Mężczyzna zadarł głowę. Nowoczesny budynek nie zachwycał. Składały się na niego dwa prostopadłościany, jeden zdecydowanie wyższy od drugiego, narzucone na półokrągłą podstawę. Podświetlany na czerwono neon z nazwą Airport Hotel Okęcie rzucał się w oczy z oddali. Nie miał już siły dalej iść ani szukać taksówki i prosić kierowcę, by zawiózł go... No właśnie... dokąd?
Co za różnica, gdzie spędzi tę noc? Marzył o tym, by coś zjeść, wziąć prysznic i się położyć. Po wejściu do środka podszedł do recepcji. Udało mu się zameldować. Potem od razu skierował swoje kroki do hotelowej restauracji. Najpierw postanowił coś zjeść, by później już nie musiał opuszczać swojego pokoju. Chciał odpocząć i zaplanować dalsze kroki. Decyzja o przylocie była całkowicie spontaniczna i zupełnie nie wiedział, co będzie robił dalej.
Najedzony z ulgą wszedł do pokoju. Dostał lokum dwuosobowe, bo pojedynczych już nie było. Rozejrzał się. Elegancki pokój urządzony w odcieniach beżu z wieloma dodatkami drewna wydawał się komfortowy. Pomyślał, że nawet zostanie tu dłużej niż tylko tę jedną noc.
Podszedł do stolika i otworzył butelkę wody. Pociągnął kilka łyków. Jego uwagę przykuł obraz wiszący nad łóżkiem. Usiadł w fotelu tak, by dobrze go widzieć. Wiejski pejzaż. Na pierwszym planie widniał fragment ukwieconej łąki, obok której biegła dróżka. Od pola pełnego dojrzałych kłosów odgradzał ją drewniany płot. Na dalszym planie malarz umieścił kilka wiejskich domów w otoczeniu wysokich drzew. Nad całością górowało błękitne niebo z kilkoma białymi obłoczkami. Całość tworzyła pogodny, wręcz sielankowy nastrój.
Nie mógł oderwać wzroku od obrazu, którego atmosfera współgrała z jego wyobrażeniami o Polsce. Taka właśnie wyłaniała się z opowieści babci i dziadka. Choć wcześniej wiedział, że zaszło wiele zmian w ich ojczyźnie, wysiadając z samolotu, poczuł ogromne rozczarowanie. Chyba się spodziewał, że wyląduje na zielonej trawie i przywitają go pola, łąki i lasy...
Siedząc w fotelu, śmiał się z własnej głupoty. Przecież doskonale wiedział, że Polska wygląda zupełnie inaczej niż przed niemal osiemdziesięciu laty, gdy opuszczali ją dziadkowie. A jednak... Chyba chciał, by było tak jak na obrazie.
Rozmyślania przerwał mu dźwięk telefonu. Odebrał. Musiał. I tak nie uniknie tłumaczenia swojego nagłego, spontanicznego, może trochę lekkomyślnego kroku.
- Hello, John. Where are you? - usłyszał głos ojca.
- W Polsce.
- W Polsce? - Tata automatycznie przeszedł na język przodków, który podobnie jak Jan znał od swoich rodziców. - Ale jak to? Co tam robisz?
- Sam jeszcze nie wiem. Zawsze marzyłem, by zobaczyć ojczyznę babci i dziadka.
- Ale tak nagle?
- Nigdy nie mogłem się zdecydować, aż w końcu...
- Mogłeś mnie chociaż poinformować! - Wydawał się wyraźnie zdenerwowany.
- Tato, mam prawie trzydzieści lat. Decyzję podjąłem właściwie w pięć minut, kupiłem bilet i jestem.
- Mam tylko ciebie. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało.
- Nic mi nie będzie. Obiecuję, tato. I będę cię na bieżąco informował o mojej podróży. Wysyłał zdjęcia i tak dalej.
- Co w ogóle zamierzasz tam robić?
- Jeszcze nie wiem. Dopiero co przyleciałem. Tu jest wieczór. Jestem zmęczony po podróży, więc może uda mi się zasnąć. Trochę pewnie potrwa, zanim przestawię swój wewnętrzny zegar. - Uśmiechnął się.
- Ach tak, u nas szesnasta, a u ciebie? Zaraz...
- Dwudziesta druga.
- Nie przeszkadzam w takim razie. Połóż się. Tylko dzwoń, proszę, bo...
- Tak, wiem, masz tylko mnie.
Pożegnali się. Jan wziął prysznic, a potem wrócił na swoje miejsce na fotelu. Zmęczenie odeszło, a obraz przyciągał go jak magnes... W głowie roiły się fragmenty opowieści dziadka i babci o losach ich rodzin, przodków, znajomych. Tyle się tego nasłuchał w dzieciństwie i młodości...
Kuty, kwiecień 1921
Kondukt żałobny kierował się do kościoła. Michał szedł za swoimi braćmi i ich rodzinami. Czuł się samotny. Przez ostatnich kilka dni nie miał czasu myśleć o swojej sytuacji. Wraz z bratem Józefem od tygodnia na zamianę czuwali przy matce. Potem dojechał jeszcze drugi brat ze Lwowa wraz z żoną i synem.
Kiedy mama odeszła, rozpoczęły się przygotowania do ceremonii pogrzebowej. Przez dwa ostatnie wieczory do domu schodzili się krewni, znajomi, sąsiedzi, by modlić się za zmarłą. Na szczęście bratowe pomagały przygotować poczęstunek dla żałobników. Sam chyba by sobie nie poradził. Goście przyjmowali z ich rąk knysze, a mężczyźni nie gardzili kieliszkiem wódki. Kilku z nich co noc czuwało w pokoju obok zmarłej i pilnowało świec na katafalku.
Michał, mimo swojego młodego wieku, żegnał już drugiego rodzica. Niespełna dwa lata temu przechodził żałobę, gdy umarł ojciec. Zbyt szybko musiał się z nimi rozstać. Póki żyła matka, nie czuł się taki samotny, ale teraz...
Pogrążony w myślach nie zauważył, że orszak pogrzebowy dotarł już do kościoła. Powoli wszedł z wszystkimi do środka i zajął miejsce w ławce. Rozpoczęła się ceremonia, którą wypełniały ormiańskie śpiewy. Wraz z innymi śpiewał: Kahanajk jew żohowurtk hajremk i ken Der parekut ynt nyn czecjahysn hawadow yngał yzmez nowin husow[1]. Starał się, by jego głos brzmiał mocno. Chciał godnie pożegnać tę, która wydała go na świat, i prosić o życie wieczne dla niej: Wohormadz Der, wohormia hokwocyn mer nyn czycełoc[2].
Podobnie jak po śmierci ojca zamówi kharsunki, czyli czterdzieści mszy żałobnych. Chciał, by jego rodzice mieli zapewnione jak najlepsze życie po drugiej stronie...
Wiedział, iż matka cieszyłaby się, że została tak godnie pożegnana. Po niełatwym życiu należał jej się godny koniec, na który zresztą była przygotowana. Od dwudziestu lat miała zaplanowane ubranie i płótna do położenia na katafalku. No i przede wszystkim żyła w stałej łączności z Bogiem, z Nim przeżywała swoją codzienność i wiedziała, że do Niego idzie.
Michał siedział wieczorem przy stole w kuchni z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. Towarzyszyli mu jeszcze brat Józef z żoną Anielą i córeczką Marysią oraz brat Bogdan z żoną Anną i synem Jankiem. Miło, że byli z nim. Za chwilę odejdą. Aniela zaproponowała, że to oni przenocują Bogdana z rodziną, a i jego zapraszała, by nie był sam w tym trudnym czasie. On jednak nie chciał.
- I co ty teraz, Michale, poczniesz? - bratowa właśnie skierowała do niego słowa, w których wyrażała swą troskę.
- Ano jak dotychczas będę chodził do młyna.
Od ukończenia szkoły pracował w młynie u pana Klingera. Nie był tak wykształcony jak jego bracia. Obydwaj starsi od niego studiowali we Lwowie. On zrezygnował z dalszej nauki, by zaopiekować się podupadającym na zdrowiu ojcem. Tamci byli już wtedy na swoim.
Przyjął ten obowiązek na siebie jak coś oczywistego. Wiedział, że sąsiedzi nieraz go żałowali, że jako najmłodszy nie mógł się kształcić. Nie cierpiał jednak z tego powodu. Po prostu tak musiało być. Podjął pracę, by zarabiać. Wcześniej ojciec prowadził życie kupieckie, sprowadzał przeróżne towary ze wschodu. Choroba jednak spowodowała, że musiał pozamykać swoje interesy. Na Michała spadł obowiązek utrzymania domu. Na szczęście jego wynagrodzenie nie było jedynym dochodem. Po pierwsze ojciec miał oszczędności na starość. Mieli też ogromny sad, w którym obfite zbiory przynosiły zastrzyk gotówki.
- Żony ci trza... - Aniela uśmiechnęła się lekko.
- Za młody, jeszcze ma czas na żeniaczkę - zaprzeczył jej mąż.
- Gdzie tam za młody, dwadzieścia trzy lata to już odpowiedni wiek - nie ustępowała bratowa.
- Anielciu - tym razem głos zabrał Bogdan - młody jest. Wyszumieć się musi i ustawić w życiu. Żaden z nas nie żenił się tak wcześnie.
- Dom ma. - Aniela zatoczyła ręką koło, wskazując wnętrze. - Pracę też. Cóż więcej potrzeba?
- Taka praca... - powiedział z politowaniem Józef.
- Fakt. Ale przecież możesz mu pomóc, poszukać czegoś. Aniu, może ty mnie wesprzesz? Przecież bez kobiety w domu ani rusz.
- Anielciu, sama nie wiem. Może Michał powie, jakie ma plany?
- Michale? - Bracia jednocześnie popatrzyli na niego.
- Nie wiem. Za wcześnie, by podejmować decyzje. Zresztą nie znam żadnej dziewczyny, którą chciałbym poślubić.
- Tym się nie martw. - Aniela posłała mu uśmiech. - Znajdziemy niejedną, jeszcze będziesz wybierał.
- Zostaw go - powiedział do żony Józef, tym razem trochę ostrzej. - Daj mu odsapnąć, pomyśleć. Da Bóg, przyjdzie na niego czas.
- Da Bóg - powtórzyła Anna.
- Ano dobrze - zgodziła się w końcu Aniela. - W każdym razie - popatrzyła na Michała - pamiętaj, żonę zawsze pomogę ci znaleźć.
- Dziękuję - odparł cicho.
Tak naprawdę bardzo chciał już zostać sam. A oni pewnie myśleli, że samemu będzie mu smutno i zamierzali siedzieć do późna. Na szczęście z kłopotu wybawiła go czteroletnia Marysia.
- Chcę spać - stwierdziła krótko i stanowczo.
- No tak, na nas już czas. Janek też pewnie zmęczony - skonstatowała Aniela. - Jeśli chcecie, zostańcie, a my z Anną pójdziemy do domu.
- Nie, idźcie - powiedział Michał, który tak naprawdę był wdzięczny dziewczynce. - Też jestem zmęczony.
- Dobrze, ale jutro przyjdź do nas na obiad.
- Przyjdę.
Pożegnali się, wyściskali i Michał z ulgą zamknął za nimi drzwi. Wrócił do kuchni i znowu usiadł przy stole. Wreszcie mógł na spokojnie pomyśleć. Nie lubił pracy w młynie. Robił to tylko dlatego, że było to zajęcie, które samo do niego przyszło. Wtedy, gdy on się rozglądał za pracą, pan Kilnger rozpytywał ludzi i szukał pomocnika.
Chłopak tak naprawdę marzył o tym, by wyjechać z Kut, chociaż na jakiś czas. Rzadko je opuszczał, chciał zobaczyć trochę świata, zanim osiądzie na stałe. Do tej pory było to niemożliwe z uwagi na opiekę nad rodzicami. Ale teraz... Świat stał przed nim otworem.
Musiał się nad tym poważnie zastanowić, przemyśleć dalsze kroki. Na spokojnie. Najpierw odpocznie, ochłonie i da sobie czas na żałobę. Wszystko ma swój czas...
[1] Kapłani i lud wierny - błagamy Cię, Ojcze dobrotliwy, byś raczył nas wraz ze zmarłymi w Twej wierze przyjąć. (Fragment pochodzi z Liturgii żałobnej Ormian polskich).
[2] O, Panie miłosierny, zmiłuj się nad zmarłymi naszymi. (Fragment pochodzi z Liturgii żałobnej Ormian polskich).