1
Skok w bok
W ciągu dwóch dekad, podczas których przemierzał krainy Zachodu, Christopher Carson żył pełnią życia. Kiedy miał ledwie trzydzieści sześć lat, wydawało się, że zrobił już wszystko to, co było do zrobienia na zachodnich pustkowiach - był wszędzie i poznał wszystkich. Jako traper łowiący zwierzęta futerkowe, przewodnik i eksplorator przebył tysiące kilometrów w Górach Skalistych, a także w leżącej za nimi Wielkiej Kotlinie i dalej w górach Sierra Nevada, Wind River, Teton i na górskim wybrzeżu Oregonu. Jako myśliwy przemierzył wzdłuż i wszerz Wielkie Równiny, podążając za wielkimi stadami bizonów. Dotarł do brzegów Oceanu Spokojnego, zawędrował w głąb Meksyku, a także eksplorował daleki Północny Zachód, który był wtedy we władaniu Brytyjczyków. Przeszedł kilka pustyń - Sonorę, Chihuahua oraz Mojave. Zajrzał do Wielkiego Kanionu, stanął na wymarłych brzegach Wielkiego Jeziora Słonego. Nigdy nie widział ani rzeki Hudson, ani Potomaku, ale odnalazł wszystkie ważne rzeki Zachodu - Kolorado, Platte, Sacramento, San Joaquin, Kolumbię, Green River, Arkansas, Gilę, Missouri, Powder, Bighorn, Snake, Salmon, Yellowstone i Rio Grande.
Wydaje się, jakby Carson był obecny u zarania dziejów. Był świadkiem narodzin amerykańskiego Dzikiego Zachodu, jego brutalności i żywotności. W swoich ciągłych podróżach poznał wszystkie najważniejsze plemiona indiańskie i wszystkich znaczących ludzi - a przynajmniej się o nich otarł. Zachód uformował go w stopniu danym tylko nielicznym białym.
Na pierwszy rzut oka Kit Carson nie robił wielkiego wrażenia, ale to były tylko pozory stanowiące część jego uroku. Nikczemna postura i dość prostacki sposób bycia zdawały się nie przystawać do ogromu przestrzeni, jaką przemierzył. Liczył sobie niewiele ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, a proste brązowe włosy opadały mu na ramiona. Jego kwadratowe szczęki były zwykle mocno zaciśnięte, a szaroniebieskie oczy świdrowały rozmówców. Kąciki ust lekko mu opadały, co sprawiało, że ciągle wyglądał na lekko zniesmaczonego otaczającym go światem. Skóra między jego brwiami przypominała przeoraną ziemię, jakby zastygła w bruzdę od ciągłego mrużenia oczu. Czoło miał wysokie i zmarszczone, a włosy zaczesane gładko do tyłu. Przy lewym uchu miał bliznę, drugą na prawym barku - obie pozostawione przez kule. Wydaje się też, że długoletnie siedzenie w siodle pokrzywiło mu nogi. Chodził jak kaczka, niezgrabnie, tak jakby nie czuł się dość pewnie, stąpając po ziemi. Lekko i pewnie czuł się za to w siodle.
Carson miał też dziwne przyzwyczajenia i przesądy5. Nigdy nie strzelał drugi raz do zwierzęcia, które starał się upolować, jeśli za pierwszym razem chybił - to by przyniosło, jak sądził, pecha. Nigdy nie zaczynał też niczego w piątek. Ubierał się schludnie i skrupulatnie oprawiał wszystkie zabite przez siebie zwierzęta. Wierzył w omeny. Kiedy miał złe przeczucia co do czegoś albo kogoś, poddawał się swoim instynktom. Trudne życie na szlaku nauczyło go ciągłej ostrożności. Był wyczulony na zagrożenia. Pewien dziennikarz, który towarzyszył Carsonowi podczas konnej wyprawy, z ciekawością obserwował jego wieczorne rytuały.
"Siodło, którego zawsze używał jako poduszki, służyło mu też za osłonę głowy. Na nim zostawiał odbezpieczone pistolety. A swój ulubiony karabin trzymał pod kocem, ułożony wzdłuż ciała, gotowy do natychmiastowego użycia. Nigdy też nie siadał i nie kładł się w pełnym świetle padającym od ogniska"6.
Podczas podróży, jak zauważył dziennikarz, Carson "prawie się nie odzywał", a jego oczy "cały czas przeczesywały okolicę, jakby w poczuciu ciążącej na nim odpowiedzialności".
A kiedy już się odezwał, mówił z nosową intonacją rodem z głębokiego Missouri - używając słów takich jak thar i har, ain't i yonder, thataway i crick oraz I reckon so[2]. Wydawało się oczywiste, że ten skończony człowiek Zachodu pochodził z Missouri, stanu matki i miejsca narodzin pogranicza rozciągającego się za rzeką Missisipi.
Na Zachodzie Carson nauczył się mówić biegle po hiszpańsku i francusku, umiał też dogadać się w językach Nawahów, Jutów, Komanczów, Czejenów, Arapaho, Wron, Czarnych Stóp, Szoszonów, Pajutów, a także innych plemion. Znał też indiański język migowy. Potrafił więc porozumieć się właściwie z każdym plemieniem Zachodu. Mimo tej biegłości językowej, Kit Carson był analfabetą.
Był człowiekiem gór, należał więc do bractwa znanego z zamiłowania do zabawy i braku strachu przed Bogiem. Carson odstawał jednak od tego towarzystwa, był "czysty niczym biały kieł", jak ujął to jeden z jego koleżków. Lubił pograć w pokera i często ćmił fajeczkę, ale pił oszczędnie i nie uganiał się za panienkami. Ożenił się z latynoską dziewczyną z Taos, Josefą Jaramillo. Delikatna, o oliwkowej skórze i młodsza od Kita o osiemnaście lat Josefa "była piękna wyniosłą, łamiącą serca urodą", jak opisał ją pewien zadurzony w niej dziennikarz z Ohio7. "Mrugnięcie jej oka wystarczało, by mężczyzna zaryzykował życie, otrzymując w nagrodę tylko jej uśmiech". Kiedy wychodziła za Carsona, była odrobinę wyższą od niego piętnastolatką. Miała też ciemną skórę i błyszczące oczy, a jeden z jej krewnych określił ją jako "dobrze zbudowaną i w każdym calu pełną gracji". Cristóbal, jak mówiła o mężu Josefa, był jej bez reszty oddany i żeby zadowolić jej rodzinę, przeszedł na katolicyzm.
Szczególnie jako mężczyzna żonaty Carson nie był skłonny do przechwałek typowych dla człowieka gór. "W zachowaniu Kita nie było nic z maniery połykacza ognia - napisał jeden z jego apologetów. - Wręcz przeciwnie: zachowywał się całkowicie bezpretensjonalnie".
- A więc to pan jest tym słynnym Kitem Carsonem, który pogonił kota tylu Indianom - powiedział kiedyś Carsonowi pewien oficer8.
- Tak, ale zazwyczaj to oni poganiali kota mnie - odpowiedział Kit.
Miał specyficzne i niedoceniane poczucie humoru. Kiedy żartował, zwykle ironicznie się uśmiechał, a oczy łobuzersko mu błyskały. Kiedy coś go ubawiło, wybuchał "krótkim, ostrym i szczekliwym śmiechem"9. Mówił cicho, używając krótkich, przemyślanych zdań, w sposób - według jednego z przekazów - "mocny, powolny oraz konkretny, z wykorzystaniem minimalnej liczby słów".
- Klął tylko wtedy, kiedy to było konieczne - opowiadał o Carsonie jeden z jego przyjaciół.
O tak, Christopher Carson był uroczym człowiekiem. Prawie każdy to przyznawał. Był lojalny, uczciwy i miły. Wielokrotnie zachowywał się odważnie i elegancko. Wielokrotnie ratował innym życie, nie żądając za to ani uznania, ani zapłaty. Był ujmującym dobrym samarytaninem - bohaterem, można by rzec.
Był także urodzonym mordercą. Trudno pogodzić jego urocze usposobienie z dziką przemocą, której nadużywał. Carson był brutalny nawet jak na owe czasy i świat, w którym żył (ówczesny Zachód był tak dziki, że nie obowiązywało na nim pojęcie bezprawia - żadnego prawa tam bowiem nie było). Jego gwałtowny temperament ujawniał się bez ostrzeżenia. Jeśli ktoś Carsonowi podpadł, ten robił wszystko, żeby go dopaść. Oddawał się wendecie z taką pasją, jakby była ona dla niego najwyższą świętością. Był skoncentrowany na pościgu niczym pies gończy, niczym członek dzikiego plemienia - a jego szczepem było słynące z radosnego chowania urazy plemię szkocko-irlandzkie.
Kiedy czasem proszono go, żeby opisał swoje przygody - co czynił nader niechętnie - opowiadał o nich zimnym, pozbawionym emocji głosem, zachowując język zawodowego zabójcy. Swoje potyczki lubił nazywać "ładnymi".
- To była najładniejsza walka, jaką kiedykolwiek widziałem - mówił10.
Pościg za wrogami nazywał "sportem"11. Po tym, jak wziął udział w prewencyjnym napadzie - który wielu nazwało masakrą - na indiańską wioskę położoną nad rzeką Sacramento w Kalifornii, opowiadał, że była to "perfekcyjna rzeź"12.
Makabryczna ekwilibrystyka słowna tamtych czasów sprawiała, że nikt nie nazywał go "zabójcą Indian". O Carsonie mówiono, że "walczył z Indianami". Choć może nie było to wtedy zajęcie szlachetne, to z pewnością cieszyło się szacunkiem. Trzeba jednak podkreślić, że Kitowi obca była nienawiść do Indian, w każdym razie na pewno nie odczuwał do nich jakiejś abstrakcyjnej rasowej niechęci. Nie był Custerem, Sheridanem ani Andrew Jacksonem[3]. To prawda, zabijał Indian, ale także przyjaźnił się z nimi, kochał ich, wyprawiał im pogrzeby, a nawet się z nimi żenił. Więcej życia przeżył po indiańsku niż na sposób białego człowieka. Większość jego indiańskich ofiar padła w walkach, które Carson uważał za uczciwe, a przynajmniej w takich, w których równie dobrze mógł zginąć on sam. To prawdziwy cud, że wyszedł z nich wszystkich żywy. Sam nie potrafił zliczyć sytuacji, kiedy śmierć prawie go dopadła.
Carson rzadko bywał bezpośrednio cytowany, więc trudno dziś powiedzieć, co naprawdę sądził o Indianach, o przemocy, której się oddawali on i jemu podobni, czy o czymkolwiek innym. Jego autobiografia, którą podyktował w połowie lat pięćdziesiątych XIX stulecia (i którą pewien "głuchy" pisarz, nazywany delikatnie "dupkiem", zamienił w biografię), to zbiór suchych faktów, który nie jest zbyt pomocny w zrozumieniu, kim naprawdę był Kit Carson. Podobno potrafił opowiadać świetne historie przy ognisku, ale jego książka starannie unika pogłębionych opinii. Jego niechęć do perorowania jest z jednej strony odświeżająca - w końcu żył w złotych czasach wygadanych chwalipiętów - ale z drugiej strony jego powściągliwość na temat tych kilku wielkich wydarzeń w jego życiu jest niezwykła. Był i ciągle jest czymś w rodzaju sfinksa amerykańskiego Zachodu - widział wiele, wiedział swoje, ale trzymał język za zębami.
Christopher Houston Carson urodził się w drewnianej chacie w hrabstwie Madison w stanie Kentucky w wigilię Bożego Narodzenia 1809 roku - tego samego, w którym (również w Kentucky) urodził się Abraham Lincoln. Rok później rodzina Carsonów spakowała manatki i ruszyła na zachód, na pogranicze w Missouri. Mały Chris, na którego rodzice mówili Kit, siedział w siodle w ramionach matki. Carsonowie wybrali sobie kawałek ziemi w pobliżu rzeki Missouri, który wykroili z połaci nabytej przez synów Daniela Boone'a[4] od Hiszpanów jeszcze przed słynnym zakupem Luizjany[5]. Cały ten region nosił piętno ich nazwiska - mówiono nań Boone's Lick[6], bo w okolicy znajdowały się pokłady soli, które przyciągały zwierzęta i które rodzina Boone'ów z sukcesem eksploatowała. Boone'owie i Carsonowie szybko się zaprzyjaźnili - pracowali razem, spędzali razem wolny czas, a także zawierali ze sobą małżeństwa.
Niebieskooki Kit był cichym i upartym dzieckiem, na którym można było polegać. Mimo delikatnej budowy ciała - prawdopodobnie dlatego że urodził się dwa miesiące przed czasem - był twardy, silny i miał duże zręczne dłonie. Jego pierwszą zabawką była drewniana strzelba wystrugana przez jednego z braci. Ojciec Kita Lindsey Carson, doceniając jego intelekt, marzył, że chłopak zostanie w przyszłości prawnikiem.
Sam Lindsey był farmerem pochodzącym z prezbiteriańskiej rodziny o szkocko-irlandzkich korzeniach. Większość młodości spędził w Karolinie Północnej. Podczas wojny o niepodległość walczył pod generałem Wade'em Hamptonem. Miał bardzo liczne potomstwo - pięcioro dzieci z pierwszą żoną i dziesięcioro z drugą, matką Kita Rebeccą Robinson. Z tej piętnastki Kit był dzieckiem jedenastym.
Booneslick, choć słabo zagospodarowane, było już jednak zasiedlone. Wśród zamieszkających je plemion indiańskich byli między innymi Winebagowie, Potawatomi i Kikapowie. Indianie ci żyli w dolinie rzeki Missouri od pokoleń i często odnosili się wrogo oraz agresywnie wobec bladych twarzy. Dlatego dla własnego bezpieczeństwa osadnicy mieszkali razem, stłoczeni w drewnianych chatach pobudowanych w pobliżu fortów, a mężczyznom wychodzącym w pole towarzyszyli uzbrojeni wartownicy patrolujący granicę lasu. Każdy zdrowy mężczyzna w Booneslick należał do lokalnej milicji. Większość domków została wyposażona w otwory strzelnicze - osadnicy mogli zabarykadować się w środku i bronić się przed atakiem Indian. Kit i jego rodzeństwo dorastali w ciągłym poczuciu zagrożenia porwaniem.
- Kiedy szliśmy do szkoły albo gdziekolwiek indziej daleko od domu - wspominała siostra Kita, Mary Carson Rubey13 - zabieraliśmy ze sobą skrawki czerwonego materiału. W razie porwania przez Indian mieliśmy rzucać je za siebie, żeby pościg mógł nas wytropić.
Według Mary jej brat Kit, nawet jeszcze jako mały chłopiec, był godnym zaufania nocnym wartownikiem.
- Myśmy spokojnie spali, bo na każdy hałas poza domem Kit natychmiast podnosił głowę i czujnie nastawiał ucha. Zawsze czułam się stuprocentowo bezpiecznie, kiedy on stał na warcie.
Pewnego razu, kiedy Kit miał cztery lata, Lindsey Carson wraz z kilkoma innymi mężczyznami wybrał się obmierzać działkę i został napadnięty przez Indian z plemion Sauków i Lisów. Ojciec Kita omal nie zginął. Odłupana wystrzałem kolba strzelby urwała mu dwa palce lewej dłoni. Jeden z mężczyzn, William McLane, poległ w walce. Według obrazowego opisu tego starcia Indianie wycięli z jego ciała serce i je zjedli.
Choć tego typu incydentów było sporo, to jednak wiele plemion mieszkających w okolicy - zapewne z powodów pragmatycznych - żyło w przyjaźni z białymi osadnikami. Mały Kit Carson bawił się z indiańskimi dziećmi. Saukowie i Lisy często odwiedzali osady w Booneslick, żeby pohandlować. Już jako dziecko Carson pojął jedną z najważniejszych nauk życia na pograniczu - nie było po prostu "Indian", ale plemiona, które różniły się od siebie zasadniczo, a czasem były wrogo do siebie nastawione. Dlatego z każdą grupą Indian należało postępować inaczej.
Zanim osadnicy - jak Boone'owie czy Carsonowie - dotarli w okolice rzeki Missouri, porastała je, tak jak zresztą sporą część Ameryki Północnej, gęsta puszcza. Żeby wykarczować ziemię pod uprawy, pionierzy czasem zakładali drzewom "opaski" - usuwali korę naokoło pnia, a drzewo samo umierało. Ale najszybszym sposobem wykarczowania lasu było podpalenie go. Pewnego pięknego dnia 1818 roku Lindsey Carson wypalał las niedaleko swojego domu. Nagle z jednego z płonących drzew ułamał się gruby konar. Gałąź spadła i zabiła ojca Kita na miejscu.
Kit miał wtedy ledwie osiem lat. W jednej chwili jego życie dramatycznie się zmieniło. Choć część dzieci Lindseya Carsona już dorosła i wyprowadziła się z domu, samotnej Rebekce Carson została jeszcze cała dziesiątka do wykarmienia i wychowania. Carsonowie zaczęli żyć w upiornej nędzy. Kit przestał chodzić do szkoły, musiał poświęcić się pracy w polu, obowiązkom domowym i polowaniom, żeby zapewnić rodzinie mięso. Sam później opisał swoją ówczesną sytuację tak: "Złapałem za strzelbę i wyrzuciłem elementarz - tak to było"14.
Przez jakiś czas Kit pracował u sąsiadów. Ale w 1822 roku jego matka ponownie wyszła za mąż. Oporny chłopak, jakim był Kit, szybko zbuntował się przeciwko ojczymowi. Kiedy miał czternaście lat, matka i ojczym oddali go na naukę zawodu u Davida Workmana, znanego w okolicy rymarza, który mieszkał w małej osadzie Franklin w Missouri. Chłopak nienawidził żmudnej pracy w zamkniętym pomieszczeniu. Przez prawie dwa lata siadał codziennie na zydelku, reperował uprzęże i za pomocą narzędzi rymarskich formował kawałki skóry. Franklin ulokowano na wschodnim krańcu nowo otwartego Szlaku Santa Fe, więc zakład Workmana często odwiedzali traperzy i handlarze, wypełniając go podniecającymi opowieściami z dalekiego Dzikiego Zachodu. Umorusani podróżnicy w cuchnących piżmem skórzanych ubraniach i futrach musieli mocno imponować Kitowi. Możemy sobie wyobrazić, jak zaczęły się kręcić tryby jego wyobraźni. Siedział nieszczęśliwy w tym swoim "więzieniu", otoczony przez nożyce, szydła i przebijaki, trawiony przez niezwykłe opowieści zasłyszane od dzikich ludzi Zachodu, i w końcu zaczął marzyć o Santa Fe. Te dwa słowa nie oznaczały dla niego konkretnego miejsca, ale nowe życie, otwarte przestrzenie i możliwość zobaczenia świata.
Szlak Santa Fe został otwarty ledwie dwa lata wcześniej. Młodym mieszkańcom Missouri, jeśli tylko mieli błysk ambicji i ochotę na włóczęgę, rozkwitający na prerii handel jawił się jako zajęcie pełne przygód. Na Zachodzie rodziły się nowe fortuny. Przez pokolenia Hiszpania nie godziła się na handel pomiędzy USA a Santa Fe, a amerykańscy podróżnicy schwytani w Nowym Meksyku byli rutynowo zatrzymywani i traktowani jak niebezpieczni szpiedzy. Ale kiedy w 1821 roku Meksyk wywalczył sobie niepodległość, amerykańskie towary i cła, którymi można je było obłożyć, stały się tam pożądane. Blokada została zniesiona, a mieszkańcy USA nagle stali się pożądanymi gośćmi. Długi szlak pomiędzy Santa Fe a zachodnimi siedliskami Amerykanów zaroił się od podróżnych. Szybko ukuto nowe określenie dla tych, którzy wyruszali w daleką drogę do Santa Fe - określenie niosące w sobie zapach nieznanego. O podróżnikach, którzy opuszczali znany świat Missouri, mówiło się, że "skoczyli w bok".
Oczarowany historiami, które słyszał w zakładzie rymarskim, i "ciekaw nowych krain"15, Kit postanowił zerwać kontrakt czeladniczy. Choć uważał swojego pracodawcę za "dobrego człowieka", od samej pracy się dusił.
- Ta robota mi nie odpowiadała - opowiadał beznamiętnie. - Więc postanowiłem ją rzucić16.
Carson rozumiał, że gdyby został u Workmana, "musiałby spędzić życie na pracy, którą gardził".
W sierpniu 1826 roku, w wieku szesnastu lat, Carson potajemnie zaciągnął się do pomocy przy wielkiej wyprawie handlowej, która ruszała do Santa Fe.
- To co ty właściwie potrafisz robić? - zapytał przywódca karawany, kiedy Kit ubiegał się o pracę17.
- Nic - odpowiedział Carson. - Ale potrafię dobrze strzelać.
Kit został więc chłopcem stajennym. Była to najniższa możliwa funkcja w karawanowej hierarchii. Jako chłopiec stajenny miał dbać o caballada, czyli stado zapasowych koni, mułów oraz wołów, które zawsze zabierano ze sobą w daleką podróż, żeby zastąpiły te, które osłabły albo padły. To była zwykła kowbojska robota - zaganianie, karmienie i dyscyplinowanie zwierząt - ale Kit ją uwielbiał. Cieszył się, że każdego dnia mógł siedzieć w siodle, zamiast je naprawiać.
A więc Kit wykonał "skok w bok". Kiedy jechał już na Zachód, jego porzucony pryncypał z Franklin zamieścił ogłoszenie w "Missouri Intelligencer" - miejscowej gazecie. Mistrz rymarski David Workman oznajmiał światu, że jego czeladnik uciekł. To wtedy, po raz pierwszy w historii, nazwisko Kita Carsona ukazało się w druku.
Ogłasza się wszem i wobec, że CHRISTOPHER CARSON - chłopiec w wieku około szesnastu lat, niski jak na swój wiek, ale solidnej budowy, o jasnych włosach - uciekł od swojego mistrza, z którym od pierwszego albo około pierwszego września zeszłego roku wiązał go kontrakt zobowiązujący do nauki rzemiosła rymarskiego. Prawdopodobnie udał się do północnych rejonów stanu. Informuje się wszystkich, że chłopcu temu nie wolno - pod groźbą przewidzianej prawem kary - udzielać gościny, pomocy ani jakiejkolwiek asysty. Ktokolwiek przyprowadzi chłopaka z powrotem, otrzyma nagrodę w wysokości jednego centa18.
Prawo zobowiązywało Workmana do zgłoszenia nieobecności wychowanka. Niemniej między słowami jego anonsu można wyczytać, że nie był zbyt gorliwy w poszukiwaniach Kita. Być może nawet pomógł mu w ucieczce. Powyższe ogłoszenie ukazało się w druku aż miesiąc po tym, jak Carson zniknął. Czekając tak długo i podając fałszywą wskazówkę dotyczącą rzekomego kierunku ucieczki, no i oferując tak marną nagrodę, Workman najwyraźniej pochwalał decyzję Kita o wyjeździe na Zachód. Być może życzył mu nawet "szerokiej drogi".
W autobiografii Carson wspomina tylko jedno zdarzenie ze swojej pierwszej wyprawy przez prerię. Pewnego dnia, kiedy karawana podróżowała wzdłuż wielkiego zakrętu rzeki Arkansas w dzisiejszym stanie Kansas, jeden z jej członków, niejaki Andrew Broadus, miał wypadek. Ponieważ konwój zaprzęgów wjechał już na obszar zamieszkiwany przez bizony, podróżnicy musieli zwracać uwagę na watahy wilków polujące na migrujące stada. Kiedy Broadus zobaczył wilka, chcąc chronić zwierzęta w karawanie, sięgnął po strzelbę. Ta jednak wystrzeliła za wcześnie i kula zraniła go w prawe ramię.
W ciągu kilku dni w ranę wdało się zakażenie, a potem gangrena. W karawanie nie było żadnego lekarza, ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że tylko amputacja może ocalić życie Broadusowi. On sam cierpiał bardzo, krzyczał żałośnie z każdym podskokiem swojego powozu. Ale ciągle uparcie nie zgadzał się na nieuchronny zabieg. Mijały cenne dni, a zakażenie nieodwołalnie zdobywało nowe terytoria jego ręki.
W końcu członkowie wyprawy mieli dość krzyków Broadusa. Przytrzymali go, a jeden z nich przeciął chorą skórę brzytwą. Inny zabrał się za piłowanie kości ramienia, a jeszcze inny przypalał otwarte naczynia krwionośne za pomocą rygla wyjętego z powozu i rozgrzanego do czerwoności w ognisku. Broadus wił się z bólu, a Kit przyglądał się całej scenie jak zaczarowany, z szeroko otwartymi oczami. Próbował też pomóc, jak mógł. Według jednego z mało wiarygodnych opisów zgłosił się nawet na ochotnika do wykonania pierwszego cięcia. Jedno jest pewne. Męka, którą oglądał, uzmysłowiła szesnastoletniemu chłopakowi, że ludzie na prerii potrafią wymyślić całą serię drastycznych, acz pomysłowych środków zaradczych, jeśli sytuacja ich do tego zmusi.
Zabieg dobiegł końca i Broadus przestał krzyczeć. Mężczyźni zakleili mu ranę prowizorycznym opatrunkiem zrobionym ze smaru, który ściągnęli z osi jednego z powozów. Biorąc pod uwagę okropne warunki higieniczne podczas podróży, większość jej uczestników nie dawała operowanemu wielkich szans. A jednak jego rana szybko się zagoiła. Jak wspominał Carson, kiedy karawana wjechała do Nowego Meksyku, Andrew Broadus był "w wyśmienitej formie"19.
Kit Carson był zafascynowany życiem na szlaku. Z kolei samo miasto Santa Fe nie przypadło mu do gustu. Karawana wtoczyła się z jękiem do dawnej stolicy [hiszpańskiej kolonii] i wywołała zamieszanie wśród jej znudzonych mieszkańców. Ale Kit nie zagrzał tam miejsca. W autobiografii wyjątkowo rzadko wspomina to miasto. Tak szybko, jak mógł, wyruszył do Taos, górskiej osady zbudowanej z białej suszonej cegły, jakieś sto dziesięć kilometrów na północ od Santa Fe. Tamtejszy niewyszukany sposób życia bardziej przypadł mu do gustu. Taos stało się jego domem na całe życie - nawet gdy w nim nie mieszkał, żywił do niego sentyment.
Rozłożona na krzaczastej równinie u stóp oszałamiającego pasma poszarpanych gór Sangre de Cristo wioska Don Fernando de Taos była zagraconą osadą hiszpańską liczącą sobie kilka tysięcy dusz, wybudowaną obok prastarego miasta Indian Pueblo. Ci ostatni od wieków żyli w błotnej cytadeli złożonej z domów o płaskich dachach, ustawionych jeden na drugim na wysokość sześciu pięter. Miasto wzięło swoją nazwę od grubych wierzb, które ciasno porastały brzegi strumienia płynącego przez pueblo - taos w języku Tiwa oznacza "ludzi (spod) czerwonych wierzb". Kilka kilometrów na zachód od osady rzeka Rio Grande wyżłobiła w ziemi głęboki wąwóz, w którym zimna woda pieniła się, płynąc dwieście metrów pod krawędzią kanionu.
Taos było w ówczesnym czasie stolicą handlu futrami na Południowym Zachodzie. Niezależni traperzy i ludzie gór związani z różnymi firmami - Kompanią Zatoki Hudsona, Amerykańską Kompanią Futrzarską czy Kompanią Futrzarską z Gór Skalistych - zjeżdżali do niego na zimę. Spędzali tam czas, reperując sidła i wydając zarobione latem pieniądze na szaleńcze imprezy - tańce, hazard, miłość i gorzałkę. Ich ulubioną trucizną był lokalny samogon o ładnej nazwie "Błyskawica z Taos". Ta pszeniczna wódka stała się pewnego rodzaju walutą używaną w handlu przez traperów, Meksykanów i Indian. Traperzy tworzyli wyróżniający się tłumek w tej oddalonej od świata, prowincjonalnej osadzie. Miejscowi nie cierpieli tych nieokrzesanych obcokrajowców, ale jednocześnie zazdrościli im ich dalekich wędrówek i łatwości, z jaką podrywali squaw. Traperski styl życia daleko odbiegał od surowych norm moralnych zalecanych przez lokalnych katolickich padres.
Niezwykłe bractwo ludzi gór przyciągało Kita jak magnes. Oczarowało go ich poczucie wolności, fachowość i powiew obcego powietrza, który ze sobą wnosili. Przyrzekł sobie, że zostanie jednym z nich - jeśli tylko go zaakceptują. Następną zimę spędził u trapera i eksploratora Matthew Kinkeada, który był starym znajomym jego ojca jeszcze z Missouri. To ów doświadczony człowiek pogranicza nauczył Carsona, jak przeżyć w górach. Zimowe i śnieżne miesiące spędzane przy ognisku w zadymionej przez płonące sosnowe szczapy chacie Kinkeada sprzyjały nauce hiszpańskiego i dialektów indiańskich. Kit dowiedział się też, jak samemu uszyć skórzane ubranie i jak ze skóry bizona wypełnionej łupinami po kukurydzy złożyć wygodne posłanie. Z kolei podczas pierwszego polowania na bizony nauczył się suszyć paski mięsa, a potem mielić je na pemikan. Poznał też ceniony przez Indian smak ciepłej jeszcze bizoniej wątroby - pociętej na plasterki od razu po wyjęciu ze świeżo zabitego zwierzęcia i skropionej żółcią wyciśniętą z woreczka żółciowego20.
W 1828 roku, tuż po wzięciu udziału w wyprawie konwoju powozów do El Paso i innych robotach na Szlaku Santa Fe, Kit zaciągnął się jako kucharz do pracy u trapera Ewinga Younga. Otworzył on właśnie sklep w Taos, w którym oferował wyposażenie wypraw traperskich. Osiemnastoletni Kit okazał się dobrym kucharzem. Choć z drugiej strony brudni wędrowcy, przyzwyczajeni do tak dziwacznych dań podróżnej kuchni jak mięso pumy, psa, muła, niedźwiedzia czy surowe jaja - byli dość niewybredni. Ich kulinarne motto brzmiało "mięso to mięso"21. Mówiło się zresztą, że traperska dieta opływała w smalec i słoninę, stąd po ludziach gór "deszcz spływał jak po wydrze i byli oni wytrzymali na zimno jak niedźwiedzie polarne"22.
Wiosną 1828 roku Kit mówił już tak dobrze po hiszpańsku, że najął się do pracy jako tłumacz w karawanie kupieckiej jadącej do Chihuahua. Trasa podróży biegła przez przeszło półtora tysiąca kilometrów Camino Real [Szlaku Królewskiego]. Starożytne miasto, słynące z ozdobnej katedry, pięknego kamiennego akweduktu i kolonialnej architektury, zostało wzniesione dzięki fortunom brutalnie wyrwanym z lokalnych kopalni srebra. Chihuahua była najbardziej ekscytującym miastem, jakie Carson kiedykolwiek odwiedził. We wszystkich swoich wędrówkach nie zapuścił się też dalej na południe.
Po tej podróży Kit zaczął pracować jako woźnica w kopalniach miedzi w pobliżu miejscowości Santa Rita w południowo-zachodniej części Nowego Meksyku. Wiosną 1829 roku Ewing Young zaproponował mu udział w dalekiej wyprawie około czterdziestu traperów z Taos na ziemie Apaczów - dotąd jeszcze przez białych nieodwiedzane - do zlewni rzeki Gila. Tak spełniło się marzenie Carsona - choć był jeszcze żółtodziobem, mógł wyruszyć w swoją pierwszą prawdziwą traperską podróż. Traperką będzie się zajmował przez następnych kilkanaście lat.
Niezwykle trudno było w ten sposób zarobić na życie, ale Carsona to nie zniechęcało. Rejestr traperów, który na zlecenie Kongresu USA powstał w 1831 roku, tak opisywał ludzi gór:
Ich życie jest pełne ryzyka i niedostatku [...] prowadzących do przedwczesnego wyczerpania organizmu i niepełnosprawności. Niewielu z zaangażowanych w tę profesję dożywa wieku dojrzałego. Wykonują wyniszczającą pracę, żyją ubogo, a Indianie słyną z nagłych i gwałtownych wybuchów gniewu, podczas których nie oszczędzają ani przyjaciół, ani wrogów23.
Choć Carson nie mógł o tym wiedzieć, na Wschodzie o traperach snuto pasjonujące historie. Stali się oni archetypem romantycznego dzikiego życia na wolności, o którym opowiadali tak znani pisarze jak Washington Irving i James Fenimore Cooper. Handel futrami wyniósł ku sławie wielu z traperów - choćby Jima Bridgera i Jedediaha Smitha. Niemniej dzięki dziwnym zbiegom okoliczności sława Kita Carsona miała przyćmić ich wszystkich.
Pierwsza wyprawa w góry, na której Carson zarobił, była szczególnie ambitna i ryzykowna. Oprócz zwykłych niebezpieczeństw - niedźwiedzi grizli, Indian, wyziębienia organizmu, a także głodu i pragnienia - jej uczestnikom groziły też sankcje ze strony meksykańskich władz - wyprawa była bowiem nielegalna. Większość traperów ruszało na północ, by szukać szczęścia w dzikich i bezludnych rejonach Gór Skalistych. Young zaplanował jednak wyprawę na zazdrośnie strzeżone, choć mocno nieszczelne granice Meksyku. Rząd w Santa Fe bardzo rzadko udzielał obcokrajowcom zezwoleń traperskich, więc aby zmylić władze, Ewing poprowadził swoją drużynę na północ, w góry, a potem zatoczył koło i podążył na południowy zachód przez kraj należący do Nawahów i Zuni, by dopiero stamtąd udać się w stronę rzeki Gila. Jej zlewisko było rzadko odwiedzane przez traperów. Ekipa Younga natrafiła więc na bogate zasoby bobra i innych zwierząt.
To od Younga i międzynarodowego towarzystwa biorącego udział w tej eskapadzie Carson zaczął przejmować tajniki zawodu trapera. Nauczył się czytać teren, w którym się znajdował, i przeszukiwać płynące nim strumyki. Dowiedział się, jak wyglądają rzeczne brzegi oczyszczone przez bobry z drzew, a także jak stawiać pułapki i za pomocą kastoreum, gęstej żółtej wydzieliny z gruczołów płciowych bobra, oznaczać je nęcącym śladem zapachowym. Nauczył się również wyprawiać i pakować futra oraz ukrywać je w ziemi tak, aby się nie zniszczyły lub nie zostały skradzione. Doświadczeni traperzy pokazali mu także, co zrobić, jeśli żadne zwierzę nie wpadnie w sidła - jak zniszczyć bobrowe tamy i dopaść zwierzęta w ich ciemnych, wilgotnych żeremiach.
Nowi towarzysze Carsona przekonali go też, że można delektować się bobrzym ogonem gotowanym tak długo, by osiągał niezwykłą delikatność - było to w końcu pokazowe danie trapera. Kit nauczył się również posługiwać popularnym wśród traperów karabinem Hawkena i słynnym traperskim nożem Green River do skórowania. Zaczął też chwytać dziwny język, którym posługiwali się ludzie gór - mieszaninę francuskiego, hiszpańskiego, angielskiego i dialektów indiańskich ubarwioną wyrażeniami wymyślonymi na poczekaniu. Wagh! było ich ulubionym przerywnikiem. Na futra i skóry [ang. pelts] mówili plews. Nie zwracali sobie głowy żadnymi zbędnymi "fafarałami" [fofurraws - wyrafinowanym ubiorem, zbytkiem], ale za to mścili się na zdeklarowanych wrogach. A kiedy jeden z nich zginął, mówili, że "stracili włosy" (skalp). Zadawali dziwaczne pytania w stylu: "Którędy płynie twój patyk?" (co wybierasz?) i raz do roku spotykali się na ogromnych imprezach na wolnym powietrzu, które nazywali rendezvous. Tańczyli na nich fandango i bez końca rżnęli w trzy karty, jukera albo grali w dziecięce gry w palce. Siedzieli też przy ogniskach do późna w nocy, ćmiąc gliniane fajeczki, i konkurowali na opowieści o swoich dalekich wyprawach na Zachód24. Opowiadali o górskiej dolinie w Wyoming, która była tak wielka, że echo potrzebowało aż ośmiu godzin, żeby odbić się od jej ścian i powrócić do krzyczącego człowieka. Dlatego wędrowiec mógł wieczorem wrzasnąć: "Pobudka!", ułożyć się spokojnie do snu, a rano obudzić się, słysząc swój własny głos.
To od tych traperów Carson zaczął się uczyć postępowania z Indianami Dzikiego Zachodu. Dowiedział się, jak przejrzeć zasadzkę, kiedy walczyć, a kiedy wspomóc się blefem, kiedy brać nogi za pas, a kiedy negocjować. Wątpliwe, by jakakolwiek inna grupa dziewiętnastowiecznych Amerykanów miała szersze i bliższe kontakty z pierwszymi mieszkańcami kontynentu amerykańskiego. Ludzie gór żyli z Indianami, walczyli u ich boku i przeciwko nim, kochali ich, żenili się z nimi, grzebali ich, uprawiali z nimi hazard, a także palili fajki. Nauczyli się ubierać jak Indianie, nosili indiańskie fryzury i jedli to co oni. Przybierali indiańskie imiona. Zostawali ojcami dzieci z mieszanych związków. Mieszkali w tipi, ciągnęli włóki[7], prowadzili indiański handel wymienny i wykorzystywali tubylcze ziołolecznictwo. Wielu z nich było pół-Indianami - przez krew albo ducha.
Tak traperów Dzikiego Zachodu opisywał Washington Irving:
Z czystej próżności albo ambicji odrzucają wszystko, co nosi stempel cywilizacji, i przejmują maniery, gesty, a nawet chód Indian. Nie można sprawić traperowi większego komplementu niż przekonać go, że przez pomyłkę wzięło się go za indiańskiego zucha25.
Traperzy na własnej skórze poznali zaciekłą waleczność rdzennych Amerykanów. Niektóre plemiona - Czarne Stopy czy Komancze - wręcz z niej słynęli. Ludzie gór wiedzieli jednak, że walczyli oni inaczej niż wojujący po europejsku biali. Indian trudno było wciągnąć w otwartą walkę, ich styl opierał się na rajdach, ataku z zaskoczenia i odskoku, uderzaniu z ukrycia i znikaniu. Traperzy porównywali ich do wilków - jeśli zaczniesz uciekać, na pewno pobiegną za tobą; a jeśli zaczniesz je gonić, uciekną26.
Traperzy mordowali Indian w niezliczonych potyczkach na śmierć i życie. Niektórzy zaznaczali nawet na kolbach swoich strzelb każdego zabitego przez siebie tubylca. Prawdziwa rzeź była jednak mniej spektakularna. Przedstawiciele zachodniej cywilizacji korytami rzek i górskimi przełęczami wdzierający się w głąb Ameryki sprowadzili do krainy Indian ospę i tyfus. Przynieśli im broń palną, whisky i choroby weneryczne. Zaczarowali tubylców pieniędzmi i błyszczącą stalą. A dmuchając im w twarze cuchnącym od alkoholu oddechem, szeptali przerażające wieści o czarnych chmurach zbierających się na Wschodzie - o sile, która uparcie parła przez kontynent, zdobywając kolejne ziemie i łamiąc karki opornych.
Tej wiosny Carson i cała partia Ewinga Younga pracowała u brzegów rzek spływających do Gili, posuwając się w głąb krainy, która jeszcze nie widniała na mapie. Pewnego dnia ich obozowisko nad rzeką Salt odwiedzili Apacze. Ponieważ ich zamiary wydawały się wrogie, większość ludzi Younga schowała się pod siodłami, jukami i kocami, zachęcając "gości" do uderzenia na rzekomo łatwy cel. Jak wspomina Carson, "okoliczne wzgórza szybko zaroiły się od Indian"27. Kiedy Apacze zaatakowali, traperzy poderwali się na nogi i podnieśli strzelby. Także Carson wycelował i strzelił. Zabił tego dnia swojego pierwszego Indianina, pakując mu kulę - jak to opisał jeden z jego biografów - "prosto w sutek, w który celował, i prosto w bijące pod nim serce"28.
Carson nie wspomina o tym w swojej autobiografii, ale według jednego ze świadków wyciągnął z pochwy nóż, złapał martwego Apacza za włosy i oskalpował go. To był zresztą znany zwyczaj ludzi gór.
Carson miał wtedy dziewiętnaście lat.