Krem do cery dojrzałej - Daria S. Kwaśniak

Kup ebooka

38.37 zł
31.85 zł (32,61 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nic nie szkodzi, tak jest nawet lepiej. Nie jestem zła. Tak myślę. Trochę szczypie. Chyba powinno bardziej boleć. Czy nie powinno? Na filmach wyglądają, jakby bolało. W sumie to jest nawet bardziej irytujące niż nieprzyjemne uczucie. Jest trochę chłodno, no i nie mogę się ruszyć. Ale i po co. Tak to miało wyglądać? Chyba każdy sobie to wyobraża inaczej. Ja na pewno. Miało boleć. Tak mocno, żeby zagłuszyć to opanowujące mnie z każdym dniem coraz bardziej cierpienie.

Róż. Blady róż. Albo jakiś inny burgund. Nigdy nie byłam dobra w kolory. To takie nie kobiece. Kolejna nie kobieca rzecz. O ironio. Ale wygląda ładnie - niczym chmury, o zachodzie słońca, sunące po szarej tafli nieba. O tak. Tak bym ten kolor nazwała i każdy by wiedział, o co chodzi.

I co teraz? Może zanucę sobie piosenkę. Czas zleci szybciej. Jakaś przyjemna melodia, hm...

- Parostatkiem w piękny rejs ...

Okej. To jest ostatnie, co mi siedzi w głowie. Oto najlepszy żart całego mojego życia. Nucić Parostatek pod nosem w kałuży krwi. No! Aż żałuję, że nie mogę go opowiedzieć Bartkowi. Dopiero by się ze mnie śmiał. No serio Miśka?

Boże, czemu to tyle trwa. Niech już się skończy. Niech wszystko ucichnie. Woda robi się coraz ciemniejsza, a głęboki odcień, bajecznej czerwieni prześwituje w miejscach gdzie pada na nią ciepłe światło lampy. Tak, to zdecydowanie ładny kolor. Kto by pomyślał, że to będzie tak piękny widok. Zupełnie jak te kolorowe, górskie jeziora. Pamiętam mamę, jak siedziała przy brzegu i wpatrywała się w nie jak w najpiękniejszy obraz. A ja marudziłam, a że gorąco, a że daleko, a że nogi bolą... Co bym dała, żeby znów tam być, siąść koło niej i patrzeć. Po prostu. W ciszy. Zamknę oczy, i wyobrażę to sobie. Tak, to będzie miłe, takie ostatnie wspomnienie. Ona, ubrana w kwiecistą sukienkę do kostek. Z tyłu tata, z aparatem... Lubił robić jej zdjęcia. Tata i jego kieszenie wypchane kliszami. Tata! Dlaczego o nim nie pomyślałam. Tylko ja mu zostałam. A za chwilę już nikt nie...

Nie, nie mogę mu tego zrobić.

Nie dam rady wstać. Nikogo nie ma. Nikt mnie nie usłyszy... Zresztą, i tak nie mam siły krzyczeć.

Coś wibruje czy to już omamy? Telefon? Telefon! Musiał mi wypaść. Jest, tam leży. Jak się odrobinę podsunę to go dosięgnę.

Au. Jednak boli. Nie dam rady. Aua! Kurwa... Nie mogę... Zamknę oczy na moment. Odpocznę, może wtedy się uda...

- Nie rób tego idiotko!

Krzyczę na siebie w myślach? Mogłam o tym pomyśleć wcześniej. Grunt, że skutecznie. Kurwa mać, co za przeszywający ból!

Udało się.

- Złap oddech. Przestań się trząść! Uspokój się. Dasz radę Miśka.

Jest. Mam. Jeszcze tylko go podniosę i wybiorę ostatnie połączenie. To tylko dwa ruchy palcem.

Nie, nie dam rady...

- Miśka, weź się w garść.

Jeszcze jedno kliknięcie i już... Z kim rozmawiałam ostatnio. Nie pamiętam...

O nie. Tylko nie on... On nie odbierze. Nie ode mnie. Nie teraz...

Proszę odbierz. Zrób dla mnie jeszcze tą jedną, jedyną rzecz...

- Cześć tu Mariusz, nie mogę odebrać, zostaw wiadomość po sygnale.

- Pomocy...

Udało się, może ciut za cicho, ale jakie to ma znaczenie. Zrobiłam ile mogłam. Już i tak za późno. Robi się ciemno i spokojnie. Cisza. Tego chciałam.

JA.

Cześć. Mam na imię Maja. Przyjaciele mówią na mnie Miśka. Lubię teatr, lody czekoladowe i muzykę. Wciąż szukam mojego miejsca na ziemi. Jak znajdę miejsce, to poszukam sobie celu.

*

Baśka wychodząc z łazienki już z progu śmieje się, spogląda na mnie tym swoim kobiecym, ironicznym wzrokiem, oznajmiając, że ten krem na zlewie to jest raczej dla nastolatek. Powinna mnie już znać na tyle, żeby wiedzieć, że to dla mnie trudna kwestia. Ale to chyba typowe dla większości społeczeństwa - najłatwiej wyśmiać, a doradzić czy pomóc już nieco trudniej. Wybierają więc drogę na skróty. Tymczasem nawet ona. Ale, że jedyna przyjaciółka to nie ma co wybrzydzać.

Krem kupiłam, ponieważ był w promocji. Kosmetyki dobre to kosmetyki drogie - tak przynajmniej mawiała moja ukochana cioteczka. Zawsze najbardziej wystrojona i najbardziej zadbana kobieta we wsi. Niezwykle równa babka. Ale jakoś nie mam dzisiaj ochoty tłumaczyć przyjaciółce dlaczego akurat ten kosmetyk radośnie trafił na półkę w moim maleńkim m2, a nie inny. Niech sobie ironizuje do woli, tym bardziej, że wchodzenie w polemikę na temat kosmetyków to byłaby z góry przegrana debata. Zwłaszcza z nią. Chociaż w tej tematyce przegrałabym nawet z własnym ojcem, który na sklepowej półce nie rozróżnia antyperspirantu w kulce, od tego w sztyfcie. Mówiąc dosadnie - nie znam się na specyfikach do pielęgnacji szerzej pojętej niż mydło i szampon. Ale to chyba ten czas w życiu kobiety, kiedy zaczyna się rozglądać za czymś, co pozwoli chociaż na chwilę stworzyć złudzenie zatrzymania czasu. Lustro w łazience jakimś cudem z biegiem czasu nabiera ostrości, zamiast zamazywać obraz. Przydałby się kurs, taki weekendowy, albo i miesięczny dla bardziej opornych, z podstaw kosmetologii po trzydziestce. Poszłabym. Zdecydowanie na ten dłuższy. Może nawet dwa razy.

Ba, pamiętam tą chwilę, kiedy zmotywowana wchodziłam do drogerii, bo - Dzisiaj kupię sobie dobry krem. Najwyższy czas - myślałam, oglądając wcześniej, w domu, masę filmów na YouTube i czytając nie mniejszą ilość wpisów blogowych, mniej lub bardziej wątpliwych ekspertek. A wszystko po to, żeby się dowiedzieć, czego używa się w moim wieku. Po ich obejrzeniu wiedziałam mniej niż wcześniej. Nagle pojawiło się więcej pytań, od rodzaju skóry przez trudne słowa typu kolagen, bakuchiol, retinol, ph aż po składy, działanie, funkcje, pory aplikowania. A wcześniej moja wiedza opierała się na - im drożej tym lepiej. W drogerii zdecydujesz, spoko Miśka, nie bój nic - zapewniałam samą siebie. Ta, jasne. Jakież było moje zdziwienie, kiedy podeszłam do półki mieniącej się feerią kolorowych barw na fantazyjnych pudełeczkach i załamałam ręce. To nie dla mnie. Pas.

Mogłam zatem wziąć albo najdroższy, ale blogowe ekspertki twierdziły, że krem musi być odpowiedni, inaczej to nie ma sensu, albo najtańszy, ewentualnie - najładniejszy. Zmieniłam zatem tok myślenia. Wielka, czerwona tabliczka z napisem "50 % taniej" zwróciła moją uwagę. Ale to napis na kremie "16+" przekonał mnie ostatecznie. To na pewno chodzi o to, że po użyciu tego kremu moja cera będzie jak w liceum! - Pomyślałam i zaczęłam rechotać w sklepie, między kremami i żelami pod prysznic. No to do koszyka. Hyc.

- I tak całe dnie słuchasz tylko muzyki? Wystarcza ci to? - Dopytuje z nagła niezadowolona Barbara dopijając kawę, która ją również jedynie unieszczęśliwiła. Już od dawna wiem od niej, że nie umiem parzyć kawy. Dzisiaj to jednak brak telewizji zniesmaczył szczupłą szatynkę na mojej niewygodnej kanapie.

- W zupełności. - Odpowiadam w międzyczasie podkładając pod jej nos talerz z wielkim, soczystym pączkiem. Wiedząc, że zaraz namarudzi, że nie jest z lukrem. Gdyby był z lukrem, to nadzienie byłoby złe. Albo wielkość. Lub kształt.

Telewizji pozbyłam się już dawno. Jeszcze jakiś czas po przeprowadzce na własny kąt miałam nawet dekoder, czy jak się tam nazywa ta puszka obok telewizora, ze świecącymi światełkami. Dokładnie po ośmiu dniach użytkowania tego narzędzia propagandy i mózgowsysu, któregoś słonecznego dnia wielka wrona, niczym ptasi wybawca, usiadła na talerzu za oknem. W efekcie wszystkie kanały zostały zastąpione eleganckim, acz lekko irytującym po kilku godzinach oglądania, czarnym obrazem. Po kilku następnych dniach, kiedy wreszcie odważyłam się zadzwonić do biura obsługi, miły Pan poinformował mnie przez telefon, że przyjdzie i mi go ustawi na nowo. No i było by to niezwykle miłe z jego strony, że tak uprzejmie dba o klientów, gdyby nie drobny szczegół - miał skasować za to wysokość moich dwóch dniówek. W mojej nomenklaturze to jakieś dwanaście obiadów. Spasowałam. Telewizji nie ma. I dobrze. Dla rodziny i wielu znajomych była to decyzja niepojęta wręcz. Świętej pamięci babka padła by trupem drugi raz, gdyby wiedziała, co sądzę o programach, które z tak wielkim zaangażowaniem razem oglądałyśmy. To była jej ulubiona rozrywka. - Babciu i co, jak się skończył poprzedni odcinek? Zdradził ją? I co, dostała tą pracę? Ma raka? - te i wiele innych pytań z wielką pasją zadawałam odwiedzając ją i zasiadając na wyłożonej kolorowym pledem kanapie. Była pewna, że interesuje mnie to równie bardzo jak ją. I była też przy tym niezwykle szczęśliwa. Za takie kłamstewka chyba nie idzie się do piekła? W każdym razie, spłonę czy nie, telewizor służy jako wieszak na ubrania. Każdy, komu mówię, że nie mam telewizji, robi wielkie oczy, z których niezrozumienie wylewa się wiadrami. Ale czy uważam się za lepszą z tego tytułu? No absolutnie nie. Bo bez bicia się przyznam, że u mnie bez przerwy włączony jest komputer, a liczne seriale pochłaniam hurtem. Jednak coś po babci we krwi zostało. Może jednak by zrozumiała? Dostosowuję moje nałogi do aktualnych czasów. Można by powiedzieć, że idę z trendami. I stety-niestety tylko w tej materii. Lepszy rydz niż nic.

Wiele taniej zapewne by było bez przerwy siedzieć w telefonie, jak moi rówieśnicy. Ja telefonu prawie nie używam. Bardzo długo broniłam się przed nową komórką. Poczciwe maleństwo ze słodkimi przyciskami. A to nowe? Pół torebki zajmuje i ma tyle niepotrzebnych funkcji, co nowa pralka. Ha - latami nie miałam pojęcia, czym się różni smartfon od ajfona. W sumie dalej nie uważam się nawet za połowę eksperta w tej dziedzinie. Ale musiałam się dowiedzieć co nieco, kiedy chciałam jeden z nich kupić. Wybrałam zatem najtańszy i najmniejszy, co okazało się bardzo trudnym zadaniem, bo najwyraźniej społeczeństwo uważa, że im większy tym lepszy. Pamiętam pierwsze telefony komórkowe, z których niedługo później, kiedy pojawiły się ich malutkie odpowiedniki, młodzież śmiała się w głos, kiedy ktoś jeszcze używał takiej cegły. Nie wiem, w którym momencie ludzkość postanowiła zbłądzić. Musiałam ten moment przegapić. Osobiście wolałam moją normalną komórkę, która służyła do dzwonienia, a w skrajnej nudzie do gry w pasjansa. No i mieściła się w kieszeni spodni. Jednak postęp poniekąd wymaga żeby iść z biegiem czasu. Chcesz zniżkę? Zainstaluj naszą aplikację. Chcesz zainstalować aplikację? Kup smartfona. Żałosny świat konsumpcjonizmu wessał i mnie. Ale i tak wiele z telefonu nie korzystam. Do SMS-owania i dzwonienia głównie.

Muzyki słucham, tak, to jedyne w czym mi się to nowoczesne badziewie przydaje. Moje poczciwe mp3 może wreszcie przejść na zasłużoną emeryturę. Kupiłam je jeszcze w liceum. Służyło mi około piętnastu długich, przepasanych wieloma wzlotami i upadkami, lat. To w elektronicznych latach jakieś sto pięćdziesiąt. Niestety zaczął dokonywać żywota mój poczciwy staruszek. Pierwsza w szkole miałam taki sprzęt. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że zostałam trend-seterką, bo jakiś czas potem, można było na korytarzu szkolnym zauważyć wysyp ludzi ze słuchawkami w uszach. Swoją kupiłam za granicą, za zarobione w wakacje pieniądze. Wtedy zastąpiła ona wysłużony walkman, do którego kaset profilaktycznie nie wyrzucam. Ludzkość jeszcze nie raz mnie pewnie zadziwi... Mój nowiutki odtwarzacz był przyczepiany do smyczy, którą wieszałam sobie na szyi i nosiłam niczym księżna kolię wysadzaną diamentami. Budził respekt. A dzisiaj zastąpił ją kiepskiej jakości telefon, który rozładowuje się po jednym spacerze z włączoną muzyką, nie mieści się w kieszeni kurtki i codziennie boję się, że zwyczajnie przestanie działać albo wybuchnie. Dziękuję dwudziesty pierwszy wieku.

- No Miśka, niedługo urodziny. Może pora zmienić krem na mniej optymistyczny, a bardziej realistyczny? - Śmieje się moja piękna przyjaciółka bez grama cellulitu i skórze gładkiej jak u dziecka.

Za dwa tygodnie przekroczę mistyczną granicę trzydziestu lat. Tak. To będzie ten moment, który kiedy byłam nastolatką, wydawał mi się taki odległy. Jako pełna złudzeń na temat życia i wielu bzdurnych przekonań naiwna panienka, wydawało mi się, że jak ktoś ma w swoim wieku trójkę z przodu to jest już starym człowiekiem. Do dziś pamiętam jak ze znajomymi śmialiśmy się, że po trzydziestce to już pora umierać. No, dzisiaj nie jest mi tak do śmiechu.

Komentarze Baśki mnie nie wzruszają. Ja jej wybaczam szczerość, ona mi niedociągnięcia towarzyskie. Mam dziwne poczucie humoru i lubię sarkazm. Otaczam się jedynie ludźmi, którzy śmieją się z tych samych rzeczy, co ja. Chociaż nie z wyboru, raczej trudno ze mną wytrzymać. Lubię się śmiać i uwielbiam żartować. Niestety czasem zdarza mi się to w mocno nieodpowiednich momentach. Nazwałabym się śmiało takim - ogrem towarzyskim. Ogr towarzyski to instytucja, która średnio potrafi się zachować w sytuacji społecznej, wymagającej jakiejkolwiek charyzmy lub ogłady. Dlatego unikam wszelkich życiowych momentów wiążących się z kontaktami z ludźmi. Nie lubię też poznawać nowych osób. Nie jestem w tym dobra i zwykle jednak kończy się na tym, że walnę jakąś gafę i tyle było w temacie. Nie interesują mnie tematy popularne. Nie śledzę wiadomości i nie znam ploteczek ze świata. O nowinkach się ze mną nie porozmawia, co już ustaliliśmy. Nie lubię dzwonić do rejestracji do lekarza, nie lubię zamawiać pizzy przez telefon nawet. Zdaję sobie sprawę, że jestem mocno specyficzna. Taka jednostka chorobowa jest pewnie nazwana. Kiedyś się dowiem. Póki co - egzystuję nie wchodząc ludziom w drogę. Na tyle, na ile jest to możliwe, rzecz jasna.

13 dni

Zwykle budzę się i zaczynam dzień od śniadania. Potem przeglądam Internet w poszukiwaniu poważnej pracy, po którą tu, nota bene, przyjechałam. Z każdym kolejnym wysłanym cv, na które nikt nie odpowiedział, tracę cząstkę nadziei. A i tak już jej mam niewiele. Niezbyt w siebie wierzę i to chyba moja największa wada. Zdarzało mi się nawet czytywać jakieś tam motywujące książki typu "Pierdyliard metod, jak uwierzyć w siebie i własne możliwości", ale zdaje się, że jestem po prostu przypadkiem spoza wszelkich kategorii coachingowych.

Dzisiaj wstałam z wyjątkowo złym nastawieniem. Mówi się, że czasem człowiek wstaje lewą nogą. Ja wstałam lewą nogą, lewą ręką, lewym okiem i lewym bokiem. W zasadzie to mam wrażenie, że dzisiaj obie strony ciała mam lewe. Miałam zrobić dzisiaj zakupy, w lodówce zrobiło się pustawo. Ale mi się nie chce. Nie chce mi się nawet zjeść śniadania. Chociaż akurat śniadanie uważam ze najważniejszy posiłek dnia i z tym nie ma co dyskutować. A jeśli ktokolwiek wejdzie ze mną w polemikę na ten temat - polegnie z kretesem. No, ale najbardziej to nie chce mi się iść do pracy. Jeszcze do tego wiem, że dzisiaj nie będzie za barem Bartka, a tylko on mógłby mnie zmotywować do choć odrobiny entuzjazmu. Dzisiaj nawet neurony mam niezadowolone. Spytałby ktoś - dlaczego? Bo tak. - Dostałby w odpowiedzi. Kto pozna meandry kobiecego mózgu wygra życie.

Neuroniki to takie małe, mniej lub bardziej wredne istotki, które siedzą mi pod czaszką i spędzają swoje radosne, małostkowe życie na kpinach i ironizowaniu. Tak sobie je wyobrażam. Nie wiem czy czyni to ze mnie wariatkę. Może i czyni. Jednak wolę myśleć, że jestem po prostu człowiekiem o odmiennej perspektywie i postrzeganiu rzeczywistości. A te małe wredotki z tymi swoimi synapsami i dendrytkami to taki element dodający czysto zabawowego charakteru mojemu życiu.

Puszczenie z głośników Classical Massacre motywuje mnie jednak do rozpoczęcia dnia. Mam płytę na każdy nastrój i na każdą pogodę. W rytm poloneza w interpretacji najlepszego skrzypka wszech czasów, zabieram się za śniadanie. Na tyle wystarczyło mi jednak tego dnia chęci. W złe dni jadam parówki z majonezem. Można powiedzieć, że zajadam stres. Chociaż w moim przypadku wybór produktu na pocieszenie mógłby spotkać się ze zdziwieniem, bo parówkom raczej daleko do czekolady czy lodów. Do tego obowiązkowe gapienie w monitor. Może po kilku odcinkach ulubionego serialu uda się wyjść do sklepu. Tym razem męczę niezbyt ambitny serial młodzieżowy. To ciekawe, że jako osoba, która kompletnie nie siedzi w temacie społecznego asymilowania się z rówieśnikami, najbardziej lubię oglądać filmy i seriale o ludziach, którzy spotykają się ze sobą, rozmawiają o głupotach i stawiają się niejednokrotnie w sytuacjach, których sama unikam jak ognia. Jakiś socjolog mógłby pewnie ze mnie zrobić doktorat. Chociaż wydaje się, że wraz z postępem medycyny i nauki, nazwę ma już każde dziwactwo.

Kiedy udaje mi się ubrać, rzutem na taśmę spoglądam w lustro nad umywalką, ignorując zupełnie, po tych paru tygodniach, wielkie pęknięcie przez całą jego długość. Efekt mojej niezdarności w połączeniu z mopem. Kreska nad linią rzadkich, wręcz lekko żałosnych rzęs i szminka na pełne usta upewniają mnie, że mogę bez wstydu pokazać się w markecie. Trampki, leginsy, tunika, idę.

Do koszyka sklepowego wkładam warzywa, wędlinę i mleko. Jedzenie warzyw to podobnie jak chodzenie do mojego ukochanego teatru - przywilej dla bogaczy. Z roku na rok coraz droższe, o czym się nie mówi. Strasznie mnie to wkurza. Że papierosy drożeją, i wprowadza się nowe podatki na alkohol to mówi i wie każdy. Ale że sałata jeszcze niedawno kosztowała złotówkę w sezonie, a teraz nie schodzi poniżej trzech, to już nikt się nie zająknie. Nie wspominając o obecnym wokół propagowaniu zmiany nawyków żywieniowych. Jedz zdrowo, dbaj o siebie, a skąd weźmiesz na to pieniądze, nie nasz problem. I wszędzie celebrytki, które miksują ten swój jarmuż i kiwi na drugie, jakże wartościowe przecież śniadanie. Ha! Kiwi! Już nie pamiętam nawet, jak smakuje. Powącham może chociaż. Patrzę na kalafior i liczę w głowie, czy jak go kupię, to wystarczy mi jeszcze na chleb. Który też swoją drogą podrożał. Ruskie pierogi w ilości takiej, że wykarmiłabym czterech studentów lub osiemnaście studentek, zalegają w zamrażarce od dawna. Więc w ponure dni, których od pewnego czasu jest dziwnie dużo, kiedy motywacja siada, obiadami nie muszę się martwić. Kiedyś były w promocji, a że lubię, to nakupiłam. Skoro obiad mam z głowy to biorę kalafior, raz się żyje.

Przy kasie siedzi mój ulubiony kasjer. Młody, pryszczaty, ale przystojny. Na oko ledwo odebrał dowód osobisty i pewnie teraz dorabia na prawko. Też tak robiłam. I co mi z tego prawa jazdy, jak i tak nie używam. A tak wydałabym te półtorej tysiaka na coś sensowniejszego. Na przykład mogłabym kupić moje ulubione pomidorki koktajlowe, na które zwykle szkoda mi pieniędzy i potem się nimi obrzucać. Leżąc na sałacie. Nadal byłoby to mądrzejsze niż moje prawo jazdy. Kasjer już widzi mnie z daleka. Bardzo się przy mnie peszy, a twarz mu lekko czerwienieje. To urocze i zabawne. Nerwowo kasuje moje produkty zerkając na mnie jakby chciał zagadać, ale coś ugrzęzło mu w gardle. Poprawia mi to humor za każdym razem.

Po zakupach i porcji ruskich z duszoną cebulą, niezbyt entuzjastycznie zebrałam siły i wyszłam z domu do pracy nieco wcześniej. Robię tak trzy, z rzadka cztery razy w tygodniu. Wtedy godzinny spacer załatwia mi tygodniową porcję ruchu, jaką zalecają internetowi eksperci od zdrowia i formy. Chyba działa, bo udaje mi się utrzymać sensowną wagę, pomimo parówek z majonezem i braku jarmużu w diecie. Chociaż w świecie idealnych kobiet uznano by mnie za wieloryba raczej. Metr sześćdziesiąt osiem i sześćdziesiąt dziewięć kilogramów chodzącego dugonga. Ze słuchawkami na uszach i mocnej dawce odprężającego Led Zeppelin, udaje się nie zboczyć z trasy w kuszącą siną dal i wreszcie dotrzeć do celu. Trapiące mnie pod czaszką przemyślenia, które przez większość dnia skutecznie, o dziwo, udawało mi się odpychać, zaczynają wracać ze zdwojoną siłą.

Może spróbujesz unikać szefa? - mówi do mnie jeden zabawowy neuronik.

- Bo unikanie kogokolwiek w pracy, na jednej sali, powinno być tak proste jak nauka różniczkowania. - Odpowiada mu z nieskrywaną ironią i zażenowaniem cała reszta.

*

Z szefem spotkałam się już przed wejściem. Oto mój sarkastyczny żywot. Chwytał już za klamkę, kiedy ja dopiero wolnym krokiem zbliżałam się do budynku. Jeszcze mnie nie widzi. Sąsiednie krzaki bzu wyglądają kusząco. Skutecznie bym się za nimi ukryła. Krok za krokiem spoglądam na nie jak na eklera z bitą śmietaną na sklepowej ladzie. Wskoczę tam jednym susem i wyjdę jak zniknie w budynku. To jest najlepszy plan! Dasz radę! - Coś mi mówi w myślach, których niestety zbyt często słucham.

Już prawie podnosiłam nogę, w celu szybkiego przeskoku przez niewysoki murek wzdłuż chodnika. Była przez chwilę niewielka szansa, że mnie nie zauważy. Niewielka. Przez chwilę. A potem mnie zauważył.

- Dzień dobry - burknął wyjątkowo beznamiętnym tonem.

- Dzień dobry, Szefie - odpowiedziałam opuszczając powoli nogę. Próbowałam być równie bez emocjonalna jak on, co nie było łatwe, bo doskonale wiem, że wyglądałam co najmniej dziwacznie. Spaliłam buraka. Naturalna reakcja mojego samo-sabotażującego się organizmu. Mimochodem też zaakcentowałam słowo "szefie". Nie było raczej wątpliwości, że się nie polubimy.

Bez żadnego więcej słowa wpuścił mnie do środka otwierając przede mną drzwi. Atmosfera była wyczuwalnie napięta. Nic więcej nie wyszło z jego ust w odpowiedzi na moją subtelną docinkę, ani na to, co musiał zobaczyć gdy się odwrócił. To będzie niezwykle cicha wojna - pomyślałam.

*

Wtorki w klubie to dzień z karaoke. Zwykle to mój ulubiony dzień tygodnia w pracy. Najczęściej jest dużo śmiechu. Ale zdarzają się też głosy, w których absolutnie nie ma nic zabawnego. Takie, co by cztery fotele na tak odwróciły, a Pani Ela Z. Poprosiłaby o autograf. Kiedyś przyszła dziewczyna, która tak odśpiewała Na sen, że dostała owacje na stojąco. Często zaś bywają tacy, co nie mają słuchu za grosz, ale robią takie szoł, że każdy w klubie bawi się razem z nimi. Jednak zwykle to są pijani pseudo muzycy przekonani o swoim wielkim talencie. I tych lubię najbardziej, bo to moi ludzie. Też lubię sobie podśpiewać to i owo w domowym zaciszu. I tylko tam. Dzisiaj jednak atmosfera nie sprzyjała. Przez braki w kadrze nowy szef wyłonił się ze swojej ciemnej nory i stał za barem niczym wszystkowidzące oko z mojej ulubionej trylogii. A my jak te orki chodziliśmy ostrożnie wokół niego jak na szpilkach.

Jedząc drugą marchewkę tego wieczoru, uświadomiłam sobie nagle, że nawet nie wiem jak nasz złotowłosy pajac ma na imię.

- Ty wiesz, że on zwrócił mi wczoraj uwagę, że za często palę? Uwierzyłabyś?! - wytrąciła mnie z zamyślenia Ruda, wyraźnie poirytowana, zaciągając się dymem z papierosa. Prawdopodobnie pierwszy raz ktokolwiek zwrócił jej uwagę na cokolwiek od bardzo dawna. Nie dziwi więc, że jest aż tak roztrzęsiona.

- A Jagodzie, wiesz, tej co stoi na szatni - kontynuowała - powiedział, że ma szybciej pracować, bo to jest jakiś żart, że stoi taka kolejka. Bartkowi nawet, naszemu kochanemu Bartusiowi, zwrócił uwagę, że zszedł z baru, kiedy była największa kolejka. Na co on mu mówi, że ci pomagał, bo się skaleczyłaś, a ten mu odpyskował, że to nie leży w jego obowiązkach, czy coś takiego. Zdążył już chyba wszystkich zdenerwować. Ale ty Marchewa, pewnie coś o tym wiesz. - Spojrzała na mnie czekając, aż dam się wciągnąć w plejadę kobiecych narzekań.

- Nie wszystkich raczej - rzuciłam wyjątkowo niewzruszona, na co w odpowiedzi spojrzała na mnie pytająco. - Nooo, chyba nasza mała blondyneczka zdążyła się z nim już zaprzyjaźnić. Większość czasu kręci się koło niego.

Kaśki nie było tym razem z nami. Miłe wytchnienie.

- Tak, chyba, tak. - Ruda cedziła słowo po słowie jakby coś analizowała. - Pierwszego dnia jak się zjawił, wtedy co ciebie nie było, jak chciałam zamknąć klub, to kierownik kazał mi iść do domu i powiedział, że sam zamknie. A nie kojarzę, kiedy Kaśka wychodziła... - mówiąc to spojrzała wymownie.

Chyba? Jeszcze nie zebrała w tym temacie informacji? Byłam lekko rozbawiona całą tą sytuacją. A jeśli moje podejrzenia co do jej relacji ze starym szefem są prawdziwe, to młodemu za zwracanie uwagi jego ulubienicy zgarnie się rodzicielski ochrzan. Chyba nawet ucieszyła mnie ta wizja. Podobnie jak ta o pajacu z blondynką, na biurku prezesa.

- Ale w sumie, to dzisiaj jakby bardziej jej unika - dodała, kiedy już myślałam, że zamknęłyśmy temat. Wychodzi na to, że rzuciłam jej smakowity kąsek i jak nic teraz będą na jej świeczniku. Prawie im współczuję.

Większość personelu plotkowała pod nosem na temat nowego kierownika, a dorzućmy do tego romans w pracy. Atmosfera była napięta krótko mówiąc. Cieszyło, że nie jestem w tym sama. Udawało mi się unikać bezpośredniego kontaktu z blondwłosym przez dużą część pracy. Ale wszystko, co dobre, kiedyś się kończy. Motto mojego życia.

- Klientka zwróciła mi uwagę, że toaleta damska jest brudna i nie ma papieru. Czy to nie ty powinnaś się tym zajmować, zamiast łazić na papierosa? Czy ja tu jestem od mówienia ci, co masz robić? - zaczepił mnie manager w pewnym momencie.

Jaka ilość przekleństw pchała mi się na usta w tej chwili to wiem tylko ja... Powinnam być ponad to i powiedzieć coś w stylu: "dobrze, już idę", "dziękuję, zaraz się tym zajmę", albo zwykłe "już idę". Ale nie.

- Przepraszam. To straszne niedopatrzenie. Szefie - syknęłam w swoim stylu z wyraźnym poirytowaniem, po czym zamiast się skulić i uciec dodałam: - Coś jeszcze mam po drodze wypucować?

Nie umiałam się powstrzymać, chociaż należy przyznać, że dopiero po wypowiedzeniu tych słów usłyszałam jak zabrzmiały... Tak już mam. Potrafię wiele znieść, jednak kiedy ktoś mnie nie szanuje, zaczynam gryźć bez zastanowienia i na oślep. Fatalna cecha.

- Nie. To wszystko - odpowiedział lekko rozbawionym, łagodniejszym tonem, odprowadzając mnie wzrokiem, z wyraźnie rysującym się zdziwieniem, na jego pięknie wyrzeźbionej twarzy.

Po tym unikałam szefa jeszcze bardziej.