Kresy i bezkresy II - Jadwiga Czechowicz

Kup ebooka

24.90 zł
20.67 zł (21,17 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

  

Pod ścia­ną domu, na sta­rej ła­wie sie­dzia­ła za­my­ślo­na Pau­li­na. Po­cho­wa­ła w mi­nio­nym ty­go­dniu swo­je­go uko­cha­ne­go męża Jó­ze­fa, te­raz musi na­uczyć się żyć bez nie­go. W ser­cu czu­ła opu­sto­sza­łe miej­sce, a w nim ogrom­ną bo­leść. Bo­la­ła tę­sk­no­ta, bo­lał brak obec­no­ści fi­zycz­nej i tyl­ko mi­łość do męża da­wa­ła jej moż­li­wość ży­cia z na­dzie­ją na spo­tka­nie w przy­szło­ści... na spo­tka­nie w nie­bie. Od wczo­raj ko­bie­ty pa­ko­wa­ły skrzy­nię z wy­praw­ką dla Edzi. Edwar­da już dzi­siaj wy­jeż­dża do Tau­ści­cy1, gdzie za­miesz­ka ze swo­im mę­żem Wi­tol­dem. Była w skrzy­ni prze­pięk­na ha­fto­wa­na po­ściel, ob­ru­sy i kapy do przy­kry­cia łó­żek. Edwar­da naj­bar­dziej była dum­na ze swo­jej pra­co­chłon­nej na­rzu­ty, któ­rą uda­ło jej się skoń­czyć do­pie­ro nie­daw­no. Ca­łość pra­cy po­le­ga­ła na sple­ce­niu czar­nej siat­ki i two­rze­niu ko­lo­ro­we­go wzo­ru na po­szcze­gól­nych oczkach.

- Ma­mu­siu, czy ja so­bie po­ra­dzę? - szep­nę­ła wy­raź­nie prze­ję­ta Edzia. Przy­sia­dła przy mat­ce i spló­tł­szy dło­nie wy­glą­da­ła jak­by się mo­dli­ła.

Pau­li­na zer­k­nę­ła na Edzię wzru­szo­na. Nikt tak jak ona, mat­ka, nie znał cór­ki. Za­wsze była ci­cha i spo­koj­na. Ni­g­dy nie stwa­rza­ła żad­ne­go pro­ble­mu, a na jej po­moc każ­dy mógł li­czyć. Po mat­ce odzie­dzi­czy­ła spo­kój i ma­ło­mów­ność, a po ojcu wiel­kie i szcze­re ser­ce.

- Je­dzie, je­dzie! - za­wo­ła­ła Ja­dzia, któ­ra sto­jąc przy bra­mie ocze­ki­wa­ła na Wi­tol­da i wła­śnie za­uwa­ży­ła, że się zbli­ża.

Gło­śny okrzyk Ja­dzi po­de­rwał z drzew szpa­ki. Edzia po­my­śla­ła, że i ona od­la­tu­je, jak te pta­ki. Bała się no­we­go ży­cia, nie umia­ła wy­obra­zić so­bie, ja­kie ono bę­dzie.

Jesz­cze ro­zej­rza­ła się wo­kół, roz­ko­szu­jąc kwiet­ny­mi za­pa­cha­mi, ale wie­dzia­ła, że to już czas, nad­cho­dzi już czas jej od­jaz­du z ro­dzin­ne­go domu.

Sły­chać było zbli­ża­ją­cy się tuż tuż tę­tent koni i wia­do­mo było, że chwi­la wy­jaz­du zbli­ża się nie­uchron­nie. Edwar­da przy­tu­li­ła się do Pau­li­ny i uca­ło­wa­ła jej dło­nie.

- Ma­mu­siu, ja Ma­mu­si za wszyst­ko dzię­ku­ję, ser­decz­nie dzię­ku­ję. Obie­cu­ję przy­jeż­dżać i po­ma­gać, jak tyl­ko będę mo­gła. Ko­cham was wszyst­kich i będę za wami tę­sk­nić.

Pau­li­na otar­ła łzy le­ją­ce się po po­licz­kach cór­ki i ze wzru­sze­niem po­wie­dzia­ła:

- Niech Was Pan Bóg bło­go­sła­wi i strze­że, có­recz­ko ko­cha­na.

Na po­dwó­rze za­je­cha­ła brycz­ka po­wo­żo­na przez Wi­tol­da. Obok po­jaz­du na ko­niu je­chał Sta­ni­sław, młod­szy brat Wit­ka. Brycz­ka mia­ła drew­nia­ną, że­ber­ko­wą za­bu­do­wę, wy­ple­cio­ną we­wnątrz wi­kli­ną. Cały wa­sąg miał dwa sie­dzi­ska - jed­no z opar­ciem, a dru­gie bez. Wóz był dłu­gi i swo­bod­nie oprócz pa­sa­że­rów mógł po­mie­ścić ba­ga­że.

- Wi­taj­cie pa­no­wie! Gość w dom, Bóg w dom! Za­pra­sza­my na po­czę­stu­nek - za­wo­ła­ła z pro­gu Pau­li­na.

Mło­dzi męż­czyź­ni, za­chę­ce­ni sło­wa­mi go­spo­dy­ni, we­szli do domu i za­sie­dli przy sto­le.

Pau­li­na przy­go­to­wa­ła się na przy­jazd go­ści. Po chwi­li na sto­le zna­la­zło się kwa­śne mle­ko, a do nie­go ziem­nia­ki okra­szo­ne skwar­ka­mi z bocz­ku. Póź­niej dziew­czy­ny, Edzia i Ja­dzia, przy­nio­sły pie­czo­ne­go kur­cza­ka na­dzie­wa­ne­go ma­ka­ro­nem z po­dro­ba­mi i jaj­ka­mi (spe­cjal­ność Pau­li­ny), a na de­ser była bab­ka. Pa­no­wie wy­glą­da­li na za­do­wo­lo­nych z po­czę­stun­ku i to­czy­li roz­mo­wę z pa­nią domu, któ­ra uśmie­cha­ła się ła­god­nie, słu­żąc z od­da­niem go­ściom. Choć prze­ży­wa­ła nie­daw­ną śmierć męża i wy­jazd cór­ki, to nie da­wa­ła tego po so­bie po­znać.

Mo­ment po­że­gna­nia nad­szedł. Ko­bie­ty tu­li­ły się do sie­bie, ro­ni­ły łzy, a męż­czyź­ni do­przę­gli dru­gie­go ko­nia i uło­ży­li ba­ga­że w brycz­ce.

   

Zda­wa­ło się, że chwi­la roz­sta­nia z ro­dzin­nym do­mem od­cią­gnie się i po­trwa dłu­żej, ale już... już... je­cha­ła Edwar­da do Tau­ści­cy.

Nie pa­trzy­ła na oko­li­cę, nie wi­dzia­ła bo­cia­nów kro­czą­cych po łące i szu­ka­ją­cych żab. Nie sły­sza­ła po­szu­mu mło­dziut­kich li­ści bia­ło-czar­nych brzóz, ani nie do­strze­ga­ła nie­zwy­kłe­go pięk­na mi­ja­nej wio­sen­nej przy­ro­dy.

Ko­nie wje­cha­ły w dro­gę po­mię­dzy igla­sty­mi świer­ka­mi i so­sna­mi. Nie bra­ko­wa­ło tam rów­nież da­gle­zji o gład­kich pniach, ani mo­drze­wi z de­li­kat­ny­mi pęcz­ka­mi igie­łek. Lasy po­zwo­li­ły to­czyć się dro­dze prze­smy­kiem, aby po chwi­li otwo­rzyć się na szer­szą prze­strzeń. Z le­wej stro­ny, na po­cząt­ku te­re­nu wśród la­sów, po prze­ciw­nej stro­nie rzecz­ki, znaj­do­wa­ło się go­spo­dar­stwo, do któ­re­go do­jazd wiódł przez mo­stek. Omi­nę­li za­bu­do­wa­nia i je­cha­li da­lej. Na koń­cu tego wy­jąt­ko­we­go za­ci­sza stał dwo­rek. Obok, przy dwo­rze, po­bu­do­wa­ny był spi­chlerz, a da­lej staj­nie i obo­ry. Nie­opo­dal spi­chle­rza znaj­do­wa­ła się lo­dow­nia - zbu­do­wa­na z ka­mie­ni aż do su­fi­tu, ma­ją­ca na dole ka­nał słu­żą­cy do od­pro­wa­dza­nia wody z top­nie­ją­ce­go lodu. Rze­ka w mie­sią­cach zi­mo­wych, a przede wszyst­kim w stycz­niu i lu­tym, słu­ży­ła do po­zy­ski­wa­nia brył kry, któ­rą wy­kła­da­no chłod­nię. Ma­ją­tek był za­dba­ny i wi­dać w nim było tro­skli­wą rękę go­spo­da­rza.

Do nie­daw­na wła­ści­cie­lem za­ścian­ku był hra­bia Kon­stan­ty Prze­ździec­ki2. Hra­bia po­sta­no­wił sprze­dać ma­ją­tek, a wte­dy Alek­san­der Za­rzec­ki pod­jął de­cy­zję o na­by­ciu go. Z całą ro­dzi­ną miesz­kał do­tych­czas w miej­sco­wo­ści Za­rzec­kie pod Wo­ro­pa­je­wem3 i nie­ustan­nie szu­kał oka­zji na za­kup więk­sze­go domu. Nie miał tyle pie­nię­dzy, ile ocze­ki­wał hra­bia, ale wte­dy przy­szedł mu z po­mo­cą przy­ja­ciel - Lu­dwik Gin­ko. Ra­zem byli w Ame­ry­ce, ra­zem miesz­ka­li w Pit­ts­bur­ghu4 w Pen­syl­wa­nii i ra­zem pra­co­wa­li w du­żej tkal­ni. Po­sta­no­wi­li ku­pić dwo­rek na spół­kę. Wy­lo­so­wa­li, któ­ry z nich bę­dzie wła­ści­cie­lem, a któ­re­mu wy­bu­du­ją nowy dom. Wła­ści­cie­lem zo­stał Za­rzec­ki. Od tam­tej chwi­li dwie ro­dzi­ny za­miesz­ka­ły ra­zem pod jed­nym da­chem i tyl­ko dzię­ki Bogu, i dzię­ki szla­chet­no­ści i pra­wo­ści, trwa­ła zgo­da mię­dzy nimi i ich ro­dzi­na­mi.

Alek­san­der dwu­krot­nie pły­nął za oce­an. Dru­gi raz po to, by za­ro­bić wię­cej pie­nię­dzy. Za­ro­bio­ne pie­nią­dze in­we­sto­wał w za­kup zie­mi i la­sów. Jego ma­ją­tek li­czył już po­nad sto hek­ta­rów. Edwar­da je­cha­ła przez całą dro­gę jak­by z za­mknię­ty­mi oczy­ma i do­pie­ro, gdy zbli­ża­li się do domu, spoj­rza­ła z za­dzi­wie­niem na oko­li­cę. Kie­dyś pra­co­wa­ła u Za­rzec­kich, ale wte­dy szła od razu do za­jęć w polu. Nie wi­dzia­ła, jak wy­glą­da dwo­rek. Była za­sko­czo­na, nie spo­dzie­wa­ła się, że jest tak oka­za­ły i do­bo­ro­wy.

Na po­dwó­rze wy­bie­gli za­cie­ka­wie­ni Ja­necz­ka i Aloj­zy, młod­sze ro­dzeń­stwo Wi­tol­da, a po chwi­li He­le­na, żona Bro­ni­sła­wa, naj­star­sze­go z bra­ci Za­rzec­kich, i to ona przy­wi­ta­ła Edwar­dę ser­decz­nie.

- Je­steś, Edziu, jak miło cię wi­dzieć - przy­tu­li­ła szwa­gier­kę i uca­ło­wa­ła czu­le.

Do­pie­ro te­raz na scho­dy przed do­mem wy­szła te­ścio­wa Anie­la Za­rzec­ka i jej cór­ka We­ro­ni­ka.

- Niech bę­dzie po­chwa­lo­ny Je­zus Chry­stus! - Edzia wy­po­wie­dzia­ła po­wi­ta­nie, skła­nia­jąc de­li­kat­nie gło­wę.

- Na wie­ki wie­ków. Amen! - Od­po­wie­dzie­li wszy­scy ra­zem.

Czu­ła lęk. Wy­nio­słość w oczach te­ścio­wej i wiel­ko­pań­skość w ubra­niu We­ro­ni­ki za­trwa­ża­ły ją. Co­raz bar­dziej wiot­cza­ły jej ko­la­na. Wie­dzia­ła, że róż­ni się od miesz­kań­ców dwor­ku i że chce czy nie chce, nie ma wyj­ścia - bę­dzie mu­sia­ła tu miesz­kać.

- Chłop­cy, wnie­ście ba­ga­że - za­rzą­dzi­ła sta­now­czo Anie­la - a ty - zwró­ci­ła się do Edwar­dy - pójdź za mną.

Anie­la mia­ła pięk­ne rysy twa­rzy i dłu­gą szy­ję. Mó­wiąc, pod­no­si­ła gło­wę wy­so­ko, świa­do­ma swej uro­dy. Na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że jest oso­bą dy­na­micz­ną, ży­wio­ło­wą i pryn­cy­pial­ną.

Edwar­da prze­kro­czy­ła próg, mo­dląc się w ser­cu i pro­sząc Boga o bło­go­sła­wień­stwo.

Ra­zem z Wi­tol­dem otrzy­ma­li duży po­kój, w któ­rym sta­ło łóż­ko, sza­fa i ko­mo­da. Na ścia­nie wi­siał ob­raz Ser­ca Je­zu­so­we­go. Uklę­kła przed nim i po­boż­nie od­mó­wi­ła mo­dli­twę, pro­sząc:

- Ty mnie, mój Pa­nie, Boże Wszech­mo­gą­cy, miej w swo­jej nie­ustan­nej opie­ce. Niech ser­ce Two­je bę­dzie moim schro­nie­niem, te­raz i na wie­ki. Mat­ko Boża, Tyś i moją Mat­ką, daj bym wy­trwa­ła w wie­rze, na­dziei i mi­ło­ści. Amen.

Do wie­czo­ra ze­szło jej wyj­mo­wa­nie z ku­frów przy­wie­zio­nej wy­praw­ki i ukła­da­nie jej na pół­kach.

- Chodź, Edziu, na ko­la­cję - przy­szła po nią mała Ja­necz­ka - Ta­tuś z Wład­kiem i Ja­dzią, moją star­szą sio­strą, już są. Byli w Wo­ro­pa­je­wie.

Po­słusz­nie po­szła do du­że­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym stał wiel­ki, dę­bo­wy stół, a wo­kół nie­go usta­wio­ne były ławy. Cała ro­dzi­na mie­ści­ła się ra­zem, a te­raz... do­szła jesz­cze Edzia.

- Ot, i moja pięk­na sy­no­wa! - Alek­san­der swo­im po­wi­ta­niem spra­wił, że Edzi zro­bi­ło się trosz­kę lżej na ser­cu - A za­siądź przy mnie. Dzi­siaj jest wy­jąt­ko­wy dzień dla nas i dla cie­bie.

Po­my­śla­ła, że ci­sza przy sto­le wca­le nie po­twier­dza słów te­ścia, ale ode­zwa­ła się grzecz­nie:

- Bar­dzo dzię­ku­ję za przy­ję­cie mnie do ro­dzi­ny i za ser­decz­ność.

- Siądź­my, za­tem - za­rzą­dził teść i na stół po­da­no wie­cze­rzę.

Po ko­la­cji cała ro­dzi­na klęk­nę­ła do mo­dli­twy. Edwar­da wie­dzia­ła, że Za­rzec­cy są po­boż­ny­mi ka­to­li­ka­mi, tak jak jej ro­dzi­na. Czu­ła pod wzglę­dem wia­ry spo­kój i bez­pie­czeń­stwo w no­wym domu. Kwie­cień był tego roku wy­jąt­ko­wo cie­pły i wszy­scy po ro­dzin­nym na­bo­żeń­stwie wy­szli na scho­dy przed do­mem i dłu­go, dłu­go śpie­wa­li. Oka­za­ło się, że naj­pięk­niej śpie­wa­ją Sta­szek i młod­szy od nie­go Aloj­zy, któ­ry gra tak­że na ba­ła­łaj­ce5. Słuch wy­raź­nie odzie­dzi­czy­li po ojcu, bo Alek­san­der do­rów­ny­wał sy­nom. Edzia ze swo­im ni­skim, głę­bo­kim gło­sem wtó­ro­wa­ła w chó­ral­nym śpie­wie i znaj­do­wa­ła upodo­ba­nie w dwu­gło­sie ro­dzi­ny. Chło­pa­ki wy­raź­nie do­ce­ni­li jej zdol­no­ści i po­chwa­li­li za przy­jem­ność śpie­wa­nia z nią.

- Chodź­my spać, ju­tro dzień pra­cy. Trze­ba wcze­śnie wstać. Edwar­do, będę cze­kać na cie­bie w kuch­ni pół do szó­stej - sło­wa te­ścio­wej po­de­rwa­ły Edzię, któ­ra po­słusz­nie po­szła do swo­je­go po­ko­ju.

Cze­ka­ła ją pierw­sza wspól­na noc z mę­żem. My­śla­ła o niej od daw­na i co­raz bar­dziej lę­ka­ła się tych chwil, gdy zo­sta­ną sami w sy­pial­ni.

- Po­do­ba­ło Ci się, Pa­nie Jezu, bym zo­sta­ła mę­żat­ką. Do­daj mi sił, bym była do­brą żoną, a w przy­szło­ści do­brą mat­ką na­sze­go po­tom­stwa - wy­szep­ta­ła.

Uło­ży­ła się w łóż­ku za­wsty­dzo­na, a po chwi­li usły­sza­ła wcho­dzą­ce­go Wi­tol­da. Le­ża­ła ci­chut­ko, my­śląc, że prze­cież mąż ją ko­cha, że wszak wie­lo­krot­nie wy­zna­wał to sło­wa­mi czu­ły­mi, ser­decz­ny­mi...

Pierw­sza wspól­na noc mło­dych mał­żon­ków mi­nę­ła. Obo­je od­na­leź­li wspól­no­tę, któ­ra po­głę­bi­ła ich świe­żą mi­łość. Edwar­da po­my­śla­ła, że mąż na­praw­dę oka­zał się cie­płym, uj­mu­ją­cym, a przede wszyst­kim opie­kuń­czym. Sta­rał się jak tyl­ko mógł do­dać jej od­wa­gi na dal­sze ży­cie wśród jego ro­dzi­ny. Po­my­śla­ła, że jed­nak nie za­wsze wszyst­ko, co ich w ży­ciu spo­tka w przy­szło­ści, bę­dzie od nich oboj­ga za­le­ża­ło, ale szyb­ko od­go­ni­ła od sie­bie te, bez po­trze­by, nur­tu­ją­ce ją my­śli.

Zja­wi­ła się punk­tu­al­nie do za­jęć w kuch­ni. Umia­ła go­to­wać, wszak jej mat­ka Pau­li­na Ol­sie­wicz prze­ka­za­ła cór­ce wie­dzę, któ­rą te­raz mo­gła­by wy­ko­rzy­stać. Jed­nak to te­ścio­wa dy­ry­go­wa­ła jej pra­cą i nie po­zwa­la­ła po­dej­mo­wać wła­snej ini­cja­ty­wy. To­też obie­ra­ła ziem­nia­ki, wa­rzy­wa i owo­ce, wszyst­ko zgod­nie ze wska­zów­ka­mi. Ucie­ra­ła cia­sta i ro­bi­ła wszyst­ko, co jej ka­za­ła wy­ko­nać Anie­la. Pra­ca Edwar­dy nie koń­czy­ła się na po­mo­cy w kuch­ni, wy­sy­ła­no ją tak­że do prac po­lo­wych.

Przez Tau­ści­cę pły­nę­ła rzecz­ka, któ­ra wpa­da­ła do Hał­bi­cy bę­dą­cej do­pły­wem Dzi­sny6; zimą słu­ży­ła ona miesz­kań­com do uzy­ski­wa­nia lo­do­wych ta­fli. Za fol­war­kiem był sad, a na jego koń­cu sta­ła sau­na i ką­pie­li­sko. Raz w ty­go­dniu pa­lo­no w pie­cu drew­nem, przede wszyst­kim je­sio­nem, tak­że bu­czy­ną, bo jest twar­da i dłu­go utrzy­mu­je cie­pło. Ga­łąz­ki brzo­zo­we słu­ży­ły im do obi­ja­nia cia­ła w celu po­pra­wy krą­że­nia krwi i ujędr­nie­nia skó­ry. Na zimę prze­cho­wy­wa­no wit­ki brzo­zo­we w lo­dow­ni, któ­ra była tak wiel­ka, że mie­ści­ła nie tyl­ko mię­si­wo, ale tak­że kon­fi­tu­ry, chle­by, a tak­że wspo­mnia­ne ga­łąz­ki. Lasy ota­cza­ją­ce Tau­ści­cę stwa­rza­ły jak­by kor­don ochron­ny o gru­bo­ści trzech ki­lo­me­trów, któ­ry do­tych­czas był za­bez­pie­cze­niem przed nie­pro­szo­ny­mi go­ść­mi, ale nie za­wsze przed dzi­ką zwie­rzy­ną.

   

Nie­dłu­go po nocy po­ślub­nej Edwar­da po­ję­ła, że jest w bło­go­sła­wio­nym sta­nie i na świat przyj­dzie dziec­ko. Nie po­wie­dzia­ła o tym ni­ko­mu. Speł­nia­jąc swo­je obo­wiąz­ki, mo­dli­ła się nie­ustan­nie.

- Po­je­dzie­my dzi­siaj do Wo­ro­pa­je­wa - po­wie­dział pew­ne­go razu Wi­told - Tam też pój­dzie­my do ko­ścio­ła na mszę.

- Co też ci przy­szło do gło­wy, Wi­tal­ka? - za­py­ta­ła ze zdzi­wie­niem.

- Sio­stry Bro­dow­skie za­pra­sza­ją nas do sie­bie na po­czę­stu­nek.

Trosz­kę ża­ło­wa­ła, że nie spo­tka się ze swo­ją ro­dzi­ną w ko­ście­le w Bo­rej­kach7, ale cie­szy­ła się mimo wszyst­ko, że spo­tka się z przy­ja­ciół­ka­mi.

Sio­stry Bro­dow­skie miesz­ka­ły z ro­dzi­ca­mi, a ich dom po­ło­żo­ny był w cu­dow­nym ogro­dzie. Edwar­da od­wie­dza­ła je w cza­sach, gdy jesz­cze była pan­ną, i za­wsze z za­chwy­tem po­dzi­wia­ła ob­fi­tu­ją­ce w kwia­ty klom­by. Wśród pięk­nej przy­ro­dy za­sia­dły w wi­kli­no­wych fo­te­lach i po­ga­dusz­kom nie było koń­ca.

Wi­told sie­dział ra­zem z pa­nią i pa­nem Bro­dow­ski­mi. Im rów­nież te­ma­tów nie bra­kło.

- Pa­nie Wi­tol­dzie, sły­szał pan, co u tych Niem­ców się wy­ra­bia?

- Wiem, wiem, olim­pia­da w Ber­li­nie8 - od­parł Wi­told - ale tyle kłót­ni o Ży­dów, Ro­mów i czar­no­skó­rych, czy­tał pan? Dys­kry­mi­na­cja! Nie do­pusz­cza­ją, za­ka­zu­ją udzia­łu. Co też z tego wyj­dzie?

- Nic do­bre­go w tej Rze­szy nie dzie­je się - do­dał pan Bro­dow­ski - py­ta­nie tyl­ko, czym to wszyst­ko się skoń­czy. Czy­ta­łem wy­po­wie­dzi nie­ja­kie­go Go­ebel­l­sa9. On twier­dzi, że nowe Niem­cy są na­tchnio­ne wiel­ki­mi ide­ami.

- Oni, to zna­czy Niem­cy, zbro­ją się na po­tę­gę - do­dał Wi­told

- Czy też nie bę­dzie z tego ko­lej­nej woj­ny?

Pani Bro­dow­ska, mil­cząc, słu­cha­ła roz­mo­wy męż­czyzn i co­raz bar­dziej ogar­niał ją strach.

Nikt nie chce woj­ny, tak dłu­go trwa­ła nie­wo­la za­bor­ców, a mia­ło­by zno­wu przyjść za­gro­że­nie?

Fala na­zi­stow­skich Niem­ców, ma­sze­ru­ją­cych ze wznie­sio­ną w ge­ście po­wi­ta­nia Hi­tle­ra10 ręką, zda­wa­ła się być jak nad­cho­dzą­ca bu­rza ze strasz­ny­mi, nie­koń­czą­cy­mi się pio­ru­na­mi i grzmo­ta­mi. Wi­told w dro­dze po­wrot­nej do Tau­ści­cy za­to­pio­ny był w pe­sy­mi­stycz­nych my­ślach. Edwar­da nie prze­szka­dza­ła mu, za­sta­na­wia­ła się, jak za­re­agu­je mąż dzi­siaj wie­czo­rem, pra­gnę­ła bo­wiem po­in­for­mo­wać go o dzie­ciąt­ku, któ­re ma się na­ro­dzić.

Przy­szła wresz­cie ta chwi­la, któ­rej Edzia ocze­ki­wa­ła z nie­cier­pli­wo­ścią:

- Wi­tal­ka, chcia­ła­bym coś po­wie­dzieć to­bie.

- Edzia, czas spać, co ci jesz­cze po głów­ce cho­dzi?

- Wi­tal, bę­dzie­my mie­li dziec­ko... Sły­szysz ty mnie? Dzie­ciąt­ko.

Wi­told mil­czał jak ska­mie­nia­ły, a po chwi­li przy­tu­lił gło­wę do ko­lan Edzi i wy­szep­tał:

- Ko­cha­na ty moja, dzię­ku­ję, dzię­ku­ję ci.

Po­nu­re my­śli, któ­re nur­to­wa­ły go w dro­dze z Wo­ro­pa­je­wa, znik­nę­ły. Był szczę­śli­wy.

Edwar­da w dal­szym cią­gu wy­ko­ny­wa­ła wszyst­kie zle­co­ne pra­ce do cza­su aż te­ścio­wa za­py­ta­ła:

- Czy do­brze przy­pusz­czam, że spo­dzie­wa­cie się po­tom­stwa?

- Tak, ma­mu­siu - od­po­wie­dzia­ła Edzia, któ­ra zro­zu­mia­ła, że jej stan jest już wi­docz­ny - ale nie mó­wi­łam o tym jesz­cze ni­ko­mu... tyl­ko Wit­ko­wi.

- Trze­ba bę­dzie cię ochro­nić przed cięż­szy­mi pra­ca­mi - ki­wa­jąc gło­wą, prze­my­śli­wa­ła Anie­la.

W Tau­ści­cy sta­ła ma­szy­na do szy­cia. Na zimę przy­cho­dził do Za­rzec­kich Żyd, któ­ry miesz­kał wte­dy u nich i ob­szy­wał całą ro­dzi­nę. Edwar­da ko­rzy­sta­ła z ma­szy­ny i przy­go­to­wy­wa­ła po­ściel i ubran­ka dla nie­mow­lę­cia. Umia­ła szyć, cho­ciaż nikt jej tego nie uczył.

By­wa­ło, że za­cho­dzi­ła do domu miesz­ka­ją­cych za rze­ką pań­stwa Gin­ków, gdzie za­wsze była przy­jaź­nie wi­ta­na. Wśród miesz­kań­ców byli ro­dzi­ce pani Elż­bie­ty Gin­ko, jej mąż Lu­dwik, a tak­że star­sze dzie­ci, Jó­ze­fa i Jó­zef. Są­siad­ka po­wi­ła w maju có­recz­kę He­len­kę i Edzia lu­bi­ła przy­glą­dać się opie­ce nad ma­leń­stwem.

Szła do są­sia­dów, mi­ja­jąc po dro­dze kwit­ną­ce cze­re­śnie. Pta­ki ocze­ki­wa­ły z nie­cier­pli­wo­ścią na owo­ce, śpie­wa­jąc cud­ny­mi gło­sa­mi i ra­do­śnie fru­wa­jąc w po­szu­ki­wa­niu po­kar­mu dla swo­je­go po­tom­stwa; drze­wa zaś wy­raź­nie za­po­wia­da­ły przy­szły zbiór, bo z czar­nych ga­łę­zi ob­fi­cie wy­kwi­ta­ły cu­dow­ne kęp­ki bia­łych kwia­tów.

W tra­wie kwi­tły skrom­ne sto­krot­ki i żół­ty mni­szek. Na ten wi­dok Edzia uśmiech­nę­ła się ra­do­śnie. Po­my­śla­ła, że pod­po­wie te­ścio­wej, iż war­to z mle­czu zro­bić sy­rop. Oczy­wi­ście, je­śli tyl­ko Anie­la wy­ra­zi zgo­dę, to wte­dy Edzia chęt­nie na­zbie­ra ko­szycz­ki mnisz­ka i przy­go­tu­je sy­rop na le­kar­stwo.

- Szczęść Boże, pani Elż­bie­to - przy­wi­ta­ła są­siad­kę sie­dzą­cą przed do­mem obok nie­mow­lę­ce­go łó­żecz­ka.

Elż­bie­ta z uro­dy przy­po­mi­na­ła mat­kę Edzi, Pau­li­nę. Mia­ła oko­ło trzy­dzie­stu sze­ściu lat, ale wy­glą­da­ła na dużo młod­szą. Zer­k­nę­ła by­strym spoj­rze­niem na swo­je­go go­ścia i pod­nio­sła pa­lec do ust:

- Ciiii­cho - po­wie­dzia­ła z uśmie­chem i szep­tem do­da­ła: - Le­d­wo ją uśpi­łam, może cho­ciaż chwil­kę po­śpi.

- Przy­szłam od­wie­dzić ma­leń­stwo... po­pa­trzeć jak ro­śnie... Mam tak­że proś­bę.

- Usiądź­my przy sto­le w domu - za­chę­ci­ła Elż­bie­ta - Pla­cek mam droż­dżo­wy z kru­szon­ką na po­czę­stu­nek.

Już za chwi­lę kro­iła i ukła­da­ła cia­sto, już sta­wia­ła wodę na her­ba­tę. Krzą­ta­ła się zgrab­nie i za­rad­nie z lek­ko­ścią, ja­kiej nie moż­na się było spo­dzie­wać po ko­bie­cie, któ­ra nie­daw­no prze­ży­ła po­ród.

- A ja­każ to proś­ba cię spro­wa­dzi­ła?

- Pani Elż­bie­to, uszy­łam so­bie bluz­kę i przy­szłe­mu dziec­ku su­kie­necz­kę. Być może bę­dzie dziew­czyn­ka - do­da­ła z uśmie­chem, do­strze­ga­jąc zdzi­wie­nie są­siad­ki - Nie mam pa­su­ją­cych pod ko­lor ma­te­ria­łu gu­zicz­ków, a nie wy­bie­ram się w naj­bliż­szym cza­sie do Wo­ro­pa­je­wa. Może Pani mnie po­ra­tu­je, a ja, kie­dy będę mo­gła, to od­dam.

Do­bra­ły od­po­wied­nie gu­zicz­ki i chwil­kę po­roz­ma­wia­ły przy her­bat­ce i cie­ście, ale rze­czy­wi­ście tyl­ko chwil­kę, bo mała He­len­ka obu­dzi­ła się i zmu­si­ła swo­im wdzięcz­nym kwi­le­niem do za­ję­cia się wy­łącz­nie nią.

Edwar­da wra­ca­jąc do domu, wy­obra­ża­ła so­bie, jak to ona bę­dzie mat­ką i jak bę­dzie pie­ścić swo­je dzie­ciąt­ko. Ma­rzy­ła za­wsze o ży­ciu ci­chym i spo­koj­nym, a przede wszyst­kim - bez­piecz­nym. Przy Wi­tol­dzie czu­ła wszyst­ko to, cze­go ocze­ki­wa­ła.

- Gdzie by­łaś? - z de­li­kat­ną pre­ten­sją w gło­sie za­py­ta­ła Ja­necz­ka. - Chcia­łam iść z tobą, a cie­bie nie było i nie było - ża­ło­śnie kon­ty­nu­owa­ło dziec­ko.

- Już je­stem, sło­necz­ko, kwia­tusz­ku mały. Chodź, na­uczę cię przy­szy­wać gu­zi­ki, chcesz?

- Oj tak, oj tak - Ja­necz­ka wy­raź­nie ucie­szy­ła się.

- Idąc do swo­je­go po­ko­ju, Edzia we­szła do sto­ło­we­go, gdzie za­sta­ła te­ścio­wą.

- Ma­mu­siu - za­py­ta­ła - czy war­to zro­bić sy­rop z mnisz­ka? Je­śli tak, to po­zbie­ram.

- Schy­lać się bę­dziesz? Nie za­szko­dzi to to­bie? - za­py­ta­ła, a po chwi­li do­da­ła: - Na cho­ro­by był­by jak zna­lazł. Ja­necz­ka niech ci po­mo­że.

Ra­zem drep­ta­ły wśród traw, zry­wa­jąc mni­szek na sy­rop, któ­ry w Ja­ki­mow­cach11, a może i w Tau­ści­cy tak­że, na­zy­wa­ją mio­dem ma­jo­wym. Po­zo­sta­wio­ne mle­cze już nie­za­dłu­go za­mie­nią się w dmu­chaw­ce, któ­re spra­wią, że łąki sta­ną się ulot­nym, na­stro­jo­wym pu­chem. Ko­lor zie­le­ni, jej za­pach, śpiew pta­ków i szum rze­ki, to wszyst­ko bu­dzi­ło w obu zie­lar­kach ra­do­sne od­czu­cia. Sie­lan­ka, sie­lan­ka, oj, jaka sie­lan­ka! O Boże, niech ta chwi­la trwa jak naj­dłu­żej! Jesz­cze tyl­ko prze­szka­dza­ła jej tę­sk­no­ta za ro­dzi­ną w Ja­ki­mow­cach. Przy­szedł czas, kie­dy ko­nie od wcze­sne­go rana jadą w pole, do pra­cy, a ona na pie­cho­tę do ro­dzin­ne­go domu nie doj­dzie w swo­im sta­nie. Wi­tal jeź­dzi na pole i w las, bo i tam trze­ba przy­pil­no­wać ro­bót. Nie po­zo­sta­je jej nic in­ne­go, jak upro­sić męża, żeby za­je­cha­li po mszy w Bo­rej­kach od­wie­dzić ro­dzi­nę w Ja­ki­mow­cach. Jesz­cze tego sa­me­go dnia roz­sy­pa­ła na bia­łym prze­ście­ra­dle ze­rwa­ne kwiat­ki, aby po­zbyć się ro­bacz­ków. Oczysz­czo­ny mni­szek wsy­pa­ła do sło­ja i za­la­ła li­trem wód­ki. Po sied­miu dniach prze­ce­dzi mie­szan­kę i wle­je do bu­te­lek, na prze­zię­bie­nia bę­dzie jak zna­lazł.

- Jak ci się miesz­ka z nami? - do­py­ty­wał Aloj­zy, któ­ry lu­bił cho­dzić za Edzią, gdy zbie­ra­ła w wa­rzyw­nia­ku ogór­ki, po­mi­do­ry i inne wa­rzy­wa.

Kil­ku­na­sto­la­tek był wy­so­ki i szczu­pły.

- Do­brze - od­po­wie­dzia­ła, po­mi­mo że cią­gle tę­sk­ni­ła za swo­ją ro­dzi­ną w Ja­ki­mow­cach.

  

- W nie­dzie­lę bę­dzie­my na obie­dzie u mo­jej te­ścio­wej. Spo­tka­łem ją na dro­dze, jak wra­ca­ła z Oli­chwie­rów, od swo­jej mat­ki - usły­sza­ła wie­czo­rem od Wi­tol­da.

Edwar­da rzu­ci­ła się w ra­mio­na męża.

- Dzię­ku­ję, Wi­tal­ka... dzię­ku­ję - wy­szep­ta­ła roz­pro­mie­nio­na.

* * *

Spo­tka­nie było wiel­ką ra­do­ścią dla ca­łej ro­dzi­ny. Mło­dzi za­bra­li ze sobą Stasz­ka i Aloj­ze­go. Pau­li­na wy­py­ty­wa­ła cór­kę o sa­mo­po­czu­cie, a Ja­dzia pa­li­ła się do roz­mo­wy z Edzią, jak­by coś kry­jąc. Do­pie­ro, gdy Edzia wy­szła po ko­pe­rek, Ja­dzia po­bie­gła za nią i z pa­ła­ją­cy­mi li­ca­mi po­wie­dzia­ła:

- Sio­strzycz­ko... ja... ja się za­ko­cha­łam.

- Jak to, w kim? - za­py­ta­ła za­sko­czo­na Edzia.

- Po­patrz, cóż za przy­pa­dek, tak jak na­sza ma­mu­sia... w Jó­ze­fie.

- Ma ja­kieś na­zwi­sko ten Jó­zef?

- Tak, oczy­wi­ście... Klo­now­ski, Jó­zef Klo­now­ski. Jest wy­so­ki, przy­stoj­ny, ma blond wło­sy i oczy ta­kie ja­sne, jak­by prze­źro­czy­ste, ta­kie głę­bo­kie, że moż­na się w nich za­to­pić na za­wsze... i ja wła­śnie uto­nę­łam. Opu­ści­ła głów­kę bez­rad­na.

- Co te­raz bę­dzie? - szu­ka­ła po­ra­dy u nie­wie­le star­szej sio­stry.

- Ja­dziu, mu­sisz być cier­pli­wa, a wszyst­ko na pew­no samo się uło­ży. Jak ten Jó­zef cię ko­cha, to musi się o cie­bie po­sta­rać. Będę się w tej spra­wie mo­dlić... Chodź, Ja­dziu, bo nam ko­pe­rek zwięd­nie. Póź­niej po­roz­ma­wia­my jesz­cze.

Trzej pa­no­wie Za­rzec­cy, w ocze­ki­wa­niu na obiad, roz­ma­wia­li z Pau­li­ną i Adol­kiem Ol­sie­wi­czem.

- Nie ma spo­ko­ju. Nie­uchron­nie zbli­ża się ja­kaś za­wie­ru­cha w świe­cie - mó­wił Stach.

- Naj­gor­sze, że nie mamy szans na czy­jeś wspar­cie - do­da­ła Pau­li­na - Po­pa­trz­cie, jak Li­twi­ni zbli­ża­ją się do wszyst­kich kra­jów, tyl­ko nie do nas, a prze­cież po­win­ni­śmy wspól­nie bro­nić po­ko­ju dla nas wszyst­kich. Ja pa­mię­tam róż­ne chwi­le i za­wsze nas są­sie­dzi za­wo­dzi­li, nie­ste­ty, za­wsze.

- Ma­mu­siu, może gdy­by nie szu­ka­li w nas wro­gów, by­li­by ina­czej po­stę­po­wa­li, tym bar­dziej, że i Niem­cy nam za­gra­ża­ją swo­im zbro­je­niem, i ta czer­wo­na bol­sze­wia, któ­ra jest tuż, tuż - Ado­lek, któ­ry zwy­kle był ci­chy i spo­koj­ny, tym ra­zem mó­wił ze zde­ner­wo­wa­niem.

- Nasz oj­ciec, któ­ry po­znał ka­wał świa­ta, już daw­no mówi, że po­kój daje bez­cen­ną war­tość ży­cia, dla­te­go ci, któ­rzy chcą go znisz­czyć, nisz­czą nie tyl­ko in­nych, ale przede wszyst­kim sa­mych sie­bie - pod­su­mo­wał dys­ku­sję Wi­told.

Za­mil­kli wszy­scy, a wy­obraź­nia, mimo ci­szy, nie­po­ko­iła ich. Co też ich może spo­tkać? Chcie­li­by dla swo­ich ro­dzin wol­no­ści, któ­ra zda­wa­ło­by się na tym od­lu­dziu jest ła­two do­stęp­na. Ja­ki­mow­ce może i są osa­dą, ale da­le­ko po­ło­żo­ną na pół­noc, a Tau­ści­ca tak jest scho­wa­na, w od­da­li od in­nych lu­dzi, skry­ta przed ob­cy­mi, że nikt do niej nie tra­fi, do­pó­ki ktoś się o niej nie do­wie.

- Edziu, chcia­ła­bym mó­wić o Jó­ze­fie i jak cie­bie nie ma, to nie mam z kim - po­skar­ży­ła się Ja­dzia.

- Sio­strzycz­ko ko­cha­na, ja już nie­dłu­go nie będę jeź­dzi­ła brycz­ką, bo za moc­no mnie trzę­sie, mu­sisz zwie­rzać się ma­mu­si. Tak bę­dzie naj­le­piej. Nie martw się, ja so­bie nie wy­obra­żam, żeby Jó­zef cie­bie nie po­ko­chał. Masz ta­kie pięk­ne oczy i one, tak jak i jego, też są głę­bo­kie. Je­steś pięk­na, a do tego masz ta­kie wiel­kie, do­bre ser­dusz­ko, go­rą­ce i ko­cha­ją­ce.

Na chwi­lę za­mil­kła, a na­stęp­nie za­py­ta­ła:

- Skąd go znasz?

- Ooo, Edziu, on tak pięk­nie śpie­wa i wła­śnie po­zna­łam go na wy­stę­pach w Ko­złowsz­czyź­nie12 ... Jó­zef tam miesz­ka. By­li­śmy tam z na­szym chó­rem i jak tyl­ko spoj­rza­łam na nie­go, to od razu wie­dzia­łam, że tyl­ko on i nikt inny... nikt inny nie bę­dzie dla mnie waż­ny... ni­g­dy...

- Moja ty sio­strzycz­ko, zo­ba­czysz, że wszyst­ko do­brze się uło­ży, czu­ję to, że bę­dzie­cie ra­zem.

Ja­dzia przy­tu­li­ła się do sio­stry z czu­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią za do­bre sło­wo.

Edwar­da czu­ła zbli­ża­ją­cy się czas roz­wią­za­nia. Mimo to jeź­dzi­ła w cza­sie Bo­że­go Na­ro­dze­nia do ko­ścio­ła w Bo­rej­kach. Przyj­mo­wa­nie Chry­stu­sa pod po­sta­cią chle­ba da­wa­ło jej siłę i moc na wy­pa­dek nie­prze­wi­dy­wal­nych sy­tu­acji. Spo­ty­ka­ła tam swo­ich krew­nych. Ja­dzia za­wsze szep­nę­ła jej coś no­we­go. Tym ra­zem za­po­wie­dzia­ła swo­je z Jó­ze­fem Klo­now­skim za­rę­czy­ny. Za­pla­no­wa­li na­wet, że po le­cie, kie­dy już bę­dzie mniej prac w polu i w le­sie, we­zmą ślub.

Na po­cząt­ku stycz­nia 1937 roku zima mia­ła się za pan brat z przy­ro­dą. Śnie­gu nie bra­ko­wa­ło i trze­ba było jeź­dzić sa­nia­mi.

- Edzia - Wi­tek wpadł do kom­na­ty wy­raź­nie za­kło­po­ta­ny - Cóż za strasz­ny am­ba­ras.

- Cóż się sta­ło? - spy­ta­ła Edwar­da.

- Przy­ja­ciel mój, Wik­tor Ry­chlic­ki, brat Fran­cisz­ka, za­je­chał pięk­ny­mi sa­nia­mi w kon­ku­ry do Jó­ze­fy Gin­ko!

- Ooo, to chy­ba do­brze - Edzia nie ro­zu­mia­ła, w czym jest pro­blem.

- Nie, nie jest do­brze, bo zo­stał od­rzu­co­ny! Lu­dwik i Elż­bie­ta po­wie­dzie­li, że cór­ka jest sła­bo­wi­te­go zdro­wia i nie na­da­je się na że­niacz­kę. Żad­nych na­dziei Gin­ko­wie mu nie dali, nie zmie­nią już de­cy­zji, a Wik­tor tak się sta­rał... Tak się sta­rał! Sa­nie były ta­kie pięk­ne... wy­stro­jo­ne... że­byś ty, Edziu, wi­dzia­ła...

- Cóż, mam na­dzie­ję, że nie w pięk­nie sań two­ja tro­ska, ale my­ślę, że to o Wik­to­ra się mar­twisz i jego zma­ga­nie z od­rzu­ce­niem.

I mnie jego żal, to oczy­wi­ste. Bar­dzo go sza­nu­ję i Jó­zię też, ale bę­dzie, co Bóg da, Jego wola.

   

W stycz­niu 1937 roku Edwar­da po­wi­ła ślicz­ną có­recz­kę. Dziew­czyn­ka na chrzcie otrzy­ma­ła imię Wan­da. Mło­dzi ro­dzi­ce cie­szy­li się, że jest grzecz­na, a przede wszyst­kim nie cho­ru­je.

Któ­re­goś razu, gdy Wan­decz­ka mia­ła oko­ło pół rocz­ku, po­je­cha­li do Wo­ro­pa­je­wa, by tam u fo­to­gra­fa zro­bić so­bie zdję­cia. Edzia za­ło­ży­ła có­recz­ce su­kie­necz­kę, któ­rą uszy­ła z ta­kie­go sa­me­go ma­te­ria­łu jak so­bie bluz­kę. Wi­tek był, jak zwy­kle, w gar­ni­tu­rze i pod kra­wa­tem.

- Pierw­szy raz za­ło­ży­łaś taką ślicz­ną su­kie­necz­kę Wan­decz­ce. Two­ja bluz­ka jest z ta­kie­go sa­me­go ma­te­ria­łu - spo­strzegł zdzi­wio­ny - Kie­dy ją uszy­łaś?

- Już daw­no - ro­ze­śmia­ła się - jesz­cze ma­lut­kiej nie było na świe­cie... a gu­zicz­ki ład­ne?

- Bar­dzo ład­ne.

- Przy­nio­słam je od Elż­bie­ty Gin­ko, ale już jej od­ku­pi­łam w Wo­ro­pa­je­wie. Po­zna­łam wte­dy w skle­pie u Szul­ców ich cór­kę Re­be­kę. To ona wy­szu­ka­ła mi ta­kie same.

Zro­bio­ną fo­to­gra­fię Wi­told opra­wił w ramę i po­wie­sił na ścia­nie w ich po­ko­ju.

W grud­niu Edwar­da po­now­nie była w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Do­świad­czy­ła już, jak wy­glą­da prze­bieg tego cu­dow­ne­go okre­su, i cie­szy­ła się z ko­lej­ne­go po­tom­ka. Wan­dzia mia­ła pra­wie ro­czek i umia­ła już drep­tać ma­lut­ki­mi stóp­ka­mi.

  

Przed świę­ta­mi wszy­scy do­mow­ni­cy sku­pi­li się na przy­go­to­wa­niu do Wi­gi­lii i do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

Przy ko­la­cji Alek­san­der za­rzą­dził:

- Ko­cha­ni... ogła­szam wiel­kie świ­nio­bi­cie!

Za kil­ka dni wszy­scy do­mow­ni­cy krzą­ta­li się, przy­go­to­wu­jąc wspa­nia­łe szyn­ki, ba­le­ro­ny, sal­ce­so­ny i sma­ko­wi­te kieł­ba­sy. Pie­kli pasz­te­ty z upo­lo­wa­nych w oko­licz­nych la­sach za­ję­cy, któ­rych było tam pod do­stat­kiem. Szy­ko­wa­li do nich żu­ra­wi­nę, któ­rą ze­bra­li i za­su­szy­li la­tem. Przy­go­to­wy­wa­li dzi­czy­znę, do któ­rej zwy­kle po­da­wa­li prze­smacz­ną brusz­ni­cę. Ło­wi­li ryby. Obo­wiąz­ko­wy był ma­ko­wiec i pier­nik. Ko­bie­ty ro­bi­ły ma­ka­ron z ma­kiem i droż­dżo­we bu­łecz­ki z ka­pu­stą i grzy­ba­mi. Naj­waż­niej­szy i naj­ko­niecz­niej­szy był kom­pot z su­szu, przede wszyst­kim z gru­szek, ja­błek i śli­wek, któ­ry to szla­chet­ny na­pój miał po­móc wszyst­kim sma­ko­szom stra­wić ob­fi­te je­dze­nie i umoc­nić ich w zdro­wiu.

Od rana w Wi­gi­lię wszy­scy po­ści­li. Je­dli tyl­ko je­den po­si­łek w cią­gu dnia, a były to śle­dzie z ziem­nia­ka­mi w mun­dur­kach.

- Chło­pa­ki! Czas w las! - Alek­san­der za­rzą­dził i wzbu­dził tym sa­mym ra­dość w ca­łym domu.

- Sie­kie­recz­ką ram­pam­pam... jo­de­łecz­kę ram­pam­pam - pod­ska­ki­wał we­so­ło Aloj­zy.

- Ty so­bie krzyw­dy nie zrób tym na­rzę­dziem - prze­strze­ga­ła syna Anie­la.

- Ma­mu­siu - nie strasz­na mi sie­kier­ka. Ja z nią w le­sie za pan brat. Na­wet mi­sia się nie boję.

- Nie bo­isz, nie bo­isz... do­pó­ki nie sta­niesz z nim oko w oko - mruk­nę­ła pod no­sem We­ro­ni­ka.

- Na szczę­ście nie spo­tka­li­śmy tu niedź­wie­dzia, ale wil­ki... tych to nie brak - do­da­ła Anie­la.

- Ry­sie też się tra­fia­ją - po­wie­dział Sta­sze­niu - ale one po­lu­ją ra­czej na sa­ren­ki... ta­kie jak wy.

Wska­zał pal­cem na sio­stry.

Męż­czyź­ni przy­nie­śli z lasu pięk­ną jo­deł­kę.

- Jaka ślicz­na, jaka ślicz­na - pisz­cza­ły za­chwy­co­ne dziew­czy­ny.

Kto tyl­ko mógł, stro­ił usta­wio­ną w ja­dal­ni cho­in­kę, wie­sza­jąc na nią róż­ne ozdo­by. Wy­cią­ga­li z pu­de­łek cac­ka, któ­re ręcz­nie sami wy­ko­na­li, łań­cu­chy, sło­mia­ne gwiazd­ki, ale i pięk­ne bomb­ki, któ­re oj­ciec wi­dy­wał, bę­dąc za gra­ni­cą, i te­raz chęt­nie, za wca­le nie­ma­łe pie­nią­dze, przy­wiózł z Wil­na. Dzie­ci wy­glą­da­ły przez okno, wy­pa­try­wa­ły, czy na nie­bie nie wi­dać pierw­szej gwiazd­ki, któ­rej po­ja­wie­nie mia­ło roz­po­cząć uro­czy­stą ko­la­cję.

Na stół dziew­czy­ny po­ło­ży­ły sia­no i przy­kry­ły je bia­łym ob­ru­sem. Pa­mię­ta­ły o uło­że­niu na­kry­cia dla nie­zna­jo­me­go wę­drow­ca.

- Jest, jest pierw­sza gwiazd­ka! - Ja­dzia za­krzyk­nę­ła gło­śno.

- Uda­ło ci się w tym roku, w na­stęp­nym ja będę pierw­sza

- We­ro­ni­ka ża­ło­wa­ła, że to nie jej przy­pa­dło w udzia­le do­strze­że­nie gwiazd­ki.

Po­wia­da­no, bo­wiem, że kto pierw­szy ją zo­ba­czy, temu speł­ni się ży­cze­nie.

- Po­dziel­my się opłat­kiem - roz­po­czął uro­czy­ście Alek­san­der i wszy­scy ła­miąc się bia­łym wy­pie­kiem, skła­da­li so­bie ży­cze­nia.

- Ko­cha­ni moi, za­siądź­my do sto­łu - po­wie­dzia­ła Anie­la, a cór­ki wnio­sły wazy z za­bie­la­nym barsz­czem z grzy­ba­mi. Ko­lej­ne da­nia po­da­wa­no, ale mło­dzi zer­ka­li tyl­ko na po­dar­ki, któ­re na nich już cze­ka­ły pod cho­in­ką.

Wi­gi­lię za­koń­czy­li śpie­wem ko­lęd, a póź­niej mszą Pa­ster­ką w Bo­rej­kach. Wra­ca­li z ko­ścio­ła sa­nia­mi po­śród drzew ob­sy­pa­nych bia­łym pu­chem, po dro­gach jak­by ob­ło­żo­nych dy­wa­na­mi śnież­ny­mi, i w dal­szym cią­gu śpie­wa­li ra­do­śnie ko­lę­dy.

Mi­nę­ły chwi­le uro­czy­stych ra­do­ści.

- Świę­ta, świę­ta i po świę­tach - na­rze­kał Sta­sze­niu kil­ka dni póź­niej, a Aloj­zy jemu przy­ta­ki­wał:

- Jak co roku, praw­da?

- Cią­gle stoi na­sza cho­in­ka i cią­gle prze­cież śpie­wa­my ko­lę­dy - bar­dzo mą­drze tłu­ma­czy­ła im Ja­dzia.

- Za rok zno­wu wró­cą te pięk­ne chwi­le... Do­cze­ka­my się, zo­ba­czy­cie, że czas szyb­ko mi­nie - po­wie­dzia­ła Edzia - a po dro­dze pięk­na wio­sna, lato i je­sień, pa­mię­ta­cie?

* * *

Przy­szła wio­sna i Edzia po­now­nie od­kry­wa­ła wo­kół pięk­no przy­ro­dy. Ba­jecz­ny kra­jo­braz Tau­ści­cy, zie­lo­ne łąki peł­ne kwia­tów i lasy szu­mią­ce w od­da­li, a nad tym wszyst­kim bez­chmur­ne nie­bo uspo­ka­ja­ły ją i bu­dzi­ły w niej ra­do­sne od­czu­cia. Mała Wan­dzia to­wa­rzy­szy­ła jej w dro­dze do lasu, gdzie w pod­wie­szo­ne na­czyn­ka zbie­ra­ła sok z brzóz, osko­łę. Lu­bi­ła przy­ro­dę, lu­bi­ła szum drzew i śpiew pta­ków, ale naj­bar­dziej lu­bi­ła ma­sze­ro­wać łą­ka­mi peł­ny­mi kwie­cia. Po­ka­zy­wa­ła Wan­decz­ce sto­krot­ki, ka­czeń­ce i żół­te mle­cze, a ma­lut­ka uśmie­cha­ła się ra­do­śnie.

Spo­dzie­wa­ła się ko­lej­ne­go dziec­ka. Wy­obra­ża­ła so­bie, jak bę­dzie pia­sto­wać nie­mow­lę i jed­no­cze­śnie opie­ko­wać się wciąż jesz­cze ma­lut­ką Wan­decz­ką.

Im bli­żej było roz­wią­za­nia, tym bar­dziej Edzia czu­ła lęk i to nie przed bó­lem, tyl­ko czymś in­nym, sama nie wie­dzia­ła, przed czym.

- Wi­tal­ka... nie­po­kój czu­ję - wy­szep­ta­ła.

- My­ślisz, że to już? - prze­ląkł się mąż.

- Nie... nie, to coś in­ne­go.

Przy­tu­lił żonę i cze­kał aż za­śnie.

Dwa dni póź­niej Edwar­da po­wi­ła syna.

Chłop­czyk wy­glą­dał na zdro­we­go, ale po paru dniach do­stał tor­sji i przy­wieź­li do nie­go le­ka­rza z Bo­re­jek. Nie­ste­ty, dok­tor stwier­dził, że to wo­do­gło­wie. Ma­lut­ki Ka­zi­mierz, bo tak dali dzie­ciąt­ku na imię, po dwóch ty­go­dniach od uro­dze­nia zmarł.

Edzia sie­dzia­ła na scho­dach domu ra­zem z małą Wan­dzią i mo­dli­ła się, a po po­licz­kach pły­nę­ły jej łzy.

"Pa­nie Boże... Ty wiesz, kie­dy da­jesz i kie­dy za­bie­rasz. Da­łeś mi syn­ka, a jemu da­łeś to, co dla nie­go naj­lep­sze, da­łeś zgod­nie ze swo­ją wolą. Ja... po­kor­nie przyj­mu­ję wszyst­kie Two­je po­sta­no­wie­nia i będę cią­gle wiel­bić Cię za Two­ją mi­łość... mo­je­go Pana i Boga, któ­ry wie, co dla czło­wie­ka jest lep­sze, i któ­ry do­ko­nu­je naj­lep­szych wy­bo­rów dla nie­go..."

Prze­ży­cie utra­ty syn­ka wpro­wa­dzi­ło Edwar­dę w czę­ste chwi­le roz­my­śla­nia i za­ta­pia­nia się w mo­dli­twę. Za­wsze była po­waż­na, ale od­czu­cie dra­ma­tycz­nych zmian w ży­ciu, do­świad­cze­nie utra­ty wła­sne­go dziec­ka, spra­wi­ło, że jesz­cze bar­dzie po­grą­ża­ła się w na­strój za­du­my. Czę­sto tu­li­ła do ser­ca swo­ją Wan­decz­kę i ma­leń­ką Ka­się, któ­rą uro­dzi­ła He­le­na, żona Bro­ni­sła­wa.

Z bo­le­ścią w ser­cu, z po­czu­ciem wiel­kiej stra­ty, kil­ka dni póź­niej po­je­cha­ła Edwar­da z mę­żem do ko­ścio­ła w Bo­rej­kach, gdzie czwar­te­go paź­dzier­ni­ka 1938 roku Ja­dwi­ga Ol­sie­wicz i Jó­zef Klo­now­ski bra­li ślub. Edwar­da wzru­szo­na pa­trzy­ła na mło­dych i po­dzi­wia­ła ich uro­dę, ra­dość i szczę­ście w oczach. Wy­ści­ska­ła obo­je i ra­zem z Wi­tol­dem ży­czy­li im bło­go­sła­wień­stwa Boga Naj­wyż­sze­go, a para mło­da, peł­na ra­do­ści, ser­decz­nie dzię­ko­wa­ła.

- Za­miesz­ka­my na ra­zie w Ja­ki­mow­cach - Ja­dzia szep­nę­ła na ucho sio­strze - Kie­dyś mamy wy­pro­wa­dzić się do ga­jów­ki w le­sie.

Ro­zu­mia­ła, że Edwar­dy nie bę­dzie na we­se­lu w Ja­ki­mow­cach. Po­cie­sza­ła ko­cha­ną sio­strę:

- Wasz Anio­łek upra­sza wam ła­ski z nie­ba... ja to wiem...

  

W kwiet­niu 1939 roku, kie­dy na dwo­rze sto­pi­ły się już cał­kiem śnie­gi, a dro­gi były osu­szo­ne słoń­ca pro­mie­nia­mi, Edwar­da na­po­mknę­ła mę­żo­wi:

- Wi­tal, był Ado­lek i po­wie­dział, że Ja­dzia z mę­żem prze­nie­śli się już do ga­jów­ki w le­sie koło Ja­ki­mow­ców. Po­jedź­my ich od­wie­dzić, pro­szę.

- W nie­dzie­lę, Edziu - obie­cał Wi­tek - W nie­dzie­lę.

Do­brze, że sio­stry mo­gły spo­ty­kać się od cza­su do cza­su.

Za­je­cha­li brycz­ką pod ga­jów­kę i za­czę­ły się roz­mo­wy bez koń­ca. Pa­nie dzie­li­ły się swo­imi ży­cio­wy­mi do­świad­cze­nia­mi i opie­ko­wa­ły się jed­no­cze­śnie po­nad dwu­let­nią Wan­decz­ką. Pa­no­wie, na­to­miast, de­ba­to­wa­li o sy­tu­acji po­li­tycz­nej i roz­pa­try­wa­li oko­licz­no­ści, w ja­kich zna­la­zła się oj­czy­zna. Wie­dzie­li, że trud­no było ufać ja­kim­kol­wiek ob­cym kra­jom, na­wet tym, któ­re obie­cy­wa­ły sprzy­mie­rze­nie. Czy­ty­wa­li ga­ze­ty, któ­re re­gu­lar­nie, cho­ciaż z opóź­nie­niem, do­cie­ra­ły do nich.

- Wi­tol­dzie - rzekł Jó­zef, ki­wa­jąc gło­wą, jak­by coś prze­czu­wał - sły­sza­łeś o Kłaj­pe­dzie*?

- Otóż to - przy­tak­nął Wi­told - sły­sza­łem. My­ślę, że nie bez po­wo­du Hi­tler za­jął ten Kłaj­pedz­ki Kraj13, jak nic po­trze­bo­wał przy­czół­ku i te­raz bę­dzie go miał.

- Wła­śnie, wła­śnie - po­twier­dził Jó­zef - on nie chce, by przy­pad­kiem Pol­ska mia­ła tam swo­je wpły­wy... Po­li­ty­ka co­raz bar­dziej za­gra­ża lu­dziom, cho­ciaż żad­ne­go w niej nie mają udzia­łu, z wy­jąt­kiem pew­nej gru­py tych, któ­rzy usta­no­wi­li się pa­na­mi ży­cia i śmier­ci.

Wi­told słu­chał Jó­ze­fa, ki­wał gło­wą i za­sta­na­wiał się, co też wy­nik­nie z tej po­kręt­nej po­li­ty­ki dla jego oj­czy­zny i dla jego ro­dzi­ny.

Wie­czo­rem, w swo­jej sy­pial­ni, Edzia i Wi­tek roz­ma­wia­li ze sobą bar­dzo dłu­go i po­waż­nie.

- Ja wszyst­ko wiem... co wo­kół się dzie­je i co nam gro­zi - po­wie­dzia­ła Edzia.

- Z wszyst­kim so­bie po­ra­dzi­my, nie martw się tyl­ko - uspo­ka­jał ją mąż.

- Ależ ja się nie mar­twię. Gdzieś w głę­bi du­szy prze­czu­wam, że gro­zi nam nie­bez­pie­czeń­stwo, ale wiem tak­że, że Pan Bóg nam do­po­mo­że i przej­dzie­my przez tru­dy i nie­do­le Jego po­mo­cą wspar­ci.

- Wola Boża - przy­tak­nął Wi­told - ona jest naj­waż­niej­sza.

 

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.Sprze­daż książ­ki w in­ter­ne­cie: