5 grudnia 2013
- Może Rosjanie chapną sobie Krym - dumał Sasza, gdy jego rozklekotanym furgonem tłukliśmy się w stronę Kijowa. Ukrainiec ma około 30 lat i starego vw transportera. Miał zawieźć nas jedynie do Równego, a wybrał drogę "z żurnalistami na Majdan". I tak 5 grudnia 2013 r. wyruszyliśmy z nim na ukraińską terra incognita. Wiedząc o niej tyle, ile przeciętny Polak - że w związku z Euro 2012 zanotowała "niesamowity skok cywilizacyjny". O wojnie cywilizacji nikt wtedy jeszcze nie mówił.
Gdy przekraczaliśmy granicę z Ukrainą, dominującą w Europie narracją na temat rodzącego się w Kijowie konfliktu była quasi-bajkowa opowieść o złym tyranie Wiktorze Janukowyczu, uwięzionej księżniczce Julii Tymoszenko i dobrym rycerzu - Witaliju Kliczce. Ten ostatni po uwolnieniu księżniczki i przegonieniu tyrana miał wspólnie ze złotowłosą współrządzić nad Dnieprem, która to rzeka spłynąć miała mlekiem i miodem.
Prędko okazało się jednak, że była to opowieść fałszywa. Tak jak serwowana przez Kreml i niektórych polskich "usłużnych" jej antyteza, mówiąca o hordach wysuszonych od wódki i nienawiści orków - banderowców. Tych rzekomych pogrobowców Adolfa Hitlera i Romana Szuchewycza, którzy pod czerwono-czarnymi flagami wbijają nóż w rosyjskie podbrzusze i urządzają pogromy od Zakarpacia do Donbasu, kontynuując zbrodnicze dzieło swych dziadów z UPA. Było jeszcze inaczej.
***
Gdy przemarznięci do kości telepaliśmy się na Ukrainę, Kijów wylegał na ulice dopiero od kilku dni. Ciąg wydarzeń rozpoczęła pacyfikacja studentów protestujących na Majdanie przeciwko niepodpisaniu przez prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Buciory rozszalałego Berkutu na bruku placu Niepodległości zadeptały pro-zachodnie aspiracje Ukrainy. Tego, że wyprowadzi to na ulice setki tysięcy ludzi, a serce stolicy zamieni w "kozacki kosz", nie spodziewał się chyba nikt. Wezwania polityków opozycji do podjęcia protestu trafiły jednak na podatny grunt - w grudniu 2013 r. 71% Ukraińców było przekonanych, że sprawy w kraju idą w złym kierunku. Dnia 1 grudnia brutalnie rozbito wiec pod administracją prezydenta, co jeszcze bardziej zmobilizowało protestujących.
Praktycznie natychmiast nad Dniepr wyruszyły delegacje polityków z Zachodu, a wraz z nimi pierwsze pomruki "głębokiego zaniepokojenia" możnych starej Europy. Taka była wówczas mądrość etapu. Jednak tylko nieliczni, jak Sasza, mieli świadomość, że oto rozpoczyna się największy kryzys polityczny w XXI-wiecznej Europie. Nasz kierowca już na samym początku dostrzegał więcej niż tęgie głowy z europejskich think tanków.
Sasza był przekonany, że "wydarzenia kijowskie" nie skończą się ani prędko, ani bezboleśnie. Ten przedstawiciel ostatniego pokolenia urodzonego na sowieckiej Ukrainie zdążył już zobaczyć różnicę między Europą Zachodnią a swoją ojczyzną. Znał też dobrze ukraińską Realpolitik i metody, jakimi posługuje się władza. - Rosja dokręci śrubę - mówił, gapiąc się zza kierownicy w śnieżną noc. - Kliczko jest za słabym politykiem, a nie ma innego lidera, który mógłby zająć miejsce Janukowycza. "Januk" nie popuści, podobnie Putin.
Sunęliśmy przez ciemną i zaśnieżoną drogę, o której można by powiedzieć wszystko, poza tym, że jeszcze przed chwilą łączyła miasta i kraje organizujące mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Na Majdan mieliśmy kilkaset kilometrów. Było to jednak, i wciąż jest, dużo mniej niż odległość z Kijowa do zjednoczonej Europy.
***
Kijów powitał nas mrozem i gwarem targowiska przy stacji metra Akademmisteczko. Dla kogoś, kto, jak ja, nigdy wcześniej nie był na Ukrainie, to świat znany z korespondencji prasowych i reportaży, które w Polsce zazwyczaj skupiają się na ukraińskiej korupcji i przestępczości. Za dwie hrywny (wówczas 80 gr) przejeżdżamy metrem przez całe miasto, do dzielnicy rządowej. Cisza, mróz i niepokój. Od tygodnia rządowy kwartał zdominowany jest przez siły milicji, wojska wewnętrznego i specjednostki ukraińskiego MSW - Berkut. Zdezorientowany wzrok mundurowych, gdy pokazując legitymacje prasowe, pytamy: "Którędy na Majdan?".
Grupki "tituszek" plątają się bez celu między kordonami funkcjonariuszy. Wtedy nie mieliśmy jeszcze większego pojęcia, kim są "tituszki" - opłacani przez władzę prowokatorzy i chuligani o wyglądzie i zachowaniu przeciętnego polskiego dresiarza. Nieświadomi zagrożenia, niczym dwa lekkoduchy, schodzimy w stronę Majdanu, wzdłuż parku Maryjskiego, przyszłego miejsca masakry kilkudziesięciu osób. No dobrze, może co nieco już przeczuwaliśmy. Konrad miał w końcu doświadczenie z konspiracji, kiedy w latach 80. jako członek Niezależnego Zrzeszenia Studentów wielokrotnie miał okazję pojawiać się w miejscach, w których być nie powinien.
- Kurwa, mówię ci, coś tu nie gra - wtedy jeszcze śmialiśmy się pod nosem. I dalej schodzimy, wzdłuż budynków Rady Najwyższej i monumentalnej Rady Ministrów. Ten dziesięciopiętrowy gmach z kamienia i betonu z wcinającym się w półokrągłą fasadę podwórzem jest opustoszały, pilnuje go zaledwie kilku znudzonych mundurowych i jeden mikrobus na przyciemnianych szybach.
Tuż po wzniesieniu budynku, w 1936 r., mieściła się tu siedziba NKWD, potem po korytarzach plątali się komisarze ludowi, a po II wojnie światowej ulokowano tu Radę Ministrów. Tak zostało do dziś. Jońskie i doryckie kolumny i pilastry pną się po fasadzie na 50 metrów w górę. A w dole? Plotki mówią, że gmach jest połączony podziemnymi korytarzami zarówno z Radą Najwyższą, jak i z Administracją Prezydenta. Jeśli to prawda, niebawem te przejścia mogą się przydać tutejszym lokatorom.
Idziemy w dół ulicą Mychajły Hruszewskiego. Przez kolejne blokady, pod stadion Dynama Kijów. Wszędzie witani przez mundurowych tym samym zdziwionym spojrzeniem. Odwzajemniamy je, a jakże.
Przez cały czas kijowskiej rewolucji przy placu przed stadionem wielokrotnego mistrza Ukrainy stacjonowały Berkut i wojska wewnętrzne. To za ich ostatni kordon wpadną już niedługo rzucane przez Ukraińców koktajle Mołotowa, to tam wybuchną granaty hukowe i gaz łzawiący. Stamtąd padną strzały, które 22 stycznia 2014 r. położą trupem pierwszą ofiarę - Ormianina Serhija Nihojana, aktywistę Majdanu. To tam tortury nie wzruszą Mychajły Hawryluka, którego oprawcy z Berkutu rozbiorą do naga i będą chcieli wybić mu dumę z kozackiego czuba. Na razie jest jednak 6 grudnia i zachowanie mundurowych ma na celu demonstrację siły. Obserwujemy kolejne kordony postawionych na baczność rezerwistów wojsk wewnętrznych, kolejne grupy znudzonych, oczekujących brutalnej rozrywki berkutowców.
Przez kolejne trzy miesiące nie miałem szans, by powtórzyć tę drogę. Ta część dzielnicy rządowej została zamieniona w państwo w państwie. Zanim na ulicy Hruszewskiego zapłonęły opony, stanęła potrójna barykada i padły pierwsze ofiary snajperów, minęły długie tygodnie. Milczący kordon węwnętrzniaków, odcinający rządowe budynki od świata, stał się elementem krajobrazu. Zupełnie jak pomnik legendarnego trenera Dynama, Walerego Łobanowskiego, który spoglądał na wszystko z ławeczki ustawionej na cokole przed bramą stadionu. Przeszliśmy tamtego wieczoru za ostatni kordon, przez "strefę niczyją", w dół, do placu Europejskiego. A potem w lewo, aleją Chreszczatyk, na Majdan.
***
Upstrzone symboliką narodową barykady odcinają trzypasmowy Chreszczatyk od Majdanu. Spowity dymem plac gra tysiącem świateł i dźwięków. Płynąca ze sceny muzyka, miarowe uderzenia w buchające kotły i wznoszone co minutę okrzyki: "Sława Ukrainie! - Herojom sława", "Sława nacji! Śmierć wrogom!", "Ukraina ponad wszystko!". Mam opory, znam wiele historii, w których te okrzyki były ostatnimi słowami, jakie przyszło słyszeć moim rodakom.
Państwo w mieście. Z własną infrastrukturą, ochroną, strefami dostępu i poziomami. Swoją organizacją i rozmachem budzi szacunek, szok i niedowierzanie. "W Polsce to by było niemożliwe" - tę frazę słyszałem od rodaków w kolejnych miesiącach wielokrotnie. Podobnie jak budzące uśmiech politowania nawoływania do "zrobienia Majdanu w Polsce". Najlepiej na placu Konstytucji w Warszawie lub krakowskim placu Inwalidów. I to natychmiast.
Pamiętam doskonale moment przejścia przez pierwszą barykadę i punkt kontrolny, gdzie osiłek w katanie z niemieckiego demobilu na węch wyrywkowo sprawdzał trzeźwość. Od Lackiej Bramy z Archaniołem Michałem do kolumny z Brzeginią. Plac Niepodległości, Niezależności - Majdan.
Życie na tym wielkim, poprzecinanym szerokimi ulicami placu dosłownie i w przenośni toczy się na różnych poziomach. Na najniższym, w obskurnym przejściu podziemnym, przy muzyce ulicznych grajków i obojętności pasażerów metra, płynie strumieniami zakazany na powierzchni alkohol. Złotozęby starzec, ku uciesze chłopaka w masce organizacji hakerskiej Anonymous, gra na akordeonie Kiev ludowe piosenki. Tuż obok ktoś wciska bukiet kwiatów wyperhydrolowanej wybrance. Sprzedaje się miniaturowe Leninki - posążki wodza rewolucji - matrioszki i pamiątki z emblematami Związku Sowieckiego czy Unii Europejskiej. Te pierwsze suweniry już za chwilę znikną na zapleczach. To tu krzyżują się drogi klientów pobliskiego centrum handlowego, gdzie jeansy Levi's kosztują tyle, co większa część pensji ukraińskiego robotnika, z drogami odzianych w kufajki przybyszów z zachodniej Ukrainy. Tych wszystkich, których z domu na Majdan wygnały bieda, zrzędliwe żony, pęd za przygodą i narastający z każdym dniem gniewny patriotyzm.
Wtedy, 6 grudnia, na poziomie środkowym, na chodniku, ulicy, przed sceną, między pomnikiem Archanioła Michała a hotelem Ukraina, pod wielkim, wynajętym za nie wiadomo czyje pieniądze ledowym ekranem, tysiące młodych i starych słucha muzyki, tańczy, śpiewa, wyznaje sobie miłość i je zafundowane przez nie wiadomo kogo posiłki.
Morze ukraińskich i unijnych flag, podniosłość wymieszana ze zmęczeniem władzą. Ludzi doprowadzono do takiego stanu, że zaczęli krzyczeć. Krzyczeć zarówno: "Sława Ukrainie", jak i: "Bando, precz!". Pozostali, co widać było choćby w smutnym jak trumna od środka metrze, nie mieli na to ochoty. Dla większości osób na całym świecie "stabilizacja na niskim poziomie" i substytuty luksusu są wystarczającym powodem do niewychodzenia na ulicę. Ukraina nie jest wyjątkiem. Kurs metrem kosztuje w Kijowie 2 hrywny (80 groszy), podróbki levisów są na targowisku dostępne dla każdego. Są McDonald's i tanie marlboro, jeżdżą cudze maserati i tanie taksówki.
A jednak na początku grudnia 2013 r. część Ukraińców wyszła na ulicę, wielu nawet wsiadło w busiki marszrutki, tanią kolej i luksusowe samochody, by ze wszystkich stron kraju przyjechać na Majdan. Coś się stało. Władza przekroczyła Rubikon, "przegięła pałę" - jak mówili sami Ukraińcy.
- Póki Janukowycz na tronie, my na Majdanie - mówi pierwszy spytany o zdanie Ukrainiec.
- Polaki? Bardzo miło - kobieta w średnim wieku.
- My dobrzy ludzie, tu nikt nikomu nic nie robi - rozdająca ulotki dziewczyna z emblematami nacjonalistycznej partii Swoboda na kurtce. Choć jeszcze tego nie wiedzieliśmy, przywitała nas rewolucja.
Flagi Swobody powiewają obok flag Ukrainy i Unii Europejskiej. "Tarnopol", "Rawa Ruska" - z trudem odczytuję wypisane cyrylicą nazwy miejscowości. "Europejska Ukraina" - wielki banner z takim napisem to tło sceny, na której odbywają się koncerty. "Stop politycznym represjom" - domagają się autorzy kolejnego transparentu. Nie wiedzą, że te represje dopiero się rozpoczną. Przez kolejne miesiące scenografia placu zmieni się wielokrotnie, podobnie jak jego społeczny przekrój. Z początkiem grudnia byli tu przeważnie rozśpiewani rówieśnicy naszego kierowcy Saszy. Ostatnie pokolenie skażone Związkiem Sowieckim, ludzie o europejskich aspiracjach i wzrastającym z dnia na dzień poczuciu narodowej tożsamości.
Ale pośród dziewcząt o zarumienionych mrozem licach i ich wypomadowanych partnerów w puchowych kurtkach, którzy stanowili większość tłumu na placu, już wtedy dawało się zauważyć bojowców. Przybyszów ze steampunkowego świata, ludzi żywcem wyjętych z planu zdjęciowego do Ucieczki z Nowego Jorku albo Wodnego świata. No bo jak inaczej opisać oddziały mężczyzn ubranych w futbolowe ochraniacze, hokejowe kaski i przerobione na kominiarki zimowe czapki, którzy zza drewnianych tarcz patrolują wzrokiem plac, wypatrując zagrożenia? Uzbrojeni w plastikowy różaniec i owinięte taśmą izolacyjną nogi od stołów, naiwnie trenujący obronę przed zwartymi jednostkami bojownicy. Armia, jakiej nie widział żaden współczesny konflikt. To oni mieli w najbliższym czasie przejąć na siebie ciężar obowiązku obrony placu Niepodległości. I niepodległości w ogóle.
***
Wchodzimy na trzeci poziom. Dom Związków Zawodowych "Profspiłki". Nim zostanie spalony przez "nieznanych sprawców" i pójdzie z dymem, zabierając do dziś nieustaloną liczbę istnień, będzie siedzibą Sztabu Sprzeciwu Narodowego. Przylegający do Majdanu komunistyczny gmach, jak wiele innych budynków, został przejęty przez rewolucję w pierwszych dniach protestu. Parter - punkt apteczny, kuchnia. Chorzy mijają głodnych, bezdomni - wściekłych.
- Obereżno! - Ktoś prawie wywraca przeznaczoną dla ludzi na mroźnym placu tacę pełną wrzących herbat. Potrójna kontrola dokumentów: - Żurnaliści, pressa, przechodzić. - Obereżno! - na plac wędrują gorące posiłki. Zabłocone schody, nieustający kaszel, przekleństwa, wieczna "Sława Ukrainie!". Pierwsze piętro - centrum prasowe. Drugie piętro - siedziba Prawego Sektora, organizacji, o której na początku grudnia nie wiemy nic. Wyżej już tylko szpital i noclegownie. W Profspiłkach działała też z jakichś powodów część administracyjna, urzędniczki mijały się więc na schodach z kolejnymi wyruszającymi na obchód sotniami Samoobrony.
- Doroha! Doroha! Obereżno!!! - Krzyk i stukot pałek o tarcze nie uznaje sprzeciwu, a przebrana w barwy UPA, Ukrainy i Unii Europejskiej lekkozbrojna sotnia wybiega ze swojej siedziby w niewiadomym kierunku i celu.
Centrum prasowe na pierwszym piętrze Profspiłek było przez długie tygodnie obowiązkowym punktem na mapie każdego przybywającego do Kijowa polityka i dziennikarza. Duszne połączenie noclegowni z newsroomem, w którym języki mieszały się jak pod wieżą Babel. Tu w blasku fleszy i kamer można było się oburzyć, wyrazić głębokie zaniepokojenie sytuacją i zapewnić o "wszelkich możliwych formach pomocy" dla walczących i ginących tuż za rogiem. Czasami odnosiło się wrażenie, że Ukrainę właśnie potajemnie przyjęto do NATO, bo kolejne buńczuczne obietnice przybyszów z Zachodu brzmiały dokładnie jak słynny piąty artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego. Co ciekawe, choć nikt nie mówi głośno o zagrożeniu zewnętrznym, wszyscy z niepokojem patrzą na Moskwę, skąd dobiega jednak tylko mroźne milczenie. Wtedy te europejskie zapowiedzi trafiały na grunt żyzny jak ukraiński czarnoziem.
- Jesteśmy tu, by być świadkami, by pokazać naszą solidarność - mówi mi Jerzy Buzek tuż przed wyjściem na Majdan, do tłumu. W kolejnym zdaniu przyznaje jednak, że wszystko jest w rękach Ukraińców, a UE w sumie nie może za wiele, prócz kuszenia wspomnianym pakietem pomocowym.
Uznawany za lidera protestów Witalij Kliczko, pytany o planowaną na niedzielę, 8 grudnia, wielką demonstrację, odpowiada: - Będzie pokojowo. Od początku jesteśmy pokojowi, tak też będzie jutro.
Kliczko stanowczo wyraża się też na temat ultimatum, jakie władze postawiły okupującym rządowe gmachy protestującym. Mają je oni opuścić.
- To są budynki obywateli, którzy zajęli je pokojowo i zgodnie ze swoją wolą, i tam pozostaną - mówi. Pytany o delegacje, które raz za razem przetaczają się przez majdańską scenę i centrum prasowe, odpowiada kurtuazyjnie: - To plac Europejski, jest tu reprezentacja Parlamentu Europejskiego i wszyscy ludzie, którzy tu przyszli, są tu dlatego, że chcą żyć według standardów europejskich - dodaje, wyrażając w tych słowach to, co czują tu wszyscy. Bo przeciętni ludzie, jak taksówkarz w wysłużonym daewoo, myślą prosto.
- To nie jest protest proeuropejski. To jest protest przeciwko bandyckiej władzy, która opanowała wszystkie poziomy życia publicznego. To protest przeciwko rozwarstwieniu społecznemu, które jest tu olbrzymie - mówi nam kijowski taryfiarz, który za 12-kilometrowy kurs inkasuje równowartość 18 zł.
Wtedy, na początku grudnia, ludzie od prawa do lewa upatrywali w Unii Europejskiej krynicy praw, prawd i swobód. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na stopień korupcji i zniewolenia, a przede wszystkim dysproporcje społeczne w kraju, gdzie cztery piąte całego majątku należy do 0,00003% społeczeństwa. Setki tysięcy ludzi przyjmowało więc symbole UE, łącząc je z flagą państwową, kulturowymi i religijnymi symbolami lub emblematami nacjonalistów. We flagę z gwiazdami wpisywano naprzemiennie: ukraiński tryzub, wizerunki Jezusa Chrystusa, Michała Archanioła, Tarasa Szewczenki czy "wilczy hak", na Zachodzie jednoznacznie kojarzony z neonazizmem znak, który w nacjonalizmie ukraińskim symbolizuje rzekomo "ideę nacji". Te wszystkie symbole i stojący za nimi ludzie rozpoczynali właśnie walkę z dziwaczną hybrydą: oligarchiczno-postkomunistycznym reżimem, który przez ostatnie lata doprowadził kraj na krawędź przepaści. Ale jednocześnie w sercu Kijowa oni wszyscy rozpoczynali równorzędną walkę o kształt nowego państwa ukraińskiego. Walkę między sobą.