pyta­nie. Dopóki żyło tylko w mojej gło­wie, mogłem sobie wyobra­żać odpo­wiedź, jakiej pra­gną­łem. Wypo­wie­dze­nie pyta­nia uczy­ni­łoby je real­nym i musiał­bym się zmie­rzyć z praw­dziwą odpo­wie­dzią.

Trzy­ma­łem się więc w mroku i obser­wo­wa­łem, szu­ka­jąc na twa­rzy Mar­tina cze­goś, czego nie potra­fi­łem nazwać, na cien­kiej war­stwie skóry nad tęt­nicą szyjną pró­bo­wa­łem zna­leźć to, co potra­fi­łem okre­ślić na wszel­kie spo­soby, we wszyst­kich języ­kach. Prze­ży­wa­łem katu­sze, lecz prze­po­jone nadzieją.

Mar­tin przez chwilę czy­tał Trak­tat, a potem zerwał się z miej­sca i pod­biegł do regału po dru­giej stro­nie pra­cowni. Teraz był bli­żej. Przez otwarte okno pach­niał świeżą bawełną i mydłem. Sta­nął na pal­cach i zdjął z półki masywny tom w bor­do­wej płó­cien­nej opra­wie, który zda­wał się ważyć wię­cej niż jego córka. Upu­ścił księgę na Trak­tat i zaczął prze­glą­dać. Pasek podomki puścił i szata wisiała luźno wokół jego bio­der. Pod pęp­kiem wyra­stały gęste i jasne krę­cone włosy. Po kostce spły­wała kro­pla wody.

Znów poczu­łem pra­gnie­nie, by się wśli­zgnąć do środka, prze­my­kać z cie­nia do cie­nia, zna­leźć jego szyję, poca­ło­wać ją, ugryźć. Jed­nak wów­czas ni­gdy by mi nie odpo­wie­dział.

Zesko­czy­łem na zie­mię. Buszu­jąca w liściach kuna pisnęła i ucie­kła w las. Popę­dzi­łem za nią. Po tej stro­nie doliny z mgły licz­nie wyra­stały wychu­dłe wiązy, jak widma błą­ka­jące się po placu boju. Przede mną prze­le­ciał blady puchacz i koń­cem skrzy­dła otarł się o mój poli­czek.

Zwol­ni­łem dopiero po dotar­ciu do ścieżki wio­dą­cej do naszego zamku, bo było stromo, a ja dysza­łem nie tylko od biegu. Dobrze postą­pi­łem. Nie chcia­łem, by Regina zoba­czyła mnie zaru­mie­nio­nego i zaczęła zada­wać pyta­nia. Chwy­ci­łem korze­nie powa­lo­nego kasz­ta­nowca zato­pio­nego w błot­ni­stym zbo­czu, żeby się pod­cią­gnąć na ostat­nim zakrę­cie.

Zamek Fran­ken­stein, jakimś cudem jed­no­cze­śnie wysoki i przy­sa­dzi­sty, cały z czer­wo­nego kamie­nia poro­śnię­tego ciem­nymi pną­czami, opie­rał się o wiel­kie skalne ramię, rów­nież czer­wone. Było tak masywne, że droga do zamku omi­jała je sze­ro­kim łukiem, a to, co za nim, pozo­sta­wało nie­wi­doczne. Kiedy pod­cho­dzi­łem do bramy od tej strony, zawsze się oba­wia­łem zasadzki. Tam­tej nocy wpa­dłem w jedną z nich.

Przed bramą leżała szklana kula śnieżna.

Szkło było pęk­nięte i śnieg już nie wiro­wał.

Wewnątrz minia­tu­rowy biały zamek poły­ski­wał różem w świe­tle Księ­życa.

2. Poddasze

2

Pod­da­sze

Na Księ­życu stoi zamek.

Wiem to od Reginy, która zna­la­zła mnie na wietrz­nym pod­da­szu nie­opo­dal Kościoła Świę­tego Miko­łaja w Dept­ford. Miesz­ka­łem tam, a raczej się ukry­wa­łem, po ucieczce z domu na połu­dniu Europy. Unio­słem wzrok znad swo­jego nie­szczę­ścia i ją zoba­czy­łem.

Dłu­gie rude włosy oka­lały jej twarz niczym welon panny mło­dej, a prawe oko ucie­kało na zewnątrz, jakby w poszu­ki­wa­niu zagro­żeń. Miała w sobie magne­tyczną siłę gniew­nej syreny z daw­nej rosyj­skiej ilu­stra­cji. A jed­nak tam­tej nocy, gdy mnie zna­la­zła, jej twarz była łagodna jak u matki. Przy­kuc­nęła przede mną, a jej czarna suk­nia zatrze­po­tała u stóp, jakby w fał­dach mate­riału była uwię­ziona chmara ciem.

Oznaj­miła, że śle­dzi mnie od wielu dni. Patrzyła, jak się prze­dzie­ram przez lśniące od desz­czu ulice mia­sta, gdy aure­ole wokół latarni spra­wiają wra­że­nie odle­głych jak obce słońca, opusz­czo­nych. Widziała mnie prze­my­ka­ją­cego mrocz­nymi zauł­kami South­wark, krą­żą­cego przy gospo­dach w poszu­ki­wa­niu wyta­cza­ją­cych się ze środka pija­nych mary­na­rzy, kamie­nia­rzy i akto­rów. Obser­wo­wała, jak wcią­ga­łem tych roz­chi­cho­ta­nych męż­czyzn w mrok, a potem, gdy peł­zli z powro­tem do świa­tła, ja sta­łem z tyłu, modląc się o nie­pa­mięć, któ­rej nie prze­rwie pia­nie koguta.

Powie­działa mi, że adre­so­wa­łem modli­twy do nie­wła­ści­wego boga, i szpilką do kape­lu­sza nakłuła wnę­trze swo­jej dłoni, skie­ro­wa­nej ku górze.

Krew spły­wa­jąca jej po pal­cach miała wię­cej wspól­nego z wodą, choć swoim ruchem przy­po­mi­nała raczej cie­kłą rtęć.

Nie była czer­wona.

Miała kolor sre­brzy­sto­ró­żowy -?jak Księ­życ, któ­rego ubywa.

Taki sam jak moja.

-?Kiedy po raz pierw­szy zda­łeś sobie z tego sprawę? -?spy­tała, wsta­jąc i roz­glą­da­jąc się po małym pokoju. Wydęła wargi. Woń była paskudna.

Mia­łem sie­dem lat. Cho­wa­łem się w sza­fie z kolegą ze szkoły. Bawi­li­śmy się w doty­ka­nie, aż w końcu spró­bo­wa­łem go poca­ło­wać, jak to robią w fil­mach, a on rąb­nął mnie w nos i uciekł. Zosta­wił mnie, a ja bro­czy­łem dziwną rzadką krwią nie­po­dobną do tej, którą on miał na kola­nach, kiedy je sobie zdzie­rał.

Wtedy zro­zu­mia­łem, że jestem inny. I szybko odkry­łem, że mój mózg też działa ina­czej.

Od pla­ców zabaw wola­łem groby. Karu­zele przy­pra­wiały mnie o mdło­ści, nie cią­gnęło mnie do boha­ter­skich czy­nów. Oba­wia­łem się, że moje szczę­ście jest zatrute, że może zepsuć wszystko, z czego się cie­szy­łem, i wszyst­kich, któ­rzy dawali mi szczę­ście. Rów­no­waga była kru­cha, a świat stał się księgą zna­ków, w któ­rych odczy­ty­wa­niu nabra­łem bie­gło­ści. Wszyst­kie wiesz­czyły zagładę.

Jeśli kie­dy­kol­wiek widzie­li­ście pająka pró­bu­ją­cego zła­pać w sieć szer­sze­nia, wie­cie, jak to jest zamiesz­ki­wać w moim umy­śle. Jestem szer­sze­niem, a jed­no­cze­śnie pają­kiem, który chwyta go w pułapkę.

Dotarło do mnie, że jestem inny, a nie­długo potem nade­szła kolejna myśl: nie mogę zostać w domu. Dom był miej­scem, gdzie falo­wała trawa ską­pana w wiecz­nym let­nim słońcu i mogłem się tam ukryć. Ukrad­kowe spoj­rze­nia śle­dziły mnie niczym natrętne muchy, sły­chać było upo­rczywy szmer języ­ków. Języki mówiły, języki plot­ko­wały, języki dono­siły matce o każ­dym moim kroku. Cza­sem przy­ła­py­wa­łem ją na patrze­niu na mnie tak, jak można patrzeć na her­ba­ciane fusy na dnie fili­żanki, by odczy­tać z nich przy­szłość. Pró­bo­wała prze­wi­dzieć, co mnie czeka, na pod­sta­wie tego, jak poru­szam rękami, prze­chy­lam głowę, wspi­nam się na palce. To, co widziała, musiało napa­wać ją wsty­dem, bo wróżby koń­czyły się zawsze spusz­cze­niem wzroku i lek­kim zasło­nię­ciem oczu. Zaczą­łem myśleć, że wola­łaby, abym umarł, bo w ten spo­sób mogłaby kon­tro­lo­wać to, w co się zmie­nię -?robaki i błysz­czące kości.

Odsze­dłem więc i ni­gdy nie wró­ci­łem. Serce mia­łem zła­mane, lecz na­dal swoje.

Szlo­cha­łem, a Regina znów opa­dła na kolana. Mówiła, że może mnie oca­lić.

Nie wie­dzia­łem, czy chcę być oca­lony, ale się zgo­dzi­łem i wsia­dłem z nią na pokład noc­nego promu do Paryża. Dopły­nę­li­śmy do Frank­furtu, stam­tąd do Man­n­heim i wresz­cie dotar­li­śmy do Fran­ken­stein. W cza­sie podróży opo­wie­działa mi histo­rię zamku na Księ­życu i króla, który w nim miesz­kał.

Dokład­nie rzecz bio­rąc, był to Ludwik II z rodu Wit­tels­ba­chów, władca Bawa­rii.

Nie­któ­rzy nazy­wali go Łabę­dzim Kró­lem, ponie­waż Lohen­grin, któ­rego kochał, był Łabę­dzim Ryce­rzem. Jed­nak dla Reginy był Kró­lem na Księ­życu albo po pro­stu Kró­lem.

Uro­dził się tego samego dnia co jego dzia­dek, stary król, i o tej samej godzi­nie. Miało to donio­słe zna­cze­nie. Był 1845 -?rok wron, skrzy­piec i stat­ków dry­fu­ją­cych w lodzie.

Wyrósł na cichego, myślą­cego mło­dzieńca ze skłon­no­ścią do popa­da­nia w ponury nastrój. Lubił słu­chać, jak matka czyta przy­po­wie­ści z Biblii, budo­wać modele Grobu Pań­skiego i prze­bie­rać się za zakon­nicę.

Lubił spać w dzień, a być aktywny w nocy, bo kie­dyś zna­lazł w krza­kach umie­ra­jące łabę­dziątko i pró­bu­jąc je ura­to­wać, roz­ciął sobie skórę o cierń róży. Wtedy zoba­czył, że jego krew jest różowa z bia­ło­nie­bie­skimi dro­bin­kami, jak nasza, i nabrał prze­ko­na­nia, że zro­dził go Księ­życ, a przy naro­dzi­nach umie­ścił skałę w jego sercu.

Księ­życ szep­tał do niego w nocy, a wtedy Król wsta­wał z łóżka i pod­cho­dził na pal­cach do okna, by na niego popa­trzeć, wysoko nad błę­kit­nymi górami. Powia­dał, że nadej­dzie taki czas, że go zawoła, a Król wróci do domu -?sie­dziby wład­ców i budow­ni­czych cudów, ryce­rzy Krzyża i Pucharu. Lohen­grina, syna Par­si­fala. Domem tym było Mont­sa­lvat, gdzie ukryto Gra­ala. Jeden łyk z niego gwa­ran­to­wał zba­wie­nie na zawsze.

Kiedy nocny prom pły­nął przez Cie­śninę Kale­tań­ską, Regina wyja­wiła mi, że Król nie­na­wi­dzi prze­klę­tych cza­sów, w któ­rych przy­szło mu żyć. Bez­kr­wa­wej epoki wypru­tej z tajem­nicy i magii, wypru­tej z honoru. Kiedy wszystko inne -?rodzina, miłość, pań­stwo -?go zawio­dło, poświę­cił się budo­wa­niu zam­ków. Tak jak we wcze­snym dzie­ciń­stwie budo­wał modele Grobu.

W pew­nym sen­sie jego zamki były gro­bami. Lin­der­hof, Her­ren­chiem­see, Neu­schwan­stein -?wszyst­kie krypty, po któ­rych błą­kał się samot­nie, ucie­ka­jąc przed pompą i zadę­ciem sto­licy, szu­ka­jąc chwili wytchnie­nia w gór­skich jezio­rach i mgli­stych lasach. Lubił nocą pędzić karetą mię­dzy drze­wami. Wszy­scy mówili, że jest sza­lony.

Nie był. Poza tym nikt, nawet naj­bar­dziej zaufani doradcy, nie wie­dział, że buduje swój ostatni zamek. Na Księ­życu.

-?Mogę cię tam zabrać -?oznaj­miła Regina, kiedy dotar­li­śmy do Fran­ken­stein.

3. Karty

3

Karty

-?Gdzie ją zna­la­złeś? -?spy­tała Agata, zaglą­da­jąc do kuli śnież­nej. Trzy­mała ją jak ropu­chę lub coś, co gry­zie.

Było już dobrze po pół­nocy. Sie­dzie­li­śmy w jej pokoju -?małej izbie war­tow­ni­czej w jedy­nej oca­la­łej wieży Zamku Fran­ken­stein, tuż pod moim poko­jem. Nazy­wała ją swoją omdle­war­nią, bo było tu stło­czo­nych kil­ka­na­ście szez­lon­gów i oto­man, i czę­sto żar­to­wała, że nie można się w niej potknąć, by nie upaść na jakąś poduszkę. Pozo­sta­łymi meblami były szafa i toa­letka z bla­tem ocie­ka­ją­cym woskiem ze świec, które Agata tu przez lata usta­wiała. Nowe świece czę­sto ster­czały w sta­rych, zde­for­mo­wa­nych kiku­tach. W owal­nym lustrze, przed któ­rym wła­śnie sie­działa, wokół jej głowy latały małe czer­wone pło­mie­nie, przy­po­mi­na­jące psotne cho­chliki.

Okna naszych pokoi, ina­czej niż w resz­cie zamku, zostały zabite deskami, więc nie było nie­bez­pie­czeń­stwa, że ktoś z zewnątrz zauważy świa­tło, ale za to w środku pano­wał zaduch. Nie­kiedy, gdy doskwie­rały nam zawroty głowy, a Reginy nie było, odkrę­ca­li­śmy któ­rąś z desek, by wpu­ścić świeże powie­trze. Było to ryzy­kowne, ale mie­li­śmy już wprawę z dzie­cia­kami przy­cho­dzą­cymi w ramach zakładu albo pija­kami i umie­li­śmy ich zwo­dzić i prze­pę­dzać. Na cie­ni­stym dzie­dzińcu roz­le­gał się cza­sem szept wiedźmy, a błędny ognik pro­wa­dził chwie­ją­cego się na nogach wędrowca do snu w przy­droż­nym rowie.

Tej nocy Regina była na miej­scu i okno pozo­stało szczel­nie zamknięte.

Agata przy­su­nęła kulę śnieżną do świec i przy­ci­snęła nos do modelu, żeby go dokład­nie obej­rzeć. Bałem się, że jej kryza sta­nie w pło­mie­niach.

-?Leżała przed bramą, kiedy wró­ci­łem -?odpar­łem.

-?To Neu­schwan­stein -?stwier­dziła.

Wie­dzia­łem. Nie mógł­bym nie roz­po­znać bia­łego pałacu Króla Ludwika -?z czer­woną bramą wjaz­dową, pro­sto­kątną wieżą, strze­li­stymi pina­klami. Model został pre­cy­zyj­nie wyrzeź­biony, rękę sta­ran­nego minia­tu­rzy­sty było widać w każ­dym detalu -?od środ­ko­wego szczytu nad bramą po uwiecz­nio­nego na fre­sku nad wej­ściem do pałacu trium­fu­ją­cego świę­tego Jerzego prze­bi­ja­ją­cego szyję smo­kowi.

-?Myślisz, że...

Urwa­łem.

Agata się odwró­ciła, żeby na mnie spoj­rzeć. Po tygo­dniach zamknię­cia miała zmi­zer­niałą twarz o zie­lo­nym, gobli­no­wa­tym odcie­niu. Jej czarna suk­nia z ręka­wami w kształ­cie dzwo­nów pod­kre­ślała bla­dość, przy­wo­dząc na myśl obrazy łóż śmierci i popla­mio­nych krwią chu­s­te­czek. Kości policz­kowe, u niej zawsze wyraźne, ster­czały teraz jak ośnie­żone tur­nie u szczytu góry. Podob­nie jej długi i kości­sty hisz­pań­ski nos.

Z nudów spię­trzyła loki -?natu­ral­nie blond, ale kilka mie­sięcy wcze­śniej ufar­bo­wane na ciem­niej­szy kolor i przez to przy­ga­słe jak stary pole­ro­wany mosiądz -?w wysoką nata­pi­ro­waną kon­struk­cję. Wewnątrz ukry­wała garść pereł w kształ­cie łez, odzie­dzi­czo­nych po jakiejś babce lub ciotce -?z jej rodziną ni­gdy nie można było mieć pew­no­ści, bo zawsze ską­piła szcze­gó­łów i ile­kroć wspo­mi­nała o krew­nych, po szyi wspi­nał jej się szkar­łatny rumie­niec poczu­cia winy. W świe­tle świec perły lśniły jak wil­cze oczy za żywo­pło­tem z buksz­panu.

-?Co? -?spy­tała, zaci­ska­jąc palce na pod­sta­wie kuli.

-?Myślisz, że ktoś to dla nas zosta­wił?

Do jed­nej z wie­ży­czek Neu­schwan­stein wciąż był przy­cze­piony krysz­ta­łowy pła­tek. Agata posta­wiła kulę śnieżną na toa­letce i patrzyła na nią, jakby Król miał lada chwila otwo­rzyć drzwi pałacu i wyjść z niego w peł­nym rynsz­tunku.

-?To popu­larna ozdoba -?odparła. -?Król jest sławny rów­nież w tej czę­ści Nie­miec, mimo że znaj­du­jemy się daleko od jego zam­ków. Poza tym Boże Naro­dze­nie za pasem. Może zgu­biło ją jakieś dziecko?

Nie odpo­wie­dzia­łem, że nie wiem, dla­czego jakieś dziecko mia­łoby na szczy­cie naszego wzgó­rza nosić w kie­szeni kulę śnieżną z Neu­schwan­stein, w dodatku w desz­czowy paź­dzier­ni­kowy dzień.

-?Moż­liwe -?odpar­łem po pro­stu.

Agata wyglą­dała na zado­wo­loną z tej odpo­wie­dzi i powró­ciła do nakła­da­nia kar­minu na usta -?prze­rwa­łem jej to, przy­cho­dząc z nowiną o swoim odkry­ciu. Spoj­rzała na mnie w lusterku.

-?Powró­żyć ci? -?zapy­tała.

Pood­su­wa­li­śmy kilka puf i usie­dli­śmy na pod­ło­dze. Skłę­biona suk­nia Agaty wybrzu­szyła się wokół talii jak przej­rzała, czer­nie­jąca per­sy­mona. Wzią­łem karty.

To był zwy­czaj, który oboje przy­ję­li­śmy wiele lat wcze­śniej i kul­ty­wo­wa­li­śmy pod­czas dłu­gich ponu­rych zim we Fran­ken­stein. Sze­lest kart zawsze zda­wał się koić Agatę, a ja z cza­sem zaczą­łem ufać w traf­ność jej prze­po­wiedni, szcze­gól­nie gdy sam czu­łem się otę­piały. Odkąd Regina uka­rała ją zamknię­ciem w pokoju za zła­ma­nie naj­bar­dziej fun­da­men­tal­nej zasady naszego zakonu -?zawsze sza­no­wać Króla -?sta­wiała mi karty co wie­czór.

* * *

Zda­rzyło się to pew­nej przy­jem­nej nocy pod koniec sierp­nia, kilka dni po przy­ję­ciu z oka­zji uro­dzin Króla.

Sie­dzia­łem w swoim pokoju nad mapą naszej doliny -?jej spo­rzą­dza­nie zaj­mo­wało mi więk­szość czasu, kiedy nie peł­ni­łem warty -?gdy wpa­dła Agata, rzu­ciła mi się do kolan i chwy­ciła mnie za ramię. Mapa miała być pre­zen­tem dla Króla, kiedy nas przyj­mie. Pośpie­szy­łem rato­wać jej róg, bo go przy­dep­tała.

-?Och, mój drogi Ambrose! -?krzyk­nęła. -?Wil­liam mnie kocha, a ja kocham jego i chcę się bawić aż do wschodu słońca. Chodź!

Wil­liam był mło­dym kamie­nia­rzem, w któ­rym się zadu­rzyła -?krzep­kim mło­dzień­cem o tak jasnych wło­sach na gło­wie i ramio­nach, że wyda­wały się białe. Miesz­kał przy sta­cji kole­jo­wej w małym domku, któ­rego fron­tową ścianę pora­stała bujna masa blusz­czu. Kiedy się zmru­żyło oczy, wyglą­dało to jak dziwna liścia­sta kotwica, zrzu­cona nad drzwi przez jakiś kosmiczny szku­ner dry­fu­jący wśród gwiazd.

Pró­bo­wa­łem ją uspo­koić. Zapro­po­no­wa­łem her­batę z mojego pie­cyka i kilka podu­szek, by Agata usia­dła na czas jej parze­nia, ale nie słu­chała argu­men­tów. Była tak roz­pa­lona, że zerwała z szyi wykroch­ma­loną kryzę. Zoba­czy­łem ślady zębów Wil­liama.

-?Nie, nie, nie -?uparła się. -?Nie będziemy tu sie­dzieć jak dwie stare baby, popi­ja­jąc her­batkę i mar­nu­jąc czas. Chodź. Regina ni­gdy się nie dowie, bo jej tu nie ma.

-?Skąd wiesz?

-?Widzia­łam ją w mia­steczku. Jak je opusz­czała. Upew­niała się, czy nikt jej nie śle­dzi, ale widzia­łam. Dom Wil­liama jest tuż przy głów­nej dro­dze, w stronę Die­mer­stein, a ja zaglą­da­łam przez firanki, kiedy brał kąpiel. Może ona też poszła się zaba­wić.

Jakoś w to wąt­pi­łem. Bar­dziej praw­do­po­dobne było, że Regina wybrała się po jakiś skład­nik klu­czowy dla swo­ich eks­pe­ry­men­tów -?coś wiel­kiego i dro­giego, co można było dostać tylko w wiel­kich i dro­gich skle­pach w Kaiser­slau­tern. Znała spo­soby na obej­ście ogra­ni­cze­nia wyni­ka­ją­cego z godzin otwar­cia.

-?A Baron? -?zapy­ta­łem. Regina mogła opu­ścić domo­stwo, ale jej słu­gus zawsze był gdzieś w oko­licy.

-?Ambrose!

Agata zaczy­nała się nie­cier­pli­wić, moje tchó­rzo­stwo odbie­rało jej ener­gię i warzyło nastrój. Z obrzy­dze­niem wyszcze­rzyła zęby. -?Nie możemy tak żyć! Oboje na­dal jeste­śmy mło­dzi. Chodź, zagram coś, czego dawno nie sły­sza­łeś.

W końcu nie mogłem jej się oprzeć.

Chcia­łem udo­wod­nić, że ma rację. Być przy niej młody.

Prze­mknę­li­śmy przez dzie­dzi­niec i zeszli­śmy do pod­ziemi, które słu­żyły nam za główną izbę. To wła­śnie tam obcho­dzi­li­śmy uro­dziny Króla dwu­dzie­stego pią­tego sierp­nia, a także kilka innych obo­wiąz­ko­wych świąt prze­wi­dzia­nych w naszym kalen­da­rzu: trzeci maja -?na pamiątkę Audien­cji, która na zawsze odmie­niła życie Króla, a tym samym i nasze; trzy­na­sty czerwca -?rocz­nicę Jego wnie­bo­wstą­pie­nia, w cza­sie któ­rej upusz­cza­li­śmy różową krew do kie­li­cha i pod­pa­la­li­śmy, by opary dotarły do Niego; oraz dwu­dzie­sty pierw­szy grud­nia -?naj­dłuż­szą noc w roku.

Wystrój izby był oszczędny -?pośrodku stał masywny orze­chowy stół, a wokół niego cztery dębowe krze­sła, któ­rych opar­cia zdo­biły pła­sko­rzeźby łabę­dzi i mie­czy. Sufit nad pół­nocno-zachod­nią ścianą był czę­ściowo zawa­lony i sączyło się przez niego blade świa­tło Księ­życa w towa­rzy­stwie wstęg mgły. Tuż pod wyrwą znaj­do­wał się prze­pastny komi­nek. Przed nim stał for­te­pian Bösendorfer -?czarny, kró­lew­ski w swej nie­ziem­skiej pre­zen­cji. W świe­tle Księ­życa jego poli­tu­ro­wana powierzch­nia wyda­wała się nie­mal prze­zro­czy­sta.

Agata usia­dła przy instru­men­cie i cała jej twarz roz­ja­śniła się w uśmie­chu wręcz dzie­cin­nego roz­anie­le­nia. Roz­ca­pie­rzyła palce nad kla­wia­turą, wycze­ku­jąc chłodu kla­wi­szy.

-?Gotowy? Cho­pin, Etiuda op. 10 nr 4, pre­sto con fuoco.

Moim krę­go­słu­pem wstrzą­snął nagły strach i nie­mal krzyk­ną­łem do Agaty, by prze­stała.

W zamku Cho­pin był zaka­zany.

Cho­pin, Mozart, Beetho­ven i Brahms -?oni wszy­scy byli zaka­zani.

Na Bösendorferze wolno było grać tylko muzykę Wagnera, bo tylko ona cie­szyła Króla, goto­wego dopro­wa­dzić do ruiny całe kró­le­stwo, byle tylko sfi­nan­so­wać marze­nia maestra. W swoim parku wybu­do­wał sztuczną grotę z jezio­rem i wodo­spa­dem. Dzięki elek­trowni mógł wycza­ro­wy­wać tęczę wśród sta­lak­ty­tów i two­rzyć fale w wodzie. Muzycy scho­wani za sztucz­nymi ska­łami grali dla niego Lohen­grina i tego samego ocze­ki­wano od Agaty.

Cza­sem, gdy mie­li­śmy pew­ność, że Regina wyszła, Agata i ja słu­cha­li­śmy Cho­pina albo dzieł nowych arty­stów, któ­rych płyty winy­lowe kupo­wa­łem w mie­ście.

Ich rytmy były tak bez­czel­nie różne od tych, do któ­rych przy­wy­kli­śmy, że nasze roze­dr­gane serca w każ­dej chwili gro­ziły pęk­nię­ciem. Naj­bar­dziej lubi­li­śmy album Fune­ral. Nazwa zespołu -?Arcade Fire -?brzmiała jak inkan­ta­cja. Zajeź­dzi­li­śmy tę płytę do imentu. Odtwa­rza­li­śmy prze­my­cone nagra­nia na sta­rym prze­no­śnym gra­mo­fo­nie, ukry­wa­nym przez Agatę pod obi­ciem sta­rej aksa­mit­nej sofy, usta­wio­nej tak, że trzeba było się wspiąć na kilka puf, by tam się­gnąć. Kuli­li­śmy się w kącie, zasła­nia­jąc gra­mo­fon wła­snymi cia­łami, i włą­cza­li­śmy muzykę tak cicho, że trzeba było wstrzy­my­wać oddech, by cokol­wiek usły­szeć.

To było co innego. Bluź­nier­stwo. Ale Agata się nie przej­mo­wała. Zagrała utwór raz, w wyma­ga­nym dia­bel­skim tem­pie -?tak szybko poru­szała pal­cami, że zda­wały się zagi­nać powie­trze wokół. Potem zagrała ponow­nie. I jesz­cze raz, i jesz­cze, coraz szyb­ciej, aż w końcu mia­łem wra­że­nie, że sły­szę łamiące się kości w jej napię­tych pal­cach. Na moich oczach doko­nało się prze­obra­że­nie.

Agata była wspa­niała jak zwy­kle, ale miała w sobie ogni­ste sza­leń­stwo, któ­rego ni­gdy wcze­śniej u niej nie widzia­łem. Jej skóra była tak blada, że mogłem obser­wo­wać, jak w żyłach krąży różowa krew, jasno świe­cąca i zmie­nia­jąca moją przy­ja­ciółkę w ogni­stą aniel­ską istotę. Nie prze­sta­wała grać, bez wytchnie­nia kiwa­jąc głową i mio­ta­jąc wło­sami na boki. Przy­tu­py­wała i wyda­wała okrzyki unie­sie­nia, a szczury wokół nas ucie­kały w popło­chu, bo w brud­nym, wil­got­nym pod­zie­miu, do któ­rego nie­chęt­nie udzie­liły nam dostępu, ni­gdy przed­tem nie pano­wał taki roz­gar­diasz.

Muzyka była zaraź­liwa. Wkrótce sam zaczą­łem tań­czyć w pyle i kurzu.

Kla­sną­łem w dło­nie, a z belek zerwały się nie­to­pe­rze i wyle­ciały w noc przez wyrwę w sufi­cie. Roz­war­łem ramiona i uda­wa­łem, że też potra­fię latać. Podry­gi­wa­łem, ska­ka­łem i krę­ci­łem się w kółko, aż zoba­czy­łem gwiazdy...

...i bladą twarz patrzą­cej na nas Reginy. Spoj­rze­nie miała pociem­niałe ze zło­ści.

Zro­biła krok w kie­runku środka sali.

Kiedy Agata też ją spo­strze­gła, jej palce znie­ru­cho­miały w powie­trzu, a muzyka zamarła jak echo śmie­chu z minio­nych stu­leci.

-?Nie mogę sobie przy­po­mnieć... Co takiego świę­tu­jemy dziś wie­czo­rem?

Regina zro­biła ku nam kolejny krok.

Nawet szczury cho­wały się przed jej gnie­wem.

-?Czy to pierw­szy raz, gdy Król usły­szał muzykę Wagnera? Ale to nie Wagner, prawda? Nie, chyba nie -?stwier­dziła. Czę­ściowo ukryta w mroku wyglą­dała jak kamienny Atlas dźwi­ga­jący na bar­kach cały cię­żar zamku. - Nie -?powtó­rzyła. -?Nie.

Następ­nego wie­czoru Agata i ja roz­po­czę­li­śmy areszt domowy. Ponie­waż tań­czy­łem, a Regina orze­kła, że taniec był jedy­nie skut­kiem odtwa­rza­nia muzyki, zosta­łem ska­zany na trzy­dzie­ści dni izo­la­cji w swoim pokoju, z dys­pensą na uczest­nic­two we mszy co nie­dzielę i ćwi­cze­nie, gdy Regina na to pozwoli.

Agata wciąż odsia­dy­wała wyrok dzie­więć­dzie­się­ciu dni i z samot­no­ści odcho­dziła od zmy­słów.

* * *

Skoń­czy­łem taso­wa­nie talii tarota i poda­łem ją z powro­tem Aga­cie. Zaczęła ukła­dać karty w swój ulu­biony dziwny, asy­me­tryczny wzór. Przy­po­mi­nał plan kate­dry, choć bóg, któ­rego tam czczono, musiał być trick­ste­rem lubią­cym prze­krzy­wione krzyże i kręte nawy.

-?Spo­tka­łeś się z kimś, kiedy byłeś w mie­ście? -?spy­tała nie­mal mimo­cho­dem, odkła­da­jąc ostat­nią kartę swo­jego wzoru.

Była świa­doma, że cza­sami, peł­niąc straż, odwie­dza­łem męż­czyzn w ich domach albo w lesie. Praw­nika, który pra­co­wał we Frank­fur­cie i na week­endy wra­cał do scho­ro­wa­nych rodzi­ców, nauczy­ciela z liceum w Kaiser­slau­tern, kon­duk­tora, który czę­sto obsłu­gi­wał trasę man­n­he­im­ską i ostat­nimi czasy był jedy­nym sta­łym ele­men­tem mojego życia towa­rzy­skiego. Bli­skość z ludźmi z zewnątrz była jeśli nie zaka­zana, to przy­naj­mniej trak­to­wana z podejrz­li­wo­ścią, więc zawsze musie­li­śmy zacho­wy­wać ostroż­ność, dys­ku­tu­jąc o tych kwe­stiach.

-?Nie -?skła­ma­łem.

Wie­działa o kon­duk­to­rze, praw­niku i nauczy­cielu. Ale nie o Mar­ti­nie.

W ukła­dzie z Mar­ti­nem nie cho­dziło o seks, towa­rzy­stwo czy nawet zauro­cze­nie. Rzecz pole­gała na czym innym. Mar­tin ozna­czał zdradę, dezer­cję.

Pamię­tam, jak pod­czas jed­nej z wart usły­sza­łem o nim po raz pierw­szy. Była to drobna, wręcz nie­istotna plotka -?jeden czło­wiek opo­wia­dał dru­giemu, że ktoś trzeci został wyle­czony z rze­komo nie­ule­czal­nej cho­roby przez Mar­tina, syna Bene­dicta Hun­gera.

Począt­kowo nie zwró­ci­łem na to uwagi, ale pew­nej nocy zna­la­złem się bli­sko nie­bie­skiego domu i posta­no­wi­łem zaj­rzeć. Rodziny aku­rat nie było, więc wśli­zgną­łem się do środka i w gabi­ne­cie zna­la­złem księgi Mar­tina. Oglą­da­łem je godzi­nami, pró­bu­jąc roz­szy­fro­wać zna­cze­nie inskryp­cji pod każ­dym drze­wo­ry­tem w poszu­ki­wa­niu mojej dole­gli­wo­ści - tej, którą odkry­łem, sie­dząc zamknięty w sza­fie. Która wygnała mnie z domu i zapro­wa­dziła na strych, gdzie zna­la­zła mnie Regina. Jakiś czas póź­niej, prze­trzą­sa­jąc biurko Mar­tina, wydo­by­łem z dna szu­flady plik nota­tek. Wer­to­wa­łem je bez­myśl­nie, gdy nagle zoba­czy­łem coś, co kazało mi się zatrzy­mać. Był to począ­tek arty­kułu, który według dopi­sku na górze pierw­szej strony Mar­tin zamie­rzał opu­bli­ko­wać w cza­so­pi­śmie "Jour­nal of Neu­ro­logy". Tytuł, napi­sany na maszy­nie Adler i pod­kre­ślony czer­wo­nym dłu­go­pi­sem, brzmiał: Som­nam­bu­lizm i inne prze­jawy eks­tre­mal­nej aktyw­no­ści noc­nej: pro­po­zy­cja lecze­nia. W notat­kach prze­trwało tylko kilka pierw­szych zdań, ale to, co w nich wyczy­ta­łem, obiet­nica "peł­nego wyle­cze­nia tych wszyst­kich zaciem­nień umy­słu, które zdają się wyni­kać z zabu­rze­nia rytmu dobo­wego", spra­wiła, że dosze­dłem do zdu­mie­wa­ją­cego wnio­sku: może wcale nie potrze­buję Reginy. Może to on będzie w sta­nie mi pomóc.

Tym wła­śnie był dla mnie Mar­tin. Świa­do­mo­ścią, że roz­wa­żam życie poza zam­kiem, bez Reginy. Nazy­wała nas zako­nem. Zako­nem Króla na Księ­życu, ale zaczy­na­łem czuć, że jeste­śmy raczej sektą -?jej sektą -?a przy­wód­czyni takiej grupy ni­gdy nie powinno się mówić o zna­le­zie­niu drogi ucieczki.

Dla­tego musia­łem utrzy­mać Mar­tina w tajem­nicy przed Agatą -?bo z miło­ści była w sta­nie zro­bić wszystko, by mnie chro­nić. Nie mogłem jej nara­żać na takie nie­bez­pie­czeń­stwo. Przy­naj­mniej dopóki nie mia­łem pew­no­ści, że to, co Mar­tin ma do zaofe­ro­wa­nia, jest realną alter­na­tywą dla planu Reginy. Jeśli okaże się, że tak, zabiorę ze sobą Agatę i uciek­niemy. Mar­tin prze­nie­sie nas do Ingol­stadt albo jesz­cze dalej. Wszystko jedno dokąd -?byle tylko nam pomógł.

Kiedy do Agaty dotarło, że nie dodam nic wię­cej, wes­tchnęła.

-?Naprawdę tęsk­nię za wycho­dze­niem z domu. Jaki mamy dzi­siaj dzień?

-?Sobotę, dwu­dzie­sty trzeci paź­dzier­nika.

Szybko poli­czyła w pamięci.

-?Zostało jesz­cze trzy­dzie­ści sześć dni -?stwier­dziła i posmut­niała na twa­rzy.

Nagle wyda­rzyło się coś dziw­nego.

Za ple­cami Agaty, przy drzwiach, w miej­scu, do któ­rego ni­gdy nie docie­rało świa­tło świecy, znaj­do­wał się por­tret, który sama powie­siła. Przed­sta­wiał ją jako dziecko, ubrane w czer­woną atła­sową szatę i sie­dzące w fotelu w stylu Ludwika XIV. Na kola­nach poło­żono jej tygry­siątko. Agata ni­gdy nie patrzyła na ten por­tret, a kiedy poru­sza­łem jego temat, krzy­wiła się, odsła­nia­jąc zęby. "A, ten stary boho­maz", kwi­to­wała. A jed­nak, gdy kilka razy suge­ro­wa­łem, że może powinna go wyrzu­cić, skoro ją tak drażni, bro­niła tej jedy­nej rodzin­nej pamiątki z równą gor­li­wo­ścią, z jaką ją depre­cjo­no­wała, gdy -?bar­dziej z cie­ka­wo­ści niż uprzej­mo­ści -?chwa­li­łem nie­które jego aspekty. Prawdę powie­dziaw­szy, nie­wiele zasłu­gi­wało na uzna­nie. Mala­rzowi zabra­kło auten­tycz­nego natchnie­nia i w tech­nice nie pozo­sta­wił pra­wie żad­nego pier­wiastka arty­zmu, co czy­niło obraz raczej wul­gar­nym. Mimo to, kiedy pole­gi­wa­łem na sofie po cało­noc­nej grze w rosyj­skie war­caby z Agatą, czę­sto mia­łem wra­że­nie, że potra­fię dostrzec echo jakie­goś zamiaru w spo­so­bie, w jaki dziew­czynka trzyma zwie­rzę -?celo­wość, upartą zuchwa­łość sple­cio­nych pal­ców, jakby malarz tchnął cały swój talent w ten jeden szcze­gół.

Jed­nak tego wie­czoru nie zwró­ci­łem uwagi na dło­nie.

Cho­dziło o oczy.

Przez krótką chwilę, pośród zaku­rzo­nych oto­man, Agata przy­ci­ska­jąca do piersi talię kart tarota miała ten sam wyraz twa­rzy co Agata trzy­ma­jąca na kola­nach tygry­siątko. W miej­scu, które zaj­mo­wa­łem, te dwie postaci nakła­dały się na sie­bie. Wtedy zoba­czy­łem w oczach dziecka coś, czego wcze­śniej tam nie było. Smu­tek, gniew, głód.

Wszystko, co dobre, dla mnie już się skoń­czyło, szep­tały oczy Agaty.

Sama to znisz­czy­łam, krzy­czały te na obra­zie.

-?Wybierz kartę do odwró­ce­nia -?pole­ciła Agata. Jej głos wyda­wał się odle­gły, a blada twarz falo­wała w mroku jak latar­nia mni­cha na bagnach. Wyglą­dała, jakby w każ­dej chwili mogła wyblak­nąć, znik­nąć na płót­nie, por­tret wsy­sał ją z powro­tem. Wie­dzia­łem, że to tylko gra świa­teł połą­czona z moim zmę­cze­niem -?był już pra­wie świt -?ale nie mogłem stać w miej­scu i patrzeć, jak znika.

Wycią­gną­łem ręce nad kar­tami i ją obją­łem. Pach­niała pudrem, woskiem, dymem i tyto­niem, który tak lubiła żuć, i wła­śnie ten zapach -?bar­dziej niż kości­sta syl­wetka -?burzył ilu­zję. Rzu­ci­łem ner­wowe spoj­rze­nie za jej ramię, ale czym­kol­wiek był czar utkany chwilę wcze­śniej przez por­tret, ule­ciał. Znów widzia­łem tylko zgrzebną robotę par­ta­cza bar­dziej zain­te­re­so­wa­nego wybla­kłą wiel­ko­ścią rodu Agaty -?i jego zło­tem -?niż duszą modelki.

-?Myślisz, że Regina kie­dy­kol­wiek mi wyba­czy? -?szep­nęła mi do ucha Agata.

-?Jestem pewny, że tak.

-?Czy kiedy spo­tkamy się z Kró­lem, powie mu, że jej nie posłu­cha­łam?

-?Na pewno tego nie zrobi. Wie, że nie mia­łaś złych inten­cji -?odpar­łem.

Tak naprawdę chcia­łem powie­dzieć: dla­czego obcho­dzi nas Król i to, co może mu powie­dzieć Regina, jeśli i kiedy zgo­dzi się z nami spo­tkać? Dla­czego pozwa­lamy jej decy­do­wać, jaką muzykę wolno nam odtwa­rzać, jakie książki czy­tać, jak się modlić, z kim spo­ty­kać, roz­ma­wiać i komu oka­zy­wać czu­łość? Czy kiedy przy­ję­li­śmy jej zapro­sze­nie do Fran­ken­stein, zrze­ka­jąc się daw­nego życia, zrze­kli­śmy się rów­nież prawa do decy­do­wa­nia, gdzie i jak zna­leźć szczę­ście w nowym życiu? A co, jeśli ist­nieje inny spo­sób, a ja go odkry­łem?

Agata się odsu­nęła, pocią­gnęła nosem. Miała mokre oczy. -?Wybierz kartę do odwró­ce­nia -?powtó­rzyła.

Spu­ści­łem wzrok i poczu­łem ulgę, że por­tret znik­nął w cie­niu na ścia­nie. Wybra­łem kartę leżącą naj­bli­żej, kaplicę Naj­święt­szej Maryi Panny w tej oso­bli­wej kate­drze.

Czarny łabędź z czer­wo­nym dzio­bem. Dobrze zna­łem tę kartę. Zawsze się poja­wiała pod­czas naszych sean­sów i Agata nabrała prze­ko­na­nia, że przed­sta­wia mnie. Uśmiech­nęła się.

-?Ojciec Kie­li­chów, znowu -?powie­działa. -?Wybierz drugą.

Się­gną­łem ku poprzecz­nej nawie kate­dry, obró­ci­łem kartę.

-?Dzie­wiątka Mie­czy -?oznaj­miła Agata i się wzdry­gnęła. Poło­żyła palec na kar­cie i odsu­nęła ją od sie­bie. Ilu­stra­cja była nie­po­ko­jąca. Przed­sta­wiała dwie gałki oczne wydłu­bane z oczo­do­łów. Nad nimi peł­zały larwy. Na mar­gi­ne­sach rósł nie­prze­nik­niony las mie­czy, któ­rych ostrza były skie­ro­wane do środka.

-?Co to ozna­cza? -?zapy­ta­łem.

-?Że toczysz walkę, jesteś uwię­ziony we wła­snej gło­wie i nie widzisz wyj­ścia. Wąt­pli­wo­ści i zmar­twie­nia zja­dają cię niczym larwy. Ale... - Urwała i popa­trzyła na mnie z mie­sza­niną tro­ski i podejrz­li­wo­ści. - Ni­gdy przed­tem nie wycią­gnę­łam ci tej karty. Co się zmie­niło?

W oczach na kar­cie malo­wało się wygłod­niałe zasko­cze­nie. Czy wła­śnie tak wyglą­dały moje oczy, kiedy patrzy­łem? Zatrzy­ma­łem się, zanim mój umysł zdą­żył wytwo­rzyć obraz Mar­tina. Dla Agaty czaszka była zasłoną, nie mogłem zdra­dzić sam sie­bie.

Potrzą­sną­łem głową, by oczy­ścić umysł, i wtedy zauwa­ży­łem, że oczy na kar­cie patrzą w dwóch róż­nych kie­run­kach, jak u Reginy. Poczu­łem je na sobie, jak prze­ni­kają mnie na wskroś, widzą mój sekret, zmar­twie­nie, które nie tyle zja­dało, co łap­czy­wie poże­rało moje wnętrz­no­ści. Wkrótce nie będzie już czego tra­wić -?zaczną drą­żyć sobie drogę na zewnątrz i wystą­pią mi na twarz niczym trąd utra­co­nej wiary. Wów­czas Regina dowie się o Mar­ti­nie i o nadziei, która roz­kwi­tła w naj­ciem­niej­szym zaka­marku mojego serca. Pozna pyta­nie, które aż się prosi, by je zadać.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

-?Nie wiem, co się zmie­niło. To ty masz mi powie­dzieć.

-?Wybierz trze­cią kartę. Może to ona wyja­śni zna­cze­nie Dzie­wiątki.

Tym razem wybra­łem kartę leżącą naj­da­lej od sie­bie, por­tal kate­dry. Odwró­ci­łem ją.

Zoba­czy­łem piku­jącą sowę, trzy­ma­jącą w szpo­nach czarny miecz.

-?Syn Mie­czy -?oznaj­miła Agata. -?Kolejne mie­cze. Choć to nie jest aż tak zła karta jak Dzie­wiątka. Przed­sta­wia męż­czy­znę. Sta­now­czego i sil­nego, lecz zdol­nego rów­nież do prze­mocy. A przy tym mądrego, choć ty nie znasz rze­czy­wi­stego zakresu jego wie­dzy. Wiesz, kogo może przed­sta­wiać ta karta?

Moje błą­dzące myśli pobie­gły do Mar­tina, ale tym razem prze­kie­ro­wa­łem je zbyt wolno. Agata patrzyła pro­sto na mnie, zoba­czyła go.

-?Kim on jest? -?zapy­tała.

Uśmiech­ną­łem się, by powstrzy­mać gry­mas twa­rzy, i zamkną­łem oczy, by ukryć strach roz­sze­rza­jący źre­nice. Pod­su­ną­łem jej obraz szyi Mar­tina, jego sze­ro­kiej klatki pier­sio­wej wciąż mokrej po prysz­nicu, umię­śnio­nych nóg. Lubił bie­gać, czę­sto nocą, po pracy przy biurku, spo­cone włosy lepiły mu się do czoła. Poka­za­łem Aga­cie jego krzyż, pępek.

-?Pewien czło­wiek z mia­sta -?odpar­łem. Poczu­łem na sobie sro­cze spoj­rze­nie Agaty, wyczu­lone na każde drgnie­nie mojej twa­rzy. Nie potra­fiła się oprzeć sekre­tom, zwłasz­cza tym ujaw­nio­nym przez swoje karty, a ponie­waż czuła, że ten jest nie­bez­pieczny, pra­gnęła go jesz­cze moc­niej.

-?Dla­czego mi o nim nie powie­dzia­łeś? -?spy­tała.

-?Tylko go szpie­guję. To stara gra w kotka i myszkę -?odpo­wie­dzia­łem. Oczy na­dal mia­łem zamknięte, ale Agata wie­działa, że kła­mię. Usły­sza­łem sze­lest jej sukni, gdy wstała z posadzki i się ode mnie odsu­nęła.

-?Wiesz, że mnie możesz zaufać -?powie­działa ochry­ple.

-?Wiem -?odpar­łem. To była prawda i jed­no­cze­śnie kłam­stwo.

Spoj­rza­łem na nią. Leżała na swoim ulu­bio­nym żółto-fio­le­to­wym szez­longu przy zabi­tym deskami oknie.

-?Jestem zmę­czona -?oznaj­miła. -?Będziemy musieli dokoń­czyć seans kiedy indziej.

Wie­dzia­łem, że to nie­prawda, ale pod­sze­dłem i poca­ło­wa­łem ją w czoło.

Uśmie­chała się blado, bez życia. Złość już z niej ula­ty­wała. Wygła­dziła aksa­mitne klapy mojego płasz­cza -?pre­zentu, który od niej dosta­łem z oka­zji pierw­szych uro­dzin Króla. Spę­dzi­li­śmy je razem w zamku. Ona też musiała uciec z domu, gdzieś w Pire­ne­jach, i została spro­wa­dzona do Fran­ken­stein sześć czy sie­dem mie­sięcy przede mną. Roz­wa­żała odej­ście, kiedy pew­nej nocy nagle się poja­wi­łem i zmie­niła zda­nie. Byli­śmy rówie­śni­kami i natych­miast poczu­li­śmy pokre­wień­stwo. Uwa­ża­łem ją za sio­strę, łączyła nas więź. Kiedy musia­łem coś przed nią ukry­wać, spra­wiało mi to ból.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki