Rozdział 1
Tam, gdzie głośno. Heraklion
"Zakalec, z którego należało wydłubywać weneckie rodzynki"3 - tak ocenił Heraklion polski podróżnik Jan Mar w książce Powrót do kolebki. To sformułowanie krzywdzące, ale tylko trochę. Kilka lat przed nim, tuż po wylądowaniu, zgoła inaczej widział to poeta Zbigniew Herbert: "Heraklion. Port i mury weneckie, bastiony otaczające miasto białych domów. Cisza zatrzaśniętych okiennic. Idę do miasta ulicą wiodącą pod górę, która wydaje się nieskończenie długa, choć świadectwo oczu temu przeczy. Wymiary światła zastygły i choć słyszę zgrzyt piasku pod nogami i stukot własnych kroków, nie poruszam się chyba wcale, zanurzony po głowę w upale, zatopiony w blasku. Zaczyna się bolesny ubytek realności"4.
3 J. Mar: Powrót do kolebki, Iskry, Warszawa 1986.
4 Z. Herbert: Labirynt nad morzem, "Zeszyty Literackie", Warszawa 2000.
Realny czy nie, z zakalcem czy bez - nie ominiesz Heraklionu; każdy albo tu przylatuje, albo stąd odleci, w najgorszym razie (wedle niektórych - w najlepszym) pojawi się przejazdem w drodze do Knossos lub zajrzy na parę godzin do największego na wyspie muzeum archeologicznego, pełnego minojskich cudeniek. A skoro nie da się go ominąć, zaś wielce trudny jest do pokochania, to może spróbować go trochę polubić?
Zanim zabierzesz się za wydłubywanie rodzynków, musisz najpierw do miasta dotrzeć. Dawni podróżnicy z niecierpliwością czekali na pokładzie statków, aż Kreta pojawi się na horyzoncie. Najpierw zza krawędzi świata wyrastał szczyt Idy, często ukoronowany chmurami. Dziś ciągle do Heraklionu przybijają promy z Pireusu oraz z Santorynu, ale główny szlak wiodący na Kretę to szlak powietrzny.
A zatem trzeba zacząć od lotniska. Leży przy morskim brzegu; ciemną toń widać już wtedy, gdy maszyna bierze przechył, by znaleźć się na właściwym torze do lądowania. Masa czarterów, ale i regularne, porządne połączenia z kontynentem są utrzymywane głównie przez Aegean Airlines. Kiedyś latały też linie Olympic. Konkurencja między tymi dwoma graczami bardzo opłacała się wszystkim, którzy szukali niedrogich połączeń z Aten na greckie wyspy, ale Olympic nie przetrzymał greckiego kryzysu.
Płyta lotniska w Heraklionie nie jest wielka: przejazd busem spod schodków samolotu do hali przylotów trwa dosłownie minutę. Tu przyjezdni napotykają pierwsze wąskie gardło. Tłum narasta, niecierpliwi się. Kolejki ustawiają się do toalet po lewej stronie, reszta pcha się do podajników bagażu. Do obsługi wszystkich lotów, zarówno regularnych, jak i czarterowych, muszą wystarczyć dwa konwejery. W sezonie ścisk bywa ogromny. Kto oderwie wzrok od wylotu podajnika bagażu, wpada w pierwsze reklamowe pułapki na turystów: Cretaquarium, Dinosauria Park, Watercity. Dzieciaki szarpią rodziców za rękawy - kto nie chciałby zobaczyć dinozaura (sztucznego) albo wielkiego żółwia Caretta caretta (żywego). Jest i ambitniejsza propozycja: wielki baner reklamujący muzeum Nikosa Kazantzakisa, największego spośród urodzonych na Krecie pisarzy i jednego z największych urodzonych w dwudziestowiecznej Grecji. Nawet jeśli nazwisko wydaje się obce, to na hasło Grek Zorba każdy zaczyna kiwać głową ze zrozumieniem. Dziedzictwo pisarza objawia się także na sposób komercyjny, bo widzę billboard reklamujący wodę mineralną Zaros właśnie cytatem z Kazantzakisa.
Watercity. Hm. Perwersja - w końcu Kreta, jak wiele greckich wysp, cierpi na niedobór wody. Ale nasz klient, nasz per pan. "Forget the rest & try the best" głosi hasło reklamowe. Gdzie? Anopolis. Chwila paniki - jak to, Anopolis to przecież wioska po drugiej stronie wyspy, niedaleko malowniczej Chora Sfakion. Czyżby inwazja parków rozrywki dotarła tak daleko? Wbijam w elektroniczną mapę współrzędne GPS - uff, to inne Anopolis; trzeba z Heraklionu jechać drogą na Hersonissos i potem odbić w prawo. O, jest i ulotka! Posępny Posejdon z harpunem i wesoły turysta z nadmuchiwaną oponką o średnicy metra. Rozglądam się dookoła. Niektórzy klienci biur podróży swoje oponki mają ze sobą. Wokół pasa. I nie trzeba ich nadmuchiwać. Są takie, które może i mają metr średnicy.
Wodnej perwersji ciąg dalszy - tutaj reklamy wzywające do pluskania się w niezliczonych basenach i na wodnych zjeżdżalniach, a w toaletach niebieskie świnki przyklejone do ściany pod lustrami przy umywalkach ze smutną miną i komunikatem: "Water is too precious to waste!".
Ludzka rzeka wirująca wokół dwóch podajników bagażu przy wyjściu rozdziela się na strumyki zarządzanymi dalej przez przewodników i opiekunki grup z nieodłącznymi plastikowymi podkładkami, do których przypięto dokumenty. Podkładki są oczywiście firmowe, żeby z oddali było widać logo. W XXI wieku porozumiewamy się głównie przy pomocy obrazków.
Jedno z rosyjskich biur podróży wykupiło reklamy na automatycznych drzwiach lotniska - tak przynajmniej było w sezonie 2016 - ale inne rzeczy nie zmieniają się w ogóle, jak choćby wyglądające wyjątkowo staromodnie gabloty z lokalnymi produktami kreteńskich rolników i sadowników. Jedną dojrzycie w hali przylotów, po drugiej stronie stanowisk odbioru bagażu, druga znajduje się w hali odlotów. Czym chwali się Kreta? Oliwa, mydełka z oliwą, kosmetyki z oliwą, wino, raki. Żadnych niespodzianek.
Lotnisko w Heraklionie - w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto traficie właśnie tu. Co dalej? Zorganizowane grupy przesiadają się do firmowych autokarów, ja wędruję w kierunku przystanku. Znajduje się kilkadziesiąt metrów od wejścia do hali odlotów, więc kierujcie się na niewielkie rondo za postojem taksówek. Kilka autobusów nagrzewa w słońcu blachy. Jest napis "Bus station", jest kiosk z biletami. Sprzedawca dyskutuje z kierowcami szukającymi cienia. Nie zgubicie się.
Kilka miejskich linii odjeżdża z lotniska i niemal wszystkie jadą przez centrum, ale na wszelki wypadek warto się upewnić przed wejściem do pojazdu. Jazda trwa kwadrans, dwadzieścia minut, czasem dłużej, jeśli trafiliśmy na godziny szczytu. Po obu stronach niska zabudowa, zwyczajne przedmieścia: salony samochodowe, sklepy z AGD, kawiarnie, pizzerie, tu fryzjer, tam gabinet kosmetyczny. Sklepy i zakłady usługowe z dumą prezentują swoje wnętrza - szklana ściana od ulicy to norma.
Greckie miasta wyglądają podobnie, białe graniaste budynki, parę kondygnacji, płaskie dachy, z których często wystają druty zbrojące beton, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będzie trzeba dobudować kolejne piętro. Nie mówię tu kwartałach zabytkowych, tylko o tak zwanej codzienności, która nas otacza. Grecja to nie jest kraj dla miłośników drapaczy chmur, za duże tu zagrożenie trzęsieniami ziemi, więc zabudowa wszędzie jest mało imponująca. Złośliwi mówią, że przez to całe Ateny wyglądają jak jedno wielkie przedmieście. Coś w tym jest. A Heraklion wygląda jak przedmieście przedmieścia Aten.
Na poboczach sznury zaparkowanych na wariata samochodów, motocykli, skuterów. Sztuka jeżdżenia "na lakier" to podstawowa umiejętność, którą musi opanować kierowca w Grecji. No i potrzebny jest luz, kiedy zatrzymujesz pojazd, bo ktoś zostawił swój na światłach awaryjnych na środku drogi i poszedł kupić kawę. Nie ma się co denerwować, zaraz wróci, a kiedyś i ty będziesz w potrzebie - nie miej wówczas skrupułów, zaciągnij ręczny, włącz awaryjne, a kiedy ktoś zacznie trąbić, uspokajająco pomachaj ręką: "okej, po co się tak gorączkować!". I idź po kawę.
Wreszcie autobus pokonuje podjazd i kilka ostrych zakrętów, po czym wjeżdża na poziom centrum. Oto plac Eleftherias, tyleż obszerny, co wielofunkcyjny. W ciągu dnia stoją tu sprzedawcy kwiatów w doniczkach, sadzonek i innego zielonego tałatajstwa, czasem ktoś z używanymi książkami. Wieczorem masa tu ludzi, głównie młodych, bo to wygodne miejsce spotkań: łatwo dojechać, a do popularnych knajp niedaleko. Na rogu kinoteatr, który oprócz wyświetlania filmów udostępnia również scenę śpiewakom i kabareciarzom, więc kiedy przyjeżdża jakaś gwiazda, na placu robi się naprawdę tłoczno. Ale byłem też świadkiem oficjalnych uroczystości z okazji dnia Ochi (narodowe święto Grecji, 28 października; premier Grecji powiedział tego dnia "ochi!", czyli "nie!", niemieckiemu ultimatum). Stała tu wówczas mała trybuna, były parady, orkiestra, wywiady telewizyjne z weteranami wojny (Kreta ma kilka lokalnych kanałów), honorowe warty Kreteńczyków w tradycyjnych strojach.
Nawet ci, którzy kompletnie nie są zainteresowani Heraklionem, i tak wylądują na placu Eleftherias, bo tuż obok znajduje się słynne Muzeum Archeologiczne. Obok niego, nieco w głębi uliczki po prawej stronie kryje się parking dla autokarów, więc jeśli przybywacie do Heraklionu z grupą zorganizowaną, to zapewne zostaniecie wysadzeni właśnie tu. Kto przyjechał samodzielnie, autobusem międzymiastowym, ten od dworca znajdującego się pod murami będzie musiał jeszcze kawałek podejść. Kto jedzie autobusem miejskim z lotniska, może podjechać jeszcze przystanek i wysiąść obok hotelu El Greco, skąd jest kilka kroków do słynnej fontanny Morosiniego.
Autobus jedzie ulicą Dikeosinis. Obszar na północ od niej - czyli w kierunku morza - to najchętniej odwiedzana i najciekawsza część miasta. No i strefa piesza, przy czym pierwsza równoległa uliczka - Dedalou - to ulubione miejsce zakupów. Są tu sklepy międzynarodowych gigantów (jak Zara), są cenione włoskie marki średniej klasy (jak Carpisa, producent torebek i walizek), są oczywiście i greckie firmy, jak choćby Skondras, reprezentowany przez salon swojej bardziej młodzieżowej i tańszej linii produktów sprzedawanej pod szyldem Fullah Sugah. Buty, marynarki, koszule, sukienki, paski, ale także trochę pamiątek i całkiem niespodziewanie sklep ze starociami, który widziałem po raz pierwszy w 2002 roku. Nie zmienił lokalizacji i nie zmieniło się też jedno - prowadzi go siwiuteńki Kreteńczyk, obok którego nigdy nikogo w środku nie widziałem, więc pewnie handel oryginalnymi ikonami oraz srebrnymi papierośnicami odbywa się na zapleczu (taki żart).
Za ulicą Dedala - właściwie deptakiem - jest niewielki labirynt knajp, kawiarni i barów, jak bardzo popularnych, zrozumiecie dopiero wtedy, gdy wybierzecie się na spacer o północy. Prawdziwe życie zaczyna się tutaj po zmroku i zaułki wyglądające w ciągu dnia na wymarłe zapełniają się wtedy głośnymi ludźmi, którzy świetnie się bawią. Efekt magicznej różdżki jest pogłębiony przez fakt, że restauratorzy do perfekcji opanowali sztukę zwijania interesu - dosłownie. Kiedy idziemy więc sobie taką uliczką, powiedzmy o jedenastej przed południem, to widzimy jedynie ciemne wnętrza zamkniętych knajp, a w tych wnętrzach piętrzące się krzesła i stoliki. Wokół hula wiatr, ulotki smętnie wiszą na murach, wałęsają się psy.
Wieczorem - pstryk, magia! Stoliki są poustawiane tak ciasno, że trudno się przecisnąć, muzyka łupie, tłum szaleje, na latarniach wiszą łańcuchy lampek, jacyś faceci brzdękają na gitarach, tu ktoś tańczy, tam ktoś podśpiewuje, a obok widzimy żywy dowód na to, że sześć osób pochylonych nad mikroskopijnym stolikiem może jednocześnie gestykulować z prędkością stu machnięć na minutę, a mimo to nie wydłubać sobie nawzajem oczu trzymanymi między palcami papierosami.
Deptak Dedala prowadzi od placu Eleftherias do fontanny Morosiniego, która jest z kolei ulubionym punktem orientacyjnym turystów. A ponieważ to także jedna z najczęściej kojarzonych z miastem atrakcji, to też powszechnie odwiedzane miejsce, więc dosłownie każdy metr, jak okiem sięgnąć, jest zagospodarowany przez knajpy, kawiarnie, lodziarnie, pizzerie i kebaby. A fontanna na tle tego kolorowego szajsu wygląda dziwnie licho: weneckie kamienne lwy powinny budzić podziw swą posturą i groźnymi minami, tymczasem robią wrażenie, jakby chciały z podkulonymi ogonami dokądś czmychnąć.
Spod fontanny Morosiniego długim deptakiem zejdziemy wprost ku morzu (ulica 25 Augustou), mijając kilka zabytków, plac z kościołem Świętego Tytusa, siedzibę Minoan Lines i wiele sklepów, które im bliżej weneckiego portu, tym częściej zamieniają się w typowo turystyczne szwarc, mydło i powidło.
Plac wokół fontanny nosi oficjalnie imię Eleftheriosa Wenizelosa - jak wszystko, co ważne na Krecie. Wenizelos to rodowity Kreteńczyk, którego przodkowie pojawili na wyspie pod koniec XVIII stulecia - uciekli przed tureckimi represjami z Peloponezu, a dokładnie z Mistry, ostatniej stolicy Bizancjum. Wenizelos to absolutnie kluczowa postać w dziejach Krety pierwszej połowy XX stulecia. Jest bohaterem najczęściej upamiętnianym nazwami ulic i placów, pomnikami i popiersiami. Ale to także gigant polityki greckiej w ogóle - wielokrotny premier rządu, uczestnik pokojowej konferencji w Paryżu w 1919 roku, gdzie walczył o interes odradzającej się Grecji równie skutecznie, jak Roman Dmowski o interes Polski.
"Miał głos prawnika: łagodny, precyzyjny, opanowany, bez zbędnych emocji" - tak o nim pisał jego angielski biograf Andrew Dalby. "Posługiwał się greką klasyczną w gramatyce i nieco pedantyczną w doborze słów. Prócz greki władał niemieckim i angielskim, ale wolał francuski"5. Świetnie odnajdywał się wśród mężów stanu innych nacji, mówił rozsądnie, śmiał się przyjacielsko, a spojrzenie zza złotych binokli miał nieco nauczycielskie. Posiadał także inną, surowszą twarz. W 1933 roku polski reporter Konrad Wrzos, który przeprowadził serię wywiadów z Wenizelosem, podkreślał, że "nie umiał przebaczać - 9 razy rządził Grecją i 8 razy dokonywał rewolucji. Za każdym razem wyrównywał swe rachunki z przeciwnikami. Aż stał się tułaczem, uznanym za wroga państwa"6. Wrzos trochę koloryzuje, Wenizelos jako premier rządził Grecją tylko siedem razy (ładne "tylko"!). Pozostałe funkcje pełnił w rządzie niepodległej Krety. Był zresztą architektem niezależności wyspy, a potem także tym, który pracował na rzecz przyłączenia jej do Grecji. Bez wątpienia to postać godna osobnej książki i szkoda, że taka jeszcze w języku polskim nie powstała.
5 A. Dalby: Eleftherios Venizelos: Greece, Haus Publishing, London 2010.
6 K. Wrzos: 11 głów narodów i armii, Towarzystwo Wydawnicze Rój, Warszawa 1938.
W Heraklionie wielki pomnik Wenizelosa stoi po wschodniej stronie placu Eleftherias. Spod niego wyruszam na spacer, idąc pod prąd wszelkich turystycznych rekomendacji. Nie polecam go na pierwsze spotkanie ze stolicą Krety, ale z perspektywy czasu uważam, że jest bardzo pouczający.
Spacer to wycieczka po weneckich murach, czyli okrążenie miasta, by z nieco innej strony spojrzeć na jego topografię.
Na planie stary Heraklion otoczony weneckimi murami wygląda jak połówka cytryny - została rozcięta nierówno od góry morskim brzegiem, a na dole mamy ogonek, czyli przyklejony do murów niewielki stadion. Pierwsi murami opasali miasto Bizantyjczycy, którzy władali Kretą przez pięć stuleci; kilka wieków po nich do pracy zabrali się nowi władcy, Wenecjanie, który zaczęli w XV stuleciu i skończyli po niemal stu latach.
Spacer najłatwiej zacząć od pomnika Narodowego Oporu, który stoi przy alei Dimokratias, niemal naprzeciw pomnika Wenizelosa, o którym już wspomniałem (cały czas znajdujemy się tuż przy placu Eleftherias). Tak dostaniemy się na bastion Vittouriego. Ponieważ jednak kiedyś już go odwiedziłem, wybieram inną drogę - wychodzę z placu Elefhterias ulicą Pediados, kierując się najpierw ku murom, a potem wzdłuż nich. Bardzo szybko trafiam do zupełnie innego Heraklionu niż ten z turystycznego centrum. Znikają sklepy, zostają tylko budynki mieszkalne; droga robi się wąska, na szerokość jednego samochodu, a domy po mojej lewej, wrastające w dzikie chaszcze rosnące u stóp weneckich murów, często są opuszczone. Tu żadna galopująca XXI-wieczna nowoczesność nie dotarła. Tak ów zaułek musiał wyglądać i pięćdziesiąt lat temu, w czasach drucianych anten telewizyjnych. Niektóre domy to po prostu ruiny, straszące ciemnymi wyrwami okien. Pusto. Nieliczni napotkani miejscowi patrzą na mnie z mieszaniną zdumienia i podejrzliwości.
I nagle pstryk, znowu zmiana tonacji, ponownie jestem w środku ruchliwego miasta, bo wyszedłem z Pediados na róg ulicy Evansa. Po lewej stronie wielka brama w murach, pieczołowicie odrestaurowana. Tędy wyjeżdżało się na drogę wiodącą ku południowym brzegom wyspy. To New Gate, zwana też Jesus Gate, od nazwy bastionu Jezusa, a w niej wielka przestrzeń wystawowa, która akurat teraz (jesień 2016 roku) jest wypełniona planszami upamiętniającymi Nikosa Kazantzakisa. Wystawa nosi tytuł Moja Odyseja. Zaglądam. Jestem jedynym gościem. Pilnujący wnętrz Grecy mają przewagę: jest ich sześciu plus pies - wielki złoty labrador leżący na kamiennej posadzce. Pies ziewa. Nawet łba nie chce mu się podnieść na mój widok.
Na planszach zdjęcia, fragmenty z książek, cytaty z listów. "Staram się odtworzyć Heraklion z moich dziecięcych lat" - mówi pisarz o powieści Kapetan Michał. Są i egzemplarze książek na małych pulpitach, można przejrzeć, poczytać. Osobno wyeksponowano okładki książek Kazantzakisa wydanych w innych językach. Szukam polskich śladów - jest! Pierwsze wydanie Biedaczyny z Asyżu, pierwsze wydanie Greka Zorby z charakterystycznym czarno-białym zdjęciem twarzy Anthony'ego Quinna. Wszędzie opisy po angielsku - nasi organizatorzy rozmaitych wystaw upamiętniających polskich pisarzy mogliby się podszkolić i o tym pamiętać. Na drugim końcu wielkiego pomieszczenia drewniane krzyże, teatralne rekwizyty z przedstawienia wedle prozy Kazantzakisa.
Żegnam wystawę, wychodzę, skręcam na schody wiodące na mury. Cóż to zresztą za mylące sformułowanie - to nie są zwykłe mury, to murzyska, grubaśne pasy umocnień, co da się ocenić dopiero wtedy, kiedy jesteśmy na górze i widzimy, że są niemal szerokości autostrady. Przy bastionie Jezusa wielki parking; na murze wita mnie wymazany czarnym sprayem napis: "Close borders for tourists, open borders for refugees" - "Zamknijcie granice dla turystów, otwórzcie dla uchodźców". Na razie jednak granice dla turystów są otwarte. Mogę iść dalej.
Krótko o uchodźcach - Kreta nie ucierpiała jeszcze w wyniku ostatnich migracji. Nie leży na głównym szlaku przerzutowym przez Kos czy Lesbos, do których docierają duże grupy migrantów próbujących dostać się do Europy przez Turcję. Daleko na zachód od niej leży drugi szlak ucieczek, czyli przeprawa z Tunezji i Libii ku wyspom Lampedusa i Malta, ku ostatecznemu celowi, jakim jest Sycylia. Najczęściej uciekinierzy trafiają tu przypadkiem. Pierwsza duża grupa (113 osób, w większości Afgańczyków) przybiła do brzegów Krety pod koniec maja 2016 roku. Żeglowali z tureckiej Antalyi ku Włochom, ale wiatr i prądy zniosły ich w kierunku Krety, na której wylądowali w prefekturze Sitia, na jednej z plaż północno-wschodniego wybrzeża. Przerzut był organizowany przez przemytników z Chorwacji i Czarnogóry, których zresztą aresztowała grecka policja. W tym samym czasie w innym miejscu wylądowała grupa 64 uciekinierów, w tym 17 dzieci. To wszystko niewielka kropla w milionowym strumieniu.
Na Krecie nie ma squatów zajętych przez nielegalnych imigrantów, co jest zmorą wielu dużych miast Grecji kontynentalnej, przede wszystkim Aten. Nie ma armii sprzedawców podrabianych torebek i perfum, która otoczy was, gdy tylko postawicie stopę w Pireusie (armii zorganizowanej zresztą przez przestępcze podziemie, które z uciekinierów uczyniło niekończący się rezerwuar taniej siły roboczej). Na ulicach Heraklionu turystów zaczepiają kolorowo ubrane śniade kobiety, ale to nie efekt kryzysu syryjskiego, tylko napływu na Kretę zarobkowych emigrantów z Bałkanów, w tym wielu Romów. Na portfele i telefony trzeba uważać tak jak wszędzie, a najbardziej uciążliwym zjawiskiem oprócz prostego żebractwa jest wciskanie turystom kwiatów - niby za darmo, bo miło wyglądają, a po minucie powrót z żądaniem zapłaty "za sprzedane bukiety".
Władze Krety doskonale wiedzą, jak wielką część dochodów wyspy generują turyści (zresztą większość tej kwoty Kreta musi transferować do Aten) i pamiętają o turystycznej katastrofie, jaka dotknęła greckie wysepki w pobliżu tureckiego brzegu. Nikt tu nie chce powtórki, nikt nie wyczekuje przybyszów ani nie zamierza im pobłażać. Biznes musi się kręcić.
Na razie to ja się kręcę po weneckich murach wokół Heraklionu. Kapitalny stąd widok na masyw Idy, ale turystów jak na lekarstwo; widać, że umocnienia służą głównie miejscowym - w małym parku na ławeczce siedzi para emerytów, tam dziewczyna przypięta słuchawkami do smartfona zawzięcie oddaje się joggingowi. Następny punkt spaceru to bastion Martinengo. Gigant. Tak duży, że jego część oddano dekady temu w użytkowanie lokalnemu towarzystwu lekkoatletycznemu, które po wschodniej stronie postawiło stadion. Kto ciekaw weneckich korytarzy, może zejść do tunelu Makasi, mnie jednak ciągnie w górę, na szczyt. To właśnie tutaj, pośród drzew i kwiatów, wewnątrz kwadratu wyznaczonego przez schludnie utrzymaną alejkę, spoczywa Nikos Kazantzakis.
Grobu na niskim kamiennym podwyższeniu strzeże prosty krzyż. Widok otwiera się na góry i morze, a w oddali widać drogę ku Agia Pelagia. Samego kurortu nie dojrzycie, bo jest schowany za cyplem, ale widać maleńkie zabudowania miejscowości Padanassa i Paleokastro (nie mylić z miastem o tej samej nazwie po drugiej stronie wyspy).
Kazantzakis ciężko zachorował podczas jednej ze swych podróży na Daleki Wschód. Przewieziony do Europy, zmarł we Freiburgu 26 października 1957 roku. Jego doczesne szczątki przewieziono najpierw do Aten, a potem na Kretę.
"5 listopada wszystko w Heraklionie zamarło. Flagi opuszczono do połowy masztu. Tysiące ludzi zgromadziły się na ulicach, by pożegnać pisarza" - pisze Litsa Chatsopolu. "Na przedzie konduktu żałobnego idą studenci niosący egzemplarze jego książek, na samym przedzie z poematem "Odyseja". Trumna przewożona jest na lawecie, pogrzeb odbywa się z zachowaniem wszelkich zasad ceremoniału państwowego"7. Potem mężczyźni ubrani w tradycyjne kreteńskie stroje wnoszą trumnę na szczyt bastionu Martinengo. Na grobie pisarza pojawi się jego własne zdanie: "I hope for nothing. I fear nothing. I'm free". "Nie mam na nic nadziei. Niczego się nie obawiam. Jestem wolny". To cytat z eseju metafizycznego Sztuka ascezy: zbawcy Boga, wydanego w 1923 roku (polskie wydanie - 1993). Esej jest kluczowy dla zrozumienia pisarstwa Kazantzakisa, a sam autor zwykł mawiać, że to z tych kilkudziesięciu stron wykiełkowały wszystkie idee, które znaleźć można w jego książkach.
7 L. Chatsopolu: Kazantazkis Through the Museum Collections, Nikos Kazantazkis Museum 2008.
Na południowym skraju porośniętej gęstą trawą kwatery, w cieniu drzew widać osobny grób. Tu spoczywa żona Kazantzakisa, Eleni. Przeżyła go o prawie pół wieku. Zmarła w 2004 roku.
Idę dalej. Kolejny bastion - Betlejemski. I kolejny stadion za murami. Miasto nie opierało swej obrony jedynie na tych głównych umocnieniach: po drugiej stronie murów ciągnęły się forty i rowy. Ich pozostałości zniknęły po drugiej wojnie światowej. Heraklion rozbudowywał się zbyt szybko, by zajmować się ich ocalaniem.
Wreszcie Chania Gate. Z góry patrzę po raz pierwszy na ulicę, którą nieraz opuszczałem stare miasto, idąc do dworca autobusowego B. Po minięciu bramy docieram do bastionu Pantokratora. Czterokilometrowy spacer kończy się w bastionie Świętego Andrzeja, zwanym czasem bastionem Ducha Świętego, od małego kościoła z czasów weneckich (stał już poza murami). Wczytuję się w tablicę informacyjną - tu upamiętniono postać niesławną, niejakiego Andreasa Barotsisa, który zdradził pobratymców i Turkom oblegającym miasto w 1669 roku wskazał najsłabszy punkt obrony. Kiedyś bastion wraz z fortami wspierał się o morski brzeg, teraz od wody oddziela go nowa droga. Nic to. Uparłem się, że obejdę całe stare miasto, i zrobię to!
Idę zatem wzdłuż morza, powracając do najpopularniejszej wśród turystów części Heraklionu, to znaczy ku weneckiemu portowi u stóp starówki, gdzie na krańcu długiego cypelka stoi wenecka twierdza, za czasów italskich panów zwana Rocca a Mare albo Castello a Mare, a od czasów tureckiej okupacji już tylko Koules. To żelazny punkt zwiedzania. Kolekcja zdjęć bez Koules jest po prostu nieważna. Znów potężne, grube mury i chłodne kamienne wnętrza. Rozrzucone tu i ówdzie kule armatnie i działa. W niektórych miejscach światło wpada gdzieś od góry. Wygląda to jak plan Piratów z Karaibów albo serialu Piraci. Filmowcy doceniają urok miejsca: to właśnie w starym weneckim porcie Heraklionu kręcono między innymi grecki film biograficzny El Greco (2007); z wnętrz twierdzy korzystał także Franco Zeffirelli podczas zdjęć do ekranizacji opery Verdiego Otello (1986). "Bevi, bevi, bevi con me!" - tak, to dobre miejsce do takiego podśpiewywania. (Przy okazji - zbudowany na potrzeby filmu galeon wciąż istnieje i cumuje w Marsylii).
Ale to nie koniec wielkiej pętli. Mijam wenecki port, przechodzę przez małe rondo, kroczę wzdłuż budynku dworca autobusowego A - do miejsca, z którego wyruszyłem, wciąż mam jeszcze kawałek. W porcie promowym czeka już pływający potwór, gigantyczna jednostka Minoan Lines, wielopiętrowa, wypluwająca z wnętrzności ciężarówki niczym pestki. Można było wcześniej iść w górę ulicą Bofor, mijając kolejne boisko, do koszykówki, w bastionie Sampionara, ale ja tym razem obchodzę umocnienia dołem, więc skręcam dopiero w ulicę Efesou, tuż przed kortami tenisowymi, i maszeruję u podnóża murów. To nie był dobry pomysł. Widać, że ten kawałek dzikiego parku umiłowali sobie zwolennicy zaprawiania się tanimi alkoholami, a i pozostałości innego rodzaju rozrywek się tu znajdzie. Przyspieszam, wspinam się po schodkach na ulicę Ikara i już po chwili znów jestem przy Muzeum Archeologicznym, czyli widzę przed sobą plac Eleftherias.
Z poradnika podróżnika: jeśli czas was goni albo niespecjalnie kręcą was stare umocnienia, powinniście oszczędzić sobie takiej wyprawy. Ale na pewno warto zboczyć z głównych tras turystycznych w centrum, by wspiąć się na bastion Martinengo i zobaczyć grób Kazantzakisa.
Z weneckich murów Heraklionu można ujrzeć to, czego z poziomu ulic nie zobaczycie - że to współczesne miasto, ten "zakalec, z którego należy wydłubywać weneckie rodzynki", jest fantastycznie położony, bo kiedy widoku nie zasłaniają ciasno stojące budynki, panorama wzgórz od południowego wschodu i gór, z Idą na czele, od południowego zachodu, jest imponująca. Zignorujcie morze brzydkich przedmieść. Popatrzcie, jak układa się linia horyzontu, popatrzcie na brzeg morza, dostrzeżcie kształt wielkiej zatoki.
Spojrzenie z bastionu Martinengo pozwoli także dostrzec, że starówka leży na zboczu, że wypiętrza się od poziomu morza, a różnica wysokości jest wyraźnie zauważalna - oczywiście będziecie tego świadomi, jeśli macie za sobą spacer deptakiem od starego portu do fontanny Morosiniego, ale właściwą skalę ujrzycie dopiero z południowych murów. Resztę informacji przydatnych do tego, by wyobraźnia pracowała jak należy podczas układania sobie w głowie pejzażu weneckiego miasta, znajdziecie w Muzeum Historii Krety, dzięki wielkiej makiecie miasta (wówczas znanego jako Kandia) pokazującej jego kształt w 1645 roku.
Wenecjanie decydowali o obliczu Krety przez pięć stuleci; pierwsi koloniści przybyli w roku 1211, a w ręce tureckie wyspa wpadła ostatecznie na przełomie XVII i XVIII stulecia. W czasach weneckich Kreta dzieliła się na cztery kasztelanie: Chania, Rethymnon, Kandia (Heraklion) i Sitia. By uniknąć niepotrzebnej konfuzji, gdy przyglądamy się w tutejszych muzeach rozmaitym rycinom z tamtych czasów: te opisane "La Canea" przedstawiają Chanię; te z nazwą "Candia" miasto znane dziś jako Heraklion. Łatwo się pomylić.
Niewiele zostało po Wenecjanach we współczesnym ruchliwym i, przyznajmy szczerze, dość brzydkim mieście, oprócz murów i bastionów oraz fortecy i ruin przy starym porcie. Wspomniana fontanna Morosiniego, której dzieje są dużo ciekawsze, niż można podejrzewać, spoglądając na intrygujące płaskorzeźby, to zakończenie wielkiego akweduktu, którym z odległych wzgórz doprowadzono wodę do miasta cierpiącego dotkliwie na jej niedobór. Historia zachowała nazwiska jej budowniczych. Prace nadzorował generał Francesco Morosini, ale czarną robotę wykonali inżynierowie: Francesco Basilicata, Rafaello Monnani i Zorzi Corner.
Co dalej? Kilka pomniejszych fontann: Sagredo, Bembo, Priuli. Trudna do przegapienia bryła weneckiej loggii, dawnego miejsca spotkań weneckich wielmożów (po prawej stronie, gdy maszerujemy od fontanny w stronę portu). Kościół Świętego Marka (w czasach weneckich katedra), który dziś jest galerią sztuki, kościół Świętego Tytusa, spośród lokalnych świątyń robiący chyba największe wrażenie (prócz prawosławnej katedry Świętego Menasa), ale nie został przez Wenecjan zbudowany, tylko przejęty po Bizantyjczykach i przerobiony na nową modłę. Wokół Muzeum Archeologicznego widać odkopane mury klasztoru Franciszkanów, który stał kiedyś w tym miejscu. Niewiele więcej. Zainteresowanych tematem odsyłam do ciekawej książki Michele Buonsantiego i Alberty Galli Candia Veneziana, którą można na Krecie kupić między innymi w wersjach angielskiej i niemieckiej. Drogo, ale za bzika się płaci. W tym przypadku 20 euro.
Kto jednak jest ciekaw pozostałości po weneckich czasach, pojedzie przecież wprost do Wenecji i zanurzy w chwale Republiki Świętego Marka. To nie Wenecjanie są głównym powodem, dla którego turyści ciągną do Heraklionu i pobliskiego Knossos. To Minojczycy. Dlatego niezależnie od tego, czy macie na odwiedzenie stolicy wyspy trzy dni, czy trzy godziny, jest tylko jedno miejsce, którego nie możecie ominąć - to Muzeum Archeologiczne w Heraklionie.
.
.
.
...(fragment)...
Całość dostępna w wersji pełnej