Krew i zdrada - J.D. Kirk

Reflow text when sidebars are open.
Telefon zadzwonił poprzedniego wieczoru, gdy Fulton właśnie szykował się, by przeczytać Carrie bajkę na dobranoc. To była jakaś niedorzeczna opowiastka o magnetycznej krowie, ale dziewczynce podobała się szata graficzna i gdy tylko zostawała u nich na noc, zawsze poświęcali trochę czasu na oglądanie jej ulubionych ilustracji.
Prawdę mówiąc, chyba bardziej się na to cieszył od niej.
Minęło wiele lat, odkąd w tym domu było małe dziecko, a choć Fulton nie spodziewał się tak szybko zostać dziadkiem, nie dało się zaprzeczyć, że rozkoszny brzdąc stał się ich błogosławieństwem. Obecność malucha przywróciła jego żonie werwę i sprężystość ruchów, a jemu dała potrzebnego kopa, by go uchronić przed typowym dla średniego wieku skapcanieniem i tyciem.
Właśnie umyli ząbki, pocałowali babcię na dobranoc i szli po schodach na górę, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Zaginiony wspinacz. Helikopter w drodze. Wszyscy na pokład.
To się zdarzyło... czternaście godzin temu? Był pewien, że już go odnaleziono, ale niestety. Jeszcze nie natrafili na ślad.
Z parkingu widział prawie całą sylwetkę Buachaille Etive Mor, oprócz kilku miejsc, gdzie chmura jak wielki kłąb waty otulała szczyt. W poszukiwania zaangażowały się dwa zespoły - Górskie Pogotowie Ratunkowe Glencoe i ich bliźniacza służba z sąsiedniego regionu Lochaber - i od czasu do czasu dostrzegał ratowników przecinających zbocza Buachaille w poszukiwaniu zaginionego alpinisty.
Kilka godzin wcześniej helikopter straży przybrzeżnej musiał wrócić do Inverness, by zatankować, ale zatrzymała go jakaś kolizja w zatoce Moray Firth, co oznaczało, że ekipa miała do dyspozycji tylko pieszych ratowników.
Nawet przy założeniu, że dane na temat lokalizacji zaginionego były poprawne, przeczesanie całej góry wymagało czasu. Jeżeli zmienił zdanie i zapuścił się gdzie indziej - na przykład na jedną z Trzech Sióstr Glencoe - prawdopodobieństwo jego odnalezienia spadało niemal do zera.
Fulton w tym momencie w ogóle nie myślał o żadnej z tych ewentualności. Myślał o swoim żołądku, który donośnie burczał i zdawało się, że skręca się w supły.
Rozpakował owsiany baton, który należał do jego zestawu, i odgryzł kęs. Podobno zawierał taką samą porcję płatków jak owsianka. Szkoda tylko, że smakował jak kawałek oszczędnie posłodzonej tektury.
Zatrzeszczało jego radio, zmuszając go do szybszego przeżuwania. Suche, ziarniste płatki stawiały zażarty opór, w końcu jednak Fultonowi udało się przełknąć ich lepką bryłę.
- No, słucham - powiedział, usuwając paznokciem małego palca zabłąkaną drobinę owsianki spomiędzy zębów i dziąsła. - Jest coś?
To był Gary Rigg, jeden z młodszych członków zespołu, choć z większym doświadczeniem niż wielu pozostałych. W płynącym z nadajnika głosie wyraźnie pobrzmiewało zmęczenie.
Od kilku godzin zmagali się z zimnem, deszczem i samą górą. Przez większą część akcji poszukiwawczej było ciemno, a Fulton z doświadczenia wiedział, że takie połączenie czynników może skutecznie wyssać z człowieka energię, a przy okazji zapas optymizmu. Kiedy traci się tę nadzieję, ulatnia się prawie cała siła woli, by zacisnąć zęby i dalej znosić cierpienia.
Ale można było na nich liczyć. Nie odpuszczą, dopóki będzie trzeba działać. Nigdy nie odpuszczali.
- Są jakieś wiadomości o powrocie śmigłowca? - zapytał Gary. - Przydałoby się wsparcie z góry.
- Jeszcze nie. I to się szybko nie zmieni - odparł Fulton. Nie było sensu owijać w bawełnę. Nikt by mu za to nie podziękował. - Na razie jesteśmy zdani tylko na siebie.
Usłyszał przekleństwa. Większość rzucona żartobliwie, choć nie wszystkie.
- No dobra - odpowiedział Gary. - Odesłałem Chrisa na dół. Znowu kolano go napiernicza. Pomyślałem, że powinieneś go obejrzeć.
Fulton się skrzywił.
- Nie będzie zadowolony. Którędy schodzi?
- W twoją stronę. Obok chaty SMC1. Pewnie niedługo go zobaczysz.
Wzrok Fultona powędrował w stronę budynku z białego kamienia, krytego dachem z miejscowych łupków z Ballachulish. Rzeczywiście, powyżej, trochę po prawej, dostrzegł niewyraźną sylwetkę. Ktoś schodził ze stoku, smętnie kuśtykając. Znał Chrisa dostatecznie długo, by odczytać jego mowę ciała, a w rezultacie domyślić się, co naprawdę w tej chwili mówią jego usta.
Chris należał do starej gwardii. Na pewno chciał doprowadzić sprawę do końca i nie uśmiechała mu się perspektywa odesłania na ławkę rezerwowych.
- Aha, widzę go - powiedział Fulton. - Jeżeli dowiem się czegoś o wsparciu z powietrza, dam znać. Uważajcie na siebie i bądźmy w kontakcie.
Gary burknął coś i zakończył transmisję, a Fulton obserwował zbliżającego się Chrisa, który właśnie podchodził do kładki nad rzeką Coupall. Dzieliło ich jeszcze kilkaset metrów.
Chris wszedł na kładkę, ale ledwie postawił na niej stopę, przystanął i zawrócił. Odszedł kilka kroków w lewo i kucnął, by przyjrzeć się czemuś na ziemi.
Fulton obserwował go, językiem szukając w ustach pozostałości owsianego batonika. Gdy między zębami nie znalazł ukrytych zapasów, żołądek głośno się poskarżył.
Po drugiej stronie mostku Chris ukląkł i przesunął dłonią po ziemi. Wykonywał wolne i ostrożne ruchy, jak gdyby odgarniał wielką pajęczynę i bał się, że lada moment rzuci się na niego wściekłe ośmionogie stworzenie.
- Okej... - mruknął Fulton, cały czas go obserwując. Wychylił się do przodu i przymrużył oczy, by mieć lepszy widok.
Następny ruch Chrisa był nagły i gwałtowny. Zerwał się na nogi, zapominając o swoim wieku i obolałych kolanach. Uciekł w podskokach z wyciągniętą przed sobą ręką, jak gdyby osłaniał się przed tym, co właśnie zobaczył.
Fulton dostrzegł, że starszy ratownik sięga po radio. W głośniku słabo zatrzeszczał jego głos. Brzmiał niemal spokojnie i gdyby Fulton właśnie nie widział jego popisu, dałby się na to nabrać.
- Halo? Fulton? Coś znalazłem.
- Tak, zauważyłem - odparł. Z wysiłkiem przełknął ślinę, gdy nagle zaschło mu w gardle. - Co takiego?
Zapadła cisza. Na tyle długa, by Chris zdołał opanować drżenie głosu.
- Zwłoki - odezwał się wreszcie.
Fulton usłyszał, jak głośno wypuszcza powietrze z płuc. Równocześnie zobaczył, jak unosi wzrok, i mężczyźni spojrzeli sobie w oczy z dwóch brzegów rzeki.
- Ale nie sądzę, żeby należały do faceta, którego szukamy.
1 Scottish Mountaineering Club - Szkocki Klub Górski, organizacja alpinistyczna m.in. wspierająca turystykę w szkockich górach i utrzymująca chaty na szlakach wspinaczkowych i turystycznych.
Mniej więcej godzinę przez odkryciem zwłok i sto kilkadziesiąt kilometrów dalej starszy inspektor Jack Logan siedział naprzeciwko potwora.
Od jego ostatniej wizyty w szpitalu psychiatrycznym Carstairs wymieniono część personelu. Nie było w tym nic szczególnie zaskakującego. W takiej placówce raczej nikt nie zagrzewa dłużej miejsca. Zwłaszcza pracownicy administracji zmieniali się tak często, że zamiast trwałych identyfikatorów wyposażono ich w nalepki z nazwiskami, a nierzadko trwałość kleju wystarczała na cały okres ich pracy w szpitalu.
Mimo to legitymacja policyjna, parę niewinnych kłamstw i doza czegoś, co wielkodusznie można określić połączeniem uroku osobistego z siłą perswazji, pozwoliły mu się przebić przez ochronę. I znaleźć się w tym miejscu.
Z nim.
Owen Petrie, który jako Szeptacz ponad dekadę temu zamordował kilkoro dzieci, wygodnie siedział obok swojego łóżka na wyściełanym krześle, dokładnie naprzeciwko detektywa. Kąciki jego ust lekko unosiły się w nieco nieobecnym uśmiechu, cicho coś nucił, ale fałszywie, jakby próbował przypomnieć sobie piosenkę sprzed lat.
Wyglądał zdrowiej, niż gdy Logan widział go ostatnim razem, co trochę inspektora dotknęło. Przez te wszystkie lata, gdy odwiedzał Petriego, z perwersyjną przyjemnością obserwował, jak sukinsyn się kurczy i niknie w oczach, a parszywe życie wycieka z niego kropla po kropli.
Dzisiaj jednak wydawał się silniejszy. A nawet młodszy. Ktoś niedawno go ogolił, więc podbródek przysłaniał jedynie cień zarostu. Włosy też miał przystrzyżone i zaczesane na lewo. Każdy, kto stałby po tej stronie, zobaczyłby profil przyzwoitego starszego mężczyzny. Może z nieco szklistym wzrokiem, ale w miarę normalnego.
Z drugiej strony przedstawiało się to zgoła inaczej. Wskutek upadku, którego Petrie doznał podczas zatrzymania, miał wgniecioną część czaszki i uszkodzony mózg, a jego stan lekarze oceniali na tylko odrobinę lepszy od wegetatywnego.
W każdym razie chciał, aby wszyscy w to wierzyli. Logan, w przeciwieństwie do reszty, nie dał się na to nabrać.
Od skroni aż do miejsca za uchem skórę Petriego przecinał labirynt wypukłości, wgłębień i blizn. Tu i ówdzie sterczała kępka włosów przypominająca krzewy na pustyni, ale obraz zniszczeń był widoczny jak na dłoni.
- Dobrze wyglądasz, Owen - stwierdził Logan. - Czujesz się lepiej?
Petrie uśmiechnął się szerzej. Poprawił się na krześle, żeby było mu wygodniej, ale nie odpowiedział.
- Przepraszam, że tak długo nie wpadałem cię odwiedzić, Owen - ciągnął Logan. - Prawdę mówiąc, ostatnio rzadko tracę czas na rozmyślanie o tobie.
To oczywiście było kłamstwo. I to wierutne. Za nic jednak nie mógł zdradzić się z tym przed tym sukinsynem.
- Tęskniłeś za mną? - naciskał inspektor. - Brakowało ci naszych miłych pogawędek?
Skrzypnęło pod nim krzesło, gdy przesunął do przodu całkiem niemały ciężar ciała.
- I dlatego do mnie dzwonisz?
Obserwował twarz Petriego, czekając na reakcję. Przypatrywał się bacznie, szukając ledwie dostrzegalnej zmiany w mimice, która mogłaby go pogrążyć. Niczego jednak nie zauważył. To samo puste spojrzenie, ten sam roztargniony półuśmiech.
- Bo przecież to ty, prawda, Owen? - drążył Logan. - Wiem, że to ty do mnie wydzwaniasz.
Tym razem na twarzy natychmiast zaszła zmiana. Drgnęła mu brew. Oczy lekko nabrały ostrości i Petrie spojrzał chyba prosto na inspektora, zamiast patrzeć przez niego jak przez szybę.
- Przez... telefon? - wykrztusił, z trudem odnajdując słowa.
- Tak.
- N-nie mam t-telefonu.
- A mnie się wydaje, że masz, Owen - odrzekł Logan. - Wydaje mi się, że masz telefon, i wydaje mi się, że z jakiegoś powodu dzwonisz z niego do mnie.
Nagle inspektor zerwał się z miejsca, a mężczyzna na krześle naprzeciwko wzdrygnął się i odsunął. Wyglądał, jak gdyby znowu się skurczył, i detektyw przez moment delektował się wyrazem paniki na jego twarzy, po czym wysunął plastikową szufladę jedynej szafki w pokoju.
- N-nie, p-p-proszę - wyjąkał Petrie.
Szuflada była pełna skarpet i bielizny. Logan przeszukał je, nie zwracając uwagi na jąkania i słabe protesty siedzącego w kącie potwora.
Sięgnął na samo dno i wymacał coś zawiniętego w plastikową torebkę.
- Ho, ho, a cóż my tu mamy, Owen? - Posłał Petriemu znaczące spojrzenie.
Po kilku energicznych szarpnięciach wydobył torebkę, a przy okazji wyrzucił z szuflady parę czarnych skarpet i kilka par obszernych brudnobiałych bokserek, które wylądowały na podłodze.
Petrie zadygotał na krześle z twarzą zastygłą w grymasie zgrozy, głos odmówił mu posłuszeństwa. Odwrócił wzrok, gdy Logan rozwinął torebkę i zajrzał do środka.
To nie był telefon. Bynajmniej. Na dnie torebki spoczywało otwarte opakowanie wkładek na nietrzymanie moczu, już w połowie opróżnione.
Logan sięgnął do środka i ścisnął opakowanie, wciąż mając nadzieję, że znajdzie wepchnięty w głąb telefon. Niestety.
Policzki siedzącego na krześle Petriego oblały się ognistym rumieńcem. Spuścił wzrok i nerwowo bawił się palcami. Jedna noga podrygiwała, trzęsąc podłogą pod stopami Logana.
Inspektor upuścił torebkę na podłogę i dalej szperał w szufladzie, wyciągając garściami bieliznę i odrzucając ją na bok.
- Gdzie jest? - warknął. - Wiem, że gdzieś tu masz telefon, Owen. No więc gdzieś ty go...
- Co tu się wyprawia?!
Nie odwracając głowy, Logan rozpoznał ten głos. Należał do lekarza. Tego nowego, który zaczął pracować kilka miesięcy temu. Podczas paru ostatnich wizyt inspektor zdążył się już z nim zetrzeć. Jak on się nazywał...?
- D-doktor Ramesh - wydukał Petrie z wyraźną ulgą. - Doktor Ramesh.
- Już wszystko w porządku, Owen. Nie ma się czego bać - rzekł lekarz, wkraczając do pokoju.
Był niższy od Logana, ale emanował autorytetem, który dodawał mu dobrych parę centymetrów. Kiedy mówił, wychwytywało się leciutki nalot hinduskiego akcentu, ale tylko jeśli bardzo wytężyło się słuch. Brzmiało to jak "wymowa bogatych Anglików" - tak Logan zawsze nazywał ją w myślach - czyli angielszczyzna typowa dla wyższych warstw klasy średniej, wygładzona w ciągu lat nauki w drogich prywatnych szkołach.
- No, panie... - Ramesh wykonał niejasny gest ręką. - Logan, zgadza się? Zadałem panu pytanie. Co pan tu najlepszego wyprawia?
- Przeprowadzam przesłuchanie - wyjaśnił mu Logan, choć garść slipów, które ściskał w obu dłoniach, w żaden sposób nie uwierzytelniała tej deklaracji. - Mam powody przypuszczać, że obecny tu Owen od dłuższego czasu...
- Naprawdę nic mnie nie obchodzi, co takiego ma pan "powody przypuszczać", panie Logan - warknął w odpowiedzi lekarz. - Nie otrzymał pan pozwolenia na wejście na teren szpitala. Żadnego. Zagraża pan zdrowiu mojego pacjenta, nie mówiąc o tym, że bezprawnie go pan zastrasza i nęka.
Logan złożył bieliznę z powrotem do szuflady i odwrócił się do Ramesha, chcąc wykorzystać przewagę wzrostu, by spojrzeć na niego z góry. Trzeba przyznać doktorowi, że ani przez moment się nie zawahał.
- Opuści pan natychmiast teren szpitala. Albo z własnej woli, albo wyprowadzi pana ochrona. Decyzja należy do pana, ale tak czy inaczej, wyjdzie pan stąd - powiedział lekarz. - A ja niezwłocznie zgłoszę to pańskim przełożonym. Jeżeli oni nie podejmą żadnych działań, przekażę sprawę prasie.
Logan prychnął.
- Mhm, jasne. To dopiero będzie sensacja. "Policja przesłuchuje skazanego mordercę dzieci". Już sobie wyobrażam, jaki wybuchnie skandal.
- Sformułowałbym to raczej: "Policja bezprawnie grozi osobie niepełnosprawnej intelektualnie" - odparł Ramesh. Sięgnął do kieszeni kitla i wyjął telefon. - No więc jak, wychodzi pan czy mam pana wyrzucić?
Przez chwilę wydawało się, że Logan wybierze drugą możliwość. Po chwili jednak wycelował palec w kierunku Petriego, półgłosem ostrzegł go, że to jeszcze nie koniec, po czym odepchnął Ramesha na bok i wypadł na korytarz.
Kiedy mijał recepcję, słyszał już nucenie Petriego.
Kiedy był w połowie parkingu, zadzwonił jego telefon.
Inspektor zerknął na wyświetlacz, burknął pod nosem i przykładając telefon do ucha, spojrzał przez ramię na budynek.
- Chryste, ma pan tu kamerę czy coś w tym stylu? - zapytał. - Już drugi raz dzwoni pan do mnie dokładnie w tym samym miejscu.
- W co ty się bawisz, do cholery? - huknął mężczyzna po drugiej stronie.
Nadinspektor Gordon Mackenzie - powszechnie znany w szkockiej policji jako Gozer - rzadko sprawiał wrażenie zadowolonego. Jeśli chodzi o kategorię zrzędliwych starych pierdołów, byłego przełożonego Logana wyprzedzał tylko jego obecny przełożony, nadinspektor Bob Hoon, któremu udało się wynieść pogardę do rangi prawdziwej sztuki.
Dziś jednak Gozer sprawiał wrażenie, jakby zamierzał odebrać Hoonowi palmę pierwszeństwa.
- Właśnie ktoś do mnie dzwonił, Jack - warknął Gozer. - Domyślasz się kto?
- Loteria kodów pocztowych? - rzucił Logan. I zaraz się skrzywił, żałując tej przemądrzałej uwagi.
Odsunął telefon od ucha, by nacisnąć przycisk na drzwiach swojego Volva. Kiedy wsiadł i połączył się przez Bluetooth, ton głosu Gozera, który rozległ się w głośnikach, świadczył, że wybuch złości nadinspektora powoli mijał.
- ...ci, kurwa, dam loterię pieprzonych kodów pocztowych! - ryknął oficer. - Doskonale wiesz, kto dzwonił. Znowu u niego byłeś? U Petriego.
- Tak - przyznał Logan, dochodząc do wniosku, że nie ma sensu ukrywać prawdy.
- I po cholerę to zrobiłeś? Myślałem, że już z nim skończyłeś. Zresztą co ty tam w ogóle robisz? Przeniosłeś się! Myślałem, że już cię mamy z głowy!
Logan wcisnął sprzęgło i uruchomił silnik.
- Mam powody przypuszczać, że Owen Petrie dzwoni do mnie z Carstairs - oznajmił.
Usłyszał w słuchawce drwiące prychnięcie.
- Serio? A jakież to powody, Jack? Schizofrenia paranoidalna? - szydził Gozer. - Ten facet jest już cholerną rośliną. Do nikogo nie dzwoni.
Ekran na desce rozdzielczej zakończył animowaną sekwencję powitalną i wyświetlił mapę. Pokazywała niewielki trójkąt wewnątrz dużego szarego kwadratu oznaczającego szpitalny parking. Kiedy Logan zastanawiał się nad reakcją na złowrogą tyradę Gozera, jego wzrok zatrzymał się na zegarze w prawym górnym rogu wyświetlacza.
Inspektor otworzył usta, by się odezwać, ale zmienił zdanie. Oderwał spojrzenie od tablicy rozdzielczej i zerknął na zegarek na swoim przegubie.
- Niech to szlag - mruknął i potrząsnął ręką. Sekundowa wskazówka przesunęła się o kilka kresek i znowu się zatrzymała. - Szlag!
- O co znowu chodzi? - zadudnił groźnie Gozer.
Logan chwycił klamrę pasa bezpieczeństwa, wyjął telefon z uchwytu i zatrzymał kciuk nad ekranem, przeciągając pas przez tułów.
- Przepraszam, nadinspektorze, będziemy musieli dokończyć tę rozmowę innym razem - powiedział.
- Co?! - syknął Gozer. - Porozmawiamy teraz, Jack. Nie ty będziesz o tym decydował. Porozmawiamy o...
Logan wcisnął czerwoną ikonkę na wyświetlaczu i wrzucił telefon do jednego ze schowków Volva.
Zaraz jednak znowu wziął go do ręki, wstukał inny numer i przez chwilę słuchał sygnału buczącego w głośnikach.
- No, odbierz, odbierz... - szepnął.
Rozległ się trzask. Detektyw wyprostował się, wpatrując się w ekran, jak gdyby mógł tam zobaczyć osobę po drugiej stronie.
- Halo? - powiedział i zaraz cmoknął zniecierpliwiony, kiedy odpowiedział mu sztuczny elektroniczny głos:
- Wybrany numer jest w tej chwili niedostępny...
Znowu zakończył połączenie, dźgając kciukiem czerwony przycisk na ekranie. Zmarnował parę sekund, wstukując SMS: "Już jadę", po czym rzucił telefon, zerknął w lusterka i z rykiem silnika i piskiem opon wyjechał z parkingu.
Kiedy dotarł na miejsce, zdążyła już wyjść, a jedynym śladem jej obecności była pusta i wystygła filiżanka po kawie.
- Kurwa mać - oznajmił Logan, na co odpowiedziały mu uniesione w zdumieniu brwi i zaniepokojone spojrzenia kilku osób z dystyngowanego towarzystwa Kelvinside, sączących earl greya przy sąsiednich stolikach.
Klientela herbaciarni wydawała się zaniepokojona już chwilę wcześniej, gdy wpadł do środka zziajany, w mokrej od potu koszuli, która lepiła mu się do pleców. A gdy zaczął obrzucać przekleństwami pusty stolik, kilkoro gości wyglądało na bliskich waporów.
- Mogę w czymś pomóc?
Logan odwrócił się i zobaczył młodego człowieka w czarnej koszuli i białym fartuchu, który przyglądał mu się nieufnie. Na uniesionej dłoni zręcznie balansował tacą pełną bułeczek z rozmaitymi dodatkami.
- Hm, może. Była tu dziewczyna... Kobieta. Krótkie ciemne włosy. Mniej więcej pana wzrostu.
- Zgadza się, Maddie - odrzekł kelner. - Wyszła.
- To akurat widzę. Kiedy?
- Jakieś dwadzieścia minut temu. - Kelner obrzucił detektywa krótkim spojrzeniem, równocześnie sięgając wolną ręką do kieszeni fartucha. - Prosiła, żeby to panu przekazać.
Logan wziął od niego złożoną serwetkę. Otworzył i przeczytał liścik pospiesznie nagryzmolony tuż pod wydrukowanym logo herbaciarni, czując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych w lokalu.
Kurewsko wielkie dzięki, tato.
Logan złożył serwetkę z powrotem, przywołując na twarz karykaturę uśmiechu.
- Dziękuję - zwrócił się do kelnera.
Powiódł wzrokiem po obliczach elity Kelvinside, wyłapując potępiające spojrzenia i zmarszczone z odrazą nosy. Przez moment miał ochotę wrzasnąć, wyładować na nich złość i ukarać za własną cholerną głupotę.
Zamiast tego powiedział:
- Przepraszam za zamieszanie. - I wymaszerował na zewnątrz.
*
Odebrała przy trzeciej próbie, po dwóch pierwszych telefonach, gdy połączył się z pocztą głosową, i po trzech SMS-ach, na które nie doczekał się odpowiedzi. Jej głos fuknął przez głośniki Volva, wzmocniony echem we wnętrzu samochodu.
- Co?!
Logan aż się wzdrygnął. To było wprawdzie tylko jedno słowo, ale brzmiało groźnie. Gotowe do odpalenia, jak uzbrojona bomba gotowa wybuchnąć mu prosto w twarz, gdyby dotknął nie tam, gdzie trzeba.
- Maddie, to ja.
- Przecież wiem. Wyświetliłeś mi się. Czego chcesz?!
- Posłuchaj, kochanie, przepraszam - rzekł Logan. - Zegarek mi stanął. I straciłem poczucie czasu.
- Zegarek ci stanął?! - prychnęła Maddie głosem wyższym o pół oktawy. Tik-tak, tik-tak, cykała bomba. - Serio? Nic lepszego nie umiesz wymyślić?
- Serio. Wiem, że to brzmi... Hm, wiem, jak to brzmi, ale mówię prawdę. Pewnie trzeba wymienić baterię czy coś w tym stylu. Mogę ci wysłać zdjęcie. Myślałem, że mam mnóstwo czasu, ale kiedy się zorientowałem... - Westchnął. - Słuchaj, gdzie jesteś? Może jeszcze wrócisz?
Nie odpowiedziała. Dobry znak. Może jednak uda mu się uniknąć wybuchu.
- Albo ja mógłbym przyjechać do ciebie. I poszlibyśmy gdzie indziej.
Gdzieś, gdzie nie roi się od nadętych dupków, dodał w myślach.
- Powinnam już jechać do pracy - rzuciła.
Nie było to ani "tak". Ani "nie". Pora na decydujący ruch. Zamierzał przeciąć czerwony kabelek.
- Chyba możesz poświęcić staruszkowi pół godziny, co? - nalegał.
Umilkł, czekając, by to ona przerwała ciszę.
- Dwadzieścia minut - odparła.
- Umowa stoi - zgodził się pospiesznie Logan, by nie kusić losu. - Ale lepiej w tej części miasta. Przebić się przez M8 z Carluke to był prawdziwy koszmar.
Natychmiast pożałował tych słów.
Zapadła cisza jeszcze cięższa, bardziej przytłaczająca niż poprzednio.
- Z Carluke?
Tik-tak, tik-tak.
Cholera jasna.
- Byłeś w Carluke? - drążyła.
- Tak - bąknął inspektor. - Byłem... w służbowych sprawach.
- Znowu pojechałeś do niego, prawda? - domyśliła się Maddison. Do eksplozji nie doszło. Nie nastąpił wielki wybuch. Nie wydawała się nawet zła. Już chyba by wolał, żeby wpadła we wściekłość.
- Chodziło o...
Westchnęła. Był w tym smutek, rozczarowanie i znużenie naraz.
- Powinnam się była domyślić. Boże. Po tylu latach mogłabym już zapamiętać.
- O czym ty mówisz, kochanie? Co zapamiętać?
Głos jej drżał. Gdyby Logan jej nie znał, mógłby tego nawet nie wychwycić.
- Kto jest dla ciebie ważniejszy.
- Daj spokój. Co to niby ma znaczyć? - zaprotestował Logan. - Przecież wiesz, że to nie...
- Posłuchaj, tato, lepiej będzie, jeżeli pojadę do pracy.
- Ale pomyślałem...
Przerwała mu. Teraz jej głos był twardy jak skała. Podobny do głosu jej matki.
- Szczęśliwej drogi.
Nie było sensu jej przekonywać. W żaden sposób nie skłoniłby Maddie do zmiany zdania. Schrzanił to koncertowo.
- No dobra. W porządku. Może dam ci znać, kiedy następnym razem będę w okolicy?
- Jasne - odrzekła. - Może.
Cichy elektroniczny szum, który cały czas brzmiał w tle rozmowy, umilkł, a z ekranu na desce rozdzielczej zniknęło jej imię.
Logan stuknął potylicą o miękki zagłówek i zacisnął dłonie na kierownicy z taką siłą, jakby pragnął ją udusić. A raczej udusić cały cholerny świat.
Petrie. To przez Petriego, powiedział sobie. I nie po raz pierwszy prawie w to uwierzył.
Telefon znów zadzwonił, a dzwonek zadudnił w głośnikach. Iskra nadziei zgasła, gdy tylko zobaczył nazwisko na wyświetlaczu. Ben Forde. Westchnął, dał sobie chwilę, by się opanować, po czym wcisnął jeden z przycisków pod kierownicą.
- Co jest, Ben?
- Hej, Jack? Jak tam sytuacja?
- Chujowo - przyznał Logan. Znał inspektora na tyle długo, żeby nie owijać w bawełnę.
- Czyli jak zwykle - skwitował Ben. - Wracasz dzisiaj?
- Tak, niedługo ruszam. Czemu pytasz? - dodał, chociaż mógł bez większego ryzyka obstawić odpowiedź.
- Zatrzymaj się po drodze w Glen Coe. Tam się spotkamy. Coś się stało.
Logan ze wstydem przyznał przed samym sobą, że poczuł coś zbliżonego do radości. Może to była ulga. W końcu coś, z czym umiał sobie radzić. Co mógł robić.
Zapiął pas. Po naciśnięciu przycisku silnik Volva zamruczał.
- Wyślij szczegóły SMS-em - poprosił. - Już jadę.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI