Kremlowska Kurtyzana - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. Są też takie, które przychodzą do czytelnika jak nagłe uderzenie zimnego powietrza po wejściu z dusznego pokoju - brutalnie, bez zapowiedzi, z siłą, która nie pozwala udawać obojętności. "Kremlowska Kurtyzana" należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To powieść, która nie zadowala się rolą sprawnie napisanej sensacji. Ona chce więcej. Chce wejść czytelnikowi pod skórę, zmusić go do niepokoju, a potem zostawić z pytaniami, na które nie da się odpowiedzieć jednym westchnieniem ani jednym moralnym odruchem.

Na pierwszy rzut oka mamy tu wszystko, czego oczekuje się od współczesnego thrillera politycznego: tajne służby, podwójne gry, kompromitujące nagrania, wielką geopolitykę, zdradę i pościg przez granice, gdzie człowiek jest mniej wart niż dokument, którym się legitymuje. Jest też erotyzm - ale nie jako ozdoba, nie jako tani wabik dla czytelnika, lecz jako istotne narzędzie władzy, nacisku, uwodzenia i samooszustwa. W tej książce ciało nie jest dodatkiem do intrygi. Ciało jest polem bitwy. To na nim rozgrywa się najboleśniejsza część wojny: wojny między pożądaniem a lojalnością, między pragnieniem bliskości a koniecznością zdrady, między miłością a polityką.

Największa siła tej opowieści tkwi jednak gdzie indziej. Tkwi w tym, że pod warstwą szpiegowskiej sensacji pulsuje dramat bardzo ludzki, wręcz pierwotny. To historia o matce, która dla dziecka gotowa jest wejść do piekła i negocjować z diabłem. Nie po to, by coś zyskać ponad życie, ale po to, by ocalić coś ważniejszego niż własny spokój, godność, a może nawet własną duszę. Ewa Lorenz jest bohaterką, która nie daje się zamknąć w prostych kategoriach. Nie jest tylko ofiarą. Nie jest tylko sprawczynią. Nie jest wyłącznie uwodzicielką, wyłącznie narzędziem, wyłącznie pionkiem. Jest kobietą boleśnie prawdziwą - inteligentną, złamaną, zdeterminowaną, czasem odpychającą w swoich wyborach, a jednak głęboko przejmującą. Właśnie dlatego zostaje w pamięci.

Obok niej pojawia się Tomasz Gasiński, postać napisana z rzadko spotykaną w literaturze sensacyjnej czułością i psychologiczną uważnością. To nie jest papierowy minister, zbudowany z jednej cechy i kilku politycznych sloganów. To człowiek samotny, zmęczony, ideowy do granic naiwności, a przez to śmiertelnie narażony na manipulację. W jego relacji z Ewą jest napięcie erotyczne, owszem, ale jeszcze ważniejsze są cisze, niedopowiedzenia i momenty rozpoznania. Ich więź nie opiera się wyłącznie na pożądaniu. Opiera się na czymś o wiele bardziej niebezpiecznym: na wzajemnym zobaczeniu swojej rany. A człowiek, którego ktoś zobaczył naprawdę, staje się bezbronny.

Warto od razu powiedzieć jasno: to nie jest książka, która schlebia czytelnikowi. Nie prowadzi go bezpieczną ścieżką od zagadki do rozwiązania. Przeciwnie - co chwila podcina nogi, zmusza do rewizji ocen, zrywa z łatwymi podziałami na dobrych i złych. Świat tej powieści jest moralnie nieczysty, bo taki właśnie bywa świat polityki, wielkich pieniędzy i instytucji, które publicznie mówią o zbawieniu, a prywatnie negocjują z grzechem. Kościół, państwo, wywiad, media, prywatne namiętności - wszystko to splata się tutaj w gęstą sieć zależności, z której nikt nie wychodzi bez blizn.

Osobnego uznania wymaga religijny i teologiczny wymiar tej książki. Nie dlatego, że jest dekoracją. Nie dlatego, że ktoś wrzucił sutannę, katedrę i cytaty z Pisma Świętego dla klimatu. Tutaj religia jest realną siłą, ale nie w naiwnym sensie. To religia ludzi poranionych, uwikłanych, grzesznych, szukających sensu nie na kazalnicy, lecz w ciemnym korytarzu własnego sumienia. Postacie duchownych nie są tu figurami z kościelnej pocztówki. Są niejednoznaczne, pęknięte, cielesne, obciążone tajemnicą. Właśnie dzięki temu ich obecność nie razi sztucznością. Wręcz przeciwnie - wprowadza do powieści wymiar tragiczny. Bo kiedy sutanna spotyka pistolet, a modlitwa splata się z przemocą, czytelnik zostaje zmuszony do zadania pytania, którego literatura bardzo często unika: gdzie kończy się świętość, a zaczyna rozpaczliwa obrona dobra za pomocą złych środków?

Nie mniejszą wartością tej książki jest jej polityczna inteligencja. Autor tej historii dobrze rozumie, że prawdziwa władza nie zawsze objawia się w przemówieniach, ustawach i konferencjach prasowych. Czasem objawia się w teczce, której nie powinno być. W jednym kompromitującym nagraniu. W telefonie wykonanym o złej porze. W tym, kto wie o kim za dużo. W tym, kto śpi z kim i kto później udaje, że nic się nie wydarzyło. Władza w tej opowieści jest intymna, brudna, cicha i bardzo ludzka. I może właśnie dlatego tak przerażająca.

Jest w tej powieści także znakomite wyczucie psychologii. Każda ważniejsza postać niesie własny ciężar: samotność, ambicję, winę, głód miłości, potrzebę dominacji, strach przed kompromitacją, głęboko schowaną tęsknotę za odkupieniem. Dzięki temu nawet ci, którzy na pierwszy rzut oka wydają się cynicznymi graczami, nie są jedynie maszynami do knucia. Wszyscy mają jakąś ranę. A rana jest tym miejscem, przez które można wejść do człowieka. Najlepiej napisane powieści sensacyjne to nie te, w których liczy się tylko pytanie "kto zabił?", ale te, w których równie ważne jest pytanie "dlaczego dał się uwieść?", "czego bał się bardziej niż śmierci?" i "jaką cenę zapłacił za swoje milczenie?". "Kremlowska Kurtyzana" te pytania stawia i nie ucieka od odpowiedzi.

Wielką zaletą tej książki jest również tempo. Narracja nie grzęźnie. Nie celebruje pustych ozdobników. Prowadzi czytelnika pewną ręką przez kolejne odsłony intrygi, a jednocześnie nie rezygnuje z emocjonalnej głębi. To sztuka trudniejsza, niż mogłoby się wydawać. Łatwo napisać książkę szybką. Łatwo napisać książkę "mądrą". Trudniej napisać książkę, która jest i szybka, i mądra, i drapieżna, i zmysłowa, i ponura, i wzruszająca. Tutaj ten rzadki balans został osiągnięty.

Nie sposób też nie docenić odwagi wyobraźni. Ta powieść nie boi się przekroczyć granic prawdopodobieństwa, ale robi to świadomie i z literacką bezczelnością, która staje się jej atutem. W świecie, gdzie rzeczywistość polityczna coraz częściej przypomina źle napisaną farsę, literatura musi czasem pójść o krok dalej, żeby w ogóle zostać zauważona. "Kremlowska Kurtyzana" ten krok wykonuje bez lęku. I właśnie dlatego działa. Bo pod całym rozbuchaniem fabularnym kryje się intuicja bardzo trafna: że władza i pożądanie od dawna tańczą razem, że tajemnica jest walutą cenniejszą niż złoto, a dziecko bywa dla cynicznych systemów nie człowiekiem, lecz aktywem.

To książka dla czytelników, którzy lubią, gdy fabuła ich porywa, ale nie ogłupia. Dla tych, którzy cenią napięcie, lecz nie uciekają od trudnych pytań. Dla tych, którzy rozumieją, że najlepszy kryminał to nie tylko zbrodnia, lecz także anatomia sumienia. Dla tych, którzy wiedzą, że polityka nie dzieje się wyłącznie w gmachach parlamentów, lecz także w sypialniach, konfesjonałach, samochodach z przyciemnianymi szybami i przy kuchennych stołach, przy których ludzie podejmują decyzje większe niż oni sami.

Oddając tę książkę w ręce czytelnika, warto uprzedzić tylko o jednym: po jej lekturze trudno wrócić do prostych sądów o świecie. Trudno wierzyć, że miłość jest czysta, polityka racjonalna, religia niewinna, a prawda jedna i łatwo dostępna. Ale może właśnie po to czytamy takie powieści - żeby choć na chwilę zobaczyć, jak cienka bywa granica między ocaleniem a zdradą, między świętością a przemocą, między matczyną miłością a państwową machiną.

To odważna, bezkompromisowa i bardzo udana książka. Taka, po której zostaje nie tylko pamięć o intrydze, lecz także niepokój. A niepokój jest jednym z najuczciwszych dowodów, że literatura trafiła tam, gdzie miała trafić.

Proszę wejść w tę opowieść ostrożnie.

I proszę nie ufać nikomu zbyt szybko.

Rozdział 4: Sypialniana dyplomacja

Pierwszy raz kochałam się z Tomaszem Gasińskim dwudziestego ósmego dnia operacji. Pamiętam datę, bo tego ranka dostałam od Siergieja nowe wideo z Nataszą. Trzydzieści dwie sekundy. Moja córka siedzi przy stole i rysuje kota. Ma na sobie czerwoną sukienkę, której nie znam. Nowe buty, których nie kupowałam. Włosy dłuższe niż miesiąc temu. Na końcu nagrania podnosi głowę, patrzy w kamerę i mówi: "Mamo, kotek ma sześć łap." Nasze hasło. Dowód życia.

Obejrzałam to wideo siedem razy. Potem wzięłam prysznic, umalowałam się i pojechałam do mieszkania Tomasza na Saskiej Kępie, żeby dokonać zdrady. Jego. Siebie. Wszystkiego.

Ale zacznijmy od kawy na Mokotowskiej. Bo to tam się zaczęło. Nie w sypialni - w kawiarni.

Pięć kaw. Tyle wypiliśmy, zanim dotknął mojej ręki. Pięć sobót z rzędu. Pięć flat white z mlekiem owsianym dla niego, pięć podwójnych espresso dla mnie. Barista - młody chłopak z brodą biblijnego proroka i tatuażem ziarna kawy na przedramieniu - zaczął nas traktować jak stałą parę. Witał nas uśmiechem porozumienia. Rezerwował stolik pod oknem. Nawet nie pytał o zamówienie.

Pierwsza kawa była nerwowa. Gasiński przyszedł w dżinsach i swetrze, bez ochrony, bo w sobotę minister rolnictwa nie ma ochrony. "Nikt nie chce zabić ministra rolnictwa" - powiedział. - "Nie jestem wystarczająco ważny ani wystarczająco kontrowersyjny. Gdybym był ministrem obrony, miałbym trzech goryli. A tak mam Janusza, który czeka w samochodzie i czyta Przegląd Sportowy."

Rozmawialiśmy o niczym. O pogodzie, o Brukseli, o krzywiźnie bananów. Gasiński śmiał się z moich opowieści o pracy w Komisji Europejskiej - o eurodeputowanym z Malty, który zasnął podczas głosowania i przypadkowo poparł rezolucję, przeciwko której przyjechał głosować, o fińskiej delegatce, która przywiozła na oficjalny obiad własne jedzenie w tupewarze, bo nie ufała belgijskiej kuchni. Ja śmiałam się z jego opowieści o polskiej polityce - o wiceministrze, który na konferencji prasowej pomylił zwykły burak z burakiemm cukrowym i wywołał panikę na giełdzie towarowej, o sejmowej debacie, podczas której poseł z Podlasia zacytował Pismo Święte jako argument za podwyżką cen mleka.

Rozmawialiśmy jak ludzie, którzy się poznają. Normalnie. Zwyczajnie. Bez agendy. Z wyjątkiem tego, że ja miałam agendę. Miałam ją w kolczykach, które nagrywały każde słowo. Miałam ją w torebce, gdzie leżał telefon z aplikacją od Pawła. Miałam ją w głowie, gdzie instrukcje Iriny pracowały jak algorytm: słuchaj, odzwierciedlaj, odsłaniaj kontrolowanie, buduj zaufanie cegiełka po cegiełce.

Druga kawa była cieplejsza. Gasiński zaczął mówić o sobie. Nieśmiało, jak ktoś, kto dawno tego nie robił i zapomniał, jak to się robi. Opowiedział o Zamościu. O ojcu, który był nauczycielem historii i umarł na zawał w dwa tysiące szesnastym roku. O matce, która wciąż mieszka w rodzinnym domu i hoduje róże. O siostrze Agnieszce i jej synu Jacusiu, trzyletnim terroryście, który demoluje mieszkanie z systematycznością, jaka robiłaby wrażenie na jednostce GROM.

- Jacuś jest moim ulubionym człowiekiem na świecie - powiedział cicho. W jego oczach pojawiło się coś, co rozpoznałam natychmiast. Ból ojcostwa, które nigdy nie nastąpiło. Trzecia podatność z profilu psychologicznego: GŁÓD MACIERZYŃSKI. Tylko, że na żywo to nie była "podatność". To było cierpienie.

Trzecia kawa. Kontrolowane odsłanianie. Moja kolej.

- Mam córkę - powiedziałam.

Nie planowałam tego powiedzieć tak wcześnie. Irina zalecała czwarte albo piąte spotkanie. Ale zdanie samo wyszło z moich ust, jak ptak z otwartej klatki. Gasiński odstawił filiżankę.

- Masz córkę?

- Nataszę. Ma sześć lat. Mieszka z ojcem. Nie widziałam jej od trzech lat.

Cisza. Długa, gęsta. Gasiński patrzył na mnie. Nie pytał dlaczego. Nie pytał jak. Patrzył. I w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie przewidziała żadna teczka, żaden profil, żaden agent Pszeniczny. Zobaczyłam rozpoznanie. Jeden samotny człowiek rozpoznał drugiego samotnego człowieka. Jak dwa statki na otwartym morzu, które migają do siebie światłami w ciemności.

- Przepraszam - powiedział. Jedno słowo. Ale powiedział je tak, jakby naprawdę przepraszał. Za cały świat, który pozwala na to, żeby matka nie widziała dziecka trzy lata.

- Sam mi powiedziałeś, żebym przestała przepraszać. Teraz ja ci to mówię.

Uśmiechnął się. Smutno. I ten smutny uśmiech był jak klucz wsunięty w zamek, który otwiera drzwi, za którymi czeka coś, na co nie jesteś gotowy. Żadne z nas nie było gotowe.

Czwarta kawa. Od pewnego czasu mówiliśmy już sobie "ty". Nie umówiliśmy się na to. Przeskok nastąpił naturalnie, w połowie zdania, jakby język sam zdecydował, że "pan" i "pani" to barykada, która nie ma sensu między ludźmi, którzy dzielą się bólem.

Piąta kawa. Dotknął mojej ręki.

Sięgałam po cukiernicę. Jego dłoń nakryła moją. Lekko. Ciepło. Trwało to trzy sekundy. Może cztery. Cofnął rękę. Ja cofnęłam swoją. I oboje udawaliśmy, że to się nie stało. Ale oboje wiedzieliśmy, że granica została przekroczona. Nie ta operacyjna - ta ludzka.

Tego wieczoru Siergiej zadzwonił.

- Tempo jest zbyt wolne. Potrzebujemy postępu.

- Postęp wymaga czasu.

- Czas jest luksusem, którego nie mamy. Okno operacyjne zamyka się za trzy tygodnie. Negocjacje WPR zaczynają się w styczniu. Potrzebujemy nagrania przed styczniem.

- Nie mogę go zmusić.

- Nikt nie mówi o zmuszaniu. Mówię o przyspieszeniu. Pani wie, co robić.

Wiedziałam. Piekło polega na tym, że wiedziałam.

Szósta kawa nie została wypita w kawiarni. Zaprosiłam Tomasza do mojego mieszkania na Powiślu. Pretekst: obiad. Prawda: eskalacja.

Gotowałam bigos. Nie dlatego, że umiem gotować bigos - umiem, ale nie o to chodziło. Chodziło o zapach. Bigos to zapach polskiego domu. Zapach bezpieczeństwa. Zapach "tu jesteś na swoim miejscu". Irina mówiła, że zmysły są furtkami do zaufania. Wzrok - pierwszy. Słuch - drugi. Dotyk - trzeci. Węch - czwarty. Smak - piąty. Każdy zmysł to kolejna warstwa intymności. Kawa na Mokotowskiej otworzyła wzrok i słuch. Dotyk ręki - trzecią warstwę. Teraz czas na węch i smak.

Tomasz przyszedł o osiemnastej. Butelka Rioja w jednej ręce. Bukiet kwiatów w drugiej. Frezje. Nie róże - frezje. Kto kupuje frezje? Ludzie, którzy wiedzą, że róże to klisza, a frezje to wyznanie. Ludzie, którzy myślą, zanim kupują kwiaty. Ludzie, których trzeba naprawdę uważać, żeby nie pokochać.

- Ładne mieszkanie - powiedział, rozglądając się po salonie, który nie był moim salonem, tylko dekoracją wyreżyserowaną przez rosyjski wywiad, ale wyglądał na moje - książki na półkach dobrane tak, żeby odzwierciedlały moje prawdziwe zainteresowania. Tomik Miłosza na stoliku. Zdjęcia z Brukseli na ścianie. Dywan, na którym leżały poduszki w kolorach, które naprawdę lubię. Profesjonaliści. Siergiej i jego ludzie byli cholernie dobrymi profesjonalistami.

Jedliśmy bigos. Piliśmy Rioję. Rozmawialiśmy. Ale inaczej niż w kawiarni. W kawiarni jest barista, są inni ludzie, jest hałas, jest dystans. W mieszkaniu - nic. Tylko dwoje ludzi, butelka wina i bigos, którego zapach wypełniał każdy kąt jak ciepła woda napełniająca wannę.

- Dlaczego polityka? - zapytałam, opierając brodę na dłoni. Siedziałam na podłodze, na tych poduszkach, które ktoś wybrał za mnie. Tomasz siedział na kanapie. Między nami stał niski stolik z resztkami bigosu i drugą butelką wina, tą moją, kupioną w Żabce na rogu, bo agentka wywiadu też robi zakupy w Żabce.

- Nie wybieram polityki. Polityka wybrała mnie. Jak grypa.

- Grypa mija.

- Polityka też. Ale zostawia powikłania.

- Jakie?

Tomasz milczał przez chwilę. Pił wino. Patrzył w okno, za którym Warszawa migotała światłami jak rozrzucone diamenty na czarnym aksamicie. To porównanie przyszło mi do głowy tamtej nocy i zostało, bo czasem banalne porównania są najbardziej trafne.

- Samotność - powiedział w końcu. - Polityka daje ci tysiąc znajomych i zero przyjaciół. Masz ludzi wokół siebie szesnaście godzin na dobę. Doradców, sekretarki, dziennikarzy, petentów. Wszyscy czegoś chcą. Nikt nic nie daje. Idziesz do domu i jest cisza. Taka cisza, która nie jest spokojem. Jest pustką.

Znałam tę ciszę. Mieszkałam w niej od trzech lat.

- Ja znam tę ciszę - powiedziałam. I to nie było kontrolowane odsłanianie. To nie była technika Iriny. To byłam ja. Ewa. Prawdziwa.

Tomasz odstawił kieliszek. Wstał z kanapy. Obszedł stolik. Usiadł obok mnie. Blisko. Tak blisko, że czułam ciepło jego ramienia. Zapach Rioji z jego oddechu. Szampon - ten cholerny Head & Shoulders, mentolowy, z Biedronki, który na nim pachniał jak perfumy za tysiąc euro, bo to nie szampon nadaje zapach, tylko skóra pod nim.

- Ewo.

- Tak?

- Mogę cię pocałować?

Zapytał. Nie próbował - zapytał. Ten mężczyzna, minister, polityk, człowiek przyzwyczajony do podejmowania decyzji za miliony ludzi - ten mężczyzna poprosił o pozwolenie na pocałunek. I w tym pytaniu było więcej szacunku niż we wszystkim, co Grigorij zrobił przez pięć lat naszego małżeństwa.

- Tak - powiedziałam.

Pocałował mnie.