Prolog
W trzecim księżycu trzeciego roku Wielkiej Suszy wypłynęliśmy na morze u ujścia rzeki nieopodal Świętego Ubarydu. Piętnastego dnia trzeciego
księżyca dotarliśmy na wyspę barbarzyńskich Falarczyków. W dalszej
drodze nękały nas niekorzystne wiatry, które opóźniły nasze przybycie.
Jeszcze dalej natknęliśmy się na zdradzieckie pola lodowe, przez które
mogliśmy żeglować jedynie z największą ostrożnością. Dopiero w jedenastym księżycu zarzuciliśmy wreszcie kotwicę u ujścia wielkiej
rzeki. Z pewnością tak krótka wizyta nie pozwoliła nam poznać wszystkich
zwyczajów i osobliwości tej krainy, ale przynajmniej możemy opisać jej
zasadnicze cechy.
Ular Takeq
Zwyczaje starożytnego Jakal-Uku
Dżunglami Jacuruku władały duchy. Saeng przypominała sobie, że kiedyś
nie spała przez całą noc, wytężając słuch, by zrozumieć ich szepty.
Czasami wydawały się jej bardziej kuszące niż własne sny. W jednym ze
swych najstarszych wspomnień szła sama pośród skąpanych w blasku
księżyca liści, szukając źródła głosu dżungli. Tylko dziecko mogłoby być
tak spokojne i nieustraszone. Pamiętała, że po jakimś czasie czyjaś ręka
poprowadziła ją poprzez gęste paprocie i kępy wilgotnej trawy z powrotem
do wioski. Tam matka natychmiast wzięła ją w objęcia i przytuliła do
chudej klatki piersiowej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spokojnie
wytłumaczyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do
płaczu. Przyjaciółka odprowadziła ją do domu.
Rzecz jasna, wszyscy później przysięgali, że widzieli, jak wróciła sama
z mroku.
Od tego czasu nigdy już nie obawiała się nieprzeliczonych mil dżungli
otaczających wioskę. To było niebezpieczne i musiała przyznać, że raczej
lekkomyślne podejście w krainie, gdzie drzewa zdobiły girlandy kwiatów i chustki modlitewne ku czci niezliczonych duchów, niespokojnych umarłych,
widm, dawno zapomnianych bogów i stanowczo zbyt wielu zaginionych dzieci
oraz dorosłych.
Z czasem nauczyła się zakradać do lasu, gdy tylko miała okazję. Pośród
zwisających lian i liści wilgotnych od nocnej mgły przychodziły do niej
dawne duchy krainy. Dowiedziała się od nich wielu rzeczy, o których
dawno już zapomniano. Gdy rankiem wracała z wędrówki po leśnych
ścieżkach, jej nogi pokrywały źdźbła trawy oraz błoto, a we włosach
miała pajęczyny. Z początku matka biła ją i krzyczała.
-?Nie jesteś nisko urodzoną córką wieśniaka! -?wołała. -?Pochodzimy ze
starożytnej rodziny kapłanek i jasnowidzących!
Podczas południowego posiłku matka często ściskała jej dłonie i powtarzała zawsze tę samą opowieść:
-?Saeng -?zaczynała, jakby czuła się nią rozczarowana. -?Nasza rodzina
dochowała wierności starej wierze. Nie tak, jak ciemni głupcy, którzy
nas otaczają, padający na twarz przed bożkami, fetyszami i amuletami.
Wszyscy powtarzają przesądne bzdury o boginiach ziemi, zwierzęcych
bogach, przeklętym królu-bogu albo Czarownicy. Wszystko to tylko puste
słowa albo nawet coś gorszego. Kobiety z naszej rodziny pochodzą od
starożytnych kapłanek Nieba i Słońca! Czcimy Światło. Pamiętaj o tym.
Światło, które daje początek wszelkiemu życiu!
W takich chwilach matka próbowała patrzeć jej w oczy, jakby błagała
córkę o zrozumienie, ale Saeng zawsze odwracała wzrok.
-?Tak, mamo -?mamrotała tylko.
W końcu matka dała sobie spokój z tymi błaganiami i pozwoliła jej
wędrować po otaczającym je wielkim zielonym labiryncie w poszukiwaniu
szepczących głosów.
Z biegiem lat Saeng uczyła się coraz więcej. Zdała sobie sprawę, że
potrafi przywoływać szepczące głosy, i uświadomiła sobie, że są one
budzącymi lęk duchami ziemi i przodków, Nak-ta. Jej moc rosła i przybywały teraz do niej duchy z coraz odleglejszej przeszłości.
Wymagało to od niej ciągłego udoskonalania umiejętności. Dzięki szeptom
tych niespokojnych umarłych nauczyła się rozkazywać zwierzętom, rozumieć
głosy wiatru, oszukiwać zmysły oraz czerpać wiedzę z samej ziemi. Gdy
była bliska snu, odnosiła wrażenie, że zbliżają się do jej uszu i szepczą do nich mroczne tajemnice. Starożytne, zakazane zaklęcia,
zapomniane, śmiercionośne osłony oraz sztuka panowania nad zakamarkami
ludzkiego umysłu.
Początkowo nie zwracała na to uwagi, mimo że cienie zbliżały się coraz
bardziej i trudniej jej było je lekceważyć. Aż wreszcie, pewnej nocy,
mroczna, pazurzasta łapa jednego z nich zacisnęła się na jej ramieniu.
-?Wielki król będzie z ciebie zadowolony -?wyszeptał cień głosem
brzmiącym jak szelest liści na wietrze.
Przypomniała sobie szok, jaki poczuła po lodowatym dotknięciu.
-?Wszystko to obróciło się w proch już przed wiekami.
-?Nie. To dzieje się teraz. Przestań opowiadać głupoty.
Duch zaczął się zapadać w wilgotny grunt, ciągnąc ją za ramię.
Nagły krzyk wstrząsnął nią jeszcze bardziej. Gałąź przeszyła cień,
rozpraszając go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego starszego brata,
Hanu, który rozglądał się, ściskając w ręce gotową do ponownego użytku
gałąź. O dziwo, dziewczyna poczuła jedynie oburzenie.
-?Skąd się tu wziąłeś? -?zapytała.
Pociągnął ją na nogi.
-?A jak ci się zdaje? Poszedłem za tobą. I dzięki za to przodkom.
-?Słucham? -?Odsunęła się od niego tanecznym krokiem. -?Jak często to
robisz?
Wzruszył w półmroku szerokimi ramionami.
-?Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na ciebie oko, kiedy oddajesz się
dzikim duchom.
-?Potrafię nad nimi zapanować.
-?Najwyraźniej nie potrafisz.
-?Ten mnie zaskoczył. To wszystko. -?Nagle nasunęła się jej pewna myśl.
Podeszła bliżej, przygryzając wargę. -?Nie... nie powiesz matce, prawda?
-?Na Wielką Czarownicę, pewnie, że nie powiem. Ma wystarczająco wiele
zmartwień.
-?No cóż... nie możesz mnie powstrzymać.
-?To również jest oczywiste.
Skrzyżował na piersi muskularne ramiona, spoglądając na siostrę.
Uniosła wyzywająco podbródek i zobaczyła, że po jego twarzy i ramionach
spływają strużki wilgoci. Dzięki swym talentom wyczuła łomotanie jego
serca oraz strumień szybko płynącej krwi.
Jest przerażony, uświadomiła sobie. Panicznie boi się nocy, tak samo jak
oni wszyscy. Ale poszedł za mną. Żeby zapewnić mi bezpieczeństwo.
Hanu dyszał ciężko, wpatrując się w głębokie leśne cienie.
-?Przynajmniej obiecaj, że następnym razem mnie obudzisz, dobra? Że nie
pójdziesz do lasu sama. -?Spojrzał na nią błagalnie. -?Proszę.
Jak mogła mu odmówić? Z jej twarzy zniknęła nieustępliwość.
-?Tak, Hanu. Obiecuję.
* * *
W ciągu następnego roku zawsze wyglądało to tak samo. Budziła brata i razem wykradali się do dżungli, gdzie nawiązywała więź z bytującymi tam
dzikimi duchami Nak-ta. A także ze znacznie starszymi, tymi od kamieni,
strumieni i wiatru. Każdej nocy siedziała godzinami, pilnie strzeżona
przez Hanu, i rozmawiała z istotami, których on nie widział. Z czasem
uświadomiła sobie, że choć może ją obronić przed wszelkimi fizycznymi
niebezpieczeństwami, jest bezbronny wobec przymusów i uroków. Dlatego
potajemnie rzucała na niego zaklęcia broniące przed podobną magią.
-?Z kim rozmawiasz? -?pytał od czasu do czasu, siedząc ze skrzyżowanymi
nogami pod drzewem.
-?Ze starymi umarłymi -?odpowiadała.
-?Nie boisz się?
-?Nie. Oni nie żyją.
Zdziwiony Hanu uniósł ręce nad głowę.
-?W takim razie dlaczego stąd nie odejdą?
-?Gniewają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przykuć stopy duchów do
ziemi.
Łypnął na nią złowrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przyznać. Z upływem miesięcy coraz częściej czynił jej wyrzuty.
-?Nie powinniśmy tu przychodzić -?powtarzał. -?To niebezpieczne.
Miał rację, ale z zupełnie innego powodu, niż wydawało się mieszkańcom
wioski.
Pewnej nocy siedziała na skraju dusznej, bagnistej niecki i rozmawiała z cieniem kobiety, którą utopiono w tym miejscu. Według niej kiedyś był tu
wielki zbiornik wodny. Zapewniała, że woda w nim była czysta, a głębokość przewyższała wzrost wysokiego mężczyzny. Czekający między
drzewami tuż obok Hanu wymachiwał wielką gałęzią, udając jednego ze
starożytnych królów-wojowników.
-?Utopiono? -?zapytała Saeng. -?Jak to utopiono?
-?Przywiązali do mnie ciężkie kamienie i wrzucili mnie do wody -
odpowiedziała zjawa.
Saeng stłumiła przekleństwo. Czasami umarli wszystko traktowali
dosłownie.
-?Pytałam: dlaczego to zrobili.
-?Byłam kapłanką starej wiary.
-?Starej wiary? To znaczy... -?Saeng ściszyła głos -?...przeklętego
króla-boga?
-?Nie -?odpowiedział jej beznamiętny głos ducha. -?Nie jego. To na
jego rozkaz zabili mnie i spalili świątynię. Mówię o starożytnej
religii. Kulcie Światła. Wielkiego Słońca.
Saeng odskoczyła raptownie od skraju bagna. Po raz pierwszy coś, co
usłyszała od któregoś z duchów, wniknęło głęboko w jej serce.
U jej boku pojawił się Hanu.
-?Co to jest? -?zapytał.
Saeng uniosła dłoń do gardła.
-?Duch -?zdołała wykrztusić. Na starożytnych! Czyżby matka od początku
miała rację? -?To kobieta, która podaje się za kapłankę starej wiary.
Jej brat machnął lekceważąco ręką.
-?Której? One mnożą się jak muchy.
Saeng wpatrywała się w niego nieustępliwie, aż wreszcie ściągnął brwi.
-?Nie... -?wydyszał, ale jego siostra skinęła z przekonaniem głową.
-?Tej, o której ciągle mówi matka...?
-?Tej samej wiary, która płynie w naszej krwi -?dobiegł zza jej pleców
głos cienia i Saeng znowu podskoczyła. Zwróciła się w stronę kobiety.
-?Co chcesz przez to powiedzieć?
-?Kto to jest? -?zapytał Hanu, rozglądając się wkoło.
Duch uniósł rękę, wskazując na dżunglę.
-?A teraz nadchodzi dla ciebie czas próby. Czas podjęcia decyzji.
Pamiętaj o wszystkim, czego cię nauczono.
Saeng spojrzała ze zdumieniem na kobietę.
-?Słucham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?
Kobieta splotła przed sobą dłonie. Saeng miała wrażenie, że patrzy na
nią jak na własną córkę.
-?Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?
-?Co to jest? -?wyszeptał Hanu, nie dając za wygraną.
-?Wezwano?
Cień rozproszył się już niczym dym. Zwróciła się w stronę brata.
-?Sugerowała, że coś się zbliża.
Zmarszczył brwi, zastanawiając się.
-?Zbliża się Dzień Wyboru -?stwierdził.
Oczywiście. Dzień Wyboru. Jej serce zawahało się nagle, jakby ktoś
spróbował zacisnąć na nim dłoń.
-?Nie możesz tam iść.
Żachnął się na te słowa.
-?To obowiązkowe, Saeng. Jeśli się nie zjawię, aresztują nas wszystkich.
Na starożytnych, wszyscy nasi sąsiedzi postarają się o to!
Saeng rozumiała go. Prawda nie była przyjemna, ale lepiej, żeby wybrano
kogoś z innej rodziny niż któregoś z nich.
* * *
Miesiąc później przez ich prowincję przeszedł orszak sprawujących władzę
taumaturgów. W końcu reprezentant dotarł nawet do ich pozbawionej
znaczenia wioski. Podróżował w wielkiej lektyce z lakierowanego drewna,
wyposażonej w białe, jedwabne zasłony. Eskortowało go dwudziestu
żołnierzy.
Saeng stała obok matki w tłumie wieśniaków poganianych ostrymi ukłuciami
kijów żołnierzy. Mężczyźni w odpowiednim wieku ustawili się po drugiej
stronie. Bała się o Hanu, ale tylko trochę, minęło bowiem wiele lat,
odkąd ostatnio wybrano jednego z synów wioski.
Lektykę postawiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny
strój -?wiele warstw jedwabiu barwy najgłębszego morskiego błękitu oraz
złotych kwiatów. Był niski i nieco grubawy. Dzierżył jednak
wszechpotężną buławę z kości słoniowej, symbol swego urzędu. Trzymał ją
niedbale w upierścienionej dłoni i podrzucał od czasu do czasu.
Saeng przyszło na myśl, że znudził się swoją pracą i po prostu odbębnia
zlecone zadania. Wypełniła ją gorejąca nienawiść do niego, zapewne
równie silna, jak jego nienawiść do ich rozpaczliwej nędzy, tanich,
zabłoconych łachmanów oraz odpowiedzialności, która odciągała go od
spiskowania w stolicy, każąc mu podróżować do samego serca kraju.
Pobieżnie przyjrzał się zgromadzonym mężczyznom, po czym wrócił do
chłodnego wnętrza lektyki.
Saeng odetchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich.
Budzący lęk odlegli władcy raz jeszcze odwiedzili wioskę, odebrali
należne podatki oraz dary, przyjrzeli się miejscowym mężczyznom i ruszyli w dalszą drogę, by wrócić dopiero wtedy, gdy koło ich
nieszczęsnego losu wykona kolejny coroczny obrót.
Ale przedstawiciel władzy zatrzymał się nagle. Uniósł buławę i dotknął
barku, tuż obok fałd tłuszczu pokrywających wygolony kark. Następnie
wrócił do zgromadzonych mężczyzn i raz jeszcze przeszedł powoli wzdłuż
szeregu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzymał się. Okuta złotem buława z kości
słoniowej podskakiwała na jego ramieniu. Pochylił się ku starszemu bratu
Saeng, jakby go obwąchiwał. Nagle zatoczył się do tyłu niczym uderzony.
Odwrócił głowę i jego czarne oczy przesunęły się po zgromadzonych
wieśniakach. Spojrzał również na Saeng. Potem jego obwisłe policzki
rozciągnęły się w pełnym okrutnej satysfakcji uśmiechu i dotknął buławą
piersi Hanu. Ich matka zatoczyła się z krzykiem do przodu, ale Saeng w porę złapała ją za rękę.
Hanu skierował na nią zdumione spojrzenie. Gapił się na siostrę, gdy
żołnierze wiązali mu ręce, i nie odzywał się ani słowem, dopóki nie
pogonili go naprzód. Potem obejrzał się przez ramię.
-?Nie martw się! -?zawołał. -?Będę cię chronił! Przysięgam! Przysięgam!
-?wołał raz po raz, aż żołnierze zaczęli szarpać go za więzy.
Matka płakała w jej ramionach, ale Saeng nie odwracała wzroku od brata i prowadzących go żołnierzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg,
kimkolwiek mógł być -?z pewnością jakimś drobnym biurokratą ze
sprawującej władzę elity -?wrócił do lektyki. Dziewczyna w końcu
straciła brata z oczu. Zniknął razem z całą kolumną w gęstym listowiu,
jakby dżungla połknęła go w całości.
W tej samej chwili, nadal podtrzymując zrozpaczoną matkę, poprzysięgła
zemstę na nich wszystkich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi,
którą ściągali z jej ludu. Kim byli, żeby stawiać takie żądania?
Powodować tak wiele cierpień i nieszczęść?
Sprawi, że spłoną. Przysięgła, że tak się stanie.
Cały czas słyszała też jednak cichszy głos wyszeptujący podejrzenie,
które paliło jej duszę niczym kwas.
Nie wybraliby go, gdyby nie zaklęcia, które na niego rzuciłaś. Czyż to
wszystko nie jest twoją winą?
* * *
Blask akurat była w porcie, gdy do jednego z nabrzeży w Przystani
dowlókł się sfatygowany statek. Wyczuła, że jest w nim coś dziwnego,
choć nie władała magią i nie miała dostępu do żadnej groty. Była jednak
Zaprzysiężoną z Karmazynowej Gwardii i przed ponad stu laty ślubowała,
że nie zaprzestanie walki z Imperium Malazańskim, dopóki będzie
istniało. Z upływem lat odnosiła coraz silniejsze wrażenie, że te śluby
dały jej nadnaturalne zdolności postrzegania i nadludzką siłę. Wyczuwała
teraz rzeczy dawniej znajdujące się poza zasięgiem jej zmysłów. Na
przykład ten skromny dwumasztowiec, czy raczej jego pasażerowie. Coś tam
się kryło. To nie byli zwyczajni przybrzeżni kupcy, którzy zgubili
drogę, albo rybacy, których zniosło z kursu. Po pokładzie tego statku
kroczyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzuconą na
spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.
Z pewnością byli to cudzoziemcy, ale nie potrafiła określić ich
pochodzenia. Mieli proste, czarne jak noc włosy i przysadzistą budowę.
Niewiele przerastali ją wzrostem, choć była bardzo drobna. Byli też
ciemnoskórzy -?od jasnoorzechowej barwy aż po głęboki kolor spalonej
słońcem ziemi. Statek nie miał żadnych znaków ani godeł. Nie można było
wątpić, że ma za sobą bardzo trudny rejs. Załoga zajęła się
przygotowaniami do przybicia do brzegu. Choć Blask nie wiedziała zbyt
wiele o żeglarstwie, miała wrażenie, że marynarzy powinno być
zdecydowanie więcej. Chłopaki i dziewczyny kręcące się po porcie łapały
rzucone cumy i pomagały rozwinąć trap z drewna oraz sznurów.
Pierwsza na ląd zeszła kobieta o uderzającym wyglądzie. Była jeszcze
niższa od Blask i boleśnie chuda. Włosy otaczały jej głowę wielką,
czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suknię zakrywającą stopy. Na
ramionach nosiła coś w rodzaju opasek, z których zwisały błyszczące
amulety i talizmany. Więcej podobnych przedmiotów nosiła na licznych
rzemieniach otaczających szyję -?las grzechoczących błyskotek.
Omiotła Blask sceptycznym spojrzeniem i oznajmiła:
-?Nie jesteś urzędnikiem portowym.
Mówiła po taliańsku całkiem nieźle.
-?A ty nie jesteś kapitanem statku.
Na trapie pojawiła się kolejna postać, natychmiast odciągając uwagę
Blask od kobiety -?bardzo wysoki mężczyzna w licznych koszulach
nałożonych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On również był
ciemnoskóry, jak kobieta -?skóra barwy żelaznego drewna, jak u mieszkańców Itko Kan, a nie prawdziwa dalhońska czerń. Długie włosy
upiął na szczycie głowy jakąś wyrzeźbioną z kamienia zapinką. Grube
deski trapu uginały się i skrzypiały pod jego ciężarem.
-?To jedna z nich -?mruknął, przyjrzawszy się z uwagą Blask.
Nie dostrzegała w jego oczach wyzwania, ale coś w nich ją niepokoiło.
Ich tęczówki lśniły jak posypane złotym pyłem.
W oczach kobiety nagle pojawiła się ostrożność.
-?Ach. Teraz rozumiem. Dałam się nabrać... sądziłam, że nikt z Isturé nie
chciałby się pojawić w tak... niedbałym stroju.
Blask zmarszczyła brwi. Nie tylko dlatego, że mówiono o niej, jakby nie
stała tuż obok dwojga cudzoziemców. To słowo... dlaczego podrażniło ją,
jakby przeciągnięto jej po plecach tępym nożem.
Jednakże Blues wyjechał na północ i teraz ona pełniła obowiązki
gubernatora. Pochyliła uprzejmie głowę.
-?Wybaczcie, ale nie rozumiem. Co znaczy to słowo, którego użyłaś?
-?Isturé. Tak nazywają was w naszej krainie.
-?Nas?
-?Zaprzysiężonych -?odparła tamta, nawet nie próbując ukrywać niesmaku.
-?To znaczy w przybliżeniu "nieśmiertelny bies".
Blask cofnęła się o krok. Jej dłoń odruchowo powędrowała do noża, który
miała za pasem.
-?Czego tu szukacie?
Kobieta rozpostarła dłonie w przepraszającym geście.
-?Wybacz moją nadmierną nerwowość. Zlecono mi zadanie, którego podejmuję
się z niechęcią. Przybywamy z ofertą dla waszej Karmazynowej Gwardii.
Blask rozluźniła się nieco. Marynarze wspinali się na olinowanie, by
przygotować statek do koniecznych napraw. Nie nosili butów, a podeszwy
ich stóp były czarne od smoły.
-?Ofertą? -?powtórzyła z niedowierzaniem w głosie. -?A co to za oferta?
-?Propozycja zatrudnienia.
Wreszcie zrozumiała. Potrząsnęła głową.
-?Obecnie nie przyjmujemy kontraktów.
-?Być może powinien o tym zdecydować wasz dowódca. K'azz.
-?Obecnie... nie spotyka się z potencjalnymi zleceniodawcami.
-?Z nami się spotka.
-?Bardzo w to...
-?Czy w tej wiosce jest jakaś gospoda albo zajazd?
Karmazynowa Gwardzistka zazgrzytała zębami, zła, że jej przerwano.
-?Może lepiej by było, gdybyście zostali na pokładzie.
-?Nie sądzę. Mam już serdecznie dość załogi. I oni mnie też.
To przynajmniej potrafię zrozumieć.
-?Skoro nalegasz. -?Skinęła dłonią, zapraszając dwoje cudzoziemców do
pójścia za nią. -?Mamy tu gospodę z kilkoma skromnymi pokojami... ale nie
mogę zagwarantować, że was przyjmą.
Kobieta uśmiechnęła się niczym wilk, odsłaniając ostre jak igły zęby
barwy kości słoniowej.
-?Płacimy dobrym złotem, a oberżyści wszędzie są tacy sami.
Gdy wspinali się na łagodny stok, zmierzając do osady, Blask
przedstawiła się przybyszom.
-?Jestem Rutana -?odpowiedziała kobieta. -?A to jest Nagal -?dodała,
wskazując na podążającego za nimi powoli mężczyznę.
-?Skąd przybywacie?
Parsknęła śmiechem.
-?Z krainy, która leży niedaleko stąd, ale z pewnością nigdy o niej nie
słyszałaś.
Już od dawna nikt nie nadużywał tak bardzo cierpliwości Blask.
-?Przekonajmy się -?zdołała odpowiedzieć spokojnie.
-?Proszę bardzo. Niektórzy znają naszą ojczyznę jako Jacuruku.
Pomimo irytacji Blask była pod wrażeniem.
-?Znam tę nazwę. Nigdy tam nie byłam, ale K'azz był.
-?Tak mi powiedziano. Przekażesz K'azzowi naszą wiadomość.
Irytacja Blask ustąpiła miejsca zdumieniu nieprawdopodobną bezczelnością
kobiety.
-?Tak? -?zapytała. -?Niby dlaczego?
-?Zrobisz to -?odparła Rutana.
-?A jak brzmi ta wiadomość?
Kobieta się zatrzymała. Łypnęła ze złością na Blask, jakby dopiero teraz
zauważyła ton jej głosu. Zacisnęła mocniej rzemyki otaczające jej lewe
ramię i skrzywiła się, być może czując nagły ból w starej ranie.
Karmazynowa Gwardzistka dostrzegła, że zwisające z rzemienia amulety są
trójkątnymi pudełeczkami. W każdym z nich znajdowała się maleńka
figurka.
-?Na nasze ziemie wtargnął Oprawca -?wydusiła kobieta. -?Powtórz mu to,
Isturé. Klątwa zwana Oprawcą przybyła do naszej krainy.
* * *
Później Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby porozmawiać o nowych
przybyszach. Gwynn jak zwykle miał ponurą i kwaśną minę, był ubrany na
czarno, rzadko się odzywał, a jeszcze rzadziej uśmiechał. Białe włosy,
które niedawno mu wyrosły, sterczały na wszystkie strony. Blask z łatwością mogła sobie wyobrazić, że spędza wolny czas, siedząc sztywno i wpatrując się w ciemność, jakby sam czuwał przy własnych zwłokach. Druga
z magów z jej kompanii, Lor-Sinn, nadal czuła się wyraźnie skrępowana,
siedząc obok Blask na krzesłach zwykle zajętych przez Bluesa, Palczaka,
Shell albo Dymka, który opuścił ich niedawno. Blask miała teraz okazję
przyjrzeć się jej uważniej i zorientowała się, że kobieta powoli, lecz
nieustannie traci pulchne kształty, które przyciągały uwagę wielu
mężczyzn z kompanii.
Służący przynieśli zupę i Blask spojrzała na Lor.
-?Nadal próbujesz skontaktować się z Czwartą w Assail?
-?Tak jest, komendancie.
-?Mów mi Blask.
-?Hmm... tak, Blask. -?Pochyliła się nad blatem. Zawsze lubiła rozmawiać o swojej pracy. -?Ostatnio w zeszłym tygodniu. Mogłabym znowu spróbować
otworzyć portal, jeśli sobie życzysz...
-?Wolę nie ryzykować, Lor. Nie do Assail. Za wcześnie na tak drastyczne
kroki. -?Przeniosła spojrzenie na Gwynna. -?A co z naszymi przyjaciółmi
z Pierwszej?
Ponury nastrój maga pogłębiał się z każdą chwilą. Wpatrywał się w zupę,
jakby miał przed sobą coś nierozpoznawalnego.
-?Nasi goście twierdzą, że nadal są na Jacuruku, komendancie.
-?Proszę, wystarczy Blask.
Gwynn pochylił głowę, a potem odłożył sztućce, jakby nagle zmienił
zdanie, i wsparł podbródek na pięściach.
-?Ta Rutana jest służką starożytnej Ardaty, zwanej przez niektórych
Królową Czarownic.
Blask skinęła głową i skosztowała zupy. Była smaczna. Odłożyła łyżkę.
Służący postawili przed nimi drugie danie -?pieczone dzikie ptactwo.
Wciągnęła w płuca jego zapach, a potem wyprostowała się i spojrzała w błyszczące, nieruchome oczy Gwynna.
-?Niemniej zapewniasz mnie, że są wrogami Oprawcy.
-?Bo są.
-?Co próbujesz mi powiedzieć?
-?Chcą nas wciągnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komendancie, i widziałem
ją na własne oczy. Stanowczo odradzam angażowanie się w ten konflikt.
-?Rozumiem. Dziękuję za szczerą opinię. -?Przeniosła spojrzenie na Lor.
-?A ty?
Użytkowniczka magii wzruszyła nadal krągłymi ramionami.
-?To kwestia akademicka. Nikt nie wie, w której części kontynentu
przebywa K'azz.
Blask spojrzała na małego pieczonego ptaka i skubnęła kawałek skórki.
-?Wyślę wiadomość przez naszych nieżyjących Braciszków. Znajdą go.
-?Ale może nie raczyć odpowiedzieć -?zauważył Gwynn.
To było nieco zbyt szczere, pomyślała Blask, zaciskając w irytacji usta.
-?Przekonamy się.
* * *
Znacznie później stanęła pośrodku swego apartamentu. Komnaty były kiedyś
własnością członków dynastii, przed przybyciem Karmazynowej Gwardii
władającej tą prowincją jako jednym z małych królestw Stratemu.
Oficjalnie należały do Bluesa, gdyż to on piastował obecnie rotacyjne
stanowisko gubernatora, a gdyby K'azz ich odwiedził, przypadłyby jemu.
Nie miało jednak znaczenia, który z Zaprzysiężonych aktualnie tu
mieszka. Umeblowanie było skromne -?prycza do spania i biurko do pracy.
To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w którym Blask trzymała zbroję.
Biczomiecz wisiał w głównym korytarzu na dole.
Przyglądała się ścianom z ciosanego kamienia oraz zakurzonym gobelinom z czasów dawnej dynastii, nadal butwiejącym na ścianach w miejscach, gdzie
zastała je Gwardia, ale jej myśli ciągle wracały do irytującej kolacji.
Nie chodziło o Gwynna i jego nieprzyjemne maniery, lecz o nieobecność
K'azza. Ich dowódca czegoś unikał i ten fakt skłaniał ją do
zastanowienia. W chwilach gdy nadal dopadały ją resztki próżności,
wyobrażała sobie, że to jej unika, ale w innych momentach przeklinała go
za ucieczkę przed odpowiedzialnością. Budowa jednolitego państwa od
podstaw była bardzo trudnym zadaniem. Należało pilnować dróg, budować
mosty i planować budowę nowych osad. Nie można było pozwolić, by o takich sprawach decydował ślepy przypadek. A K'azz zniknął, zostawiając
to nudne zadanie innym. Podobny brak odpowiedzialności znacznie
pogorszył jej opinię o nim. Otrząsnęła się, wpatrując się w mrok z zasępioną miną. Tak czy inaczej trzeba się będzie z nim skontaktować.
Przywołała Braciszków.
Po chwili w pomieszczeniu pojawiła się mglista sylwetka o krzywych
nogach. Prawa ręka zjawy kończyła się na wysokości łokcia. To był
Przechył, mistrz oblężeń. Stracili go niedawno. Cień pochylił nieco
głowę.
-?Blask -?wydyszał.
Zdziwiła się, słysząc wypowiedziane na głos słowo.
-?Mam wiadomość dla K'azza, Przechył.
-?Mogę ją dostarczyć -?wycedził cień starego mężczyzny. -?Ale nie
gwarantuję, że odpowie.
-?Rozumiem. Przybyli do nas goście z Jacuruku. Ponownie odwiedził ich
Oprawca i zdają się sugerować, że to my ponosimy za to odpowiedzialność.
-?Wyczuliśmy tych dwoje -?wyszeptał Przechył. -?Ledwie można zwać ich
ludźmi.
Zasępiła się, usłyszawszy te słowa.
-?Przekażesz wiadomość?
-?Jasne. Już się za to biorę. Cieszę się, że mogłem cię zobaczyć,
Blask.
Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otworzyć, żeby wyjść. Przeniknął
jednak bez przeszkód przez grubo ciosane deski, zostawiając za sobą
chmurę kurzu opadającego powoli na podłogę.
Zdziwiona Blask uklękła, dotknęła dłonią pyłu, a potem wyprostowała się
i przyjrzała własnym palcom. Można by niemal pomyśleć, że Przechył nadal
żyje. Nigdy dotąd nie widziała, by wokół sylwetki któregoś z Braciszków
zbierał się kurz. Ale z drugiej strony często występował jako rzecznik
poległych Zaprzysiężonych. Strzepnęła kurz z dłoni i wróciła za biurko.
* * *
Szczerze mówiąc, nie liczyła na odpowiedź. K'azz wyłączył ze Ślubów
Oprawcę i tych, którzy opowiedzieli się po jego stronie. Już przed ponad
rokiem wykluczył ich z szeregów Gwardii. Oprawca osobiście odpowiadał za
swoje czyny, a kompania nie miała z nimi nic wspólnego... bez względu na
to, co mieliby twierdzić inni. Goście mogli tu sobie czekać, jak długo
zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następnych dni ignorowała ich,
jednocześnie aprobując wszystkie prośby miejscowych kupców o pokrycie
kosztów naprawy statku.
Dlatego cztery dni później poczuła się zaskoczona, gdy Ogilvy, jeden z regularnych żołnierzy, rekrut z Trzeciego Zaciągu, zapukał do jej drzwi
i wszedł do środka, unosząc pokrytą bliznami, poobijaną dłoń do
naznaczonego równie wieloma szramami bezwłosego czoła.
K'azz, pani -?oznajmił ochrypłym głosem i pokłonił się jej, jakby była
szlachetnie urodzona.
Wielokrotnie powtarzała mu, że wystarczy zasalutować, ale te maniery
najwyraźniej głęboko zapisały się w jego jaźni. Kłaniał się jej nisko i tytułował ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po
prostu musiała się do tego przyzwyczaić.
Skinęła głową i odesłała go, po czym odłożyła gęsie pióro i wstała od
biurka, by zejść na dół. Zatrzymała się na moment przed lustrem z polerowanego brązu i przyjrzała swemu odbiciu. Niska smagła kobieta o długich, czarnych włosach splecionych w warkocz. Tak się składało, że
miała na sobie długą suknię z brokatu, z rozcięciami i obszytą koronką
na bokach. Była ciasna na górze i w rękawach, rozszerzających się
dopiero przy nadgarstkach. Nie zastanawiała się nad tym przedtem, ale
rezygnacja ze skórzanej kurty i aketonu świadczyła, że raczej poważnie
traktuje swą rolę pełniącej obowiązki gubernatora.
Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziewczyno. Nos spłaszczony jak u karczemnej dziewki wdającej się w bijatyki i w dodatku te cholernie
cienkie wargi.
Skrzywiła się z niezadowoleniem.
Ale przynajmniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.
Zresztą kogo to obchodziło? Otworzyła drzwi, złapała zawieszony na kołku
sztylet w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na
dół krętymi schodami.
* * *
Znalazła go, gdy głaskał jednego ze swych kilku wierzchowców. Skórzany
strój miał brudny po podróży, a wysokie mokasyny ciasno opięte wokół
kolan. Rozczochrane włosy opadały mu na plecy i widziało się w nich
pasemka siwizny. Odwrócił się, zanim zdążyła do niego podejść.
Zatrzymała się. Po raz kolejny przeżyła szok na jego widok. Pamiętała go
jako młodego mężczyznę, a teraz był stary. Z pewnością miał za sobą
trudne czasy, bo jeszcze bardziej stracił na wadze. Oczy o bystrym
wyrazie były zapadnięte, a wydatne kości policzkowe wydawały się ostre
jak noże. Zapuścił brodę, również upstrzoną plamkami siwizny.
Jest stary. Postarzał się przedwcześnie. Przedwcześnie? Wszyscy jesteśmy
starzy, dziewczyno! Masz ponad sto dwadzieścia lat!
Otrząsnęła się, podeszła bliżej, ujęła jego chłodne dłonie i ucałowała
go w oba policzki.
-?Witaj! Co się z tobą działo?
-?Szukałem dróg prowadzących do jeziora Jorrick.
-?Naprawdę zamierzasz je nazwać na jego cześć?
Uśmiechnął się.
-?Czemu by nie? W Genabackis uważają go za bohatera.
-?Hmm... pewnie tak. Zostaniesz tu na dłużej?
Błyszczące oczy, do tej pory wpatrujące się w nią uważnie, przesunęły
się w bok.
-?Być może. Wybacz, że zwaliłem ci na głowę całą papierkową robotę.
-?Nie mnie, tylko Bluesowi.
-?Ach! Nic dziwnego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wieści?
-?Być może dotarli już do Korelu.
-?Zostało im tylko odnaleźć Kratę i uwolnić go ze Sztormowego Muru. O ile to rzeczywiście on. Wkrótce powinni wrócić.
-?Powinnam była pójść z nimi. -?Blues sobie poradzi. Jest najlepszy z nas. -?Brakuje mi go. Ciebie też mi brakowało...
Na ogorzałej od wiatru skórze wokół oczu mężczyzny pojawiły się
zmarszczki. K'azz opuścił wzrok.
-?Mnie również brakowało was wszystkich. Co z tymi gośćmi?
Blask ruszyła ku otwartej bramie fortecy.
-?Gwynn mówi, że to słudzy Ardaty.
K'azz szedł u jej boku, splatając dłonie za plecami.
-?Tak. Wyczuwam ich obecność. Z pewnością zaliczają się do
najpotężniejszych. W ten sposób przekazuje nam, że traktuje swą
wiadomość bardzo poważnie. Niestety nie możemy spełnić jej życzenia...
-?Tak im powiedziałam. -?Ale chcą to usłyszeć ode mnie. -?Tak. -?Dlatego
tu przybyłem...
Spojrzenie Blask padło na krętą, wysypaną żwirem drogę wiodącą do
miasteczka.
A kiedy odejdą, ty również nas opuścisz? Wrócisz na pustkowia? Nie
martwisz się tym, jakie skutki mogą wywołać tak długie okresy twojej
nieobecności? Plotkami i niepokojem? Nie wśród Zaprzysiężonych,
oczywiście, ale co z regularnymi żołnierzami i cywilami? Niektórzy
twierdzą nawet, że dawno już umarłeś, a my po prostu sprawujemy władzę w twoim imieniu.
Niemniej w dawnych dniach często rozpuszczali fałszywe pogłoski o jego
obecności bądź zniknięciu... Blues i inni nawet przebierali się czasem
za niego... wszystko to miało stanowić zabezpieczenie przed nieustanną
groźbą ze strony cholernych skrytobójców ze Szponu...
Zatrzymała się nagle, uświadamiając sobie, że już dotarli do miasteczka.
Długa droga w dół klifów minęła jej w mgnieniu oka. Najwyraźniej przez
cały czas nie odzywali się ani słowem.
Przed nimi, na głównej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pewnością
obie strony równie dobrze wyczuwały swą bliskość. Wysoki mężczyzna,
Nagal, musiał się pochylić, żeby zmieścić się w niskim wejściu. Z okien
i otwartych drzwi wychylali się ciekawscy tubylcy, obserwujący
zmierzające ku sobie pary. Blask zauważyła, że żadne z ich czwórki nie
ma broni dłuższej niż sztylet. Czyżby to była celowa ostrożność?
Ciemnoskóra kobieta pokłoniła się płytko z cichym grzechotem lasu
amuletów opadających jej na piersi. K'azz odwzajemnił ukłon.
-?Witaj, diuku D'Avore -?rzekła. -?Czy może jesteś księciem? -?Nosiłem
wiele tytułów -?odparł ze spokojem. -?Ale sugeruję ten, z którego jestem
najbardziej dumny. Dowódca.
-?Jak sobie życzysz... dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.
Wysoki mężczyzna, który sprawiał wrażenie, że cały czas uśmiecha się
skrycie, również się ukłonił.
-?Witajcie w Stratemie. W czym możemy wam pomóc?
-?Dostałeś moją wiadomość -?warknęła. -?Powinieneś znać odpowiedź na
to pytanie. Twój wasal, Oprawca, wrócił do Jacuruku i chce zacząć wojnę
przeciwko nam. Masz obowiązek pomóc nam uwolnić się od niego.
-?Nie jest już moim wasalem i nie odpowiadam za jego czyny.
Kobieta nie dała się powstrzymać. Uniosła podbródek i wykrzywiła usta w jeszcze bardziej skwaszonym grymasie.
-?A co z reparacjami za zbrodnie, które popełnił na naszych ziemiach,
kiedy jeszcze nim był? -?zapytała. -?Wyeliminowanie go mogłoby pokryć
ten dług!
Po raz kolejny Blask zatkało na widok bezczelności Rutany.
Bogowie na górze! Przebywa w krainie, którą włada K'azz, i oskarża go o zbrodnie popełnione przez kogoś innego daleko stąd!
Tego nie sposób było tolerować. Na miejscu K'azza natychmiast kazałaby
jej odejść.
Jego cierpliwość zdawała się jednak niewyczerpana. Przechylił tylko
głowę, jakby chciał przyjrzeć się Rutanie pod wszystkimi możliwymi
kątami. Potem zmarszczył w zamyśleniu brwi.
-?Rutana, przychodzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierwszy przybył
na Jacuruku, został wasalem twojej pani. Czyż nie tak?
Kobieta szarpnęła gwałtownie za rzemienie na ramionach. Jej twarz
pociemniała z wściekłości. Po chwili zapanowała nad emocjami w wystarczającym stopniu, żeby odpowiedzieć.
-?Nie zawarto formalnej ugody. Przez pewien czas oboje tylko
współpracowali ze sobą.
K'azz wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że uważa ten temat za
zamknięty.
-?Tak czy inaczej Oprawca już dawno ruszył własną drogą i nie mogę
odpowiadać za jego poczynania.
-?Ale Śluby nadal go podtrzymują -?odezwał się niespodziewanie Nagal
cichym, melodyjnym głosem. -?Twoje Śluby, K'azz.
Na twarzy księcia pojawił się grymas bólu.
-?Odebrałbym mu tę moc, gdyby leżało to w moich możliwościach -?odparł z wyraźnymi wysiłkiem. -?Wyłączyłem go ze Ślubów.
-?To za mało -?nie ustępował Nagal. -?Nadal go obejmują. Nasza pani zna
ich tajemnicę. Czy nie jesteś ciekawy, K'azz?
Blask ogarnął głęboki niepokój. Za pośrednictwem tych dwóch sług
wyczuwała dotykający ich wpływ Ardaty, pani wszystkich czarownic.
Zrobiło się jej niedobrze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je
splugawiło. Widziała, że K'azzem wstrząsnęło to, co można było
zinterpretować tylko jako dotknięcie Ascendentu proponującego, że zbada
coś, co stanowiło podstawę jego tożsamości.
-?Nie kwestionuję mądrości ani mocy waszej pani -?zaczął ostrożnie. -
Być może w przyszłości skorzystam z jej szczodrej oferty. -?Pochylił
głowę, nie odrywając spojrzenia od dwojga gości. -?Ale na razie życzę
wam bezpiecznego powrotu do domu.
Odwrócił się i oddalił sztywnym krokiem. Blask podążyła za nim tyłem,
cały czas wpatrując się w Rutanę i Nagala.
-?Tak jest, w przyszłości! -?zawołał wysoki mężczyzna. -?Czasu z pewnością nam nie zabraknie.
K'azz zatrzymał się na moment, ale ponownie ruszył przed siebie.
-?Jest jeszcze jedno! -?zawołała Rutana.
Dowódca Karmazynowej Gwardii odwrócił się z westchnieniem.
-?Słucham?
-?Ponieważ nie jesteś skłonny do współpracy, moja pani pozwoliła mi
ujawnić jeszcze jeden fakt.
-?Tak?
-?Wiesz, że posiada moc jasnowidzącej i prorokini. Przewidziała, że
wkrótce dojdzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K'azz? Czy
można do tego dopuścić?
W pierwszej chwili to niejasne ostrzeżenie nic nie znaczyło dla Blask.
Potem przypomniała sobie, gdzie słyszała tę dziwną nazwę. Tam właśnie
uwięziono K'azza, gdy przebywał na ziemiach Jacuruku. Natychmiast
skierowała na niego spojrzenie i zdumiał ją widok jego reakcji. Twarz
dowódcy zrobiła się biała jak kreda. Pochylił wyraźnie ramiona, jakby
dźwigał na nich brzemię. Pokręcił głową.
-?To się nie może wydarzyć -?wychrypiał z wysiłkiem.
Rutana uśmiechnęła się triumfalnie.
-?W tej sprawie moja pani zgadza się z tobą, książę.
-?Osiągnęłaś swój cel, czarownico. -?Spojrzał na Blask. -?Wezwij
Zaprzysiężonych. Wyruszam do Jacuruku -?oznajmił i oddalił się.
Blask śledziła go zdumionym spojrzeniem. Tak po prostu? Jedna niejasna
groźba, informacja, czy co tam właściwie to było, i już się zgodził?
Zerknęła na dwójkę gości, ale ignorowali ją, wlepiając chciwe spojrzenia
w sztywną jak kij sylwetkę K'azza wlekącego się z wysiłkiem przed
siebie.
* * *
Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzytem drewna drapiącego
piasek. Stojący na przodzie kapitan rozejrzał się po wydmach i karłowatej roślinności ciągnącej się w głąb lądu. Załoga i wojownicy
czekali na jego rozkazy. Choć był okrutny i brutalny, poprowadził ich do
wielu udanych ataków i ufali jego przywództwu na wojnie. Jego szary
kolczy płaszcz, podarty i wystrzępiony, opadał na deski pokładu, a włosy
oraz broda również były długie, siwe i rozczochrane. Niektórzy zwali go
Szarym Duchem, ale tylko najcichszym szeptem. Sam wolał tytuł wodza
wojennego.
Przeskoczył przez burtę z dzikim wrzaskiem i wylądował w płytkiej
wodzie. Jego ludzie podążyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któregoś
z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Scarza. Niektórzy
szeptali, że w żyłach potężnie zbudowanego wojownika płynie spora
domieszka krwi Trellów. Podszedł teraz do wodza wojennego, zauważając,
że rdza z noszonej przez niego zbroi zostawia w wodzie czerwony ślad,
wyglądający jak plama krwi.
-?Ziemia się nie zatrzęsła, Scarza -?zauważył wódz wojenny, osłaniając
oczy przed słońcem i spoglądając na porośnięty karłowatą roślinnością
obszar. -?Nie zadęto w trąby. Nie nadszedł koniec świata.
-?O czym mówisz, wodzu wojenny?
Mężczyzna skierował na niego spojrzenie starych, pożółkłych oczu, ale
zaraz je odwrócił.
-?O niczym, mój drogi Scarza... po prostu minęło bardzo wiele lat, odkąd
ostatnio chodziłem po tym brzegu.
-?A czego mamy dokonać w tej ponurej krainie, budzącej we mnie bolesne
wspomnienie ojczyzny?
Wódz wojenny uśmiechnął się. Bruzdy przecinające jego starą twarz
pogłębiły się jeszcze. Najwyraźniej odpowiadało mu zgryźliwe poczucie
humoru jego zastępcy.
-?Nie chodzi mi o te ziemie, Scarza. Interesuje mnie sąsiednie
królestwo. Władający nim butni magowie popadli w samozadowolenie.
Każą się tytułować wielkimi alchemikami i teurgami. Tutaj natomiast
znajdziemy bandy obdartusów, żyjących z łupienia taumaturgów. Weźmiemy
ich pod swoje skrzydła i pokażemy, jakie korzyści może im przynieść
zorganizowana kampania.
-?Masz na myśli śmierć?
Chudy mężczyzna opuścił kąciki ust, jakby w wyrazie lekkiej dezaprobaty.
-?Z czasem tak -?przyznał.
Wódz wojenny spojrzał w stronę morza. Wszystkie dziesięć statków
łupieżców przybiło już do brzegu.
-?Na razie roześlij zwiadowców, wyładuj wszystko i rozmontuj statki.
Będziemy potrzebowali drewna.
Scarza ukłonił się mu.
-?Już się robi, wodzu wojenny.
Posiwiały mężczyzna ponownie skierował uwagę w głąb lądu.
-?Wróciłem, cholerny kręgu magów -?wydyszał. -?I co teraz zrobicie? Tak
jest... co zrobicie?
Rozdział I
Gdy wróciłem ze swych wędrówek, przywitał mnie głos starego przyjaciela.
To było na długiej darudżystańskiej ulicy zwanej Drogą Trzeciego
Poziomu. Złapał mnie nagle za rękę i zapytał:
-?Skoro wróciłeś, zgodnie z zapewnieniem Osserca, powiedz mi, gdy jak za
dawnych lat będziemy szli tą ulicą ku kwitnącym sadom, co cię skłoniło
do wyruszenia w tak długą podróż na Pustkowia Świata?
Chanat D'argatty
Podróże D'argatty'ego
Saeng poruszała tłuczkiem w moździerzu, przygotowując sos na południowy
posiłek. Wrzuciła do niego orzechy, młode raki, zieleninę i różne
rodzaje pieprzu. Miała to potem zmieszać z kawałkami niedojrzałej papai,
żeby zrobić sałatkę. Klęczała pochylona nad wielkim kamiennym
moździerzem, a jej muskularne przedramiona poruszały się nieustannie.
Długie, czarne włosy lepiące się do czoła odsuwała na bok grzbietem
dłoni.
W całej wiosce wszystkie kobiety w jej wieku wykonywały teraz w chatach
te same obowiązki, ale istniała jedna zasadnicza różnica. One
przygotowywały posiłek dla mężów i dzieci, a ona zajmowała się kuchnią i sprzątała dom tylko dla siebie i swej starej matki, która, ku wielkiej
irytacji dziewczyny, nigdy nie przepuszczała okazji do krytykowania jej
wysiłków i głośnego zastanawiania się nad tym, dlaczego jej córka jest
na najlepszej drodze do zostania starą panną.
Czemu miałoby być inaczej, mamo? Głośno wyrażałaś pogardę dla wszystkich
religijnych obrzędów odprawianych przez naszych sąsiadów, twierdząc, że
to gówno warte przesądy, ich domowe kapliczki nazywałaś fałszywymi
bożkami, a ich wiarę przejawem dziecinnej ignorancji. Nic dziwnego, że
ojciec gdzieś przepadł, a wszyscy w wiosce uważają nas za pariasów.
Położyła posiłek na dwóch liściach bananowca, a potem usiadła ze
skrzyżowanymi nogami i zmarszczyła brwi. Jej zachowanie również nie
pomagało. Wszyscy nazywali ją czarownicą. Służką Matki Nocy, Ardaty.
Zdarzało się, że niektórzy prosili ją potajemnie o rzucenie klątwy na
rywala albo spowodowanie śmierci bawołu sąsiada. A kiedy odmawiała, byli
okropnie oburzeni. To mogłoby być śmieszne, gdyby nie było takie smutne.
Tak czy inaczej stała się kozłem ofiarnym dla całej wioski. Zrzucano na
nią winę za martwo urodzone cielęta, choroby dzieci i słabe plony. Miała
już serdecznie dość takiego traktowania. Ale co z matką? Kto się nią
zaopiekuje? Bardzo żałowała, że nie ma z nimi Hanu. Brakowało jej jego
spokoju i siły. To on powinien się ożenić. Wtedy wprowadziłaby się do
niego, rozkazywałaby jego żonie i mogłaby uciec od tego wszystkiego. Ale
wydarzyło się niewyobrażalne i zabrali go taumaturdzy.
Zapewne powinna się z tego cieszyć. Ów fakt -?prestiż płynący z poświęcenia oraz ulga wszystkich sąsiadów, cieszących się, że ten ciężar
spadł na kogoś innego -?pozwalał im zachować niepewną pozycję na skraju
wioski.
Wzięła sobie do sałatki trochę ryżu i teraz jadła to wszystko bez
entuzjazmu. Matka wkrótce wróci z porannej przechadzki i przyniesie nowe
plotki. Taka i owaka spodziewa się kolejnego wnuka! A bratanek takiej i owakiej kaszle! Saeng zwiesiła głowę. Niech ją bogowie mają w opiece!
Właśnie wraca. Saeng zaczerpnęła tchu, żeby się uspokoić.
-?Co słychać, mamo? -?przywitała ją. Matka przyglądała się jej z nietypowym dla siebie milczeniem. -?Słucham? Co się stało?
Starsza kobieta stanęła przed otwartą werandą, zaciskając dłonie na
wielobarwnej tkaninie sukni.
-?Pytasz o wieści? Tak, tym razem przynoszę prawdziwe wieści, Saeng.
Przechodzili tędy uchodźcy. Uciekają na zachód. Kuzyni Mae nie mieli ze
sobą niczego poza ubraniami na plecach.
Saeng wyprostowała się, marszcząc brwi jeszcze mocniej niż zwykle.
-?Co się wydarzyło?
-?Nadchodzi armia, maleńka. Nasi władcy, taumaturgowie, maszerują na
wojnę i wcielają do wojska wszystkich, których znajdą.
Saeng włożyła do ust kulkę ryżu i zjadła go z zamyśloną miną.
-?Ale co to nas obchodzi? Już zapłaciłyśmy swoją cenę.
Jej matka potrząsnęła głową.
-?Nie sądzę, by to nadal miało znaczenie. I...
Przerwała nagle.
-?I co?
-?Saeng... -?zaczęła starsza kobieta -?...w tej sprawie stara wiara
wypowiada się jasno! Podczas wojny kapłanka musi przebywać w świątyni...
-?Mamo, proszę... przestań opowiadać takie rzeczy.
Jej matka splotła dłonie, wyraźnie wstrząśnięta.
-?Nie bluźnij! Twoja prababka powiedziała to niedwuznacznie. Musisz
odszukać Wielką Świątynię.
Saeng nie mogła znaleźć słów.
-?Mamo... stara wiara dawno już umarła. Nikt nawet nie wie, gdzie są
świątynie. -?Roześmiała się z lekką nerwowością. -?Naprawdę zachowujesz
się... głupio.
Na twarzy matki pojawiło się często tam widywane rozczarowanie. Po
chwili potrząsnęła głową. Saeng zacisnęła wargi, odwróciła głowę i skończyła posiłek.
* * *
Nocą nie mogła zasnąć. Nak-ta wołały do niej najgłośniej od wielu lat.
Miotała się i przewracała z boku na bok, ale nie była w stanie ich
uciszyć. A jeśli się skupiła, miała wrażenie, że w oddali słyszy hałas
produkowany przez jakieś potężne istoty, przedzierające się do niej
przez dżunglę.
Nagle rozległ się głos, jeszcze donośniejszy niż wiatr kołyszący liśćmi
palm i poruszający całymi drzewami. Był nieartykułowany, brzmiał jak jęk
kogoś zakneblowanego albo rannego. Nigdy przedtem nie słyszała czegoś
takiego. To był głos mężczyzny. Któregoś z wieśniaków? Od czasu do czasu
jakiś dureń schodził ze ścieżek pijany albo dręczony niestrawnością i las go zabierał. Jeśli dotarła na miejsce wystarczająco szybko, mogła
podjąć próbę uratowania go, ale gdy cienie już się do niego dobrały,
było to niemal niemożliwe. Tylko raz podjęła nadzwyczajną, bardzo
niebezpieczną próbę, ale w tamtym przypadku chodziło o dziecko. Włożyła
suknię i ruszyła przez ogród ku ścianie drzew, będącej granicą
dziewiczej dżungli pokrywającej od morza do morza całą jej ojczyznę,
Jacuruku.
Gdy już znalazła się w mroku między wysokimi drzewami, zatrzymała się,
wytężając słuch i postrzeganie. Sięgnęła na zewnątrz, obejmując swą
świadomością poszerzający się krąg. Wyczuwała kroki wielu nocnych
stworzeń, od rodziny sapiących pekari aż po maleńką ryjówkę. Sięgając
dalej, wyczuła gorącą, czujną obecność polującego nocą kota
przycupniętego na gałęzi, a po drugiej stronie kręgu chat stado małp,
które zwędziły komuś posiłek. Trzymały się tak daleko od kota, jak to
tylko możliwe.
To dziwne. Czy nikogo tam nie było? Z reguły ci, którzy zeszli nocą ze
ścieżek, miotali się na oślep i byli łatwi do zauważenia jak słonie.
Cielesną obecność możemy wykluczyć. Ale co z bezcielesną? Być może...
Usłyszała krok. Blisko. Ciężki. Stanowczo zbyt ciężki jak na wieśniaka.
A potem następny. Z mroku wyłoniła się olbrzymia postać, monstrualnie
wysoka i szeroka w barach. Przekroczyła snop zielonkawego blasku i Saeng
wstrzymała oddech. Poznała jednego z yakshaka, żołnierzy taumaturgów.
A więc... już tu są.
Wzięła się w garść, uklękła i pochyliła głowę, czekając na przybycie
władcy olbrzyma, który nie mógł być zbyt daleko. Niezniszczalni yakshaka
strzegli taumaturgów i byli kręgosłupem ich armii.
Zatem to prawda. Maszerują ku wschodnim wyżynom. Chcą zaatakować
prawdziwe źródło niebezpieczeństw nadal czających się w głuszy.
Rozległe, pierwotne włości Demonicznej Królowej. Dżunglę Himatanu, w połowie znajdującą się w naszym świecie, a w połowie w królestwie
duchów.
Ale nie wyczuwam nikogo w pobliżu.
Dziwny, zgrzytliwy dźwięk przyciągnął jej uwagę do yakshaka. Zerknęła
ostrożnie. Istota uniosła zakute w żelazo dłonie i robiła nimi coś na
wysokości szyi. Być może chciała poprawić swój olbrzymi hełm. Mozaika
drogich kamieni, którymi inkrustowano zbroję stworzenia, lśniła
migotliwym blaskiem, kiedy się poruszało. Ku przerażeniu Saeng olbrzym
zdjął hełm, odsłaniając wygoloną, pokrytą straszliwymi bliznami głowę.
Przymrużył ciemne, ludzkie oczy, oślepione nawet słabym światłem
dżungli, po czym spojrzał z dziwną czułością na dziewczynę.
Gapiła się na niego z przerażeniem. Przez jej głowę przemknęła
irracjonalna myśl: Oskarżą mnie o to, że go zniszczyłam!
Usta istoty poruszyły się bezgłośnie, formując słowo. To było jej imię,
Saeng. Nie potrafiła pojąć, skąd stworzenie mogło je znać.
Nagle przeszył ją dreszcz rozpoznania. Poznawała tę twarz, mimo
okaleczeń.
-?Hanu... -?wydyszała, ledwie ważąc się oddychać.
Yakshaka skinął głową. Jego zmasakrowane usta rozciągnęły się w parodii
uśmiechu.
Podeszła bliżej i położyła otwartą dłoń na jego piersi. Wzdrygnęła się,
czując zimną, twardą zbroję.
-?Co się wydarzyło? Dlaczego tu jesteś? Co się dzieje? Och, mój drogi
Hanu... co z tobą zrobili?
Z twarzy brata zniknął uśmiech. Opuścił wzrok, zaczerpnął głęboko tchu,
dotknął palcem ust, a potem je otworzył. Zdziwiona Saeng zajrzała do ich
wnętrza. Ugięły się pod nią kolana i zrobiło się jej ciemno przed
oczami.
Wycięli mu język.
Gdy się ocknęła, opierała się o drzewo. Hanu stał obok, wpatrując się w otaczające ich drzewa. Przyglądała się bratu przez pewien czas, radując
się znajomym poczuciem jego bliskości.
Nadal mnie strzeżesz. Ale nie powinno cię tu być. Co się wydarzyło?
-?Hanu -?wyszeptała. -?Dlaczego tu jesteś?
Odwrócił się, opuścił wzrok i nakreślił jedną ręką jakiś kształt. Saeng
poznała jeden z symboli języka znaków, który kiedyś stworzyli dla
siebie, by móc porozumiewać się bezgłośnie.
-?Obietnica.
-?Obietnica? Jaka obietnica? Obiecałeś mnie chronić. Ta obietnica?
-?Zbliża się.
-?Kto się zbliża? Ach, oni. -?Wstała i strzepnęła z siebie wilgotną
glebę. -?Ale... co to ma za znaczenie dla mnie?
-?Niebezpieczeństwo.
-?Niebezpieczeństwo? Dlaczego? Czemu miałoby mi... -?Nagle zrozumiała.
Taumaturdzy od dawna nienawidzili swej sąsiadki. Potępiali i skazywali
na utopienie wszystkich, którzy ich zdaniem ulegali jej wpływom. Z pewnością zabiliby ją jako podejrzaną o czary i służenie Demonicznej
Królowej. -?A więc dlatego... -?Przerwała nagle, ale zaraz zaczęła od
nowa. -?Na wszystkich utraconych bogów, uciekłeś... zdezerterowałeś, żeby
mnie ostrzec!
-?Cicho.
-?Ty cholerny durniu! -?zawołała. -?W czym to mi pomoże? Teraz zażądają
twojej głowy!
Skrzywił się boleśnie.
-?Cicho -?zasygnalizował znowu.
-?Cudownie. Oboje staliśmy się zbiegami.
-?Tak.
-?Znakomicie. -?Zacisnęła pięści zwisające na wysokości bioder i spojrzała na niego. Zaczął wkładać hełm. -?W porządku... będziemy
potrzebowali żywności. Pójdę czegoś poszukać.
-?Szybko.
-?Tak, tak.
Ruszyła w stronę chaty. Napełniła worek ryżem i zabrała też wszystkie
wędzone ryby oraz jarzyny, które zdołała znaleźć. Przez cały ten czas
jej matka leżała na łóżku i oddychała chrapliwie. Saeng przez chwilę
rozważała możliwość obudzenia jej, żeby się pożegnać. Ale tylko przez
chwilę. Narobiłaby mnóstwo zamieszania.
Czekałam na ten moment od bardzo dawna, a teraz, gdy wreszcie nadszedł,
nie chcę tego zrobić. Wreszcie się stąd wydostanę, ale z pewnością nie
tak to sobie wyobrażałam.
Kolejną torbę wypełniła swymi najsolidniejszymi ubraniami, dodając do
nich sandały oraz posłanie. Z zewnątrz dobiegł szum deszczu spadającego
na utkane z trawy ściany.
Cudownie. W dodatku jest pora deszczowa.
Zabrała parasol z cienkiego drewna i zanurzyła się we mgle.
Hanu dołączył do niej w ciemności. Uniósł palec, a potem zapytał:
-?Którędy?
Osłaniająca się parasolem i przyciskająca torbę do piersi Saeng
przygryzła wargę.
No właśnie, którędy?
Wzięła się w garść i sięgnęła świadomością dalej, niż kiedykolwiek dotąd
się odważyła, obejmując nią całą wioskę, otaczające ją ogrody oraz
pobliskie pola, a także dalsze, leżące odłogiem ziemie, które również do
nich należały. Dotarła na tereny sąsiednich wiosek, aż wreszcie, daleko
na zachodzie, otarła się o nieznaną, skwierczącą moc, która odgrodziła
się od jej pytań grubym kamiennym murem.
Armia taumaturgów. Nie tylko jadą sobie w lektykach i wozach, by
spełniać tajemnicze zadania. Otoczyli się osłonami i są gotowi do walki.
-?Chyba na północ. Pozwolimy im przejść, a potem tu wrócimy.
Hanu patrzył tylko na nią, nie wykonując żadnych gestów. Wyczuwała w nim
milczące niedowierzanie. Poirytowana tym, zbadała swą świadomością
gęstwinę liści palm i zwisających pnączy. Kapiący z nieba deszczyk był
jedynie bladą zapowiedzią ulew, które wkrótce nadejdą. Skinęła dłonią na
brata, nakazując mu podążyć za sobą.
-?Tędy.
* * *
Murken Warrow, znany w kręgach czarnorynkowych handlarzy w Uncie jako
Murk, przymrużył powieki i tak już wyjątkowo wąskich oczu, przyglądając
się przybrzeżnym wydmom oraz lasowi niezwykłych kamiennych słupów. Potem
przeniósł pełne niedowierzania spojrzenie na swego partnera Hinta,
znanego jako Kwaśny. Obaj okryli się już sławą niezbyt pożądaną w ich
zawodzie. Doszło nawet do tego, że na ulicach Unty wskazywano ich
palcami jako... no cóż. Murka i Kwaśnego. Powinni byli opuścić miasto
znacznie wcześniej, na co wskazywał fakt ich aresztowania.
-?To mi się nie podoba -?skwitował Kwaśny.
Murk uniósł wzrok ku zachmurzonemu niebu, nadal trzymając dłonie w kieszeniach kamizelki. Z jego ust wyrwało się głośne westchnięcie, pełne
zniecierpliwienia i irytacji.
-?Czemu mnie to nie dziwi?
-?Ten kontrakt mnie niepokoi.
-?Co ty powiesz?
-?To źle się dla nas skończy.
-?Jak zwykle -?odpowiedział półgłosem Murk, spoglądając na pokład
rufowy, gdzie sponsorka ich obecnego kontraktu rozmawiała z kapitanem
statku.
-?Jaśnie panna doprowadzi nas do zguby -?mruknął Kwaśny, zauważywszy, na
kogo skierował wzrok jego partner.
-?Tylko jeśli nadal będziesz próbował się do niej dobierać.
-?To przez te nogi. Ciągną się bez końca.
Murk wymamrotał coś pod nosem na znak zgody. Ich pracodawczyni nosiła
zdumiewające stroje. Wysokie skórzane buty sięgające kolan, ciasne
spodnie i równie obcisła skórzana kurta włożona na białą jedwabną
koszulę obszytą koronkami. Wyglądała jak zrodzony z gorączki majak,
który przed chwilą uciekł z burdelu. Ale swobodnie nosiła miecz u pasa,
a na początku rejsu jednym ciosem powaliła na pokład najemnika za jakąś
nieprzyzwoitą sugestię -?czy to prawdziwą, czy wyimaginowaną.
Najdziwniejsze jednak było, że przedstawiała się jako Złośliwość.
Murk uśmiechnął się, przypominając sobie reakcję Kwaśnego na to imię.
-?Pani czy panna Złośliwość? -?zapytał jego partner, unosząc ku niebu
żabie oczy. Czasami ten zwariowany facet naprawdę go rozśmieszał.
Wydano rozkazy. Załoga zabrała się do przygotowywania szalupy i rozładunku.
-?Coś mi mówi, że tym razem zasłużymy na swą zapłatę -?stwierdził
Kwaśny.
Murk wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby.
-?To będzie trudne -?dodał niski mag.
-?Dość już tego! Czy mógłbyś choć raz trzymać gębę na kłódkę?
Kwaśny pociągnął się za maleńki kosmyk, który zapuścił na podbródku, i zmarszczył brwi, przyglądając się wybrzeżu.
-?Może się nie udać.
Murk zacisnął dłonie na relingu i zwiesił głowę pokonany.
Najemnicy ruszyli przodem, by osłaniać lądowanie. Była z nich wyjątkowo
niechlujna zgraja. Złośliwość mówiła, że znalazła ich na południowym
wybrzeżu Genabackis, na pirackich terytoriach. Żaden z nich nie
przyznawał się, by kiedykolwiek brał pieniądze od Imperium. Murk
wiedział jednak, że służyli w armii, choć jeszcze nie oskarżył o to
żadnego z nich. W końcu to samo można było powiedzieć o nim i o Kwaśnym.
Ich dowódca, przedstawiający się jako Yusen, z pewnością wyglądał na
oficera. Sugerowało to świetnie znane Murkowi spojrzenie, mówiące
"Jesteś idiotą", jakim obrzucał ich, gdy tylko mieli coś do powiedzenia.
Przypominało mu czasy, gdy był imperialnym magiem kadrowym.
Po krótkim czasie zwiadowcy wrócili na brzeg i zasygnalizowali, że jest
czysto. Zaczął się rozładunek ekwipunku.
Murk przyglądał się, jak załoga statku i najemnicy opuszczają skrzynie
oraz worki na kołyszącą się na falach szalupę.
Po jakimś czasie zauważył obok siebie wysoką, smukłą sylwetkę ich
pracodawczyni, Złośliwości. Skrzyżowała ramiona na piersiach i skierowała na nich spojrzenie oczu o zdumiewającej, złotoorzechowej
barwie. Trącił łokciem Kwaśnego i obaj dotknęli czół.
-?Pani?
-?Szybciej by poszło, gdyby wszyscy pomagali przy rozładunku.
-?My tylko wypatrujemy kłopotów -?odpowiedział Kwaśny.
Kobieta uniosła kształtną brew.
-?Tak? Kiedy was wynajęłam, czy może raczej uratowałam przed
nieuchronnym aresztowaniem i uwięzieniem w Uncie, odniosłam wrażenie, że
nie jesteś magiem władającym Ruse. Czyżbyś jednak nim był?
Kwaśny opuścił zdziwione spojrzenie i tupnął nogą o pokład.
-?Nie jestem, pani.
-?W takim razie powiedz mi, na co mógłbyś się zdać na morzu, gdyby
zdarzyły się... kłopoty?
Przysadzisty mag uniósł głowę i otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale
tylko zmarszczył brwi i podrapał się po głowie.
-?Chcę, żebyście zeszli na brzeg i wyruszyli na rekonesans -
kontynuowała Złośliwość.
-?Tak jest, pani.
-?Tylko nie wchodźcie w krąg dolmenów, dobra?
-?Dolmenów? -?powtórzył Kwaśny. -?Czy tak się nazywają te kamienne
słupy?
-?Tak. -?Złośliwość odpowiedziała takim tonem, jakby miała do czynienia
z wioskowym głupkiem. -?Tak się nazywają. Nie wchodźcie między nie.
Okrążcie ich skupisko. Chcę się dowiedzieć, kto się znajduje w okolicy.
Poradzicie sobie z tym?
-?Z pewnością, pani.
-?W porządku. Zawsze to coś.
Oddaliła się.
Odprowadzali ją wzrokiem. Murk mógłby przysiąc, że celowo kołysała
biodrami. Kwaśny westchnął ciężko.
-?Ciągną się bez końca... -?wyszeptał.
Murk trącił go dość mocno łokciem, poirytowany tym, że jego spocony,
niemyty, krzywonogi towarzysz wypowiada na głos jego myśli.
-?Ruszajmy.
Zaczekali, aż szalupa będzie załadowana do końca, po czym zeszli na dół
po drabince ze sznura i drewnianych szczebli. Położyli się na zwiniętej
tkaninie namiotowej na dziobie, skrzyżowali ręce i zamknęli oczy.
Marynarze i najemnicy złapali za wiosła.
Gdy dziób wbił się w piasek, z nieba zaczął siąpić lekki jak mgiełka
deszczyk. Murk i Kwaśny wyskoczyli na wilgotny grunt i ruszyli w górę po
stromym brzegu. Reszta załogi i najemników -?w sumie około
pięćdziesięciu ludzi -?zeszła na ląd, by pomóc w wyładunku. Pojawił się
Yusen i wezwał obu do siebie skinieniem. Miał na sobie kolczą koszulę i fartuch, żelazne rękawice i zarękawia, a pod pachą trzymał hełm. Kiedy
podeszli bliżej, Murk musiał się powstrzymywać przed salutowaniem.
Mężczyzna obrzucił ich spojrzeniem. Na jego ustach i w szaroniebieskich
oczach pojawił się grymas ledwie skrywanego niesmaku.
-?Co wy kombinujecie?
-?Idziemy na rekonesans -?wyjaśnił Murk.
-?Wysłałem już zwiadowców.
Kwaśny demonstracyjnie dotknął palcem boku nosa.
-?Nie takich jak my.
Yusen uniósł wzrok ku gęstym chmurom, a potem rozejrzał się po okolicy.
-?Dobra -?mruknął wreszcie. -?Sądząc po tym, jak to wszystko wygląda,
lepiej zachowajcie ostrożność.
Murk znowu omal mu nie zasalutował.
-?Dziękujemy... kapitanie -?wyszeptał tylko.
W oczach najemnika pojawił się twardszy wyraz. Odesłał ich nagłym ruchem
głowy.
-?Ruszajcie.
-?Tak jest.
Zostawili za sobą plażę i znaleźli się w lesie złożonym z drzew, jakich
Murk nigdy w życiu nie widział. Niektóre miały liście szerokie jak
tarcze, inne zaś twarde i pokryte czymś przypominającym wosk.
-?Jak myślisz? -?zapytał w pewnej chwili Kwaśny. -?Czwarta Armia?
-?Nie. Siódma.
-?Może i tak. Byle nie Piąta. Tak czy inaczej... -?Kwaśny powęszył. -?Jak
myślisz? -?powtórzył.
Murk wzruszył ramionami, ocierając mżawkę z twarzy.
-?Prawie nikogo nie ma. Tylko garstka rybaków.
-?Aha... też tak myślę. -?Kwaśny usiadł u podstawy drzewa, wyciągnął nogi
przed siebie i zamknął oczy. -?Czy już jest południe?
Murk spojrzał na inny las, znajdujący się tuż na północ od nich. Szare
kamienne kolumny -?dolmeny -?z których się składał, robiły się coraz
ciemniejsze w nasilającym się deszczu.
-?Widziałeś ruiny, kiedy tu przypłynęliśmy?
-?Aha. Cholernie wielkie miasto. -?Nagle otworzył oczy. -?Hej! Myślisz,
że jest tu jakiś skarb? Może powinniśmy się rozejrzeć.
Murk obrzucił towarzysza wyjątkowo pogardliwym spojrzeniem.
-?W ruinach miast nie ma skarbów. Chyba że w głupich piosenkach
trubadurów. Takie rzeczy dawno już zniknęły. Zostały tylko pył,
zgnilizna i martwe pająki.
Kwaśny zadrżał.
-?Bogowie, pająki. Czy musiałeś o nich wspominać? Od tego przechodzą
mnie ciarki. To mi się nie podoba.
-?Wiem, co masz na myśli -?zgodził się Murk, nie odrywając spojrzenia od
dolmenów.
Kwaśny przechylił głowę, zamykając jedno oko.
-?Ale może są grobowce i tak dalej. Zakopane łupy. Co ty na to?
-?Zakopane? -?Murk nadal przyglądał się labiryntowi kamiennych słupów. -
Aha. To całkiem inna kwestia, tak...
Kwaśny skierował spojrzenie tam, gdzie patrzył jego partner.
-?Ech, na miłość... -?Podobny do kraba mężczyzna zadrżał gwałtownie. -?To
złe wieści. Wiedziałem o tym, gdy tylko na nie spojrzałem. -?Przygryzł
brudny paznokieć. -?Ale tak musiało być, prawda? W każdym innym miejscu
natychmiast bym tam popędził. Ale tutaj... wielka szkoda.
Murk splunął w bok.
-?Tak. Musimy być w każdej chwili gotowi do ucieczki.
-?Zaczynasz mówić jak ja -?poskarżył się Kwaśny.
Murk skrzywił się z niezadowoleniem.
Wielcy bogowie, to wystarczający powód, żeby tam nie iść.
* * *
Zapadał już zmierzch, gdy Murk trącił chrapiącego towarzysza, by go
obudzić.
-?Jest tutaj -?powiedział cicho, wskazując w bok.
Kwaśny skinął głową, oblizał wargi i przeciągnął się. Obaj ruszyli za
swą pracodawczynią, przeskakując od jednego dolmenu do drugiego. Kobieta
powoli okrążała skupisko. Cały czas trzymała swą grotę otwartą i dwaj
magowie musieli odwracać wzrok i osłaniać dłońmi oczy przed mocami,
które wezwała i którymi manipulowała. Ukształtowana przez nią energia
zostawała z tyłu, tworząc migotliwą, pulsującą ścianę mocy.
Szli za nią, wyglądając zza słupów. Zbudowano je z kamiennych bloków,
ustawionych jeden na drugim, aż ku zwężającemu się, tępo zakończonemu
szczytowi.
-?Widzisz to samo, co ja?
Kwaśny niemalże krzyknął, by towarzysz go usłyszał.
Murk odwrócił głowę i przymrużył powieki.
-?Odcina je od wszystkiego! -?zawołał. -?Nic się nie przedostanie przez
jej osłony i pieczęcie!
Obaj nagle odwrócili wzrok od migotliwej bariery skupionej energii groty
dzielącej ich od świata zewnętrznego.
-?O cholera! -?powiedzieli jednocześnie i pomknęli ku drugiemu końcowi
labiryntu stojących kamieni.
Gdy mijali szeregi kolumn, Murk zauważył, że wszystkie biegną po lekkim
łuku. Uświadomił sobie, że tworzą ogromne, koncentryczne kręgi. Kwaśny
biegł przed nim. Spod jego znoszonych butów sypał się piasek. Nagle
zatrzymał się -?tak gwałtownie, że Murk omal na niego nie wpadł.
Odzyskał równowagę i zorientował się, co zatrzymało ucieczkę partnera.
To był otwarty, okrągły dziedziniec, czy może plac, pusty i pozbawiony
wszelkich ozdób. Znajdował się w samym środku kręgów dolmenów, a jego
nawierzchnię stanowiło coś, co wyglądało na wyrównany grabiami żwir.
Najkrótsza droga wiodła przez jego środek, ale Murkowi wystarczyło jedno
spojrzenie, by się zorientować, że to nie wchodzi w grę.
Magiczny wzrok zaprezentował mu zupełnie inny obraz, nałożony na z pozoru pusty plac. Pod jego powierzchnią wiło się coś, co kojarzyło się
z monstrualnym wężem morskim, miotającym się w falach oceanu. Klepnął
partnera w ramię i wskazał w bok. Dotarli do przeciwległego końca
olbrzymich ruin na długo przed tym, nim zjawiła się tam Złośliwość ze
swą osłoną. Ukryli się za wydmą i przyglądali, jak kobieta kończy swój
skomplikowany, porażająco potężny rytuał.
Kwaśny zczołgał się niżej i otarł rękawem mokrą od potu twarz. Murk
dołączył do niego.
-?Może byśmy... nie marnowali więcej czasu i zwiali stąd? -?zasugerował
Kwaśny.
Murk wsparł ramiona na kolanach.
-?Nie. To mnie zaciekawiło.
Jego partner przymrużył powieki, niemal całkowicie zamykając oczy.
-?Zaciekawiło? Ciebie? Chyba raczej twojego cholernego Patrona z Cienia,
co?
-?Tak? Myślisz, że małej Panny Czarodziejki to nie zainteresuje?
Kwaśny wydmuchał jedno nozdrze.
-?Nie trzeba być jasnowidzem, żeby wiedzieć, jak to się skończy. Obaj
stracimy głowy!
Murk spojrzał na ciemne niebo. Gęste chmury już się rozpraszały.
-?Wiesz co? Kiedy za każdym razem przewidujesz to samo cholerne
zakończenie, trochę tracisz na wiarygodności.
-?Jeśli wystarczająco długo przepowiadasz deszcz, w końcu ta
przepowiednia się sprawdzi.
-?W tym nie ma nawet krzty sensu! -?zaprotestował Murk, rozpościerając
szeroko ramiona.
Kwaśny przesunął spojrzenie w lewo i w prawo.
-?Nabierze go... z czasem.
-?Mógłbyś wreszcie przestać?
-?Hej, gołąbeczki, przestaliście już gruchać? -?rozległ się nieznajomy
głos, dobiegający spod sąsiedniego krzaka.
-?Kto tam?! -?zawołał Kwaśny, jeszcze mocniej przywierając do ziemi.
Z gąszczu wyłonił się jeden ze zwiadowców Yusena i przycupnął obok nich.
Miał skórzany strój, dwa długie noże u pasa, a na głowie poobtłukiwany
malazański hełm, który przywołał w umyśle Murka wiele wspomnień. Żadne z nich nie było szczęśliwe.
-?Skąd się tu wziąłeś? -?zapytał mag. Uważał, że jeśli dałeś się
zaskoczyć, agresja często jest najlepszą odpowiedzią.
Zwiadowca przesunął gałązkę z jednego do drugiego kącika ust, nie
spuszczając ich z oczu.
-?Yusen chce wysłuchać waszego raportu.
-?Jakiego raportu? -?zdziwił się Kwaśny.
-?O tym, co wywęszyliście.
-?Nic nie widzieliśmy -?odparł Kwaśny, krzyżując ramiona na piersi.
Zwiadowca wyjął gałązkę z ust, przyjrzał się jej i wsadził ją z powrotem
w to samo miejsce.
-?Aha. Zauważyłem.
Murk miał ochotę wyrwać mu to cholerstwo z ust.
-?Posłuchaj, najemniku, jak masz na imię?
-?Słodziak -?odpowiedział mężczyzna z całkowicie pozbawioną wyrazu
twarzą.
-?Słodziak -?powtórzył Murk. -?Jak masz na imię, Słodziak?
Zwiadowca spojrzał na pogrążające się w mroku wydmy i skupiska niskich,
suchych krzaków. Potem znowu skierował wzrok na nich. Gałązka pochyliła
się nieco, gdy opadły mu kąciki ust.
-?W porządku. Chodźmy już. Musicie złożyć raport.
Wskazał głową w stronę wybrzeża i ruszył w drogę.
Murk i Kwaśny podążyli za nim.
-?Spójrzcie na mnie -?mruknął pod nosem Kwaśny. -?Jestem twardzielem.
Żuję gałązki. Spójrzcie na mnie.
-?Po prostu nie podoba ci się myśl, że spotkałeś kogoś, kto ma na imię
Słodziak -?odparł z uśmiechem Murk.
Skargi jego partnera przerodziły się w złowrogie mamrotanie.
Dotarli do obozu, rozbitego w głębi lądu, za wielką wydmą zapewniającą
osłonę przed wiatrem. Wartownicy zaprowadzili ich do centralnego
namiotu. W tej chwili był to raczej daszek, bo boczne ściany nadal były
uniesione. Wyszedł spod niego Yusen. Słodziak pokłonił się mu, a potem
oddalił.
Dowódca najemników skierował na nich spojrzenie otoczonych zmarszczkami
oczu, zaczerpnął głęboko tchu i skrzyżował ramiona na piersi.
-?Co jest? -?zapytał Kwaśny.
-?Mówcie -?nakazał z westchnieniem mężczyzna.
-?Jest zainteresowana dolmenami -?poinformował go Murk.
-?Dolmenami?
-?Tymi stojącymi kamieniami. To z ich powodu tu przybyliśmy.
Twarz Yusena przybrała zbolały wyraz. Opuścił wzrok i przez chwilę
wpatrywał się w ziemię.
-?Niech to szlag. Miałem nadzieję, że tak nie będzie.
Kwaśny zerknął na Murka.
-?I co teraz?
-?Teraz obaj starajcie się jej przypodobać -?polecił Yusen.
Murk ponownie omal mu nie zasalutował.
-?Tak jest, kapitanie.
Yusen spojrzał na niego z ukosa, skrzywił się niecierpliwie i odesłał
ich skinieniem dłoni. Oddalili się.
Po chwili poszukiwań Murk zatrzymał przechodzącą obok najemniczkę.
-?Gdzie jest nasz namiot? -?zapytał.
-?To ten -?podpowiedziała, wskazując stertę leżących na ziemi tyczek
oraz brezentu. Potem sobie poszła.
-?Bardzo zabawne! -?zawołał do niej Murk, po czym skinął na partnera. -
Będziesz musiał go rozbić.
-?Ja? Dlaczego ja? Ty to zrób.
-?Nie ja. Ty.
-?Ty.
-?Ja tego nie zrobię.
-?Ja na pewno nie.
-?Zamknijcie się obaj! -?wrzasnął najemnik z sąsiedniego namiotu. -?Bo
wsadzę wam te tyczki tam, gdzie nie powinny się znaleźć!
Obaj wykonali obraźliwe gesty pod jego adresem, po czym uklękli przy
mokrym brezencie.
-?Hej, zupełnie jak za dawnych czasów, co? -?wyszeptał Kwaśny.
-?Niestety tak.
* * *
Okazało się, że K'azz jest w pełni zdecydowany wyruszyć w pojedynkę.
Blask oznajmiła, że będą mu towarzyszyli, czy tego chce, czy nie, lecz
zgodził się tylko na symboliczną straż osobistą. Wybrała dwoje
Zaprzysiężonych magów, którzy im pozostali, Lor-sinn i Gwynna, oraz
trójkę najlepiej władających mieczem wojowników. Byli to Cole, Turgal i Amatt.
Tarkhan, kapitan Trzeciej Kompanii, miał pozostać na miejscu, by
zarządzać Stratemem. Blask nie była z tego zadowolona, ponieważ świetnie
umiejący posługiwać się nożem Wickanin był jednym z najlepszych
poruczników w welonach Czepca. Musiała jednak przyznać, że lata
dowodzenia Trzecią Kompanią i liczne kontrakty na całym świecie
utemperowały nieco jego charakter. K'azz mu ufał. Ale z drugiej strony
ich dowódca zawsze świetnie sobie radził z okazywaniem zaufania innym i wzbudzaniem go w odpowiedzi.
Blask ucieszyła się, widząc, że ocalali Zaprzysiężeni zbierają się w Przystani, lecz jednocześnie wzbudziło to w niej melancholię. Miło było
spotkać starych przyjaciół, lecz łamało jej serce wspomnienie
brakujących twarzy oraz świadomość, jak niewielu ich pozostało. Według
jej obliczeń niespełna siedemdziesięciu. Ta liczba nie była jednak
pewna. Od czasu do czasu w Stratemie zjawiał się zaginiony
Zaprzysiężony, który wydostał się z więzienia, rzucił służbę u jakiegoś
patrona lub po prostu znalazł się w odległych okolicach i trudno mu było
z nich powrócić. Była też Czwarta Kompania Cal-Brinna, która zaginęła w Assail. Powrót Kraty sugerował, że inni jej członkowie również mogą żyć.
A także niemal czterdziestu Zaprzysiężonych, którzy podążyli za Oprawcą
na wygnanie. Z nimi mogą jednak wkrótce się spotkać.
* * *
Po tygodniu statek cudzoziemców, Węża, naprawiono i uzupełniono
zapasy. Wszyscy wsiedli na pokład i Wąż popłynął na południe pod
zrefowanymi w trzech czwartych żaglami.
-?Spodziewałam się armii, ale wybrałeś się w drogę niemal w pojedynkę -
warknęła Rutana, spoglądając ze złością na K'azza. -?To zniewaga dla
mojej pani. Lepiej by było, gdybyś w ogóle nie odpowiedział.
K'azz tylko lekko się skrzywił. Zdaniem Blask traktował tę kobietę z nieprawdopodobną wyrozumiałością.
-?Jak rozumiem, twoja pani posiada moc jasnowidzenia. Z pewnością
przewidywała, co się stanie, kiedy cię wysłała... -?Pokłonił się kobiecie,
nie zważając na jej mamrotanie. -?Będę w kajucie -?oznajmił.
Blask została na pokładzie sam na sam z Rutaną. Nie odezwała się ani
słowem. Kobieta szarpnęła gniewnie za rzemyki otaczające jej ramiona i przeszyła ją gorejącym spojrzeniem.
-?Nie znoszę tej cholernej wody -?mruknęła i oddaliła się.
Blask wychyliła się przez reling, spoglądając na pieniący się ślad
torowy. Lubiła podróże morskie.
Opuścili Morze Dzwonków i popłynęli na zachód wzdłuż opustoszałych
brzegów Szarych Ziem. Na tych pustynnych pustkowiach rosły jedynie
rzadkie kępy krzewów oraz skarłowaciałe, wypaczone dęby i sosny. Blask
słyszała, jak magowie spierali się o to, czy jest to rezultat naturalnie
nieurodzajnej ziemi i braku deszczu, czy raczej miało to coś wspólnego z ruinami starożytnych cytadel K'Chain Che'Malle. Tak czy inaczej
nieprzyjazny półwysep pokrywały tylko wietrzne półpustynie, busz oraz
skruszone skały.
Gdy już minęli przylądek, przezwany półżartem przez Gwardzistów
Straszliwym Cyplem, pilot z Jacuruku ponownie skierował ich prosto na
zachód przez burzliwe wody, nazywane przez niektórych Morzem Odkrywcy,
przez innych zaś Morzem Białych Wież z uwagi na zagrożenie, jakie
stwarzały liczne góry lodowe wielkości statków. Wysuwano nawet
przypuszczenia, że drogę między lądem, który zostawili za sobą, i położonym na zachodzie Jacuruku blokuje wielkie pole pływającego lodu.
Statek przepłynął jednak bez przeszkód przez te okolice. Blask
wiedziała, że kiedyś udało się to również innej jednostce, na której
płynęli dezerterzy z Karmazynowej Gwardii -?Kyle i inni rekruci z Baelu,
pragnący uwolnić K'azza uwięzionego w dolmenach.
A teraz chce tam wrócić z nami. Po co? Co tak ważnego kryje się w dolmenach z Tien?
K'azz mówił bardzo niewiele o czasie, który tam spędził, choć pobyt w tym miejscu bardzo go zmienił. Przedtem nie okazywał żadnych oznak
wieku, podobnie jak Blask, ale potem w pełni wyglądał na swe z górą sto
lat. Słowa Rutany i reakcja K'azza sugerowały, że w dolmenach coś
mieszka, i jej dowódca zgadzał się z opinią, że tego czegoś nie należy
niepokoić.
* * *
Rejs był dość nudny. Rutana i Nagal siedzieli w swojej kajucie. K'azz
również. Monotonną rutynę pokładowych czynności przerywały jedynie
chwile przerażenia, gdy z bocianich gniazd dobiegał krzyk: "Wieża
lodowa!". Wszyscy na pokładzie biegli do burt, załoga wspinała się na
maszty, a pilot gwałtownie obracał ster. Blask i pozostali Zaprzysiężeni
przyglądali się z fascynacją mijanym przez nich szmaragdowo-białym
rzeźbom z lodu. Ich świetliste sylwetki o ostrych jak miecze zarysach
były tak nieziemsko piękne, że sprawiały wrażenie wyrzeźbionych przez
bogów.
Płynęli teraz przez korytarz lodowych turni i kapitan rozkazał sprawdzać
głębokość wody tyczkami. Posuwali się naprzód w żółwim tempie. Załoga i Zaprzysiężeni pasażerowie gromadzili się przy burtach, obserwując
poruszające się drągi. Na bocianim gnieździe cały czas siedziało dwóch
obserwatorów. Pomimo tych wszystkich środków ostrożności pewnej nocy
Blask spadła z hamaku. Statek kołysał się i drżał niczym dziecinna
zabawka uderzana młotkiem. Oszołomiona kobieta leżała na deskach,
podczas gdy wszyscy wokół niej wstawali z jękiem. Coś drapało o burty z odgłosem, od którego bolały ją uszy, a wzdłuż kręgosłupa przebiegały
ostre jak igły ciarki.
-?Góra lodowa! -?zawołał z przerażeniem ktoś na górze.
Trochę się spóźniłeś z tym ostrzeżeniem!
Blask złapała ekwipunek i wybiegła na pokład. Zastała tam panikę.
Marynarze miotali się na wszystkie strony, ale kapitan spokojnie wydawał
rozkazy, wskazując palcem zadania.
-?Gira, sprawdź uszkodzenia! Dlaczego nie słyszę pomp? Zajmijcie się tym
bagażem!
Podeszła do wyglądającego przez reling K'azza.
-?Co się stało?
Wzruszył ramionami.
-?Jakaś podwodna góra lodowa, której nikt nie zauważył. Uderzyła w nas z boku.
-?Jest niedobrze?
-?Zobaczymy.
Załoga trudziła się przy pompach. Zorganizowano szereg ludzi podających
sobie wiadra. Cieśla i jego uczniowie cały czas przebywali pod pokładem,
sprawdzając uszkodzenia. Wreszcie Blask wezwano skinieniem w miejsce,
gdzie kapitan, K'azz i Rutana rozmawiali z cieślą, Girą.
-?Nie na morzu -?sprzeciwił się cieśla. Drżał z zimna, ociekał wodą, a wargi miał zupełnie sine.
-?Nie mamy innego wyboru -?warknął kapitan.
-?Może jakieś tymczasowe rozwiązanie? -?zasugerował K'azz.
-?Ląd! -?dobiegł głos z bocianiego gniazda, zaskakując wszystkich.
Brodaty kapitan skrzywił się z niezadowoleniem.
-?Oszalałeś, człowieku! -?ryknął. -?Tu nie ma żadnego lądu.
-?Lód!
Kapitan i cieśla wymienili nieufne spojrzenia.
-?Co się dzieje? -?zapytał K'azz.
-?Pływające pole lodowe -?wyjaśniła Rutana, gdy żaden z marynarzy nie
odpowiedział. -?Jest nawiedzane. Nikt się do niego nie zbliża.
-?Pewnie nie mamy innej możliwości -?stwierdził K'azz i popatrzył z namysłem na kapitana. -?Popłyniemy tam i naprawimy statek na lodzie.
Kapitan machnął lekceważąco ręką.
-?To nie jest lekka galera. Mamy za mało ludzi, żeby wciągnąć go na lód.
-?Ale mamy wystarczająco wielu magów. Nieprawdaż, Rutana?
Kobieta przymrużyła powieki i obrzuciła go twardym spojrzeniem, być może
w odpowiedzi na wyzwanie. Potem uśmiechnęła się szyderczo.
-?Oczywiście!
* * *
Kapitan rozkazał rozwinąć wąskie żagle i popłynęli powoli ku odległej
białej linii na zachodzie. Niebo przesłoniły wysokie chmury i posypały
się na nich wielkie płatki śniegu. Blask niemal słyszała, jak syczą,
dotykając desek pokładu. Kapitan strzepywał śnieg z ramion i rozczochranych włosów, jakby przenosił on jakąś zarazę. Blask
przyglądała się temu z rozbawieniem. Rutana zauważyła to i podeszła
bliżej.
-?Wielu nazywa to Klątwą Demonów Zimna -?wyjaśniła. -?Jaghutów. Gdzieś
we wnętrzu tego obszaru przetrwały odpryski ich zamarzniętego królestwa,
Omtose Phellack. To ono jest przyczyną tego wszystkiego. Nienawidzi nas.
Wszystkich, którzy nie należą do ich rodzaju.
-?A może to my nienawidzimy wszystkich, którzy nie należą do naszego
rodzaju -?zauważył stojący obok K'azz.
Emisariuszka z Jacuruku sprawiała wrażenie zaskoczonej tą sugestią. Po
chwili skinęła głową, mimo niezadowolonej miny, co z kolei zaskoczyło
Blask.
-?Masz rację.
Gdy statek zbliżył się do lodowej równiny, z pokładu zeszła grupa
złożona z Zaprzysiężonych magów -?Gwynna i Lor-sinn -?oraz Rutany i Nagala. Mieli przygotować miejsce dla statku. Blask stała przy relingu,
obserwując, jak w lodzie wytapiano coś w rodzaju zjeżdżalni. Potem
załoga rzuciła cumy i niemal wszyscy zeszli z pokładu. Przy pomocy
czworga magów Węża powoli wciągnięto rufą do przodu na wyrzeźbioną w lśniącym podłożu pochylnię.
Tej nocy obozowali na lodzie. Kapitan i załoga podskakiwali nerwowo przy
każdym trzasku albo łoskocie, rzucając nerwowe spojrzenia na wysokie
wzgórza z fragmentów skruszonych lodowych półek, przypominające Blask
szczapy drewna zwalone niedbale na stertę przez jakiegoś olbrzyma.
Kapitan uparł się nawet, by wystawić warty, mimo że nigdzie nie dało się
dostrzec żadnego śladu życia. K'azz przystał na to, szepcząc do Blask,
że mogą się tu kręcić jakieś drapieżne bestie.
Blask zgodziła się, choć nie sądziła, by w obecności Zaprzysiężonych
oraz emisariuszy z Jacuruku komukolwiek mogło zagrozić
niebezpieczeństwo. Nocą, kiedy dokonywała obchodu, spotkała na lodzie
K'azza w towarzystwie Turgala. Ten drugi nadal nosił ciężką zbroję, jak
zawsze miał w zwyczaju. Tym razem przywdział żelazny kirys i kolczy
płaszcz, a na plecach dźwigał wielką tarczę, poobtłukiwaną i paskudnie
porysowaną. Z pochwy u jego pasa sterczał zakończony gałką długi uchwyt
półtoraręcznego miecza. Obaj mężczyźni patrzyli na pole lodowe na
zachodzie. Podeszła do nich, by przyjrzeć się równinie, oświetlonej
przez Wielką Chorągiew przecinającą nocne niebo niczym siniak o niezdrowym kolorze.
Nie zauważyła żadnych ruchów w czarnym jak inkaust mroku ani na śniegu o przyprawiającej o mdłości zielonej barwie.
-?O co chodzi? -?zapytała.
-?Nie wyczuwasz tego? -?zapytał Turgal ochrypłym głosem.
-?Czego?
-?Odprysku, o którym mówiła emisariuszka z Jacuruku -?wyjaśnił K'azz.
-?Omtose Phellack -?dodał Turgal. Jego oddech zamieniał się w parę w powietrzu. -?Jaghuckiej magii lodu. Nie wyczuwasz jej tutaj?
-?Nie.
Blask miała ochotę dodać "Nie jestem magiem", ale powstrzymała się,
uświadamiając sobie, że oni też nimi nie są. Skąd więc...? No cóż, w końcu
to K'azz przywołał Śluby. Być może dało mu to jakiś szczególny wgląd.
Ale Turgal? Skąd mógłby wziąć taką świadomość?
Niemniej... czasami zdarzało się jej wyczuwać obecność innych, zanim ich
zobaczyła. A moc dwojga emisariuszy z Jacuruku wypełniała jej umysł swym
bzyczeniem niczym dwie natrętne muchy. Być może nie powinna się dziwić.
-?Niebezpieczeństwo? -?zapytała.
K'azz potrząsnął głową.
-?Nie. Ta moc już zanika. Za sto lat... kto wie? Może nie zostać po niej
żaden ślad.
Wicher sypał w oczy Blask zimnymi drobinami lodu i smagał jej odsłonięte
dłonie.
-?Przetrwała bardzo długo. Dlaczego teraz?
K'azz przestąpił z nogi na nogę. Śnieg zachrzęścił pod jego stopami.
-?Być może żyjemy w czasach, gdy wszystko, co stare, odchodzi. -
Przechylił w zamyśleniu głowę. -?A może tylko tak się nam wydaje, bo
żyjemy właśnie teraz? Czy każdy wiek tak wygląda dla tych, którzy w nim
żyją? W końcu we wszystkich epokach to, co było przedtem, przekształca
się w to, co nastąpi później.
Turgal roześmiał się cicho, uznając trafność jego spostrzeżenia.
-?Myślę, że to dobre pytanie dla zezowatych filozofów z Darudżystanu,
diuku.
-?Nie. Okażmy im litość. Sam zez jest wystarczająco dokuczliwy.
-?Chodźmy -?odezwała się Blask, wskazując namioty. -?To nieludzkie zimno
wnika mi do kości.
-?Zimno ci? -?zapytał K'azz z wyraźnym zaskoczeniem.
* * *
Cała załoga i wszyscy Gwardziści trudzili się przy naprawie statku, więc
ukończono ją w niespełna trzy dni. Czwartej, ostatniej nocy Blask nagle
obudziła się w nieprzeniknionym mroku. Wiedziała, że zbliża się coś
potężnego. Nie miała pojęcia, skąd bierze się ta wiedza, ale była tego
całkowicie pewna. Włożyła po ciemku długi kolczy płaszcz, przypasała
biczomiecz i wyszła z namiotu.
Na zewnątrz panowała cisza, mącona tylko przez niesione wiatrem płatki
śniegu i drobiny lodu uderzające o namioty z niewyprawionej skóry, a także donośne chrapanie kilku marynarzy. To musieli być marynarze, bo
zauważyła, że inni Zaprzysiężeni już się obudzili. Jej towarzysze
krążyli bezgłośnie wokół namiotów niczym duchy przywołane przez jakieś
wezwanie. Wiązali ostatnie węzły, poprawiali pasy, a potem ustawiali się
w szeregu na zachód od obozowiska. Nie trzeba im było wydawać żadnych
rozkazów.
Dołączyła do nich i stanęła obok K'azza.
-?Co się dzieje? -?wyszeptała. Jej oddech zamieniał się w powietrzu w parę.
-?Jeszcze nie jestem pewien. Ale jest blisko -?odpowiedział, nie
odwracając wzroku od ciemności zalegającej przed nimi.
Wykonała znak "gotowi", kierując go w lewo, a potem w prawo. Turgal
wyciągnął wielki, bastardowy miecz i uniósł tarczę. Amatt dzierżył
masywny miecz i również trzymał szeroką piechociarską tarczę. Cole,
który walczył dwoma identycznymi mieczami, przesunął się nieco w bok, by
zrobić dla siebie miejsce. Lor-sinn i Gwynn zajęli miejsca za szeregiem.
-?Uwaga! -?zawołał Gwynn nerwowym, niecierpliwym głosem.
Blask przyjrzała się otaczającym ich zaspom oraz lśniącym, targanym
wiatrem polom lodowym.
Cholera, ależ jest silny!
Wyczuwała straszliwą moc. Nie czuła niczego w tym rodzaju od czasu...
Nad śnieg wzbiła się nagle chmura pyłu czy może niesionej wiatrem ziemi.
Skonsolidowała się na ich oczach w postać odzianą w wystrzępione futro i stojącą na nogach z nagiej, zbrązowiałej kości. Szkieletową twarz
zwracała w ich stronę, a na głowie miała hełm zrobiony z czaszki jakiejś
prehistorycznej bestii. Imass.
K'azz podszedł bliżej, wyciągając rękę.
-?Witaj, pradawny. My z Karmazynowej Gwardii pozdrawiamy cię.
Martwiak poruszył żuchwą z chrzęstem wyschniętych ścięgien.
-?Witajcie -?poniósł się nad lodem jego szept.
-?Czemu zawdzięczamy ten zaszczyt?
-?Przyciągnęła mnie wasza obecność.
-?Czy wtargnęliśmy na twój teren? Jeśli tak, to przepraszamy i zaraz się
stąd zabierzemy.
Istota uniosła i opuściła szerokie bary.
-?Można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy tu intruzami.
-?Masz na myśli Jaghutów...
-?Tak.
-?Czy to z ich powodu tu jesteś?
-?Nie. Nie został tu już ani jeden. Podążam za zewem dobiegającym ze
wschodu. Wszyscy się zbieramy. Przybyła Wzywająca.
K'azz pochylił głowę.
-?Tak, słyszałem o tym. Życzymy ci szczęśliwej drogi. Ale zanim
odejdziesz, czy możesz nas zaszczycić podaniem swego imienia?
-?Jestem Tolb Bell'al, rzucający kości z T'lan Imassów Ifayle'a.
Bardzo długo byłem nieobecny.
-?Dziękujemy, Tolbie Bell'al. Jestem K'azz D'Avore.
-?Znamy cię, K'azz. -?Tolb pochylił nieco głowę. -?Do następnego
spotkania.
Blask zaczerpnęła tchu, pragnąc zapytać istotę, co ma na myśli, ale
Imass rozsypał się w obłok pyłu, który zaraz odpłynął z wiatrem. K'azz
zwrócił się w jej stronę i wymienili zdziwione spojrzenia.
-?Co chciał, czy może chciała, przez to powiedzieć?
Dowódca Karmazynowej Gwardii wzruszył ramionami.
-?Nie mam pojęcia. Może miał na myśli życie przyszłe.
-?Życie przyszłe? -?warknął Cole, podchodząc bliżej. -?Jakie życie
przyszłe? Oni już umarli.
K'azz zakończył dyskusję skinieniem dłoni.
-?Już sobie poszedł. O świcie my też opuścimy to miejsce. -?Podąża za
wezwaniem -?zastanawiał się Cole. K'azz zmarszczył nagle brwi. Stójcie
-?zamigał.
* * *
Stolica królestwa taumaturgów, Anditi Pura, nie miała murów obronnych,
fortecy ani żadnych umocnień. W jej centrum znajdowała się wielka
dzielnica znana po prostu jako Miasto Wewnętrzne. Tam znajdowały się
scentralizowane urzędy, noclegownie oraz akademia szkoląca taumaturgów,
którzy władali państwem i tworzyli jego biurokrację.
Dowództwo nad Armią Sprawiedliwej Kary przypadło Golanowi Amawayowi,
pierwszemu w kolejce do miejsca w rządzącym krajem Kręgu Dziewięciu.
Wielcy Mistrzowie Tajemnic słusznie uznali, że związane z tą pozycją
obowiązki są zbyt wymagające i uniemożliwiałyby całkowite poświęcenie
się ich jedynej obsesji, badaniom nad tajemnicami życia i śmierci.
Jako najniższy rangą pośród adeptów i w związku z tym niewtajemniczony w najgłębsze sekrety Golan ucieszył się z nowego stanowiska. Pokłonił się
Dziewięciu Mistrzom, przyjął ofiarowaną mu Różdżkę Egzekucji i odszedł,
by się przygotować do przejęcia obowiązków.
Pocieszał się myślą, że Dziewięciu Mistrzów z pewnością nie zostanie w stolicy, by oddawać się czczym medytacjom. Będą podążali za armią,
trzymając się w bezpiecznej odległości. Gdy tylko ich siły wtargną na
terytorium Ardaty -?zwane przez ciemnych chłopów żyjących w przesądnym
lęku królestwem duchowym Himatanu -?będą potrzebowali pomocy ich
wszystkich, by odeprzeć najstraszliwsze ataki wrogów.
Jego straż osobista, złożona z dziesięciu yakshaka, ustawiła się w szereg za nim. Kiwając masywną różdżką z czarnodrewna ze srebrnymi
okuciami, zastanawiał się nad tym, jakim podstępem skłonić ich
niegodnych zaufania sojuszników, Isturé, do wzięcia na siebie ciężaru
wszystkich starć.
* * *
Po miesiącach wyczerpujących przygotowań wreszcie wyruszyli ku
Gangrekom, położonemu na wschodzie łańcuchowi górskiemu, dzielącemu
jeszcze nie w pełni opanowane pogranicze Królestwa Taumaturgów od
gęstych dżungli Ardaty. To była słabo zamieszkana kraina. Miejscowi
chłopi wierzyli, że mogą tam przetrwać jedynie dzięki paktom z pradawnymi duchami, demonami oraz potworami z czasów, gdy świat był
jeszcze młody.
Te przekonania nie były zbyt dalekie od prawdy, jeśli wierzyć informacjom pochodzącym od zdrajców Isturé. Tak czy inaczej wkrótce się to
wyjaśni.
Golan przemieszczał się w wielkiej krytej lektyce niesionej przez
czterech yakshaka. W normalnych warunkach wyruszyłby na wojnę na słoniu,
ale bolesne doświadczenia zebrane w ciągu wielu zakończonych porażką
karnych ekspedycji przeciwko Ardacie dowiodły, że skuteczność kolumn ich
słoni bojowych jest niewielka. Gęsta dżungla ograniczała ich ruchomość,
grzęzły w głębokich bagnach i masowo padały ofiarą chorób wywoływanych
przez roje owadów oraz gęste miazmaty. Nieliczne, które przeżyły,
wpędzały w obłęd przerażające nocne zjawy. Dlatego ta armia opierała się
wyłącznie na ludzkich nogach i ludzkich grzbietach.
Miał też w zwyczaju zbliżać się do linii frontu znacznie bardziej, niż
uważano to za rozsądne. Sądził jednak, że nic mu nie grozi. Nie tylko
chroniła go wzmocniona straż osobista złożona z dwudziestu yakshaka,
lecz otaczał go też sztab oficerów z regularnej armii, a także gońcy
oraz zwyczajni żołnierze, nie wspominając już o rzeszy urzędników i skrybów taszczących ze sobą logistyczne wsparcie w postaci niezliczonych
ryz papieru wypełnionych spisem wszystkiego, co niosła ze sobą
ekspedycja. Nie zdziwiłby się, gdyby gdzieś w tej karawanie dokumentów
kryła się notatka głosząca "Dowódca armii, sztuk 1".
Jego zastępca, U-pre, podszedł do kołyszącej się lektyki i pokłonił się
nisko, prosząc o pozwolenie na zabranie głosu.
-?Słucham? -?odezwał się Golan i machnął różdżką, by odegnać natrętne
muchy.
-?Dowódca cudzoziemskich najemników pragnie z tobą rozmawiać, mistrzu.
-?Proszę bardzo, U-pre.
Mężczyzna ponownie się pokłonił i oddalił truchtem.
Golan kołysał się w rytm ruchów lektyki. Lekki deszczyk, niewiele więcej
niż mgiełka, zasłaniał odległą zieloną linię wzgórz, dostrzegalną
gdzieniegdzie przez luki w koronach drzew. Miarowe ruchy pozwalały mu na
spokojną medytację, pomimo grozy, która zgodnie z raportami z poprzednich kampanii czekała na nich za tymi wzniesieniami.
Odgłos ciężkich, wzmocnionych żelazem butów uderzających o ziemię
poinformował go, że zbliża się Oprawca, dowódca Isturé.
-?Chcesz ze mną porozmawiać? -?zapytał Golan, nie spoglądając na niego.
-?Tak.
-?Nadal niepokoi cię powolne tempo naszego marszu?
Zapadła długa cisza, świadcząca, że jego domysły były trafne.
Cudzoziemiec, który kiedyś był arystokratą w królestwie Ardaty, a teraz
ponoć stał się kimś znacznie więcej, odchrząknął, by przemówić raz
jeszcze.
Golan skierował na niego spojrzenie. Wysoki mężczyzna trzymał hełm pod
pachą, jego długi kolczy płaszcz połyskiwał ciemno niczym zasłona nocy,
a szeroka twarz o grubo ciosanych rysach nie przypominała symetrycznych,
okrągłych lic mieszkańców Jacuruku. Miał też niezwykłe włosy, długie i jasne jak wyschnięta na słońcu trawa. Czyżby właśnie to przyciągnęło
uwagę samej Ardaty?
-?Tak -?przyznał mężczyzna. -?Powolne tempo nadal jest uciążliwe. Pozwól
mojemu oddziałowi wyruszyć na zwiad. Znajdziemy drogę i ocenimy siłę
oporu przeciwnika.
Golan odwrócił od niego wzrok.
-?Nie, Isturé. Wszyscy będziemy trzymać się razem. Zaprezentujemy
nieprzyjacielowi jednolity front, tak? Jak każdy dobry rzemieślnik, wolę
mieć wszystkie swoje narzędzia pod ręką, by w razie potrzeby móc
zareagować we właściwy sposób. Ty również jesteś biegłym rzemieślnikiem,
więc z pewnością to rozumiesz, prawda?
Cudzoziemiec uśmiechnął się półgębkiem.
-?Oczywiście, mistrzu taumaturgu. Jak mógłbym się sprzeciwić tak
przekonującemu rozumowaniu? -?Pokłonił się na pożegnanie. -?Mogę odejść?
Golan skinął różdżką na znak zgody i mężczyzna oddalił się ciężkim
krokiem. Taumaturg obserwował go kącikiem oka.
Myślisz, że pozwolę ci poruszać się samemu po krainie, którą ongiś
władałeś? Żebyś spotykał się potajemnie z przedstawicielami Ardaty? Kto
wie, jakie spiski moglibyście uknuć przeciwko nam? Będę cię trzymał
blisko siebie. W końcu jesteś zdrajcą albo pokonanym uzurpatorem.
Zauważył chudą jak trzcina sylwetkę naczelnego skryby. Cierń podbiegł do
lektyki. Przerzucił przez ramię torbę wypełnioną papierami, a na szyi
nosił zawieszony na rzemieniu kałamarz. Golan wyprostował się ze
stłumionym jękiem i pomachał sobie różdżką przed twarzą, zamykając oczy.
-?Słucham? -?odezwał się, gdy usłyszał tupot sandałów tuż obok lektyki.
-?O co chodzi, naczelny skrybo Cierń?
-?To zdumiewające, panie! -?wychrypiał mężczyzna głosem przypominającym
skrzeczenie myszołowa. -?Twoje moce zdumiewają nas, zwykłych
śmiertelników. Skąd wiedziałeś, że to ja?
Może to był smród padliny? Nie, to było niesprawiedliwe. Ten człowiek po
prostu wykonuje swe zadanie, ze skrupulatnością mrówki usypującej górę z piasku, ziarenko po ziarenku.
Golan westchnął, nie otwierając oczu.
-?Chciałeś mi o czymś zameldować?
-?Ach! Tak jest, panie. Lista naszych czcigodnych yakshaka. Niedawno
przeprowadzono rutynowy remanent i wbrew wszelkim oczekiwaniom okazało
się, że jednego brakuje.
Golan otworzył nagle oczy. Odwrócił się w lektyce i spojrzał na
chudzielca.
Ta długa, krzywa szyja też przypomina myszołowa.
-?Chcesz powiedzieć, że jednego zgubiliśmy?
Mężczyzna gwałtownie uniósł spoconą, wygoloną głowę. Jego wydatna grdyka
poruszała się w górę i w dół.
-?Policzyłeś ich jeszcze raz?
Skryba wzdrygnął się, wyraźnie urażony.
-?Oczywiście, panie! Moim obowiązkiem jest wszystko dokładnie sprawdzić,
zanim poinformuję cię o takiej rozbieżności.
-?Być może jeden gdzieś się zawieruszył... jak miotła albo parasol?
Cierń opuścił wzrok, obracając w palcach zielony, wyrzeźbiony z jadeitu
kałamarz, symbol jego urzędu.
-?Mój pan demonstruje poczucie humoru? -?wyszeptał.
Golan uniósł brwi. Czy to miała być subtelna drwina? No cóż, Cierń nie
mógłby zdobyć tak wysokiego stanowiska bez odrobiny sprytu. Golan
demonstracyjnie wciągnął przez nos wielkiego smarka, a potem splunął w bok lektyki. Wszyscy niżsi stopniem oficerowie w pobliżu głośno wyrazili
podziw dla takiej produktywności.
-?Na zdrowie, panie -?dodał z uznaniem Cierń.
-?Dziękuję. Nie, naczelny skrybo, po prostu chciałem rozważyć wszystkie
możliwości. Udzielam ci pochwały za skrupulatność. Przyślij do mnie
dowódcę kohorty Pon-lora.
Mężczyzna pokłonił się nerwowo.
-?Natychmiast wyślę gońca.
Podwinął szaty i popędził na krzywych nogach przez błoto i zdeptaną
trawę.
Golan osunął się na wyściełane siedzenie i obserwował przez przymrużone
powieki gęstą dżunglę po obu stronach. Oddziały piechoty posuwały się
między drzewami, w pewnej odległości od drogi, którą maszerowały
niezliczone szeregi wcielonych przymusowo robotników, dźwigających
ekwipunek oraz zapasy niezbędne do prowadzenia wojny. Daleko z tyłu
podążały za nimi nieliczne wozy, zaprzężone w woły albo bawoły.
Znajdowały się na nich warsztaty kowali i płatnerzy oraz szpital polowy.
Wszystkie jechały z łoskotem na wschód.
Co tam na nas czeka? Co tam znajdziemy? Czy zdołamy zaopatrzyć
wszystkich w żywność, gdyby skończyły się zapasy? Czy uda się nam
odnaleźć ośrodek władzy Ardaty, Jakal Viharn, legendarne miasto ukryte w głębinach dżungli?
Isturé, rzecz jasna, byli pewni, że znajdą drogę, mimo że poprzednie
armie taumaturgów spotkały jedynie klęskę i obłęd. Żadna z nich nie
wróciła z zielonej otchłani.
Dowódca kohorty Pon-lor podszedł do lektyki i pokłonił się, wygładzając
szaty. Golan przyglądał mu się spod opadających powiek. Pon-lor był
uczniem taumaturgicznym siódmej rangi, młodym, obiecującym oficerem.
-?Dowódco kohorty -?zaczął Golan, poruszając różdżką przed twarzą. -
Jeden z naszych yakshaka zachował się bardzo niestosownie i pozwolił
sobie zaginąć. Z pewnością utonął w bagnie, niemniej muszę ci zlecić
sprawdzenie, co się z nim stało. Nie możemy pozwolić, żeby wałęsali się
na swobodzie i rozwalali chaty wieśniaków, czyż nie tak?
Młodzieniec uniósł dłoń, by poprawić długie, proste, czarne włosy,
powstrzymał się jednak i schował rękę za plecami.
-?To prawda, mistrzu.
Golan liczył, że ta wizja wywoła przynajmniej cień uśmiechu, ale
chłopaka onieśmielała jego ranga. Skinął różdżką, każąc mu odejść.
-?W porządku, dowódco kohorty. Weź ze sobą dwudziestu ludzi.
Pon-lor pokłonił się jeszcze raz, a potem odszedł.
Gdybym tylko mógł tak rozkazywać tym cholernym Isturé.
* * *
Nocą w obozowisku armii taumaturgów Mara -?wielki mag Oprawcy -
przygotowywała się do wieczornych medytacji. Położyła papier, kałamarz i rysik na lakierowanym blacie niskiego stołu, a następnie usiadła przed
nim ze skrzyżowanymi nogami, zawiązała wokół oczu czarną jedwabną
opaskę, położyła dłonie na kolanach i przystąpiła do pracy nad
uspokajaniem umysłu. Początkowo przeszkadzały jej obozowe hałasy, ale
takie dźwięki nie były dla niej niczym nowym i powoli, krok po kroku,
zepchnęła wszystkie w tło. Gdy już osiągnęła spokój wewnętrzny, zaczęła
rysować.
Ktoś zapukał w przednią tyczkę namiotu.
Syknęła cicho przez zaciśnięte zęby, po czym odłożyła miedziany rysik.
Zaczerpnęła tchu, żeby się uspokoić, i zdjęła opaskę z oczu, by
przyjrzeć się nieukończonemu rysunkowi. Proste, poziome linie sugerowały
krajobraz pustkowi, na których wznosił się wysoki, potężny słup albo
głaz.
Obelisk. Wszystko to już przeszłość. Ale nadal pojawia się przede mną.
To było niepokojące. Nie lubiła swej przeszłości.
Pukanie rozległo się znowu. Starannie zamknęła żelazny kałamarz i ruszyła ku wejściu do namiotu. Odsunęła zasłonę, zaskakując oficera z armii taumaturgów, który poderwał się gwałtownie, a potem się pokłonił.
Najpierw jednak omiótł wzrokiem krzywizny ukryte pod jej jedwabną
koszulą i przewiązanymi szarfą spodniami. Mara była czystej krwi
Dalhonką, równie czarną, jak wszyscy mieszkańcy tej krainy. Wiedziała,
że wielu mężczyzn fascynuje jej egzotyczny wygląd. Zdawała też sobie
sprawę, że wszyscy mężczyźni na całym świecie to psy.
-?O co chodzi? -?zapytała, celowo nadając głosowi tak uwodzicielskie
brzmienie, jak tylko potrafiła.
Oficer odchrząknął z wyraźnym wysiłkiem.
-?Pojmaliśmy mężczyznę, który podaje się za mnicha...
-?I co z tego?
Oficer przerwał, uśmiechając się blado.
-?Twierdzi, że ma dla ciebie wiadomość.
-?Nie można było zaczekać z tym do rana? Nie powinno mi się
przeszkadzać, kiedy rozmawiam z demonicznymi duchami.
Wyraźnie zaniepokojony mężczyzna oderwał od niej wzrok, próbując zajrzeć
do ciemnego wnętrza namiotu. Pośpiesznie pokłonił się jej po raz
kolejny.
Tak lepiej.
-?Utrzymuje, że ta wiadomość pochodzi od jego, hmm... boga.
Rozumiem.
-?Proszę bardzo. Możesz go tu przyprowadzić.
-?Tak jest, Isturé.
Mara odwróciła się, pozwalając, by poła namiotu opadła. Wdziała szaty i czekała, gromadząc moc, aż granice jej groty, D'riss, zaczęły
skwierczeć wokół niej.
Znowu rozległo się stukanie i do namiotu wepchnięto starego mężczyznę.
Nawet ze sporej odległości poczuła smród jego podartych łachów.
-?Masz dla mnie wiadomość? -?zapytała.
Jego spękane usta rozciągnęły się w niepokojącym uśmieszku.
-?W rzeczy samej, Isturé -?odparł. -?Mój pan zaczyna się niecierpliwić.
Zawarto pakty. Umowy między twoim a moim panem. Zlecono ci misję. Kiedy
możemy się spodziewać jej wykonania?
-?Wkrótce.
-?Wkrótce? -?powtórzył mężczyzna pogardliwym tonem. -?Zmęczyliśmy się
już tym "wkrótce". Żądamy działania. Wydarzenia toczą się coraz
szybciej. Sytuacja staje się groźna.
-?Będę się domagać podjęcia działań.
Mężczyzna pochylił nieco głowę na znak zgody. Jego czarne oczy lśniły
jasno w półmroku.
-?Lepiej, żeby tak się stało... lepiej dla ciebie. Mój pan nie traktuje
zdrady lekko. Kiedy zdobędziesz się na odwagę, będę w pobliżu, by
przekazać ci instrukcje.
Odwzajemniła mu się płytkim ukłonem. Mężczyzna odsunął na bok ciężką
połę i wyszedł. Mara sięgnęła niepewnie na zewnątrz swymi zmysłami i wzdrygnęła się, czując utrzymujący się odór zatrutych grot, nieomylnie
wskazujący na Roztrzaskanego Boga.
To durne Królestwo Łańcuchów. Po co nam ono? Może Oprawca dostrzega w nim coś, co pomoże nam osiągnąć ostateczny cel...
Zdjęła szaty i znowu zasiadła przy stole. Zasłoniła oczy opaską i raz
jeszcze spróbowała uspokoić oddech, ale niezbędne skupienie nie chciało
nadejść. Jej myśli ogarnął chaos.
To zakłócenie równowagi stworzyło lukę, przez którą wróciły duchy. Nagle
pojawiły się przed jej zgłodniałymi światła oczami. Migotliwe zjawy
martwych braci i sióstr. Braciszkowie z Karmazynowej Gwardii. Ich
nieubłagane głosy znowu zaczęły szeptać.
Przysięgałaś... Zawsze pamiętaj... Pamiętaj o Ślubach...
Ręka pokryta wyschniętą skórą pokrywającą nagą kość skinęła na nią
zapraszająco. Koronka.
-?Chodź ze mną, siostro -?wyszeptał trup. -?Nasza ścieżka zawsze jest
otwarta. Nie zdołasz jej uniknąć. Czemu tak uparcie zwlekasz? Zawsze
pozostanie otwarta przed tobą...
-?Nie!
Zerwała opaskę i zaczerpnęła tchu. Po jej skórze spływał pot. Drżała z zimna. Spojrzała na kartę z rysunkiem Obelisku. Zmięła ją z warknięciem
i wrzuciła do stojącego pośrodku namiotu piecyka. Papier stanął w płomieniach.
* * *
Jatal, książę Hafinajów, wjechał z eskortą do obozu cudzoziemskiego
wodza wojennego. Okazał się on znacznie większy, niż tego oczekiwał.
Właściwie nie był to jeden obóz, lecz skupisko oddzielnych obozowisk.
Każde z nich należało do innego plemienia, Większego bądź Mniejszego.
Jatal na pierwszy rzut oka poznał sztandary Awamirów, Salilów i Manahirów, a także wielu Mniejszych rodów. Samozwańczy wódz wojenny
najwyraźniej zdołał przyciągnąć zainteresowanie wszystkich plemion
Adwami, Ludu, obietnicą wielkiej kampanii przeciwko przeklętym
taumaturgom.
Minął zaledwie miesiąc, odkąd emisariusz wodza wojennego przybył do ich
obozu, proponując zawarcie sojuszu między wszystkimi plemionami. Miały
się odbyć obrady, podczas których rodziny przedyskutowałyby plan
stworzenia wielkiej armii, mającej zaatakować samo serce krain
taumaturgów. Rzecz jasna, podobne ataki były rytuałem odprawianym niemal
co rok. Małe grupy wojowników przekradały się kanionami przez granice,
by łupić wioski, kraść plony i brać jeńców. Ale tym razem cudzoziemski
wódz wojenny obiecywał atak na skalę, jakiej nie widziano od pokolenia.
Można było zdobyć całe karawany bogactw oraz armię niewolników.
Jadący na czele kolumny Jatal zwolnił, nakazując wierzchowcowi przejść w powolnego stępa. Wojownicy i czeladź schodzili mu z drogi. Rozmowy
cichły, a głowy zwracały się ku niemu. Ten widok sprawił mu przyjemność.
Tak właśnie powinno być. Hafinaje byli najliczniejszym i najpotężniejszym plemieniem wśród Adwami. Cudzoziemscy wojownicy
wskazali mu drogę do głównego namiotu, rozbitego pośrodku wielkiego
skupiska obozów.
Jego ojciec, patriarcha wszystkich Hafinajów, z początku potraktował te
wieści lekceważąco. Kim był ów intruz, że ośmielił się mówić im o wojnie! Cóż za bezczelność! Czy miał za nic maniery! Ojciec oznajmił, że
nie przyłoży ręki do takiej głupoty. Potem jednak nadeszły wieści o klęsce Fal'eshów i Birkeenów. Następnie większość Mniejszych rodzin
zgromadziła się pod sztandarem wodza wojennego.
Ten fakt i obietnica bogatych łupów przyciągnęły też niektóre Większe
rodziny. Gdy to się stało, Jatal uzmysłowił sobie, że żadne z plemion
Adwami nie zaryzykuje utraty prestiżu ani złota, do czego mogłoby
doprowadzić stanie z boku. Wkrótce potem wezwano go przed oblicze ojca -
mało ważnego syna mało ważnej konkubiny.
-?Jatal -?przywitał go opryskliwie ojciec, leżąc na poduszkach na swym
podwyższeniu. Jatal uklęknął przed nim, pochylając głowę. -?Nie
zapominaj, że jesteś księciem Hafinajów. Nie możesz się tam zjawić jak
jakiś obdarty żebrak. Wyślę z tobą pięćdziesięciu naszych rycerzy, a także siedmiuset zbrojnych. Idę o zakład, że to będzie największy ze
wszystkich kontyngentów! -?Roześmiał się, przewidując zazdrość i zgrzytanie zębów rywali z innych rodzin. -?Tak jest, bardzo dobrze. Nie
przynieś nam wstydu -?zakończył i odesłał go skinieniem dłoni.
-?Ojcze -?wyszeptał z szacunkiem Jatal, po czym oddalił się, nadal
pochylając głowę.
Zbliżał się już do wielkiego namiotu otoczonego przez cudzoziemskich
strażników. Nagle wyszedł z niego jakiś mężczyzna, wysoki i chudy jak
jedna z namiotowych tyczek. Był odziany w długi kolczy płaszcz, miał
siwą brodę i twarz pooraną bliznami niczym pustynia. Jednakże w jego
jasnych, wyblakłych oczach malowały się wyniosłość i arogancja. Jatal
miał wrażenie, że nieznajomy spogląda na niego z góry, mimo że to on
siedział na koniu. Ściągnął wodze.
-?Ty jesteś wodzem wojennym?
Mężczyzna rozciągnął wąskie usta w grymasie przypominającym uśmiech.
-?Tak. A ty z pewnością jesteś synem Hafinaja.
-?Książę Jatal.
-?Witaj w moim skromnym obozie, książę Jatalu. Zaszczycasz nas swoją
obecnością. Moi ludzie wskażą twoim kopijnikom miejsce, gdzie będą mogli
rozbić obóz. Z pewnością pragniecie odpocząć. Czy mogę liczyć, że
zjawisz się na wieczornym spotkaniu rodzin?
-?Możesz.
-?Znakomicie.
Mężczyzna pokłonił się, choć w jego oczach nie dostrzegało się ani śladu
szacunku.
Lekko poirytowany Jatal odpowiedział mu płytkim skinieniem głowy.
* * *
Tej nocy, przy pomocy sług, książę Jatal wdział swoją najlepszą jedwabną
koszulę oraz spodnie, a w pasie otoczył się szarfą ze sztyletami bogato
wysadzanymi klejnotami. Wszystko to dlatego, że ojciec ostrzegał go, by
nie przyniósł wstydu rodzinie. Najadł się, mimo że szedł na kolację, bo
nie chciał, by przeszkadzał mu głód ani sam fizyczny akt jedzenia.
Gdy zbliżył się do wejścia, cudzoziemscy wartownicy uchylili przed nim
połę. Wszedł do środka i zaczekał chwilę, aż oczy przyzwyczają się mu do
jasnego blasku pochodni i piecyków. Pod ścianami namiotu ustawiono
niskie stoły. Goście spoczywali przy nich na dywanach albo poduszkach.
Wódz wojenny siedział ze skrzyżowanymi nogami naprzeciwko wejścia. O dziwo, nadal miał na sobie kolczy płaszcz. Masywny niczym niedźwiedź
mężczyzna zasiadający pod jedną ze ścian wstał ciężko i ruszył w stronę
Jatala, wyciągając ręce. Książę poznał Ganella z Awamirów, którzy od
dawna byli sojusznikami Hafinajów.
-?Książę Jatal! -?zagrzmiał grubas. -?Bardzo urosłeś! -?Przyjrzał się mu
demonstracyjnie od stóp do głów. -?Damy z pewnością mdlały, kiedy
odjeżdżałeś! Jesteś teraz księciem w każdym calu.
-?Witaj, Ganell.
Jatal uścisnął go serdecznie, choć zdołał objąć jedynie część jego
cielska.
-?Usiądź ze mną. Nalegam. Awamirowie przywitają Hafinaja!
-?Zaszczycasz mnie.
Siadając, Jatal zauważył po przeciwnej stronie zasępioną, brodatą twarz
Sher' Tala, władcy koni Saarów, ich tradycyjnych wrogów. Odwrócił wzrok
i spojrzał na wodza wojennego. Ten skinął do niego głową na przywitanie.
Słudzy nieustannie krążyli wokół gości, roznosząc gorącą kaszę z ziarna
pszennego, pieczone jagnięta i koźlęta, owoce oraz karafki z winem.
Jatal pozwolił, by postawiono przed nim talerz, ale nic nie jadł. Uniósł
do ust wypełniony winem puchar z brązu, ale nie wypił ani łyka.
Tymczasem siedzący obok Ganell jadł za dwóch, a może nawet trzech, śmiał
się głośno i bawił wszystkich opowieścią o którymś ze swoich synów.
Wszystkich ich uważał za uzależnionych od dymu półgłówków nadających się
tylko do wydawania jego pieniędzy.
-?Nie to, co ty, Jatal! -?zawołał, klepiąc go po plecach. -?Słyszałem,
że jesteś poetą i filozofem, jak książęta z dawnych czasów!
-?Jestem pewien, że synowie cię szanują -?wyszeptał Jatal.
-?I jak niby okazują ten szacunek? Przez cudzołóstwo? Hulanki i marnotrawstwo? Nie wiem, czy można to nazwać szacunkiem.
-?Osobiście nie przybyłem tu po to, żeby słuchać opowieści o skutkach
chowu wsobnego! -?odezwał się siedzący po drugiej stronie namiotu Sher'
Tal.
-?Skutkach czego? -?zapytał Ganell, rozglądając się wokół z demonstracyjnie zdziwioną miną. -?Jeśli mowa o hodowli zwierząt, chyba
właśnie słyszałem ryk osła.
Sher' Tal zerwał się na nogi.
-?Panowie! -?zawołał cudzoziemiec, również wstając. -?I panie -?dodał,
zwracając się w stronę kobiet, które także zjawiły się na spotkaniu. -
Nie zapominajmy, że jesteśmy tu po to, by porozmawiać o współpracy.
-?A czemu mielibyśmy cię słuchać? -?zawołał ktoś z tłumu.
Mężczyzna dotarł do środkowego punktu namiotu. Jego kolczuga szeleściła
niczym suche liście. Zmarszczył brwi, jakby pogrążył się w głębokim
zamyśleniu.
-?To celne pytanie. Po pierwsze, jak zauważyliście, jestem cudzoziemcem.
I najemnikiem. Walczę dla złota. Sojusz plemion, o jakim tu rozmawiamy,
próbowano już zawrzeć w przeszłości, czyż nie tak? -?Mężczyzna rozejrzał
się, przypatrując się obecnym. Wielu pokiwało głową. -?Właśnie tak -
podjął. -?Sojusze rozpadały się, nim zdołały osiągnąć coś znaczącego. A z jakiego powodu?
Ponownie przesunął wzrokiem po zebranych.
Jatal zauważył, że wszyscy z nich wymieniają oskarżycielskie spojrzenia.
-?Dlatego że ich przywódcy mają mózgi jak bawoły -?wyszeptał Ganell.
Wódz wojenny pokiwał głową, jakby to, co zobaczył, potwierdzało jego
opinię.
-?Sojusze się rozpadały, ponieważ nie sposób było osiągnąć zgody, kto ma
dowodzić. Vehajarwi nie chcieli słuchać Hafinaja, a Saarowie Awamira...
-?Nigdy! -?zawołał Sher' Tal.
Ganell uśmiechnął się i wrzucił do ust garstkę orzechów nerkowca.
-?Bawół -?mruknął.
Jatal z trudem pohamował śmiech.
Wódz wojenny nie przestawał zataczać kręgów. Uniósł pomarszczone dłonie,
prosząc o ciszę.
-?No właśnie. To zrozumiałe. Ja jednak jestem tu obcy. Jestem też
zawodowcem parającym się wojną. Ja i moi podkomendni walczymy tylko dla
pieniędzy. Nie będę faworyzował żadnego z plemion. A po zakończeniu
kampanii po prostu zabierzemy swoją zapłatę i odejdziemy.
-?A ile ma wynosić ta zapłata? -?zapytał Jatal.
Stary najemnik uniósł brwi, wyrażając uznanie dla tego pytania.
-?Książę Jatal nie chce się zadowolić górnolotnymi zapewnieniami. I słusznie. W zamian za opracowanie planów taktycznych i strategicznych
oraz za krew moich wojowników żądam jednej dziesiątej wszystkich łupów.
Ganell zakrztusił się orzeszkami.
-?To absurd! -?wycharczał.
Wszyscy jednocześnie wyrazili sprzeciw.
-?Chcesz nas zrujnować? -?zawołała Andanii, księżniczka Vehajarwi.
Wódz wojenny ponownie uniósł ręce, domagając się spokoju. Jatal
zauważył, że jego potężnie zbudowany zastępca czy może porucznik cały
czas obgryza jagnięcy udziec i pije, zachowując całkowity spokój.
Przyszło mu na myśl, że w normalnej sytuacji dyskusja o wynagrodzeniu
powinna zainteresować kogoś takiego.
Młody książę również uniósł rękę, prosząc o ciszę. Protesty powoli
umilkły.
-?Wodzu wojenny, to, o co prosisz, jest sprzeczne z naszymi zwyczajami -
zaczął, gdy wszyscy się uspokoili. -?Zgodnie z tradycją grupie, która
pokona nieprzyjaciela albo zdobędzie wioskę, przypadała cała chwała i wszystkie zyski płynące ze zwycięstwa.
Wszyscy pokiwali głowami.
-?Tak jest! -?zawołał Ganell.
-?Niemniej mądrzy ludzie mogliby się zgodzić, że lepiej jest zjeść
dziewięć dziesiątych posiłku niż cierpieć głód... -?kontynuował
młodzieniec.
Ganell zaśmiał się i walnął wielką łapą w stół.
-?Ha! Książę ma rację!
-?...i że być może powinniśmy ocenić wielkość tego posiłku, zanim nim
wzgardzimy.
Księżniczka Andanii wstała od stołu i wbiła nóż w blat.
-?W imieniu Vehajarwi oznajmiam, że usłyszeliśmy już wystarczająco
wiele.
-?Może pozwoliłabyś mi skończyć -?odezwał się wódz wojenny przez
zaciśnięte zęby.
Najwyraźniej nie przywykł do tego, by mu przerywano, czy do proszenia o cokolwiek. Nie potrafił uwolnić się od butnej wyniosłości. Jatalowi
przyszło na myśl, że to raczej mu nie pomaga w rozmowach z tak wieloma
równie próżnymi i nadętymi osobami. A księżniczka Andanii z pewnością
dorównywała mu ślepą na wszystko zarozumiałością.
Dziewczyna, ponoć będąca jedną z najgroźniejszych żyjących łuczników,
odgarnęła długi, czarny jak noc warkocz i skierowała piękną zdaniem
Jatala twarz ku wodzowi wojennemu.
-?Zatem mów -?rozkazała pogardliwym tonem. -?Udzielam ci pozwolenia.
Stary najemnik pokłonił się sztywno w odpowiedzi, wyraźnie powstrzymując
złość.
-?Dziękuję... księżniczko. Proponuję, by nasze połączone oddziały złupiły
południową stolicę taumaturgów i ich rytualne centrum, Isana Pura.
Oburzenie, które wypełniało przedtem namiot, było niczym w porównaniu z wyciem sprzeciwu, jakie wywołały te słowa. Nawet Jatal usiadł,
wstrząśnięty niewiarygodną skalą tego planu.
Atak, jakiego nie widziano od pokolenia. Straszliwy Królu... odkąd żywi
sięgają pamięcią!
Siedzący przy nim Ganell pochylił się w prawo, a potem w lewo,
rozlewając wino.
-?Czy to w ogóle możliwe? Czy moglibyśmy tego dokonać?
Zdumiona tą propozycją księżniczka usiadła ciężko. Jatal splótł dłonie i dotknął palcami ust.
Szybki atak. Zaskoczenie. A potem błyskawiczny odwrót, zanim zdążą
zorganizować odsiecz. To mogłoby się udać.
Przez rejwach przebił się nowy, ochrypły głos.
-?Będziecie musieli stawić czoło taumaturgom.
Jatal nie zareagował.
Jak silny jest garnizon? I co ze strzegącymi miasta yakshaka?
Potrzebujemy informacji.
Wszyscy uciszyli się, jeden po drugim.
-?W wielkim centrum rytualnym Isana Pura jest mnóstwo taumaturgów -
kontynuował głos o nieprzyjemnym brzmieniu.
Jatal zmarszczył brwi i wreszcie uniósł wzrok. Zauważył, że wszyscy
kierują spojrzenia ku wejściu, w którym stał nowy przybysz. Gdy go
zobaczył, zaparło mu dech z niesmaku i zadrżał trwożnie. To był
shaduwam. Okrywały go tradycyjne dla jego zajęcia łachmany. Tułów miał
wysmarowany grubą warstwą ziemi, a zakrzepły popiół nadał jego twarzy
białą barwę. Włosy były splątaną, od dawna niemytą grzywą. W rękach
trzymał tradycyjne rekwizyty swojego rzemiosła -?laskę oraz żebraczą
miskę. W jego przypadku za miskę służyła jednak ludzka czaszka.
Wszyscy podnieśli się na nogi z niesmakiem, niepokojem i trzeba
przyznać, że również z atawistycznym strachem.
-?Kto wpuścił tutaj to plugastwo?! -?zawołał Sher' Tal. -?Straże! -
Żelazo i ciało nie są dla mnie przeszkodą.
Shaduwam uśmiechnął się, odsłaniając zęby o zaostrzonych czubkach.
Strażnicy wpadli do namiotu, ale cofnęli się ze wstrętem od świętego
męża.
-?Na każdego, kto ośmieli się mnie dotknąć, spadnie klątwa! -?ostrzegł
ich.
-?Zatem przeklnij wiatr i drewno, psie! -?odparła księżniczka Andanii i zwróciła się ku swoim strażnikom. -?Przynieście mi łuk!
-?Czy pragniesz śmierci swych ukochanych rodziców, księżniczko? -
zapytał shaduwam. -?Jeśli mnie zabijesz, oni również umrą... i to nie
szybką śmiercią.
Andanii pobladła, ale w jej ciemnych oczach gorzał gniew.
-?Czego pragniesz? -?zawołał wódz wojenny, przekrzykując hałas. Ganell
zbył to pytanie machnięciem ręki.
-?Nie! Nie zapraszaj go na nasze spotkanie, nieznajomy! Czy nie widzisz
czaszki w jego dłoniach? To nie jest zwyczajny święty mąż. To Agon.
Sprzedał swego ducha w niewolę mrocznym mocom: Upadłemu i królowi
demonów, piekielnemu Kell-Vorowi.
-?Kell-Vorowi? -?powtórzył wódz wojenny. Jego usta wykrzywiły się w przypominającym uśmiech grymasie.
Shaduwam przez cały czas wpatrywał się w cudzoziemca, poruszając ustami,
jakby dzielił się z nim jakąś mroczną tajemnicą.
Wódz wojenny odwrócił od niego spojrzenie i wzruszył ramionami.
-?Wydaje mi się, że czarom należy się przeciwstawiać czarami. Czyż nie
mam racji?
Sher' Tal miętosił w palcach bujną brodę, patrząc na kapłana z niesmakiem i ostrożnością, jak na dotknięte jakąś chorobą zwierzę.
-?Jeśli te mroczne moce zabiją teurgicznych magów, to będzie znaczyło,
że wreszcie zrobiły coś użytecznego...
Agon uśmiechnął się, odsłaniając zaostrzone zęby. Jatal odnosił
wrażenie, że pragnie zatopić je w ciele władcy koni.
-?Zatem podjęliśmy decyzję -?odezwał się wódz wojenny. -?Kiedy...
-?Nie podjęliśmy żadnej decyzji! -?przerwała mu po raz kolejny
księżniczka Andanii. Spojrzała na kapłana, demonstracyjnie wykrzywiając
twarz w wyrazie wstrętu.
-?Ofiarujesz nam pomoc, ale nie mówisz, jakiej ceny zażądasz! Co
pragniesz otrzymać w zamian?
Wielu wodzów plemion poparło ją szeptem, w tym również Jatal, mimo
tradycyjnej antypatii między ich rodzinami.
-?Tak jest! -?zawołał. -?Powiedz to nam.
Kapłan wyprostował się na pełną wysokość, okazując im taką samą pogardę,
jak oni jemu.
-?Złoto i klejnoty są dla nas jak śmieci i błyszczący pył. Chcemy
otrzymać jedną czwartą wszystkich jeńców.
-?Krwawe rytuały! -?warknął Ganell. -?Plugawe ofiary!
-?Nigdy! -?zawołała Andanii i wyrwała nóż z blatu.
Jatal również wstał, by udzielić poparcia księżniczce. Jego ojciec
zawsze darzył Agonów szczególną nienawiścią i zabronił im wstępu na swe
ziemie. Ganell także się podniósł. Wszyscy przedstawiciele postanowili
przegnać kapłana z namiotu.
Shaduwam przymrużył powieki i skierował pełne złości spojrzenie na wodza
wojennego, ale ten milczał. Zmarszczył tylko nieco brwi, z żalem, jakby
chciał powiedzieć: "Przykro mi, ale nie mogę nic w tej sprawie
zrobić...".
Kapłan pokłonił się wodzowi wojennemu i opuścił namiot, Jatal miał
jednak wrażenie, że na twarzy shaduwama nadal utrzymuje się cień
drwiącego uśmiechu.
Księżniczka Andanii skinęła głową do Jatala, dziękując mu za poparcie.
Pokłonił się, a potem usiadł razem ze wszystkimi. Ganell poprosił o więcej słodyczy i wina.
-?Żeby usunąć z naszych ust ten obmierzły smak -?oznajmił.
Gdy już napełniono kielichy, wódz wojenny uniósł rękę i rozmowy ucichły.
-?Panowie i panie, czy otrzymam waszą odpowiedź? -?zapytał.
Jatal przyjrzał się przedstawicielom plemion. Ich pełne zapału twarze
świadczyły, że większość dała się przekonać. Odchrząknął i wszyscy
popatrzyli na niego.
-?Wodzu wojenny -?zaczął, zataczając ręką krąg, by wskazać na wszystkich
obecnych. -?Widzę tu przedstawicieli około dwudziestu plemion i rodzin
Adwami. Żaden z nich, w tym również ja, nie oczekuje niczego więcej niż
sprawiedliwego udziału w łupach. -?Rozpostarł dłonie. -?Zważywszy
wszystko razem, to powinno oznaczać jedną dwudziestą dla każdego.
Dlatego zadaję sobie pytanie... dlaczego miałbyś otrzymać dwa razy
więcej niż pozostali uczestnicy?
-?Na wszystkich demonicznych bogów! -?zawołał Ganell. -?Masz rację,
Jatal!
Większość obecnych również udzieliła mu poparcia.
-?I co ty na to? -?zapytała wodza wojennego Andanii.
Na twarzy starego najemnika pojawił się blady uśmieszek, niesamowicie
przypominający ten, który przedtem zademonstrował Agon.
-?Książę -?zaczął, gdy krzyki już ucichły. -?Z twoim rozumowaniem nie
sposób dyskutować, ale towarzyszą mi doświadczeni wojownicy...
-?Twierdzisz, że nasi są niedoświadczeni? -?przerwał mu Sher' Tal. -
Uważasz, że Adwami nic nie wiedzą o walce?
Wódz wojenny pokłonił się, wspierając dłonie na kolanach.
-?Bynajmniej... po prostu... nie sformułowałem tego właściwie. Niemniej
jestem dowódcą o wielkim doświadczeniu w sprawach taktyki i strategii...
-?W takim razie możesz być dla nas cennym doradcą w tym przedsięwzięciu
-?przerwała mu stanowczo księżniczka Andanii. -?Ale żaden sługa nie
powinien otrzymać większego udziału niż którykolwiek z Adwami.
Uniosła brwi i spojrzała na Jatala, zachęcając go do wyrażenia opinii.
Młodzieniec pokłonił się jej nisko.
-?Ależ wojownicza klacz. -?Siedzący obok Ganell westchnął z podziwem.
Jatal jednak przyglądał się z uwagą wodzowi wojennemu. Jego porośnięta
rzadką, stalowosiwą brodą żuchwa poruszała się niespokojnie, a w oczach
gorzała niewypowiedziana furia. Zdołał jednak zapanować nad sobą i pochylił powoli głowę na znak zgody.
-?Proszę bardzo. Jedna dwudziesta. Zgadzam się.
Wielu obecnych uniosło kielichy i zakrzyknęło radośnie. Ganell stuknął
się kielichem ze wszystkimi, których mógł dosięgnąć, nie przestając
głośno rechotać. Jatal spojrzał na potężnie zbudowanego zastępcę wodza
wojennego. Mężczyzna wpatrywał się z zasępioną miną w ogryzioną kość, od
czasu do czasu zerkając na zwierzchnika. Jatal pomyślał, że z pewnością
nie spodobała mu się lekkomyślna rezygnacja z połowy spodziewanych
zysków. Nie mógł się z nim spierać. Jak na najemnika, który walczy dla
złota, wódz wojenny stanowczo zbyt łatwo pogodził się z utratą korzyści.
Negocjacje się skończyły i goście głośno domagali się więcej trunków, a także muzyki i tancerek. Ganell zaczął starą opowieść o legendarnych
łowach, na które wyruszył kiedyś z jednym ze stryjów. Obaj zabłądzili i omal nie zastrzelili się nawzajem z łuków. Jatal znał tę historię na
pamięć i słuchał jej tylko jednym uchem, skupiając się na problemie
zdobycia informacji.
To będzie trudne. Taumaturdzy zawsze bardzo skutecznie przechwytywali
ich łupieżcze wyprawy. Z pewnością dzięki swym magicznym talentom.
Przypominał sobie, że paru zbrojnych służących jego rodzinie ma na
nadgarstkach i kostkach ślady po ich kajdanach. Porozmawia z nimi. Miał
też w swoich dokumentach relacje z podróży po sąsiednich krainach. Czy
zabrał je ze sobą? Klepnął Ganella w ramię.
-?Cieszę się z naszego spotkania, przyjacielu, ale muszę przejaśnić
sobie w głowie -?wyszeptał.
-?Oczywiście, oczywiście! -?zawołał grubas i uścisnął ze śmiechem jego
dłoń.
Wstał, pokłonił się płytko cudzoziemskiemu wodzowi wojennemu -?właściwie
teraz to był ich wódz wojenny -?a potem opuścił namiot. Nie zauważył
spojrzenia, jakim odprowadzała go księżniczka Andanii.
Jatal przeszukał swój bagaż i przekonał się, że niestety nie zabrał
potrzebnych dokumentów. Nie sposób przewidzieć wszystkiego. Był zły na
siebie i nie mógł zasnąć. Dlatego wybrał się na przechadzkę po rozległym
obozie. Po chwili dotarł do jego ciemnej granicy, gdzie wartownik
wpatrywał się w porośnięte krzewami wzgórza. Zatrzymał się tam na
moment. Słuchał owadów krążących w mroku i obserwował żywiące się nimi
nietoperze.
Jego uwagę przyciągnęło dziwne światło, widoczne daleko pośród niskich
wzgórz.
-?Czy to ogień? -?zapytał stojącego obok wartownika.
Młody mężczyzna pokłonił mu się nisko.
-?To z pewnością odbicie, szlachetnie urodzony.
Jatal przyjrzał się mu. Pochodził z Mniejszego domu, Birkeenów, i był
bardzo młody.
-?Nie sprawdziłeś tego?
Wyraźnie wystraszony wartownik oblizał wargi i uśmiechnął się
przepraszająco.
-?Mój posterunek jest tutaj, szlachetnie urodzony.
Jatal powstrzymał się przed ostrą odpowiedzią. To nic by nie dało. Nie
miało też sensu tracenie czasu na opieprzanie chłopaka. Birkeenowie
zaliczali się do najbiedniejszych rodzin. Z pewnością nikt nie wynajął
dla niego nauczyciela. Przypominał większość Adwami -?jego światem
władały przesądy. Jatal skierował się tam, gdzie z pewnością znajdzie
chętnych do wyprawy w nocy do obozu cudzoziemców.
Oznajmił, że chce się spotkać z dowodzącym oficerem. Po krótkim
oczekiwaniu spotkała go niespodzianka. Dowódcą obozu okazał się potężnie
zbudowany zastępca wodza wojennego.
-?Słucham? -?mruknął, zapominając o należnych tytułach albo je
ignorując.
-?Zauważyłem światło pośród wzgórz i pomyślałem, że może zechcecie to
zbadać.
Mężczyzna uniósł szeroką dłoń i potarł się po równie szerokich
policzkach. Wystawały spod nich kły, długie niemal jak u wilka.
-?Słusznie pomyślałeś. -?Zwrócił się w stronę wartownika. -?Zbierz ludzi
i ruszajcie za mną.
-?Wskażę wam drogę -?zaproponował Jatal.
Porucznik uniósł brwi z wyraźnym zaskoczeniem.
-?Proszę bardzo. Prowadź.
Ruszyli w drogę. Jatal przyjrzał się mężczyźnie. Był wysoki, lecz
jeszcze większą uwagę przyciągały jego szerokie bary.
-?Jak się nazywasz?
-?Scarza.
-?Ja jestem książę Jatal.
Najemnik przyjrzał mu się z uwagą.
-?Książę, tak?
Jatal usłyszał brak szacunku w głosie rozmówcy, ale postanowił to
zignorować. Być może tam, skąd pochodził porucznik, nie znano tego
tytułu bądź uważano go za głupi. W końcu to był tylko ciemny
cudzoziemiec.
Nim dotarli do granicy obozu, Jatal opisał sytuację swemu towarzyszowi.
Scarza rozkazał najemnikom otoczyć miejsce, w którym paliło się światło,
podczas gdy on i Jatal ruszyli ku niemu otwarcie. Młodzieniec położył
dłoń na rękojeści miecza.
-?To raczej nie jest szpieg -?wyszeptał do Scarzy, gdy pogrążyli się w mroku.
-?Chyba że bardzo kiepski -?zasugerował cudzoziemiec, unosząc brwi.
Jatal pozwolił sobie na drobny uśmieszek. Wódz wojenny budził w nim
niepokój, ale podejrzewał, że jego porucznika mógłby polubić.
Słabe, tańczące światełko zaprowadziło ich do zagłębienia terenu i karłowatego, niemal martwego drzewa. Pod drzewem i na jego gałęziach
umieszczono mnóstwo świec. Niektóre już się wypaliły albo zgasły. Pośród
nich widział kawałki szmat, miseczki z łupin orzechów kokosowych
wypełnione ciemnymi płynami oraz jakieś symbole wydłubane w ziemi i wypełnione różnymi proszkami. Jatal czuł woń starej krwi. Obaj ze Scarzą
przyglądali się temu przez pewien czas. Wreszcie porucznik przykucnął,
żeby lepiej się przyjrzeć.
-?Mroczna magia -?ostrzegł go Jatal.
-?Myślisz, że to dzieło tego szamana?
-?Szamana? Ach, masz na myśli shaduwama. Tak. On praktykuje Agon.
Bluźnierstwo i profanację. Zwróć uwagę na te szmaty. Poznaję tkaniny
Awamirów, Manahirów, Vehajarwi oraz nasze, Hafinajów. To klątwa rzucona
na nas wszystkich.
-?Lepiej mu się nie sprzeciwiać.
-?Zgadza się.
Najemnicy Scarzy wyłonili się z mroku, potrząsając głowami. Porucznik
wstał i strzepnął ziemię z kolan.
-?Dawno już stąd odszedł.
Skinął dłonią, wskazując na złowrogą, prowizoryczną kaplicę.
-?Wierzysz w to wszystko? -?zapytał Jatal.
-?Shaduwamowie mają moc. Są też odporni na kary i groźby.
-?Odporni?
-?No wiesz, to ich religia. Czczą ból i uszkodzenia ciała.
Mężczyzna odchrząknął.
-?To znaczy, że nie są odporni na zwykłe ścięcie głowy.
-?Nie są. Jednakże shaduwam zapewne ucieszyłby się z takiego losu.
Uznano by go za świętego męczennika.
Porucznik jeszcze przez pewien czas przypatrywał się świecom, pocierając
jednocześnie policzki.
-?W takim razie będziemy musieli go ukarać przymusowym karmieniem -
mruknął. Jego myśli najwyraźniej przebywały gdzie indziej. -?I oglądaniem tancerek.
Jatal uśmiechnął się z uznaniem.
-?Tak jest. Los gorszy od śmierci.
Scarza wyciągnął rękę do jednej ze świec, powstrzymał się jednak na
czas.
-?Spalcie to wszystko -?rozkazał swoim najemnikom i ruszył w stronę
obozu.
Jatal podążył za nim.
* * *
Sala tronowa była pusta, pomijając tylko migotliwe cienie rzucane w słabym blasku lamp zawieszonych na łańcuchach niknących w mroku na
górze. Odbijające się echem od pokrytej gładkimi kamiennymi płytami
podłogi kroki oznajmiły przybycie wysokiego, potężnie zbudowanego
mężczyzny o gęstej, białej czuprynie. Przybysz podszedł do jednej ze
ścian i przyjrzał się półkom pokrytym dziełami sztuki oraz zwojami.
Następnie zerknął na wysoki, drewniany tron spowity cieniami, wziął
jeden ze zwojów, rozwinął go i zaczął czytać:
-?Jakie efekty pragniesz osiągnąć, uzurpatorze? -?zapytał, nie odrywając
spojrzenia od zwoju. Po chwili oczekiwania zerknął na tron. -?Słucham.
-?Pewnie chodziło mi o boską cierpliwość -?odpowiedział piskliwy głos
dobiegający z półmroku.
Przybysz przymrużył powieki. Jego oczy gorzały blaskiem płynnego złota.
-?Nie zauważyłem jej u ciebie.
-?Skończyłeś już, Osserc? Muszę cię poinformować, że jestem bardzo
zajęty.
Mężczyzna odłożył zwój na miejsce i wziął wazę stojącą na sąsiedniej
półce.
-?W takim razie nie musisz ciągle za mną łazić jak nerwowy sklepikarz.
-?Ha! -?Z mroku spowijającego siedzisko tronu wyłonił się palec
wskazujący. -?To by ci się podobało, tak? Wtedy spróbowałbyś... co tam
właściwie chcesz spróbować zrobić, mam rację?
Osserc obrzucił tron zdziwionym spojrzeniem.
-?Spróbowałbym?
-?Tak jest!
Wysoki mężczyzna zmarszczył brwi i przechylił głowę, próbując zrozumieć,
o co chodzi. Wreszcie wzruszył ramionami i odstawił wazę na półkę.
-?No cóż, nie musisz się dłużej martwić. Nie mam tu już nic więcej do
zrobienia!
-?Z pewnością nie masz!
-?Pójdę porozmawiać z kimś innym.
-?Z kimś innym? A z kim? Z kim właściwie chcesz rozmawiać? -?Osserc
zignorował to pytanie i ruszył przez ciemną salę. Mroczna,
półprzezroczysta postać siedząca na tronie pochyliła się, jakby wytężała
słuch. -?Dokąd idziesz? -?Migotliwe światło przygasło jeszcze bardziej.
-?Osserc? Halo? -?Postać się wyprostowała. -?Poszedł sobie! Ha!
Przegnałem stąd tego durnia! -?Zaciśnięta w pięść dłoń uderzyła w poręcz
tronu. -?Ale dokąd się udał? -?Ręce uniosły się do skrytej w cieniach
głowy. -?Gaa! Muszę się tego dowiedzieć! Muszę wiedzieć wszystko!
Z kąta sali wyłoniło się podobne do małpy stworzonko. W jednej rączce
trzymało coś błyszczącego.
-?To ty! -?wrzasnęła siedząca na tronie postać. -?Małpka schowała dłonie
za sobą i rozejrzała się wkoło z niewinną miną. -?Hej, ty! Zrób coś!
Na wyrazistym obliczu zwierzęcia pojawiła się mina przypominająca
determinację. Usiadło na jednym ze stopni prowadzących do tronu i wpatrzyło się w dal, głaszcząc kosmyk włosów wyrastający mu z podbródka,
jakby pogrążyło się w głębokim zamyśleniu.
-?Ech, jesteś bardzo pomocny.