Krew i kość. Imperium Malazańskie. Tom 5 - Ian C. Esslemont

-
Proszę czekać

Dramatis personae

Z wioski w Królestwie Taumaturgów

Saeng: Potom­kini miej­sco­wej kapłanki

Hanu: Jej brat

Z wioski w Himatanie

Oroth-en: Star­szy wio­ski

Ursa: Wojow­niczka

Górscy bandyci

Ken­jak Ashe­va­jak: Władca ban­dy­tów

Loor-San

Myint

Thet-Mun

Taumaturdzy

Golan: Dowódca Armii Spra­wie­dli­wej Kary

U-pre: Jego zastępca

Cierń: Pro­fe­sjo­nalny skryba armii

Waris: Ofi­cer armii

Pon-lor: Nowo wyszko­lony tau­ma­turg

Tun: Nad­zorca (odpo­wied­nik sier­żanta)

Surin: Pierw­szy mistrz Kręgu Rzą­dzą­cego

Słudzy Ardaty

Rutana: Cza­row­nica

Nagal: Wojow­nik Citra­va­ghra: "Czło­wiek-lam­part"

Vara­kapi: "Czło­wiek-małpa"

Z plemion Adwami

Jatal: Książę Hafi­na­jów

Anda­nii: Księż­niczka Veha­jarwi

Ganell: Wódz Awa­mi­rów

Sher' Tal: Władca koni Saarów

Pinal: Władca koni Hafi­na­jów

Wódz wojenny: Dowódca najem­ni­ków

Sca­rza: Jego zastępca

Zaprzysiężeni z Karmazynowej Gwardii

K'azz D'Avore: Dowódca

Blask: Kapi­tan

Gwynn: Mag, kie­dyś z kom­pa­nii Oprawcy

Lor-sinn: Mag

Tur­gal

Cole

Amart

Wyłączeni ze Ślubów

Oprawca: Kapi­tan

Hia­cynt: Porucz­nik

Mara: Mag

Pła­tek: Mag

Czer­wony: Mag

Shi­jel: Zbroj­mistrz

Czarny Mniej­szy

Hist

Leu­than

Malazańscy najemnicy

Yusen: Kapi­tan

Bura­stan: Porucz­nik

Murk: Mag

Kwa­śny: Mag

Sta­jenny: Żoł­nierz

Gar­barz: Żoł­nierz

Dee: Żoł­nierz

Sło­dziak: Zwia­dowca

Inni

Ardata: Znana też jako Kró­lowa Cza­row­nic

Kró­lowa Snów: Znana też jako Cza­ro­dziejka albo T'riss

Ina: Segu­leh, jedna z tysiąca naj­lep­szych, Jista­rii

Kró­lowa Cza­row­nic: Znana też jako Kró­lowa Potwo­rów albo Ardata

Sta­rzec Księ­życ: Stary męż­czy­zna

Ripan: Jeden z jego potom­stwa

Sio­stra Zło­śli­wość: Córka Dra­co­nusa

Osserc: Tiste Lio­san, czczony przez nie­któ­rych jako bóg nieba

Gothos: Jaghut

Prolog

W trze­cim księ­życu trze­ciego roku Wiel­kiej Suszy wypły­nę­li­śmy na morze u ujścia rzeki nie­opo­dal Świę­tego Uba­rydu. Pięt­na­stego dnia trze­ciego księ­życa dotar­li­śmy na wyspę bar­ba­rzyń­skich Falar­czy­ków. W dal­szej dro­dze nękały nas nie­ko­rzystne wia­try, które opóź­niły nasze przy­by­cie. Jesz­cze dalej natknę­li­śmy się na zdra­dziec­kie pola lodowe, przez które mogli­śmy żeglo­wać jedy­nie z naj­więk­szą ostroż­no­ścią. Dopiero w jede­na­stym księ­życu zarzu­ci­li­śmy wresz­cie kotwicę u ujścia wiel­kiej rzeki. Z pew­no­ścią tak krótka wizyta nie pozwo­liła nam poznać wszyst­kich zwy­cza­jów i oso­bli­wo­ści tej kra­iny, ale przy­naj­mniej możemy opi­sać jej zasad­ni­cze cechy.

Ular Takeq

Zwy­czaje sta­ro­żyt­nego Jakal-Uku

Dżun­glami Jacu­ruku wła­dały duchy. Saeng przy­po­mi­nała sobie, że kie­dyś nie spała przez całą noc, wytę­ża­jąc słuch, by zro­zu­mieć ich szepty. Cza­sami wyda­wały się jej bar­dziej kuszące niż wła­sne sny. W jed­nym ze swych naj­star­szych wspo­mnień szła sama pośród ską­pa­nych w bla­sku księ­życa liści, szu­ka­jąc źró­dła głosu dżun­gli. Tylko dziecko mogłoby być tak spo­kojne i nie­ustra­szone. Pamię­tała, że po jakimś cza­sie czy­jaś ręka popro­wa­dziła ją poprzez gęste papro­cie i kępy wil­got­nej trawy z powro­tem do wio­ski. Tam matka natych­miast wzięła ją w obję­cia i przy­tu­liła do chu­dej klatki pier­sio­wej. Twarz miała mokrą od łez. Saeng spo­koj­nie wytłu­ma­czyła jej, że wszystko jest w porządku. Nie było powodu do pła­czu. Przy­ja­ciółka odpro­wa­dziła ją do domu.

Rzecz jasna, wszy­scy póź­niej przy­się­gali, że widzieli, jak wró­ciła sama z mroku.

Od tego czasu ni­gdy już nie oba­wiała się nie­prze­li­czo­nych mil dżun­gli ota­cza­ją­cych wio­skę. To było nie­bez­pieczne i musiała przy­znać, że raczej lek­ko­myślne podej­ście w kra­inie, gdzie drzewa zdo­biły gir­landy kwia­tów i chustki modli­tewne ku czci nie­zli­czo­nych duchów, nie­spo­koj­nych umar­łych, widm, dawno zapo­mnia­nych bogów i sta­now­czo zbyt wielu zagi­nio­nych dzieci oraz doro­słych.

Z cza­sem nauczyła się zakra­dać do lasu, gdy tylko miała oka­zję. Pośród zwi­sa­ją­cych lian i liści wil­got­nych od noc­nej mgły przy­cho­dziły do niej dawne duchy kra­iny. Dowie­działa się od nich wielu rze­czy, o któ­rych dawno już zapo­mniano. Gdy ran­kiem wra­cała z wędrówki po leśnych ścież­kach, jej nogi pokry­wały źdźbła trawy oraz błoto, a we wło­sach miała paję­czyny. Z początku matka biła ją i krzy­czała.

-?Nie jesteś nisko uro­dzoną córką wie­śniaka! -?wołała. -?Pocho­dzimy ze sta­ro­żyt­nej rodziny kapła­nek i jasno­wi­dzą­cych!

Pod­czas połu­dnio­wego posiłku matka czę­sto ści­skała jej dło­nie i powta­rzała zawsze tę samą opo­wieść:

-?Saeng -?zaczy­nała, jakby czuła się nią roz­cza­ro­wana. -?Nasza rodzina docho­wała wier­no­ści sta­rej wie­rze. Nie tak, jak ciemni głupcy, któ­rzy nas ota­czają, pada­jący na twarz przed boż­kami, fety­szami i amu­le­tami. Wszy­scy powta­rzają prze­sądne bzdury o bogi­niach ziemi, zwie­rzę­cych bogach, prze­klę­tym królu-bogu albo Cza­row­nicy. Wszystko to tylko puste słowa albo nawet coś gor­szego. Kobiety z naszej rodziny pocho­dzą od sta­ro­żyt­nych kapła­nek Nieba i Słońca! Czcimy Świa­tło. Pamię­taj o tym. Świa­tło, które daje począ­tek wszel­kiemu życiu!

W takich chwi­lach matka pró­bo­wała patrzeć jej w oczy, jakby bła­gała córkę o zro­zu­mie­nie, ale Saeng zawsze odwra­cała wzrok.

-?Tak, mamo -?mam­ro­tała tylko.

W końcu matka dała sobie spo­kój z tymi bła­ga­niami i pozwo­liła jej wędro­wać po ota­cza­ją­cym je wiel­kim zie­lo­nym labi­ryn­cie w poszu­ki­wa­niu szep­czą­cych gło­sów.

Z bie­giem lat Saeng uczyła się coraz wię­cej. Zdała sobie sprawę, że potrafi przy­wo­ły­wać szep­czące głosy, i uświa­do­miła sobie, że są one budzą­cymi lęk duchami ziemi i przod­ków, Nak-ta. Jej moc rosła i przy­by­wały teraz do niej duchy z coraz odle­glej­szej prze­szło­ści. Wyma­gało to od niej cią­głego udo­sko­na­la­nia umie­jęt­no­ści. Dzięki szep­tom tych nie­spo­koj­nych umar­łych nauczyła się roz­ka­zy­wać zwie­rzę­tom, rozu­mieć głosy wia­tru, oszu­ki­wać zmy­sły oraz czer­pać wie­dzę z samej ziemi. Gdy była bli­ska snu, odno­siła wra­że­nie, że zbli­żają się do jej uszu i szep­czą do nich mroczne tajem­nice. Sta­ro­żytne, zaka­zane zaklę­cia, zapo­mniane, śmier­cio­no­śne osłony oraz sztuka pano­wa­nia nad zaka­mar­kami ludz­kiego umy­słu.

Począt­kowo nie zwra­cała na to uwagi, mimo że cie­nie zbli­żały się coraz bar­dziej i trud­niej jej było je lek­ce­wa­żyć. Aż wresz­cie, pew­nej nocy, mroczna, pazu­rza­sta łapa jed­nego z nich zaci­snęła się na jej ramie­niu.

-?Wielki król będzie z cie­bie zado­wo­lony -?wyszep­tał cień gło­sem brzmią­cym jak sze­lest liści na wie­trze.

Przy­po­mniała sobie szok, jaki poczuła po lodo­wa­tym dotknię­ciu.

-?Wszystko to obró­ciło się w proch już przed wie­kami.

-?Nie. To dzieje się teraz. Prze­stań opo­wia­dać głu­poty.

Duch zaczął się zapa­dać w wil­gotny grunt, cią­gnąc ją za ramię.

Nagły krzyk wstrzą­snął nią jesz­cze bar­dziej. Gałąź prze­szyła cień, roz­pra­sza­jąc go. Leżąca na ziemi Saeng ujrzała swego star­szego brata, Hanu, który roz­glą­dał się, ści­ska­jąc w ręce gotową do ponow­nego użytku gałąź. O dziwo, dziew­czyna poczuła jedy­nie obu­rze­nie.

-?Skąd się tu wzią­łeś? -?zapy­tała.

Pocią­gnął ją na nogi.

-?A jak ci się zdaje? Posze­dłem za tobą. I dzięki za to przod­kom.

-?Słu­cham? -?Odsu­nęła się od niego tanecz­nym kro­kiem. -?Jak czę­sto to robisz?

Wzru­szył w pół­mroku sze­ro­kimi ramio­nami.

-?Kiedy tylko mogę. Ktoś musi mieć na cie­bie oko, kiedy odda­jesz się dzi­kim duchom.

-?Potra­fię nad nimi zapa­no­wać.

-?Naj­wy­raź­niej nie potra­fisz.

-?Ten mnie zasko­czył. To wszystko. -?Nagle nasu­nęła się jej pewna myśl. Pode­szła bli­żej, przy­gry­za­jąc wargę. -?Nie... nie powiesz matce, prawda?

-?Na Wielką Cza­row­nicę, pew­nie, że nie powiem. Ma wystar­cza­jąco wiele zmar­twień.

-?No cóż... nie możesz mnie powstrzy­mać.

-?To rów­nież jest oczy­wi­ste.

Skrzy­żo­wał na piersi musku­larne ramiona, spo­glą­da­jąc na sio­strę.

Unio­sła wyzy­wa­jąco pod­bró­dek i zoba­czyła, że po jego twa­rzy i ramio­nach spły­wają strużki wil­goci. Dzięki swym talen­tom wyczuła łomo­ta­nie jego serca oraz stru­mień szybko pły­ną­cej krwi.

Jest prze­ra­żony, uświa­do­miła sobie. Panicz­nie boi się nocy, tak samo jak oni wszy­scy. Ale poszedł za mną. Żeby zapew­nić mi bez­pie­czeń­stwo.

Hanu dyszał ciężko, wpa­tru­jąc się w głę­bo­kie leśne cie­nie.

-?Przy­naj­mniej obie­caj, że następ­nym razem mnie obu­dzisz, dobra? Że nie pój­dziesz do lasu sama. -?Spoj­rzał na nią bła­gal­nie. -?Pro­szę.

Jak mogła mu odmó­wić? Z jej twa­rzy znik­nęła nie­ustę­pli­wość.

-?Tak, Hanu. Obie­cuję.

* * *

W ciągu następ­nego roku zawsze wyglą­dało to tak samo. Budziła brata i razem wykra­dali się do dżun­gli, gdzie nawią­zy­wała więź z bytu­ją­cymi tam dzi­kimi duchami Nak-ta. A także ze znacz­nie star­szymi, tymi od kamieni, stru­mieni i wia­tru. Każ­dej nocy sie­działa godzi­nami, pil­nie strze­żona przez Hanu, i roz­ma­wiała z isto­tami, któ­rych on nie widział. Z cza­sem uświa­do­miła sobie, że choć może ją obro­nić przed wszel­kimi fizycz­nymi nie­bez­pie­czeń­stwami, jest bez­bronny wobec przy­mu­sów i uro­ków. Dla­tego pota­jem­nie rzu­cała na niego zaklę­cia bro­niące przed podobną magią.

-?Z kim roz­ma­wiasz? -?pytał od czasu do czasu, sie­dząc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami pod drze­wem.

-?Ze sta­rymi umar­łymi -?odpo­wia­dała.

-?Nie boisz się?

-?Nie. Oni nie żyją.

Zdzi­wiony Hanu uniósł ręce nad głowę.

-?W takim razie dla­czego stąd nie odejdą?

-?Gnie­wają się. Tylko gniew ma moc potrzebną, by przy­kuć stopy duchów do ziemi.

Łyp­nął na nią zło­wrogo. Bał się, ale nie chciał się do tego przy­znać. Z upły­wem mie­sięcy coraz czę­ściej czy­nił jej wyrzuty.

-?Nie powin­ni­śmy tu przy­cho­dzić -?powta­rzał. -?To nie­bez­pieczne.

Miał rację, ale z zupeł­nie innego powodu, niż wyda­wało się miesz­kań­com wio­ski.

Pew­nej nocy sie­działa na skraju dusz­nej, bagni­stej niecki i roz­ma­wiała z cie­niem kobiety, którą uto­piono w tym miej­scu. Według niej kie­dyś był tu wielki zbior­nik wodny. Zapew­niała, że woda w nim była czy­sta, a głę­bo­kość prze­wyż­szała wzrost wyso­kiego męż­czy­zny. Cze­ka­jący mię­dzy drze­wami tuż obok Hanu wyma­chi­wał wielką gałę­zią, uda­jąc jed­nego ze sta­ro­żyt­nych kró­lów-wojow­ni­ków.

-?Uto­piono? -?zapy­tała Saeng. -?Jak to uto­piono?

-?Przy­wią­zali do mnie cięż­kie kamie­nie i wrzu­cili mnie do wody - odpo­wie­działa zjawa.

Saeng stłu­miła prze­kleń­stwo. Cza­sami umarli wszystko trak­to­wali dosłow­nie.

-?Pyta­łam: dla­czego to zro­bili.

-?Byłam kapłanką sta­rej wiary.

-?Sta­rej wiary? To zna­czy... -?Saeng ści­szyła głos -?...prze­klę­tego króla-boga?

-?Nie -?odpo­wie­dział jej bez­na­miętny głos ducha. -?Nie jego. To na jego roz­kaz zabili mnie i spa­lili świą­ty­nię. Mówię o sta­ro­żyt­nej reli­gii. Kul­cie Świa­tła. Wiel­kiego Słońca.

Saeng odsko­czyła rap­tow­nie od skraju bagna. Po raz pierw­szy coś, co usły­szała od któ­re­goś z duchów, wnik­nęło głę­boko w jej serce.

U jej boku poja­wił się Hanu.

-?Co to jest? -?zapy­tał.

Saeng unio­sła dłoń do gar­dła.

-?Duch -?zdo­łała wykrztu­sić. Na sta­ro­żyt­nych! Czyżby matka od początku miała rację? -?To kobieta, która podaje się za kapłankę sta­rej wiary.

Jej brat mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

-?Któ­rej? One mnożą się jak muchy.

Saeng wpa­try­wała się w niego nie­ustę­pli­wie, aż wresz­cie ścią­gnął brwi.

-?Nie... -?wydy­szał, ale jego sio­stra ski­nęła z prze­ko­na­niem głową.

-?Tej, o któ­rej cią­gle mówi matka...?

-?Tej samej wiary, która pły­nie w naszej krwi -?dobiegł zza jej ple­ców głos cie­nia i Saeng znowu pod­sko­czyła. Zwró­ciła się w stronę kobiety.

-?Co chcesz przez to powie­dzieć?

-?Kto to jest? -?zapy­tał Hanu, roz­glą­da­jąc się wkoło.

Duch uniósł rękę, wska­zu­jąc na dżun­glę.

-?A teraz nad­cho­dzi dla cie­bie czas próby. Czas pod­ję­cia decy­zji. Pamię­taj o wszyst­kim, czego cię nauczono.

Saeng spoj­rzała ze zdu­mie­niem na kobietę.

-?Słu­cham? Czego mnie nauczono? Co masz na myśli?

Kobieta splo­tła przed sobą dło­nie. Saeng miała wra­że­nie, że patrzy na nią jak na wła­sną córkę.

-?Doprawdy, dziecko. Chyba nie myślisz, że wezwano cię tu bez powodu?

-?Co to jest? -?wyszep­tał Hanu, nie dając za wygraną.

-?Wezwano?

Cień roz­pro­szył się już niczym dym. Zwró­ciła się w stronę brata.

-?Suge­ro­wała, że coś się zbliża.

Zmarsz­czył brwi, zasta­na­wia­jąc się.

-?Zbliża się Dzień Wyboru -?stwier­dził.

Oczy­wi­ście. Dzień Wyboru. Jej serce zawa­hało się nagle, jakby ktoś spró­bo­wał zaci­snąć na nim dłoń.

-?Nie możesz tam iść.

Żach­nął się na te słowa.

-?To obo­wiąz­kowe, Saeng. Jeśli się nie zja­wię, aresz­tują nas wszyst­kich. Na sta­ro­żyt­nych, wszy­scy nasi sąsie­dzi posta­rają się o to!

Saeng rozu­miała go. Prawda nie była przy­jemna, ale lepiej, żeby wybrano kogoś z innej rodziny niż któ­re­goś z nich.

* * *

Mie­siąc póź­niej przez ich pro­win­cję prze­szedł orszak spra­wu­ją­cych wła­dzę tau­ma­tur­gów. W końcu repre­zen­tant dotarł nawet do ich pozba­wio­nej zna­cze­nia wio­ski. Podró­żo­wał w wiel­kiej lek­tyce z lakie­ro­wa­nego drewna, wypo­sa­żo­nej w białe, jedwabne zasłony. Eskor­to­wało go dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy.

Saeng stała obok matki w tłu­mie wie­śnia­ków poga­nia­nych ostrymi ukłu­ciami kijów żoł­nie­rzy. Męż­czyźni w odpo­wied­nim wieku usta­wili się po dru­giej stro­nie. Bała się o Hanu, ale tylko tro­chę, minęło bowiem wiele lat, odkąd ostat­nio wybrano jed­nego z synów wio­ski.

Lek­tykę posta­wiono na ziemi i wysiadł z niej teurg. Miał na sobie piękny strój -?wiele warstw jedwa­biu barwy naj­głęb­szego mor­skiego błę­kitu oraz zło­tych kwia­tów. Był niski i nieco gru­bawy. Dzier­żył jed­nak wszech­po­tężną buławę z kości sło­nio­wej, sym­bol swego urzędu. Trzy­mał ją nie­dbale w upier­ście­nio­nej dłoni i pod­rzu­cał od czasu do czasu.

Saeng przy­szło na myśl, że znu­dził się swoją pracą i po pro­stu odbęb­nia zle­cone zada­nia. Wypeł­niła ją gore­jąca nie­na­wiść do niego, zapewne rów­nie silna, jak jego nie­na­wiść do ich roz­pacz­li­wej nędzy, tanich, zabło­co­nych łach­ma­nów oraz odpo­wie­dzial­no­ści, która odcią­gała go od spi­sko­wa­nia w sto­licy, każąc mu podró­żo­wać do samego serca kraju.

Pobież­nie przyj­rzał się zgro­ma­dzo­nym męż­czy­znom, po czym wró­cił do chłod­nego wnę­trza lek­tyki.

Saeng ode­tchnęła z ulgą. Po raz kolejny nie wybrano nikogo z nich. Budzący lęk odle­gli władcy raz jesz­cze odwie­dzili wio­skę, ode­brali należne podatki oraz dary, przyj­rzeli się miej­sco­wym męż­czy­znom i ruszyli w dal­szą drogę, by wró­cić dopiero wtedy, gdy koło ich nie­szczę­snego losu wykona kolejny coroczny obrót.

Ale przed­sta­wi­ciel wła­dzy zatrzy­mał się nagle. Uniósł buławę i dotknął barku, tuż obok fałd tłusz­czu pokry­wa­ją­cych wygo­lony kark. Następ­nie wró­cił do zgro­ma­dzo­nych męż­czyzn i raz jesz­cze prze­szedł powoli wzdłuż sze­regu. Gdy dotarł do Hanu, zatrzy­mał się. Okuta zło­tem buława z kości sło­nio­wej pod­ska­ki­wała na jego ramie­niu. Pochy­lił się ku star­szemu bratu Saeng, jakby go obwą­chi­wał. Nagle zato­czył się do tyłu niczym ude­rzony. Odwró­cił głowę i jego czarne oczy prze­su­nęły się po zgro­ma­dzo­nych wie­śnia­kach. Spoj­rzał rów­nież na Saeng. Potem jego obwi­słe policzki roz­cią­gnęły się w peł­nym okrut­nej satys­fak­cji uśmie­chu i dotknął buławą piersi Hanu. Ich matka zato­czyła się z krzy­kiem do przodu, ale Saeng w porę zła­pała ją za rękę.

Hanu skie­ro­wał na nią zdu­mione spoj­rze­nie. Gapił się na sio­strę, gdy żoł­nie­rze wią­zali mu ręce, i nie odzy­wał się ani sło­wem, dopóki nie pogo­nili go naprzód. Potem obej­rzał się przez ramię.

-?Nie martw się! -?zawo­łał. -?Będę cię chro­nił! Przy­się­gam! Przy­się­gam! -?wołał raz po raz, aż żoł­nie­rze zaczęli szar­pać go za więzy.

Matka pła­kała w jej ramio­nach, ale Saeng nie odwra­cała wzroku od brata i pro­wa­dzą­cych go żoł­nie­rzy. Musiała patrzeć. Była mu to winna. Teurg, kim­kol­wiek mógł być -?z pew­no­ścią jakimś drob­nym biu­ro­kratą ze spra­wu­ją­cej wła­dzę elity -?wró­cił do lek­tyki. Dziew­czyna w końcu stra­ciła brata z oczu. Znik­nął razem z całą kolumną w gęstym listo­wiu, jakby dżun­gla połknęła go w cało­ści.

W tej samej chwili, na­dal pod­trzy­mu­jąc zroz­pa­czoną matkę, poprzy­się­gła zemstę na nich wszyst­kich. Za ich ucisk, ich pogardę i daninę krwi, którą ścią­gali z jej ludu. Kim byli, żeby sta­wiać takie żąda­nia? Powo­do­wać tak wiele cier­pień i nie­szczęść?

Sprawi, że spłoną. Przy­się­gła, że tak się sta­nie.

Cały czas sły­szała też jed­nak cich­szy głos wyszep­tu­jący podej­rze­nie, które paliło jej duszę niczym kwas.

Nie wybra­liby go, gdyby nie zaklę­cia, które na niego rzu­ci­łaś. Czyż to wszystko nie jest twoją winą?

* * *

Blask aku­rat była w por­cie, gdy do jed­nego z nabrzeży w Przy­stani dowlókł się sfa­ty­go­wany sta­tek. Wyczuła, że jest w nim coś dziw­nego, choć nie wła­dała magią i nie miała dostępu do żad­nej groty. Była jed­nak Zaprzy­się­żoną z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii i przed ponad stu laty ślu­bo­wała, że nie zaprze­sta­nie walki z Impe­rium Mala­zań­skim, dopóki będzie ist­niało. Z upły­wem lat odno­siła coraz sil­niej­sze wra­że­nie, że te śluby dały jej nad­na­tu­ralne zdol­no­ści postrze­ga­nia i nad­ludzką siłę. Wyczu­wała teraz rze­czy daw­niej znaj­du­jące się poza zasię­giem jej zmy­słów. Na przy­kład ten skromny dwu­masz­to­wiec, czy raczej jego pasa­że­ro­wie. Coś tam się kryło. To nie byli zwy­czajni przy­brzeżni kupcy, któ­rzy zgu­bili drogę, albo rybacy, któ­rych znio­sło z kursu. Po pokła­dzie tego statku kro­czyła moc. Ruszyła ku niemu, choć miała tylko koszulę narzu­coną na spodnie oraz długi nóż zatknięty za pas z tyłu.

Z pew­no­ścią byli to cudzo­ziemcy, ale nie potra­fiła okre­ślić ich pocho­dze­nia. Mieli pro­ste, czarne jak noc włosy i przy­sa­dzi­stą budowę. Nie­wiele prze­ra­stali ją wzro­stem, choć była bar­dzo drobna. Byli też ciem­no­skó­rzy -?od jasno­orze­cho­wej barwy aż po głę­boki kolor spa­lo­nej słoń­cem ziemi. Sta­tek nie miał żad­nych zna­ków ani godeł. Nie można było wąt­pić, że ma za sobą bar­dzo trudny rejs. Załoga zajęła się przy­go­to­wa­niami do przy­bi­cia do brzegu. Choć Blask nie wie­działa zbyt wiele o żeglar­stwie, miała wra­że­nie, że mary­na­rzy powinno być zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Chło­paki i dziew­czyny krę­cące się po por­cie łapały rzu­cone cumy i poma­gały roz­wi­nąć trap z drewna oraz sznu­rów.

Pierw­sza na ląd zeszła kobieta o ude­rza­ją­cym wyglą­dzie. Była jesz­cze niż­sza od Blask i bole­śnie chuda. Włosy ota­czały jej głowę wielką, czarną chmurą. Miała na sobie luźną czarną suk­nię zakry­wa­jącą stopy. Na ramio­nach nosiła coś w rodzaju opa­sek, z któ­rych zwi­sały błysz­czące amu­lety i tali­zmany. Wię­cej podob­nych przed­mio­tów nosiła na licz­nych rze­mie­niach ota­cza­ją­cych szyję -?las grze­cho­czą­cych bły­sko­tek.

Omio­tła Blask scep­tycz­nym spoj­rze­niem i oznaj­miła:

-?Nie jesteś urzęd­ni­kiem por­to­wym.

Mówiła po taliań­sku cał­kiem nie­źle.

-?A ty nie jesteś kapi­ta­nem statku.

Na tra­pie poja­wiła się kolejna postać, natych­miast odcią­ga­jąc uwagę Blask od kobiety -?bar­dzo wysoki męż­czy­zna w licz­nych koszu­lach nało­żo­nych jedna na drugą. Za pasem miał krzywy nóż. On rów­nież był ciem­no­skóry, jak kobieta -?skóra barwy żela­znego drewna, jak u miesz­kań­ców Itko Kan, a nie praw­dziwa dal­hoń­ska czerń. Dłu­gie włosy upiął na szczy­cie głowy jakąś wyrzeź­bioną z kamie­nia zapinką. Grube deski trapu ugi­nały się i skrzy­piały pod jego cię­ża­rem.

-?To jedna z nich -?mruk­nął, przyj­rzaw­szy się z uwagą Blask.

Nie dostrze­gała w jego oczach wyzwa­nia, ale coś w nich ją nie­po­ko­iło. Ich tęczówki lśniły jak posy­pane zło­tym pyłem.

W oczach kobiety nagle poja­wiła się ostroż­ność.

-?Ach. Teraz rozu­miem. Dałam się nabrać... sądzi­łam, że nikt z Isturé nie chciałby się poja­wić w tak... nie­dba­łym stroju.

Blask zmarsz­czyła brwi. Nie tylko dla­tego, że mówiono o niej, jakby nie stała tuż obok dwojga cudzo­ziem­ców. To słowo... dla­czego podraż­niło ją, jakby prze­cią­gnięto jej po ple­cach tępym nożem.

Jed­nakże Blues wyje­chał na pół­noc i teraz ona peł­niła obo­wiązki guber­na­tora. Pochy­liła uprzej­mie głowę.

-?Wybacz­cie, ale nie rozu­miem. Co zna­czy to słowo, któ­rego uży­łaś?

-?Isturé. Tak nazy­wają was w naszej kra­inie.

-?Nas?

-?Zaprzy­się­żo­nych -?odparła tamta, nawet nie pró­bu­jąc ukry­wać nie­smaku. -?To zna­czy w przy­bli­że­niu "nie­śmier­telny bies".

Blask cof­nęła się o krok. Jej dłoń odru­chowo powę­dro­wała do noża, który miała za pasem.

-?Czego tu szu­ka­cie?

Kobieta roz­po­starła dło­nie w prze­pra­sza­ją­cym geście.

-?Wybacz moją nad­mierną ner­wo­wość. Zle­cono mi zada­nie, któ­rego podej­muję się z nie­chę­cią. Przy­by­wamy z ofertą dla waszej Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii.

Blask roz­luź­niła się nieco. Mary­na­rze wspi­nali się na oli­no­wa­nie, by przy­go­to­wać sta­tek do koniecz­nych napraw. Nie nosili butów, a pode­szwy ich stóp były czarne od smoły.

-?Ofertą? -?powtó­rzyła z nie­do­wie­rza­niem w gło­sie. -?A co to za oferta?

-?Pro­po­zy­cja zatrud­nie­nia.

Wresz­cie zro­zu­miała. Potrzą­snęła głową.

-?Obec­nie nie przyj­mu­jemy kon­trak­tów.

-?Być może powi­nien o tym zde­cy­do­wać wasz dowódca. K'azz.

-?Obec­nie... nie spo­tyka się z poten­cjal­nymi zle­ce­nio­daw­cami.

-?Z nami się spo­tka.

-?Bar­dzo w to...

-?Czy w tej wio­sce jest jakaś gospoda albo zajazd?

Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka zazgrzy­tała zębami, zła, że jej prze­rwano.

-?Może lepiej by było, gdy­by­ście zostali na pokła­dzie.

-?Nie sądzę. Mam już ser­decz­nie dość załogi. I oni mnie też.

To przy­naj­mniej potra­fię zro­zu­mieć.

-?Skoro nale­gasz. -?Ski­nęła dło­nią, zapra­sza­jąc dwoje cudzo­ziem­ców do pój­ścia za nią. -?Mamy tu gospodę z kil­koma skrom­nymi poko­jami... ale nie mogę zagwa­ran­to­wać, że was przyjmą.

Kobieta uśmiech­nęła się niczym wilk, odsła­nia­jąc ostre jak igły zęby barwy kości sło­nio­wej.

-?Pła­cimy dobrym zło­tem, a obe­rży­ści wszę­dzie są tacy sami.

Gdy wspi­nali się na łagodny stok, zmie­rza­jąc do osady, Blask przed­sta­wiła się przy­by­szom.

-?Jestem Rutana -?odpo­wie­działa kobieta. -?A to jest Nagal -?dodała, wska­zu­jąc na podą­ża­ją­cego za nimi powoli męż­czy­znę.

-?Skąd przy­by­wa­cie?

Par­sk­nęła śmie­chem.

-?Z kra­iny, która leży nie­da­leko stąd, ale z pew­no­ścią ni­gdy o niej nie sły­sza­łaś.

Już od dawna nikt nie nad­uży­wał tak bar­dzo cier­pli­wo­ści Blask.

-?Prze­ko­najmy się -?zdo­łała odpo­wie­dzieć spo­koj­nie.

-?Pro­szę bar­dzo. Nie­któ­rzy znają naszą ojczy­znę jako Jacu­ruku.

Pomimo iry­ta­cji Blask była pod wra­że­niem.

-?Znam tę nazwę. Ni­gdy tam nie byłam, ale K'azz był.

-?Tak mi powie­dziano. Prze­ka­żesz K'azzowi naszą wia­do­mość.

Iry­ta­cja Blask ustą­piła miej­sca zdu­mie­niu nie­praw­do­po­dobną bez­czel­no­ścią kobiety.

-?Tak? -?zapy­tała. -?Niby dla­czego?

-?Zro­bisz to -?odparła Rutana.

-?A jak brzmi ta wia­do­mość?

Kobieta się zatrzy­mała. Łyp­nęła ze zło­ścią na Blask, jakby dopiero teraz zauwa­żyła ton jej głosu. Zaci­snęła moc­niej rze­myki ota­cza­jące jej lewe ramię i skrzy­wiła się, być może czu­jąc nagły ból w sta­rej ranie. Kar­ma­zy­nowa Gwar­dzistka dostrze­gła, że zwi­sa­jące z rze­mie­nia amu­lety są trój­kąt­nymi pude­łecz­kami. W każ­dym z nich znaj­do­wała się maleńka figurka.

-?Na nasze zie­mie wtar­gnął Oprawca -?wydu­siła kobieta. -?Powtórz mu to, Isturé. Klą­twa zwana Oprawcą przy­była do naszej kra­iny.

* * *

Póź­niej Blask wezwała Lor-sinn i Gwynna, żeby poroz­ma­wiać o nowych przy­by­szach. Gwynn jak zwy­kle miał ponurą i kwa­śną minę, był ubrany na czarno, rzadko się odzy­wał, a jesz­cze rza­dziej uśmie­chał. Białe włosy, które nie­dawno mu wyro­sły, ster­czały na wszyst­kie strony. Blask z łatwo­ścią mogła sobie wyobra­zić, że spę­dza wolny czas, sie­dząc sztywno i wpa­tru­jąc się w ciem­ność, jakby sam czu­wał przy wła­snych zwło­kach. Druga z magów z jej kom­pa­nii, Lor-Sinn, na­dal czuła się wyraź­nie skrę­po­wana, sie­dząc obok Blask na krze­słach zwy­kle zaję­tych przez Blu­esa, Pal­czaka, Shell albo Dymka, który opu­ścił ich nie­dawno. Blask miała teraz oka­zję przyj­rzeć się jej uważ­niej i zorien­to­wała się, że kobieta powoli, lecz nie­ustan­nie traci pulchne kształty, które przy­cią­gały uwagę wielu męż­czyzn z kom­pa­nii.

Słu­żący przy­nie­śli zupę i Blask spoj­rzała na Lor.

-?Na­dal pró­bu­jesz skon­tak­to­wać się z Czwartą w Assail?

-?Tak jest, komen­dan­cie.

-?Mów mi Blask.

-?Hmm... tak, Blask. -?Pochy­liła się nad bla­tem. Zawsze lubiła roz­ma­wiać o swo­jej pracy. -?Ostat­nio w zeszłym tygo­dniu. Mogła­bym znowu spró­bo­wać otwo­rzyć por­tal, jeśli sobie życzysz...

-?Wolę nie ryzy­ko­wać, Lor. Nie do Assail. Za wcze­śnie na tak dra­styczne kroki. -?Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Gwynna. -?A co z naszymi przy­ja­ciółmi z Pierw­szej?

Ponury nastrój maga pogłę­biał się z każdą chwilą. Wpa­try­wał się w zupę, jakby miał przed sobą coś nie­roz­po­zna­wal­nego.

-?Nasi goście twier­dzą, że na­dal są na Jacu­ruku, komen­dan­cie.

-?Pro­szę, wystar­czy Blask.

Gwynn pochy­lił głowę, a potem odło­żył sztućce, jakby nagle zmie­nił zda­nie, i wsparł pod­bró­dek na pię­ściach.

-?Ta Rutana jest służką sta­ro­żyt­nej Ardaty, zwa­nej przez nie­któ­rych Kró­lową Cza­row­nic.

Blask ski­nęła głową i skosz­to­wała zupy. Była smaczna. Odło­żyła łyżkę. Słu­żący posta­wili przed nimi dru­gie danie -?pie­czone dzi­kie ptac­two. Wcią­gnęła w płuca jego zapach, a potem wypro­sto­wała się i spoj­rzała w błysz­czące, nie­ru­chome oczy Gwynna.

-?Nie­mniej zapew­niasz mnie, że są wro­gami Oprawcy.

-?Bo są.

-?Co pró­bu­jesz mi powie­dzieć?

-?Chcą nas wcią­gnąć w swoją wojnę. Byłem tam, komen­dan­cie, i widzia­łem ją na wła­sne oczy. Sta­now­czo odra­dzam anga­żo­wa­nie się w ten kon­flikt.

-?Rozu­miem. Dzię­kuję za szczerą opi­nię. -?Prze­nio­sła spoj­rze­nie na Lor. -?A ty?

Użyt­kow­niczka magii wzru­szyła na­dal krą­głymi ramio­nami.

-?To kwe­stia aka­de­micka. Nikt nie wie, w któ­rej czę­ści kon­ty­nentu prze­bywa K'azz.

Blask spoj­rzała na małego pie­czo­nego ptaka i skub­nęła kawa­łek skórki.

-?Wyślę wia­do­mość przez naszych nie­ży­ją­cych Bra­cisz­ków. Znajdą go.

-?Ale może nie raczyć odpo­wie­dzieć -?zauwa­żył Gwynn.

To było nieco zbyt szczere, pomy­ślała Blask, zaci­ska­jąc w iry­ta­cji usta.

-?Prze­ko­namy się.

* * *

Znacz­nie póź­niej sta­nęła pośrodku swego apar­ta­mentu. Kom­naty były kie­dyś wła­sno­ścią człon­ków dyna­stii, przed przy­by­ciem Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii wła­da­ją­cej tą pro­win­cją jako jed­nym z małych kró­lestw Stra­temu. Ofi­cjal­nie nale­żały do Blu­esa, gdyż to on pia­sto­wał obec­nie rota­cyjne sta­no­wi­sko guber­na­tora, a gdyby K'azz ich odwie­dził, przy­pa­dłyby jemu. Nie miało jed­nak zna­cze­nia, który z Zaprzy­się­żo­nych aktu­al­nie tu mieszka. Ume­blo­wa­nie było skromne -?pry­cza do spa­nia i biurko do pracy. To wszystko. Był tu też kufer podróżny, w któ­rym Blask trzy­mała zbroję. Biczo­miecz wisiał w głów­nym kory­ta­rzu na dole.

Przy­glą­dała się ścia­nom z cio­sa­nego kamie­nia oraz zaku­rzo­nym gobe­li­nom z cza­sów daw­nej dyna­stii, na­dal butwie­ją­cym na ścia­nach w miej­scach, gdzie zastała je Gwar­dia, ale jej myśli cią­gle wra­cały do iry­tu­ją­cej kola­cji. Nie cho­dziło o Gwynna i jego nie­przy­jemne maniery, lecz o nie­obec­ność K'azza. Ich dowódca cze­goś uni­kał i ten fakt skła­niał ją do zasta­no­wie­nia. W chwi­lach gdy na­dal dopa­dały ją resztki próż­no­ści, wyobra­żała sobie, że to jej unika, ale w innych momen­tach prze­kli­nała go za ucieczkę przed odpo­wie­dzial­no­ścią. Budowa jed­no­li­tego pań­stwa od pod­staw była bar­dzo trud­nym zada­niem. Nale­żało pil­no­wać dróg, budo­wać mosty i pla­no­wać budowę nowych osad. Nie można było pozwo­lić, by o takich spra­wach decy­do­wał ślepy przy­pa­dek. A K'azz znik­nął, zosta­wia­jąc to nudne zada­nie innym. Podobny brak odpo­wie­dzial­no­ści znacz­nie pogor­szył jej opi­nię o nim. Otrzą­snęła się, wpa­tru­jąc się w mrok z zasę­pioną miną. Tak czy ina­czej trzeba się będzie z nim skon­tak­to­wać. Przy­wo­łała Bra­cisz­ków.

Po chwili w pomiesz­cze­niu poja­wiła się mgli­sta syl­wetka o krzy­wych nogach. Prawa ręka zjawy koń­czyła się na wyso­ko­ści łok­cia. To był Prze­chył, mistrz oblę­żeń. Stra­cili go nie­dawno. Cień pochy­lił nieco głowę.

-?Blask -?wydy­szał.

Zdzi­wiła się, sły­sząc wypo­wie­dziane na głos słowo.

-?Mam wia­do­mość dla K'azza, Prze­chył.

-?Mogę ją dostar­czyć -?wyce­dził cień sta­rego męż­czy­zny. -?Ale nie gwa­ran­tuję, że odpo­wie.

-?Rozu­miem. Przy­byli do nas goście z Jacu­ruku. Ponow­nie odwie­dził ich Oprawca i zdają się suge­ro­wać, że to my pono­simy za to odpo­wie­dzial­ność.

-?Wyczu­li­śmy tych dwoje -?wyszep­tał Prze­chył. -?Led­wie można zwać ich ludźmi.

Zasę­piła się, usły­szaw­szy te słowa.

-?Prze­ka­żesz wia­do­mość?

-?Jasne. Już się za to biorę. Cie­szę się, że mogłem cię zoba­czyć, Blask.

Cień ruszył ku drzwiom, jakby musiał je otwo­rzyć, żeby wyjść. Prze­nik­nął jed­nak bez prze­szkód przez grubo cio­sane deski, zosta­wia­jąc za sobą chmurę kurzu opa­da­ją­cego powoli na pod­łogę.

Zdzi­wiona Blask uklę­kła, dotknęła dło­nią pyłu, a potem wypro­sto­wała się i przyj­rzała wła­snym pal­com. Można by nie­mal pomy­śleć, że Prze­chył na­dal żyje. Ni­gdy dotąd nie widziała, by wokół syl­wetki któ­re­goś z Bra­cisz­ków zbie­rał się kurz. Ale z dru­giej strony czę­sto wystę­po­wał jako rzecz­nik pole­głych Zaprzy­się­żo­nych. Strzep­nęła kurz z dłoni i wró­ciła za biurko.

* * *

Szcze­rze mówiąc, nie liczyła na odpo­wiedź. K'azz wyłą­czył ze Ślu­bów Oprawcę i tych, któ­rzy opo­wie­dzieli się po jego stro­nie. Już przed ponad rokiem wyklu­czył ich z sze­re­gów Gwar­dii. Oprawca oso­bi­ście odpo­wia­dał za swoje czyny, a kom­pa­nia nie miała z nimi nic wspól­nego... bez względu na to, co mie­liby twier­dzić inni. Goście mogli tu sobie cze­kać, jak długo zechcą. Nic im to nie da. W ciągu kilku następ­nych dni igno­ro­wała ich, jed­no­cze­śnie apro­bu­jąc wszyst­kie prośby miej­sco­wych kup­ców o pokry­cie kosz­tów naprawy statku.

Dla­tego cztery dni póź­niej poczuła się zasko­czona, gdy Ogi­lvy, jeden z regu­lar­nych żoł­nie­rzy, rekrut z Trze­ciego Zaciągu, zapu­kał do jej drzwi i wszedł do środka, uno­sząc pokrytą bli­znami, poobi­janą dłoń do nazna­czo­nego rów­nie wie­loma szra­mami bez­wło­sego czoła.

K'azz, pani -?oznaj­mił ochry­płym gło­sem i pokło­nił się jej, jakby była szla­chet­nie uro­dzona.

Wie­lo­krot­nie powta­rzała mu, że wystar­czy zasa­lu­to­wać, ale te maniery naj­wy­raź­niej głę­boko zapi­sały się w jego jaźni. Kła­niał się jej nisko i tytu­ło­wał ją panią, nawet kiedy mu mówiła, żeby tego nie robił. Po pro­stu musiała się do tego przy­zwy­czaić.

Ski­nęła głową i ode­słała go, po czym odło­żyła gęsie pióro i wstała od biurka, by zejść na dół. Zatrzy­mała się na moment przed lustrem z pole­ro­wa­nego brązu i przyj­rzała swemu odbi­ciu. Niska sma­gła kobieta o dłu­gich, czar­nych wło­sach sple­cio­nych w war­kocz. Tak się skła­dało, że miała na sobie długą suk­nię z bro­katu, z roz­cię­ciami i obszytą koronką na bokach. Była cia­sna na górze i w ręka­wach, roz­sze­rza­ją­cych się dopiero przy nad­garst­kach. Nie zasta­na­wiała się nad tym przed­tem, ale rezy­gna­cja ze skó­rza­nej kurty i ake­tonu świad­czyła, że raczej poważ­nie trak­tuje swą rolę peł­nią­cej obo­wiązki guber­na­tora.

Ale ta twarz! Zawsze taka poważna, dziew­czyno. Nos spłasz­czony jak u kar­czem­nej dziewki wda­ją­cej się w bija­tyki i w dodatku te cho­ler­nie cien­kie wargi.

Skrzy­wiła się z nie­za­do­wo­le­niem.

Ale przy­naj­mniej nikt nie umknie z wyciem w noc na mój widok.

Zresztą kogo to obcho­dziło? Otwo­rzyła drzwi, zła­pała zawie­szony na kołku szty­let w pochwie i zatknęła go sobie za pas z tyłu, a potem zeszła na dół krę­tymi scho­dami.

* * *

Zna­la­zła go, gdy gła­skał jed­nego ze swych kilku wierz­chow­ców. Skó­rzany strój miał brudny po podróży, a wyso­kie moka­syny cia­sno opięte wokół kolan. Roz­czo­chrane włosy opa­dały mu na plecy i widziało się w nich pasemka siwi­zny. Odwró­cił się, zanim zdą­żyła do niego podejść. Zatrzy­mała się. Po raz kolejny prze­żyła szok na jego widok. Pamię­tała go jako mło­dego męż­czy­znę, a teraz był stary. Z pew­no­ścią miał za sobą trudne czasy, bo jesz­cze bar­dziej stra­cił na wadze. Oczy o bystrym wyra­zie były zapad­nięte, a wydatne kości policz­kowe wyda­wały się ostre jak noże. Zapu­ścił brodę, rów­nież upstrzoną plam­kami siwi­zny.

Jest stary. Posta­rzał się przed­wcze­śnie. Przed­wcze­śnie? Wszy­scy jeste­śmy sta­rzy, dziew­czyno! Masz ponad sto dwa­dzie­ścia lat!

Otrzą­snęła się, pode­szła bli­żej, ujęła jego chłodne dło­nie i uca­ło­wała go w oba policzki.

-?Witaj! Co się z tobą działo?

-?Szu­ka­łem dróg pro­wa­dzą­cych do jeziora Jor­rick.

-?Naprawdę zamie­rzasz je nazwać na jego cześć?

Uśmiech­nął się.

-?Czemu by nie? W Gena­bac­kis uwa­żają go za boha­tera.

-?Hmm... pew­nie tak. Zosta­niesz tu na dłu­żej?

Błysz­czące oczy, do tej pory wpa­tru­jące się w nią uważ­nie, prze­su­nęły się w bok.

-?Być może. Wybacz, że zwa­li­łem ci na głowę całą papier­kową robotę.

-?Nie mnie, tylko Blu­esowi.

-?Ach! Nic dziw­nego, że stąd uciekł. Masz o nich jakieś wie­ści?

-?Być może dotarli już do Korelu.

-?Zostało im tylko odna­leźć Kratę i uwol­nić go ze Sztor­mo­wego Muru. O ile to rze­czy­wi­ście on. Wkrótce powinni wró­cić.

-?Powin­nam była pójść z nimi. -?Blues sobie pora­dzi. Jest naj­lep­szy z nas. -?Bra­kuje mi go. Cie­bie też mi bra­ko­wało...

Na ogo­rza­łej od wia­tru skó­rze wokół oczu męż­czy­zny poja­wiły się zmarszczki. K'azz opu­ścił wzrok.

-?Mnie rów­nież bra­ko­wało was wszyst­kich. Co z tymi gośćmi?

Blask ruszyła ku otwar­tej bra­mie for­tecy.

-?Gwynn mówi, że to słu­dzy Ardaty.

K'azz szedł u jej boku, spla­ta­jąc dło­nie za ple­cami.

-?Tak. Wyczu­wam ich obec­ność. Z pew­no­ścią zali­czają się do naj­po­tęż­niej­szych. W ten spo­sób prze­ka­zuje nam, że trak­tuje swą wia­do­mość bar­dzo poważ­nie. Nie­stety nie możemy speł­nić jej życze­nia...

-?Tak im powie­dzia­łam. -?Ale chcą to usły­szeć ode mnie. -?Tak. -?Dla­tego tu przy­by­łem...

Spoj­rze­nie Blask padło na krętą, wysy­paną żwi­rem drogę wio­dącą do mia­steczka.

A kiedy odejdą, ty rów­nież nas opu­ścisz? Wró­cisz na pust­ko­wia? Nie mar­twisz się tym, jakie skutki mogą wywo­łać tak dłu­gie okresy two­jej nie­obec­no­ści? Plot­kami i nie­po­ko­jem? Nie wśród Zaprzy­się­żo­nych, oczy­wi­ście, ale co z regu­lar­nymi żoł­nie­rzami i cywi­lami? Nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że dawno już umar­łeś, a my po pro­stu spra­wu­jemy wła­dzę w twoim imie­niu.

Nie­mniej w daw­nych dniach czę­sto roz­pusz­czali fał­szywe pogło­ski o jego obec­no­ści bądź znik­nię­ciu... Blues i inni nawet prze­bie­rali się cza­sem za niego... wszystko to miało sta­no­wić zabez­pie­cze­nie przed nie­ustanną groźbą ze strony cho­ler­nych skry­to­bój­ców ze Szponu...

Zatrzy­mała się nagle, uświa­da­mia­jąc sobie, że już dotarli do mia­steczka. Długa droga w dół kli­fów minęła jej w mgnie­niu oka. Naj­wy­raź­niej przez cały czas nie odzy­wali się ani sło­wem.

Przed nimi, na głów­nej ulicy, z gospody wyszło dwoje gości. Z pew­no­ścią obie strony rów­nie dobrze wyczu­wały swą bli­skość. Wysoki męż­czy­zna, Nagal, musiał się pochy­lić, żeby zmie­ścić się w niskim wej­ściu. Z okien i otwar­tych drzwi wychy­lali się cie­kaw­scy tubylcy, obser­wu­jący zmie­rza­jące ku sobie pary. Blask zauwa­żyła, że żadne z ich czwórki nie ma broni dłuż­szej niż szty­let. Czyżby to była celowa ostroż­ność?

Ciem­no­skóra kobieta pokło­niła się płytko z cichym grze­cho­tem lasu amu­le­tów opa­da­ją­cych jej na piersi. K'azz odwza­jem­nił ukłon.

-?Witaj, diuku D'Avore -?rze­kła. -?Czy może jesteś księ­ciem? -?Nosi­łem wiele tytu­łów -?odparł ze spo­ko­jem. -?Ale suge­ruję ten, z któ­rego jestem naj­bar­dziej dumny. Dowódca.

-?Jak sobie życzysz... dowódco. Ja jestem Rutana, a to jest Nagal.

Wysoki męż­czy­zna, który spra­wiał wra­że­nie, że cały czas uśmie­cha się skry­cie, rów­nież się ukło­nił.

-?Witaj­cie w Stra­te­mie. W czym możemy wam pomóc?

-?Dosta­łeś moją wia­do­mość -?wark­nęła. -?Powi­nie­neś znać odpo­wiedź na to pyta­nie. Twój wasal, Oprawca, wró­cił do Jacu­ruku i chce zacząć wojnę prze­ciwko nam. Masz obo­wią­zek pomóc nam uwol­nić się od niego.

-?Nie jest już moim wasa­lem i nie odpo­wia­dam za jego czyny.

Kobieta nie dała się powstrzy­mać. Unio­sła pod­bró­dek i wykrzy­wiła usta w jesz­cze bar­dziej skwa­szo­nym gry­ma­sie.

-?A co z repa­ra­cjami za zbrod­nie, które popeł­nił na naszych zie­miach, kiedy jesz­cze nim był? -?zapy­tała. -?Wyeli­mi­no­wa­nie go mogłoby pokryć ten dług!

Po raz kolejny Blask zatkało na widok bez­czel­no­ści Rutany.

Bogo­wie na górze! Prze­bywa w kra­inie, którą włada K'azz, i oskarża go o zbrod­nie popeł­nione przez kogoś innego daleko stąd!

Tego nie spo­sób było tole­ro­wać. Na miej­scu K'azza natych­miast kaza­łaby jej odejść.

Jego cier­pli­wość zda­wała się jed­nak nie­wy­czer­pana. Prze­chy­lił tylko głowę, jakby chciał przyj­rzeć się Ruta­nie pod wszyst­kimi moż­li­wymi kątami. Potem zmarsz­czył w zamy­śle­niu brwi.

-?Rutana, przy­cho­dzi mi na myśl, że gdy Oprawca po raz pierw­szy przy­był na Jacu­ruku, został wasa­lem two­jej pani. Czyż nie tak?

Kobieta szarp­nęła gwał­tow­nie za rze­mie­nie na ramio­nach. Jej twarz pociem­niała z wście­kło­ści. Po chwili zapa­no­wała nad emo­cjami w wystar­cza­ją­cym stop­niu, żeby odpo­wie­dzieć.

-?Nie zawarto for­mal­nej ugody. Przez pewien czas oboje tylko współ­pra­co­wali ze sobą.

K'azz wzru­szył ramio­nami, dając do zro­zu­mie­nia, że uważa ten temat za zamknięty.

-?Tak czy ina­czej Oprawca już dawno ruszył wła­sną drogą i nie mogę odpo­wia­dać za jego poczy­na­nia.

-?Ale Śluby na­dal go pod­trzy­mują -?ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Nagal cichym, melo­dyj­nym gło­sem. -?Twoje Śluby, K'azz.

Na twa­rzy księ­cia poja­wił się gry­mas bólu.

-?Ode­brał­bym mu tę moc, gdyby leżało to w moich moż­li­wo­ściach -?odparł z wyraź­nymi wysił­kiem. -?Wyłą­czy­łem go ze Ślu­bów.

-?To za mało -?nie ustę­po­wał Nagal. -?Na­dal go obej­mują. Nasza pani zna ich tajem­nicę. Czy nie jesteś cie­kawy, K'azz?

Blask ogar­nął głę­boki nie­po­kój. Za pośred­nic­twem tych dwóch sług wyczu­wała doty­ka­jący ich wpływ Ardaty, pani wszyst­kich cza­row­nic. Zro­biło się jej nie­do­brze. Jej ciało pokryły ciarki, jakby coś je splu­ga­wiło. Widziała, że K'azzem wstrzą­snęło to, co można było zin­ter­pre­to­wać tylko jako dotknię­cie Ascen­dentu pro­po­nu­ją­cego, że zbada coś, co sta­no­wiło pod­stawę jego toż­sa­mo­ści.

-?Nie kwe­stio­nuję mądro­ści ani mocy waszej pani -?zaczął ostroż­nie. - Być może w przy­szło­ści sko­rzy­stam z jej szczo­drej oferty. -?Pochy­lił głowę, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dwojga gości. -?Ale na razie życzę wam bez­piecz­nego powrotu do domu.

Odwró­cił się i odda­lił sztyw­nym kro­kiem. Blask podą­żyła za nim tyłem, cały czas wpa­tru­jąc się w Rutanę i Nagala.

-?Tak jest, w przy­szło­ści! -?zawo­łał wysoki męż­czy­zna. -?Czasu z pew­no­ścią nam nie zabrak­nie.

K'azz zatrzy­mał się na moment, ale ponow­nie ruszył przed sie­bie.

-?Jest jesz­cze jedno! -?zawo­łała Rutana.

Dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii odwró­cił się z wes­tchnie­niem.

-?Słu­cham?

-?Ponie­waż nie jesteś skłonny do współ­pracy, moja pani pozwo­liła mi ujaw­nić jesz­cze jeden fakt.

-?Tak?

-?Wiesz, że posiada moc jasno­wi­dzą­cej i pro­ro­kini. Prze­wi­działa, że wkrótce doj­dzie do ataku na dolmeny z Tien. Co ty na to, K'azz? Czy można do tego dopu­ścić?

W pierw­szej chwili to nie­ja­sne ostrze­że­nie nic nie zna­czyło dla Blask. Potem przy­po­mniała sobie, gdzie sły­szała tę dziwną nazwę. Tam wła­śnie uwię­ziono K'azza, gdy prze­by­wał na zie­miach Jacu­ruku. Natych­miast skie­ro­wała na niego spoj­rze­nie i zdu­miał ją widok jego reak­cji. Twarz dowódcy zro­biła się biała jak kreda. Pochy­lił wyraź­nie ramiona, jakby dźwi­gał na nich brze­mię. Pokrę­cił głową.

-?To się nie może wyda­rzyć -?wychry­piał z wysił­kiem.

Rutana uśmiech­nęła się trium­fal­nie.

-?W tej spra­wie moja pani zga­dza się z tobą, książę.

-?Osią­gnę­łaś swój cel, cza­row­nico. -?Spoj­rzał na Blask. -?Wezwij Zaprzy­się­żo­nych. Wyru­szam do Jacu­ruku -?oznaj­mił i odda­lił się.

Blask śle­dziła go zdu­mio­nym spoj­rze­niem. Tak po pro­stu? Jedna nie­ja­sna groźba, infor­ma­cja, czy co tam wła­ści­wie to było, i już się zgo­dził?

Zer­k­nęła na dwójkę gości, ale igno­ro­wali ją, wle­pia­jąc chciwe spoj­rze­nia w sztywną jak kij syl­wetkę K'azza wle­ką­cego się z wysił­kiem przed sie­bie.

* * *

Dziób statku wbił się w brzeg z ostrym zgrzy­tem drewna dra­pią­cego pia­sek. Sto­jący na przo­dzie kapi­tan rozej­rzał się po wydmach i kar­ło­wa­tej roślin­no­ści cią­gną­cej się w głąb lądu. Załoga i wojow­nicy cze­kali na jego roz­kazy. Choć był okrutny i bru­talny, popro­wa­dził ich do wielu uda­nych ata­ków i ufali jego przy­wódz­twu na woj­nie. Jego szary kol­czy płaszcz, podarty i wystrzę­piony, opa­dał na deski pokładu, a włosy oraz broda rów­nież były dłu­gie, siwe i roz­czo­chrane. Nie­któ­rzy zwali go Sza­rym Duchem, ale tylko naj­cich­szym szep­tem. Sam wolał tytuł wodza wojen­nego.

Prze­sko­czył przez burtę z dzi­kim wrza­skiem i wylą­do­wał w płyt­kiej wodzie. Jego ludzie podą­żyli za nim, wyjąc niczym wilki. Jeśli któ­re­goś z nich można było nazwać zastępcą dowódcy, był nim Sca­rza. Nie­któ­rzy szep­tali, że w żyłach potęż­nie zbu­do­wa­nego wojow­nika pły­nie spora domieszka krwi Trel­lów. Pod­szedł teraz do wodza wojen­nego, zauwa­ża­jąc, że rdza z noszo­nej przez niego zbroi zosta­wia w wodzie czer­wony ślad, wyglą­da­jący jak plama krwi.

-?Zie­mia się nie zatrzę­sła, Sca­rza -?zauwa­żył wódz wojenny, osła­nia­jąc oczy przed słoń­cem i spo­glą­da­jąc na poro­śnięty kar­ło­watą roślin­no­ścią obszar. -?Nie zadęto w trąby. Nie nad­szedł koniec świata.

-?O czym mówisz, wodzu wojenny?

Męż­czy­zna skie­ro­wał na niego spoj­rze­nie sta­rych, pożół­kłych oczu, ale zaraz je odwró­cił.

-?O niczym, mój drogi Sca­rza... po pro­stu minęło bar­dzo wiele lat, odkąd ostat­nio cho­dzi­łem po tym brzegu.

-?A czego mamy doko­nać w tej ponu­rej kra­inie, budzą­cej we mnie bole­sne wspo­mnie­nie ojczy­zny?

Wódz wojenny uśmiech­nął się. Bruzdy prze­ci­na­jące jego starą twarz pogłę­biły się jesz­cze. Naj­wy­raź­niej odpo­wia­dało mu zgryź­liwe poczu­cie humoru jego zastępcy.

-?Nie cho­dzi mi o te zie­mie, Sca­rza. Inte­re­suje mnie sąsied­nie kró­le­stwo. Wła­da­jący nim butni mago­wie popa­dli w samo­za­do­wo­le­nie.

Każą się tytu­ło­wać wiel­kimi alche­mi­kami i teur­gami. Tutaj nato­miast znaj­dziemy bandy obdar­tu­sów, żyją­cych z łupie­nia tau­ma­tur­gów. Weź­miemy ich pod swoje skrzy­dła i poka­żemy, jakie korzy­ści może im przy­nieść zor­ga­ni­zo­wana kam­pa­nia.

-?Masz na myśli śmierć?

Chudy męż­czy­zna opu­ścił kąciki ust, jakby w wyra­zie lek­kiej dez­apro­baty.

-?Z cza­sem tak -?przy­znał.

Wódz wojenny spoj­rzał w stronę morza. Wszyst­kie dzie­sięć stat­ków łupież­ców przy­biło już do brzegu.

-?Na razie roze­ślij zwia­dow­ców, wyła­duj wszystko i roz­mon­tuj statki. Będziemy potrze­bo­wali drewna.

Sca­rza ukło­nił się mu.

-?Już się robi, wodzu wojenny.

Posi­wiały męż­czy­zna ponow­nie skie­ro­wał uwagę w głąb lądu.

-?Wró­ci­łem, cho­lerny kręgu magów -?wydy­szał. -?I co teraz zro­bi­cie? Tak jest... co zro­bi­cie?

Rozdział I

Gdy wró­ci­łem ze swych wędró­wek, przy­wi­tał mnie głos sta­rego przy­ja­ciela. To było na dłu­giej daru­dży­stań­skiej ulicy zwa­nej Drogą Trze­ciego Poziomu. Zła­pał mnie nagle za rękę i zapy­tał:

-?Skoro wró­ci­łeś, zgod­nie z zapew­nie­niem Osserca, powiedz mi, gdy jak za daw­nych lat będziemy szli tą ulicą ku kwit­ną­cym sadom, co cię skło­niło do wyru­sze­nia w tak długą podróż na Pust­ko­wia Świata?

Cha­nat D'argatty Podróże D'argatty'ego

Saeng poru­szała tłucz­kiem w moź­dzie­rzu, przy­go­to­wu­jąc sos na połu­dniowy posi­łek. Wrzu­ciła do niego orze­chy, młode raki, zie­le­ninę i różne rodzaje pie­przu. Miała to potem zmie­szać z kawał­kami nie­doj­rza­łej papai, żeby zro­bić sałatkę. Klę­czała pochy­lona nad wiel­kim kamien­nym moź­dzie­rzem, a jej musku­larne przed­ra­miona poru­szały się nie­ustan­nie. Dłu­gie, czarne włosy lepiące się do czoła odsu­wała na bok grzbie­tem dłoni.

W całej wio­sce wszyst­kie kobiety w jej wieku wyko­ny­wały teraz w cha­tach te same obo­wiązki, ale ist­niała jedna zasad­ni­cza róż­nica. One przy­go­to­wy­wały posi­łek dla mężów i dzieci, a ona zaj­mo­wała się kuch­nią i sprzą­tała dom tylko dla sie­bie i swej sta­rej matki, która, ku wiel­kiej iry­ta­cji dziew­czyny, ni­gdy nie prze­pusz­czała oka­zji do kry­ty­ko­wa­nia jej wysił­ków i gło­śnego zasta­na­wia­nia się nad tym, dla­czego jej córka jest na naj­lep­szej dro­dze do zosta­nia starą panną.

Czemu mia­łoby być ina­czej, mamo? Gło­śno wyra­ża­łaś pogardę dla wszyst­kich reli­gij­nych obrzę­dów odpra­wia­nych przez naszych sąsia­dów, twier­dząc, że to gówno warte prze­sądy, ich domowe kapliczki nazy­wa­łaś fał­szy­wymi boż­kami, a ich wiarę prze­ja­wem dzie­cin­nej igno­ran­cji. Nic dziw­nego, że ojciec gdzieś prze­padł, a wszy­scy w wio­sce uwa­żają nas za paria­sów.

Poło­żyła posi­łek na dwóch liściach bana­nowca, a potem usia­dła ze skrzy­żo­wa­nymi nogami i zmarsz­czyła brwi. Jej zacho­wa­nie rów­nież nie poma­gało. Wszy­scy nazy­wali ją cza­row­nicą. Służką Matki Nocy, Ardaty. Zda­rzało się, że nie­któ­rzy pro­sili ją pota­jem­nie o rzu­ce­nie klą­twy na rywala albo spo­wo­do­wa­nie śmierci bawołu sąsiada. A kiedy odma­wiała, byli okrop­nie obu­rzeni. To mogłoby być śmieszne, gdyby nie było takie smutne.

Tak czy ina­czej stała się kozłem ofiar­nym dla całej wio­ski. Zrzu­cano na nią winę za mar­two uro­dzone cie­lęta, cho­roby dzieci i słabe plony. Miała już ser­decz­nie dość takiego trak­to­wa­nia. Ale co z matką? Kto się nią zaopie­kuje? Bar­dzo żało­wała, że nie ma z nimi Hanu. Bra­ko­wało jej jego spo­koju i siły. To on powi­nien się oże­nić. Wtedy wpro­wa­dzi­łaby się do niego, roz­ka­zy­wa­łaby jego żonie i mogłaby uciec od tego wszyst­kiego. Ale wyda­rzyło się nie­wy­obra­żalne i zabrali go tau­ma­tur­dzy.

Zapewne powinna się z tego cie­szyć. Ów fakt -?pre­stiż pły­nący z poświę­ce­nia oraz ulga wszyst­kich sąsia­dów, cie­szą­cych się, że ten cię­żar spadł na kogoś innego -?pozwa­lał im zacho­wać nie­pewną pozy­cję na skraju wio­ski.

Wzięła sobie do sałatki tro­chę ryżu i teraz jadła to wszystko bez entu­zja­zmu. Matka wkrótce wróci z poran­nej prze­chadzki i przy­nie­sie nowe plotki. Taka i owaka spo­dziewa się kolej­nego wnuka! A bra­ta­nek takiej i owa­kiej kaszle! Saeng zwie­siła głowę. Niech ją bogo­wie mają w opiece!

Wła­śnie wraca. Saeng zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić.

-?Co sły­chać, mamo? -?przy­wi­tała ją. Matka przy­glą­dała się jej z nie­ty­po­wym dla sie­bie mil­cze­niem. -?Słu­cham? Co się stało?

Star­sza kobieta sta­nęła przed otwartą werandą, zaci­ska­jąc dło­nie na wie­lo­barw­nej tka­ni­nie sukni.

-?Pytasz o wie­ści? Tak, tym razem przy­no­szę praw­dziwe wie­ści, Saeng. Prze­cho­dzili tędy uchodźcy. Ucie­kają na zachód. Kuzyni Mae nie mieli ze sobą niczego poza ubra­niami na ple­cach.

Saeng wypro­sto­wała się, marsz­cząc brwi jesz­cze moc­niej niż zwy­kle.

-?Co się wyda­rzyło?

-?Nad­cho­dzi armia, maleńka. Nasi władcy, tau­ma­tur­go­wie, masze­rują na wojnę i wcie­lają do woj­ska wszyst­kich, któ­rych znajdą.

Saeng wło­żyła do ust kulkę ryżu i zja­dła go z zamy­śloną miną.

-?Ale co to nas obcho­dzi? Już zapła­ci­ły­śmy swoją cenę.

Jej matka potrzą­snęła głową.

-?Nie sądzę, by to na­dal miało zna­cze­nie. I...

Prze­rwała nagle.

-?I co?

-?Saeng... -?zaczęła star­sza kobieta -?...w tej spra­wie stara wiara wypo­wiada się jasno! Pod­czas wojny kapłanka musi prze­by­wać w świą­tyni...

-?Mamo, pro­szę... prze­stań opo­wia­dać takie rze­czy.

Jej matka splo­tła dło­nie, wyraź­nie wstrzą­śnięta.

-?Nie bluź­nij! Twoja pra­babka powie­działa to nie­dwu­znacz­nie. Musisz odszu­kać Wielką Świą­ty­nię.

Saeng nie mogła zna­leźć słów.

-?Mamo... stara wiara dawno już umarła. Nikt nawet nie wie, gdzie są świą­ty­nie. -?Roze­śmiała się z lekką ner­wo­wo­ścią. -?Naprawdę zacho­wu­jesz się... głu­pio.

Na twa­rzy matki poja­wiło się czę­sto tam widy­wane roz­cza­ro­wa­nie. Po chwili potrzą­snęła głową. Saeng zaci­snęła wargi, odwró­ciła głowę i skoń­czyła posi­łek.

* * *

Nocą nie mogła zasnąć. Nak-ta wołały do niej naj­gło­śniej od wielu lat. Mio­tała się i prze­wra­cała z boku na bok, ale nie była w sta­nie ich uci­szyć. A jeśli się sku­piła, miała wra­że­nie, że w oddali sły­szy hałas pro­du­ko­wany przez jakieś potężne istoty, prze­dzie­ra­jące się do niej przez dżun­glę.

Nagle roz­legł się głos, jesz­cze dono­śniej­szy niż wiatr koły­szący liśćmi palm i poru­sza­jący całymi drze­wami. Był nie­ar­ty­ku­ło­wany, brzmiał jak jęk kogoś zakne­blo­wa­nego albo ran­nego. Ni­gdy przed­tem nie sły­szała cze­goś takiego. To był głos męż­czy­zny. Któ­re­goś z wie­śnia­ków? Od czasu do czasu jakiś dureń scho­dził ze ście­żek pijany albo drę­czony nie­straw­no­ścią i las go zabie­rał. Jeśli dotarła na miej­sce wystar­cza­jąco szybko, mogła pod­jąć próbę ura­to­wa­nia go, ale gdy cie­nie już się do niego dobrały, było to nie­mal nie­moż­liwe. Tylko raz pod­jęła nad­zwy­czajną, bar­dzo nie­bez­pieczną próbę, ale w tam­tym przy­padku cho­dziło o dziecko. Wło­żyła suk­nię i ruszyła przez ogród ku ścia­nie drzew, będą­cej gra­nicą dzie­wi­czej dżun­gli pokry­wa­ją­cej od morza do morza całą jej ojczy­znę, Jacu­ruku.

Gdy już zna­la­zła się w mroku mię­dzy wyso­kimi drze­wami, zatrzy­mała się, wytę­ża­jąc słuch i postrze­ga­nie. Się­gnęła na zewnątrz, obej­mu­jąc swą świa­do­mo­ścią posze­rza­jący się krąg. Wyczu­wała kroki wielu noc­nych stwo­rzeń, od rodziny sapią­cych pekari aż po maleńką ryjówkę. Się­ga­jąc dalej, wyczuła gorącą, czujną obec­ność polu­ją­cego nocą kota przy­cup­nię­tego na gałęzi, a po dru­giej stro­nie kręgu chat stado małp, które zwę­dziły komuś posi­łek. Trzy­mały się tak daleko od kota, jak to tylko moż­liwe.

To dziwne. Czy nikogo tam nie było? Z reguły ci, któ­rzy zeszli nocą ze ście­żek, mio­tali się na oślep i byli łatwi do zauwa­że­nia jak sło­nie. Cie­le­sną obec­ność możemy wyklu­czyć. Ale co z bez­cie­le­sną? Być może...

Usły­szała krok. Bli­sko. Ciężki. Sta­now­czo zbyt ciężki jak na wie­śniaka. A potem następny. Z mroku wyło­niła się olbrzy­mia postać, mon­stru­al­nie wysoka i sze­roka w barach. Prze­kro­czyła snop zie­lon­ka­wego bla­sku i Saeng wstrzy­mała oddech. Poznała jed­nego z yak­shaka, żoł­nie­rzy tau­ma­tur­gów.

A więc... już tu są.

Wzięła się w garść, uklę­kła i pochy­liła głowę, cze­ka­jąc na przy­by­cie władcy olbrzyma, który nie mógł być zbyt daleko. Nie­znisz­czalni yak­shaka strze­gli tau­ma­tur­gów i byli krę­go­słu­pem ich armii.

Zatem to prawda. Masze­rują ku wschod­nim wyży­nom. Chcą zaata­ko­wać praw­dziwe źró­dło nie­bez­pie­czeństw na­dal cza­ją­cych się w głu­szy. Roz­le­głe, pier­wotne wło­ści Demo­nicz­nej Kró­lo­wej. Dżun­glę Hima­tanu, w poło­wie znaj­du­jącą się w naszym świe­cie, a w poło­wie w kró­le­stwie duchów.

Ale nie wyczu­wam nikogo w pobliżu.

Dziwny, zgrzy­tliwy dźwięk przy­cią­gnął jej uwagę do yak­shaka. Zer­k­nęła ostroż­nie. Istota unio­sła zakute w żelazo dło­nie i robiła nimi coś na wyso­ko­ści szyi. Być może chciała popra­wić swój olbrzymi hełm. Mozaika dro­gich kamieni, któ­rymi inkru­sto­wano zbroję stwo­rze­nia, lśniła migo­tli­wym bla­skiem, kiedy się poru­szało. Ku prze­ra­że­niu Saeng olbrzym zdjął hełm, odsła­nia­jąc wygo­loną, pokrytą strasz­li­wymi bli­znami głowę. Przy­mru­żył ciemne, ludz­kie oczy, ośle­pione nawet sła­bym świa­tłem dżun­gli, po czym spoj­rzał z dziwną czu­ło­ścią na dziew­czynę.

Gapiła się na niego z prze­ra­że­niem. Przez jej głowę prze­mknęła irra­cjo­nalna myśl: Oskarżą mnie o to, że go znisz­czy­łam!

Usta istoty poru­szyły się bez­gło­śnie, for­mu­jąc słowo. To było jej imię, Saeng. Nie potra­fiła pojąć, skąd stwo­rze­nie mogło je znać.

Nagle prze­szył ją dreszcz roz­po­zna­nia. Pozna­wała tę twarz, mimo oka­le­czeń.

-?Hanu... -?wydy­szała, led­wie ważąc się oddy­chać.

Yak­shaka ski­nął głową. Jego zma­sa­kro­wane usta roz­cią­gnęły się w paro­dii uśmie­chu.

Pode­szła bli­żej i poło­żyła otwartą dłoń na jego piersi. Wzdry­gnęła się, czu­jąc zimną, twardą zbroję.

-?Co się wyda­rzyło? Dla­czego tu jesteś? Co się dzieje? Och, mój drogi Hanu... co z tobą zro­bili?

Z twa­rzy brata znik­nął uśmiech. Opu­ścił wzrok, zaczerp­nął głę­boko tchu, dotknął pal­cem ust, a potem je otwo­rzył. Zdzi­wiona Saeng zaj­rzała do ich wnę­trza. Ugięły się pod nią kolana i zro­biło się jej ciemno przed oczami.

Wycięli mu język.

Gdy się ock­nęła, opie­rała się o drzewo. Hanu stał obok, wpa­tru­jąc się w ota­cza­jące ich drzewa. Przy­glą­dała się bratu przez pewien czas, radu­jąc się zna­jo­mym poczu­ciem jego bli­sko­ści.

Na­dal mnie strze­żesz. Ale nie powinno cię tu być. Co się wyda­rzyło?

-?Hanu -?wyszep­tała. -?Dla­czego tu jesteś?

Odwró­cił się, opu­ścił wzrok i nakre­ślił jedną ręką jakiś kształt. Saeng poznała jeden z sym­boli języka zna­ków, który kie­dyś stwo­rzyli dla sie­bie, by móc poro­zu­mie­wać się bez­gło­śnie.

-?Obiet­nica.

-?Obiet­nica? Jaka obiet­nica? Obie­ca­łeś mnie chro­nić. Ta obiet­nica?

-?Zbliża się.

-?Kto się zbliża? Ach, oni. -?Wstała i strzep­nęła z sie­bie wil­gotną glebę. -?Ale... co to ma za zna­cze­nie dla mnie?

-?Nie­bez­pie­czeń­stwo.

-?Nie­bez­pie­czeń­stwo? Dla­czego? Czemu mia­łoby mi... -?Nagle zro­zu­miała. Tau­ma­tur­dzy od dawna nie­na­wi­dzili swej sąsiadki. Potę­piali i ska­zy­wali na uto­pie­nie wszyst­kich, któ­rzy ich zda­niem ule­gali jej wpły­wom. Z pew­no­ścią zabi­liby ją jako podej­rzaną o czary i słu­że­nie Demo­nicz­nej Kró­lo­wej. -?A więc dla­tego... -?Prze­rwała nagle, ale zaraz zaczęła od nowa. -?Na wszyst­kich utra­co­nych bogów, ucie­kłeś... zde­zer­te­ro­wa­łeś, żeby mnie ostrzec!

-?Cicho.

-?Ty cho­lerny dur­niu! -?zawo­łała. -?W czym to mi pomoże? Teraz zażą­dają two­jej głowy!

Skrzy­wił się bole­śnie.

-?Cicho -?zasy­gna­li­zo­wał znowu.

-?Cudow­nie. Oboje sta­li­śmy się zbie­gami.

-?Tak.

-?Zna­ko­mi­cie. -?Zaci­snęła pię­ści zwi­sa­jące na wyso­ko­ści bio­der i spoj­rzała na niego. Zaczął wkła­dać hełm. -?W porządku... będziemy potrze­bo­wali żyw­no­ści. Pójdę cze­goś poszu­kać.

-?Szybko.

-?Tak, tak.

Ruszyła w stronę chaty. Napeł­niła worek ryżem i zabrała też wszyst­kie wędzone ryby oraz jarzyny, które zdo­łała zna­leźć. Przez cały ten czas jej matka leżała na łóżku i oddy­chała chra­pli­wie. Saeng przez chwilę roz­wa­żała moż­li­wość obu­dze­nia jej, żeby się poże­gnać. Ale tylko przez chwilę. Naro­bi­łaby mnó­stwo zamie­sza­nia.

Cze­ka­łam na ten moment od bar­dzo dawna, a teraz, gdy wresz­cie nad­szedł, nie chcę tego zro­bić. Wresz­cie się stąd wydo­stanę, ale z pew­no­ścią nie tak to sobie wyobra­ża­łam.

Kolejną torbę wypeł­niła swymi naj­so­lid­niej­szymi ubra­niami, doda­jąc do nich san­dały oraz posła­nie. Z zewnątrz dobiegł szum desz­czu spa­da­ją­cego na utkane z trawy ściany.

Cudow­nie. W dodatku jest pora desz­czowa.

Zabrała para­sol z cien­kiego drewna i zanu­rzyła się we mgle.

Hanu dołą­czył do niej w ciem­no­ści. Uniósł palec, a potem zapy­tał:

-?Któ­rędy?

Osła­nia­jąca się para­so­lem i przy­ci­ska­jąca torbę do piersi Saeng przy­gry­zła wargę.

No wła­śnie, któ­rędy?

Wzięła się w garść i się­gnęła świa­do­mo­ścią dalej, niż kie­dy­kol­wiek dotąd się odwa­żyła, obej­mu­jąc nią całą wio­skę, ota­cza­jące ją ogrody oraz pobli­skie pola, a także dal­sze, leżące odło­giem zie­mie, które rów­nież do nich nale­żały. Dotarła na tereny sąsied­nich wio­sek, aż wresz­cie, daleko na zacho­dzie, otarła się o nie­znaną, skwier­czącą moc, która odgro­dziła się od jej pytań gru­bym kamien­nym murem.

Armia tau­ma­tur­gów. Nie tylko jadą sobie w lek­ty­kach i wozach, by speł­niać tajem­ni­cze zada­nia. Oto­czyli się osło­nami i są gotowi do walki.

-?Chyba na pół­noc. Pozwo­limy im przejść, a potem tu wró­cimy.

Hanu patrzył tylko na nią, nie wyko­nu­jąc żad­nych gestów. Wyczu­wała w nim mil­czące nie­do­wie­rza­nie. Poiry­to­wana tym, zba­dała swą świa­do­mo­ścią gęstwinę liści palm i zwi­sa­ją­cych pną­czy. Kapiący z nieba desz­czyk był jedy­nie bladą zapo­wie­dzią ulew, które wkrótce nadejdą. Ski­nęła dło­nią na brata, naka­zu­jąc mu podą­żyć za sobą.

-?Tędy.

* * *

Mur­ken War­row, znany w krę­gach czar­no­ryn­ko­wych han­dla­rzy w Uncie jako Murk, przy­mru­żył powieki i tak już wyjąt­kowo wąskich oczu, przy­glą­da­jąc się przy­brzeż­nym wydmom oraz lasowi nie­zwy­kłych kamien­nych słu­pów. Potem prze­niósł pełne nie­do­wie­rza­nia spoj­rze­nie na swego part­nera Hinta, zna­nego jako Kwa­śny. Obaj okryli się już sławą nie­zbyt pożą­daną w ich zawo­dzie. Doszło nawet do tego, że na uli­cach Unty wska­zy­wano ich pal­cami jako... no cóż. Murka i Kwa­śnego. Powinni byli opu­ścić mia­sto znacz­nie wcze­śniej, na co wska­zy­wał fakt ich aresz­to­wa­nia.

-?To mi się nie podoba -?skwi­to­wał Kwa­śny.

Murk uniósł wzrok ku zachmu­rzo­nemu niebu, na­dal trzy­ma­jąc dło­nie w kie­sze­niach kami­zelki. Z jego ust wyrwało się gło­śne wes­tchnię­cie, pełne znie­cier­pli­wie­nia i iry­ta­cji.

-?Czemu mnie to nie dziwi?

-?Ten kon­trakt mnie nie­po­koi.

-?Co ty powiesz?

-?To źle się dla nas skoń­czy.

-?Jak zwy­kle -?odpo­wie­dział pół­gło­sem Murk, spo­glą­da­jąc na pokład rufowy, gdzie spon­sorka ich obec­nego kon­traktu roz­ma­wiała z kapi­ta­nem statku.

-?Jaśnie panna dopro­wa­dzi nas do zguby -?mruk­nął Kwa­śny, zauwa­żyw­szy, na kogo skie­ro­wał wzrok jego part­ner.

-?Tylko jeśli na­dal będziesz pró­bo­wał się do niej dobie­rać.

-?To przez te nogi. Cią­gną się bez końca.

Murk wymam­ro­tał coś pod nosem na znak zgody. Ich pra­co­daw­czyni nosiła zdu­mie­wa­jące stroje. Wyso­kie skó­rzane buty się­ga­jące kolan, cia­sne spodnie i rów­nie obci­sła skó­rzana kurta wło­żona na białą jedwabną koszulę obszytą koron­kami. Wyglą­dała jak zro­dzony z gorączki majak, który przed chwilą uciekł z bur­delu. Ale swo­bod­nie nosiła miecz u pasa, a na początku rejsu jed­nym cio­sem powa­liła na pokład najem­nika za jakąś nie­przy­zwo­itą suge­stię -?czy to praw­dziwą, czy wyima­gi­no­waną.

Naj­dziw­niej­sze jed­nak było, że przed­sta­wiała się jako Zło­śli­wość.

Murk uśmiech­nął się, przy­po­mi­na­jąc sobie reak­cję Kwa­śnego na to imię.

-?Pani czy panna Zło­śli­wość? -?zapy­tał jego part­ner, uno­sząc ku niebu żabie oczy. Cza­sami ten zwa­rio­wany facet naprawdę go roz­śmie­szał.

Wydano roz­kazy. Załoga zabrała się do przy­go­to­wy­wa­nia sza­lupy i roz­ła­dunku.

-?Coś mi mówi, że tym razem zasłu­żymy na swą zapłatę -?stwier­dził Kwa­śny.

Murk wypu­ścił powie­trze przez zaci­śnięte zęby.

-?To będzie trudne -?dodał niski mag.

-?Dość już tego! Czy mógł­byś choć raz trzy­mać gębę na kłódkę?

Kwa­śny pocią­gnął się za maleńki kosmyk, który zapu­ścił na pod­bródku, i zmarsz­czył brwi, przy­glą­da­jąc się wybrzeżu.

-?Może się nie udać.

Murk zaci­snął dło­nie na relingu i zwie­sił głowę poko­nany.

Najem­nicy ruszyli przo­dem, by osła­niać lądo­wa­nie. Była z nich wyjąt­kowo nie­chlujna zgraja. Zło­śli­wość mówiła, że zna­la­zła ich na połu­dnio­wym wybrzeżu Gena­bac­kis, na pirac­kich tery­to­riach. Żaden z nich nie przy­zna­wał się, by kie­dy­kol­wiek brał pie­nią­dze od Impe­rium. Murk wie­dział jed­nak, że słu­żyli w armii, choć jesz­cze nie oskar­żył o to żad­nego z nich. W końcu to samo można było powie­dzieć o nim i o Kwa­śnym. Ich dowódca, przed­sta­wia­jący się jako Yusen, z pew­no­ścią wyglą­dał na ofi­cera. Suge­ro­wało to świet­nie znane Mur­kowi spoj­rze­nie, mówiące "Jesteś idiotą", jakim obrzu­cał ich, gdy tylko mieli coś do powie­dze­nia.

Przy­po­mi­nało mu czasy, gdy był impe­rial­nym magiem kadro­wym.

Po krót­kim cza­sie zwia­dowcy wró­cili na brzeg i zasy­gna­li­zo­wali, że jest czy­sto. Zaczął się roz­ła­du­nek ekwi­punku.

Murk przy­glą­dał się, jak załoga statku i najem­nicy opusz­czają skrzy­nie oraz worki na koły­szącą się na falach sza­lupę.

Po jakimś cza­sie zauwa­żył obok sie­bie wysoką, smu­kłą syl­wetkę ich pra­co­daw­czyni, Zło­śli­wo­ści. Skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach i skie­ro­wała na nich spoj­rze­nie oczu o zdu­mie­wa­ją­cej, zło­to­orze­cho­wej bar­wie. Trą­cił łok­ciem Kwa­śnego i obaj dotknęli czół.

-?Pani?

-?Szyb­ciej by poszło, gdyby wszy­scy poma­gali przy roz­ła­dunku.

-?My tylko wypa­tru­jemy kło­po­tów -?odpo­wie­dział Kwa­śny.

Kobieta unio­sła kształtną brew.

-?Tak? Kiedy was wyna­ję­łam, czy może raczej ura­to­wa­łam przed nie­uchron­nym aresz­to­wa­niem i uwię­zie­niem w Uncie, odnio­słam wra­że­nie, że nie jesteś magiem wła­da­ją­cym Ruse. Czyż­byś jed­nak nim był?

Kwa­śny opu­ścił zdzi­wione spoj­rze­nie i tup­nął nogą o pokład.

-?Nie jestem, pani.

-?W takim razie powiedz mi, na co mógł­byś się zdać na morzu, gdyby zda­rzyły się... kło­poty?

Przy­sa­dzi­sty mag uniósł głowę i otwo­rzył usta, chcąc coś powie­dzieć, ale tylko zmarsz­czył brwi i podra­pał się po gło­wie.

-?Chcę, żeby­ście zeszli na brzeg i wyru­szyli na reko­ne­sans - kon­ty­nu­owała Zło­śli­wość.

-?Tak jest, pani.

-?Tylko nie wchodź­cie w krąg dolme­nów, dobra?

-?Dolme­nów? -?powtó­rzył Kwa­śny. -?Czy tak się nazy­wają te kamienne słupy?

-?Tak. -?Zło­śli­wość odpo­wie­działa takim tonem, jakby miała do czy­nie­nia z wio­sko­wym głup­kiem. -?Tak się nazy­wają. Nie wchodź­cie mię­dzy nie. Okrąż­cie ich sku­pi­sko. Chcę się dowie­dzieć, kto się znaj­duje w oko­licy. Pora­dzi­cie sobie z tym?

-?Z pew­no­ścią, pani.

-?W porządku. Zawsze to coś.

Odda­liła się.

Odpro­wa­dzali ją wzro­kiem. Murk mógłby przy­siąc, że celowo koły­sała bio­drami. Kwa­śny wes­tchnął ciężko.

-?Cią­gną się bez końca... -?wyszep­tał.

Murk trą­cił go dość mocno łok­ciem, poiry­to­wany tym, że jego spo­cony, nie­myty, krzy­wo­nogi towa­rzysz wypo­wiada na głos jego myśli.

-?Ruszajmy.

Zacze­kali, aż sza­lupa będzie zała­do­wana do końca, po czym zeszli na dół po dra­bince ze sznura i drew­nia­nych szcze­bli. Poło­żyli się na zwi­nię­tej tka­ni­nie namio­to­wej na dzio­bie, skrzy­żo­wali ręce i zamknęli oczy. Mary­na­rze i najem­nicy zła­pali za wio­sła.

Gdy dziób wbił się w pia­sek, z nieba zaczął sią­pić lekki jak mgiełka desz­czyk. Murk i Kwa­śny wysko­czyli na wil­gotny grunt i ruszyli w górę po stro­mym brzegu. Reszta załogi i najem­ni­ków -?w sumie około pięć­dzie­się­ciu ludzi -?zeszła na ląd, by pomóc w wyła­dunku. Poja­wił się Yusen i wezwał obu do sie­bie ski­nie­niem. Miał na sobie kol­czą koszulę i far­tuch, żela­zne ręka­wice i zarę­ka­wia, a pod pachą trzy­mał hełm. Kiedy pode­szli bli­żej, Murk musiał się powstrzy­my­wać przed salu­to­wa­niem.

Męż­czy­zna obrzu­cił ich spoj­rze­niem. Na jego ustach i w sza­ro­nie­bie­skich oczach poja­wił się gry­mas led­wie skry­wa­nego nie­smaku.

-?Co wy kom­bi­nu­je­cie?

-?Idziemy na reko­ne­sans -?wyja­śnił Murk.

-?Wysła­łem już zwia­dow­ców.

Kwa­śny demon­stra­cyj­nie dotknął pal­cem boku nosa.

-?Nie takich jak my.

Yusen uniósł wzrok ku gęstym chmu­rom, a potem rozej­rzał się po oko­licy.

-?Dobra -?mruk­nął wresz­cie. -?Sądząc po tym, jak to wszystko wygląda, lepiej zacho­waj­cie ostroż­ność.

Murk znowu omal mu nie zasa­lu­to­wał.

-?Dzię­ku­jemy... kapi­ta­nie -?wyszep­tał tylko.

W oczach najem­nika poja­wił się tward­szy wyraz. Ode­słał ich nagłym ruchem głowy.

-?Ruszaj­cie.

-?Tak jest.

Zosta­wili za sobą plażę i zna­leźli się w lesie zło­żo­nym z drzew, jakich Murk ni­gdy w życiu nie widział. Nie­które miały liście sze­ro­kie jak tar­cze, inne zaś twarde i pokryte czymś przy­po­mi­na­ją­cym wosk.

-?Jak myślisz? -?zapy­tał w pew­nej chwili Kwa­śny. -?Czwarta Armia?

-?Nie. Siódma.

-?Może i tak. Byle nie Piąta. Tak czy ina­czej... -?Kwa­śny powę­szył. -?Jak myślisz? -?powtó­rzył.

Murk wzru­szył ramio­nami, ocie­ra­jąc mżawkę z twa­rzy.

-?Pra­wie nikogo nie ma. Tylko garstka ryba­ków.

-?Aha... też tak myślę. -?Kwa­śny usiadł u pod­stawy drzewa, wycią­gnął nogi przed sie­bie i zamknął oczy. -?Czy już jest połu­dnie?

Murk spoj­rzał na inny las, znaj­du­jący się tuż na pół­noc od nich. Szare kamienne kolumny -?dolmeny -?z któ­rych się skła­dał, robiły się coraz ciem­niej­sze w nasi­la­ją­cym się desz­czu.

-?Widzia­łeś ruiny, kiedy tu przy­pły­nę­li­śmy?

-?Aha. Cho­ler­nie wiel­kie mia­sto. -?Nagle otwo­rzył oczy. -?Hej! Myślisz, że jest tu jakiś skarb? Może powin­ni­śmy się rozej­rzeć.

Murk obrzu­cił towa­rzy­sza wyjąt­kowo pogar­dli­wym spoj­rze­niem.

-?W ruinach miast nie ma skar­bów. Chyba że w głu­pich pio­sen­kach tru­ba­du­rów. Takie rze­czy dawno już znik­nęły. Zostały tylko pył, zgni­li­zna i mar­twe pająki.

Kwa­śny zadrżał.

-?Bogo­wie, pająki. Czy musia­łeś o nich wspo­mi­nać? Od tego prze­cho­dzą mnie ciarki. To mi się nie podoba.

-?Wiem, co masz na myśli -?zgo­dził się Murk, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od dolme­nów.

Kwa­śny prze­chy­lił głowę, zamy­ka­jąc jedno oko.

-?Ale może są gro­bowce i tak dalej. Zako­pane łupy. Co ty na to?

-?Zako­pane? -?Murk na­dal przy­glą­dał się labi­ryn­towi kamien­nych słu­pów. - Aha. To cał­kiem inna kwe­stia, tak...

Kwa­śny skie­ro­wał spoj­rze­nie tam, gdzie patrzył jego part­ner.

-?Ech, na miłość... -?Podobny do kraba męż­czy­zna zadrżał gwał­tow­nie. -?To złe wie­ści. Wie­dzia­łem o tym, gdy tylko na nie spoj­rza­łem. -?Przy­gryzł brudny pazno­kieć. -?Ale tak musiało być, prawda? W każ­dym innym miej­scu natych­miast bym tam popę­dził. Ale tutaj... wielka szkoda.

Murk splu­nął w bok.

-?Tak. Musimy być w każ­dej chwili gotowi do ucieczki.

-?Zaczy­nasz mówić jak ja -?poskar­żył się Kwa­śny.

Murk skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

Wielcy bogo­wie, to wystar­cza­jący powód, żeby tam nie iść.

* * *

Zapa­dał już zmierzch, gdy Murk trą­cił chra­pią­cego towa­rzy­sza, by go obu­dzić.

-?Jest tutaj -?powie­dział cicho, wska­zu­jąc w bok.

Kwa­śny ski­nął głową, obli­zał wargi i prze­cią­gnął się. Obaj ruszyli za swą pra­co­daw­czy­nią, prze­ska­ku­jąc od jed­nego dolmenu do dru­giego. Kobieta powoli okrą­żała sku­pi­sko. Cały czas trzy­mała swą grotę otwartą i dwaj mago­wie musieli odwra­cać wzrok i osła­niać dłońmi oczy przed mocami, które wezwała i któ­rymi mani­pu­lo­wała. Ukształ­to­wana przez nią ener­gia zosta­wała z tyłu, two­rząc migo­tliwą, pul­su­jącą ścianę mocy.

Szli za nią, wyglą­da­jąc zza słu­pów. Zbu­do­wano je z kamien­nych blo­ków, usta­wio­nych jeden na dru­gim, aż ku zwę­ża­ją­cemu się, tępo zakoń­czo­nemu szczy­towi.

-?Widzisz to samo, co ja?

Kwa­śny nie­malże krzyk­nął, by towa­rzysz go usły­szał.

Murk odwró­cił głowę i przy­mru­żył powieki.

-?Odcina je od wszyst­kiego! -?zawo­łał. -?Nic się nie prze­do­sta­nie przez jej osłony i pie­czę­cie!

Obaj nagle odwró­cili wzrok od migo­tli­wej bariery sku­pio­nej ener­gii groty dzie­lą­cej ich od świata zewnętrz­nego.

-?O cho­lera! -?powie­dzieli jed­no­cze­śnie i pomknęli ku dru­giemu koń­cowi labi­ryntu sto­ją­cych kamieni.

Gdy mijali sze­regi kolumn, Murk zauwa­żył, że wszyst­kie bie­gną po lek­kim łuku. Uświa­do­mił sobie, że two­rzą ogromne, kon­cen­tryczne kręgi. Kwa­śny biegł przed nim. Spod jego zno­szo­nych butów sypał się pia­sek. Nagle zatrzy­mał się -?tak gwał­tow­nie, że Murk omal na niego nie wpadł. Odzy­skał rów­no­wagę i zorien­to­wał się, co zatrzy­mało ucieczkę part­nera. To był otwarty, okrą­gły dzie­dzi­niec, czy może plac, pusty i pozba­wiony wszel­kich ozdób. Znaj­do­wał się w samym środku krę­gów dolme­nów, a jego nawierzch­nię sta­no­wiło coś, co wyglą­dało na wyrów­nany gra­biami żwir.

Naj­krót­sza droga wio­dła przez jego śro­dek, ale Mur­kowi wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by się zorien­to­wać, że to nie wcho­dzi w grę.

Magiczny wzrok zapre­zen­to­wał mu zupeł­nie inny obraz, nało­żony na z pozoru pusty plac. Pod jego powierzch­nią wiło się coś, co koja­rzyło się z mon­stru­al­nym wężem mor­skim, mio­ta­ją­cym się w falach oce­anu. Klep­nął part­nera w ramię i wska­zał w bok. Dotarli do prze­ciw­le­głego końca olbrzy­mich ruin na długo przed tym, nim zja­wiła się tam Zło­śli­wość ze swą osłoną. Ukryli się za wydmą i przy­glą­dali, jak kobieta koń­czy swój skom­pli­ko­wany, pora­ża­jąco potężny rytuał.

Kwa­śny zczoł­gał się niżej i otarł ręka­wem mokrą od potu twarz. Murk dołą­czył do niego.

-?Może byśmy... nie mar­no­wali wię­cej czasu i zwiali stąd? -?zasu­ge­ro­wał Kwa­śny.

Murk wsparł ramiona na kola­nach.

-?Nie. To mnie zacie­ka­wiło.

Jego part­ner przy­mru­żył powieki, nie­mal cał­ko­wi­cie zamy­ka­jąc oczy.

-?Zacie­ka­wiło? Cie­bie? Chyba raczej two­jego cho­ler­nego Patrona z Cie­nia, co?

-?Tak? Myślisz, że małej Panny Cza­ro­dziejki to nie zain­te­re­suje?

Kwa­śny wydmu­chał jedno noz­drze.

-?Nie trzeba być jasno­wi­dzem, żeby wie­dzieć, jak to się skoń­czy. Obaj stra­cimy głowy!

Murk spoj­rzał na ciemne niebo. Gęste chmury już się roz­pra­szały.

-?Wiesz co? Kiedy za każ­dym razem prze­wi­du­jesz to samo cho­lerne zakoń­cze­nie, tro­chę tra­cisz na wia­ry­god­no­ści.

-?Jeśli wystar­cza­jąco długo prze­po­wia­dasz deszcz, w końcu ta prze­po­wied­nia się spraw­dzi.

-?W tym nie ma nawet krzty sensu! -?zapro­te­sto­wał Murk, roz­po­ście­ra­jąc sze­roko ramiona.

Kwa­śny prze­su­nął spoj­rze­nie w lewo i w prawo.

-?Nabie­rze go... z cza­sem.

-?Mógł­byś wresz­cie prze­stać?

-?Hej, gołą­beczki, prze­sta­li­ście już gru­chać? -?roz­legł się nie­zna­jomy głos, dobie­ga­jący spod sąsied­niego krzaka.

-?Kto tam?! -?zawo­łał Kwa­śny, jesz­cze moc­niej przy­wie­ra­jąc do ziemi.

Z gąsz­czu wyło­nił się jeden ze zwia­dow­ców Yusena i przy­cup­nął obok nich. Miał skó­rzany strój, dwa dłu­gie noże u pasa, a na gło­wie poob­tłu­ki­wany mala­zań­ski hełm, który przy­wo­łał w umy­śle Murka wiele wspo­mnień. Żadne z nich nie było szczę­śliwe.

-?Skąd się tu wzią­łeś? -?zapy­tał mag. Uwa­żał, że jeśli dałeś się zasko­czyć, agre­sja czę­sto jest naj­lep­szą odpo­wie­dzią.

Zwia­dowca prze­su­nął gałązkę z jed­nego do dru­giego kącika ust, nie spusz­cza­jąc ich z oczu.

-?Yusen chce wysłu­chać waszego raportu.

-?Jakiego raportu? -?zdzi­wił się Kwa­śny.

-?O tym, co wywę­szy­li­ście.

-?Nic nie widzie­li­śmy -?odparł Kwa­śny, krzy­żu­jąc ramiona na piersi.

Zwia­dowca wyjął gałązkę z ust, przyj­rzał się jej i wsa­dził ją z powro­tem w to samo miej­sce.

-?Aha. Zauwa­ży­łem.

Murk miał ochotę wyrwać mu to cho­ler­stwo z ust.

-?Posłu­chaj, najem­niku, jak masz na imię?

-?Sło­dziak -?odpo­wie­dział męż­czy­zna z cał­ko­wi­cie pozba­wioną wyrazu twa­rzą.

-?Sło­dziak -?powtó­rzył Murk. -?Jak masz na imię, Sło­dziak?

Zwia­dowca spoj­rzał na pogrą­ża­jące się w mroku wydmy i sku­pi­ska niskich, suchych krza­ków. Potem znowu skie­ro­wał wzrok na nich. Gałązka pochy­liła się nieco, gdy opa­dły mu kąciki ust.

-?W porządku. Chodźmy już. Musi­cie zło­żyć raport.

Wska­zał głową w stronę wybrzeża i ruszył w drogę.

Murk i Kwa­śny podą­żyli za nim.

-?Spójrz­cie na mnie -?mruk­nął pod nosem Kwa­śny. -?Jestem twar­dzie­lem. Żuję gałązki. Spójrz­cie na mnie.

-?Po pro­stu nie podoba ci się myśl, że spo­tka­łeś kogoś, kto ma na imię Sło­dziak -?odparł z uśmie­chem Murk.

Skargi jego part­nera prze­ro­dziły się w zło­wro­gie mam­ro­ta­nie.

Dotarli do obozu, roz­bi­tego w głębi lądu, za wielką wydmą zapew­nia­jącą osłonę przed wia­trem. War­tow­nicy zapro­wa­dzili ich do cen­tral­nego namiotu. W tej chwili był to raczej daszek, bo boczne ściany na­dal były unie­sione. Wyszedł spod niego Yusen. Sło­dziak pokło­nił się mu, a potem odda­lił.

Dowódca najem­ni­ków skie­ro­wał na nich spoj­rze­nie oto­czo­nych zmarszcz­kami oczu, zaczerp­nął głę­boko tchu i skrzy­żo­wał ramiona na piersi.

-?Co jest? -?zapy­tał Kwa­śny.

-?Mów­cie -?naka­zał z wes­tchnie­niem męż­czy­zna.

-?Jest zain­te­re­so­wana dolme­nami -?poin­for­mo­wał go Murk.

-?Dolme­nami?

-?Tymi sto­ją­cymi kamie­niami. To z ich powodu tu przy­by­li­śmy.

Twarz Yusena przy­brała zbo­lały wyraz. Opu­ścił wzrok i przez chwilę wpa­try­wał się w zie­mię.

-?Niech to szlag. Mia­łem nadzieję, że tak nie będzie.

Kwa­śny zer­k­nął na Murka.

-?I co teraz?

-?Teraz obaj sta­raj­cie się jej przy­po­do­bać -?pole­cił Yusen.

Murk ponow­nie omal mu nie zasa­lu­to­wał.

-?Tak jest, kapi­ta­nie.

Yusen spoj­rzał na niego z ukosa, skrzy­wił się nie­cier­pli­wie i ode­słał ich ski­nie­niem dłoni. Odda­lili się.

Po chwili poszu­ki­wań Murk zatrzy­mał prze­cho­dzącą obok najem­niczkę.

-?Gdzie jest nasz namiot? -?zapy­tał.

-?To ten -?pod­po­wie­działa, wska­zu­jąc stertę leżą­cych na ziemi tyczek oraz bre­zentu. Potem sobie poszła.

-?Bar­dzo zabawne! -?zawo­łał do niej Murk, po czym ski­nął na part­nera. - Będziesz musiał go roz­bić.

-?Ja? Dla­czego ja? Ty to zrób.

-?Nie ja. Ty.

-?Ty.

-?Ja tego nie zro­bię.

-?Ja na pewno nie.

-?Zamknij­cie się obaj! -?wrza­snął najem­nik z sąsied­niego namiotu. -?Bo wsa­dzę wam te tyczki tam, gdzie nie powinny się zna­leźć!

Obaj wyko­nali obraź­liwe gesty pod jego adre­sem, po czym uklę­kli przy mokrym bre­zen­cie.

-?Hej, zupeł­nie jak za daw­nych cza­sów, co? -?wyszep­tał Kwa­śny.

-?Nie­stety tak.

* * *

Oka­zało się, że K'azz jest w pełni zde­cy­do­wany wyru­szyć w poje­dynkę. Blask oznaj­miła, że będą mu towa­rzy­szyli, czy tego chce, czy nie, lecz zgo­dził się tylko na sym­bo­liczną straż oso­bi­stą. Wybrała dwoje Zaprzy­się­żo­nych magów, któ­rzy im pozo­stali, Lor-sinn i Gwynna, oraz trójkę naj­le­piej wła­da­ją­cych mie­czem wojow­ni­ków. Byli to Cole, Tur­gal i Amatt.

Tar­khan, kapi­tan Trze­ciej Kom­pa­nii, miał pozo­stać na miej­scu, by zarzą­dzać Stra­te­mem. Blask nie była z tego zado­wo­lona, ponie­waż świet­nie umie­jący posłu­gi­wać się nożem Wic­ka­nin był jed­nym z naj­lep­szych porucz­ni­ków w welo­nach Czepca. Musiała jed­nak przy­znać, że lata dowo­dze­nia Trze­cią Kom­pa­nią i liczne kon­trakty na całym świe­cie utem­pe­ro­wały nieco jego cha­rak­ter. K'azz mu ufał. Ale z dru­giej strony ich dowódca zawsze świet­nie sobie radził z oka­zy­wa­niem zaufa­nia innym i wzbu­dza­niem go w odpo­wie­dzi.

Blask ucie­szyła się, widząc, że oca­lali Zaprzy­się­żeni zbie­rają się w Przy­stani, lecz jed­no­cze­śnie wzbu­dziło to w niej melan­cho­lię. Miło było spo­tkać sta­rych przy­ja­ciół, lecz łamało jej serce wspo­mnie­nie bra­ku­ją­cych twa­rzy oraz świa­do­mość, jak nie­wielu ich pozo­stało. Według jej obli­czeń nie­spełna sie­dem­dzie­się­ciu. Ta liczba nie była jed­nak pewna. Od czasu do czasu w Stra­te­mie zja­wiał się zagi­niony Zaprzy­się­żony, który wydo­stał się z wię­zie­nia, rzu­cił służbę u jakie­goś patrona lub po pro­stu zna­lazł się w odle­głych oko­li­cach i trudno mu było z nich powró­cić. Była też Czwarta Kom­pa­nia Cal-Brinna, która zagi­nęła w Assail. Powrót Kraty suge­ro­wał, że inni jej człon­ko­wie rów­nież mogą żyć. A także nie­mal czter­dzie­stu Zaprzy­się­żonych, któ­rzy podą­żyli za Oprawcą na wygna­nie. Z nimi mogą jed­nak wkrótce się spo­tkać.

* * *

Po tygo­dniu sta­tek cudzo­ziem­ców, Węża, napra­wiono i uzu­peł­niono zapasy. Wszy­scy wsie­dli na pokład i Wąż popły­nął na połu­dnie pod zre­fo­wa­nymi w trzech czwar­tych żaglami.

-?Spo­dzie­wa­łam się armii, ale wybra­łeś się w drogę nie­mal w poje­dynkę - wark­nęła Rutana, spo­glą­da­jąc ze zło­ścią na K'azza. -?To znie­waga dla mojej pani. Lepiej by było, gdy­byś w ogóle nie odpo­wie­dział.

K'azz tylko lekko się skrzy­wił. Zda­niem Blask trak­to­wał tę kobietę z nie­praw­do­po­dobną wyro­zu­mia­ło­ścią.

-?Jak rozu­miem, twoja pani posiada moc jasno­wi­dze­nia. Z pew­no­ścią prze­wi­dy­wała, co się sta­nie, kiedy cię wysłała... -?Pokło­nił się kobie­cie, nie zwa­ża­jąc na jej mam­ro­ta­nie. -?Będę w kaju­cie -?oznaj­mił.

Blask została na pokła­dzie sam na sam z Rutaną. Nie ode­zwała się ani sło­wem. Kobieta szarp­nęła gniew­nie za rze­myki ota­cza­jące jej ramiona i prze­szyła ją gore­ją­cym spoj­rze­niem.

-?Nie zno­szę tej cho­ler­nej wody -?mruk­nęła i odda­liła się.

Blask wychy­liła się przez reling, spo­glą­da­jąc na pie­niący się ślad torowy. Lubiła podróże mor­skie.

Opu­ścili Morze Dzwon­ków i popły­nęli na zachód wzdłuż opu­sto­sza­łych brze­gów Sza­rych Ziem. Na tych pustyn­nych pust­ko­wiach rosły jedy­nie rzad­kie kępy krze­wów oraz skar­ło­wa­ciałe, wypa­czone dęby i sosny. Blask sły­szała, jak mago­wie spie­rali się o to, czy jest to rezul­tat natu­ral­nie nie­uro­dzaj­nej ziemi i braku desz­czu, czy raczej miało to coś wspól­nego z ruinami sta­ro­żyt­nych cyta­del K'Chain Che'Malle. Tak czy ina­czej nie­przy­ja­zny pół­wy­sep pokry­wały tylko wietrzne pół­pu­sty­nie, busz oraz skru­szone skały.

Gdy już minęli przy­lą­dek, prze­zwany pół­żar­tem przez Gwar­dzi­stów Strasz­li­wym Cyplem, pilot z Jacu­ruku ponow­nie skie­ro­wał ich pro­sto na zachód przez burz­liwe wody, nazy­wane przez nie­któ­rych Morzem Odkrywcy, przez innych zaś Morzem Bia­łych Wież z uwagi na zagro­że­nie, jakie stwa­rzały liczne góry lodowe wiel­ko­ści stat­ków. Wysu­wano nawet przy­pusz­cze­nia, że drogę mię­dzy lądem, który zosta­wili za sobą, i poło­żo­nym na zacho­dzie Jacu­ruku blo­kuje wiel­kie pole pły­wa­ją­cego lodu. Sta­tek prze­pły­nął jed­nak bez prze­szkód przez te oko­lice. Blask wie­działa, że kie­dyś udało się to rów­nież innej jed­no­stce, na któ­rej pły­nęli dezer­te­rzy z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii -?Kyle i inni rekruci z Baelu, pra­gnący uwol­nić K'azza uwię­zio­nego w dolme­nach.

A teraz chce tam wró­cić z nami. Po co? Co tak waż­nego kryje się w dolme­nach z Tien?

K'azz mówił bar­dzo nie­wiele o cza­sie, który tam spę­dził, choć pobyt w tym miej­scu bar­dzo go zmie­nił. Przed­tem nie oka­zy­wał żad­nych oznak wieku, podob­nie jak Blask, ale potem w pełni wyglą­dał na swe z górą sto lat. Słowa Rutany i reak­cja K'azza suge­ro­wały, że w dolme­nach coś mieszka, i jej dowódca zga­dzał się z opi­nią, że tego cze­goś nie należy nie­po­koić.

* * *

Rejs był dość nudny. Rutana i Nagal sie­dzieli w swo­jej kaju­cie. K'azz rów­nież. Mono­tonną rutynę pokła­do­wych czyn­no­ści prze­ry­wały jedy­nie chwile prze­ra­że­nia, gdy z bocia­nich gniazd dobie­gał krzyk: "Wieża lodowa!". Wszy­scy na pokła­dzie bie­gli do burt, załoga wspi­nała się na maszty, a pilot gwał­tow­nie obra­cał ster. Blask i pozo­stali Zaprzy­się­żeni przy­glą­dali się z fascy­na­cją mija­nym przez nich szma­rag­dowo-bia­łym rzeź­bom z lodu. Ich świe­tli­ste syl­wetki o ostrych jak mie­cze zary­sach były tak nie­ziem­sko piękne, że spra­wiały wra­że­nie wyrzeź­bio­nych przez bogów.

Pły­nęli teraz przez kory­tarz lodo­wych turni i kapi­tan roz­ka­zał spraw­dzać głę­bo­kość wody tycz­kami. Posu­wali się naprzód w żół­wim tem­pie. Załoga i Zaprzy­się­żeni pasa­że­ro­wie gro­ma­dzili się przy bur­tach, obser­wu­jąc poru­sza­jące się drągi. Na bocia­nim gnieź­dzie cały czas sie­działo dwóch obser­wa­to­rów. Pomimo tych wszyst­kich środ­ków ostroż­no­ści pew­nej nocy Blask spa­dła z hamaku. Sta­tek koły­sał się i drżał niczym dzie­cinna zabawka ude­rzana młot­kiem. Oszo­ło­miona kobieta leżała na deskach, pod­czas gdy wszy­scy wokół niej wsta­wali z jękiem. Coś dra­pało o burty z odgło­sem, od któ­rego bolały ją uszy, a wzdłuż krę­go­słupa prze­bie­gały ostre jak igły ciarki.

-?Góra lodowa! -?zawo­łał z prze­ra­że­niem ktoś na górze.

Tro­chę się spóź­ni­łeś z tym ostrze­że­niem!

Blask zła­pała ekwi­pu­nek i wybie­gła na pokład. Zastała tam panikę. Mary­na­rze mio­tali się na wszyst­kie strony, ale kapi­tan spo­koj­nie wyda­wał roz­kazy, wska­zu­jąc pal­cem zada­nia.

-?Gira, sprawdź uszko­dze­nia! Dla­czego nie sły­szę pomp? Zaj­mij­cie się tym baga­żem!

Pode­szła do wyglą­da­ją­cego przez reling K'azza.

-?Co się stało?

Wzru­szył ramio­nami.

-?Jakaś pod­wodna góra lodowa, któ­rej nikt nie zauwa­żył. Ude­rzyła w nas z boku.

-?Jest nie­do­brze?

-?Zoba­czymy.

Załoga tru­dziła się przy pom­pach. Zor­ga­ni­zo­wano sze­reg ludzi poda­ją­cych sobie wia­dra. Cie­śla i jego ucznio­wie cały czas prze­by­wali pod pokła­dem, spraw­dza­jąc uszko­dze­nia. Wresz­cie Blask wezwano ski­nie­niem w miej­sce, gdzie kapi­tan, K'azz i Rutana roz­ma­wiali z cie­ślą, Girą.

-?Nie na morzu -?sprze­ci­wił się cie­śla. Drżał z zimna, ocie­kał wodą, a wargi miał zupeł­nie sine.

-?Nie mamy innego wyboru -?wark­nął kapi­tan.

-?Może jakieś tym­cza­sowe roz­wią­za­nie? -?zasu­ge­ro­wał K'azz.

-?Ląd! -?dobiegł głos z bocia­niego gniazda, zaska­ku­jąc wszyst­kich.

Bro­daty kapi­tan skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem.

-?Osza­la­łeś, czło­wieku! -?ryk­nął. -?Tu nie ma żad­nego lądu.

-?Lód!

Kapi­tan i cie­śla wymie­nili nie­ufne spoj­rze­nia.

-?Co się dzieje? -?zapy­tał K'azz.

-?Pły­wa­jące pole lodowe -?wyja­śniła Rutana, gdy żaden z mary­na­rzy nie odpo­wie­dział. -?Jest nawie­dzane. Nikt się do niego nie zbliża.

-?Pew­nie nie mamy innej moż­li­wo­ści -?stwier­dził K'azz i popa­trzył z namy­słem na kapi­tana. -?Popły­niemy tam i napra­wimy sta­tek na lodzie.

Kapi­tan mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

-?To nie jest lekka galera. Mamy za mało ludzi, żeby wcią­gnąć go na lód.

-?Ale mamy wystar­cza­jąco wielu magów. Nie­praw­daż, Rutana?

Kobieta przy­mru­żyła powieki i obrzu­ciła go twar­dym spoj­rze­niem, być może w odpo­wie­dzi na wyzwa­nie. Potem uśmiech­nęła się szy­der­czo.

-?Oczy­wi­ście!

* * *

Kapi­tan roz­ka­zał roz­wi­nąć wąskie żagle i popły­nęli powoli ku odle­głej bia­łej linii na zacho­dzie. Niebo prze­sło­niły wyso­kie chmury i posy­pały się na nich wiel­kie płatki śniegu. Blask nie­mal sły­szała, jak syczą, doty­ka­jąc desek pokładu. Kapi­tan strze­py­wał śnieg z ramion i roz­czo­chra­nych wło­sów, jakby prze­no­sił on jakąś zarazę. Blask przy­glą­dała się temu z roz­ba­wie­niem. Rutana zauwa­żyła to i pode­szła bli­żej.

-?Wielu nazywa to Klą­twą Demo­nów Zimna -?wyja­śniła. -?Jaghu­tów. Gdzieś we wnę­trzu tego obszaru prze­trwały odpry­ski ich zamar­z­nię­tego kró­le­stwa, Omtose Phel­lack. To ono jest przy­czyną tego wszyst­kiego. Nie­na­wi­dzi nas. Wszyst­kich, któ­rzy nie należą do ich rodzaju.

-?A może to my nie­na­wi­dzimy wszyst­kich, któ­rzy nie należą do naszego rodzaju -?zauwa­żył sto­jący obok K'azz.

Emi­sa­riuszka z Jacu­ruku spra­wiała wra­że­nie zasko­czo­nej tą suge­stią. Po chwili ski­nęła głową, mimo nie­za­do­wo­lo­nej miny, co z kolei zasko­czyło Blask.

-?Masz rację.

Gdy sta­tek zbli­żył się do lodo­wej rów­niny, z pokładu zeszła grupa zło­żona z Zaprzy­się­żo­nych magów -?Gwynna i Lor-sinn -?oraz Rutany i Nagala. Mieli przy­go­to­wać miej­sce dla statku. Blask stała przy relingu, obser­wu­jąc, jak w lodzie wyta­piano coś w rodzaju zjeż­dżalni. Potem załoga rzu­ciła cumy i nie­mal wszy­scy zeszli z pokładu. Przy pomocy czworga magów Węża powoli wcią­gnięto rufą do przodu na wyrzeź­bioną w lśnią­cym pod­łożu pochyl­nię.

Tej nocy obo­zo­wali na lodzie. Kapi­tan i załoga pod­ska­ki­wali ner­wowo przy każ­dym trza­sku albo łosko­cie, rzu­ca­jąc ner­wowe spoj­rze­nia na wyso­kie wzgó­rza z frag­men­tów skru­szo­nych lodo­wych pó­łek, przy­po­mi­na­jące Blask szczapy drewna zwa­lone nie­dbale na stertę przez jakie­goś olbrzyma. Kapi­tan uparł się nawet, by wysta­wić warty, mimo że ni­gdzie nie dało się dostrzec żad­nego śladu życia. K'azz przy­stał na to, szep­cząc do Blask, że mogą się tu krę­cić jakieś dra­pieżne bestie.

Blask zgo­dziła się, choć nie sądziła, by w obec­no­ści Zaprzy­się­żo­nych oraz emi­sa­riu­szy z Jacu­ruku komu­kol­wiek mogło zagro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo. Nocą, kiedy doko­ny­wała obchodu, spo­tkała na lodzie K'azza w towa­rzy­stwie Tur­gala. Ten drugi na­dal nosił ciężką zbroję, jak zawsze miał w zwy­czaju. Tym razem przy­wdział żela­zny kirys i kol­czy płaszcz, a na ple­cach dźwi­gał wielką tar­czę, poob­tłu­ki­waną i paskud­nie pory­so­waną. Z pochwy u jego pasa ster­czał zakoń­czony gałką długi uchwyt pół­to­ra­ręcz­nego mie­cza. Obaj męż­czyźni patrzyli na pole lodowe na zacho­dzie. Pode­szła do nich, by przyj­rzeć się rów­ni­nie, oświe­tlo­nej przez Wielką Cho­rą­giew prze­ci­na­jącą nocne niebo niczym siniak o nie­zdro­wym kolo­rze.

Nie zauwa­żyła żad­nych ruchów w czar­nym jak inkaust mroku ani na śniegu o przy­pra­wia­ją­cej o mdło­ści zie­lo­nej bar­wie.

-?O co cho­dzi? -?zapy­tała.

-?Nie wyczu­wasz tego? -?zapy­tał Tur­gal ochry­płym gło­sem.

-?Czego?

-?Odpry­sku, o któ­rym mówiła emi­sa­riuszka z Jacu­ruku -?wyja­śnił K'azz.

-?Omtose Phel­lack -?dodał Tur­gal. Jego oddech zamie­niał się w parę w powie­trzu. -?Jaghuc­kiej magii lodu. Nie wyczu­wasz jej tutaj?

-?Nie.

Blask miała ochotę dodać "Nie jestem magiem", ale powstrzy­mała się, uświa­da­mia­jąc sobie, że oni też nimi nie są. Skąd więc...? No cóż, w końcu to K'azz przy­wo­łał Śluby. Być może dało mu to jakiś szcze­gólny wgląd. Ale Tur­gal? Skąd mógłby wziąć taką świa­do­mość?

Nie­mniej... cza­sami zda­rzało się jej wyczu­wać obec­ność innych, zanim ich zoba­czyła. A moc dwojga emi­sa­riu­szy z Jacu­ruku wypeł­niała jej umysł swym bzy­cze­niem niczym dwie natrętne muchy. Być może nie powinna się dzi­wić.

-?Nie­bez­pie­czeń­stwo? -?zapy­tała.

K'azz potrzą­snął głową.

-?Nie. Ta moc już zanika. Za sto lat... kto wie? Może nie zostać po niej żaden ślad.

Wicher sypał w oczy Blask zim­nymi dro­bi­nami lodu i sma­gał jej odsło­nięte dło­nie.

-?Prze­trwała bar­dzo długo. Dla­czego teraz?

K'azz prze­stą­pił z nogi na nogę. Śnieg zachrzę­ścił pod jego sto­pami.

-?Być może żyjemy w cza­sach, gdy wszystko, co stare, odcho­dzi. - Prze­chy­lił w zamy­śle­niu głowę. -?A może tylko tak się nam wydaje, bo żyjemy wła­śnie teraz? Czy każdy wiek tak wygląda dla tych, któ­rzy w nim żyją? W końcu we wszyst­kich epo­kach to, co było przed­tem, prze­kształca się w to, co nastąpi póź­niej.

Tur­gal roze­śmiał się cicho, uzna­jąc traf­ność jego spo­strze­że­nia.

-?Myślę, że to dobre pyta­nie dla zezo­wa­tych filo­zo­fów z Daru­dży­stanu, diuku.

-?Nie. Okażmy im litość. Sam zez jest wystar­cza­jąco dokucz­liwy.

-?Chodźmy -?ode­zwała się Blask, wska­zu­jąc namioty. -?To nie­ludz­kie zimno wnika mi do kości.

-?Zimno ci? -?zapy­tał K'azz z wyraź­nym zasko­cze­niem.

* * *

Cała załoga i wszy­scy Gwar­dzi­ści tru­dzili się przy napra­wie statku, więc ukoń­czono ją w nie­spełna trzy dni. Czwar­tej, ostat­niej nocy Blask nagle obu­dziła się w nie­prze­nik­nio­nym mroku. Wie­działa, że zbliża się coś potęż­nego. Nie miała poję­cia, skąd bie­rze się ta wie­dza, ale była tego cał­ko­wi­cie pewna. Wło­żyła po ciemku długi kol­czy płaszcz, przy­pa­sała biczo­miecz i wyszła z namiotu.

Na zewnątrz pano­wała cisza, mącona tylko przez nie­sione wia­trem płatki śniegu i dro­biny lodu ude­rza­jące o namioty z nie­wy­pra­wio­nej skóry, a także dono­śne chra­pa­nie kilku mary­na­rzy. To musieli być mary­na­rze, bo zauwa­żyła, że inni Zaprzy­się­żeni już się obu­dzili. Jej towa­rzy­sze krą­żyli bez­gło­śnie wokół namio­tów niczym duchy przy­wo­łane przez jakieś wezwa­nie. Wią­zali ostat­nie węzły, popra­wiali pasy, a potem usta­wiali się w sze­regu na zachód od obo­zo­wi­ska. Nie trzeba im było wyda­wać żad­nych roz­ka­zów.

Dołą­czyła do nich i sta­nęła obok K'azza.

-?Co się dzieje? -?wyszep­tała. Jej oddech zamie­niał się w powie­trzu w parę.

-?Jesz­cze nie jestem pewien. Ale jest bli­sko -?odpo­wie­dział, nie odwra­ca­jąc wzroku od ciem­no­ści zale­ga­ją­cej przed nimi.

Wyko­nała znak "gotowi", kie­ru­jąc go w lewo, a potem w prawo. Tur­gal wycią­gnął wielki, bastar­dowy miecz i uniósł tar­czę. Amatt dzier­żył masywny miecz i rów­nież trzy­mał sze­roką pie­cho­ciar­ską tar­czę. Cole, który wal­czył dwoma iden­tycz­nymi mie­czami, prze­su­nął się nieco w bok, by zro­bić dla sie­bie miej­sce. Lor-sinn i Gwynn zajęli miej­sca za sze­re­giem.

-?Uwaga! -?zawo­łał Gwynn ner­wo­wym, nie­cier­pli­wym gło­sem.

Blask przyj­rzała się ota­cza­ją­cym ich zaspom oraz lśnią­cym, tar­ga­nym wia­trem polom lodo­wym.

Cho­lera, ależ jest silny!

Wyczu­wała strasz­liwą moc. Nie czuła niczego w tym rodzaju od czasu...

Nad śnieg wzbiła się nagle chmura pyłu czy może nie­sio­nej wia­trem ziemi. Skon­so­li­do­wała się na ich oczach w postać odzianą w wystrzę­pione futro i sto­jącą na nogach z nagiej, zbrą­zo­wia­łej kości. Szkie­le­tową twarz zwra­cała w ich stronę, a na gło­wie miała hełm zro­biony z czaszki jakiejś pre­hi­sto­rycz­nej bestii. Imass.

K'azz pod­szedł bli­żej, wycią­ga­jąc rękę.

-?Witaj, pra­dawny. My z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii pozdra­wiamy cię.

Mar­twiak poru­szył żuchwą z chrzę­stem wyschnię­tych ścię­gien.

-?Witaj­cie -?poniósł się nad lodem jego szept.

-?Czemu zawdzię­czamy ten zaszczyt?

-?Przy­cią­gnęła mnie wasza obec­ność.

-?Czy wtar­gnę­li­śmy na twój teren? Jeśli tak, to prze­pra­szamy i zaraz się stąd zabie­rzemy.

Istota unio­sła i opu­ściła sze­ro­kie bary.

-?Można powie­dzieć, że wszy­scy jeste­śmy tu intru­zami.

-?Masz na myśli Jaghu­tów...

-?Tak.

-?Czy to z ich powodu tu jesteś?

-?Nie. Nie został tu już ani jeden. Podą­żam za zewem dobie­ga­ją­cym ze wschodu. Wszy­scy się zbie­ramy. Przy­była Wzy­wa­jąca.

K'azz pochy­lił głowę.

-?Tak, sły­sza­łem o tym. Życzymy ci szczę­śli­wej drogi. Ale zanim odej­dziesz, czy możesz nas zaszczy­cić poda­niem swego imie­nia?

-?Jestem Tolb Bell'al, rzu­ca­jący kości z T'lan Imas­sów Ifayle'a. Bar­dzo długo byłem nie­obecny.

-?Dzię­ku­jemy, Tol­bie Bell'al. Jestem K'azz D'Avore.

-?Znamy cię, K'azz. -?Tolb pochy­lił nieco głowę. -?Do następ­nego spo­tka­nia.

Blask zaczerp­nęła tchu, pra­gnąc zapy­tać istotę, co ma na myśli, ale Imass roz­sy­pał się w obłok pyłu, który zaraz odpły­nął z wia­trem. K'azz zwró­cił się w jej stronę i wymie­nili zdzi­wione spoj­rze­nia.

-?Co chciał, czy może chciała, przez to powie­dzieć?

Dowódca Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii wzru­szył ramio­nami.

-?Nie mam poję­cia. Może miał na myśli życie przy­szłe.

-?Życie przy­szłe? -?wark­nął Cole, pod­cho­dząc bli­żej. -?Jakie życie przy­szłe? Oni już umarli.

K'azz zakoń­czył dys­ku­sję ski­nie­niem dłoni.

-?Już sobie poszedł. O świ­cie my też opu­ścimy to miej­sce. -?Podąża za wezwa­niem -?zasta­na­wiał się Cole. K'azz zmarsz­czył nagle brwi. Stój­cie -?zami­gał.

* * *

Sto­lica kró­le­stwa tau­ma­tur­gów, Anditi Pura, nie miała murów obron­nych, for­tecy ani żad­nych umoc­nień. W jej cen­trum znaj­do­wała się wielka dziel­nica znana po pro­stu jako Mia­sto Wewnętrzne. Tam znaj­do­wały się scen­tra­li­zo­wane urzędy, noc­le­gow­nie oraz aka­de­mia szko­ląca tau­ma­tur­gów, któ­rzy wła­dali pań­stwem i two­rzyli jego biu­ro­kra­cję.

Dowódz­two nad Armią Spra­wie­dli­wej Kary przy­pa­dło Gola­nowi Ama­way­owi, pierw­szemu w kolejce do miej­sca w rzą­dzą­cym kra­jem Kręgu Dzie­wię­ciu. Wielcy Mistrzo­wie Tajem­nic słusz­nie uznali, że zwią­zane z tą pozy­cją obo­wiązki są zbyt wyma­ga­jące i unie­moż­li­wia­łyby cał­ko­wite poświę­ce­nie się ich jedy­nej obse­sji, bada­niom nad tajem­ni­cami życia i śmierci.

Jako naj­niż­szy rangą pośród adep­tów i w związku z tym nie­wta­jem­ni­czony w naj­głęb­sze sekrety Golan ucie­szył się z nowego sta­no­wi­ska. Pokło­nił się Dzie­wię­ciu Mistrzom, przy­jął ofia­ro­waną mu Różdżkę Egze­ku­cji i odszedł, by się przy­go­to­wać do prze­ję­cia obo­wiąz­ków.

Pocie­szał się myślą, że Dzie­wię­ciu Mistrzów z pew­no­ścią nie zosta­nie w sto­licy, by odda­wać się czczym medy­ta­cjom. Będą podą­żali za armią, trzy­ma­jąc się w bez­piecz­nej odle­gło­ści. Gdy tylko ich siły wtar­gną na tery­to­rium Ardaty -?zwane przez ciem­nych chło­pów żyją­cych w prze­sąd­nym lęku kró­le­stwem ducho­wym Hima­tanu -?będą potrze­bo­wali pomocy ich wszyst­kich, by ode­przeć naj­strasz­liw­sze ataki wro­gów.

Jego straż oso­bi­sta, zło­żona z dzie­się­ciu yak­shaka, usta­wiła się w sze­reg za nim. Kiwa­jąc masywną różdżką z czar­no­drewna ze srebr­nymi oku­ciami, zasta­na­wiał się nad tym, jakim pod­stę­pem skło­nić ich nie­god­nych zaufa­nia sojusz­ni­ków, Isturé, do wzię­cia na sie­bie cię­żaru wszyst­kich starć.

* * *

Po mie­sią­cach wyczer­pu­ją­cych przy­go­to­wań wresz­cie wyru­szyli ku Gan­gre­kom, poło­żo­nemu na wscho­dzie łań­cu­chowi gór­skiemu, dzie­lą­cemu jesz­cze nie w pełni opa­no­wane pogra­ni­cze Kró­le­stwa Tau­ma­tur­gów od gęstych dżun­gli Ardaty. To była słabo zamiesz­kana kra­ina. Miej­scowi chłopi wie­rzyli, że mogą tam prze­trwać jedy­nie dzięki pak­tom z pra­daw­nymi duchami, demo­nami oraz potwo­rami z cza­sów, gdy świat był jesz­cze młody.

Te prze­ko­na­nia nie były zbyt dale­kie od prawdy, jeśli wie­rzyć infor­ma­cjom pocho­dzą­cym od zdraj­ców Isturé. Tak czy ina­czej wkrótce się to wyja­śni.

Golan prze­miesz­czał się w wiel­kiej kry­tej lek­tyce nie­sio­nej przez czte­rech yak­shaka. W nor­mal­nych warun­kach wyru­szyłby na wojnę na sło­niu, ale bole­sne doświad­cze­nia zebrane w ciągu wielu zakoń­czo­nych porażką kar­nych eks­pe­dy­cji prze­ciwko Arda­cie dowio­dły, że sku­tecz­ność kolumn ich słoni bojo­wych jest nie­wielka. Gęsta dżun­gla ogra­ni­czała ich rucho­mość, grzę­zły w głę­bo­kich bagnach i masowo padały ofiarą cho­rób wywo­ły­wa­nych przez roje owa­dów oraz gęste mia­zmaty. Nie­liczne, które prze­żyły, wpę­dzały w obłęd prze­ra­ża­jące nocne zjawy. Dla­tego ta armia opie­rała się wyłącz­nie na ludz­kich nogach i ludz­kich grzbie­tach.

Miał też w zwy­czaju zbli­żać się do linii frontu znacz­nie bar­dziej, niż uwa­żano to za roz­sądne. Sądził jed­nak, że nic mu nie grozi. Nie tylko chro­niła go wzmoc­niona straż oso­bi­sta zło­żona z dwu­dzie­stu yak­shaka, lecz ota­czał go też sztab ofi­ce­rów z regu­lar­nej armii, a także gońcy oraz zwy­czajni żoł­nie­rze, nie wspo­mi­na­jąc już o rze­szy urzęd­ni­ków i skry­bów tasz­czą­cych ze sobą logi­styczne wspar­cie w postaci nie­zli­czo­nych ryz papieru wypeł­nio­nych spi­sem wszyst­kiego, co nio­sła ze sobą eks­pe­dy­cja. Nie zdzi­wiłby się, gdyby gdzieś w tej kara­wa­nie doku­men­tów kryła się notatka gło­sząca "Dowódca armii, sztuk 1".

Jego zastępca, U-pre, pod­szedł do koły­szą­cej się lek­tyki i pokło­nił się nisko, pro­sząc o pozwo­le­nie na zabra­nie głosu.

-?Słu­cham? -?ode­zwał się Golan i mach­nął różdżką, by ode­gnać natrętne muchy.

-?Dowódca cudzo­ziem­skich najem­ni­ków pra­gnie z tobą roz­ma­wiać, mistrzu.

-?Pro­szę bar­dzo, U-pre.

Męż­czy­zna ponow­nie się pokło­nił i odda­lił truch­tem.

Golan koły­sał się w rytm ruchów lek­tyki. Lekki desz­czyk, nie­wiele wię­cej niż mgiełka, zasła­niał odle­głą zie­loną linię wzgórz, dostrze­galną gdzie­nie­gdzie przez luki w koro­nach drzew. Mia­rowe ruchy pozwa­lały mu na spo­kojną medy­ta­cję, pomimo grozy, która zgod­nie z rapor­tami z poprzed­nich kam­pa­nii cze­kała na nich za tymi wznie­sie­niami.

Odgłos cięż­kich, wzmoc­nio­nych żela­zem butów ude­rza­ją­cych o zie­mię poin­for­mo­wał go, że zbliża się Oprawca, dowódca Isturé.

-?Chcesz ze mną poroz­ma­wiać? -?zapy­tał Golan, nie spo­glą­da­jąc na niego.

-?Tak.

-?Na­dal nie­po­koi cię powolne tempo naszego mar­szu?

Zapa­dła długa cisza, świad­cząca, że jego domy­sły były trafne. Cudzo­zie­miec, który kie­dyś był ary­sto­kratą w kró­le­stwie Ardaty, a teraz ponoć stał się kimś znacz­nie wię­cej, odchrząk­nął, by prze­mó­wić raz jesz­cze.

Golan skie­ro­wał na niego spoj­rze­nie. Wysoki męż­czy­zna trzy­mał hełm pod pachą, jego długi kol­czy płaszcz poły­ski­wał ciemno niczym zasłona nocy, a sze­roka twarz o grubo cio­sa­nych rysach nie przy­po­mi­nała syme­trycz­nych, okrą­głych lic miesz­kań­ców Jacu­ruku. Miał też nie­zwy­kłe włosy, dłu­gie i jasne jak wyschnięta na słońcu trawa. Czyżby wła­śnie to przy­cią­gnęło uwagę samej Ardaty?

-?Tak -?przy­znał męż­czy­zna. -?Powolne tempo na­dal jest uciąż­liwe. Pozwól mojemu oddzia­łowi wyru­szyć na zwiad. Znaj­dziemy drogę i oce­nimy siłę oporu prze­ciw­nika.

Golan odwró­cił od niego wzrok.

-?Nie, Isturé. Wszy­scy będziemy trzy­mać się razem. Zapre­zen­tu­jemy nie­przy­ja­cie­lowi jed­no­lity front, tak? Jak każdy dobry rze­mieśl­nik, wolę mieć wszyst­kie swoje narzę­dzia pod ręką, by w razie potrzeby móc zare­ago­wać we wła­ściwy spo­sób. Ty rów­nież jesteś bie­głym rze­mieśl­nikiem, więc z pew­no­ścią to rozu­miesz, prawda?

Cudzo­zie­miec uśmiech­nął się pół­gęb­kiem.

-?Oczy­wi­ście, mistrzu tau­ma­turgu. Jak mógł­bym się sprze­ci­wić tak prze­ko­nu­ją­cemu rozu­mo­wa­niu? -?Pokło­nił się na poże­gna­nie. -?Mogę odejść?

Golan ski­nął różdżką na znak zgody i męż­czy­zna odda­lił się cięż­kim kro­kiem. Tau­ma­turg obser­wo­wał go kąci­kiem oka.

Myślisz, że pozwolę ci poru­szać się samemu po kra­inie, którą ongiś wła­da­łeś? Żebyś spo­ty­kał się pota­jem­nie z przed­sta­wi­cie­lami Ardaty? Kto wie, jakie spi­ski mogli­by­ście uknuć prze­ciwko nam? Będę cię trzy­mał bli­sko sie­bie. W końcu jesteś zdrajcą albo poko­na­nym uzur­pa­to­rem.

Zauwa­żył chudą jak trzcina syl­wetkę naczel­nego skryby. Cierń pod­biegł do lek­tyki. Prze­rzu­cił przez ramię torbę wypeł­nioną papie­rami, a na szyi nosił zawie­szony na rze­mie­niu kała­marz. Golan wypro­sto­wał się ze stłu­mio­nym jękiem i poma­chał sobie różdżką przed twa­rzą, zamy­ka­jąc oczy.

-?Słu­cham? -?ode­zwał się, gdy usły­szał tupot san­da­łów tuż obok lek­tyki. -?O co cho­dzi, naczelny skrybo Cierń?

-?To zdu­mie­wa­jące, panie! -?wychry­piał męż­czy­zna gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym skrze­cze­nie myszo­łowa. -?Twoje moce zdu­mie­wają nas, zwy­kłych śmier­tel­ni­ków. Skąd wie­dzia­łeś, że to ja?

Może to był smród padliny? Nie, to było nie­spra­wie­dliwe. Ten czło­wiek po pro­stu wyko­nuje swe zada­nie, ze skru­pu­lat­no­ścią mrówki usy­pu­ją­cej górę z pia­sku, zia­renko po zia­renku.

Golan wes­tchnął, nie otwie­ra­jąc oczu.

-?Chcia­łeś mi o czymś zamel­do­wać?

-?Ach! Tak jest, panie. Lista naszych czci­god­nych yak­shaka. Nie­dawno prze­pro­wa­dzono ruty­nowy rema­nent i wbrew wszel­kim ocze­ki­wa­niom oka­zało się, że jed­nego bra­kuje.

Golan otwo­rzył nagle oczy. Odwró­cił się w lek­tyce i spoj­rzał na chu­dzielca.

Ta długa, krzywa szyja też przy­po­mina myszo­łowa.

-?Chcesz powie­dzieć, że jed­nego zgu­bi­li­śmy?

Męż­czy­zna gwał­tow­nie uniósł spo­coną, wygo­loną głowę. Jego wydatna grdyka poru­szała się w górę i w dół.

-?Poli­czy­łeś ich jesz­cze raz?

Skryba wzdry­gnął się, wyraź­nie ura­żony.

-?Oczy­wi­ście, panie! Moim obo­wiąz­kiem jest wszystko dokład­nie spraw­dzić, zanim poin­for­muję cię o takiej roz­bież­no­ści.

-?Być może jeden gdzieś się zawie­ru­szył... jak mio­tła albo para­sol?

Cierń opu­ścił wzrok, obra­ca­jąc w pal­cach zie­lony, wyrzeź­biony z jade­itu kała­marz, sym­bol jego urzędu.

-?Mój pan demon­struje poczu­cie humoru? -?wyszep­tał.

Golan uniósł brwi. Czy to miała być sub­telna drwina? No cóż, Cierń nie mógłby zdo­być tak wyso­kiego sta­no­wi­ska bez odro­biny sprytu. Golan demon­stra­cyj­nie wcią­gnął przez nos wiel­kiego smarka, a potem splu­nął w bok lek­tyki. Wszy­scy niżsi stop­niem ofi­ce­ro­wie w pobliżu gło­śno wyra­zili podziw dla takiej pro­duk­tyw­no­ści.

-?Na zdro­wie, panie -?dodał z uzna­niem Cierń.

-?Dzię­kuję. Nie, naczelny skrybo, po pro­stu chcia­łem roz­wa­żyć wszyst­kie moż­li­wo­ści. Udzie­lam ci pochwały za skru­pu­lat­ność. Przy­ślij do mnie dowódcę kohorty Pon-lora.

Męż­czy­zna pokło­nił się ner­wowo.

-?Natych­miast wyślę gońca.

Pod­wi­nął szaty i popę­dził na krzy­wych nogach przez błoto i zdep­taną trawę.

Golan osu­nął się na wyście­łane sie­dze­nie i obser­wo­wał przez przy­mru­żone powieki gęstą dżun­glę po obu stro­nach. Oddziały pie­choty posu­wały się mię­dzy drze­wami, w pew­nej odle­gło­ści od drogi, którą masze­ro­wały nie­zli­czone sze­regi wcie­lo­nych przy­mu­sowo robot­ni­ków, dźwi­ga­ją­cych ekwi­pu­nek oraz zapasy nie­zbędne do pro­wa­dze­nia wojny. Daleko z tyłu podą­żały za nimi nie­liczne wozy, zaprzę­żone w woły albo bawoły. Znaj­do­wały się na nich warsz­taty kowali i płat­ne­rzy oraz szpi­tal polowy. Wszyst­kie jechały z łosko­tem na wschód.

Co tam na nas czeka? Co tam znaj­dziemy? Czy zdo­łamy zaopa­trzyć wszyst­kich w żyw­ność, gdyby skoń­czyły się zapasy? Czy uda się nam odna­leźć ośro­dek wła­dzy Ardaty, Jakal Viharn, legen­darne mia­sto ukryte w głę­bi­nach dżun­gli?

Isturé, rzecz jasna, byli pewni, że znajdą drogę, mimo że poprzed­nie armie tau­ma­tur­gów spo­tkały jedy­nie klę­skę i obłęd. Żadna z nich nie wró­ciła z zie­lo­nej otchłani.

Dowódca kohorty Pon-lor pod­szedł do lek­tyki i pokło­nił się, wygła­dza­jąc szaty. Golan przy­glą­dał mu się spod opa­da­ją­cych powiek. Pon-lor był uczniem tau­ma­tur­gicz­nym siód­mej rangi, mło­dym, obie­cu­ją­cym ofi­ce­rem.

-?Dowódco kohorty -?zaczął Golan, poru­sza­jąc różdżką przed twa­rzą. - Jeden z naszych yak­shaka zacho­wał się bar­dzo nie­sto­sow­nie i pozwo­lił sobie zagi­nąć. Z pew­no­ścią uto­nął w bagnie, nie­mniej muszę ci zle­cić spraw­dze­nie, co się z nim stało. Nie możemy pozwo­lić, żeby wałę­sali się na swo­bo­dzie i roz­wa­lali chaty wie­śnia­ków, czyż nie tak?

Mło­dzie­niec uniósł dłoń, by popra­wić dłu­gie, pro­ste, czarne włosy, powstrzy­mał się jed­nak i scho­wał rękę za ple­cami.

-?To prawda, mistrzu.

Golan liczył, że ta wizja wywoła przy­naj­mniej cień uśmie­chu, ale chło­paka onie­śmie­lała jego ranga. Ski­nął różdżką, każąc mu odejść.

-?W porządku, dowódco kohorty. Weź ze sobą dwu­dzie­stu ludzi.

Pon-lor pokło­nił się jesz­cze raz, a potem odszedł.

Gdy­bym tylko mógł tak roz­ka­zy­wać tym cho­ler­nym Isturé.

* * *

Nocą w obo­zo­wi­sku armii tau­ma­tur­gów Mara -?wielki mag Oprawcy - przy­go­to­wy­wała się do wie­czor­nych medy­ta­cji. Poło­żyła papier, kała­marz i rysik na lakie­ro­wa­nym bla­cie niskiego stołu, a następ­nie usia­dła przed nim ze skrzy­żo­wa­nymi nogami, zawią­zała wokół oczu czarną jedwabną opa­skę, poło­żyła dło­nie na kola­nach i przy­stą­piła do pracy nad uspo­ka­ja­niem umy­słu. Począt­kowo prze­szka­dzały jej obo­zowe hałasy, ale takie dźwięki nie były dla niej niczym nowym i powoli, krok po kroku, zepchnęła wszyst­kie w tło. Gdy już osią­gnęła spo­kój wewnętrzny, zaczęła ryso­wać.

Ktoś zapu­kał w przed­nią tyczkę namiotu.

Syk­nęła cicho przez zaci­śnięte zęby, po czym odło­żyła mie­dziany rysik. Zaczerp­nęła tchu, żeby się uspo­koić, i zdjęła opa­skę z oczu, by przyj­rzeć się nie­ukoń­czo­nemu rysun­kowi. Pro­ste, poziome linie suge­ro­wały kra­jo­braz pust­kowi, na któ­rych wzno­sił się wysoki, potężny słup albo głaz.

Obe­lisk. Wszystko to już prze­szłość. Ale na­dal poja­wia się przede mną.

To było nie­po­ko­jące. Nie lubiła swej prze­szło­ści.

Puka­nie roz­le­gło się znowu. Sta­ran­nie zamknęła żela­zny kała­marz i ruszyła ku wej­ściu do namiotu. Odsu­nęła zasłonę, zaska­ku­jąc ofi­cera z armii tau­ma­tur­gów, który pode­rwał się gwał­tow­nie, a potem się pokło­nił. Naj­pierw jed­nak omiótł wzro­kiem krzy­wi­zny ukryte pod jej jedwabną koszulą i prze­wią­za­nymi szarfą spodniami. Mara była czy­stej krwi Dal­honką, rów­nie czarną, jak wszy­scy miesz­kańcy tej kra­iny. Wie­działa, że wielu męż­czyzn fascy­nuje jej egzo­tyczny wygląd. Zda­wała też sobie sprawę, że wszy­scy męż­czyźni na całym świe­cie to psy.

-?O co cho­dzi? -?zapy­tała, celowo nada­jąc gło­sowi tak uwo­dzi­ciel­skie brzmie­nie, jak tylko potra­fiła.

Ofi­cer odchrząk­nął z wyraź­nym wysił­kiem.

-?Poj­ma­li­śmy męż­czy­znę, który podaje się za mni­cha...

-?I co z tego?

Ofi­cer prze­rwał, uśmie­cha­jąc się blado.

-?Twier­dzi, że ma dla cie­bie wia­do­mość.

-?Nie można było zacze­kać z tym do rana? Nie powinno mi się prze­szka­dzać, kiedy roz­ma­wiam z demo­nicz­nymi duchami.

Wyraź­nie zanie­po­ko­jony męż­czy­zna ode­rwał od niej wzrok, pró­bu­jąc zaj­rzeć do ciem­nego wnę­trza namiotu. Pośpiesz­nie pokło­nił się jej po raz kolejny.

Tak lepiej.

-?Utrzy­muje, że ta wia­do­mość pocho­dzi od jego, hmm... boga.

Rozu­miem.

-?Pro­szę bar­dzo. Możesz go tu przy­pro­wa­dzić.

-?Tak jest, Isturé.

Mara odwró­ciła się, pozwa­la­jąc, by poła namiotu opa­dła. Wdziała szaty i cze­kała, gro­ma­dząc moc, aż gra­nice jej groty, D'riss, zaczęły skwier­czeć wokół niej.

Znowu roz­le­gło się stu­ka­nie i do namiotu wepchnięto sta­rego męż­czy­znę. Nawet ze spo­rej odle­gło­ści poczuła smród jego podar­tych łachów.

-?Masz dla mnie wia­do­mość? -?zapy­tała.

Jego spę­kane usta roz­cią­gnęły się w nie­po­ko­ją­cym uśmieszku.

-?W rze­czy samej, Isturé -?odparł. -?Mój pan zaczyna się nie­cier­pli­wić. Zawarto pakty. Umowy mię­dzy twoim a moim panem. Zle­cono ci misję. Kiedy możemy się spo­dzie­wać jej wyko­na­nia?

-?Wkrótce.

-?Wkrótce? -?powtó­rzył męż­czy­zna pogar­dli­wym tonem. -?Zmę­czy­li­śmy się już tym "wkrótce". Żądamy dzia­ła­nia. Wyda­rze­nia toczą się coraz szyb­ciej. Sytu­acja staje się groźna.

-?Będę się doma­gać pod­ję­cia dzia­łań.

Męż­czy­zna pochy­lił nieco głowę na znak zgody. Jego czarne oczy lśniły jasno w pół­mroku.

-?Lepiej, żeby tak się stało... lepiej dla cie­bie. Mój pan nie trak­tuje zdrady lekko. Kiedy zdo­bę­dziesz się na odwagę, będę w pobliżu, by prze­ka­zać ci instruk­cje.

Odwza­jem­niła mu się płyt­kim ukło­nem. Męż­czy­zna odsu­nął na bok ciężką połę i wyszedł. Mara się­gnęła nie­pew­nie na zewnątrz swymi zmy­słami i wzdry­gnęła się, czu­jąc utrzy­mu­jący się odór zatru­tych grot, nie­omyl­nie wska­zu­jący na Roz­trza­ska­nego Boga.

To durne Kró­le­stwo Łań­cu­chów. Po co nam ono? Może Oprawca dostrzega w nim coś, co pomoże nam osią­gnąć osta­teczny cel...

Zdjęła szaty i znowu zasia­dła przy stole. Zasło­niła oczy opa­ską i raz jesz­cze spró­bo­wała uspo­koić oddech, ale nie­zbędne sku­pie­nie nie chciało nadejść. Jej myśli ogar­nął chaos.

To zakłó­ce­nie rów­no­wagi stwo­rzyło lukę, przez którą wró­ciły duchy. Nagle poja­wiły się przed jej zgłod­nia­łymi świa­tła oczami. Migo­tliwe zjawy mar­twych braci i sióstr. Bra­cisz­ko­wie z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Ich nie­ubła­gane głosy znowu zaczęły szep­tać.

Przy­się­ga­łaś... Zawsze pamię­taj... Pamię­taj o Ślu­bach...

Ręka pokryta wyschniętą skórą pokry­wa­jącą nagą kość ski­nęła na nią zapra­sza­jąco. Koronka.

-?Chodź ze mną, sio­stro -?wyszep­tał trup. -?Nasza ścieżka zawsze jest otwarta. Nie zdo­łasz jej unik­nąć. Czemu tak upar­cie zwle­kasz? Zawsze pozo­sta­nie otwarta przed tobą...

-?Nie!

Zerwała opa­skę i zaczerp­nęła tchu. Po jej skó­rze spły­wał pot. Drżała z zimna. Spoj­rzała na kartę z rysun­kiem Obe­li­sku. Zmięła ją z wark­nię­ciem i wrzu­ciła do sto­ją­cego pośrodku namiotu pie­cyka. Papier sta­nął w pło­mie­niach.

* * *

Jatal, książę Hafi­na­jów, wje­chał z eskortą do obozu cudzo­ziem­skiego wodza wojen­nego. Oka­zał się on znacz­nie więk­szy, niż tego ocze­ki­wał. Wła­ści­wie nie był to jeden obóz, lecz sku­pi­sko oddziel­nych obo­zo­wisk. Każde z nich nale­żało do innego ple­mie­nia, Więk­szego bądź Mniej­szego. Jatal na pierw­szy rzut oka poznał sztan­dary Awa­mi­rów, Sali­lów i Mana­hi­rów, a także wielu Mniej­szych rodów. Samo­zwań­czy wódz wojenny naj­wy­raź­niej zdo­łał przy­cią­gnąć zain­te­re­so­wa­nie wszyst­kich ple­mion Adwami, Ludu, obiet­nicą wiel­kiej kam­pa­nii prze­ciwko prze­klę­tym tau­ma­tur­gom.

Minął zale­d­wie mie­siąc, odkąd emi­sa­riusz wodza wojen­nego przy­był do ich obozu, pro­po­nu­jąc zawar­cie soju­szu mię­dzy wszyst­kimi ple­mio­nami. Miały się odbyć obrady, pod­czas któ­rych rodziny prze­dys­ku­to­wa­łyby plan stwo­rze­nia wiel­kiej armii, mają­cej zaata­ko­wać samo serce krain tau­ma­tur­gów. Rzecz jasna, podobne ataki były rytu­ałem odpra­wia­nym nie­mal co rok. Małe grupy wojow­ni­ków prze­kra­dały się kanio­nami przez gra­nice, by łupić wio­ski, kraść plony i brać jeń­ców. Ale tym razem cudzo­ziem­ski wódz wojenny obie­cy­wał atak na skalę, jakiej nie widziano od poko­le­nia. Można było zdo­być całe kara­wany bogactw oraz armię nie­wol­ni­ków.

Jadący na czele kolumny Jatal zwol­nił, naka­zu­jąc wierz­chow­cowi przejść w powol­nego stępa. Wojow­nicy i cze­ladź scho­dzili mu z drogi. Roz­mowy cichły, a głowy zwra­cały się ku niemu. Ten widok spra­wił mu przy­jem­ność. Tak wła­śnie powinno być. Hafi­naje byli naj­licz­niej­szym i naj­po­tęż­niej­szym ple­mie­niem wśród Adwami. Cudzo­ziem­scy wojow­nicy wska­zali mu drogę do głów­nego namiotu, roz­bi­tego pośrodku wiel­kiego sku­pi­ska obo­zów.

Jego ojciec, patriar­cha wszyst­kich Hafi­na­jów, z początku potrak­to­wał te wie­ści lek­ce­wa­żąco. Kim był ów intruz, że ośmie­lił się mówić im o woj­nie! Cóż za bez­czel­ność! Czy miał za nic maniery! Ojciec oznaj­mił, że nie przy­łoży ręki do takiej głu­poty. Potem jed­nak nade­szły wie­ści o klę­sce Fal'eshów i Bir­ke­enów. Następ­nie więk­szość Mniej­szych rodzin zgro­ma­dziła się pod sztan­da­rem wodza wojen­nego.

Ten fakt i obiet­nica boga­tych łupów przy­cią­gnęły też nie­które Więk­sze rodziny. Gdy to się stało, Jatal uzmy­sło­wił sobie, że żadne z ple­mion Adwami nie zary­zy­kuje utraty pre­stiżu ani złota, do czego mogłoby dopro­wa­dzić sta­nie z boku. Wkrótce potem wezwano go przed obli­cze ojca - mało waż­nego syna mało waż­nej kon­ku­biny.

-?Jatal -?przy­wi­tał go opry­skli­wie ojciec, leżąc na podusz­kach na swym pod­wyż­sze­niu. Jatal uklęk­nął przed nim, pochy­la­jąc głowę. -?Nie zapo­mi­naj, że jesteś księ­ciem Hafi­na­jów. Nie możesz się tam zja­wić jak jakiś obdarty żebrak. Wyślę z tobą pięć­dzie­się­ciu naszych ryce­rzy, a także sied­miu­set zbroj­nych. Idę o zakład, że to będzie naj­więk­szy ze wszyst­kich kon­tyn­gen­tów! -?Roze­śmiał się, prze­wi­du­jąc zazdrość i zgrzy­ta­nie zębów rywali z innych rodzin. -?Tak jest, bar­dzo dobrze. Nie przy­nieś nam wstydu -?zakoń­czył i ode­słał go ski­nie­niem dłoni.

-?Ojcze -?wyszep­tał z sza­cun­kiem Jatal, po czym odda­lił się, na­dal pochy­la­jąc głowę.

Zbli­żał się już do wiel­kiego namiotu oto­czo­nego przez cudzo­ziem­skich straż­ni­ków. Nagle wyszedł z niego jakiś męż­czy­zna, wysoki i chudy jak jedna z namio­to­wych tyczek. Był odziany w długi kol­czy płaszcz, miał siwą brodę i twarz pooraną bli­znami niczym pusty­nia. Jed­nakże w jego jasnych, wybla­kłych oczach malo­wały się wynio­słość i aro­gan­cja. Jatal miał wra­że­nie, że nie­zna­jomy spo­gląda na niego z góry, mimo że to on sie­dział na koniu. Ścią­gnął wodze.

-?Ty jesteś wodzem wojen­nym?

Męż­czy­zna roz­cią­gnął wąskie usta w gry­ma­sie przy­po­mi­na­ją­cym uśmiech.

-?Tak. A ty z pew­no­ścią jesteś synem Hafi­naja.

-?Książę Jatal.

-?Witaj w moim skrom­nym obo­zie, książę Jatalu. Zaszczy­casz nas swoją obec­no­ścią. Moi ludzie wskażą twoim kopij­ni­kom miej­sce, gdzie będą mogli roz­bić obóz. Z pew­no­ścią pra­gnie­cie odpo­cząć. Czy mogę liczyć, że zja­wisz się na wie­czor­nym spo­tka­niu rodzin?

-?Możesz.

-?Zna­ko­mi­cie.

Męż­czy­zna pokło­nił się, choć w jego oczach nie dostrze­gało się ani śladu sza­cunku.

Lekko poiry­to­wany Jatal odpo­wie­dział mu płyt­kim ski­nie­niem głowy.

* * *

Tej nocy, przy pomocy sług, książę Jatal wdział swoją naj­lep­szą jedwabną koszulę oraz spodnie, a w pasie oto­czył się szarfą ze szty­le­tami bogato wysa­dza­nymi klej­no­tami. Wszystko to dla­tego, że ojciec ostrze­gał go, by nie przy­niósł wstydu rodzi­nie. Najadł się, mimo że szedł na kola­cję, bo nie chciał, by prze­szka­dzał mu głód ani sam fizyczny akt jedze­nia.

Gdy zbli­żył się do wej­ścia, cudzo­ziem­scy war­tow­nicy uchy­lili przed nim połę. Wszedł do środka i zacze­kał chwilę, aż oczy przy­zwy­czają się mu do jasnego bla­sku pochodni i pie­cy­ków. Pod ścia­nami namiotu usta­wiono niskie stoły. Goście spo­czy­wali przy nich na dywa­nach albo podusz­kach. Wódz wojenny sie­dział ze skrzy­żo­wa­nymi nogami naprze­ciwko wej­ścia. O dziwo, na­dal miał na sobie kol­czy płaszcz. Masywny niczym niedź­wiedź męż­czy­zna zasia­da­jący pod jedną ze ścian wstał ciężko i ruszył w stronę Jatala, wycią­ga­jąc ręce. Książę poznał Ganella z Awa­mi­rów, któ­rzy od dawna byli sojusz­ni­kami Hafi­na­jów.

-?Książę Jatal! -?zagrzmiał gru­bas. -?Bar­dzo uro­słeś! -?Przyj­rzał się mu demon­stra­cyj­nie od stóp do głów. -?Damy z pew­no­ścią mdlały, kiedy odjeż­dża­łeś! Jesteś teraz księ­ciem w każ­dym calu.

-?Witaj, Ganell.

Jatal uści­snął go ser­decz­nie, choć zdo­łał objąć jedy­nie część jego ciel­ska.

-?Usiądź ze mną. Nale­gam. Awa­mi­ro­wie przy­wi­tają Hafi­naja!

-?Zaszczy­casz mnie.

Sia­da­jąc, Jatal zauwa­żył po prze­ciw­nej stro­nie zasę­pioną, bro­datą twarz Sher' Tala, władcy koni Saarów, ich tra­dy­cyj­nych wro­gów. Odwró­cił wzrok i spoj­rzał na wodza wojen­nego. Ten ski­nął do niego głową na przy­wi­ta­nie. Słu­dzy nie­ustan­nie krą­żyli wokół gości, roz­no­sząc gorącą kaszę z ziarna pszen­nego, pie­czone jagnięta i koź­lęta, owoce oraz karafki z winem. Jatal pozwo­lił, by posta­wiono przed nim talerz, ale nic nie jadł. Uniósł do ust wypeł­niony winem puchar z brązu, ale nie wypił ani łyka.

Tym­cza­sem sie­dzący obok Ganell jadł za dwóch, a może nawet trzech, śmiał się gło­śno i bawił wszyst­kich opo­wie­ścią o któ­rymś ze swo­ich synów. Wszyst­kich ich uwa­żał za uza­leż­nio­nych od dymu pół­głów­ków nada­ją­cych się tylko do wyda­wa­nia jego pie­nię­dzy.

-?Nie to, co ty, Jatal! -?zawo­łał, kle­piąc go po ple­cach. -?Sły­sza­łem, że jesteś poetą i filo­zo­fem, jak ksią­żęta z daw­nych cza­sów!

-?Jestem pewien, że syno­wie cię sza­nują -?wyszep­tał Jatal.

-?I jak niby oka­zują ten sza­cu­nek? Przez cudzo­łó­stwo? Hulanki i mar­no­traw­stwo? Nie wiem, czy można to nazwać sza­cun­kiem.

-?Oso­bi­ście nie przy­by­łem tu po to, żeby słu­chać opo­wie­ści o skut­kach chowu wsob­nego! -?ode­zwał się sie­dzący po dru­giej stro­nie namiotu Sher' Tal.

-?Skut­kach czego? -?zapy­tał Ganell, roz­glą­da­jąc się wokół z demon­stra­cyj­nie zdzi­wioną miną. -?Jeśli mowa o hodowli zwie­rząt, chyba wła­śnie sły­sza­łem ryk osła.

Sher' Tal zerwał się na nogi.

-?Pano­wie! -?zawo­łał cudzo­zie­miec, rów­nież wsta­jąc. -?I panie -?dodał, zwra­ca­jąc się w stronę kobiet, które także zja­wiły się na spo­tka­niu. - Nie zapo­mi­najmy, że jeste­śmy tu po to, by poroz­ma­wiać o współ­pracy.

-?A czemu mie­li­by­śmy cię słu­chać? -?zawo­łał ktoś z tłumu.

Męż­czy­zna dotarł do środ­ko­wego punktu namiotu. Jego kol­czuga sze­le­ściła niczym suche liście. Zmarsz­czył brwi, jakby pogrą­żył się w głę­bo­kim zamy­śle­niu.

-?To celne pyta­nie. Po pierw­sze, jak zauwa­ży­li­ście, jestem cudzo­ziem­cem. I najem­ni­kiem. Wal­czę dla złota. Sojusz ple­mion, o jakim tu roz­ma­wiamy, pró­bo­wano już zawrzeć w prze­szło­ści, czyż nie tak? -?Męż­czy­zna rozej­rzał się, przy­pa­tru­jąc się obec­nym. Wielu poki­wało głową. -?Wła­śnie tak - pod­jął. -?Soju­sze roz­pa­dały się, nim zdo­łały osią­gnąć coś zna­czą­cego. A z jakiego powodu?

Ponow­nie prze­su­nął wzro­kiem po zebra­nych.

Jatal zauwa­żył, że wszy­scy z nich wymie­niają oskar­ży­ciel­skie spoj­rze­nia.

-?Dla­tego że ich przy­wódcy mają mózgi jak bawoły -?wyszep­tał Ganell.

Wódz wojenny poki­wał głową, jakby to, co zoba­czył, potwier­dzało jego opi­nię.

-?Soju­sze się roz­pa­dały, ponie­waż nie spo­sób było osią­gnąć zgody, kto ma dowo­dzić. Veha­jarwi nie chcieli słu­chać Hafi­naja, a Saaro­wie Awa­mira...

-?Ni­gdy! -?zawo­łał Sher' Tal.

Ganell uśmiech­nął się i wrzu­cił do ust garstkę orze­chów ner­kowca.

-?Bawół -?mruk­nął.

Jatal z tru­dem poha­mo­wał śmiech.

Wódz wojenny nie prze­sta­wał zata­czać krę­gów. Uniósł pomarsz­czone dło­nie, pro­sząc o ciszę.

-?No wła­śnie. To zro­zu­miałe. Ja jed­nak jestem tu obcy. Jestem też zawo­dow­cem para­ją­cym się wojną. Ja i moi pod­ko­mendni wal­czymy tylko dla pie­nię­dzy. Nie będę fawo­ry­zo­wał żad­nego z ple­mion. A po zakoń­cze­niu kam­pa­nii po pro­stu zabie­rzemy swoją zapłatę i odej­dziemy.

-?A ile ma wyno­sić ta zapłata? -?zapy­tał Jatal.

Stary najem­nik uniósł brwi, wyra­ża­jąc uzna­nie dla tego pyta­nia.

-?Książę Jatal nie chce się zado­wo­lić gór­no­lot­nymi zapew­nie­niami. I słusz­nie. W zamian za opra­co­wa­nie pla­nów tak­tycz­nych i stra­te­gicz­nych oraz za krew moich wojow­ni­ków żądam jed­nej dzie­sią­tej wszyst­kich łupów.

Ganell zakrztu­sił się orzesz­kami.

-?To absurd! -?wychar­czał.

Wszy­scy jed­no­cze­śnie wyra­zili sprze­ciw.

-?Chcesz nas zruj­no­wać? -?zawo­łała Anda­nii, księż­niczka Veha­jarwi.

Wódz wojenny ponow­nie uniósł ręce, doma­ga­jąc się spo­koju. Jatal zauwa­żył, że jego potęż­nie zbu­do­wany zastępca czy może porucz­nik cały czas obgryza jagnięcy udziec i pije, zacho­wu­jąc cał­ko­wity spo­kój. Przy­szło mu na myśl, że w nor­mal­nej sytu­acji dys­ku­sja o wyna­gro­dze­niu powinna zain­te­re­so­wać kogoś takiego.

Młody książę rów­nież uniósł rękę, pro­sząc o ciszę. Pro­te­sty powoli umil­kły.

-?Wodzu wojenny, to, o co pro­sisz, jest sprzeczne z naszymi zwy­cza­jami - zaczął, gdy wszy­scy się uspo­ko­ili. -?Zgod­nie z tra­dy­cją gru­pie, która pokona nie­przy­ja­ciela albo zdo­bę­dzie wio­skę, przy­pa­dała cała chwała i wszyst­kie zyski pły­nące ze zwy­cię­stwa.

Wszy­scy poki­wali gło­wami.

-?Tak jest! -?zawo­łał Ganell.

-?Nie­mniej mądrzy ludzie mogliby się zgo­dzić, że lepiej jest zjeść dzie­więć dzie­sią­tych posiłku niż cier­pieć głód... -?kon­ty­nu­ował mło­dzie­niec.

Ganell zaśmiał się i wal­nął wielką łapą w stół.

-?Ha! Książę ma rację!

-?...i że być może powin­ni­śmy oce­nić wiel­kość tego posiłku, zanim nim wzgar­dzimy.

Księż­niczka Anda­nii wstała od stołu i wbiła nóż w blat.

-?W imie­niu Veha­jarwi oznaj­miam, że usły­sze­li­śmy już wystar­cza­jąco wiele.

-?Może pozwo­li­ła­byś mi skoń­czyć -?ode­zwał się wódz wojenny przez zaci­śnięte zęby.

Naj­wy­raź­niej nie przy­wykł do tego, by mu prze­ry­wano, czy do pro­sze­nia o cokol­wiek. Nie potra­fił uwol­nić się od but­nej wynio­sło­ści. Jata­lowi przy­szło na myśl, że to raczej mu nie pomaga w roz­mo­wach z tak wie­loma rów­nie próż­nymi i nadę­tymi oso­bami. A księż­niczka Anda­nii z pew­no­ścią dorów­ny­wała mu ślepą na wszystko zaro­zu­mia­ło­ścią.

Dziew­czyna, ponoć będąca jedną z naj­groź­niej­szych żyją­cych łucz­ni­ków, odgar­nęła długi, czarny jak noc war­kocz i skie­ro­wała piękną zda­niem Jatala twarz ku wodzowi wojen­nemu.

-?Zatem mów -?roz­ka­zała pogar­dli­wym tonem. -?Udzie­lam ci pozwo­le­nia.

Stary najem­nik pokło­nił się sztywno w odpo­wie­dzi, wyraź­nie powstrzy­mu­jąc złość.

-?Dzię­kuję... księż­niczko. Pro­po­nuję, by nasze połą­czone oddziały złu­piły połu­dniową sto­licę tau­ma­tur­gów i ich rytu­alne cen­trum, Isana Pura.

Obu­rze­nie, które wypeł­niało przed­tem namiot, było niczym w porów­na­niu z wyciem sprze­ciwu, jakie wywo­łały te słowa. Nawet Jatal usiadł, wstrzą­śnięty nie­wia­ry­godną skalą tego planu.

Atak, jakiego nie widziano od poko­le­nia. Strasz­liwy Królu... odkąd żywi się­gają pamię­cią!

Sie­dzący przy nim Ganell pochy­lił się w prawo, a potem w lewo, roz­le­wa­jąc wino.

-?Czy to w ogóle moż­liwe? Czy mogli­by­śmy tego doko­nać?

Zdu­miona tą pro­po­zy­cją księż­niczka usia­dła ciężko. Jatal splótł dło­nie i dotknął pal­cami ust.

Szybki atak. Zasko­cze­nie. A potem bły­ska­wiczny odwrót, zanim zdążą zor­ga­ni­zo­wać odsiecz. To mogłoby się udać.

Przez rej­wach prze­bił się nowy, ochry­pły głos.

-?Będzie­cie musieli sta­wić czoło tau­ma­tur­gom.

Jatal nie zare­ago­wał.

Jak silny jest gar­ni­zon? I co ze strze­gą­cymi mia­sta yak­shaka? Potrze­bu­jemy infor­ma­cji.

Wszy­scy uci­szyli się, jeden po dru­gim.

-?W wiel­kim cen­trum rytu­al­nym Isana Pura jest mnó­stwo tau­ma­tur­gów - kon­ty­nu­ował głos o nie­przy­jem­nym brzmie­niu.

Jatal zmarsz­czył brwi i wresz­cie uniósł wzrok. Zauwa­żył, że wszy­scy kie­rują spoj­rze­nia ku wej­ściu, w któ­rym stał nowy przy­bysz. Gdy go zoba­czył, zaparło mu dech z nie­smaku i zadrżał trwoż­nie. To był sha­du­wam. Okry­wały go tra­dy­cyjne dla jego zaję­cia łach­many. Tułów miał wysma­ro­wany grubą war­stwą ziemi, a zakrze­pły popiół nadał jego twa­rzy białą barwę. Włosy były splą­taną, od dawna nie­mytą grzywą. W rękach trzy­mał tra­dy­cyjne rekwi­zyty swo­jego rze­mio­sła -?laskę oraz żebra­czą miskę. W jego przy­padku za miskę słu­żyła jed­nak ludzka czaszka.

Wszy­scy pod­nie­śli się na nogi z nie­sma­kiem, nie­po­ko­jem i trzeba przy­znać, że rów­nież z ata­wi­stycz­nym stra­chem.

-?Kto wpu­ścił tutaj to plu­ga­stwo?! -?zawo­łał Sher' Tal. -?Straże! - Żelazo i ciało nie są dla mnie prze­szkodą.

Sha­du­wam uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zęby o zaostrzo­nych czub­kach.

Straż­nicy wpa­dli do namiotu, ale cof­nęli się ze wstrę­tem od świę­tego męża.

-?Na każ­dego, kto ośmieli się mnie dotknąć, spad­nie klą­twa! -?ostrzegł ich.

-?Zatem prze­klnij wiatr i drewno, psie! -?odparła księż­niczka Anda­nii i zwró­ciła się ku swoim straż­ni­kom. -?Przy­nie­ście mi łuk!

-?Czy pra­gniesz śmierci swych uko­cha­nych rodzi­ców, księż­niczko? - zapy­tał sha­du­wam. -?Jeśli mnie zabi­jesz, oni rów­nież umrą... i to nie szybką śmier­cią.

Anda­nii pobla­dła, ale w jej ciem­nych oczach gorzał gniew.

-?Czego pra­gniesz? -?zawo­łał wódz wojenny, prze­krzy­ku­jąc hałas. Ganell zbył to pyta­nie mach­nię­ciem ręki.

-?Nie! Nie zapra­szaj go na nasze spo­tka­nie, nie­zna­jomy! Czy nie widzisz czaszki w jego dło­niach? To nie jest zwy­czajny święty mąż. To Agon. Sprze­dał swego ducha w nie­wolę mrocz­nym mocom: Upa­dłemu i kró­lowi demo­nów, pie­kiel­nemu Kell-Vorowi.

-?Kell-Vorowi? -?powtó­rzył wódz wojenny. Jego usta wykrzy­wiły się w przy­po­mi­na­ją­cym uśmiech gry­ma­sie.

Sha­du­wam przez cały czas wpa­try­wał się w cudzo­ziemca, poru­sza­jąc ustami, jakby dzie­lił się z nim jakąś mroczną tajem­nicą.

Wódz wojenny odwró­cił od niego spoj­rze­nie i wzru­szył ramio­nami.

-?Wydaje mi się, że cza­rom należy się prze­ciw­sta­wiać cza­rami. Czyż nie mam racji?

Sher' Tal mię­to­sił w pal­cach bujną brodę, patrząc na kapłana z nie­sma­kiem i ostroż­no­ścią, jak na dotknięte jakąś cho­robą zwie­rzę.

-?Jeśli te mroczne moce zabiją teur­gicz­nych magów, to będzie zna­czyło, że wresz­cie zro­biły coś uży­tecz­nego...

Agon uśmiech­nął się, odsła­nia­jąc zaostrzone zęby. Jatal odno­sił wra­że­nie, że pra­gnie zato­pić je w ciele władcy koni.

-?Zatem pod­ję­li­śmy decy­zję -?ode­zwał się wódz wojenny. -?Kiedy...

-?Nie pod­ję­li­śmy żad­nej decy­zji! -?prze­rwała mu po raz kolejny księż­niczka Anda­nii. Spoj­rzała na kapłana, demon­stra­cyj­nie wykrzy­wia­jąc twarz w wyra­zie wstrętu.

-?Ofia­ru­jesz nam pomoc, ale nie mówisz, jakiej ceny zażą­dasz! Co pra­gniesz otrzy­mać w zamian?

Wielu wodzów ple­mion poparło ją szep­tem, w tym rów­nież Jatal, mimo tra­dy­cyj­nej anty­pa­tii mię­dzy ich rodzi­nami.

-?Tak jest! -?zawo­łał. -?Powiedz to nam.

Kapłan wypro­sto­wał się na pełną wyso­kość, oka­zu­jąc im taką samą pogardę, jak oni jemu.

-?Złoto i klej­noty są dla nas jak śmieci i błysz­czący pył. Chcemy otrzy­mać jedną czwartą wszyst­kich jeń­ców.

-?Krwawe rytu­ały! -?wark­nął Ganell. -?Plu­gawe ofiary!

-?Ni­gdy! -?zawo­łała Anda­nii i wyrwała nóż z blatu.

Jatal rów­nież wstał, by udzie­lić popar­cia księż­niczce. Jego ojciec zawsze darzył Ago­nów szcze­gólną nie­na­wi­ścią i zabro­nił im wstępu na swe zie­mie. Ganell także się pod­niósł. Wszy­scy przed­sta­wi­ciele posta­no­wili prze­gnać kapłana z namiotu.

Sha­du­wam przy­mru­żył powieki i skie­ro­wał pełne zło­ści spoj­rze­nie na wodza wojen­nego, ale ten mil­czał. Zmarsz­czył tylko nieco brwi, z żalem, jakby chciał powie­dzieć: "Przy­kro mi, ale nie mogę nic w tej spra­wie zro­bić...".

Kapłan pokło­nił się wodzowi wojen­nemu i opu­ścił namiot, Jatal miał jed­nak wra­że­nie, że na twa­rzy sha­du­wama na­dal utrzy­muje się cień drwią­cego uśmie­chu.

Księż­niczka Anda­nii ski­nęła głową do Jatala, dzię­ku­jąc mu za popar­cie. Pokło­nił się, a potem usiadł razem ze wszyst­kimi. Ganell popro­sił o wię­cej sło­dy­czy i wina.

-?Żeby usu­nąć z naszych ust ten obmier­zły smak -?oznaj­mił.

Gdy już napeł­niono kie­li­chy, wódz wojenny uniósł rękę i roz­mowy uci­chły.

-?Pano­wie i panie, czy otrzy­mam waszą odpo­wiedź? -?zapy­tał.

Jatal przyj­rzał się przed­sta­wi­cie­lom ple­mion. Ich pełne zapału twa­rze świad­czyły, że więk­szość dała się prze­ko­nać. Odchrząk­nął i wszy­scy popa­trzyli na niego.

-?Wodzu wojenny -?zaczął, zata­cza­jąc ręką krąg, by wska­zać na wszyst­kich obec­nych. -?Widzę tu przed­sta­wi­cieli około dwu­dzie­stu ple­mion i rodzin Adwami. Żaden z nich, w tym rów­nież ja, nie ocze­kuje niczego wię­cej niż spra­wie­dli­wego udziału w łupach. -?Roz­po­starł dło­nie. -?Zwa­żyw­szy wszystko razem, to powinno ozna­czać jedną dwu­dzie­stą dla każ­dego. Dla­tego zadaję sobie pyta­nie... dla­czego miał­byś otrzy­mać dwa razy wię­cej niż pozo­stali uczest­nicy?

-?Na wszyst­kich demo­nicz­nych bogów! -?zawo­łał Ganell. -?Masz rację, Jatal!

Więk­szość obec­nych rów­nież udzie­liła mu popar­cia.

-?I co ty na to? -?zapy­tała wodza wojen­nego Anda­nii.

Na twa­rzy sta­rego najem­nika poja­wił się blady uśmie­szek, nie­sa­mo­wi­cie przy­po­mi­na­jący ten, który przed­tem zade­mon­stro­wał Agon.

-?Książę -?zaczął, gdy krzyki już uci­chły. -?Z twoim rozu­mo­wa­niem nie spo­sób dys­ku­to­wać, ale towa­rzy­szą mi doświad­czeni wojow­nicy...

-?Twier­dzisz, że nasi są nie­do­świad­czeni? -?prze­rwał mu Sher' Tal. - Uwa­żasz, że Adwami nic nie wie­dzą o walce?

Wódz wojenny pokło­nił się, wspie­ra­jąc dło­nie na kola­nach.

-?By­naj­mniej... po pro­stu... nie sfor­mu­ło­wa­łem tego wła­ści­wie. Nie­mniej jestem dowódcą o wiel­kim doświad­cze­niu w spra­wach tak­tyki i stra­te­gii...

-?W takim razie możesz być dla nas cen­nym doradcą w tym przed­się­wzię­ciu -?prze­rwała mu sta­now­czo księż­niczka Anda­nii. -?Ale żaden sługa nie powi­nien otrzy­mać więk­szego udziału niż któ­ry­kol­wiek z Adwami.

Unio­sła brwi i spoj­rzała na Jatala, zachę­ca­jąc go do wyra­że­nia opi­nii.

Mło­dzie­niec pokło­nił się jej nisko.

-?Ależ wojow­ni­cza klacz. -?Sie­dzący obok Ganell wes­tchnął z podzi­wem.

Jatal jed­nak przy­glą­dał się z uwagą wodzowi wojen­nemu. Jego poro­śnięta rzadką, sta­lo­wo­siwą brodą żuchwa poru­szała się nie­spo­koj­nie, a w oczach gorzała nie­wy­po­wie­dziana furia. Zdo­łał jed­nak zapa­no­wać nad sobą i pochy­lił powoli głowę na znak zgody.

-?Pro­szę bar­dzo. Jedna dwu­dzie­sta. Zga­dzam się.

Wielu obec­nych unio­sło kie­li­chy i zakrzyk­nęło rado­śnie. Ganell stuk­nął się kie­li­chem ze wszyst­kimi, któ­rych mógł dosię­gnąć, nie prze­sta­jąc gło­śno recho­tać. Jatal spoj­rzał na potęż­nie zbu­do­wa­nego zastępcę wodza wojen­nego. Męż­czy­zna wpa­try­wał się z zasę­pioną miną w ogry­zioną kość, od czasu do czasu zer­ka­jąc na zwierzch­nika. Jatal pomy­ślał, że z pew­no­ścią nie spodo­bała mu się lek­ko­myślna rezy­gna­cja z połowy spo­dzie­wa­nych zysków. Nie mógł się z nim spie­rać. Jak na najem­nika, który wal­czy dla złota, wódz wojenny sta­now­czo zbyt łatwo pogo­dził się z utratą korzy­ści.

Nego­cja­cje się skoń­czyły i goście gło­śno doma­gali się wię­cej trun­ków, a także muzyki i tan­ce­rek. Ganell zaczął starą opo­wieść o legen­dar­nych łowach, na które wyru­szył kie­dyś z jed­nym ze stry­jów. Obaj zabłą­dzili i omal nie zastrze­lili się nawza­jem z łuków. Jatal znał tę histo­rię na pamięć i słu­chał jej tylko jed­nym uchem, sku­pia­jąc się na pro­ble­mie zdo­by­cia infor­ma­cji.

To będzie trudne. Tau­ma­tur­dzy zawsze bar­dzo sku­tecz­nie prze­chwy­ty­wali ich łupież­cze wyprawy. Z pew­no­ścią dzięki swym magicz­nym talen­tom. Przy­po­mi­nał sobie, że paru zbroj­nych słu­żą­cych jego rodzi­nie ma na nad­garst­kach i kost­kach ślady po ich kaj­da­nach. Poroz­ma­wia z nimi. Miał też w swo­ich doku­men­tach rela­cje z podróży po sąsied­nich kra­inach. Czy zabrał je ze sobą? Klep­nął Ganella w ramię.

-?Cie­szę się z naszego spo­tka­nia, przy­ja­cielu, ale muszę prze­ja­śnić sobie w gło­wie -?wyszep­tał.

-?Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście! -?zawo­łał gru­bas i uści­snął ze śmie­chem jego dłoń.

Wstał, pokło­nił się płytko cudzo­ziem­skiemu wodzowi wojen­nemu -?wła­ści­wie teraz to był ich wódz wojenny -?a potem opu­ścił namiot. Nie zauwa­żył spoj­rze­nia, jakim odpro­wa­dzała go księż­niczka Anda­nii.

Jatal prze­szu­kał swój bagaż i prze­ko­nał się, że nie­stety nie zabrał potrzeb­nych doku­men­tów. Nie spo­sób prze­wi­dzieć wszyst­kiego. Był zły na sie­bie i nie mógł zasnąć. Dla­tego wybrał się na prze­chadzkę po roz­le­głym obo­zie. Po chwili dotarł do jego ciem­nej gra­nicy, gdzie war­tow­nik wpa­try­wał się w poro­śnięte krze­wami wzgó­rza. Zatrzy­mał się tam na moment. Słu­chał owa­dów krą­żą­cych w mroku i obser­wo­wał żywiące się nimi nie­to­pe­rze.

Jego uwagę przy­cią­gnęło dziwne świa­tło, widoczne daleko pośród niskich wzgórz.

-?Czy to ogień? -?zapy­tał sto­ją­cego obok war­tow­nika.

Młody męż­czy­zna pokło­nił mu się nisko.

-?To z pew­no­ścią odbi­cie, szla­chet­nie uro­dzony.

Jatal przyj­rzał się mu. Pocho­dził z Mniej­szego domu, Bir­ke­enów, i był bar­dzo młody.

-?Nie spraw­dzi­łeś tego?

Wyraź­nie wystra­szony war­tow­nik obli­zał wargi i uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco.

-?Mój poste­ru­nek jest tutaj, szla­chet­nie uro­dzony.

Jatal powstrzy­mał się przed ostrą odpo­wie­dzią. To nic by nie dało. Nie miało też sensu tra­ce­nie czasu na opie­prza­nie chło­paka. Bir­ke­eno­wie zali­czali się do naj­bied­niej­szych rodzin. Z pew­no­ścią nikt nie wyna­jął dla niego nauczy­ciela. Przy­po­mi­nał więk­szość Adwami -?jego świa­tem wła­dały prze­sądy. Jatal skie­ro­wał się tam, gdzie z pew­no­ścią znaj­dzie chęt­nych do wyprawy w nocy do obozu cudzo­ziem­ców.

Oznaj­mił, że chce się spo­tkać z dowo­dzą­cym ofi­ce­rem. Po krót­kim ocze­ki­wa­niu spo­tkała go nie­spo­dzianka. Dowódcą obozu oka­zał się potęż­nie zbu­do­wany zastępca wodza wojen­nego.

-?Słu­cham? -?mruk­nął, zapo­mi­na­jąc o należ­nych tytu­łach albo je igno­ru­jąc.

-?Zauwa­ży­łem świa­tło pośród wzgórz i pomy­śla­łem, że może zechce­cie to zba­dać.

Męż­czy­zna uniósł sze­roką dłoń i potarł się po rów­nie sze­ro­kich policz­kach. Wysta­wały spod nich kły, dłu­gie nie­mal jak u wilka.

-?Słusz­nie pomy­śla­łeś. -?Zwró­cił się w stronę war­tow­nika. -?Zbierz ludzi i ruszaj­cie za mną.

-?Wskażę wam drogę -?zapro­po­no­wał Jatal.

Porucz­nik uniósł brwi z wyraź­nym zasko­cze­niem.

-?Pro­szę bar­dzo. Pro­wadź.

Ruszyli w drogę. Jatal przyj­rzał się męż­czyź­nie. Był wysoki, lecz jesz­cze więk­szą uwagę przy­cią­gały jego sze­ro­kie bary.

-?Jak się nazy­wasz?

-?Sca­rza.

-?Ja jestem książę Jatal.

Najem­nik przyj­rzał mu się z uwagą.

-?Książę, tak?

Jatal usły­szał brak sza­cunku w gło­sie roz­mówcy, ale posta­no­wił to zigno­ro­wać. Być może tam, skąd pocho­dził porucz­nik, nie znano tego tytułu bądź uwa­żano go za głupi. W końcu to był tylko ciemny cudzo­zie­miec.

Nim dotarli do gra­nicy obozu, Jatal opi­sał sytu­ację swemu towa­rzy­szowi. Sca­rza roz­ka­zał najem­ni­kom oto­czyć miej­sce, w któ­rym paliło się świa­tło, pod­czas gdy on i Jatal ruszyli ku niemu otwar­cie. Mło­dzie­niec poło­żył dłoń na ręko­je­ści mie­cza.

-?To raczej nie jest szpieg -?wyszep­tał do Sca­rzy, gdy pogrą­żyli się w mroku.

-?Chyba że bar­dzo kiep­ski -?zasu­ge­ro­wał cudzo­zie­miec, uno­sząc brwi.

Jatal pozwo­lił sobie na drobny uśmie­szek. Wódz wojenny budził w nim nie­po­kój, ale podej­rze­wał, że jego porucz­nika mógłby polu­bić.

Słabe, tań­czące świa­tełko zapro­wa­dziło ich do zagłę­bie­nia terenu i kar­ło­wa­tego, nie­mal mar­twego drzewa. Pod drze­wem i na jego gałę­ziach umiesz­czono mnó­stwo świec. Nie­które już się wypa­liły albo zga­sły. Pośród nich widział kawałki szmat, miseczki z łupin orze­chów koko­so­wych wypeł­nione ciem­nymi pły­nami oraz jakieś sym­bole wydłu­bane w ziemi i wypeł­nione róż­nymi prosz­kami. Jatal czuł woń sta­rej krwi. Obaj ze Sca­rzą przy­glą­dali się temu przez pewien czas. Wresz­cie porucz­nik przy­kuc­nął, żeby lepiej się przyj­rzeć.

-?Mroczna magia -?ostrzegł go Jatal.

-?Myślisz, że to dzieło tego sza­mana?

-?Sza­mana? Ach, masz na myśli sha­du­wama. Tak. On prak­ty­kuje Agon. Bluź­nier­stwo i pro­fa­na­cję. Zwróć uwagę na te szmaty. Poznaję tka­niny Awa­mi­rów, Mana­hi­rów, Veha­jarwi oraz nasze, Hafi­na­jów. To klą­twa rzu­cona na nas wszyst­kich.

-?Lepiej mu się nie sprze­ci­wiać.

-?Zga­dza się.

Najem­nicy Sca­rzy wyło­nili się z mroku, potrzą­sa­jąc gło­wami. Porucz­nik wstał i strzep­nął zie­mię z kolan.

-?Dawno już stąd odszedł.

Ski­nął dło­nią, wska­zu­jąc na zło­wrogą, pro­wi­zo­ryczną kaplicę.

-?Wie­rzysz w to wszystko? -?zapy­tał Jatal.

-?Sha­du­wa­mo­wie mają moc. Są też odporni na kary i groźby.

-?Odporni?

-?No wiesz, to ich reli­gia. Czczą ból i uszko­dze­nia ciała.

Męż­czy­zna odchrząk­nął.

-?To zna­czy, że nie są odporni na zwy­kłe ścię­cie głowy.

-?Nie są. Jed­nakże sha­du­wam zapewne ucie­szyłby się z takiego losu.

Uznano by go za świę­tego męczen­nika.

Porucz­nik jesz­cze przez pewien czas przy­pa­try­wał się świe­com, pocie­ra­jąc jed­no­cze­śnie policzki.

-?W takim razie będziemy musieli go uka­rać przy­mu­so­wym kar­mie­niem - mruk­nął. Jego myśli naj­wy­raź­niej prze­by­wały gdzie indziej. -?I oglą­da­niem tan­ce­rek.

Jatal uśmiech­nął się z uzna­niem.

-?Tak jest. Los gor­szy od śmierci.

Sca­rza wycią­gnął rękę do jed­nej ze świec, powstrzy­mał się jed­nak na czas.

-?Spal­cie to wszystko -?roz­ka­zał swoim najem­ni­kom i ruszył w stronę obozu.

Jatal podą­żył za nim.

* * *

Sala tro­nowa była pusta, pomi­ja­jąc tylko migo­tliwe cie­nie rzu­cane w sła­bym bla­sku lamp zawie­szo­nych na łań­cu­chach nik­ną­cych w mroku na górze. Odbi­ja­jące się echem od pokry­tej gład­kimi kamien­nymi pły­tami pod­łogi kroki oznaj­miły przy­by­cie wyso­kiego, potęż­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­zny o gęstej, bia­łej czu­pry­nie. Przy­bysz pod­szedł do jed­nej ze ścian i przyj­rzał się pół­kom pokry­tym dzie­łami sztuki oraz zwo­jami. Następ­nie zer­k­nął na wysoki, drew­niany tron spo­wity cie­niami, wziął jeden ze zwo­jów, roz­wi­nął go i zaczął czy­tać:

-?Jakie efekty pra­gniesz osią­gnąć, uzur­pa­to­rze? -?zapy­tał, nie odry­wa­jąc spoj­rze­nia od zwoju. Po chwili ocze­ki­wa­nia zer­k­nął na tron. -?Słu­cham.

-?Pew­nie cho­dziło mi o boską cier­pli­wość -?odpo­wie­dział piskliwy głos dobie­ga­jący z pół­mroku.

Przy­bysz przy­mru­żył powieki. Jego oczy gorzały bla­skiem płyn­nego złota.

-?Nie zauwa­ży­łem jej u cie­bie.

-?Skoń­czy­łeś już, Osserc? Muszę cię poin­for­mo­wać, że jestem bar­dzo zajęty.

Męż­czy­zna odło­żył zwój na miej­sce i wziął wazę sto­jącą na sąsied­niej półce.

-?W takim razie nie musisz cią­gle za mną łazić jak ner­wowy skle­pi­karz.

-?Ha! -?Z mroku spo­wi­ja­ją­cego sie­dzi­sko tronu wyło­nił się palec wska­zu­jący. -?To by ci się podo­bało, tak? Wtedy spró­bo­wał­byś... co tam wła­ści­wie chcesz spró­bo­wać zro­bić, mam rację?

Osserc obrzu­cił tron zdzi­wio­nym spoj­rze­niem.

-?Spró­bo­wał­bym?

-?Tak jest!

Wysoki męż­czy­zna zmarsz­czył brwi i prze­chy­lił głowę, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, o co cho­dzi. Wresz­cie wzru­szył ramio­nami i odsta­wił wazę na półkę.

-?No cóż, nie musisz się dłu­żej mar­twić. Nie mam tu już nic wię­cej do zro­bie­nia!

-?Z pew­no­ścią nie masz!

-?Pójdę poroz­ma­wiać z kimś innym.

-?Z kimś innym? A z kim? Z kim wła­ści­wie chcesz roz­ma­wiać? -?Osserc zigno­ro­wał to pyta­nie i ruszył przez ciemną salę. Mroczna, pół­prze­zro­czy­sta postać sie­dząca na tro­nie pochy­liła się, jakby wytę­żała słuch. -?Dokąd idziesz? -?Migo­tliwe świa­tło przy­ga­sło jesz­cze bar­dziej. -?Osserc? Halo? -?Postać się wypro­sto­wała. -?Poszedł sobie! Ha! Prze­gna­łem stąd tego dur­nia! -?Zaci­śnięta w pięść dłoń ude­rzyła w poręcz tronu. -?Ale dokąd się udał? -?Ręce unio­sły się do skry­tej w cie­niach głowy. -?Gaa! Muszę się tego dowie­dzieć! Muszę wie­dzieć wszystko!

Z kąta sali wyło­niło się podobne do małpy stwo­rzonko. W jed­nej rączce trzy­mało coś błysz­czą­cego.

-?To ty! -?wrza­snęła sie­dząca na tro­nie postać. -?Małpka scho­wała dło­nie za sobą i rozej­rzała się wkoło z nie­winną miną. -?Hej, ty! Zrób coś!

Na wyra­zi­stym obli­czu zwie­rzę­cia poja­wiła się mina przy­po­mi­na­jąca deter­mi­na­cję. Usia­dło na jed­nym ze stopni pro­wa­dzą­cych do tronu i wpa­trzyło się w dal, głasz­cząc kosmyk wło­sów wyra­sta­jący mu z pod­bródka, jakby pogrą­żyło się w głę­bo­kim zamy­śle­niu.

-?Ech, jesteś bar­dzo pomocny.

Rozdział II

Widzi się tam bar­dzo wielu wyta­tu­owa­nych ludzi obojga płci. Te tatu­aże czę­sto są reli­gij­nymi zaklę­ciami albo sym­bo­lami. Mają zapew­niać ochronę przed cho­ro­bami i klą­twami, a także odwra­cać uwagę duchów. Im bar­dziej prze­sądna osoba, tym wię­cej będzie miała tatu­aży. Ponie­waż zabieg tatu­owa­nia jest bar­dzo bole­sny, ofiara z reguły żuje otę­pia­jące liście bądź wdy­cha ogłu­pia­jący dym przez wszyst­kie dni jego trwa­nia.

Matha Ban­ness W Jacu­ruku

Pierw­szy zna­czący atak na ich armię nastą­pił czwar­tej nocy mar­szu poprzez Gan­greki -?pogra­niczny obszar pełen wyszczer­bio­nych wapien­nych wzgórz oraz ukry­tych lejów. Golan zasnął za swym podróż­nym biur­kiem. Do póź­nej nocy czy­tał znie­chę­ca­jące raporty U-pre. Zapa­lone przez niego świece gasły jedna po dru­giej. Krzyki dobie­ga­jące z obrzeży obozu co chwila odry­wały jego uwagę od kart z taniego papieru. Wszyst­kie świece już zga­sły. Owi­nął się sza­tami i wyszedł z namiotu. Przy wej­ściu spo­tkał gońca, który przy­był zawia­do­mić go o zamie­sza­niu. Uci­szył go ski­nie­niem dłoni i ruszył przed sie­bie.

Strze­gący go yak­shaka podą­żyli za nimi dzier­żąc w rękach mie­cze. Gola­nowi prze­mknęła przez głowę przy­gnę­bia­jąca myśl, że w tej sytu­acji ich broń raczej się nie przyda. Nie­mniej trudno było mieć do nich pre­ten­sję. Patro­lo­wa­nie gra­nic obozu nie nale­żało do ich obo­wiąz­ków. Więk­szość żoł­nie­rzy i robot­ni­ków nie spała. Wszyst­kie szepty mil­kły, gdy Golan i jego eskorta prze­cho­dzili obok. Czuł pre­sję spoj­rzeń kie­ru­ją­cych się na niego z mroku. Wszyst­kie lśniły w bla­sku tań­czą­cych pło­mieni pochodni. Wyczu­wał nara­sta­jącą panikę zro­dzoną z ciem­no­ści i miej­sca, do któ­rego zmie­rzali. Była jak śpiące zwie­rzę, któ­rego cię­żar przy­gnia­tał wszyst­kich.

Połu­dniowa część obozu stała się stra­to­wa­nym polem bitwy peł­nym podar­tych namio­tów, prze­wró­co­nych wozów oraz tru­pów ludzi i zwie­rząt. To była ślepa, gwał­towna rzeź. Ohyd­nie pora­nione ciała leżały tam, gdzie padły. Golan zazgrzy­tał zębami. Gdzie był U-pre? Spo­dzie­wał się po nim cze­goś wię­cej. Trawę i podartą tka­ninę namio­tów pokry­wały kro­pelki krwi i innych pły­nów ustro­jo­wych. Tu i ówdzie walały się koń­czyny cał­ko­wi­cie ode­rwane od tułowi. Przyj­rzał się tru­powi robot­nika. Ze strasz­li­wej rany brzu­cha wypły­nęły wnętrz­no­ści. Fio­le­towo-różowe jelita leżały na ziemi niczym roz­wi­nięty sznur. Ktoś zosta­wił na nich ślady san­da­łów. Według rapor­tów z lasu wypadł potwór o strasz­li­wych kłach, roz­dzie­ra­jący ludzi na strzępy. Z pew­no­ścią musiał to być pierw­szy ruch Ardaty.

Z wes­tchnie­niem scho­wał dło­nie w sze­ro­kich ręka­wach jedwab­nej szaty. Noc była chłodna. Na szczę­ście zor­ga­ni­zo­wano już kor­don uzbro­jo­nych we włócz­nie żoł­nie­rzy, powstrzy­mu­jący cie­kaw­skich.

Nie­mniej na bla­dych twa­rzach wytrzesz­cza­ją­cych oczy oca­la­łych malo­wało się bli­skie paniki prze­ra­że­nie.

Musimy ich izo­lo­wać od pozo­sta­łych. Tego rodzaju strach jest zaraź­liwy. Groza nara­sta z każ­dym powtó­rze­niem opo­wie­ści.

Po usia­nym wypru­tymi wnętrz­no­ściami bło­cie kro­czyła rów­nie prze­ra­ża­jąca postać. Dowódca Isturé, Oprawca. Opa­da­jący mu do kostek płaszcz lśnił niczym kol­czuga, ale Golan wie­dział, że w rze­czy­wi­sto­ści składa się z połą­czo­nych ze sobą łusek. Gdy prze­cho­dził nad cia­łami zabi­tych, jego płaszcz zaha­czał o wpa­trzone w pustkę twa­rze i roz­prute tuło­wia. Był czarny, pomi­ja­jąc miej­sca, w któ­rych świeżo prze­lana krew nadała mu szkar­łatną barwę.

-?Co robili twoi ludzie pod­czas ataku? -?zapy­tał Golan.

-?Byli­śmy gdzie indziej -?odpo­wie­dział tam­ten obo­jęt­nym tonem. Splótł dło­nie za ple­cami i obser­wo­wał usiane tru­pami pole.

Golan usi­ło­wał stłu­mić nie­po­kój, jaki budziło w nim tak obo­jętne podej­ście do strasz­li­wej jatki.

-?No cóż... skoro tu jesteś, nade­szła chwila, byście oka­zali się uży­teczni.

Wysoki cudzo­zie­miec spoj­rzał na niego z góry, uno­sząc jasną brew.

-?Tak?

-?Tak. Wytrop­cie tego sługę Ardaty i zabij­cie go.

Oprawca skrzy­żo­wał ręce na piersi z chrzę­stem łusek.

-?To raczej nie był sługa Ardaty.

Golan mach­nął ręką, zapo­mi­na­jąc, że nie trzyma w niej różdżki ani mio­tełki do odga­nia­nia much.

-?To był potwór! Zaata­ko­wał nas! Wkro­czy­li­śmy na jej tery­to­rium! Jakich jesz­cze dowo­dów potrze­bu­jesz?

-?Suge­ruję, że po pro­stu wtar­gnę­li­śmy na jego tereny łowiec­kie.

Golan przyj­rzał mu się z uwagą.

-?Nie­ważne. Przy­ją­łeś pewne zobo­wią­za­nia wobec Kręgu Mistrzów.

Olbrzymi cudzo­zie­miec mach­nął ręką w pan­cer­nej, fol­go­wej ręka­wicy.

-?Tak, tak. Jestem waszym part­ne­rem pod­czas tej kam­pa­nii.

-?Zna­ko­mi­cie. Oto twoje pierw­sze zada­nie.

Cudzo­zie­miec odwró­cił się.

-?Wiel­kiego pożytku z tego nie będzie -?mruk­nął pod nosem.

Golan śle­dził go wzro­kiem, gdy zmie­rzał ku mrocz­nemu skra­jowi lasu.

Nie będzie pożytku? Może i masz rację. Ardata z pew­no­ścią ma mnó­stwo sług. Ale musisz prze­strze­gać umowy, cudzo­ziem­cze. Zdo­by­cie tronu Ardaty z pew­no­ścią nie będzie łatwe. A jeśli ty i ona znisz­czy­cie się nawza­jem... no cóż...

Golan wzru­szył ramio­nami i mach­nął ręką, pró­bu­jąc odgo­nić muchy zwa­bione cie­płymi, roz­la­nymi pły­nami.

* * *

W lesie na Oprawcę cze­kała Mara. Towa­rzy­szyli jej Shi­jel i Czarny Mniej­szy, młod­szy brat Czar­nego Więk­szego, który został z K'azzem.

-?I co? -?zapy­tała, gdy poja­wił się jej dowódca.

Oprawca wzru­szył z nie­sma­kiem ramio­nami.

-?Nasz szla­chet­nie uro­dzony sojusz­nik żąda, żeby­śmy zabili to stwo­rze­nie.

-?To absurd! Za kilka dni opu­ścimy jego tery­to­rium.

-?A jed­nak...

Kop­nęła ze zło­ścią zie­mię.

-?To cho­ler­nie bez­u­ży­teczne...

-?Kto pój­dzie? -?zapy­tał Czarny.

Oprawca przyj­rzał się wszyst­kim uważ­nie.

-?My powin­ni­śmy to zro­bić. Mara, powiedz Hia­cynt, że prze­ka­zuję jej dowódz­two na czas naszej nie­obec­no­ści.

-?Świet­nie.

-?Trop? -?zapy­tał Shi­jela Oprawca.

-?Nawet ślepy ama­tor potra­fiłby go zna­leźć.

-?W porządku. Ruszamy za nim. Chciał­bym wró­cić o świ­cie.

Shi­jel pod­jął się roli tro­pi­ciela. Miał na sobie lekki skó­rzany strój i rów­nież skó­rzane ręka­wice na dło­niach, które ni­gdy nie były daleko od ople­cio­nych srebr­nym dru­tem ręko­je­ści jego bliź­nia­czych mie­czy. Trop był wyraź­nie widoczny, nawet dla Mary. Znowu roz­pa­dał się nocny deszcz, cie­pły i inten­sywny. Szaty prze­szka­dzały kobie­cie. Co chwila prze­kli­nała, poty­ka­jąc się o korze­nie i śli­zga­jąc po lep­kim bło­cie. Moż­li­wość powrotu o świ­cie odda­lała się od nich z każdą chwilą. Na wschod­nim nie­bie poja­wiło się już pierw­sze dotknię­cie różu, gdy zatrzy­mali się przed poro­śniętą drze­wami dziurą w wyso­kim urwi­sku. Mara znowu zaklęła.

-?To może się cią­gnąć bez końca -?mruk­nęła.

Ich dowódca pocią­gnął za jedną ze zwi­sa­ją­cych lian, jakby chciał spraw­dzić jej wytrzy­ma­łość.

-?Tak -?zgo­dził się. -?Bra­kuje mi Czepca.

Mara wzdry­gnęła się, sły­sząc imię nie­ży­ją­cego prze­ło­żo­nego.

-?Niby dla­czego? -?zapy­tała.

Oprawca zwró­cił się w jej stronę, marsz­cząc ze zdzi­wie­niem brwi, po czym ski­nął głową.

-?Ach. Nie zamie­rza­łem cię ura­zić. -?Wło­żył hełm. -?Chcia­łem tylko powie­dzieć, że mógł­bym go tam wysłać i nie musiał­bym robić tego oso­bi­ście.

Ski­nął dło­nią, każąc im ruszać.

Mara podą­żyła za nim, ostroż­nie prze­cho­dząc nad butwie­ją­cymi kło­dami oraz leżą­cymi na ziemi gła­zami.

Coś w tym jest, pomy­ślała. Cze­piec naprawdę poszedłby tam sam. Oprawcy z pew­no­ścią bra­ko­wało part­nera w knu­ciu spi­sków. Two­rzyli bar­dzo groźną parę. Zawsze to oni przy­go­to­wy­wali wszyst­kie stra­te­giczne plany. A teraz Czepca zabra­kło i Oprawca został sam. Miała wra­że­nie, że to czy­niło go jesz­cze mniej ludz­kim niż przed­tem.

Wie­działa, że ta jaski­nia jest tylko jedną z nie­zli­czo­nych szcze­lin i kory­ta­rzy w pogra­nicz­nych górach. W ciągu tysiąc­leci desz­cze wydrą­żyły wapień, two­rząc w nim labi­rynt roz­pa­dlin i pod­ziem­nych tuneli. Nawet jeśli ktoś znaj­do­wał się setki stóp pod powierzch­nią, mógł nagle wyjść w gorący blask słońca. Nie­któ­rzy twier­dzili, że to wła­śnie jest praw­dziwe obli­cze kró­le­stwa Ardaty. Jakby była wład­czy­nią świata pod­ziem­nego. Mara wie­działa jed­nak, że to nie­prawda. Domeną Kró­lo­wej Nocy była otwarta prze­strzeń. Nie­mniej dłu­gie tysiąc­lecia jej obec­no­ści prze­kształ­ciły całą dżun­glę, upo­dab­nia­jąc ją do tego pogra­ni­cza, w któ­rym nie­ostrożny wędro­wiec mógł się nagle zorien­to­wać, że w poło­wie pogrą­żył się w przy­po­mi­na­ją­cym grotę kró­le­stwie, legen­dar­nym zacza­ro­wa­nym lesie Hima­tanu.

Prze­dzie­rali się przez zwi­sa­jące liście i pną­cza. W pew­nej chwili zatrzy­mali się, by oczy miały czas przy­wyk­nąć do pół­mroku. Nagle ich noz­drza zaata­ko­wał przy­tła­cza­jący smród gru­bych warstw moczu i guana pozo­sta­wio­nych przez tysiące nie­to­pe­rzy.

-?Wyczu­wasz je? -?zapy­tał Marę Oprawca. -?Tak. W dół i na prawo. - Zna­ko­mi­cie.

Shi­jel podą­żał przo­dem. Mara przy­wo­łała swą grotę, żeby lepiej widzieć. Gdy uzbro­jony w dwa mie­cze męż­czy­zna szedł przez główną część jaskini, wyczuła w pod­łożu jakieś poru­sze­nie. Dla jej wzmoc­nio­nego wzroku moc nie­mal kipiała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki