Kręte ścieżki miłości - Heidi Rice

Reflow text when sidebars are open.
Mason Foxx siedział przy długim na kilkanaście metrów barze wyciosanym z jednego pnia mahoniu. Przed nim stał kieliszek lekko ciepłego różowego Dom Pérignon 1959. Patrzył na gości prowadzących rozmowy i objadających się darmowymi przekąskami w przestronnej hali poniżej, udekorowanej sztuczną roślinnością. Trwało przyjęcie z okazji premiery wody perfumowanej dla mężczyzn, która jego zdaniem wyraźnie zalatywała pleśnią.
Dawny budynek elektrowni na południowym brzegu Tamizy został wybebeszony kilka lat temu i poddany rewitalizacji. Powstało w nim centrum rozrywkowe.
Mason uśmiechnął się nieznacznie. To zabawne, że tak ultranowoczesny i utrzymany w minimalistycznym stylu pałac ze stali i szkła znajdował się o rzut beretem od ponurej nory, w której dorastał. Bezwiednie potarł kciukiem bliznę nad brwią. Przypominała mu dzieciństwo i to, jak ciężko walczył, by nigdy więcej nie znaleźć się w podobnym miejscu.
Na jego twarzy odmalowała się pogarda. Żaden ze zgromadzonych tu dziś licznie narcyzów nie miał pojęcia, jak to jest toczyć bój o najdrobniejsze rzeczy, by przeżyć. Z drugiej strony, imperium hotelowe, które stworzył i bezustannie rozbudowywał, wiązało się z takimi wydarzeniami jak dzisiejszy raut. I jeśli czegoś mu brakowało z dawnych czasów, to adrenaliny. Wolałby chyba dostać parę kopniaków pod pubem The Dog and Duck albo szwendać się po ulicach Bermondsey niż siedzieć tutaj, popijając nieziemsko drogie bąbelki i nudząc się niemiłosiernie.
Ale The Dog and Duck też padł ofiarą buldożerów jakąś dekadę temu, a dzielnica Bermondsey była teraz równie zgentryfikowana jak reszta Southwark. Zbóje, których bał się jako nastoletni chłopak, siedzieli w pudle lub poumierali. Trzeba jednak przyznać, że były to postacie z krwi i kości w przeciwieństwie do tej masy pustych, pozbawionych talentu bogatych dzieciaków, korposzczurów i celebrytów, którzy regularnie pojawiali się na tego typu imprezach.
Wychylił resztkę szampana i odstawił kieliszek na blat. Pora wracać do pustego apartamentu na ostatnim piętrze hotelu Foxx Grand w Belgravii albo do równie pozbawionego duszy loftu w Foxx Suites z widokiem na Tower Bridge. Tu mógł powspominać stare czasy i łotrzyków, którzy zmienili wtedy jego życie w piekło.
- Podać szampana, sir? - spytał młody barman.
- Nie, dzięki. Prowadzę. I nie mów do mnie sir.
Barman stropił się i zaśmiał z przymusem. Po chwili jednak jego spojrzenie powędrowało za plecy Masona. W oczach barmana odbił się zachwyt.
- A niech mnie! Jest jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach.
Mason zaczął powoli odwracać głowę, nie spodziewając się niczego więcej jak rozczarowania. Przez jego łóżko przewinęło się sporo kobiet, ponadto był przekonany, że sam wygląd to niewiele. Tym razem jednak musiał zmienić zdanie.
Zatrzymał spojrzenie na kobiecie, o której mówił barman. Jego umysł przypominał pustą kartkę papieru, a serce spowolniło, by po chwili pogalopować z prędkością jakichś pięciu tysięcy uderzeń na minutę. Przymiotnik "piękny" zupełnie nie oddawał jej urody.
Kobieta ubrana była w zwiewną błękitną suknię, która otulała idealne kształty, iskrząc się w świetle padającym na część barową usytuowaną na balkonie. Miała typ królewskiej urody, którą dawni poeci opiewaliby w sonetach. Patrząc na nią, Mason zastanawiał się, czy jej mlecznobiała skóra jest tak miękka w dotyku, na jaką wyglądała.
Poczuł przemożną ochotę, by dotknąć blond loków upiętych w misterną fryzurę, wsunąć w nie palce i...
Schował dłonie w kieszeniach spodni i zacisnął je mocno, próbując się skoncentrować. Owszem, chętnie pofolgowałby instynktowi, ale nawet on nigdy tak bardzo nie pragnął kobiety, a już na pewno nie takiej, którą dopiero co zobaczył. Nie spodobało mu się to wcale a wcale, a to dlatego, że przypominało mu dzieciństwo, kiedy z zazdrością patrzył na idealne według niego życie innych ludzi.
Kobieta spojrzała na niego, jakby przyciągnął ją myślami. Mógł się teraz lepiej przyjrzeć jej delikatnym i doskonale symetrycznym rysom. Podkreślone ciemnym makijażem oczy wydawały się ogromne i dziwnie... niewinne.
Oczywiście, musiała grać. Żadna kobieta w tym typie nie mogła nie być świadoma wrażenia, jakie robi na otoczeniu.
Czubkiem języka zwilżyła wargi, co skłoniło Masona do poświęcenia im chwili uwagi. Były tak kształtne, uwodzicielsko wilgotne i wprost stworzone do pocałunków, że na samą myśl o tym zaschło mu w gardle.
Nabrał powietrza w płuca, poirytowany szturmem krwi w okolice lędźwi i związanym z tym stanem oszołomienia. Mimo tych wszystkich dziwnych sensacji, nie mógł oderwać oczu od kobiety. Zobaczył, jak jej wielkie oczy rozszerzają się jeszcze odrobinę i zupełnie nagle kobieta wzdrygnęła się. O co jej mogło chodzić? Chyba nie przeczytała z daleka jego niesfornych myśli? Zanim zdecydował się na jakąkolwiek reakcję, odwróciła się i zniknęła.
Przez kilka długich chwil stał bez ruchu jak manekin na wystawie, zastanawiając się, czy kobieta pojawiła się tu naprawdę, czy może była wytworem jego rozerotyzowanej wyobraźni. Nie był na randce od ponad miesiąca. Głównie dlatego, że Della nie mówiła o niczym innym jak o zamieszkaniu z nim.
- A niech mnie! - powtórzył barman. - Dlaczego nazywają ją Królową Śniegu? Nie ma chyba gorętszej kobiety od niej?
- Kto to w ogóle jest? - spytał Mason, po raz pierwszy w życiu żałując, że nie czytał regularnie kolumn plotkarskich.
- To Beatrice Medford - wyjąkał mężczyzna z nabożeństwem. - Córka lorda Henry'ego Medforda.
Córka Medforda? Poważnie? Mason znał przecież Medforda, to znaczy, spotkali się kilka razy w ekskluzywnym klubie dżentelmenów, do którego Mason wstąpił parę lat temu, głównie zresztą po to, by utrzeć nosa bogatym snobom, którzy się tam pojawiali. Medford był pompatycznym dupkiem, który odziedziczył fortunę i przehulał zdecydowaną jej większość. Nie umiałby rozpoznać świetnej inwestycji, nawet gdyby wpadła mu prosto w ręce.
Jakim cudem kobieta tak piękna dzieliła tę samą pulę genów co ten pajac Medford?
- Jest też szwagierką Jacka Wolfe'a - dodał barman półgłosem. - Byli zaręczeni kilka lat temu, ale on poślubił jednak jej starszą siostrę, Katherine. Rozpisywały się o tym wszystkie brukowce.
Mason nadal wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Beatrice Medford.
Wolfe. Jego Mason znał dużo lepiej niż Medforda. Wywodzili się z podobnego środowiska. Podobnie jak Mason, Jack Wolfe był inteligentnym, ambitnym i bezwzględnym biznesmenem. Zanim się ożenił, urodziło mu się dziecko i został domatorem. Poznał także jego żonę. I choć Katherine cechowała zmysłowość, która uziemiła Wolfe'a, Mason nie mógłby powiedzieć, że jest w jakiś sposób podobna do bogini, którą w swej wyobraźni zdołał już rozebrać do naga i która zniknęła, jakby była duchem.
- Proszę, proszę - zwrócił się do barmana z udawaną obojętnością. Pożądanie nadal buzowało w jego żyłach i to go w pewnym sensie niepokoiło. Coś podobnego czuł ostatnio, będąc nastolatkiem.
A więc bogini urodziła się w arystokratycznej rodzinie. Stąd ta królewska gracja, ale też bogactwo, przywileje i poczucie wyższości, które zawsze uważał za coś absolutnie odstręczającego.
Z drugiej strony tak dawno nie czuł tego dreszczyku emocji towarzyszącego uganianiu się za kobietą. Może strącenie jakiejś księżniczki z piedestału uratowałoby dzisiejszy, w większości nudny wieczór.
Podszedł do balustrady balkonu i spróbował poszukać jej wśród ludzi na dole. Nie było to trudne. Jasne jak słońce włosy przykuły od razu jego uwagę.
Na dole przyciemniono światła i znany didżej na scenie znajdującej się na samym końcu przestronnej sali rozpoczął swój set.
Mason zszedł na dół, pokonując kręte metalowe schody prowadzące prosto na parkiet pełny już ludzi kołyszących się w rytm dudniącej muzyki. Kolorowe lasery przecinały kłęby sztucznego dymu. Cała ta atmosfera zdawała się podsycać w nim ciekawość.
Co prawda wątpił, by nadal pragnął córki Medforda, gdy już z nią porozmawia. Miał wyjątkowo niski poziom tolerancji dla wyszczekanych damulek z towarzystwa.
Przed sobą dostrzegł blond koczek i jego właścicielkę, wchodzącą po schodach prowadzących na zewnątrz. Czyżby już zamierzała wymknąć się do domu?
Nie tak szybko, słonko...
Kim był ten facet przy barze? Wyglądał, jakby chciał mnie połknąć w kilku kęsach...
Beatrice Medford uniosła nieco wyżej długą suknię i prawie wbiegła na schody. Powinna być wzburzona. Przyglądał się jej figurze, jakby była jego własnością. Większość mężczyzn patrzyła na nią z zachwytem lub podziwem. Widzieli w niej klasę, urodę i godność, które były elementami fasady stworzonej przez jej ojca.
Ale wzburzenie jakoś nie chciało się pojawić i gdyby miała być zupełnie szczera, to o wiele bliżej jej było do ekscytacji i podniecenia, co było naprawdę dziwne z dwóch powodów. Męskie spojrzenia nigdy nie doprowadziły jej do takiego stanu, a poza tym przyszła tu właściwie z musu i źle się czuła w zbyt odważnej, prześwitującej sukni i na zbyt wysokich obcasach. Zrobiła to tylko dla ojca, który ją tu przysłał.
Powinna była się mu postawić, zwłaszcza że doskonale wiedziała, dlaczego kazał się jej pokazać na premierze zapachu Cascade Scent. Henry Medford był coraz bardziej zdesperowany, by wydać córkę za pierwszego miliardera, który się nawinie, a powodem tego były jego kulejące finanse.
Dziś po południu, gdy była u niego w gabinecie, przedstawił jej listę odpowiednich kandydatów, z którymi powinna "nawiązać kontakt". Do teraz miała w pamięci chłodne spojrzenie, jakim ją otaksował, będące mieszaniną wyrachowania i pogardy. Na liście znalazł się trzykrotnie rozwiedziony bankier inwestycyjny, starszy nawet od ojca, i magnat hotelowy, wywodzący się z szemranych okolic w południowym Londynie, słynący z licznych romansów.
Dzięki, tato. Równie dobrze mógłbyś kazać mi stanąć pod latarnią.
Beatrice westchnęła i weszła do jednego z położonych na uboczu barów. Stała teraz, bezradnie patrząc na tłum ludzi blokujący jej drogę do wyjścia.
Tym razem powinna kazać ojcu spadać, co zresztą od wielu lat sugerowała jej Katie, zamiast dać się wyekspediować na to przyjęcie w prawie prześwitującej sukience i pantoflach, od których bolały ją stopy. Wolałaby stopić się ze ścianą niż "nawiązać kontakt" z którymś z zasugerowanych przez ojca mężczyzn, którzy bez wątpienia byli równie bezwzględni jak on sam.
Tylko raz przeraziła się ojca... Miała wtedy dwanaście lat i była świadkiem dzikiej awantury, jaką urządził szesnastoletniej wtedy Katherine, a następnie wyrzucił ją z domu. Do teraz nie mogła sobie darować, że nie kiwnęła palcem w jej obronie. Zamiast tego ukryła się w kącie, zasłoniła dłońmi uszy i zamknęła oczy, udając, że w ogóle jej tam nie ma.
Potem Katie ułożyła sobie życie z Jackiem Wolfe'em, który najpierw był narzeczonym Beatrice, ale niestety byli zupełnie niedobrani pod względem charakterologicznym. Poprosiła więc Katie, by spotkała się z nim i rzuciła go w jej imieniu. To wtedy oboje wpadli sobie w oko i Beatrice uznała, że w pewnym sensie spłaciła dług wobec siostry. Teraz nadeszła pora, by to ona ułożyła sobie życie, niezależnie od planów ojca i bez polegania na jego pieniądzach.
Nie bała się go już tak bardzo, zadbała też o to, by mieć więcej opcji. Ostatnie dwa lata spędziła, ucząc się zaocznie w czasie, który powinna spędzać w centrum fitness lub na lunchach z przyjaciółmi. Miała wrodzony talent do języków obcych. Jej ucho z łatwością wyłapywało niuanse wymowy, a umysł był zafascynowany złożonymi kwestiami gramatycznymi i stylistycznymi. Miała nadzieje, że pewnego dnia umiejętności te pozwolą jej rozwinąć karierę, choć na razie nie miała pomysłu, jak się do tego zabrać.
Katie nie tylko opłaciła jej szkołę, ale także zaproponowała, by zamieszkała z nią, Jackiem oraz ich synkiem Lucą w ich domu w Mayfair, ale Beatrice odmówiła, nie chcąc nadużywać gościnności siostry.
Była przekonana, że w końcu uda jej się znaleźć sposób, by wydostać się spod wpływów ojca. Musiała to jednak zrobić sama. Niestety jej domeną było planowanie i rozmyślanie, a niekoniecznie działanie.
Beatrice zaczęła przeciskać się do przodu wśród tańczących ludzi i przez chwilę nawet ją porwał pulsujący dyskotekowy rytm.
Siedząc w limuzynie, która ją tu przywiozła, była tak zła, że postanowiła uwieść pierwszego lepszego faceta tylko po to, by pokazać ojcu, że jej życie prywatne to nie jego sprawa, a manipulowanie to kiepska strategia inwestycyjna. Kiedy jednak natknęła się na bezczelne spojrzenie mężczyzny z baru, które jakimś cudem uruchomiło jej uśpiony dotąd popęd seksualny, totalnie straciła rezon.
Miała dwadzieścia dwa lata, wciąż była dziewicą i nadal mieszkała razem z ojcem, który ją utrzymywał. Nawet fakt, że znała pięć języków, w niczym nie pomagał, jeśli nie potrafiła go przekuć na konkretną karierę.
Beatrice doszła do końca baru i skręciła w długi korytarz.
Dlaczego na widok przystojniaka przy barze rzuciła się do ucieczki?
Był fascynujący w szorstki sposób. Wysoką, muskularną sylwetką wyróżniał się spośród innych osób przy barze. Modny garnitur świadczył o wyrobionym guście. Ale to spojrzenie mężczyzny przykuło jej uwagę. Ciemne oczy patrzyły na nią tak, jakby wiedział o niej wszystko. To dlatego przeszył ją dreszcz ekscytacji i po raz pierwszy od dawna poczuła, że obudziło się w niej libido.
Beatrice zwolniła kroku, ponieważ zaczęło jej brakować tchu. Zirytowała ją jej własna kapitulacja przed tym mężczyzną, który przecież nawet do niej nie podszedł. Nie zaczepił jej, nie próbował flirtować. Po prostu patrzył.
Nie mogła zrozumieć, co nią powodowało. Wzięła kilka głębszych wdechów, by uspokoić rozpraszające ją pulsowanie w dole brzucha. Wtedy kątem oka dostrzegła postać na końcu korytarza. Serce podskoczyło jej do gardła.
To był on! Czyżby szedł za nią?
- Witaj, Beatrice - mruknął, podchodząc bliżej. - Dokąd tak się spieszysz?
Stał naprzeciwko, na tyle blisko, że wyczuwała zapach świeżo wypranej koszuli zmieszany z drewnem sandałowym, nałożony na słodkawy aromat alkoholu dochodzący od strony baru.
Ile on ma wzrostu? - zaczęła się zastanawiać. Sama była dość wysoka i zwykle nie musiała zadzierać głowy, by popatrzeć mężczyźnie w oczy. Teraz, nawet na niebotycznie wysokich obcasach, zmuszona była unieść głowę.
- Skąd wiesz, jak mam na imię? Znamy się? - spytała. Zabrzmiało to tak sztywno, że gdyby mogła, wymierzyłaby samej sobie kuksańca. Oczywiście, że musiał ją znać. Wielu ludzi ją znało. Ostatecznie stała się bohaterką skandalu obyczajowego, gdy zerwała z Jackiem dwa lata temu. Ślub Jacka z jej siostrą kilka miesięcy później spowodował falę plotek i domysłów, które długo nie schodziły z pierwszych stron magazynów plotkarskich.
Zmysłowe usta uśmiechały się ironicznie.
- Nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni - powiedział, choć tego zdążyła się domyślić. Trudno byłoby kogoś takiego nie zapamiętać. - Według barmana jesteś córką Medforda, słynną Królową Śniegu.
Beatrice skrzywiła się.
- Nienawidzę tego przezwiska - wypaliła.
Mason zaśmiał się.
- Nie jestem tym zaskoczony. Zupełnie do ciebie nie pasuje. - Beatrice zaczerwieniła się, ale zanim zdążyła odpowiedzieć na to, mężczyzna zadał kolejne pytanie. - Dlaczego tak szybko uciekłaś?
Zafrasowała się, nie wiedząc, co powiedzieć. Najwyraźniej mężczyzna wiedział, że wystraszyła się tych paru chwil, kiedy oboje stali, patrząc na siebie.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparła, chcąc zyskać na czasie.
Uniesiona brew wyrażała powątpiewanie.
- Na pewno wiesz. Wystraszyłaś się mnie?
- Nie wystraszyłam się, skądże znowu - fuknęła obrażona.
Ironiczny uśmiech był zdecydowanie szerszy niż przed chwilą.
- Kiedy naprawdę nie wiem, o czym mówisz - powtórzyła, choć być może lepiej byłoby po prostu zamilknąć.
- Dobrze, w takim razie może się przestawię - rzucił gładko. - Mason Foxx.
- Foxx?
Gdzieś już słyszała to nazwisko. Rozmyślała przez chwilę, zanim ją olśniło. To on był numerem jeden na liście przedstawionej przez ojca. Magnat hotelowy znany z licznych romansów.
Szok został przykryty kolejnym gwałtownym rumieńcem. Niestety odkrycie tożsamości mężczyzny wcale nie przyczyniło się do uśpienia endorfin kursujących po jej organizmie.
Patrzyła przez chwilę na wyciągniętą w swoją stronę rękę. Długie palce mogły należeć do arystokraty, choć dostrzegła też kilka blizn przy kłykciach. Tatuaż drapieżnego ptaka w locie był jeszcze bardziej intrygujący.
Beatrice chwyciła jego dłoń i potrząsnęła nią energicznie.
- Bea Medford - wymamrotała, nie mogąc przestać myśleć o dotyku jego dłoni, który wywołał gęsią skórkę na jej ramieniu.
- Bea? To imię też do ciebie nie pasuje. Wolę Beatrice - stwierdził poufale.
Zdaje się, że Mr Foxx nie przywiązywał większej wagi do konwenansów.
- Cóż, miło mi było poznać... - powiedziała, wysuwając dłoń.
- Naprawdę? Mógłbym przysiąc, że wolałabyś połamać nogi na tych obcasach niż mnie poznać. Tak szybko uciekałaś.
- Co cię zatem skłoniło, żeby za mną biec? - spytała, unosząc dumnie głowę.
- Więc przyznajesz, że cię wystraszyłem?
- Nie mam zamiaru odpowiadać na pytanie, które może mnie obciążyć.
Mason roześmiał się i tym razem był autentycznie ubawiony. Wokół ciemnych oczu pojawiły się drobne zmarszczki. Miała wrażenie, że nie śmiał się zbyt często.
Gdy skończył, przechylił głowę w bok. Wszechwiedzące spojrzenie spoczęło na jej policzkach, ale tym razem nie wzbudziło to w niej niepokoju, tylko ekscytację.
- Czym cię tak przeraziłem?
Wzruszyła ramionami i spuściła głowę, udając, że przygląda się swoim pantoflom. Naprawdę nie miała pojęcia, co na to odpowiedzieć. Wyprężyła stopę, czując ból, po czym zsunęła pantofel, potem drugi. Uczucie ulgi i wolności pojawiły się niemal jednocześnie. Wraz z nimi poczuła wreszcie jasność w głowie.
- Nie musiała być żadną Królową Śniegu ani tym bardziej marionetką w rękach ojca. Tak samo nie musiała nosić tych okropnie niewygodnych butów, które wybrała dla niej stylistka.
- Jak dobrze... - westchnęła. - Szpilki to dzieło szatana.
Puls jej podskoczył, gdy spojrzała znów na mężczyznę i stwierdziła, jak duża jest między nimi różnica wzrostu.
- Muszę uwierzyć ci na słowo, ponieważ za rzadko je noszę.
Roześmiała się, bo komentarz wydał jej się absurdalny.
Mężczyzna zaczekał, aż skończy, i wsunął palec wskazujący pod jej brodę, tak że musiała unieść głowę. Jego dotyk ją zelektryzował.
- Dlaczego nie chcesz odpowiedzieć na moje pytanie? - spytał z poważną miną. - Czemu przede mną uciekłaś?
Odsunęła się o krok i Mason Foxx opuścił rękę. Beatrice chwilę milczała, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Musiałam to zrobić, ponieważ podobało mi się, że na mnie patrzysz.
Jego oczy rozbłysły płomieniem, który przeniósł się na nią, rozgrzewając jej wnętrze do czerwoności.
- Ale czemu to miałby być problem, nie rozumiem? - spytał z pewnością siebie człowieka, który wie, czego chce, i nie ma żadnych oporów, by dążyć do celu.
Jego arogancja była wręcz fascynująca. Beatrice szczerze mu tego zazdrościła i nagle poczuła, że ma dość bycia księżniczką bez własnej woli, która założyła niewygodne pantofle, bo tak jej kazał ojciec. Ani też Królową Śniegu bojącą się własnych pragnień. Ani kobietą, która chwyciłaby się wszystkiego, byle nie wyjść poza strefę komfortu. Ani dziewczyną, która tak się bała konfrontacji, że zgodziła się przyjść na to przyjęcie, by przyciągnąć do siebie mężczyzn nie dlatego, że potrzebowała męskiego towarzystwa, lecz dlatego, że zażądał tego jej ojciec. Ale ojca tu nie było. Nie musiał wiedzieć, że poznała Masona Foxxa i co więcej - uznała go za niezwykle atrakcyjnego. Nie miało znaczenia, że jego nazwisko znajdowało się na liście ojca.
Faktem było, że Mason Foxx był pierwszym mężczyzną, który zawrócił jej w głowie. A jak miała zmierzyć się z prawdziwym życiem, jeśli nie miała nawet odwagi zmierzyć się z własnym libido?
On na pewno nie miał tego rodzaju problemów.
- Nie jest to problem. Chyba... - Usłyszała swój głos.
- Chyba? - Uniósł brew i przyglądał jej się z rozbawieniem. Beatrice uznała to spojrzenie za wyzwanie. Miała ochotę zrobić coś szokującego. Coś, co na dobre wyrzuci ją ze strefy komfortu i zrobi z niej kobietę tak odważną i interesującą jak Katie.
No dalej, zachęcała siebie w myślach.
- Nie jest to problem, jeśli ja podobam się tobie - wyjaśniła po chwili i natychmiast się wystraszyła. Może jednak przesadziła? Czy nie zabrzmiało to, jakby była skrajnie zdesperowana? Może powinna wziąć korepetycje z flirtowania, bo najwyraźniej nie potrafiła w sposób wyrafinowany rzucić się mężczyźnie w ramiona.
Rozbawienie igrające w jego spojrzeniu zgasło, ustępując miejsca czemuś bardziej ulotnemu, co jeszcze bardziej przykuło jej uwagę.
Czyżby udało się go zszokować?
Oparł dłoń na ścianie powyżej jej głowy. Spojrzenie prześlizgnęło się po jej ciele i przez chwilę miała wrażenie, że wyzwoliła w nim jakąś siłę, nad którą trudno jej będzie zapanować. Jednak to taksujące spojrzenie nie wystraszyło jej, tylko dodało animuszu, szczególnie że dostrzegła kolejny tatuaż widoczny w rozpiętym kołnierzyku, a tuż obok silnie pulsującą żyłkę. A więc nie tylko ona była podekscytowana.
Przełknęła suchość w gardle, widząc, jak mężczyzna pochyla głowę. Poczuła jego ciepły oddech na szyi.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to mam zamiar cię pocałować. Nie chyba, ale na pewno.
Zduszony śmiech wyrwał się z jej gardła. Pewność siebie, której szukała tak długo, popłynęła wartkim strumieniem przez jej organizm, odurzając ją niczym narkotyk. Uniosła dłonie i oparła je na szerokich barkach. Palce wspinały się wyżej, obejmując mocny kark.
- Jeśli chcesz wiedzieć, nie mam nic przeciwko - wyszeptała, przyciągając jego głowę jeszcze bliżej.
Zanim ich usta się zetknęły, poczuła się jak kobieta wamp.
Miękki język dotknął jej warg pieszczotliwie, a jednak władczo. Instynktownie rozchyliła usta i przywarła całym ciałem do silnej męskiej sylwetki. Głośny łomot serca wypełnił jej uszy. Całe ciało przeszedł dreszcz, a potem poczuła ciepło wypełniające jej piersi i biodra. Palce mężczyzny zanurzyły się w jej włosach, przytrzymując odchyloną do tyłu głowę. Nikt wcześniej nie całował jej z taką pasją i determinacją. Refleksja ta oszołomiła ją i przeraziła zarazem. Po chwili jednak zapomniała i o tym, odwzajemniając jego pocałunek z równym ferworem. Królowa Śniegu stopniała w ogniu pożądania.
Mason przerwał upojny pocałunek. Puls tętnił pod skórą, w żyłach płynęła czysta adrenalina. Przyglądał się ślicznej twarzy ukrytej w półmroku, a kiedy otworzyła jasnobłękitne oczy, dojrzał w nich to rozmarzenie, które zdradzało wszystko, co chciał wiedzieć. Beatrice była tak samo porażona siłą pocałunku jak on.
Najbardziej na świecie lubił, gdy ktoś go zaskakiwał, a Beatrice Medford, znana jako Królowa Śniegu, była dla niego podwójnym zaskoczeniem.
Objął dłonią jej policzek i przesunął kciukiem po alabastrowej cerze, która była tak miękka, jak sobie przedtem wyobraził. Drgnęła w jego ramionach i od razu się zarumieniła. Jej naturalność i szczerość reakcji były doprawdy ujmujące.
I choć podejrzewał, że niewinne spojrzenie błękitnych oczu było wystudiowane, to jednak odsunął tę myśl na bok.
- Masz ochotę na drinka? - spytał, głaszcząc delikatną skórę. W jego nozdrza wdarł się słodki, waniliowy zapach perfum, odurzający jak sama Beatrice. - W barze naprzeciwko - dodał.
Nie chciał zabrać jej tam, gdzie mogliby ich wszyscy obserwować. Musiał jednak ochłonąć, skoro rozebranie jej do naga na korytarzu klubu nie wchodziło w grę.
Beatrice zwilżyła usta językiem, co znów rozpaliło w nim ogień.
- Czy moglibyśmy... pójść gdzieś, gdzie będziemy sami? - spytała, a może poprosiła.
Na moment jego umysł zupełnie opustoszał. Tego się po niej nie spodziewał, ale przecież i tak była odważniejsza, niż można by sądzić po ucieczce.
- Możemy iść do mnie - zaproponował, zanim zdążył to przemyśleć. - Musiała chyba zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli znajdą się sam na sam, trudno im będzie zapanować nad tym, co właśnie zaczęli. Nawet on nie miał w zwyczaju przechodzić tak szybko do rzeczy. Ale z drugiej strony nigdy też pierwszy pocałunek nie zawrócił mu w głowie do tego stopnia. - Choć muszę cię uprzedzić, że to może być niebezpieczne - dodał, czując się w obowiązku zasygnalizować konsekwencje jej decyzji.
Popatrzyła na niego oczami wciąż zamglonymi pożądaniem.
- Tego mi właśnie trzeba - odparła półszeptem, który zabrzmiał jak obietnica zabrania go prosto do raju. Byłby głupcem, gdyby nie skorzystał.
- Rozumiem - powiedział i schylił się, by wziąć ją pod kolana.
- Co pan robi, panie Foxx? - prawie krzyknęła, ale równocześnie złapała go za szyję.
- Panie Foxx? Nie sądzisz, księżniczko, że już za późno na to, by mówić mi per pan? - zaśmiał się i ruszył przed siebie, niosąc ją na rękach.
- Mason, niech będzie. Nie musisz mnie nieść...
- Ależ muszę. Tak jest szybciej i bezpieczniej. Jesteś na bosaka - przypomniał, ciesząc się, że znalazł jakiś racjonalny argument, zwłaszcza że rozum już dawno miał przyćmiony żądzą. - Poza tym lubię, jak mnie trzymasz za szyję.
- Naprawdę? - spytała z mieszaniną zachwytu i zaskoczona. Dlaczego tak go to cieszyło? Musiała przecież udawać.
- Naprawdę. - Spojrzał na nią, oparłszy się plecami o drzwi awaryjne. Jej oczy wpatrzone były w tatuaż przedstawiający drut kolczasty. Dawniej uważał go za świetny pomysł. Potem go znienawidził, uznając za tandetny, i od paru lat nosił się z zamiarem usunięcia, ale widząc w jej oczach czystą fascynację, pomyślał, że nie ma co się z tym spieszyć.
- Nie wierć się - upomniał ją. - Nie chcę cię upuścić. Potłukłabyś całkiem zgrabny tyłeczek.
Beatrice fuknęła, ale przytrzymała się go mocniej.
Zeszli na dół i, ku poirytowaniu Masona, musieli przejść przez parkiet pełen roztańczonych gości. Po chwili zobaczył kilka wycelowanych w nich telefonów.
- Możesz mnie już puścić. - Jej głos ledwo przedarł się przez dudniące basy. Nie chciał jej puścić i udał, że nie słyszy. Wreszcie wyszli na dziedziniec przed budynkiem. Chłodne powietrze ostudziło nieco rozgrzane zmysły Masona. Po chwili podjechał czarny SUV, z którego wyskoczył chłopak z obsługi.
Mason posadził Beatrice na fotelu pasażera.
- Zapnij pasy - powiedział, nie czując zmęczenia, choć przeszedł z nią na rękach całą długość budynku. - Wyciągnął z portfela banknot pięćdziesięciofuntowy i wsunął go chłopakowi do ręki. - Dzięki.
- To ja dziękuję, panie Foxx. Miłego wieczoru.
Na pewno będzie miły, pomyślał Mason, nie mogąc się doczekać, kiedy nareszcie znajdą się w jego apartamencie. Obszedł samochód i zasiadł za kierownicą. Zaborczym spojrzeniem omiótł swoją towarzyszkę. Z jakiegoś powodu rozsadzała go duma. Beatrice wyglądała elegancko, jej jasnoniebieskie oczy były oceanem spokoju. Zatrzasnął drzwi i uruchomił silnik, próbując odzyskać nad sobą kontrolę. To nic takiego, przekonywał siebie. Jedna noc i na tym koniec.
Nie mogło być zresztą inaczej. Kobieta należała do zupełnie innego świata niż ten, z którego on się wywodził.
Wrzucił bieg i samochód ruszył z rykiem silnika.
Światła starych magazynów przerobionych na luksusowe mieszkania odbijały się w błyszczącym lakierze, gdy jechali wzdłuż rzeki. Te same budynki stały w ruinie, gdy był chłopcem, a potłuczone szyby i gruz były jego placem zabaw. Odnowione szklane fasady przypominały mu, że nie jest już tamtym nieufnym dzieciakiem, lecz zamożnym człowiekiem kontrolującym swój los.
Co z tego, że pragnął Beatrice Medford, i to bardzo... Nie znaczyło to wcale, że jej potrzebował.