Krew aniołów - Johanna Sinisalo

-
Proszę czekać

0Dzień zerowy

Matka umarła.

Leży na wylotku, wiotka i krucha, z przykurczonymi nóżkami.

Poznałbym, że to matka, choćby po wydłużonym odwłoku i rozmiarach wyraźnie większych niż zwykłych robotnic, ale na grzbiecie ma małą kropkę farby: w ubiegłym roku zaznaczyłem ją na żółto, zgodnie z rokiem założenia roju.

Zdecydowanie za młoda na to, żeby umierać.

I dlaczego w ogóle wyszła z ula?

Napuszczam dymu do pnia, ale pszczoły nie gramolą się na zewnątrz. Co prawda mają prawo być ospałe, bo są syte i ciężkie od miodu, który muszą niby uchronić przed pożarem lasu, lecz u wlotu ula nie widać ani jednej sztuki.

Serce wali mi jak młotem. Odkładam podkurzacz na bok i ściągam daszek ula. Odstawiam go na ziemię, wyciągam po kolei ramki i kładę na daszku.

Ani jednej robotnicy.

Ani jednej.

Jedynie parę dopiero co wygryzionych osobników kręci się niezdarnie po plastrach, są oszołomione nagłą powodzią światła.

Czuję, że żołądek twardnieje mi na kamień.

Tylko nie to. Tylko nie tutaj.

Chwytam matkę ostrożnie i kładę ją na dłoni. Rodzina nie powinna mieć żadnego powodu, żeby wyprodukować nową, żywszą matkę. Czasem stara ginie, gdy rodzina decyduje się na zmianę pokoleniową. Ale nowe rządy bynajmniej nie oznaczają opuszczenia ula.

Rójka? Nie. Na pewno bym zauważył, gdyby rodzina się powiększyła albo gdyby pojawiły się larwy nowych matek. A choćby nawet stara matka ze swoim dworem została przepędzona, życie ula niewiele by się zmieniło, jedynie robotnic byłoby z początku trochę mniej i byłyby młodsze. Poza tym pora roku nie jest typowa dla rójki, zdarza się ona na początku i w środku lata.

Mimo to dokładnie lustruję pobliskie drzewa, bo za nic nie chciałbym, żeby moje podejrzenia okazały się prawdziwe. Łudziłem się na próżno - nigdzie na gałęzi ani w koronie nie dostrzegam ciemnej narośli o rozedrganych brzegach.

Tak czy owak, pszczoły zniknęły. Przepadły jak kamień w wodę. Wyparowały.

Spoczywająca na łapawicy matka jest lekka jak pyłek, ale mam wrażenie, że waży tonę, nadgarstek mi drży. Robię głęboki wdech, z kieszeni kombinezonu wyciągam łapkę na matki i wkładam do niego martwą pszczołę. Wsuwam klips z powrotem do kieszeni; może trzeba by wysłać matkę do zbadania.

Nie mam ochoty ani odwagi zajrzeć do pozostałych pni. Nie teraz.

Jutro.

Tymczasem wyjmę z pustego ula resztę ramek i je odwiruję. Cokolwiek się stało, nie ma powodu, żeby rezygnować z miodu.

Słońce wisi tuż nad łąką, za chwilę będzie już tylko pomarańczową zorzą za wystrzępioną ścianą świerków.

W domu chwytam pilota i włączam konsolę. Nie chciałem żadnego z tych nowych gigantów na pół ściany, uruchamianych głosem; wystarczy mi ta konsola, którą mam, rozmiarów niewielkiego okna. Przymocowałem ją do ściany nad stołem w kuchni, tam gdzie dawniej wisiała makata. Nie miałbym nawet i tej konsoli, ale Ari wcisnął mi ją na siłę, niby jako prezent pod choinkę, dorosłemu i niebiednemu przecież człowiekowi, jakbym był wciąż jego rozpieszczonym dzieckiem: zabawka od Mikołaja musi być modnym, drogim i niepotrzebnym gadżetem, niech się potomek cieszy. Nie za bardzo mogłem odmówić, choć konsola była za duża na moją niewielką, dwuizbową chatę. Ledwo moje oczy w końcu do niej przywykły, już słyszę, że wypadałoby kupić nową. Eero też sobie z niej żartuje, nazywa ją starym pudłem i podsyła linki do nowych modeli: pełna interaktywność, powalające parametry obrazu, kosmiczna prędkość przesyłu. Tak jakbym do oglądania wiadomości, obsługi poczty elektronicznej, spraw bankowych i zamówień, które dwa razy w tygodniu składam w naszym wiejskim sklepie, potrzebował aż tak zaawansowanej techniki. I czasem do obejrzenia jakiegoś filmu z archiwum. Wiadomo, od czasu do czasu zaglądam na blog Eera, bo to trochę tak, jakbym rozmawiał z synem, nie przeszkadzając mu w zajęciach.

Też zresztą znalazł się doradca - Eero w życiu nie wziąłby konsoli ściennej, choćby mu ją wciskali za darmo. Wystarczy mu kieszonkowy mobard, a pracuje na komputerach i specjalnych programach z prawdziwego zdarzenia, więc nie używa żadnych takich "domowych kombajnów". Kiedy do mnie przyjeżdża, nawet nie patrzy na konsolę, siada w kącie kuchni z tym swoim mobardem w dłoni i ogląda programy telewizyjne i filmy w sieci, jakby czytał książkę.

No i proszę, pierwsza wiadomość w skrzynce jest od Eera. Rutynowe powiadomienie, że żyje, kilka słów na krzyż o tym, co u niego, ale jakoś zawsze robi mi się po nich cieplej na sercu. Tym razem są nawet nowości: wreszcie zapłacili mu za robotę, nad którą ślęczał przez całe lato, robił projekt serwisu reklamacyjnego na stronie producenta rowerów elektrycznych. Przez kilka dobrych miesięcy nie będzie się musiał martwić o czynsz.

Czuję jednocześnie dumę i zażenowanie. Zgodziłem się na "próbną" przeprowadzkę Eera do Tampere pod warunkiem, że nie opuści się w nauce i będzie płacił za stancję z własnej kieszeni. Spodziewałem się, że skruszony siedemnastolatek raz-dwa wróci z podkulonym ogonem na garnuszek do taty, choć będzie to oznaczać godzinę jazdy do szkoły w jedną stronę. Ale nie: Eero nie dość, że podciągnął się w nauce - co zważywszy na czekającą go w tym roku szkolnym maturę wyglądało aż za dobrze - to jeszcze znalazł sobie pracę. Z początku zmywał naczynia i sprzątał w wegetariańskiej restauracji jakiegoś kolegi jego kolegi, ale później kontakty i reputacja, jaką się cieszył w wirtualnym świecie, przyniosły ciekawsze zlecenia. Piszę mu krótką odpowiedź. Nie potrafię się powstrzymać i przypominam mu, że niedługo zaczyna się szkoła i to ona ma być dla niego najważniejsza.

Druga wiadomość - firma kurierska informuje, że dostarczono im już kombinezon, który zamówiłem w składnicy pszczelarskiej, i mogę go odebrać w punkcie we wsi. Kiedyś ten punkt nazywał się urzędem pocztowym. Za dodatkową opłatą dostarczyliby mi go oczywiście do domu, ale podjechanie do wsi nie stanowi dla mnie większego problemu. Ostatecznie czasem trzeba coś załatwić nie tylko w zakładzie, a to wyjątkowa okazja spotkać się z ludźmi przy najzwyklejszych powszednich zajęciach.

W tym zbiegu okoliczności, że nowy kombinezon przyszedł akurat dziś, dostrzegam grubą, przerażającą ironię: niewiele się nim nacieszę, jeżeli...

Sza, sza! Przecież musiałem go zamówić, po prostu musiałem. Nie pomagały już prania i stary kombinezon tak przesiąkł nektarem, że pszczoły wkrótce wezmą mnie za ruchomą, osiemdziesięciokilogramową bryłę miodu, którą jak najszybciej trzeba zabezpieczyć przed pożarem lasu.

Wciskam przycisk pilota, na ekranie konsoli pojawiają się wiadomości. I oczywiście Ameryka, która nie schodzi z pierwszego planu już od kilku miesięcy. Dramatyczna rzeczywistość znów pobiła na głowę najczarniejsze scenariusze.

Już kilkanaście lat temu, gdy przyszła pierwsza fala masowego znikania pszczelich rodzin, czytałem doniesienia z rosnącym zaniepokojeniem, większym nawet niż w czasach zimnej wojny z lat sześćdziesiątych. Byłem wtedy małym chłopcem i nocami czuwałem w łóżku, czekając na wybuch wojny atomowej. I oto znów słyszę tykanie zegara, który odlicza ostatnie sekundy do końca świata.

Te kilkanaście lat temu, w 2006 roku, wspomniałem znajomemu o masowym ginięciu pszczół. Myślałem pewnie, że gdy komuś o tym powiem, zrobi mi się lżej na sercu.

Znajomy przyznał, że to rzeczywiście straszne, ale zaraz dodał, że jakoś się obejdzie bez miodu.

Bez miodu.

W całych Stanach Zjednoczonych nie ustają zamieszki głodowe, które rozszerzyły się już także na obszar Kanady. Administracja amerykańska zaostrzyła reglamentację wybranych produktów spożywczych, a w szkołach w niektórych stanach - głównie tam, gdzie nie uprawia się ziemniaków - z powodu coraz częstszych przypadków awitaminozy do kaszy kukurydzianej i makaronu zaczęto dodawać "keczupu witaminowego". Co prawda ma on niewiele wspólnego z prawdziwym keczupem, gdyż pomidorów praktycznie nie ma, ale to już inna historia.

W krótkim czasie ceny żywności wzrosły czterokrotnie. Jeszcze do niedawna amerykańska klasa średnia jakoś dawała radę spłacać swoje kredyty mieszkaniowe i miała na paliwo, kształcenie dzieci i opiekę zdrowotną. Dziś nie stać jej już nawet na jedzenie.

Pierwszy do niedawna eksporter zboża na świecie nie ma czym nakarmić swoich obywateli i bilans handlowy spadł do szokującego poziomu. Ranking kredytowy Stanów Zjednoczonych legł w gruzach. Rosnące ceny produktów spożywczych wywołały galopującą inflację. Banki Unii Europejskiej wraz z Międzynarodowym Funduszem Walutowym usiłują tworzyć bufory, aby amerykański kryzys żywnościowy całkowicie nie pogrążył i tak już rozhisteryzowanej globalnej gospodarki. Świat podłączył kurs dolara do respiratora i czeka na "unormowanie sytuacji".

Ostateczne bankructwo Kalifornii to dopiero drugi news dnia, bo o tym trąbiono już wcześniej. Tam jednak sytuacja jest najgorsza.

Fale uchodźców zalewają teraz nie tylko Oregon, Arizonę i Nevadę, ale także Meksyk. Wreszcie Meksykanie docenili zasieki z drutu kolczastego i wieże obserwacyjne, które swego czasu Amerykanie pobudowali na swojej południowej granicy - teraz są jak znalazł, gdy głodni i zdesperowani farmerzy amerykańscy za wszelką cenę usiłują przedostać się do Meksyku - nie gardzą żadną pracą, najmują się do sprzątania, czyszczenia basenów, opieki nad dziećmi i przemytu narkotyków.

Trwają poszukiwania winnych. Spiker mówi, że w roku 2004 administracja George'a W. Busha skorzystała z niewydolności mediów, zajętych zbliżającymi się wyborami prezydenckimi i wojną w Iraku, i po kryjomu podniosła normy użycia pestycydów w rolnictwie. Pochłonięte czym innym media nie podjęły tematu i dlatego nie wiedzieli o tym wtedy ani obywatele amerykańscy, ani sami pszczelarze.

Farmerzy natomiast z pewnością spostrzegli, że ich pestycydy dostały nagle nowego kopa, i zacierali ręce z uciechy. Nie wiadomo jednak, czy winą za masowe ginięcie pszczół należy obarczyć bardziej trujące środki ochrony roślin, czy może jednak coś zupełnie innego.

Ktoś jednak musi być winny. Ktoś musi za to wszystko zapłacić. Gdy drzewa tracą owoce, ludzie tracą środki do życia.

Biały Dom oblega właśnie tłum rozwścieczonych plantatorów owoców z Kalifornii. Najczęściej powtarzające się hasło na ich transparentach to "WHO KILLED THE COUNTRY?". Dostrzegam również pewne objawy czarnego humoru: "CCCP did not get us on our knees - CCC did". Gdzieś dalej, poza kadrem, musi być gorąco, słyszę kilka pojedynczych trzasków, które mogą być tylko wystrzałami z broni.

Następuje przerwa w wiadomościach, pokazują krótki dokument o Kalifornii.

"Przed CCC migdały stanowiły najcenniejszy produkt eksportowy kalifornijskich plantatorów, cenniejszy nawet od win z Napa Valley", czyta cicho i rzeczowo spiker, gdy na ekranie pojawia się obraz z lutego - kwitnące migdałowce. Plantacja ciągnie się kilometrami, jak okiem sięgnąć. W sumie jakieś sześćdziesiąt milionów drzew w równiutkich, regularnych rzędach. Pięknych i jałowych.

Teraz kilka ujęć z Chin. W latach osiemdziesiątych niekontrolowane stosowanie pestycydów wytrzebiło całą populację pszczół w północnym Syczuanie, który jest ważnym producentem owoców. Miejscowa ludność była całkowicie zależna od sadownictwa.

Na ekranie pojawia się materiał archiwalny - całe chińskie rodziny, od wnuków po dziadków, wspinają się na drzewa i zapylają kwiaty umocowanymi na końcu bambusowych kijków kępkami ptasiego puchu. Przedtem wszyscy mozolnie zbierali pyłek z kwiatów, a teraz kamera pokazuje, jak balansując niezdarnie na drabinach, rozprowadzają pyłek na słupkach kwiatów. Patrzę jak zahipnotyzowany na te daremne poczynania Chińczyków. A niewielka rodzina pszczela zapyla w ciągu jednego dnia około trzech milionów kwiatów.

"W latach osiemdziesiątych sadownicy w Syczuanie mogli się jeszcze próbować ratować dzięki zapylaniu ręcznemu, bo siła robocza była stosunkowo tania, a pomór pszczół wystąpił na ograniczonym obszarze", wyjaśnia spiker. "Wydaje się jednak, że przez Stany Zjednoczone przetacza się właśnie już ostatnia fala CCC, a Kalifornia nie ma takiej armii ludzi do ręcznego zapylania swoich migdałowców jak Chińczycy. A choćby nawet miała, praca ta kosztowałaby miliardy tracących szybko na wartości dolarów. Krążą pogłoski, że administracja amerykańska planuje zamienić kary pozbawienia wolności na nakazy pracy na plantacjach owoców. Już przyjmowani są ochotnicy, których szkoli się w ręcznym zapylaniu kwiatów".

Co prawda w kalifornijskich migdałowcach pojawiają się jeszcze sporadycznie owady zapylające, takie jak muchy czy trzmiele, jednak zdecydowana większość planowanych zbiorów przepadła.

W reportażu co chwila powtarza się nazwa zjawiska: "Colony Collapse Catastrophe", czyli "Triple-C", albo "BeeGone" - "katastrofa rodzin pszczelich", zjawisko powszechniejsze, głębsze i bardziej katastrofalne od wszystkich dotychczasowych fal masowego ginięcia pszczół.

Na początku XXI wieku zjawisko masowego ginięcia pszczół określano skrótowcem CCD - od amerykańskiego wyrażenia "Colony Collapse Disorder". Do tej pory nie znaleziono w pełni przekonującego, jednoznacznego wyjaśnienia tego zjawiska, choć hipotez nigdy nie brakowało.

Ale teraz nie mówi się już o żadnym "disorder", tylko głośno trąbi o prawdziwej katastrofie.

Migdały.

Pamiętam, jak osiem lat temu Eero wyjechał na tydzień do Laponii, na zieloną szkołę. Miałem przed sobą kilka pustych dni. Długo się namyślając, kupiłem tani lot do Malagi. Na miejscu wypożyczyłem rower i zrobiłem sobie wycieczkę po Andaluzji, nocowałem po wsiach w maleńkich pensjonatach, dojechałem do Granady, zahaczyłem nawet o Alpuharę. Zatrzymywałem się i patrzyłem na drzewa, na których rosły bladozielone, włochate owoce wielkości kurzego jaja. Dopiero potem ktoś mi powiedział, że to migdałowce - ich owoce mają w środku śliwkowatą pestkę, która kryje w sobie jadalne, smaczne nasiono.

Stare, gruzłowate migdałowce pokrywały całe stoki łagodnych wzgórz Alpuhary. Było ich mnóstwo, a na ogradzających je płotach z porażającą regularnością widywałem wyblakłe tabliczki z wymalowanymi ręcznie dwoma przygnębiającymi słowami: SE VENDE - "Na sprzedaż". Odwieczne zajęcie Andaluzyjczyków od lat nie przynosiło im żadnego dochodu. Teraz potrafię sobie wyobrazić chmary handlarzy ziemią w czarnych terenówkach, którzy jeżdżą po wioskach Alpuhary i szeleszcząc banknotami, skupują surowe, gołe działki. Okazuje się, że i bezzębni starcy, i garbate staruszki mogą mieć coś cennego, co rodzi pożądanie i rywalizację.

A nad ich głowami, wymachując pracowicie niewidoczną batutą, tańczy wesoło siostra pszczoła.

Dopóki kraje śródziemnomorskie nie zwiększą produkcji, tradycyjny migdał z wigilijnej kaszki będzie bodaj najdroższym produktem na świątecznym stole. Wigilijny stół uzmysławia mi, że to nagłe skojarzenie z Bożym Narodzeniem nie jest wyłącznie wytworem mojej mózgownicy, kątem oka rejestruję migoczące wśród zakładowych hal niebieskie światełka, jaskrawe rozbłyski na tle wieczornego sierpniowego nieba wyglądają jak zbudzone nagle do życia gwiazdkowe lampki w ogrodzie, a po chwili docierają do mnie z oddali hałasy, krzyki i wtedy uzmysławiam sobie, że niebieskie światło to karetka, policja albo straż.

Zwierzenia - Blog Eera Toivonoji

ROZWAŻANIA O NASZYM STOSUNKU DO ZWIERZĄT

WZYWAM POLICJĘ

I znów informacja o jaskrawym, bezczelnym łamaniu przepisów regulujących połów wielorybów. Tekstem międzynarodowej umowy ludzie wycierają sobie zakrwawione harpuny i rechoczą nam w żywe oczy.

Mięso wieloryba to towar luksusowy, którego tak naprawdę nikt nie potrzebuje. Sympatyzuję z grupką Inuitów, którzy nie chcą się wyrzec tradycyjnych metod łowieckich i diety swoich przodków, ale nawet im zakazałbym polowania na wieloryby.

Gdy piraci z Rogu Afryki napadają na statki i rabują przewożony przez nie towar, cały świat posyła przeciwko nim okręty minowe i niszczyciele. Wiadomo - piractwa i bezprawia tolerować nie wolno, choćby nawet wynikały z nędzy i głodu.

Ale gdy wbrew zakazom zabija się inteligentne, nikomu niezagrażające, wyjątkowe i niemal całkowicie już wytrzebione istoty morskie - których nadludzkim nawet wysiłkiem nie da się już nigdy odtworzyć, czego nie można powiedzieć o zrabowanych ze statków trywialnych produktach konsumpcyjnych - na miejscu zdarzenia widać co najwyżej niepozorną łódź Greenpeace'u, choć powinno się tam posłać kilka groźnie wyglądających okrętów wojennych pod banderą ONZ-etu i zapowiedzieć szanownym panom rybakom, że jeśli natychmiast nie odłożą harpunów, na ląd będą wracać wpław.

Dlaczego obrona własności wydaje się nam bezdyskusyjną oczywistością, a poszanowanie prawa do życia innych istot - sprawą tak złożoną i trudną?

W dyskusji o szanowaniu praw zwierząt - czy raczej: ich nieszanowaniu - przytacza się dokładnie takie same argumenty, jakich w dawnych czasach używano w debacie o niższości ras kolorowych wobec rasy białej. Albo niższości kobiet wobec mężczyzn.

Co prawda kolorowi pod pewnymi względami przypominali istoty myślące, ale ich podobieństwo do człowieka biali sprowadzali do działań instynktownych czy naśladownictwa lub też dopatrywali się w nich własnych prób poszukiwania obrazu człowieka w niższych tworach natury. Najodważniejsi akceptowali ideę "szlachetnego dzikusa", który może przejawiać pewną pomysłowość i niewykluczone, że kiełkuje w nim jakaś dusza. Mimo to czarnoskórzy - tak samo jak kobiety - nie byli prawdziwymi ludźmi, nie byli godni nosić tego szlachetnego miana. Biały miał naturalne prawo zniewalania ich i krzywdzenia, gdyż czarni jako istoty niższe nie odczuwali bólu. Jęki, które wydobywały się z ich ust, mniej znaczyły dla białych od wycia bitych psów, które bywały cenne i pożyteczne.

Doczekamy jeszcze dnia, w którym człowiek będzie się wzdrygał na samą myśl o tym, że jego przodkowie bez wyrzutów sumienia i żalu zjadali inne ssaki, ptaki i zwierzęta morskie. Idea ta będzie dla nich równie barbarzyńska i obrzydliwa, jak dla nas dzisiaj to, że niektóre ludy pierwotne praktykowały kanibalizm.

Postęp zachodzi stopniowo. Z grona rządzących zaczynają wyłaniać się obrońcy grup uciśnionych - najpierw jest ich kilku, potem ich liczba zaczyna powoli rosnąć, aż w końcu dochodzi do tego, że już nikt w państwie mieniącym się cywilizowanym nie może oświadczyć publicznie, że czującym i myślącym istotom nie należą się żadne prawa ani swobody.

Już dziś spora część konsumentów, którzy wciąż beztrosko zajadają się wołowiną czy wieprzowiną, nie tknęłaby mięsa wieloryba, delfina, słonia czy małpy, ponieważ z wielu stron docierają do nich głosy o inteligencji tych zwierząt. Postulowano nawet, aby delfinom i małpom człekokształtnym przyznać określone prawa - i już w 2008 roku w Hiszpanii uznano ich prawo do życia i zagwarantowano im ochronę przed wykorzystywaniem i okrucieństwem.

Nie wiem jednak, czy prawo to nie jest równie martwe jak zakaz połowu wielorybów.

Komentarze (1)

Seppo Kuusinen

Zgadzam się, że na gatunki zagrożone nie powinno się polować. Ale gdzie w takim razie będzie przebiegać ta magiczna granica, jeżeli zaczniemy przyznawać prawa zwierzętom? Prawa człowieka łatwo uargumentować, bo człowiek jest gatunkiem, który ma świadomość i zachowuje się jak istota świadoma. Zwierzęta są bliższe maszynom i robotom. Przypominają komputery, które reagują na świat zewnętrzny w sposób złożony, ale w środku są "puste". Nie mają przecież własnego języka, sztuki, nauki, techniki, żadnej kultury. Gdzie te dowody ich mądrości? Gdzie te katedry i pomniki? Zwierzętami rządzi instynkt, tylko człowiek podejmuje świadome decyzje.