Kręgi - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

44.90 zł
33.68 zł (27,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Środa

Ko­rek za­czy­nał się już w po­ło­wie ulicy San­guszki. Opa­da­jącą łu­kiem ku Wi­sło­stra­dzie drogę wy­peł­niały samo­chody ro­ze­dr­gane po­ranną ner­wo­wo­ścią kie­row­ców. Pół me­tra do przodu, tro­chę w lewo, tro­chę w prawo. Na są­siedni pas. Z po­wro­tem. Byle za­cho­wać złu­dze­nie, że jed­nak po­su­wam się do przodu.

Z miej­sca, w któ­rym uliczka łą­czyła się z naj­waż­niej­szą ar­te­rią sto­licy, do­bie­gały wy­so­kie dźwięki klak­so­nów, zło­wro­gie po­mruki mo­to­rów, ner­wowe bły­ski czer­wo­nych świa­teł stopu. Na wszyst­kich - obo­jętna wo­bec bu­cha­ją­cego złą ener­gią kłę­bo­wi­ska - pa­dała so­bie drobna, je­sienna mżawka.

- Tylko spo­koj­nie - wy­szep­tał do kie­row­nicy Bar­tosz Ko­necki. - Jesz­cze parę chwil i będę w biu­rze.

Wy­ob­raź­nia na­tych­miast pod­su­nęła mu tę wy­cze­ki­waną chwilę. Zo­ba­czył, jak otwiera drzwi i od razu kie­ruje się do biurka. Prze­szu­kuje szu­fladę, wyj­muje opa­ko­wa­nie al­praksu, bie­rze ta­bletkę i po­pija kra­nówką. Kilka chwil i wszystko się koń­czy. Ogar­niają go spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. My­śli się pro­stują, a wspo­mnie­nia wra­cają tam, gdzie ich miej­sce - do ciem­nej jamy za­po­mnie­nia.

Ko­rek znów ru­szył. Dwa, cztery, pięć me­trów. Ładny skok. Zde­ze­lo­wany golf dwójka, za­by­tek mo­to­ry­za­cji ku­piony przez Bartka pół roku temu za gro­sze od fa­ceta, który nie pa­trzył mu w oczy, za­dy­mił czarną sa­dzą, za­ter­ko­tał wy­słu­żo­nym sil­ni­kiem die­sla i mi­nął łuk obok sta­cji ben­zy­no­wej. Da­lej roz­po­ście­rał się wi­dok na kom­plet­nie za­pchaną au­tami trzy­pa­smówkę bie­gnącą wzdłuż rzeki.

W tyl­nej szy­bie sa­mo­chodu ja­dą­cego przed gol­fem - gra­na­towe su­zuki liana, rzadki mo­del - Ko­necki zo­ba­czył twarz mło­dej ko­biety.

Od­wró­cona w jego stronę dziew­czyna mu­siała chyba klę­czeć na swoim fo­telu. Jej wzrok wy­dał mu się nie­przy­tomny, błędny, za­gu­biony. Pi­jana? Ćpunka? A może wa­riatka?

Al­prax. Że też mu­siał zo­sta­wić go w biu­rze. Gdyby miał te­raz przy so­bie choć jedną pi­gułkę... Ale cóż. Jolka zro­biła się ostat­nio bar­dzo czujna. Zmie­niał leki i opa­ko­wa­nia, żeby ją zmy­lić, ale to prze­sta­wało już dzia­łać. Szybko na­uczyła się roz­po­zna­wać ta­bletki każ­dej od­miany ben­zo­dia­ze­piny, która po­ma­gała mu utrzy­my­wać się w pio­nie: Dia­ze­pam, Lo­ra­fen, Xa­nax. Od kiedy wy­wa­liła mu le­dwo na­po­częte opa­ko­wa­nie Neu­rolu, wo­lał nie ry­zy­ko­wać i trzy­mał leki w pracy. To ska­zy­wało go jed­nak na bo­le­sne kon­fron­ta­cje z każ­dym ko­lej­nym po­ran­kiem.

- Od­staw to świń­stwo, Bar­tek! - Jolka mó­wiła to po­ważna i za­tro­skana, co bu­dziło w nim jesz­cze więk­szy nie­po­kój. - Dla­czego znowu bie­rzesz? Co się dzieje? Ro­bię coś źle? Czymś się gry­ziesz?

Cho­lera. Ja­sne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wy­tłu­ma­czyć? Ich ży­cie było sie­lanką. Było? Wła­ści­wie po­winno być. Jolka się sta­rała. Ko­chała go, to pewne. I on ją też. Spę­dzali ze sobą fan­ta­styczne chwile. A jed­nak od środka zże­rał go ro­bal o wielu imio­nach. Nie­pew­ność. Strach. Prze­ra­że­nie. Nuda.

Znów spoj­rzał na dziew­czynę za szybą. Nie zmie­niła po­zy­cji. Wciąż wy­glą­dała zza za­główka swo­jego fo­tela. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Na­raz wy­dało mu się, że w jej za­mglo­nym wzroku do­strzega prośbę. Bła­ga­nie o po­moc.

Nie wa­riuj - upo­mniał się w my­ślach. Nic się nie dzieje, la­ska po pro­stu nie zdą­żyła na­pić się kawy.

Mimo to nie­po­kój na­ra­stał. Bar­tek za­czął już na­wet cał­kiem se­rio roz­wa­żać wyj­ście z sa­mo­chodu, po­dej­ście do tam­tego auta, a po­tem...

Mógł­bym za­pu­kać w szybę i grzecz­nie spy­tać, czy wszystko w po­rządku. A gdy­bym uznał, że...

Za­uwa­żył go w ostat­niej chwili. Srebrna mazda prze­cięła po­dwójną cią­głą, wy­prze­dziła kilka aut, pę­dząc po łuku drogi pod prąd, i te­raz, uni­ka­jąc czo­ło­wego zde­rze­nia z ja­dącą pod górę cię­ża­rówką, we­pchnęła się wła­śnie przed niego. Tuż przed ba­lu­stradą roz­dzie­la­jącą na za­krę­cie dwa pa­sma ulicy. W ostat­niej chwili za­ha­mo­wał i od­ru­chowo na­ci­snął klak­son. Golf szarp­nął się na zu­ży­tych amor­ty­za­to­rach. Kie­rowca mazdy otwo­rzył okno i wy­sta­wił środ­kowy pa­lec. Ręka w bia­łej ko­szuli, do­bry ze­ga­rek na nad­garstku. Pew­nie me­ne­dżer śred­niego szcze­bla w dro­dze do swego kor­po­ra­cyj­nego raju.

Ko­necki za­ci­snął wiel­kie dło­nie na wą­tłym kole kie­rowni­cy. Twardy ebo­nit - czy z czego tam przed ćwierć­wie­czem ro­biono koła ste­rowe volks­wa­ge­nów - za­skrzy­piał i lekko ustą­pił.

- Spo­koj­nie, za­raz będę w biu­rze - po­wtó­rzył swoją po­ranną mo­dli­twę Bar­tek.

Już nie my­ślał o tam­tej dziew­czy­nie.

Wie­dział, że ma pro­blemy z kon­tro­lo­wa­niem agre­sji. To był efekt uboczny abs­ty­nen­cji ben­zo­dia­ze­pi­no­wej, po­ja­wia­jący się za­wsze wtedy, kiedy nie łyk­nął na czas ko­lej­nej ta­bletki. Dwa mie­siące temu, gdy pró­bo­wał od­sta­wić psy­cho­tropy, stłukł do nie­przy­tom­no­ści pew­nego ta­tu­sia, który w jego obec­no­ści strze­lił na od­lew w pysk swo­jego kilku­let­niego chłopca. Ta­tu­sia miał tylko wy­śle­dzić na zle­ce­nie ma­musi. Fa­cet zgar­nął swo­jego syna spod szkoły i znik­nął. Jego żona, z którą ko­leś wła­śnie to­czył w są­dzie bez­par­do­nowy bój zwany sprawą roz­wo­dową, od­cho­dziła od zmy­słów. Ta­tuś wcze­śniej nie­zbyt in­te­re­so­wał się dzie­cia­kiem, wo­lał to­wa­rzy­stwo tan­ce­rek go-go, ale gdy żona zło­żyła po­zew, uznał, że od­bie­rze jej chło­paka. Ko­necki wy­peł­nił swoje za­da­nie i cze­kał tylko na przy­jazd zle­ce­nio­daw­czyni. Nie miał prawa się mie­szać. A jed­nak się nie po­wstrzy­mał.

Sznur sa­mo­cho­dów znów ru­szył. Pierw­szy bieg, a po­tem - al­le­luja! - na­wet i drugi. I w tym mo­men­cie fa­cet w srebr­nej maź­dzie rap­tow­nie za­ha­mo­wał. Nie mu­siał, mógł je­chać da­lej, ale naj­wy­raź­niej uznał, że sprawa z gol­fem, który na niego za­trą­bił, wy­maga do­koń­cze­nia.

Bar­tek wdep­nął środ­kowy pe­dał, a klocki ha­mul­cowe za­pro­te­sto­wały wy­so­kim pi­skiem. Omal nie za­rył no­sem w przed­nią szybę.

- Spo­koj­nie. - Po raz trzeci spró­bo­wał swo­jej man­try. - Tylko spo­koj­nie.

Sprawa po­bi­cia tam­tego ta­tu­sia, mimo ko­rzyst­nych ze­znań chłopca zło­żo­nych w obec­no­ści psy­cho­loga, wciąż była w toku. Nie mógł so­bie po­zwo­lić na ko­lejną burdę. Sie­dział więc na­pięty jak pięść za kie­row­nicą dy­cha­wicz­nego volks­wa­gena i nie­mal bła­gał w my­ślach tam­tego, żeby od­pu­ścił.

Jed­nak kie­rowca mazdy naj­wy­raź­niej brak re­ak­cji na za­czepki od­czy­tał jako sła­bość. Srebrne drzwi otwo­rzyły się i wy­pluły ubra­nego w ko­szulę, spodnie od gar­ni­turu i kra­wat osiłka o sprę­ży­stych mię­śniach, w po­cie czoła wy­pra­co­wa­nych w klu­bie fit­ness w ra­mach kar­netu pra­cow­ni­czego VIP plus.

- Coś ci się nie po­doba? Masz ja­kiś pro­blem, fra­je­rze? - Głos do­biegł do wnę­trza ka­biny golfa przez za­mkniętą szybę.

Bar­tek roz­pacz­li­wie wpa­try­wał się w ma­ja­czącą w opa­rach mgły Wi­słę.

- Spo­koj­nie, za­raz będę w...

Plask! Kra­wa­ciarz po­trak­to­wał ma­skę golfa z otwar­tej. Bar­tek nie­mal usły­szał szmer osy­pu­ją­cej się rdzy. Al­prax. Po­trze­bo­wał go.

Kie­rowca mazdy był już przy drzwiach. Szarp­nął klamkę. Za­ma­szy­ście otwo­rzył.

- Py­ta­łem, czy coś ci się...

Ko­necki po­woli ode­rwał wzrok od skłę­bio­nych wi­rów Wi­sły i prze­niósł go na kor­po­ra­cyj­nego re­kina. Nie­spiesz­nie od­piął pas i wy­sta­wił przez próg nogę, a za nią resztę swo­jego na­zbyt zwa­li­stego ciała. Oczy po­do­bno są zwier­cia­dłem du­szy. Kiedy spoj­rze­nia Bartka i kra­wa­cia­rza w końcu się spo­tkały, go­guś cof­nął się, przy­klapł i zer­k­nął ner­wowo w bok, jakby cze­kał na od­siecz. Od­chrząk­nął, a jego grdyka wy­ko­nała roz­pacz­liwy skok w górę i w dół.

- Ja, ee... - W jego głos wkra­dły się nieco pi­skliwe tony.

Bar­tek po­ło­żył ciężką dłoń na śnież­no­bia­łym ra­mie­niu, na­chy­lił się nad opa­loną w so­la­rium twa­rzą i po­jed­naw­czo za­mru­czał wprost w roz­sze­rzone stra­chem źre­nice:

- Mi­łego dnia. A te­raz spa­daj, pa­jacu.

***

Ko­necki nie lu­bił swo­jego biura. Miej­sce niby ide­alne - mię­dzy ron­dem Wia­traczna a pla­cem Szem­beka. Tuż nad sa­lo­nem gier Las Ve­gaz, bli­sko sklepu Al­ko­hole 24 h, obok ru­chli­wej Gro­chow­skiej. Skromny szyld wi­dać było z prze­jeż­dża­ją­cych obok tram­wa­jów, au­to­bu­sów i sto­ją­cych na świa­tłach sa­mo­cho­dów. Mimo to nie umiał za­pu­ścić tu­taj ko­rzeni. A może to nie była wina miej­sca, lecz ka­ta­stro­fal­nego stanu jego fi­nan­sów? Wciąż nie chciał się do tego przy­znać, na­wet sam przed sobą, ale wy­glą­dało na to, że się prze­li­czył. Na pal­cach obu rąk mógłby po­li­czyć wszyst­kich klien­tów, któ­rzy zgło­sili się do niego w ciągu pierw­szych trzech mie­sięcy funk­cjo­no­wa­nia firmy.

- Cześć, Brudny Harry! - we­soło po­wi­tał go po­do­bny do wie­prza blon­dyn, ochro­niarz z sa­lonu gier, na oko sto dwa­dzie­ścia kilo mu­sku­la­tury wy­mę­czo­nej na si­łowni.

- Cześć, Piggy - od­burk­nął.

- Nie na­zy­waj mnie tak! - usły­szał obu­rzony głos, kiedy wspi­nał się po scho­dach dłu­giego pa­wi­lonu han­dlo­wego.

"Agen­cja De­tek­ty­wi­styczna. Grupa Ko­necki" - po­wi­tała go ta­bliczka na drzwiach. Ta­bliczka jak ta­bliczka, zdą­żył się przy­zwy­czaić na­wet do tej "grupy", któ­rej do­pi­sa­nie do­ra­dziła mu Jolka. Twier­dziła, że "grupa" brzmi po­waż­niej niż ja­kiś tam "pry­watny de­tek­tyw". Zdzi­wiło go co in­nego - o drzwi jego biura opie­rał się ja­kiś fa­cet.

Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Tam­ten był ubrany w gar­ni­tur. Za­pięta ma­ry­narka ujaw­niała cha­rak­te­ry­styczne uwy­pu­kle­nie pod lewą pa­chą. Ko­necki na­tych­miast sko­ja­rzył je z ka­burą pi­sto­letu. Od­kąd zo­stał de­tek­ty­wem, też so­bie taką spra­wił. Tyle że no­sił luź­niej­sze ma­ry­narki.

Nie­zna­jomy był o do­bre pół głowy niż­szy od Bartka, ale przy­sa­dzi­sta syl­we­tka i zde­for­mo­wane, po­kryte bli­znami uszy zdra­dzały by­łego za­pa­śnika. Nie­do­kład­nie wy­go­lona głowa ujaw­niała się­ga­jącą głę­boko ły­sinę i parę sta­rych blizn. Oczy miał czarne, pewne sie­bie, spo­kojne. Był także star­szy od Ko­nec­kiego o kil­ka­na­ście ład­nych lat. Może na­wet dwa­dzie­ścia? Na pewno dawno prze­kro­czył już pięć­dzie­siątkę.

To je­den z tych, któ­rzy za­wsze do­stają do­kład­nie to, czego chcą - po­my­ślał Bar­tek, a na głos za­py­tał:

- Pan do mnie?

Fa­cet za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i nie­spiesz­nie wy­pu­ścił strugę dymu w kie­runku su­fitu. Jego mię­si­ste usta wy­krzy­wił cień asy­me­trycz­nego uśmie­chu. Lewy ką­cik w górę, prawy w dół.

- Znasz się na lu­dziach - wy­ce­dził. - Słusz­nie na­zwa­łeś tego z dołu ciotą.

- Na­zwa­łem go Piggy. To ku­kiełka z Mup­pet Show, a nie ciota.

Bart­kowi nie po­do­bał się ten czło­wiek. Nie­po­koił go.

- Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam so­bie chcesz. - Łysy po­jed­naw­czo wzru­szył ba­rami, po czym zga­sił peta w dwóch pal­cach i pstryk­nął nim w dół scho­dów, ku po­pa­tru­ją­cemu na nich ochro­nia­rzowi. - Przy­sze­dłem w in­te­re­sach. Otwie­rasz to swoje Miami Vice czy mam iść do kon­ku­ren­cji?

Wcho­dząc do środka, Bar­tek uświa­do­mił so­bie z roz­draż­nie­niem, że chwila się­gnię­cia po al­prax zna­cząco się od­dala. I to też mu się nie spodo­bało.

Klient osten­ta­cyj­nie ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. Biurko, fo­tel, kom­pu­ter, szafa pan­cerna, półka sko­ro­szy­tów, tele­wi­zor. I mały kom­ple­cik w rogu: ni­ski sto­lik, sofa, dwa wą­tłe krze­sła. Obok drzwi do mi­kro­sko­pij­nej ku­chenki.

- Tro­chę tu drę­two. - Gość ro­zej­rzał się z bła­zeń­skim wy­ra­zem twa­rzy. - Przy­dałby ci się, chło­pie, ba­rek na kół­kach. Albo cho­ciaż akwa­rium.

- Wo­lał­bym, żeby się pan naj­pierw przed­sta­wił. Gwa­ran­tuję dys­kre­cję, ale chcę wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik opadł na sofkę. Me­bel jęk­nął, coś w nim trza­snęło, ale wy­trzy­mał. Ko­necki oparł się o biurko, spla­ta­jąc ręce na piersi.

- Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czy­nie­nia - od­parł tam­ten, za­kła­da­jąc ręce za głowę. Wy­pu­kłość pod ma­ry­narką omal nie wy­rwała jej gu­zi­ków.

Co on tam ma? Prze­dłu­żo­nego glocka? Ma­gnum? Strzelbę my­śliw­ską?

- Były ko­mi­sarz eli­tar­nego Wy­działu Ter­roru Kry­mi­nal­nego, obie­cu­jący de­tek­tyw, czło­wiek, który miał siłę pod­nieść się z cięż­kiego za­ła­ma­nia ner­wo­wego, by zna­leźć uko­je­nie w ra­mio­nach ko­le­żanki po fa­chu, a wcze­śniej za­strze­lić pod­łego prze­stępcę. Á pro­pos, jak ci się układa z uro­czą ko­mi­sarz Jo­lantą Boń­czak? Ko­le­dzy już chyba nie na­zy­wają jej lesbą?

Góra mięsa spo­czy­wa­jąca na jego sofce za­mil­kła i przy­glą­dała mu się z uśmie­chem.

Ko­nec­kiemu po­ja­śniało przed oczami. Ja­skrawa biel za­lała po­kój. Ra­miona roz­plo­tły się, dło­nie za­ci­snęły w pię­ści.

Spo­koj­nie! - su­rowo roz­ka­zał so­bie w my­ślach.

Ta pro­wo­ka­cja miała ja­kiś cel. Tam­ten chciał go wy­ba­dać. Chciał spraw­dzić, na ile pa­nuje nad sobą? Zwe­ry­fi­ko­wać krą­żące swego czasu po Ko­men­dzie Sto­łecz­nej plotki, że bywa po­ryw­czy? A może wręcz prze­ciw­nie, wy­ba­dać, czy nie jest tchó­rzem? Wszystko jedno. W ra­zie po­trzeby znaj­dzie prze­cież czas, żeby mu dać po gę­bie.

- Pod­ko­mi­sarz.

Brwi za­pa­śnika po­szy­bo­wały na śro­dek ni­skiego czoła w wy­ra­zie zdzi­wie­nia.

- Co: pod­ko­mi­sarz?

- Kiedy mnie wy­wa­lono z po­li­cji, by­łem pod­ko­mi­sa­rzem.

- Aha.

- No to skoro nie mam już przed tobą ta­jem­nic, ga­daj, gru­ba­sie, z jaką sprawą przy­cho­dzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych scho­dów.

Czło­wiek w opię­tym gar­ni­tu­rze ru­basz­nie za­re­cho­tał. Kiw­nął głową z uzna­niem.

- Już lu­bię twój styl. Dam ci więc to zle­ce­nie.

- Ja­kie zle­ce­nie?

Za­pa­śnik prze­stał się śmiać.

- Ame­lia Sto­krocka - oznaj­mił z lek­kim pa­to­sem.

Bar­tek czym prę­dzej prze­szu­kał za­ka­marki pa­mięci, ale nie zna­lazł w niej żad­nego pliku o ta­kiej na­zwie.

- Kto to taki?

Wą­skie, ale naj­wy­raź­niej bar­dzo ru­chliwe brwi znów po­szy­bo­wały na śro­dek czoła.

- No co ty, chło­pie? Te­le­wi­zji nie oglą­dasz?

- Oka­zjo­nal­nie. - Ko­necki rzu­cił okiem na za­ku­rzone LCD sto­jące w prze­ciw­le­głym rogu. Od­bior­nik nie był na­wet włą­czony do kon­taktu.

- Wscho­dząca gwiazdka ekranu. Na ra­zie wła­ści­wie tylko po­go­dynka, ale już do­stała rólkę w ja­kimś fil­mie, a poza tym prze­bą­kuje się, że ma wejść do te­le­wi­zji śnia­da­nio­wej. W branży wróży się jej ka­rierę rów­nie wielką jak jej cyce.

- Aha.

- Słabo znasz to śro­do­wi­sko, co? - Męż­czy­zna przyj­rzał mu się ba­daw­czo.

- Prze­szka­dza ci to?

- Ani tro­chę. - Tym ra­zem fa­cet po­ka­zał w uśmie­chu na­wet zęby. - Ważne tylko, że­byś jej nie spło­szył. Były glina chyba tyle po­trafi?

Ko­necki nie od­po­wie­dział. Pa­trzył na go­ścia i za­sta­na­wiał się, z kim ma do czy­nie­nia. Wbrew swo­jej po­wierz­chow­no­ści fa­cet był cał­kiem in­te­li­gentny. Umiał na­rzu­cić wła­sne wa­runki w roz­mo­wie, zręcz­nie ma­ni­pu­lo­wał. Wy­glą­dał na ban­dytę, ale Bar­tek ra­czej ob­sta­wiałby, że to były gli­niarz. Jak on sam. Py­ta­nie tylko, komu te­raz służy?

- Mam ją śle­dzić? Po co? Je­śli w celu do­ko­na­nia ja­kie­goś prze­stęp­stwa, to ci po­wiem od razu, że­byś...

- Spo­koj­nie, spo­koj­nie! - Łysy nie­świa­do­mie użył dzi­siej­szej man­try Bar­to­sza Ko­nec­kiego. - Masz ją śle­dzić, prawda, ale tylko po to, by spraw­dzić, czy się la­ska nie pusz­cza na boku. Ca­pi­sci?

Za­ma­szy­stym ge­stem się­gnął do bocz­nej kie­szeni ma­ry­narki i wy­jął zło­żone na cztery dwie kartki ma­szy­no­pisu. Rzu­cił je na sto­lik, a Ko­necki za­no­to­wał, że na jego nad­garstku błysz­czy ze­ga­rek wart co naj­mniej dwa­dzie­ścia ty­sięcy.

- Prze­czy­taj i wy­ryj to so­bie na pa­mięć. - Gość znów ode­zwał się wład­czo. - Nie mogę ci tego zo­sta­wić.

Bar­tek ode­rwał się od biurka, uświa­da­mia­jąc so­bie, że wszyst­kie mię­śnie ma na­pięte. Pod­szedł sztywno, roz­pro­sto­wał kartki i rzu­cił okiem. Na pierw­szej ad­res Ame­lii Sto­kroc­kiej i jej ce­chy fi­zyczne. Wzrost 175 cen­ty­me­trów, oczy nie­bie­skie, szczu­pła bu­dowa ciała. Na dru­giej zo­ba­czył zdję­cie pięk­nej blon­dynki z wło­sami zwią­za­nymi w kok. Pa­trzyła w obiek­tyw lekko sko­śnymi, może odro­binę zbyt bli­sko osa­dzo­nymi oczami z in­ten­syw­no­ścią, która wy­pa­lała dziury na jego siat­kówce.

- Za­zdro­sny mąż? - za­py­tał.

- Nie jest mę­żatką.

- Na­rze­czony, który chce ją spraw­dzić przed ślu­bem?

- O ile wiem, nie pla­nuje w naj­bliż­szym cza­sie mał­żeń­stwa.

- To dla kogo mam ją śle­dzić?

- To show-bu­si­ness, ko­lego. Show-bu­si­ness! - Za­pa­śnik po­kle­pał się po kie­sze­niach, wy­do­był paczkę ca­meli i za­pa­lił, nie py­ta­jąc o zgodę ani nie czę­stu­jąc. - W tym świe­cie lu­dzi łą­czą naj­róż­niej­sze po­wią­za­nia. Nie na­dą­żysz za tym. I nie pró­buj. Masz tylko wy­no­to­wać, z kim i kiedy ta księż­niczka się spo­tyka. Zdję­cia, na­zwi­ska, o czym roz­ma­wiali. No i oczy­wi­ście, czy daje ko­muś dupy.

Dym ty­to­niowy ude­rzył Bartka w noz­drza, bu­dząc na­tych­miast roz­pacz­liwą tę­sk­notę za pa­le­niem. Rzu­cił pa­pie­rosy pół roku temu, kiedy wpro­wa­dził się do Jolki. Trzy­mał się tam­tego po­sta­no­wie­nia. Wy­star­czy, że wró­cił do za­ży­wa­nia psy­cho­tro­pów... Żeby za­jąć czymś ręce, po­szedł więc do kuchni po spode­czek (po­piel­niczki nie miał) i pod­sta­wił go­ściowi. Nie chciał, żeby gru­bas wy­pa­lił mu dziurę w nie­spła­co­nych jesz­cze me­blach.

- Skoro to taka gwiazda, czemu nie wy­bra­li­ście ja­kiejś spraw­dzo­nej sie­ciówki de­tek­ty­wi­stycz­nej? - spy­tał. - Aha, i wciąż jesz­cze nie wiem, z kim mam do czy­nie­nia.

Za­pa­śnik za­cią­gnął się jak lo­ko­mo­tywa, wstał i zhar­to­wał le­dwo nad­pa­lo­nego pa­pie­rosa na ta­le­rzyku. Wy­raź­nie zbie­rał się do wyj­ścia.

- Wy­bra­li­śmy cie­bie wła­śnie dla­tego, że­byś nie za­da­wał ta­kich py­tań. Chyba nie na­rze­kasz na nad­miar ro­boty, co? - Pu­ścił oko. - Chcemy być pewni, że nie schrza­nisz zle­ce­nia. By­łeś nie­złym gliną. Pa­su­jesz nam. I wszystko w te­ma­cie.

Ko­necki do­brze wie­dział, że po­wi­nien od­mó­wić i że zgod­nie z pra­wem nie wolno mu przy­jąć zle­ce­nia bez pod­pi­sa­nia umowy. Ta sprawa cuch­nęła na ki­lo­metr. Jed­nak z dru­giej strony fak­tycz­nie mu­siał ostat­nio po­zwo­lić, by to Jolka go utrzy­my­wała. Nie miał pie­nię­dzy. Miał długi. A do tego co­dzien­nie śniło mu się, że jest gli­nia­rzem. Kiedy bu­dził się rano i do­pa­dała go świa­do­mość, że za­miast do pa­łacu Mo­stow­skich musi je­chać do ja­kiejś kan­ciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Je­śli bę­dzie od­rzu­cał oferty z po­wodu etycz­nych czy pro­ce­du­ral­nych roz­te­rek, za­mknie ten biz­nes jesz­cze przed koń­cem roku. Kim się wtedy sta­nie? Utrzy­man­kiem? Cie­ciem w su­per­mar­ke­cie? Me­ne­lem?

- Wiem, że za­sta­na­wiasz się, w co cię wra­biam. - Za­pa­śnik prze­rwał mu te roz­my­śla­nia. - Otóż bądź spo­kojny. Ta sprawa nie ma dru­giego dna. Po pro­stu cho­dzi o la­skę, któ­rej być może tro­chę zbyt ła­two roz­jeż­dżają się nogi. To twoja za­liczka.

Jesz­cze nie prze­brzmiały jego słowa, a na sto­liku już lą­do­wał cały ru­lon bank­no­tów. Bar­tek ener­gicz­nie prze­łknął ślinę.

- Pięć ty­sięcy. Za­da­nie jest pro­ste, więc spraw się szybko. A jak skoń­czysz, za­dzwoń pod ten te­le­fon. - Męż­czy­zna pstryk­nął w jego kie­runku wi­zy­tówką z sa­mym tylko nu­me­rem. Wtedy do­rzucę jesz­cze dwa razy tyle.

Po­wie­dziaw­szy to, od razu od­wró­cił się do drzwi. Nie cze­kał na­wet na od­po­wiedź.

- Od jak dawna nie pra­cu­jesz w po­li­cji? - za­wo­łał za nim Bar­tek.

Sze­ro­kie jak kre­dens z cza­sów sa­na­cji plecy ze­sztyw­niały. Ma­sywny kor­pus za­marł w pół kroku. Kiedy jed­nak łysy się od­wró­cił, na jego ustach znów igrał asy­me­tryczny uśmiech.

- Od po­czątku po­wta­rza­łem mo­jemu wspól­ni­kowi, że ko­mi­sarz Ko­necki to by­strzak - za­re­cho­tał. - I że naj­le­piej na­daje się do de­li­kat­nej ro­boty. Tylko pro­szę... - Znów pu­ścił oko. - Tym ra­zem ni­kogo nie za­bi­jaj.

Wy­szedł, a po chwili z dołu do­bie­gło jego tu­balne: "Cześć, Piggy!" i ura­żone pro­te­sty ochro­nia­rza. Bar­tek po­zo­stał w swoim biu­rze z nie­przy­jemną świa­do­mo­ścią, że na­prawdę zo­stał do­kład­nie prze­świe­tlony. Czy tak po­stę­puje ktoś, kto chce zło­żyć de­tek­ty­wowi ba­na­lne zle­ce­nie? Do­sko­nale znał od­po­wiedź na to py­ta­nie. Pa­ko­wał się w kło­poty. Ale jaki miał wy­bór?

Jed­nym ru­chem zgar­nął pie­nią­dze ze stołu i scho­wał je do kie­szeni ma­ry­narki. Czuł, że prze­pa­lają mu kie­szeń.

Dwa, trzy dni pracy, a po­tem zgar­niam forsę i o wszyst­kim za­po­mi­nam - so­len­nie obie­cał so­bie w my­śli, kie­ru­jąc się ku szu­fla­dzie biurka.

I wtedy zdał so­bie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na ta­bletkę pra­su­jącą zwoje mó­zgowe. Może i wła­śnie po­peł­nił błąd, a na­wet zła­mał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim ży­wiole. Jak daw­niej.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Li­piec 1992

"Sprawa wy­kryta, sprawa opita" - tej mak­sy­mie hoł­do­wano w jego sek­cji z peł­nym od­da­niem. Dla­tego na­czel­nik Chałka ki­wał się te­raz sen­nie w swoim ga­bi­ne­cie nad ak­tami, roz­ło­żo­nymi na biurku dla nie­po­znaki, bro­daty ko­mi­sarz Wil­czyń­ski z im­pe­tem prze­szu­ki­wał całe pię­tro w na­dziei usta­le­nia miej­sca po­bytu ostat­niej flaszki, a star­szy sier­żant Ława wal­czył ze snem w po­koju obok, uda­jąc, że prze­słu­chuje głów­nego po­dej­rza­nego, który za­miast od­po­wia­dać na z tru­dem for­mu­ło­wane py­ta­nia, wo­lał ga­pić się na rybki w akwa­rium. Że­nada.

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha z naj­wyż­szym tru­dem skry­wał złość i po­gardę. Sie­dząc bez­czyn­nie za swoim biur­kiem, na wprost ma­szyny do pi­sa­nia, w któ­rej część zu­ży­tych przy­ci­sków za­stą­piono przy­cię­tymi pod wy­miar ka­wał­kami drewna, ćmił pa­pie­rosa, żuł fusy z wy­sty­głej, prze­sło­dzo­nej kawy i wo­dził oczami po tym baj­zlu, zwa­nym sek­cją do spraw za­bójstw Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Dziel­ni­co­wej War­szawa Śród­mie­ście.

- Banda pi­ja­ków i nie­udacz­ni­ków - wy­szep­tał bez­gło­śnie. - Jak się stąd nie wy­rwę, utknę w tym ba­gnie na za­wsze. Ju­tro na­pi­szę na nich no­tatkę służ­bową.

Do­brze wie­dział, że tamci go nie lu­bią. Nie ufali mu, nie uzna­wali za "swo­jaka". I pew­nie po­dej­rze­wali - nie bez ra­cji zresztą - że na nich ka­bluje. Sta­rzy gli­nia­rze, do nie­dawna jesz­cze mi­li­cjanci, nie to­le­ro­wali mło­dzika, który do re­sortu wstą­pił po sierp­nio­wych wy­bo­rach 1989 roku, a sto­pień aspi­ranta do­stał już po nie­spełna dwóch la­tach służby.

To dla­tego te­raz mu­siał sie­dzieć bez­czyn­nie, kiedy cała sek­cja ce­le­bro­wała swój triumf.

- Triumf - prych­nął w głąb sie­bie Pa­łu­cha. - Też mi triumf...

Tego dnia do spółki z bu­ra­kami z ko­mendy po­wia­to­wej w Wy­szko­wie zgar­nęli cały tam­tej­szy gang Oriona.

- Chyba ra­czej gang Ol­sena - kon­ty­nu­ował swój szy­der­czy mo­no­log.

Banda trud­niła się drob­nymi wy­mu­sze­niami, po­kąt­nym han­dlem ma­ri­hu­aną oraz kra­dzieżą sa­mo­cho­dów. I gdyby je­den z nich, nie­jaki Orion vel Sta­ni­sław Orecki, nie wdał się parę ty­go­dni temu w strze­la­ninę pod war­szaw­ską dys­ko­teką Hy­brydy, chłopcy bez­kar­nie dzia­ła­liby da­lej. Nikt z tych wie­śnia­ków z Wy­szkowa w ży­ciu nie od­wa­żyłby się do­brać im do tył­ków. Ale że po­strze­lony przez Oriona ko­leś wy­krwa­wił się na śmierć, w sprawę włą­czyli się po­li­cjanci z ulicy Wil­czej.

Prze­cież to ja wpa­dłem na to, kto strze­lał! - krzy­czał w my­ślach Pa­łu­cha, zer­ka­jąc rów­no­cze­śnie, jak Wil­czyń­ski, w ostat­niej na­dziei zna­le­zie­nia wódki, prze­trząsa jego wła­sną szafę pan­cerną, bez mru­gnię­cia okiem zry­wa­jąc od­ci­śnięte w pla­ste­li­nie plomby. - A te­raz, mimo że je­stem je­dy­nym trzeź­wym w tym to­wa­rzy­stwie, nie po­zwa­lają mi na­wet prze­słu­chać tam­tego ny­gusa.

- Te, Nowy, jest sprawa - za­gaił ko­mi­sarz Wil­czyń­ski. - Trzeba iść do noc­nego na Mar­szał­kow­ską.

Jesz­cze czego! Był z nich naj­lep­szy, ale za­miast go sza­no­wać, je­dy­nie się nim wy­słu­gi­wali. Dość tego.

- Nowy, głu­chy je­steś czy nie­gra­motny?

- Nie mogę iść - od­parł hardo Pa­łu­cha. - Je­stem na służ­bie.

Znad są­sied­nich biu­rek, w nie­mym roz­ba­wie­niu, unio­sły się głowy po­zo­sta­łych człon­ków sek­cji - chu­dego jak tyczka pod­ko­mi­sa­rza Łu­ka­sza Gó­rec­kiego, krę­pego i ob­da­rzo­nego wą­sem gę­stym jak lina cu­mow­ni­cza sier­żanta Wie­siołka i kasz­lą­cego ast­ma­tycz­nie po­sia­da­cza żół­tej cery gruź­lika ko­mi­sa­rza Że­lazko.

- Weź dwie! - Wil­czyń­ski nie zwró­cił na­wet uwagi na jego od­mowę. - I pół sztancy pa­pie­ro­sów. Też się za­raz skoń­czą.

Zły jak osa Pa­łu­cha wy­szedł na mia­sto. Cie­pła noc, a wła­ści­wie już nie­mal brzask, była ostoją róż­nej ma­ści pi­jacz­ków, a ni­ski wzrost i osten­ta­cyj­nie ele­gancki wy­gląd Nor­berta Pa­łu­chy pro­wo­ko­wały ich do za­cze­pek.

- E, ko­leś, wy­skocz ze szluga!

- Uwa­żaj, ol­brzy­mie! Że­byś nie po­tknął się o swój kra­wat!

Nor­mal­nie w ta­kiej sy­tu­acji wy­cią­gnąłby po­li­cyjną bla­chę oraz kaj­danki i zgar­nął jed­nego z dru­gim na do­łek. Był le­ga­li­stą. Nie to­le­ro­wał żad­nych prze­ja­wów ła­ma­nia prawa, zwłasz­cza gdy wy­kro­cze­nie ude­rzało w jego kom­pleksy. A na­tar­czywe do­ma­ga­nie się pa­pie­rosa pod­pa­dało prze­cież pod agre­sywne że­brac­two. Tej nocy nie chciało mu się jed­nak wal­czyć z wia­tra­kami. Ofi­cer dy­żurny i tak wy­pu­ściłby me­neli za­raz z rana, a prze­ło­żony, zna­czy się Chałka, nie przy­jąłby od niego ra­portu w tak bła­hej kwe­stii. Le­piej za­cho­wać roz­sy­pu­jącą się ze sta­ro­ści ma­szynę do pi­sa­nia na po­waż­niej­sze sprawy.

Z Wil­czej skrę­cił w prawo i prze­szedł przez opu­sto­szałą o tej po­rze Mar­szał­kow­ską. Pod skle­pem noc­nym jak zwy­kle kwi­tło oży­wione ży­cie to­wa­rzy­skie. Pod­sta­rzałe pro­sty­tutki z po­bli­skiego pi­ga­laka u zbiegu Wspól­nej i Po­znań­skiej roz­pi­jały al­pagę "Kwiat ja­błoni" z chwie­ją­cymi się fa­ce­tami, spra­wia­ją­cymi wra­że­nie go­ści z pro­win­cji w po­dróży służ­bo­wej. Dwóch do­li­nia­rzy, do­brze zna­nych or­ga­nom ści­ga­nia, za­cią­gało się pa­pie­ro­sami, żar­łocz­nie zer­ka­jąc na opusz­cza­ją­cych sklep klien­tów. Ja­kiś wy­ta­tu­owany za­ka­pior bez ko­szulki prę­żył mię­śnie w ten spo­sób, że wzo­rek skor­piona na kla­cie zda­wał się to uno­sić, to opusz­czać ogon.

- Do­bry wie­czór, pa­nie ko­mi­sa­rzu! - Sprze­daw­czyni o zmę­czo­nej ży­ciem twa­rzy roz­pro­mie­niła się na jego wi­dok. I do­dała, kom­plet­nie igno­ru­jąc długą ko­lejkę spra­gnio­nych klien­tów: - Co po­dać?

- Dwa razy pół bo­chenka chleba i pół sztancy scha­bo­wego z ko­ścią.

Wziął dwie flaszki, wy­pchał wszyst­kie kie­sze­nie ma­ry­narki pacz­kami Eks­tra Moc­nych z fil­trem, za­pła­cił 322 ty­siące zło­tych z wła­snej kie­szeni (trzeba pa­mię­tać, żeby od­dali mu po wy­pła­cie), wy­szedł. Do­li­nia­rze spod sklepu ob­rzu­cili jego siatkę po­żą­dli­wym spoj­rze­niem, ale za­raz roz­po­znali glinę i osten­ta­cyj­nie od­wró­cili głowy. Ko­leś bez ko­szulki, nie­zra­żony obo­jęt­no­ścią pu­blicz­no­ści, wciąż po­ru­szał skor­pio­nem. Dziwki chi­cho­tały.

Idąc do ko­mendy, Pa­łu­cha roz­pa­mię­ty­wał szcze­góły z dzi­siej­szego za­trzy­ma­nia gangu Oriona. Do Wy­szkowa po­je­chali całą sek­cją - w dwa nie­ozna­ko­wane po­lo­nezy. Na miej­scu Łu­kasz Gó­recki tro­chę spa­ni­ko­wał, kiedy ko­le­dzy z Wy­szkowa spy­tali, gdzie jest ich broń długa i ka­mi­ze­lki.

- To oni mogą do nas strze­lać? Dla­czego nikt mi wcze­śniej nie po­wie­dział?! Pier­dolę, nie idę! Ja mam żonę i dziec­ko! - darł się pod tam­tej­szą ko­mendą pi­skli­wym gło­sem.

Reszta po­pa­trzyła po so­bie nie­pew­nie. O cho­lera, fak­tycz­nie o tym nie po­my­śleli. A prze­cież wy­star­czyło tylko wy­pi­sać kwit do zbro­jowni...

Na szczę­ście za­trzy­ma­nie po­szło jak po ma­śle. Wy­szkow­ska gang­sterka oka­zała się tylko grupą spa­sio­nych ste­ry­dami ćwo­ków, któ­rzy na wi­dok po­li­cji od razu ro­bili w ga­cie. Je­dy­nym pro­ble­mem oka­zał się Orion, który był uzbro­jony, miesz­kał na par­te­rze i pró­bo­wał uciec. Chałka pod­szedł do jego drzwi ze wspar­ciem dwóch miej­sco­wych, a Nor­ber­towi ka­zał czaić się pod oknami. W po­je­dynkę! Kiedy trójca sze­ry­fów za­ło­mo­tała w drzwi, herszt gangu w sa­mych sli­pach hyc­nął przez okno... do­kład­nie w ra­miona Pa­łu­chy, który od razu przy­sta­wił mu do czoła swoje służ­bowe p-64. Na szczę­ście to wy­star­czyło, by wyż­szy od niego o dwie głowy cie­lak od razu spo­kor­niał i dał się skuć. Strach po­my­śleć, co by było, gdyby za­czął się sta­wiać.

- Cwa­niaki, za­wsze dają mi naj­gor­sze za­da­nie - pod­jął swoją li­ta­nię Pa­łu­cha, wra­ca­jąc do ko­mendy.

Sier­żant Ława już spał z po­licz­kiem wtu­lo­nym w biurko, a po­dej­rzany pa­trzył na niego zde­gu­sto­wany. Rybki z akwa­rium pusz­czały bą­belki. Chałka, apa­tycz­nie i bez wiary w suk­ces, usi­ło­wał prze­ko­nać Wil­czyń­skiego, żeby prze­jął za­trzy­ma­nego, ale bro­dacz był nie­do­pity, zły i ogól­nie nie­chętny do współ­pracy. Gó­recki do­piesz­czał ra­port, Wie­sio­łek pa­lił, Że­lazko za­no­sił się kasz­lem. Nic no­wego.

Te­le­fon. Nikt na­wet nie spoj­rzał na apa­rat. Drugi sy­gnał, trzeci. Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha nie­chęt­nie się­gnął po szarą, ebo­ni­tową słu­chawkę.

- Sek­cja za­bójstw, Pa­łu­cha.

- Dy­żurny z tej strony. Sier­żant szta­bowy Bo­rowy Ma­ciej, zna­czy się.

- Da­waj.

- Jest sztyw­niak na Po­lach Mo­ko­tow­skich, przy Nie­pod­le­gło­ści.

Nor­bert tylko prze­wró­cił oczami. Pew­nie znów ja­kiś bez­do­mny "Abo­ry­gen" dał w piór­nik po przedaw­ko­wa­niu wody brzo­zo­wej.

- To gra­nica na­szego re­wiru. Zwal to na chło­pa­ków z Mo­ko­towa.

- Pró­bo­wa­łem, ale mó­wią, że w ze­szłym ty­go­dniu ro­bili za nas tego dziadka, który wy­ki­to­wał w Ła­zien­kach, i te­raz na­sza ko­lej.

Przez dłu­gie pół se­kundy Pa­łu­cha chciał bez słowa odło­żyć słu­chawkę. Niech się dy­żurny mar­twi, skoro za­bra­kło mu jaj, żeby od razu od­mó­wić. Coś jed­nak go po­wstrzy­mało. In­tu­icja? Nos de­tek­tywa? A może po pro­stu nie chciało mu się wię­cej la­tać po wódkę.

- Znasz już ja­kieś szcze­góły?

- Na dziew­czynę na­tra­fił pa­trol ciem­nia­ków z Ba­ta­lionu Pa­tro­lowo-In­ter­wen­cyj­nego pod­czas ru­ty­no­wego...

Dzwo­nek alar­mowy. Ad­re­na­lina. Po­wie­dział "dziew­czyna". To wszystko zmie­niało.

- W ja­kim sta­nie są zwłoki? - prze­rwał.

- Dość fa­tal­nym, że tak po­wiem.

- Do rze­czy, czło­wieku!

- Ktoś jej... chyba że źle zro­zu­mia­łem... No, w każ­dym ra­zie ktoś po­do­bno ob­ciął jej dło­nie. No i jest naga. Zgwał­cona, zdaje się...

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha wcią­gnął głę­boko po­wie­trze, przy­trzy­mał, a po­tem po­woli wy­pu­ścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co pod­chwycą me­dia, na co będą pa­trzeć prze­ło­żeni. Na czymś ta­kim można wresz­cie wy­pły­nąć. Wy­do­stać się z tego baj­zlu.

Szybko rzu­cił spoj­rze­niem na lewo i prawo. Nikt się nim nie in­te­re­so­wał. Wil­czyń­skiego kom­plet­nie wcięło, Chałka ki­wał się nad swoim biur­kiem. A więc już nikt mu tego nie za­bie­rze. Po­pro­wa­dzi to.

- Przy­go­tuj mi klu­czyki od po­lo­neza, za­raz zejdę. Bie­rzemy tę sprawę.

***

Przez dwa lata w po­li­cji i po­nad pół roku w sek­cji za­bójstw Nor­bert wi­dy­wał już różne rze­czy. Sa­mo­bójcę, któ­rego roz­człon­ko­wał po­ciąg, za­wa­łowca, który wy­kor­ko­wał w wan­nie, a go­rąca woda w po­ło­wie go ugo­to­wała, trupa, który mie­siąc prze­le­żał w wer­salce... ale do­piero ta mar­twa dziew­czyna nim wstrzą­snęła. Dziew­czyna? Ra­czej dziew­czynka. Dziecko wła­ści­wie.

Le­żała na ple­cach w krza­kach, za­le­d­wie parę me­trów od chod­nika, na któ­rym czer­niły się ślady opon. Si­niaki i za­dra­pa­nia na jej skó­rze kon­tra­sto­wały z opa­le­ni­zną wi­do­czną wciąż na ra­mio­nach, no­gach i twa­rzy. Sine i na­brzmiałe ślady na szyi. Ja­sne włosy roz­sy­pane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki od­sło­nięte przez wargi wy­krzy­wione w ago­nii. No i te ki­kuty za­miast dłoni...

- Nie zgi­nęła w tym miej­scu. Mor­derca przy­wiózł ją sa­mo­cho­dem i wy­rzu­cił w krza­kach - usły­szał Pa­łu­cha.

Aspi­rant drgnął i ob­ró­cił się gwał­tow­nie, uświa­da­mia­jąc so­bie, że od dłuż­szej chwili stoi nad zwło­kami jak wryty. Obok sie­bie zo­ba­czył dok­tora Ka­linę, ana­to­mo­pa­to­loga z In­sty­tutu Me­dy­cyny Są­do­wej przy Oczki.

- Dzię­kuję, że pan przy­je­chał, dok­to­rze - szep­nął, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że pro­ku­ra­tor, któ­rego obu­dził za­raz po te­le­fo­nie od ofi­cera dy­żur­nego, zru­gał go w nie­wy­bred­nych sło­wach i po­wie­dział, że po­jawi się do­piero na sek­cji.

- Ścią­gnął pan tu­taj tech­ni­ków, aspi­ran­cie?

- Mają za­raz do­je­chać, boję się jed­nak, że oni - zer­k­nął na dwóch ubra­nych w czarne mun­dury osił­ków z BPI, prze­stę­pu­ją­cych nad cia­łem z nogi na nogę - już za­dep­tali ślady.

- Grunt, żeby tech­nicy zro­bili od­cisk gip­sowy tych opon - rze­czowo za­uwa­żył le­karz. - Ja zajmę się zwło­kami.

Stary dok­tor prze­rwał na mo­ment i spoj­rzał na Pa­łu­chę.

- Mam wnuczkę mniej wię­cej w jej wieku. Zro­bię wszystko, żeby mógł pan do­rwać tego su­kin­syna.

Nor­bert nie od­po­wie­dział. Dok­tor pod­szedł do zwłok. Mun­du­rowi ner­wowo ćmili pa­pie­rosy. Od strony Wi­sły niebo za­pło­nęło czer­wie­nią, w ko­ro­nach drzew za­częły wrza­skli­wie na­wo­ły­wać się ptaki. Na miej­sce prze­stęp­stwa pod­je­chali tech­nicy, a za­raz po nich kilku po­ste­run­ko­wych, któ­rych Pa­łu­cha roz­sta­wił tak, by piesi i spa­ce­ro­wi­cze nie pchali im się pod nogi. Pa­trol dro­gówki w volks­wa­ge­nie pas­sa­cie za­blo­ko­wał je­den pas ru­chu w Ale­jach Nie­pod­le­gło­ści.

- Od razu, na go­rąco, mogę po­wie­dzieć tyle, że dziew­czynka zgi­nęła tej nocy. - Dok­tor Ka­lina za­koń­czył oglę­dziny i dał znać tech­ni­kom, że mogą za­czy­nać pracę. - Tak jak my­śla­łem, zmarła w in­nym miej­scu. Plamy opa­dowe i otar­cia na­skórka, które po­ja­wiły się post mor­tem, wska­zują, że ciało było prze­no­szone. Zgon na­stą­pił przez za­dzierz­gnię­cie. Udu­sił ją, mó­wiąc po ludzku. Naj­praw­do­po­dob­niej skó­rza­nym pa­skiem.

Pa­łu­cha ode­rwał spoj­rze­nie od dziew­czyny i uniósł je ku ko­ro­nom par­ko­wych drzew.

Czy dam radę? Czy mnie to nie prze­ro­śnie?

Za­raz się jed­nak zre­flek­to­wał i opu­ścił wzrok na zie­mię. Oczy­wi­ście, że da radę. Był do­bry, naj­lep­szy. A to jest sprawa, która wy­nie­sie go do Ko­mendy Sto­łecz­nej lub jesz­cze wy­żej. Ta­kie ny­gusy jak Chałka będą się przed nim płasz­czyć.

- Pa­nie dok­to­rze... - za­jąk­nął się.

Ka­lina spoj­rzał na niego spod si­wych, krza­cza­stych brwi, opa­da­ją­cych mu na pół­przy­mknięte po­wieki.

- Chce pan spy­tać o ręce? - do­my­ślił się.

Nor­bert ski­nął głową.

- Pra­wie na pewno zo­stały od­jęte już po śmierci. Równo, gładko, jed­nym cię­ciem. Ob­sta­wiał­bym ja­kiś diaks czy inną piłę tar­czową. Lub le­kar­ską piłkę uży­waną do am­pu­ta­cji koń­czyn. Tyle że nie zro­bił tego le­karz. Jedna dłoń zo­stała am­pu­to­wana po­wy­żej nad­garstka, a druga ni­żej, na wy­so­ko­ści obu ko­ści czwo­ro­bocz­nych, głów­ko­wa­tej i ha­czy­ko­wa­tej. Krótko mó­wiąc - par­tacka ro­bota.

- Ale dla­czego?

Dok­tor nie od­po­wie­dział od razu. Po­woli ob­szu­kał kie­sze­nie swo­jego bez­rę­kaw­nika w ko­lo­rze khaki, opa­trzo­nego wie­loma za­ka­mar­kami. Zna­lazł wy­mię­to­loną paczkę i py­ta­jąco skie­ro­wał ją w stronę Pa­łu­chy, a gdy ten od­mó­wił, się­ga­jąc po wła­sną, wy­łu­skał po­krzy­wio­nego pa­pie­rosa.

- Nie je­stem psy­cho­lo­giem - ode­zwał się, kiedy oto­czył go si­nawy ob­ło­czek dymu. - Po­wie­dział­bym jed­nak, że sprawca zro­bił to, by utrud­nić panu ro­botę.

- Cho­dzi o li­nie pa­pi­larne?

- To też. Ale poza tym przy­pusz­czam, że dziew­czyna wal­czyła. Pew­nie głę­boko za­dra­pała na­past­nika. Sprawca zda­wał so­bie sprawę, że pod jej pa­znok­ciami jest jego grupa krwi.

Aspi­rant po­dzię­ko­wał i zro­bił krok ku tech­ni­kom, któ­rzy już usta­wiali wo­kół ciała nu­merki ozna­cza­jące ślady, spo­rzą­dzali szkic sy­tu­acyjny i szy­ko­wali się do zdjęć. Obok zwłok stała wa­lizka z prosz­kiem dak­ty­lo­sko­pij­nym i ze­sta­wem pę­dzel­ków do jego na­no­sze­nia.

- Aspi­ran­cie?

Od­wró­cił się do dok­tora.

- Niech się pan spie­szy. Wy­daje mi się, że to jest ro­bota se­ryj­nego. Może to jego pierw­sze za­bój­stwo. Może wcze­śniej tylko gwał­cił. Ale te­raz, gdy już za­sma­ko­wał we krwi, bę­dzie mor­do­wał, póki go nie po­wstrzy­ma­cie.

- Do­padnę go - obie­cał Pa­łu­cha.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Czwar­tek

Ogo­lony, w naj­lep­szej ma­ry­narce i wy­glan­so­wa­nych bu­tach, sie­dział w swoim gol­fie, ob­ser­wu­jąc wyj­ście z apar­ta­men­towca przy ma­łej uliczce No­waka-Je­zio­rań­skiego na Go­cła­wiu. Z pra­daw­nego, trza­ska­ją­cego ra­dia pły­nęły wia­do­mo­ści. Nie zdzi­wił się na­wet spe­cjal­nie, kiedy w pew­nym mo­men­cie usły­szał głos Jolki. Przed­sta­wiona przez re­por­tera jako rzecz­niczka pra­sowa ko­men­danta sto­łecz­nego po­li­cji, mó­wiła o ja­kimś bru­tal­nym mor­der­stwie po­peł­nio­nym na mło­dej ko­bie­cie, któ­rej jesz­cze nie udało się zi­den­ty­fi­ko­wać. Ob­cięte dło­nie, na­gie ciało po­rzu­cone w Ma­zo­wiec­kim Parku Kra­jo­bra­zo­wym. Kosz­mar, który Boń­czak opi­sy­wała w krót­kich sło­wach, tchną­cych za­wo­dową pew­no­ścią sie­bie. Żad­nych emo­cji, żad­nego ją­ka­nia się czy nie­po­trzeb­nych szcze­gó­łów zbrodni. Fakty po­da­wane przez zna­ją­cego swoją war­tość fa­chowca.

Wy­ro­biła się - po­my­ślał z dumą Ko­necki.

Z dumą, ale i bo­le­snym ukłu­ciem za­zdro­ści. Ona wciąż była po­li­cjantką. A on już nie.

Pa­mię­tał jej po­czątki w wy­dziale pra­so­wym, za­le­d­wie kilka mie­sięcy temu. Wtedy wy­da­wała się nieco za­gu­biona, przy­tło­czona pre­sją dzien­ni­ka­rzy uzbro­jo­nych w dyk­ta­fony i ka­mery. Po­cie­szał ją, do­da­wał otu­chy, ki­bi­co­wał. Te­raz już tego nie po­trze­bo­wała. Bry­lo­wała w pro­gra­mach śnia­da­nio­wych, wie­czor­nych de­ba­tach pu­bli­cy­stycz­nych, ulicz­nych re­la­cjach na żywo. Ka­mera ją lu­biła, me­dia ak­cep­to­wały. Już te­raz miała kilka pro­po­zy­cji pracy w kilku sta­cjach. Na­gle strasz­nie za­chciało mu się wziąć ją w ra­miona.

Bez­wied­nie po­pra­wił wsteczne lu­sterko, w któ­rym od­bi­jała się fa­sada ob­ser­wo­wa­nego przez niego wie­lo­pię­trowca. Musi się skon­cen­tro­wać, żeby nie prze­ga­pić wyj­ścia Sto­kroc­kiej. Pew­nie wy­je­dzie z pod­ziem­nego ga­rażu swoim le­xu­sem RX. Dzięki sta­rym zna­jo­mo­ściom w dro­gówce znał jego nu­mery re­je­stra­cyjne, ko­lor i hi­sto­rię man­da­tów. Wy­łącz­nie dwa ro­dzaje wy­kro­czeń: prze­kro­cze­nie pręd­ko­ści i par­ko­wa­nie w miej­scach nie­do­zwo­lo­nych. Wy­glą­dało na to, że "Sto­krotka" miała żywy tem­pe­ra­ment i nie li­czyła się z in­nymi.

Że­bym tylko za nią na­dą­żył tym struc­lem. - Uśmiech­nął się do sie­bie.

Cią­gle nie mógł ode­rwać my­śli od Jolki. Kur­czę, jak dziw­nie się to wszystko po­ukła­dało. Jesz­cze na po­czątku roku, pod­czas tam­tej sprawy, która osta­tecz­nie oka­zała się gro­bem dla jego po­li­cyj­nej ka­riery i tram­po­liną do awansu Jolki, za­dziorna po­li­cjantka bu­dziła jego nie­chęć. Rze­czy­wi­ście po­kąt­nie prze­zy­wali ją lesbą. Była nie­przy­stępna, zimna, ubrana w stylu mi­li­tar­nym. A po­tem to wszystko wy­wró­ciło się do góry no­gami. Śledz­two za­koń­czyło się krwa­wym pa­rok­sy­zmem, w wy­niku któ­rego on mu­siał za­strze­lić czło­wieka, a ona, cóż, roz­kwi­tła. I spoj­rzał na nią zu­peł­nie in­nymi oczami.

- Czy to, co jest mię­dzy nami, prze­trwa? - za­dał py­ta­nie swo­jemu od­bi­ciu w lu­sterku.

Bo prze­cież nie do­trzy­my­wał jej kroku. Źle zno­sił wy­da­le­nie ze służby. Nie mógł od­na­leźć się w sa­mot­nej pracy pry­wat­nego de­tek­tywa. Kie­dyś, gdy był na służ­bie, nie mógł opę­dzić się od in­nych gli­nia­rzy. Kiedy chciał spo­koj­nie po­my­śleć, mu­siał za­my­kać się w ki­blu albo wy­cho­dzić z ko­mendy na par­king. Te­raz bra­ko­wało mu tego wiecz­nego gwaru, za­cze­pek, na­wet awan­tur. Dziś w pracy był sam jak pa­lec. A świa­do­mość, że musi oso­bi­ście pła­cić po­datki, składki na ZUS i raty kre­dytu, przy­pra­wiała go o mdło­ści. Wcze­śniej nie mar­twił się o przy­szłość. Pen­sja była, jaka była, ale wpły­wała na konto re­gu­lar­nie. Te­raz re­gu­lar­nie przy­cho­dziły do niego je­dy­nie mo­nity z banku. To wy­trą­ciło go z nie­pew­nej rów­no­wagi, jaką po śmierci córki i odej­ściu żony od­zy­skał rap­tem nie­wiele po­nad pół roku temu. I żeby nie za­cząć wa­rio­wać, znów się­gnął po ben­zo­dia­ze­piny. Kie­dyś psy­cho­tropy wy­cią­gnęły go z czar­nej ot­chłani. A te­raz? Nie był w roz­pa­czy, tylko się bał. Tylko? Wy­da­le­nie z po­li­cji wstrzą­snęło nim moc­niej, niż sam przed sobą przy­zna­wał. Nie był już gliną, a nie czuł się de­tek­ty­wem. I, szcze­rze mó­wiąc, nie chciał się nim po­czuć. Kim więc był?

Tym­cza­sem Jolka wy­ra­stała na gwiazdę, osobę roz­po­zna­walną. Nad­ska­ki­wali jej prze­ło­żeni. On nie mógł się po­chwa­lić choćby cie­niem po­dob­nych suk­ce­sów. Na­wet li­cen­cję pry­wat­nego de­tek­tywa zdo­był z nie­ma­łym tru­dem. Jako czło­wiek zwol­niony z po­li­cji w za­sa­dzie nie po­wi­nien jej do­stać. Na szczę­ście re­sort roz­stał się z nim na za­sa­dach po­ro­zu­mie­nia stron, a nie dys­cy­pli­narki, ja­koś więc udało się omi­nąć tę rafę. Po­tem jed­nak wy­pły­nęła sprawa po­zwo­le­nia na broń. Eg­za­min zdał bez pro­blemu, ale ba­da­nia psy­cho­lo­giczne... Mu­siał nie­mal klę­kać przed po­li­cyj­nym pro­fi­le­rem o sze­ro­kich zna­jo­mo­ściach w światku psy­cho­lo­gów, Grze­go­rzem Pac-Za­maj­skim, z któ­rym nie bar­dzo się lu­bili, kiedy był jesz­cze gli­nia­rzem, i pro­sić go o po­śred­nic­two w wy­gła­dze­niu paru punk­tów w te­ście. Ile czasu Jolka bę­dzie to­le­ro­wać u swego boku sfru­stro­wa­nego, uga­nia­ją­cego się za ba­nal­nymi zle­ce­niami pry­wat­nego "łapsa" ze zwyż­ku­jącą nad­wagą?

- Myśl o zle­ce­niu! - Bar­tek przy­wo­łał się do po­rządku, kon­cen­tru­jąc wzrok na szcze­gó­łach wi­docz­nych w za­mglo­nym pa­tyną dzie­jów wstecz­nym lu­sterku.

Mu­siał, bez­względ­nie mu­siał upo­rać się z tym szybko. Dla­tego do­brze się przy­go­to­wał. Przez swoje dawne kon­takty spraw­dził Sto­krocką w Urzę­dzie Dziel­nicy War­szawa Praga-Po­łu­dnie. Miesz­kała sama, była stanu wol­nego, bez­dzietna. U za­przy­jaź­nio­nego te­le­ope­ra­tora usta­lił nu­mer jej ko­mórki i - co było trud­niej­sze, a w do­datku wy­ma­gało wy­ło­że­nia pię­ciu stów ła­pówki - typ jej te­le­fonu. Na szczę­ście miała smart­fona, mógł więc wy­słać jej ukry­tego ese­mesa z wi­ru­sem wy­ge­ne­ro­wa­nym przez cał­kiem le­gal­nie ku­piony pro­gram Mo­bi­le­Spy. Te­raz już miał ją na oku. Po­zy­cja GPS, nu­mery po­łą­czeń, strony, na ja­kich lo­go­wała się w in­ter­ne­cie.

Sar­ka­stycz­nie uśmiech­nął się na myśl o tym, że wszyst­kie te czyn­no­ści, które wy­ko­nał wczo­raj w ciągu jed­nego dnia, za­ję­łyby mu - gdyby na­dal był po­li­cjan­tem - co naj­mniej ty­dzień. Samo uzy­ska­nie zgody sę­dziego i pro­ku­ra­tora na tak sze­roko za­kro­joną in­wi­gi­la­cję wy­ma­ga­łoby wy­peł­nie­nia szu­flady kwi­tów. Zda­wał so­bie jed­nak do­brze sprawę z tego, że po­stę­puje nie­le­gal­nie. Bez­czel­nie ła­mie prawo. I, szcze­rze mó­wiąc, mocno go to uwie­rało.

- Tylko ten je­den raz - obie­cał so­bie. - Szybka forsa, ure­gu­lo­wa­nie za­le­głych rat oraz czyn­szu i wra­cam do uczci­wej dzia­łal­no­ści.

Z bu­dynku wy­szła ko­bieta. Po­cząt­kowo nie zwró­cił na nią spe­cjal­nej uwagi, bo spo­dzie­wał się ra­czej, że Sto­krocka wy­je­dzie sa­mo­cho­dem. Smu­kła syl­we­tka, krótka kur­teczka, ar­ty­stycz­nie po­darte dżinsy, spor­towe buty. Ro­zej­rzała się wo­kół, zlu­stro­wała sa­mo­chody za­par­ko­wane wzdłuż ulicy. I to dało mu wresz­cie do my­śle­nia. Czy to ona? Szła szybko, drob­nymi kro­kami, w kie­runku cen­trum han­dlo­wego Pro­me­nada. Blond włosy upięte w kok, na nich ró­żowa bejs­bo­lówka z dasz­kiem na­su­nię­tym na oczy. Tak, to Ame­lia Sto­krocka.

Od­cze­kał chwilę, a po­tem wy­gra­mo­lił się z sa­mo­chodu. Nie­spiesz­nie ru­szył jej śla­dem. Była wy­soka, no­siła się pro­sto, więc na­wet gdy po prze­kro­cze­niu ob­ro­to­wych drzwi oboje wmie­szali się w tłum kłę­biący się mię­dzy dro­ge­rią a skle­pem spo­żyw­czym, wciąż wi­dział ją z da­leka. Szła, nie za­trzy­mu­jąc się przy wy­sta­wach, pro­sto do celu. Czyli do­kąd?

Dziew­czyna mi­nęła prze­szkloną windę z wy­pu­kłym oknem i do­szła do sztucz­nego stawu cią­gną­cego się wzdłuż głów­nej alejki. Obo­jęt­nie prze­szła obok wej­ścia na schody pro­wa­dzące do gór­nych re­stau­ra­cji i kom­pleksu fit­ness.

Czy kie­ro­wała się do dru­giego wej­ścia? Może za­par­ko­wała tam sa­mo­chód i w ten spo­sób chce prze­chy­trzyć ewen­tu­alny ogon?

Nie. Za­le­d­wie pięć­dzie­siąt me­trów od drzwi za­trzy­mała się przy ma­łej ka­fejce. Sto­liki usta­wione wo­kół fon­tanny, mały ba­rek, jedna kel­nerka. Usia­dła. Ko­necki mi­nął ją i wszedł na po­bli­skie schody, a po­tem na an­tre­solę, z któ­rej mógł bez­piecz­nie ob­ser­wo­wać jej sto­lik.

Bar­tek za­ło­żył, że mo­gła za­pa­mię­tać wy­so­kiego fa­ceta w gar­ni­tu­rze idą­cego jej śla­dem, więc wło­żył oku­lary OTP z wbu­do­waną mi­ni­ka­merą, zdjął ma­ry­narkę i pod­wi­nął rę­kawy ko­szuli. Drobna zmiana wy­glądu, ale za­wsze.

Mógł so­bie na to po­zwo­lić, bo nie za­brał ze sobą sig sau­era - le­gal­nie ku­pio­nego ko­pyta, na które wy­kosz­to­wał się po zwol­nie­niu z po­li­cji. Za­kła­dał, że Sto­krocka umówi się z kimś w re­stau­ra­cji lub klu­bie, w któ­rym jest se­lek­cja. Nie chciał na­ro­bić ra­banu, gdyby ochrona za­uwa­żyła szelki ka­bury pod ma­ry­narką.

Do jej sto­lika pod­szedł ja­kiś fa­cet. Dżinsy o nie­mod­nym kroju i skó­rzana kurtka tu­rec­kiego typu, na­ło­żona na swe­ter ze wzor­kiem. Czarne włosy gę­sto prze­ty­kane si­wi­zną. Bar­tek uru­cho­mił na­gry­wa­nie w oku­la­rach i lekko zbiegł po scho­dach. Pod­szedł bez­po­śred­nio do barku, po­pro­sił o kawę, dys­kret­nie się obej­rzał.

Na Don Ju­ana, który uwiódł te­le­wi­zyjną gwiazdę, gość ra­czej nie wy­gląda - po­my­ślał.

Sie­dzieli za­le­d­wie kilka me­trów od niego. Stary po­ka­zy­wał wła­śnie Sto­kroc­kiej za­war­tość tek­tu­ro­wej teczki wią­za­nej na ta­siemki. Nie dało się usły­szeć, o czym mó­wili, nie wi­dział do­kład­nie za­war­to­ści teczki, wy­dało mu się jed­nak, że są to wy­cinki ga­zet. Ra­czej sta­rych, po­żół­kłych.

Za­szu­miał eks­pres, bar­manka zdą­żyła do­piero na­lać mu espresso, kiedy tamci już wsta­wali. Ame­lia Sto­krocka wci­snęła dziad­kowi ja­kiś bank­not, chyba stówkę.

- Niech pan go znaj­dzie, bar­dzo pro­szę!

Ostat­nie słowa dziew­czyna po­wie­działa gło­śniej i Ko­nec­ki na­resz­cie coś usły­szał. Tam­ten naj­pierw osten­ta­cyj­nie pro­te­sto­wał, po­tem scho­wał forsę do kie­szeni.

- Spró­buję - obie­cał.

Na po­że­gna­nie cmok­nął ją w dłoń. Ona skie­ro­wała się z po­wro­tem w głąb ga­le­rii han­dlo­wej, on do drzwi na ze­wnątrz.

Za kim te­raz?

Wa­hał się tylko parę se­kund. Łyk kawy i ru­szył za męż­czy­zną. Niż­szy od niego o pół me­tra czło­wie­czek szedł za­ma­szy­ście w stronę kładki wio­dą­cej na drugą stronę dwu­pa­smo­wej Ostro­bram­skiej. Bar­tek z po­wro­tem wło­żył ma­ry­narkę, ale zo­sta­wił so­bie oku­lary. Dzie­więć­dzie­siąt mi­nut na­gry­wa­nia na jed­nej ba­te­rii, nie ma co oszczę­dzać. Na kładce trzy­mał się dość bli­sko za swoim obiek­tem, za­sta­na­wia­jąc się rów­no­cze­śnie, jak to ro­ze­grać. Mu­siał do­wie­dzieć się, kim jest ten fa­cet, a rów­no­cze­śnie nie spło­szyć Sto­kroc­kiej, do któ­rej dzia­dek na pewno by za­dzwo­nił, gdyby Ko­necki przy­ci­snął go za mocno.

Si­wo­włosy zszedł pro­sto na przy­sta­nek. Wy­chy­lił się poza kra­węż­nik, pa­trząc na jezd­nię bie­gnącą pro­sto aż do wia­duktu nad wę­złem Marsa. Do przy­stanku zbli­żał się au­to­bus.

Za­raz wsią­dzie. I co da­lej? Te­le­pać się za nim przez mia­sto i zo­sta­wić Sto­krocką bez nad­zoru?

W ostat­niej chwili, kiedy po­spieszne 520 już zwal­niało, Bar­tek za­szedł tam­temu drogę. Czło­wie­czek pod­niósł na niego za­sko­czone, ale cał­kiem prze­ni­kliwe oczy. Miał gę­ste, krza­cza­ste brwi opa­da­jące nie­równą fi­ranką na po­wieki, sze­ro­kie usta i po­bruż­dżoną zmarszcz­kami cerę. Ko­necki uświa­do­mił so­bie, że jest star­szy, niż wy­da­wało się z da­leka. Ja­kieś sześć­dzie­siąt, może sie­dem­dzie­siąt lat.

- Dzień do­bry panu! - Wy­cią­gnął rękę do nie­zna­jo­mego.

Tam­ten nie­chęt­nie od­wza­jem­nił uścisk. Lekki, spo­tniały, nie­zde­cy­do­wany.

- Nie po­znaje mnie pan? Na­zy­wam się Ar­kady Wo­decki.

Oczy tam­tego zmie­rzyły go ba­daw­czo, twarz jed­nak na­wet nie drgnęła.

- Przy­znam, że pana nie po­znaję - wy­ce­dził.

- No tak - zmar­twił się nie­szcze­rze Bar­tek. - To już parę ład­nych lat.

Uczy­nił gest, jakby miał się wy­co­fać. Smęt­nie zwie­sił głowę.

- Prze­pra­szam - zre­flek­to­wał się fa­cet. - Na­prawdę nie pa­mię­tam. Tyle spraw, tyle osób...

Bez­rad­nie roz­ło­żył ręce, a Ko­necki po­spiesz­nie ana­li­zo­wał każde jego słowo. "Tyle spraw"? Czyżby eme­ry­to­wany po­li­cjant? Albo pro­ku­ra­tor? Nie wy­glą­dał na gli­nia­rza.

W tym mo­men­cie na przy­stanku za­trzy­mał się au­to­bus.

- Mu­szę le­cieć, to mój - uspra­wie­dli­wił się tam­ten. - Pro­szę kie­dyś za­dzwo­nić, po­ga­damy - rzu­cił, ro­biąc krok do wej­ścia.

Osta­tecz­nie się jed­nak za­wa­hał i za­py­tał jesz­cze:

- Pi­sa­łem kie­dyś o panu?

Bar­tek, na­wet gdyby chciał, nie zdą­żyłby od­po­wie­dzieć. Drzwi za­mknęły się z sy­kiem. Bingo. "Pi­sa­łem kie­dyś o panu?". A więc dzien­ni­karz.

***

Lu­bił miesz­ka­nie Jolki przy ulicy Świę­to­jer­skiej, a mimo to - choć miesz­kał tu już pół roku - wciąż jesz­cze nie umiał po­my­śleć o nim: "Mój dom". Le­żały tam jego rze­czy, sy­piał tam co­dzien­nie, do­rzu­cał się do czyn­szu, wciąż jed­nak czuł się jak gość.

Ostat­nie, czwarte pię­tro, dwa ob­szerne po­koje, wą­ska, ale widna kuch­nia. Okna sa­lonu i bal­kon wy­cho­dziły na Świę­to­jer­ską, sto me­trów od ulicy Freta, czyli ob­le­pio­nego tu­ry­styczną me­lasą Sta­rego Mia­sta. Z kuchni i sy­pialni wi­dać było z ko­lei po­ro­śnięty ol­chami skwe­rek, z ław­kami za­ję­tymi przez eme­ry­tów. Ci­sza, spo­kój, dys­kretny urok luk­susu. Za­nim się do niej spro­wa­dził, miesz­kał w ma­łej klitce w dzie­się­cio­pię­trowcu przy Gi­bal­skiego. Okna tam­tego miesz­ka­nia wy­cho­dziły na par­king, na któ­rym dzie­ciaki ko­pały piłkę, przy drzwiach do klatki pi­jacz­ko­wie kon­ku­ro­wali z za­kap­tu­rzoną mło­dzieżą o naj­lep­sze miej­sca na ga­zo­nach dawno zdep­ta­nych kwia­tów. Tam jed­nak czuł ro­ze­dr­gany nerw mia­sta. Tu miał wra­że­nie, że tra­fił do sce­no­gra­fii ro­dem z sit­comu. Nie wy­obra­żał so­bie jed­nak, żeby Jolka zgo­dziła się za­miesz­kać z nim na Gi­ba­laku. Zresztą miesz­kali już tam lo­ka­to­rzy, a pie­nią­dze z wy­najmu za­si­lały bie­żący bu­dżet Joli i Bartka.

- O, zja­wił się mój Phi­lip Mar­lowe! - Jolka sie­działa w szla­froku przed te­le­wi­zo­rem.

Za­bawne, ale na ekra­nie też ją wi­dział. W re­gu­la­mi­nowo za­pię­tym czar­nym mun­du­rze z na­pi­sem "Po­li­cja" na koł­nie­rzyku, z in­ten­syw­nym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu i gładko za­cze­sa­nym ko­kiem mó­wiła o za­mor­do­wa­niu mło­dej ko­biety, któ­rej per­so­na­lia oraz pro­fe­sję już usta­lono. Marta S., osoba nie­let­nia trud­niąca się pro­sty­tu­cją.

Bez­wied­nie po­rów­nał obie wer­sje ko­mi­sarz Jo­lanty Boń­czak. Tę służ­bową, pro­stą jak struna, z biu­stem wy­pię­tym dum­nie ku oku ka­mery, i do­mową, w lekko zme­cha­co­nym szla­froku, ze zwią­za­nymi ko­ko­nem ręcz­nika świeżo umy­tymi wło­sami i w gru­bych oku­la­rach, które za­stą­piły roz­ja­śnia­jące barwę oczu szkła kon­tak­towe. Ta druga bar­dziej go krę­ciła.

- Gdzie by­łeś? - Jolka pod­nio­sła się z fo­tela.

Kiedy wsta­wała, poła szla­froka od­chy­liła się, po­ka­zu­jąc drobną, za­dzior­nie ster­czącą pierś. Bart­kowi zro­biło się go­rąco.

- Mam zle­ce­nie! - Szybko zdjął ma­ry­narkę i za­czął roz­pi­nać ko­szulę.

- Nie­wierny mąż? Po­dej­rzana nia­nia? Bar­man pod­kra­da­jący drob­niaki ze sło­ika na na­piwki? - Prze­su­nęła pal­cem po jego po­ro­śnię­tym blond locz­kami tor­sie.

Rzu­cił jej szyb­kie, ba­daw­cze spoj­rze­nie. Czy z niego kpiła? Za­raz jed­nak par­sk­nął tylko odro­binę wy­mu­szo­nym śmie­chem.

- Śle­dzę taką jedną...

- Ładna? - Ko­lejne py­ta­nie na­de­szło, za­nim jesz­cze prze­brzmiała jego od­po­wiedź.

Piękna i be­stia - po­my­ślał.

Czy to moż­liwe, że była o niego za­zdro­sna?

- Ja­kie na­gra­nie? - za­py­tał, uświa­da­mia­jąc so­bie, że Jolka coś po­wie­działa.

- Py­ta­łam, czy masz ją na fil­mie - od­parła, wska­zu­jąc na oku­lary OTP wy­sta­jące z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki, którą do­piero co po­wie­sił na opar­ciu krze­sła.

- Nie mogę ci po­ka­zy­wać ma­te­ria­łów do­ty­czą­cych klienta. - Bar­tek po­sta­no­wił się z nią po­prze­ko­ma­rzać.

- W ta­kim ra­zie sam od­grze­waj so­bie ko­la­cję! - Jolka pod­jęła grę, te­atral­nie wzru­sza­jąc ra­mio­nami i od­wra­ca­jąc się do te­le­wi­zora.

Na ekra­nie nie było już jej twa­rzy. Za­stą­piły ją "ope­ra­cyjne zdję­cia po­li­cji". Le­żące w krza­kach, chyba na le­śnym igli­wiu, zwłoki na­giej ko­biety z od­cię­tymi dłońmi. Twarz i miej­sca in­tymne oczy­wi­ście za­ma­zano, ale wi­dok i tak ra­ził bez­ce­re­mo­nialną bru­tal­no­ścią. "Wy­jąt­kowe okru­cień­stwo", "dia­bel­ska per­fi­dia", "zbrod­nia bez pre­ce­densu" - spi­ker nie szczę­dził moc­nych słów ko­men­ta­rza. Cóż, było po je­de­na­stej w nocy, sta­cja mo­gła po­ka­zać wię­cej, żeby za­do­wo­lić co bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych od­bior­ców...

Ko­necki się wzdry­gnął. Ni­gdy nie lu­bił wi­doku tru­pów. Na­wet kiedy oglą­dał je re­gu­lar­nie w Wy­dziale Ter­roru Kry­mi­nal­nego. Czym prę­dzej prze­niósł spoj­rze­nie na Jolkę i do­strzegł, że koł­nierz szla­froka zsu­nął jej się z ra­mie­nia, od­sła­nia­jąc opa­loną skórę.

Sa­mo­opa­lacz czy cho­dzi do so­la­rium?

Ogar­nęła go fala po­żą­da­nia. Pod­szedł, na­chy­lił się, mu­snął jej ciało ustami. Skóra Jolki nie pach­niała sa­mo­opa­la­czem. De­li­kat­nie wsu­nął dłoń przez połę szla­froka, do­ty­ka­jąc jej drob­nych piersi.

- Prze­stań, ła­sko­czesz mnie! - Lekko go ode­pchnęła.

- Do­bra, po­każę ci to na­gra­nie.

- Nie mu­sisz. Żar­to­wa­łam.

Stała od­wró­cona do ekranu, na któ­rym bru­talne ob­razy zbrodni zdą­żył już za­stą­pić głu­piutki uśmiech pre­zen­terki za­po­wia­da­ją­cej pro­gnozę po­gody. A po­tem przy­cią­gnęła go do sie­bie.

***

- Bo wiesz... - po­wie­dział pół go­dziny póź­niej, kiedy le­żeli nadzy na dy­wa­nie, przy­kryci je­dy­nie kapą z sofy. - Po­my­śla­łem, że mo­gła­byś mi po­móc roz­po­znać na tym moim dzi­siej­szym fil­mie ta­kiego jed­nego fa­cia.

Zer­k­nęła na niego z uśmie­chem.

- Cią­gle stare gli­niar­skie na­wyki, co? - Klep­nęła go w ra­mię. - Na­wet w cza­sie ra­do­snego bzy­kanka my­ślisz o ro­bo­cie?

Po­czuł się głu­pio.

- Przy­szło mi to na myśl do­piero te­raz!

- Mnie też obo­wią­zuje ta­jem­nica służ­bowa! - Tym ra­zem to ona się prze­ko­ma­rzała.

Oparła głowę na zgię­tej w łok­ciu ręce. Na­rzuta zsu­nęła się z jej ra­mion i piersi.

- To nie jest zwią­zane z twoją pracą w po­li­cji - za­czer­wie­nił się. - Cho­dzi o zi­den­ty­fi­ko­wa­nie... - po­czuł, że znów ogar­nia go pod­nie­ce­nie - pew­nego dzien­ni­ka­rza. A ty masz prze­cież zna­jo­mo­ści w świe­cie me­diów.

- Pró­bu­jesz skło­nić funk­cjo­na­riuszkę po­li­cji do po­peł­nie­nia wy­kro­cze­nia.

- Ale przy­naj­mniej nie je­steś na służ­bie. Za­wsze to ja­kaś oko­licz­ność ła­go­dząca.

- Skąd wiesz? Może je­stem agentką pod przy­kry­ciem?

- W ta­kim ra­zie mu­sisz bar­dziej za­an­ga­żo­wać się w swoją rolę... - Spró­bo­wał przy­cią­gnąć ją do sie­bie, ale zwin­nie mu się wy­msknęła.

- Dam się sko­rum­po­wać, je­śli obie­casz mi jesz­cze je­den nu­me­rek.

- Z naj­więk­szą ochotą!

- W ta­kim ra­zie po­każ, co tam na­gra­łeś.

Jolka wstała. Na­rzuta spły­nęła po jej ciele, a on za­pa­trzył się w jej zgrabny ty­łe­czek.

- Chcesz za­liczkę już te­raz?

Po­de­szła do od­wie­szo­nej ma­ry­narki, wy­jęła oku­lary OTP i spraw­nie po­łą­czyła ich pa­mięć z te­le­wi­zo­rem.

- Wolę za­in­ka­so­wać ca­łość póź­niej - od­po­wie­działa, włą­cza­jąc od­twa­rza­nie.

Na ekra­nie po­ja­wiła się scena z Pro­me­nady.

- Ame­lia Sto­krocka. - Na­tych­miast roz­po­znała dziew­czynę. - To ją masz śle­dzić?

Bart­kowi wy­dało się, że w jej gło­sie sły­szy nutę po­dziwu. Czyżby jej za­im­po­no­wał?

- Co o niej wiesz? - spy­tał.

Bar­dzo ko­biece wzru­sze­nie ra­mion, ma­jące dać mu do zro­zu­mie­nia, że te­mat nie jest go­dzien spe­cjal­nego po­głę­bie­nia.

- Pod­opieczna pew­nego pro­du­centa fil­mo­wego. Ma w śro­do­wi­sku opi­nię pusz­czal­skiej, ale ta­kiej, która się umie usta­wić. Mówi się o niej, że może zajść wy­soko.

Pusz­czal­ska - od­biło mu się echem po gło­wie.

- Tak na­prawdę to chcia­łem cię spy­tać o tego fa­ceta - prze­wi­nął film, za­trzy­mu­jąc klatkę na sce­nie z przy­stanku au­to­bu­so­wego.

- Nie ko­ja­rzę.

- To dzien­ni­karz, ale chyba z ja­kiejś ga­zety - uści­ślił Ko­necki, przy­po­mi­na­jąc so­bie po­żół­kłe wy­cinki z teczki prze­ka­za­nej Sto­kroc­kiej. Co było w tych ze­tla­łych skraw­kach pa­pieru, że dała mu za nie sto zło­tych?

- Pi­sma­ków go­rzej ko­ja­rzę. Mam do czy­nie­nia ra­czej z te­le­wi­zo­rami.

Pi­smacy. Te­le­wi­zory - za­śmiał się w du­chu. - Już przy­swo­iła ten me­dialny slang.

- A mo­gła­byś tro­chę po­py­tać? Tak przy oka­zji. Może któ­ryś z dzien­ni­ka­rzy go so­bie przy­po­mni?

Ski­nęła głową.

Pusz­cza­jąc kadr ze swo­jego filmu na dru­karkę, po­czuł, jak Jolka za­rzuca mu od tyłu ręce na szyję. Po­woli się do niej od­wró­cił.

- Pani ko­mi­sarz, to bez­prawne uży­cie środ­ków przy­musu bez­po­śred­niego!

- Bądź ci­cho i rób, co ci każę, bo ina­czej przy­kuję cię do ka­lo­ry­fera! - wy­dy­szała mu pro­sto do ucha.

WCZE­ŚNIEJ

Ka­lisz. Ko­niec lipca 1992

Tra­cił na­dzieję. W let­nim upale snuł się ulicz­kami: Dwor­cową, Wro­cław­ską i ja­ki­miś tam jesz­cze wo­kół dworca ko­le­jo­wego w Ka­li­szu, za­cze­pia­jąc bez­dom­nych, tak­sia­rzy, bi­le­terki w ka­sach i kon­duk­to­rów. Prze­py­tał chło­pa­ków z naj­bliż­szego ko­mi­sa­riatu, a także nie­licz­nych śled­czych, któ­rzy chcieli z nim ga­dać w miej­skiej ko­men­dzie. Nic. Zero. Próż­nia.

Pod wzno­szącą się nad nim z god­no­ścią ko­lum­nadą dworca ury­wał się ślad. A prze­cież aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha za­słu­żył na to, żeby coś uchwy­cić.

Po pierw­sze, po­go­nił tech­ni­ków, żeby szybko usta­lili typ opon, któ­rych ślady po­zo­stały na chod­niku i tra­wie obok miej­sca po­rzu­ce­nia zwłok. Nie­miec­kie, pra­wie na pewno na­le­żące do "beczki", czyli oso­bo­wego mer­ce­desa W123. W ra­mach bo­nusu tra­fiło mu się też otar­cie la­kieru na pniu par­ko­wego drzewka, o które mor­derca przy­tarł błot­nik swo­jego auta. Ko­lor bu­tel­ko­wo­zie­lony.

Po dru­gie, z nie­ma­łym tru­dem usta­lił per­so­na­lia za­mor­do­wa­nej. Kry­styna Talko, lat pięt­na­ście. Wy­łu­skał ją z dzie­siąt­ków zgło­szeń za­gi­nięć na­sto­lat­ków, które - nor­mal­nie, jak to w wa­ka­cje - za­le­wały ko­mendy, ko­mi­sa­riaty i po­ste­runki po­li­cji jak kraj długi i sze­roki. Ła­two nie było. Nie ist­niała prze­cież ogól­no­pol­ska baza da­nych na te­mat za­gi­nięć. Dzwo­nił więc i fak­so­wał po wszyst­kich ko­men­dach re­jo­no­wych po­li­cji, za­ta­cza­jąc co­raz szer­sze kręgi wo­kół War­szawy. Po ty­go­dniu ta­kiej ro­boty, w któ­rej nie po­ma­gał mu nikt (bo Chałka, któ­remu ktoś mu­siał szep­nąć, że Pa­łu­cha na­pi­sał na niego no­tatkę z do­no­sem, nie przy­dzie­lił mu na­wet po­ste­run­ko­wego), wresz­cie zna­lazł pa­su­jące zgło­sze­nie. W Zduń­skiej Woli. Za­gi­nię­cie córki zgło­sili ro­dzice.

We­zwał ich więc do War­szawy w celu roz­po­zna­nia zwłok. Przy­je­chali we czworo, z wy­stra­szo­nym kil­ku­let­nim brzdą­cem - ich młod­szą córką - oraz ja­kimś bla­dym i roz­trzę­sio­nym chło­pa­kiem o imie­niu Da­niel, któ­rego przed­sta­wili jako "przy­ja­ciela Krysi". Przy­ja­ciel? Pa­łu­cha od razu wziął go w ob­roty. Oka­zało się, że Kry­styna Talko i ów Da­niel byli parą od roku. Cho­dzili za rączki i do kina, a na­wet da­wali so­bie buzi-buzi. Zwy­kła, nudna jak flaki z ole­jem szcze­nięca mi­łość. Na­sto­la­tek co chwila po­pła­ki­wał i wa­lił czo­łem w sfa­ty­go­wany blat jego służ­bo­wego biurka. Śmierć Krysi kom­plet­nie go roz­wa­liła. Pa­łu­cha nie­chęt­nie wy­klu­czył go wstęp­nie z grona po­dej­rza­nych. Ten nad­wraż­liwy dzie­ciak na­prawdę był za­ła­many. Może na­wet bar­dziej niż ro­dzice de­na­tki - pro­ści, bo­go­bojni lu­dzie. W su­mie to jed­nak on w końcu pchnął śledz­two na nowe tory. Po­mię­dzy jed­nym a dru­gim chlip­nię­ciem chło­pak wy­stę­kał, że Kry­sia - wbrew jego sta­now­czym pro­te­stom - zwiała z domu i po­je­chała na Fe­sti­wal Mu­zyki Roc­ko­wej do Ja­ro­cina. Wy­znał też, że sam nie znosi ani roc­ko­wej, pun­ko­wej czy blu­eso­wej mu­zyki, ani tłu­mów spo­co­nych im­pre­zo­wi­czów tań­czą­cych pogo. Woli Ni­rvanę, Re­pu­blikę i Co­hena. Ale w osta­tecz­no­ści zde­cy­do­wał się z nią po­je­chać. Kryśka jed­nak wy­śmiała ten po­mysł. Ura­żony, po­zo­stał w domu.

A więc Ja­ro­cin. Pa­łu­cha wy­bła­gał u na­czel­nika Chałki służ­bowy sa­mo­chód i de­pu­tat na pa­liwo, a po­tem wy­dzwo­nił jed­nostki w Sie­ra­dzu, Ka­li­szu i Ja­ro­ci­nie. Aspi­rant z War­szawy do­bi­ja­jący się do szefa ko­mendy mia­sta. Śmieszne. Spusz­czali go co­raz ni­żej, aż w końcu udało mu się po­roz­ma­wiać z za­stęp­cami sze­fów pre­wen­cji, któ­rzy obie­cali mu "da­leko idącą po­moc na miarę skrom­nych moż­li­wo­ści ka­dro­wych". Czyli nic. Sam mu­siał ob­le­cieć dworce au­to­bu­sowe i ko­le­jowe ze zdję­ciem ze szkol­nej le­gi­ty­ma­cji Kry­styny Talko. Straszna ro­bota. Być może na­wet by ją so­bie od­pu­ścił, gdyby nie wi­zja awansu i wy­rwa­nia się z dziel­ni­co­wego graj­dołka. No i pro­szę! Wczo­raj jego trud zo­stał w końcu na­gro­dzony. Jedna z ka­sje­rek roz­po­znała dzie­wu­chę. Kry­styna Talko dzie­więć dni temu ku­piła w Sie­ra­dzu bi­let do Ka­li­sza.

Otarł pot zbie­ra­jący mu się pod koł­nie­rzy­kiem ko­szuli. Z kra­wata zre­zy­gno­wał jesz­cze rano, ma­ry­narkę prze­wie­sił przez ra­mię pół go­dziny temu. Upał na­ra­stał. Co za lato! Strach po­my­śleć, co bę­dzie, je­śli ta su­sza i tro­pik po­trwają dłu­żej.

Wstą­pił do wa­rzyw­niaka przy Dwor­co­wej i spy­tał o oran­żadę. Oran­żady nie mieli, ale sprze­daw­czyni po­le­ciła mu no­wość - nie­miecki na­pój ga­zo­wany w pla­sti­ko­wej bu­telce. Wy­pił dusz­kiem, słu­cha­jąc trzesz­czą­cego na sto­isku ra­dia, w któ­rym spi­ker in­for­mo­wał o po­wo­ła­niu rządu Hanny Su­choc­kiej.

Jesz­cze tro­chę, a do po­li­cji też za­czną przyj­mo­wać baby - po­my­ślał, czu­jąc, jak po gar­dle i ję­zyku roz­lewa mu się nie­przy­jemny, che­miczny smak.

- Pan przy­jezdny? - za­ga­iła sprze­daw­czyni.

Przy­tak­nął, roz­ko­szu­jąc się stru­mie­niem po­wie­trza z usta­wio­nego na wi­śniach wia­traczka. Nie chciało mu się wy­cho­dzić na ten upał. Po co? I tak nikt nie ko­ja­rzył tu­taj tej Kry­styny. Nie ku­po­wała bi­letu ani w ko­le­jo­wej, ani w au­to­bu­so­wej ka­sie. Nikt nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby krę­ciła się po pe­ro­nie czy pod dwor­cem.

Zmę­czo­nym ru­chem pod­su­nął sprze­daw­czyni pod oczy zdję­cie na­sto­latki.

- Je­stem z po­li­cji - wy­chry­piał. - Może ją pani wi­działa tu­taj w ciągu ostat­nich ośmiu, dzie­wię­ciu dni?

Eks­pe­dientka z na­bożną nie­mal czcią po­chy­liła się nad fo­to­gra­fią.

- Jaka młoda... - wes­tchnęła. - I ładna. Nie żyje, prawda?

- Skąd pani wie?

- Ina­czej po­li­cja nie szu­ka­łaby jej w taki upał.

Dziwne ro­zu­mo­wa­nie, ale trafne.

- Nie­stety, nie wi­dzia­łam jej. A py­tał pan w ka­sach?

Na­wet nie chciało mu się od­po­wia­dać. Wy­szedł na roz­pa­lony sło­necz­nym ża­rem pla­cyk przed dwor­cem, za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej. Pod ko­lum­nami przy wej­ściu, w cie­niu, chro­nili się bez­do­mni. Szybko otak­so­wał ich wzro­kiem. Z tym sta­rym, ob­da­rzo­nym pa­triar­chalną brodą, już roz­ma­wiał. O ile można na­zwać roz­mową wy­mianę mo­no­sy­lab. Z tym dru­gim, wy­ta­tu­owa­nym, też. Aha, po­ja­wił się jesz­cze ja­kiś chło­pak. Ob­dar­tus w dżin­so­wej kurtce z na­ma­lo­waną na ple­cach pa­cyfą i klap­nię­tym iro­ke­zem na wło­sach. Aspi­rant Pa­łu­cha pod­szedł do niego cięż­kim kro­kiem.

- Ko­ja­rzysz tę dziew­czynę?

Chło­pak, na oko naj­wy­żej dwu­dzie­sto­letni, ob­da­rzył go nie­chęt­nym spoj­rze­niem.

- Fajna dupa. Masz jej te­le­fon?

Był od Nor­berta do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­szy, więc aspi­rant mu­siał się wspiąć na palce, żeby spoj­rzeć mu pro­sto w oczy. Po­zo­stali me­nele za­chi­cho­tali.

- Je­stem z po­li­cji, błaź­nie - wy­ce­dził, ma­cha­jąc mu le­gi­ty­ma­cją przed no­sem. - Do­ku­menty!

Chło­pak po­słusz­nie wy­cią­gnął z kie­szeni po­miętą zie­loną ksią­żeczkę. A więc do­brze go oce­nił. Mło­kos był już peł­no­letni.

- Ce­glar­czyk Ja­nusz - prze­czy­tał Pa­łu­cha w jego do­wo­dzie oso­bi­stym. - Za­miesz­kały w War­sza­wie. Co cię spro­wa­dza do Ka­li­sza?

- A co? Chyba wolno po­dró­żo­wać po kraju? Ko­muna upa­dła, co nie? Wol­ność mamy.

Nie chciał znowu stru­gać przed nim ko­gu­cika. Było na to za duszno.

- Od­po­wia­daj na py­ta­nia albo cię wrzucę na do­łek - od­parł bez prze­ko­na­nia, bo wie­dział prze­cież, że ko­le­dzy z ka­li­skiej ko­mendy się uśmieją, je­śli war­sza­wiak przy­pro­wa­dzi im za­trzy­ma­nego.

- Wra­cam z Ja­ro­cina! - Chło­pak nieco spu­ścił z tonu. - A tej la­luni ze zdję­cia nie ko­ja­rzę. Przy­się­gam.

- Po­każ bi­let.

- Nie mam forsy na po­ciąg! Wszystko wy­da­łem na browca i skręty! - Usi­ło­wał się za­śmiać, ale słabo mu wy­szło.

- Co w ta­kim ra­zie ro­bisz pod dwor­cem?

- Pro­szę prze­chod­niów o parę gro­szy.

Za­pa­dło krót­kie mil­cze­nie. Ko­lejne nie­po­wo­dze­nie. Na­stępny nie­do­szły świa­dek. Chyba już czas się zwi­jać do War­szawy.

- Ale lu­dzie nic nie dają! - Mło­kos naj­wy­raź­niej zmie­nił front i te­raz po­sta­no­wił za­ga­dać gli­nia­rza. - Będę mu­siał da­lej je­chać do do­mciu au­to­sto­pem.

Au­to­stop - w ugo­to­wa­nym umy­śle Nor­berta Pa­łu­chy po­ru­szyła się ja­kaś za­padka. - Au­to­stop, no ja­sne!

***

Na ulicy Ja­snej Pa­łu­cha wy­siadł spo­cony jak mysz z roz­pa­lo­nej ka­biny po­lo­neza. Na szczę­ście od rzeki Pro­sny i roz­cią­ga­ją­cego się na jej dru­gim brzegu parku tchnęło nieco chłod­niej­szym po­wie­wem. Si­ląc się na zde­cy­do­wany krok, wszedł do ko­mendy, mach­nął po­li­cyjną bla­chą czer­wo­nemu jak pi­wo­nia ofi­ce­rowi dy­żur­nemu i ru­szył do ga­bi­netu ko­men­danta. Udało się. Z pro­te­stu­jącą pi­skli­wie se­kre­tarką na ple­cach otwo­rzył drzwi. Ude­rzył go kwa­śny odór dymu z pa­pie­ro­sów i ulotna woń ko­niaku.

- Kim pan jest? - spy­tał ostro zwa­li­sty wą­sacz w nie­bie­skim mun­du­rze, sie­dzący za biur­kiem.

- Aspi­rant Pa­łu­cha Nor­bert, sek­cja za­bójstw Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Re­jo­no­wej War­szawa-Śród­mie­ście! - wy­re­cy­to­wał w po­sta­wie za­sad­ni­czej.

- A... tak. Sły­sza­łem o was. - Ko­men­dant mach­nął ręką. - Co po­trzeba?

Se­kre­tarka wresz­cie dała za wy­graną.

W krót­kich, żoł­nier­skich sło­wach i po­sta­wie na bacz­ność Nor­bert wy­po­wie­dział swoją prośbę. Szef ka­li­skich po­li­cjan­tów nie był za­do­wo­lony.

- Kupa pa­pier­ko­wej ro­boty, a efekt nie­pewny - sap­nął. - Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, opie­ramy się tylko na pań­skich luź­nych przy­pusz­cze­niach?

Nor­bert stał da­lej przed jego biur­kiem wy­prę­żony jak struna.

- No do­brze - po­wie­dział w końcu zre­zy­gno­wany ko­men­dant. - Ale nie wcze­śniej niż za ty­dzień. Czy może ra­czej za dwa - do­dał po­spiesz­nie. - Sami wie­cie, se­zon urlo­powy.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. So­bota

Pierw­szy raz w ży­ciu był na pla­nie filmu. Ro­bo­czy ty­tuł: Śmier­telna roz­kosz. Ja­kaś sen­sa­cja czy coś. Nie­ważne. Wpro­wa­dził go Zby­szek, zna­jomy z od­le­głych cza­sów, kiedy Ko­necki tre­no­wał jesz­cze boks w klu­bie Le­gii. To były lata dzie­więć­dzie­siąte i Bar­tek nie wie­dział wów­czas, że zo­sta­nie gliną. A tym bar­dziej, że go z tej gli­niarni wy­rzucą.

- Te­raz uwa­żaj! - W no­stal­giczne wspo­mnie­nia wdarł się głos sta­rego druha.

Zby­szek, nie­wy­soki, drobny, ale sprę­ży­sty jak re­sor fa­cet z po­ła­ma­nym no­sem - jak to się w bok­ser­skim światku o ta­kich mó­wiło: waga lekko pół­śmieszna - wska­zał mu strze­li­stą ro­gatkę mo­stu Po­nia­tow­skiego, pod którą krę­ciła się ekipa fil­mowa.

- Za­raz bę­dzie ska­kał.

Bar­tek po­dą­żył wzro­kiem za jego sę­katą ręką i spoj­rzał na fa­ceta sto­ją­cego przy ba­lu­stra­dzie.

- Cie­kawe, czy Ję­drek dziś znów bę­dzie miał pe­cha. - Zby­szek za­nu­rzył się w roz­wa­ża­niach.

Ko­necki za­dzwo­nił do niego wczo­raj wie­czo­rem, wła­ści­wie w nocy, kiedy w klu­bie En­klawa pod­słu­chał, jak Sto­kroc­ka spła­wia ja­kie­goś na­pa­lo­nego go­ścia, mó­wiąc, że ju­tro od rana ma zdję­cia. Zby­szek, ka­ska­der i we­te­ran ta­kich pro­duk­cji jak Bi­twa War­szaw­ska czy hin­du­ski Sha­an­daar krę­cony czę­ściowo w Pol­sce, od razu sko­ja­rzył, co i jak. I choć sam w tej aku­rat pro­duk­cji nie brał udziału, przy dru­giej flaszce obie­cał wpro­wa­dzić Bartka na plan.

- Pe­cha? Ja­kiego pe­cha? - Ko­necki ma­chi­nal­nie od­po­wie­dział py­ta­niem.

Aku­rat za­uwa­żył Sto­krocką. Wy­szła z Warsu, czyli wozu z ka­te­rin­giem, po­pi­ja­jąc kawę z pa­pie­ro­wego ku­beczka. Nie miała ma­ki­jażu, włosy zwią­zała w zwy­czajny ku­cyk, dre­sowe spodnie spryt­nie skry­wały jej ko­biece kształty.

- No, pe­cha - na­wi­jał Zbi­gniew. - Bo wi­dzisz, Ję­drek to spe­cja­li­sta od sko­ków z du­żych wy­so­ko­ści. Ja, na ten przy­kład, głów­nie spa­dam ze scho­dów albo prze­la­tuję przez szyby. Pro­sta ro­bota, jak coś nie wyj­dzie, ła­two po­wtó­rzyć. Ale on to co in­nego. Nie­ła­two zro­bić re­play ze skoku z szes­na­stu me­trów, no nie?

Bar­tek po­ki­wał głową. Do Ame­lii Sto­kroc­kiej po­de­szły ja­kieś dwie roz­chi­cho­tane ak­to­reczki, ob­jęły ją ko­lejno i cmok­nęły w po­li­czek. Za­mie­niły kilka słów, jesz­cze je­den uścisk i po­szły do Warsu. Już były w drzwiach, kiedy jedna z nich od­wró­ciła się i z pa­skud­nym wy­ra­zem ślicz­nej buzi po­ka­zała faka ple­com Sto­kroc­kiej.

- Gra­łem z Ję­dr­kiem w Sha­an­da­arze - nie­zmor­do­wa­nie pa­plał Zby­szek. - Ja, jak zwy­kle, do­sta­wa­łem na szczy­cie scho­dów w mordę, on spa­dał. Z po­nad dwu­dzie­stu me­trów, ku­masz? To jak siódme pię­tro!

Ko­necki po­czuł się w obo­wiązku wy­dać krót­kie, wy­ra­ża­jące po­dziw gwizd­nię­cie. Do Ame­lii pod­szedł ja­kiś fa­cet, chyba re­ży­ser, i bez ce­re­gieli za­czął ją opie­przać. Trwało to z pół mi­nuty, po czym dziew­czyna w mil­cze­niu wy­lała mu na buty kawę, od­wró­ciła się i po­szła do sa­mo­chodu bę­dą­cego gar­de­robą.

- Przy ta­kim skoku le­cisz na stra­żacki sko­ko­chron, czyli taki, wiesz, na­dmu­chi­wany ma­te­rac, na któ­rym dla bez­pie­czeń­stwa stoją jesz­cze kar­tony. - Zby­szek ni­gdy się nie mę­czył. - No i Ję­drek zro­bił swoje. Po­le­ciał, ob­ró­cił się w po­wie­trzu, wal­nął ple­rami w kar­tony. Na­dą­żasz?

Bar­tek po­ki­wał głową, nie spusz­cza­jąc z oczu drzwi do gar­de­ro­bia­nego kam­pera.

- Tyle że jak wal­nął i wpadł w te tek­tu­rowe pu­dła, tak znik­nął. Nie ma chłopa. Nie wy­cho­dzi.

Zby­szek za­wie­sił głos, wy­raź­nie spo­dzie­wa­jąc się ze strony Bartka ja­kie­goś uszcze­gó­ła­wia­ją­cego py­ta­nia. Nie do­cze­kał się, więc cią­gnął da­lej:

- W końcu ja­kiś ruch, jęki, stę­ka­nie. Z tek­tury wy­grze­buje się Ję­drek. Na czwo­raka pod­pełza do ma­no­me­tru przy sko­ko­chro­nie, chwilę wpa­truje się we wskaź­nik, a po­tem z ry­kiem rzuca się bić tech­nicz­nego! A fa­cet umie się bić. To były za­wod­nik ta­ekwondo i w ogóle freak na punk­cie wschod­nich sztuk walki. Że­byś wi­dział, jaki miecz sa­mu­raj­ski trzyma u sie­bie w domu!

Kum­pel z bok­ser­skiej sali za­szcze­kał do­no­śnym śmie­chem, któ­rego Ko­necki nie pod­chwy­cił.

- Bo wi­dzisz - do­dał Zby­szek, krztu­sząc się z ra­do­ści - na ma­no­me­trze za­miast prze­pi­so­wego ci­śnie­nia pół bara było... aż pół­tora. Tech­niczny za bar­dzo na­pom­po­wał i sko­ko­chron był twardy jak de­ska!

Tym ra­zem Bar­tek zmu­sił się do śmie­chu. Ni­jak wpraw­dzie nie mógł zro­zu­mieć, co jest za­baw­nego w tym, że ktoś prze­le­ciał sie­dem pię­ter i ude­rzył w zbyt twardy ma­te­rac, ale wo­lał nie pro­sić o wy­ja­śnie­nia. Chciał mieć tę opo­wieść za sobą.

Na­dal wpa­try­wał się w drzwi gar­de­roby.

Co ja tu­taj ro­bię? - po­my­ślał.

Ziąb jak cho­lera, do­dat­kowo jesz­cze cią­gnęło wil­go­cią od Wi­sły. Prze­siąk­nięta mżawką plaża, a na niej kilka pół­cię­ża­ró­wek. Trudno so­bie wy­obra­zić, żeby w ta­kich wa­run­kach mógł przy­ła­pać tę gwiazdkę na ja­kimś ro­man­sie.

Nie mógł się jed­nak po­wstrzy­mać. Coś w tej ko­bie­cie go przy­cią­gało. Ow­szem, była atrak­cyjna. Wy­soka, dość szczu­pła, ob­da­rzona ni­skim, lekko za­chryp­nię­tym gło­sem i har­dym spoj­rze­niem ko­cich oczu. Ale nie to go krę­ciło. Przy­naj­mniej taką miał na­dzieję. Wy­czu­wał wo­kół niej aurę. Taki szcze­gólny ro­dzaj fa­ta­li­zmu, który to­wa­rzy­szy ko­bie­tom przy­cią­ga­ją­cym kło­poty. Nie za­mie­rzał się w nie pa­ko­wać, ale cie­ka­wiło go, ja­kie jest ich źró­dło. Były gli­niarz o po­wierz­chow­no­ści ban­dyty, zra­mo­lały dzien­ni­karz wrę­cza­jący wy­cinki ga­zety i obie­cu­jący ko­goś dla niej od­szu­kać, ta­jem­ni­czy ko­chaś roz­ta­cza­jący nad nią swe opie­kuń­cze skrzy­dła... No i on, pry­watny de­tek­tyw. W jej or­bi­cie krą­żyli krań­cowo różni męż­czyźni. Co ich łą­czyło?

Pod­sko­czył, kiedy przez skrze­czący gło­śnik do­bie­gło go: "Ci­sza na pla­nie".

Ro­zej­rzał się zdez­o­rien­to­wany. Ka­ska­der stał już na ba­lu­stra­dzie mo­stu, za nim z pi­sto­le­tem w dło­niach czaił się roz­kra­czony po­li­cjant. Obok fa­cet z ka­merą. Druga ka­mera, usta­wiona na kil­ku­me­tro­wym to­rze, stała w dole, na plaży. Sie­dzący na krze­sełku ope­ra­tor ce­lo­wał nią w Ję­drka. Na fa­lach Wi­sły ko­ły­sała się mo­to­rówka z ra­tow­ni­kiem w nur­ko­wym ska­fan­drze. Ale to nie wszystko. Za dol­nym ka­me­rzy­stą stali ukła­dacz ka­bli, elek­tryk i oświe­tle­nio­wiec. Do tego re­ży­ser, jego asy­stent, jesz­cze paru tech­nicz­nych, za­stęp­czyni gar­de­ro­bia­nej, ka­te­rin­go­wiec, ochro­niarz, kil­koro ak­to­rów, ja­cyś lu­dzie z krót­ko­fa­lów­kami. Da­lej par­ko­wał ra­dio­wóz, ka­retka po­go­to­wia i agre­gat prą­do­twór­czy. Ina­czej mó­wiąc - tłu­mek lu­dzi, masa sprzętu, plaża roz­jeż­dżona sa­mo­cho­dami. Ale to do­brze. W ta­kim roz­gar­dia­szu ła­two się zgu­bić, a Ko­necki czuł, że wciąż nie po­wi­nien po­zwo­lić Sto­kroc­kiej, by go za­uwa­żyła.

- Dzie­sięć ty­sięcy - wy­szep­tał z na­boż­nym sza­cun­kiem Zby­szek.

Bar­tek zer­k­nął na niego, nie ro­zu­mie­jąc.

- Tyle Ję­drek do­sta­nie za ten skok.

Dzie­sięć ty­sięcy - po­wtó­rzył w my­śli.

On też miał tyle do­stać. I nic nie ry­zy­ko­wał.

Syl­we­tka na ba­lu­stra­dzie ru­nęła z im­pe­tem. Przez chwilę zda­wała się uno­sić w po­wie­trzu - most był na­prawdę wy­soki - ale za­raz za­ma­chała roz­pacz­li­wie no­gami i rąb­nęła w wodę. Do­no­śny plusk sły­chać było na­wet tam, gdzie stali ze Zby­chem.

Se­kundę póź­niej z zim­nych od­mę­tów rzeki wy­ło­niła się głowa Ję­drka, nu­rek na mo­to­rówce po­zdro­wił go ręką, z brzegu do­bie­gły rzad­kie brawa. Za­raz jed­nak uci­chły.

- Co ty mó­wisz? Że jak? Chyba żar­tu­jesz? - darł się re­ży­ser sto­jący nad ope­ra­to­rem dol­nej ka­mery.

Na plaży za­pa­no­wało nie­zno­śne na­pię­cie. Ktoś szep­tał ner­wowo do krót­ko­fa­lówki, ktoś inny trzy­mał się za głowę, re­ży­ser do­no­śnie klął. Ję­drek, zmar­z­nięty i obo­jętny na te prze­jawy ludz­kiej sła­bo­ści, z god­no­ścią ru­szył do Warsu. Lekko uty­kał na prawą nogę.

- Za­cze­kaj, Ję­druś! - Re­ży­ser za­stą­pił mu drogę.

Ka­ska­der po­pa­trzył na niego w mil­cze­niu.

- Bo wi­dzisz... - Naj­waż­niej­szy czło­wiek na pla­nie ja­koś nie miał od­wagi ubrać my­śli w słowa. - Ten idiota... - Wska­zał na ope­ra­tora. - Nie zdą­żył na­krę­cić two­jego skoku.

Zgro­ma­dzeni pod mo­stem lu­dzie za­marli w trwoż­nym wy­cze­ki­wa­niu. Na­wet gar­de­ro­biana wy­sta­wiła głowę zza drzwi sa­mo­chodu. Ame­lii Skroc­kiej jed­nak na­dal nie było wi­dać.

- Bę­dziesz mu­siał... Prze­pra­szam, stary. Ale bę­dziesz mu­siał ten skok po­wtó­rzyć.

Przej­mu­jący do ko­ści, li­sto­pa­dowy wie­trzyk po­ru­szył zmo­czo­nymi wło­sami Ję­drka. Ni­sko sto­jące słońce prze­sło­niła chmura, za­ta­pia­jąc plażę w oło­wia­nej sza­ro­ści.

- Mó­wi­łem, że on ma pe­cha - wy­szep­tał Zby­nio.

Ję­drek jed­nak nie wy­da­wał się po­ru­szony tą hio­bową wie­ścią. Szyb­kim ru­chem po­tarł nos kciu­kiem, a po­tem po­ru­szył głową w lewo i prawo. Do­no­śnie chrup­nęło mu w karku.

- Wiesz co? - za­pro­po­no­wał z uśmie­chem. - To może te­raz niech ope­ra­tor sko­czy, a ja będę fil­mo­wał.

I po­kuś­ty­kał da­lej w kie­runku przy­jaź­nie otwar­tych drzwi Warsu.

***

Sie­dział na wy­so­kim stołku przy ba­lu­stra­dzie an­tre­soli klubu En­klawa, po­pi­ja­jąc cie­płą her­batę. Wciąż jesz­cze nie mógł się roz­grzać po ca­łym dniu spę­dzo­nym nad Wi­słą, a po­tem pod blo­kiem Sto­kroc­kiej. Ja­kieś dziew­czyny sto­jące obok po­ka­zy­wały go so­bie pal­cem, chi­cho­cząc, fio­le­towe świa­tła bły­ska­jące na kwa­dra­to­wych ko­lum­nach wo­kół par­kietu biły po oczach fe­erią barw. Gdzieś tam, w dole, sza­lała Ame­lia. Wy­szła z domu go­dzinę temu ubrana w kur­teczkę, lśniące mini i buty na nie­bo­tycz­nym ob­ca­sie. Wsia­dła do tak­sówki i za­je­chała znów na Ma­zo­wiecką. Wczo­raj, dzi­siaj - En­klawa. Wy­glą­dało na to, że to jej ulu­biony klub.

Nie czuł się tu­taj do­brze. Roz­świe­tlone i ob­le­gane przez ba­lan­go­wi­czów barki przy­zy­wały go do sie­bie. Roz­grzany fe­ro­mo­nami tłum mę­czył. Kie­dyś pił i pa­lił za dużo. I włó­czył się po po­dob­nych do tej knaj­pach. By­łoby nad­uży­ciem po­wie­dzieć, że wła­śnie taki tryb ży­cia do­pro­wa­dził do ro­dzin­nej tra­ge­dii i roz­padu jego mał­żeń­stwa, te­raz jed­nak, kiedy na­resz­cie pod­niósł się z za­ła­ma­nia ner­wo­wego, nie chciał do tego wra­cać. Sam już nie wie­dział, czy abs­ty­nen­cja al­ko­ho­lowo-ni­ko­ty­nowa (na spo­tka­nie ze Zbysz­kiem udzie­lił so­bie dys­pensy) była gło­sem roz­sądku czy ra­czej karą, jaką so­bie za­da­wał z po­wodu tłu­mio­nych wy­rzu­tów su­mie­nia.

Cie­kawe, co robi Jolka? - ode­rwał my­śli od uwie­ra­ją­cych jak szkło w bu­cie wspo­mnień i skie­ro­wał je na bie­żące sprawy. Pod wpły­wem tkli­wo­ści, która ogar­nęła go na myśl o jej zie­lo­nych oczach, się­gnął po te­le­fon i na­pi­sał ese­mesa.

"Tę­sk­nię za tobą. Co po­ra­biasz?".

Jolka. Ich zwią­zek zro­dził się z wro­go­ści, która wy­ni­kała z wza­jem­nego nie­zro­zu­mie­nia. Na po­czątku roku ra­zem pra­co­wali nad sprawą se­rii mor­derstw, które wy­da­wały się dzie­łem okrut­nego sza­leńca, a oka­zały... Z tru­dem wy­rzu­cił z głowy wspo­mnie­nie po­żół­kłego no­tesu, który spo­czy­wał te­raz w skrytce pod pod­łogą jego miesz­ka­nia na Gi­bal­skiego. Nie, nie o tym chciał te­raz my­śleć. Je­dyna wów­czas ko­bieta w eli­tar­nym Wy­dziale Ter­roru Kry­mi­nal­nego mu­siała zo­stać ranna, pra­wie zgi­nąć, aby Ko­necki ze zdzi­wie­niem od­krył, że jest mu bli­ska. A po­tem trzeba było zwol­nie­nia z po­li­cji, żeby od­wa­żył się jej do tego przy­znać. Ni­gdy nie był do­bry w wy­ra­ża­niu uczuć...

To, co ich łą­czyło - na­wet seks - było spo­kojne, nie­spieszne, cie­płe. Wła­śnie - cie­płe. Nie go­rące. Ale co w tym złego? Roz­bie­rał ją po­woli, ca­ło­wał de­li­kat­nie, co­fał się od razu, gdy tylko wy­czuł, że nie jest jesz­cze go­towa na na­stępny krok. I przed, i po, a także w trak­cie - żar­to­wali, uśmie­chali się do sie­bie, trzy­mali za ręce.

Tro­chę jak brat i sio­stra - przy­szło mu do głowy.

Te­le­fon za­wi­bro­wał.

"Je­stem na służ­bo­wej ko­la­cji, nie mogę te­raz roz­ma­wiać. Od­dzwo­nię".

Roz­cza­ro­wa­nie? Ukłu­cie za­zdro­ści? Nie był pe­wien swo­ich uczuć. Prze­mknęło mu przez głowę, żeby urwać się z ob­ser­wa­cji, a w dro­dze do domu nad­ło­żyć drogi i wstą­pić do biura po wciąż spo­czy­wa­jący w szu­fla­dzie al­prax. Tak, trzeba roz­go­nić te na­brzmie­wa­jące w nim po­kłady nie­po­koju, za­nim wy­lę­gną się z nich larwy de­mo­nów. Za dużo śmierci wi­dział w cza­sie ostat­niego roku. Zbyt wielu stra­cił bli­skich.

A Sto­krocka? Miał tylko dzien­ni­ka­rza. Ich spo­tka­nie wy­glą­dało na ukrad­kowe, ale nie była to randka ko­chan­ków. Chyba nie o to cho­dziło zle­ce­nio­dawcy... Cóż, na po­czą­tek lep­sze to niż nic. Ustali na­zwi­sko tego pi­smaka i złoży wstępny ra­port. Dla świę­tego spo­koju na­krę­cił jesz­cze pięk­nej Ame­lii fil­mik w tym mini i ob­ci­słym to­pie w pan­terkę. Wiła się skąpo ubrana na par­kie­cie, jak ko­bra za­hip­no­ty­zo­wana przez za­kli­na­cza węży. Fa­ceci po­że­rali ją wzro­kiem. Zdra­dza czy nie - jej fa­cet i tak ma się czym mar­twić.

Na chwilę zgu­bił ją w tłu­mie. Szybko prze­cze­sał wzro­kiem kłę­bo­wi­sko ciał po­ni­żej i w końcu do­strzegł ją prze­ci­ska­jącą się do wyj­ścia. Obej­mo­wał ją ja­kiś tro­glo­dyta w do­brze skro­jo­nym gar­ni­tu­rze i z pie­czo­ło­wi­cie wy­pie­lę­gno­wa­nym śla­dem za­ro­stu na wy­dat­nej szczęce. Oho! Zle­ce­nie chyba do­biega wła­śnie końca. Z jed­nej strony czuł się jak na­ło­gowy gracz w Lotto, ob­ser­wu­jący w te­le­wi­zo­rze, jak wy­pa­dają ko­lejne liczby z jego ku­ponu. Z dru­giej... jakby sam zo­stał zdra­dzony. Otrzą­snął się z tego i ru­szył tro­pem Ame­lii. Ona i ten fa­cet sta­nęli w ko­lejce do szatni, obej­mu­jąc się, jakby wal­czyli z mroź­nym po­dmu­chem, a on wy­szedł na dwór i za­siadł w swoim gol­fie, uru­cha­mia­jąc sil­nik.

Pusz­czal­ska - po­my­ślał, przy­go­to­wu­jąc apa­rat fo­to­gra­ficzny.

Pół go­dziny póź­niej wy­szli. Od razu strze­lił im kilka fo­tek. Ob­jęci, ale nic po­nadto. Za mało na koń­cowy ra­port. We­szli do tak­sówki, po­je­chali. Dał im pół mi­nuty i też ru­szył. Mu­siał być ostrożny, tak­sia­rze są nie­źli w do­strze­ga­niu ogona.

Za­je­chali aż na Ur­sy­nów, pod nie­wy­soki ciąg be­to­no­wych blo­ków przy ulicy Ro­soła. Wy­sie­dli, fa­cet za­pła­cił za kurs. Ko­necki za­trzy­mał wóz tro­chę zbyt bli­sko, ale wto­pił się w rząd za­par­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów.

Przez chwilę Sto­krocka zda­wała się wa­hać, tro­glo­dyta chyba ją prze­ko­ny­wał. Wresz­cie ob­jął ją jesz­cze moc­niej, po­ło­żył łap­sko na jej po­śladku i po­pchnął w kie­runku wej­ścia do bloku. Dziew­czyna jesz­cze przez chwilę sta­wiała opór, obej­rzała się (czy to moż­liwe, że po­pa­trzyła na sa­mo­chód Bartka?) i coś po­wie­działa pod­nie­sio­nym gło­sem.

Ko­necki zdzi­wił się, kiedy od­krył, że ma już uchy­lone drzwi i jedną nogę wy­sta­wioną na ze­wnątrz. Przed oczami znów mi­go­tała mu lśniąca biel, ciało było sprę­żone do skoku. Wtedy jed­nak Ame­lia wy­bu­chła na­gle gło­śnym śmie­chem, od­chy­la­jąc w tył głowę i po­zwa­la­jąc opaść na plecy tle­nio­nym wło­som. Na­stęp­nie od­wza­jem­niła uścisk, a na­wet klep­nęła tam­tego w ty­łek. Już bez naj­mniej­szego wa­ha­nia ru­szyła z nim w stronę bloku.

Bar­tek sie­dział w sa­mo­cho­dzie, po­woli uspo­ka­ja­jąc od­dech. Roz­ja­rzona biel bla­kła, na ulicę znów wpeł­zały cie­nie. Cały czas ob­ser­wo­wał jed­nak tam­tych. Trze­cia klatka, do­mo­fon. Fa­cet wbił PIN, za­brzę­czało, we­szli. Cóż, trzeba bę­dzie ju­tro spraw­dzić wszyst­kich miesz­kań­ców. Par­ter plus cztery pię­tra, po dwa miesz­ka­nia na każdy po­ziom... dzie­sięć na­zwisk. Jak wy­ty­po­wać to wła­ściwe? Sie­dział w sty­gną­cym au­cie i pa­trzył na okna. Pa­liło się na pierw­szym i na ostat­nim. Na­gle klik, za­pło­nęły szyby trze­ciego. A więc to tam. Do­bra ro­bota. Te­raz bę­dzie ła­twiej.

Bez­listne drzewa ko­ły­sały się w co­raz sil­niej­szym, je­sien­nym wie­trze, który przy­niósł krót­kie sma­gnię­cie lo­do­wa­tego szkwału. Był na ulicy sam. Je­dyny świa­dek triumfu zimna i ciem­no­ści.

Wła­śnie za­pa­lał sil­nik, żeby tro­chę się ogrzać, gdy do­stał ko­lejną wia­do­mość.

"Kiedy wra­casz? Mam już dla cie­bie na­zwi­sko tego dzien­ni­ka­rza".

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Sier­pień 1992

Że też mu­siało się to ryp­nąć aku­rat w nie­dzielę. Na­czel­nik Chałka nie od­bie­rał te­le­fonu, Wil­czyń­ski, który miał dy­żur, po­je­chał do ja­kie­goś "kra­wa­cia­rza", zna­czy wi­sielca-sa­mo­bójcy, Gó­recki miał wolne, Że­lazko znów na zwol­nie­niu le­kar­skim, a Wie­sio­łek sie­dział na działce pod Wo­ło­mi­nem. Cho­lerny pech!

Aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha po­dzię­ko­wał tak­sów­ka­rzowi - jed­nemu z kil­ku­na­stu cze­ka­ją­cych pod ho­te­lem Vic­to­ria na de­wi­zo­wych klien­tów - i wsiadł do służ­bo­wego po­lo­neza. Żar lał się z nieba mimo po­po­łu­dnio­wej pory, ka­bina pul­so­wała go­rą­cem. Dla uspo­ko­je­nia my­śli włą­czył ra­dio. Wia­do­mo­ści. Spi­ker in­for­mo­wał gro­bo­wym to­nem, że po­żar w Kuźni Ra­ci­bor­skiej w końcu udało się opa­no­wać. Spło­nęło dzie­więć ty­sięcy hek­ta­rów lasu, pięt­na­ście wo­zów ga­śni­czych, ale naj­gor­sze, że bu­rza ogniowa za­biła trzech stra­ża­ków. Sy­tu­acja nie była jed­nak do końca opa­no­wana, pod spo­pie­lo­nym la­sem wciąż tliły się po­kłady torfu, a dy­żurni me­te­oro­lo­dzy na­dal nie za­po­wia­dali ani kro­pli desz­czu.

- Mó­wi­łem, cho­lera, mó­wi­łem, że te upały się tak skoń­czą - za­klął, uświa­da­mia­jąc so­bie od razu, że wła­śnie ucieka od swo­jego praw­dzi­wego pro­blemu.

Co ro­bić? Je­chać tam sa­memu? A może le­piej na­ro­bić ra­banu? Rzu­cić w eter we­zwa­nie o po­moc i osa­czyć tam­tych w kil­ka­na­ście ra­dio­wo­zów? Tylko co bę­dzie, je­śli jego przy­pusz­cze­nia się nie po­twier­dzą? Pew­no­ści nie miał, a gdyby bez po­wodu po­sta­wił całe mia­sto na nogi, byłby skoń­czony. Chałka i Wil­czyń­ski by mu tego nie da­ro­wali, a on na długo mu­siałby za­po­mnieć o awan­sie.

- Spraw­dzę to sam - po­sta­no­wił, czu­jąc, jak mimo upału po ple­cach prze­bie­gają mu ciarki.

***

Wtedy, w lipcu, mi­nął ty­dzień i po­tem drugi, a wia­do­mość z Ka­li­sza (a także z Ja­ro­cina, do któ­rego za­dzwo­nił z iden­tyczną prośbą) nie nad­cho­dziła. Li­piec prze­szedł w sier­pień, a z góry, od sa­mego ko­men­danta albo i wy­żej, za­częły pły­nąć na­ci­ski, żeby już koń­czyć sprawę Kry­styny Talko. Tym­cza­sem Pa­łu­cha nic nie miał. Sek­cja zwłok wy­ka­zała wie­lo­krotny gwałt, po­bi­cie, ślady pę­ta­nia na reszt­kach nad­garst­ków i kost­kach nóg, otar­cia na po­de­szwach stóp, mo­gące świad­czyć, że przed śmier­cią de­na­tka bie­gła boso po twar­dym pod­łożu, w końcu po­zba­wie­nie ży­cia po­przez udu­sze­nie skó­rza­nym pa­skiem. Dło­nie ob­cięto jej już po śmierci. To wszystko. Nor­bert pró­bo­wał jesz­cze spraw­dzać wszyst­kich wła­ści­cieli mer­ce­de­sów "beczka" w ko­lo­rze bu­tel­ko­wo­zie­lo­nym w re­jo­nie War­szawy i oko­lic, ale dla jed­nego czło­wieka była to ro­bota po­nad siły. Na­czel­nik Chałka wciąż dą­sał się, że jego nie­lu­biany pod­ko­mendny cich­cem prze­jął pro­wa­dze­nie tej sprawy, i w naj­mniej­szym stop­niu mu nie po­ma­gał. Wil­czyń­ski oka­zy­wał jawną wro­gość.

Nic więc dziw­nego, że śledz­two sta­nęło w miej­scu. Ga­zety w końcu prze­stały się nim in­te­re­so­wać, fala upa­łów du­sząca kraj zdo­mi­no­wała me­dia. Pa­łu­cha pró­bo­wał, oczy­wi­ście, po­ga­niać chło­pa­ków z Ka­li­sza i Ja­ro­cina, ale tamci cią­gle mó­wili, że trzeba cze­kać. Wresz­cie prze­stał do nich wy­dzwa­niać.

Nor­bert sam nie wie­dział, dla­czego tego nie­dziel­nego po­ranka przy­szedł do pracy. Nie­wiele miał do ro­boty, wi­szący nad mia­stem żar roz­le­ni­wił na­wet wła­my­wa­czy i zło­dziei, o za­bój­cach nie wspo­mi­na­jąc. Wie­czo­rem był umó­wiony z Ba­sią Szre­der, je­dyną có­reczką An­drzeja Szre­dera, jed­nego z naj­bo­gat­szych Po­la­ków. Przy­szły teść po­cząt­kowo nie ak­cep­to­wał go­ło­dupca u boku swej la­to­ro­śli i po­dej­rze­wał - nie bez ra­cji, nie­stety - że absz­ty­fi­kant córki po­le­ciał bar­dziej na jego forsę i ko­nek­sje niż na dziew­czynę o nie­na­rzu­ca­ją­cej się uro­dzie. Kiedy jed­nak do­nie­siono mu, że Nor­ber­towi wszy­scy wróżą bły­ska­wiczną po­li­cyjną ka­rierę, zgo­dził się na za­rę­czyny.

To wie­czo­rem. A na ra­zie zro­bił so­bie kawę i w mil­cze­niu od­pro­wa­dził wzro­kiem Wil­czyń­skiego wy­jeż­dża­ją­cego do "kra­wa­cia­rza". Z nu­dów po­szedł po­ga­dać z dy­żur­nym Ma­cie­jem Bo­ro­wym. Na ta­kich wła­śnie le­ni­wych po­ga­dusz­kach upły­nęło mu przed­po­łu­dnie, kiedy na­gle Bo­rowy przy­po­mniał so­bie, że ma w szu­fla­dzie list po­le­cony z Wy­działu Ru­chu Dro­go­wego w Ka­li­szu.

- Za­adre­so­wany do cie­bie! - Dy­żurny bły­snął szel­mow­skim uśmie­chem, po­da­jąc Nor­ber­towi ko­pertę. - Po­my­śla­łem, że to man­dat z tej two­jej de­le­ga­cji sprzed mie­siąca, wrzu­ci­łem więc pod biurko i za­po­mnia­łem.

Aspi­ran­towi Nor­ber­towi Pa­łu­sze ugięły się ko­lana, kiedy prze­czy­tał treść prze­sła­nej no­tatki. Gło­siła, że dnia 6 lipca po­mię­dzy miej­sco­wo­ściami Pią­tek Mały a Sta­wi­szyn pa­trol dro­gówki za­trzy­mał do ru­ty­no­wej kon­troli bu­tel­ko­wo­zie­lo­nego mer­ce­desa W123 na war­szaw­skich ta­bli­cach, na­le­żą­cego do nie­ja­kiego Jacka Wa­si­lew­skiego, pra­cow­nika Al­ma­to­uru - jak wy­no­to­wano z pie­czątki w do­wo­dzie oso­bi­stym - za­miesz­ka­łego w War­sza­wie przy ulicy El­blą­skiej. Kie­rowcy, któ­remu to­wa­rzy­szył pa­sa­żer (nie zo­stał wy­le­gi­ty­mo­wany), udzie­lono po­ucze­nia, by za­cho­wy­wał bez­pieczną pręd­kość.

- Po­ucze­nie, aku­rat! - prych­nął ra­do­śnie Bo­rowy, za­glą­da­jący Nor­ber­towi przez ra­mię. - Cwa­niaki zmie­rzyli go su­szarką, jak prze­kro­czył pręd­kość, za­trzy­mali i wzięli w łapę. A żeby mieć pod­kładkę, gdyby ich ktoś pod­ka­blo­wał, od­no­to­wali to w dzien­nym ra­por­cie jako "ru­ty­nową kon­trolę".

Nor­bert już go nie słu­chał. Po­czuł, że się poci, a od na­tłoku my­śli za­czyna go bo­leć głowa. Coś ostat­nio co­raz czę­ściej do­ku­czał mu łeb.

A więc in­tu­icja go nie my­liła! Kry­sty­nie Talko w Ka­li­szu skoń­czyły się pie­nią­dze i w dal­szą po­dróż ru­szyła auto­sto­pem. Tak wpa­dła w si­dła Wa­si­lew­skiego. Oczy­wi­ście jego obec­ność w tam­tym re­jo­nie mo­gła być dzie­łem przy­padku, trzeba to spraw­dzić. W spra­wach kry­mi­nal­nych zbiegi oko­licz­no­ści jed­nak nie ist­nieją. Miał su­kin­syna!

Roz­pa­lony do bia­ło­ści po­biegł na górę i od razu za­dzwo­nił do żo­li­bor­skiej ko­mendy na Że­rom­skiego. Nie byli za­chwy­ceni, kiedy ich po­pro­sił o spraw­dze­nie akt Wa­si­lew­skiego. Po­szło im jed­nak szybko. Już pół go­dziny póź­niej od­dzwo­nili, że nie mają nic na de­li­kwenta. Fa­cet nie był na­wet ni­gdy no­to­wany.

Ślepy za­ułek. Trudno. Po chwili na­my­słu wy­ko­nał te­le­fon do sie­dziby Al­ma­to­uru. Był w za­sa­dzie pe­wien, że w nie­dzielne po­łu­dnie nikt nie pod­nie­sie tam słu­chawki, ale mu­siał czymś za­jąć ręce i głowę.

O dziwo, ode­brała ja­kaś dziew­czyna.

- Tak, pan Ja­cek u nas pra­cuje - po­twier­dziła. - A o co cho­dzi?

Skła­mał coś na te­mat od­na­le­zio­nych do­ku­men­tów i wy­cią­gnął z niej in­for­ma­cję, że Wa­si­lew­ski jest pi­lo­tem za­gra­nicz­nych wy­cie­czek.

- Spe­cja­li­zuje się w nie­miec­kich my­śli­wych - wy­ja­śniła pa­nienka, a kiedy mil­cze­nie w słu­chawce uświa­do­miło jej, że roz­mówca nie zro­zu­miał, do­dała: - Pi­lo­tuje wy­cieczki Niem­ców przy­jeż­dża­ją­cych do nas na po­lo­wa­nia. Jego klienci są za­wsze bar­dzo za­do­wo­leni.

My­śliwi. Po­lo­wa­nie. W jego gło­wie roz­dzwo­niły się dzwonki alar­mowe. Nie umiał tego jesz­cze po­skle­jać, wy­cią­gnąć wnio­sków, po­łą­czyć, ale czuł, że jest na wła­ści­wym tro­pie.

Kry­styna miała otar­cia na po­de­szwach stóp, mo­gące świad­czyć o tym, że bie­gła po twar­dym pod­łożu.

Ucieczka?

Przy­mil­nym gło­sem po­pro­sił dziew­czynę o spraw­dze­nie, czy w tej chwili Wa­si­lew­ski pro­wa­dzi ja­kąś grupę.

- Wła­śnie skoń­czył. W pią­tek.

- Gdzie jest te­raz?

- Nie mam zie­lo­nego po­ję­cia. Prze­cież jest week­end!

No tak. Week­end. Pa­łu­cha prze­szedł się na plac Kon­sty­tu­cji i zjadł obiad w jed­nej z wiet­nam­skich bu­dek. "Ku­cia­pek cie cie", czyli kur­czak w cie­ście. Bar­dzo do­bre.

Już koń­czył, kiedy przy­szło mu coś do głowy. Wró­cił na Wil­czą nie­mal bie­giem i wy­dzwo­nił Straż Gra­niczną. Pró­bo­wali go zby­wać, od­sy­łali na po­nie­dzia­łek, ale w końcu zgo­dzili się spraw­dzić to, o co pro­sił.

Tym ra­zem cze­kał na od­zew pół­to­rej go­dziny. Wil­czyń­ski już wró­cił i za­ma­szy­ście wa­lił w ma­szynę, przy­go­to­wu­jąc ra­port.

- Tak, była grupa Niem­ców, któ­rzy przy­je­chali do nas w ra­mach wy­cieczki Al­ma­to­uru - po­wie­dział ofi­cer ze Świe­bo­dzina. - Ich au­to­kar opu­ścił nasz kraj w pią­tek w nocy.

No ja­sne. Week­end. Do spo­tka­nia z Baśką wciąż było parę go­dzin, miał dość czasu, żeby pójść do domu, wziąć prysz­nic i prze­brać się do wyj­ścia na dys­ko­tekę, więc jesz­cze raz wy­krę­cił nu­mer do Al­ma­to­uru. Znów ode­brała ta sama dziew­czyna.

- Czy Wa­si­lew­ski pi­lo­to­wał wy­cieczkę my­śli­wych na po­czątku lipca?

- Tak, rze­czy­wi­ście. Ale co to ma wspól­nego z tymi od­na­le­zio­nymi do­ku­men­tami? - od­po­wie­działa le­ciutko za­nie­po­ko­jo­nym gło­sem.

Le­dwo się roz­łą­czył, gdy znów za­ter­ko­tał te­le­fon. Straż Gra­niczna. Ofi­cer przy­po­mniał so­bie, że miał jesz­cze o czymś po­wie­dzieć. Otóż nie­miecka wy­cieczka, ow­szem, wy­je­chała w pią­tek, ale nie cała.

- Czte­rech jej uczest­ni­ków na­dal prze­bywa na te­re­nie na­szego kraju. Po­daję na­zwi­ska.

Czte­rech my­śli­wych in­co­gnito. Wa­si­lew­ski nie­uchwytny z po­wodu week­endu.

Czy po­lo­wa­nie się za­koń­czyło?

Ko­lejny te­le­fon do Al­ma­to­uru.

- Z ja­kiego mia­sta wra­cała do Nie­miec w pią­tek wy­cieczka pi­lo­to­wana przez Wa­si­lew­skiego?

Mocno już wku­rzona dziew­czyna rzu­ciła krótko, że z War­szawy.

Okej. No to książka te­le­fo­niczna w dłoń i te­le­fony do ko­lej­nych sto­łecz­nych ho­teli. Po­lo­nia - nie mel­do­wali Niem­ców o ta­kich na­zwi­skach. Eu­ro­pej­ski - pu­dło. To może Mar­riott? Fo­rum? Nic, zero. A więc Vic­to­ria.

- Tak, mie­li­śmy ta­kich go­ści - przy­tak­nęła re­cep­cjo­nistka. - Re­zer­wa­cja skoń­czyła im się dzi­siaj w po­łu­dnie.

Już nie dzwonki, ale sy­gnały alar­mowe w gło­wie. I wciąż de­ner­wu­jące po­czu­cie, że choć in­tu­icja sza­leje, to ro­zum za nią nie na­dąża. Co z tego, że zo­stali dłu­żej? Może Wa­si­lew­ski na­wet nic o tym nie wie?

My­śliwi. Po­lo­wa­nie. Stopy zdarte do krwi od sza­leń­czego biegu.

- Nie wie pani, czy szy­ko­wali się do wy­jazdu z Pol­ski?

- Chyba tak, cho­ciaż...

Nie­mal za­strzygł uszami.

- Przy re­cep­cji coś roz­ma­wiali o ja­kiejś im­pre­zie...

- Im­pre­zie? - Te­le­pa­tycz­nie usi­ło­wał ją zmu­sić, żeby mó­wiła da­lej.

- Dziś wie­czo­rem, zdaje się. Ale się nie przy­słu­chi­wa­łam. Był z nimi taki je­den sym­pa­tyczny Po­lak...

Pa­łu­cha po­bił re­kord pręd­ko­ści na od­cinku Wil­cza-plac Pił­sud­skiego. W po­lo­ne­zie pra­wie za­go­to­wała się chłod­nica. Wbiegł do Vic­to­rii, wy­ma­chu­jąc bla­chą, i prze­stra­szył ja­kichś go­ści z USA.

- Nic wię­cej nie wiem, na­prawdę - tłu­ma­czyła się spło­szona re­cep­cjo­nistka.

- A ten Po­lak? Jak wy­glą­dał?

- Dość wy­soki, ra­czej kor­pu­lentny. Czarne, dłu­gie, choć prze­rze­dzone włosy i krótko przy­strzy­żona bródka. Pewny sie­bie, gło­śny. Jak to się mówi, jo­wialny.

- Wi­działa pani, czym od­je­chali spod ho­telu? Może mer­ce­de­sem ko­loru zie­lo­nego?

Wzru­szyła ra­mio­nami. Nie wi­działa.

Tak­sów­ka­rze. Każdy ho­tel - a także lot­ni­sko i Dwo­rzec Cen­tralny - ob­sta­wiała inna, her­me­tyczna grupa. Ro­bili kursy i choćby z końca mia­sta wra­cali na "swój" po­stój.

- Wiózł pan dzi­siaj czte­rech Niem­ców oraz Po­laka o czar­nych wło­sach i z bródką?

- Nie, a bo co? - To pierw­szy.

- Ja je­stem tu od go­dzinki, py­taj pan in­nych. - To drugi.

- A wie pan, że ja też z re­sortu? Dwa­dzie­ścia lat pracy w or­ga­nach, a po­tem kopa w dupę, bo nie prze­sze­dłem we­ry­fi­ka­cji. Co? Niemcy? Nie, nie wi­dzia­łem. - To trzeci.

Prze­py­tał pię­ciu, nie, sze­ściu, Bez re­zul­tatu. Za­czy­nał już tra­cić na­dzieję, kiedy tra­fił na gru­bego wą­sa­cza w for­dzie scor­pio.

- Wio­złem ta­kich. Dziwny kurs, na Ta­śmową.

- Ta­śmowa? - Nor­ber­towi kom­plet­nie nic to nie mó­wiło.

- W bok od Ma­ry­nar­skiej. Mo­ko­tów prze­my­słowy. Same warsz­taty, fa­bryki i ma­ga­zyny. W nie­dzielę na ulicy ży­wego du­cha.

- Gdzie kon­kret­nie wy­sie­dli?

- Kon­kret­nie to pod Pań­stwo­wymi Za­kła­dami Mię­snymi. Wielka fa­bryka, pa­nie ko­chany. Za ko­muny prze­ra­biali tam dzien­nie całe stada trzody i by­dła. A te­raz stoją pu­ste. W upa­dło­ści. I komu to prze­szka­dzało?

My­śliwi. Po­lo­wa­nie. Ob­cięte dło­nie. Opusz­czona rzeź­nia.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Po­nie­dzia­łek

Bi­blio­teka Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego za­wsze ro­biła na Ko­nec­kim wra­że­nie. Prze­strzeń, roz­mach, no­wo­cze­sność. Tym ra­zem nie po­dzi­wiał jed­nak ob­szer­nego holu, nie ze­zo­wał po­kąt­nie na tłumy roz­chi­cho­ta­nych stu­den­tek. Za­sta­na­wiał się, po ja­kie li­cho w ogóle tu przy­szedł.

Cze­sław Łyko. Tak się na­zy­wał ten stary dzien­ni­ka­rzyna, któ­rego wi­dział ze Sto­krocką. Ża­den tam wir­tuoz pióra czy Ca­ruso re­por­tażu. Ot, kny­pek, który przez więk­szość swo­jej ka­riery pra­co­wał w dziale miej­skim, a kon­kret­nie - za­nim nie za­czął pia­sto­wać funk­cji szefa - w kro­nice są­do­wej i kry­mi­nal­nej. Lu­dzie, któ­rym Jolka po­ka­zała jego zdję­cie, sko­ja­rzyli go tylko dla­tego, że był au­to­rem trzech ksią­żek do­ku­men­tal­nych, wy­da­nych na prze­ło­mie lat osiem­dzie­sią­tych i dzie­więć­dzie­sią­tych. War­szaw­ski pi­ta­wal ban­dycki, Macki ośmior­nicy oraz Sam na sam z Ło­mia­rzem to li­te­ra­tura ra­czej niż­szego lotu, ale w tam­tych cza­sach nie wy­da­wano jesz­cze stu ksią­żek dzien­nie i te trzy ja­koś prze­trwały w pa­mięci co star­szych pra­cow­ni­ków me­diów.

Bar­tek po­tarł w za­kło­po­ta­niu szorst­kie, po­kryte za­ro­stem po­liczki i prze­cią­gnął łapą po ły­si­nie, na któ­rej za­częły od­ra­stać iry­tu­jące, kę­dzie­rzawe ko­smyki blond.

Nie pa­kuj się w to - po­ra­dził po raz dzie­siąty tego ranka sam so­bie, po czym skie­ro­wał się ku scho­dom na pierw­sze pię­tro. Czy­tel­nia Cza­so­pism Bie­żą­cych i Mi­kro­form - oto jego dzi­siej­sza de­sty­na­cja. Za wiel­kimi oknami wiatr ba­wił się opa­dłymi li­śćmi, niebo przy­po­mi­nało plamę oleju wy­laną na stare prze­ście­ra­dło.

Tylko rzucę okiem.

Nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać. Przez pół nie­dzieli sie­dział w Go­ogle. Naj­pierw spraw­dzał re­dak­tora Cze­sława. Od po­łowy lat osiem­dzie­sią­tych do dzie­więć­dzie­sią­tego pierw­szego Łyko pra­co­wał w "Sztan­da­rze Mło­dych", po­tem na kilka lat za­ko­twi­czył w "Ży­ciu War­szawy". Jak da­lej to­czyła się jego ka­riera, nie było istotne, bo wy­cinki z teczki prze­ka­zane Sto­kroc­kiej wy­glą­dały na bar­dzo stare. Aby się im przyj­rzeć, Ko­necki zro­bił mak­sy­malne po­więk­sze­nie ob­razu. Ka­merka w oku­la­rach OTP, choć mała, miała dwa me­ga­pik­sele, nie­źle więc trzy­mała ostrość. Ty­tułu ga­zety jed­nak nie wy­pa­trzył. Znów za­tem zaj­rzał do Go­ogle i wy­świe­tlił so­bie ar­chi­walne strony ty­tu­łowe obu cza­so­pism. W su­mie po­do­bna czcionka, zdję­cia i tu, i tu czarno-białe. Trudno od­róż­nić. Po go­dzi­nie wy­trzesz­cza­nia oczu i kon­sul­ta­cji z Boń­czak w końcu jed­nak uznał, że w teczce le­żały ścinki "Ży­cia War­szawy".

Pod­szedł do sze­ro­kiej lady, która sko­ja­rzyła mu się w ja­kiś nie­ja­sny spo­sób z wczo­raj­szym bar­kiem w En­kla­wie, i po­pro­sił o wszyst­kie rocz­niki ga­zety od roku 1992 do 1995. Bi­blio­te­karka spoj­rzała na niego ze współ­czu­ciem i wska­zała mu wolną prze­glą­darkę. Usiadł i cze­kał na mi­kro­filmy.

I znowu opa­dło go zwąt­pie­nie. Po co w to brnąć? Miał już ma­te­riał na Sto­krocką. Od tro­glo­dyty wy­szła do­piero koło szó­stej rano i ła­two zgad­nąć, co tam ro­biła. Co wię­cej, miał już na­zwi­sko jej ogiera. Tego po­ranka wy­ko­nał te­le­fon do Urzędu Dziel­nicy Mo­ko­tów, gdzie pewna za­przy­jaź­niona urzęd­niczka wciąż jesz­cze my­ślała, że jest po­li­cjan­tem. Po­pro­sił ją o spraw­dze­nie miesz­kań­ców trze­ciego pię­tra bloku przy ulicy Jana Ro­soła. Je­den lo­kal zaj­mo­wała para eme­ry­tów, drugi - młode mał­żeń­stwo, Ksa­wery i Ur­szula Ma­ho­nio­wie. Dla świę­tego spo­koju usta­lił jesz­cze nu­mer ko­mórki fa­ceta. Za­dzwo­nił, uda­jąc te­le­mar­ke­tera, i spy­tał o pa­nią Ur­szulę Ma­hoń.

- Żona do­piero dziś wraca z de­le­ga­cji. A o co cho­dzi? - od­po­wie­dział Ksa­wery.

Ko­necki był w domu. Miał Sto­krocką na wi­delcu.

Po­sia­dał więc piękny ma­te­riał do­wo­dowy z jej so­bot­niej schadzki, po­sze­rzony do­dat­kowo o in­for­ma­cję o dziw­nym spo­tka­niu w Pro­me­na­dzie oraz o iden­ty­fi­ka­cję pi­smaka. Wy­star­czyło tylko za­dzwo­nić, żeby w kie­szeń wpadł ru­lon z dzie­się­cioma ty­sią­cami.

Po­zo­sta­wało jed­nak pewne nie­wy­godne py­ta­nie. Dla kogo pra­co­wał? Czy aby na pewno dla ja­kie­goś za­zdro­śnika, któ­remu cho­dziło je­dy­nie o spraw­dze­nie, czy sto­krotki nie za­pyla jesz­cze jedna psz­czółka? Je­żeli tak, to dla­czego za­pa­śnik, który parę dni temu roz­siadł się w jego biu­rze, ob­sta­wał nie tyle przy udo­ku­men­to­wa­niu ewen­tu­al­nych sko­ków w bok pani Ame­lii, co ra­czej przy usta­le­niu na­zwisk osób, z któ­rymi się ona spo­tyka?

Oczy­wi­ście, w grę naj­praw­do­po­dob­niej wcho­dził jed­nak stary jak świat mo­tyw za­zdro­ści. Jej pro­du­cent, który - jak wy­ra­ził się ka­ska­der Zby­sio - wziął ją pod swoje skrzy­dła, mógł być za­zdro­sny. Młoda la­ska i pod­ta­tu­siały bo­gacz. Kla­syczna sy­tu­acja. Tylko co ro­bił w tej ukła­dance stary żur­na­li­sta sprze­da­jący la­sce po­żół­kłe wy­cinki i obie­cu­jący ko­goś od­szu­kać?

A może cho­dziło o coś in­nego? Może ka­zali ją śle­dzić, bo na coś wpa­dła? Do­tarła do nie­wy­god­nych fak­tów z prze­szło­ści? Kur­czę, a co, je­śli to nie jej men­tor-pro­du­cent stał za tym zle­ce­niem, tylko ktoś trzeci? Kogo na­prawdę re­pre­zen­to­wał ten cwany zbir, który omal nie wy­pa­lił mu dziury w sto­liku?

Ko­necki nie lu­bił być ro­biony w ko­nia. To taka skaza sfru­stro­wa­nych by­łych po­li­cjan­tów. I dla­tego pa­ko­wał się te­raz w kło­poty. Dla­czego w kło­poty? Bo czuł, że wkrótce do­ko­pie się do cze­goś waż­nego. I bę­dzie mu­siał pod­jąć de­cy­zję, co z tym fan­tem zro­bić.

Na tekst Cze­sława Łyki tra­fił od razu. Ja­kieś tam glę­dze­nie o chu­li­ga­nach za­kłó­ca­ją­cych spo­kój miesz­kań­com Sta­rówki. Póź­niej było jesz­cze coś o Ło­mia­rzu (to stąd ten ty­tuł książki), który z uży­ciem tego wła­śnie na­rzę­dzia na­pa­dał na star­sze ko­biety. Nuda. Prza­śna co­dzien­ność świata prze­stęp­czego pierw­szych lat ka­pi­ta­li­zmu. Cie­ka­wiej zro­biło się do­piero w dru­giej po­ło­wie roku. Bru­talne mor­der­stwo mło­dej dziew­czyny Kry­styny T. Zbio­rowy gwałt, tor­tury, oka­le­cze­nie ciała po­le­ga­jące na ob­cię­ciu dłoni. Ko­necki za­ci­snął zęby. Od razu przy­po­mniała mu się praca, którą wy­ko­ny­wał nie­wiele po­nad pół roku temu. Nie miał ochoty tego czy­tać, żeby znów nie opa­dły go po­nure re­flek­sje o zmar­no­wa­nym po­wo­ła­niu, ale nie mógł się już ode­rwać. Z nu­meru na nu­mer na­stę­po­wały ko­lejne od­cinki tego mrocz­nego se­rialu. Zroz­pa­czeni ro­dzice, za­ko­chany chło­pak, młod­sza sio­strzyczka roz­pacz­li­wie wy­cze­ku­jąca po­wrotu swo­jej Kryni. I dzielny aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha, za­wzię­cie tro­piący mor­der­ców. Cho­ciaż nie. W nu­me­rze wy­da­nym pod ko­niec wrze­śnia oka­zało się, że Pa­łu­cha wcale nie jest taki nie­ska­zi­telny i czy­sty.

Młoda dziew­czyna i ob­cięte dło­nie - ostat­nio Ko­necki gdzieś już o tym sły­szał.

Pa­mięć po­woli mu się wy­ostrzała, już pra­wie so­bie przy­po­mniał, gdy tra­fił na nu­mer z po­czątku paź­dzier­nika, w któ­rym pe­wien waż­niak z Ko­mendy Sto­łecz­nej udzie­lił Łyce krót­kiego wy­wiadu, wy­ja­śnia­jąc po­krótce, że aspi­rant Pa­łu­cha od po­czątku śledz­twa po­peł­nił sze­reg ka­ry­god­nych błę­dów. Ko­necki otarł pot z czoła. Wy­wiad opa­trzony był zdję­ciem ofi­cera. Cho­lera, roz­po­znał go bez trudu.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Sier­pień 1992

Czer­wona kula pla­zmy opa­dała po­woli za biu­rowy bu­dy­nek typu Lipsk, czer­wie­niąc jego azbe­stową kon­struk­cję. Niebo pa­łało po­ma­rań­czo­wym bla­skiem, a cie­nie na ulicy Ta­śmo­wej się po­głę­biały. Za­pa­dał zmierzch.

Bu­dy­nek Za­kła­dów Mię­snych przy­tła­czał oto­cze­nie swoją ciężką, po­zba­wioną okien be­to­nową bryłą. Wy­glą­dał jak śpiąca be­stia, go­towa w każ­dej chwili prze­bu­dzić się i po­łknąć in­truza.

- A po­tem wy­da­lić w po­staci pa­ró­wek i kieł­basy! - Nor­bert spró­bo­wał za­żar­to­wać w dro­dze do głów­nych drzwi.

Był sam i mu­siał mieć się na bacz­no­ści. Wciąż nie był pe­wien, czy do­brze wszystko skal­ku­lo­wał, nie wsz­czął więc alarmu. Przez ra­dio prze­ka­zał tylko sier­żan­towi Bo­ro­wemu in­for­ma­cję, gdzie jest i że spraw­dza istotny ślad w śledz­twie do­ty­czą­cym za­bój­stwa. W ra­zie kło­po­tów nie mógł za­tem li­czyć na od­siecz hu­sa­rii.

Kiedy otwo­rzył zwy­czajne, prze­szklone drzwi, na­pię­cie opa­dło. Na roz­chwia­nych krze­seł­kach sie­działo dwóch umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy Straży Prze­my­sło­wej, wpa­tru­jąc się w prze­no­śny te­le­wi­zor usta­wiony na ta­bo­re­cie. Dwóch star­szych pa­nów, nad któ­rymi uno­siła się kwa­śna woń nie­prze­tra­wio­nego al­ko­holu. Na­wet nie pod­nie­śli na niego oczu.

- Za­mknięte do od­wo­ła­nia - za­skrzy­piał pierw­szy z le­wej. Miał na pa­go­nach trzy belki ozna­cza­jące sto­pień star­szego war­tow­nika.

- Tak, tak. Pro­szę wyjść - po­twier­dził drugi, z jedną belką.

Nor­bert omiótł por­tier­nię wzro­kiem. Na pa­ra­pe­cie pod tak brud­nym, że nie­mal nie­prze­pusz­czal­nym dla świa­tła oknem stał elek­tryczny czaj­nik i szklanki. Obok ka­lo­ry­fera, na pod­ło­dze, można było jesz­cze wy­pa­trzyć sło­iki z czymś, co kon­sy­sten­cją przy­po­mi­nało kawę, her­batę i cu­kier. Stała tam też bu­telka w pla­sti­ko­wej re­kla­mówce. Wy­sta­wała tylko jej szyjka, lecz to wy­star­czyło, by za­uwa­żyć, że to John­nie Wal­ker o po­jem­no­ści 0,7 li­tra. Le­śne dziadki ze straży trą­biące Ja­sia z Pe­we­ksu?

Za te­le­wi­zo­rem na ścia­nie umo­co­wany był wie­szak. Na ha­czy­kach dyn­dały smęt­nie dwie czapki z dasz­kiem i sta­rym go­dłem pań­stwo­wym bez ko­rony oraz dwa pi­sto­lety ma­szy­nowe PPSz z okrą­głymi ma­ga­zyn­kami.

Pe­pe­sze? Rany, co to? Bi­twa pod Sta­lin­gra­dem?

- Pro­szę opu­ścić bu­dy­nek! - Trój­bel­ko­wiec w końcu uniósł na niego mocno roz­wod­niony wzrok. Miał nie­ucze­sane, skle­jone od potu siwe włosy, a na wiel­kich chłop­skich dło­niach plamy wą­tro­bowe. - Pro­szę wyjść albo... - Za­bra­kło mu słów.

Za­bra­kło, bo zo­ba­czył po­de­tkniętą pod nos po­li­cyjną bla­chę i ka­burę z p-64 przy­piętą do pa­ska.

- Aspi­rant Pa­łu­cha, sek­cja za­bójstw. Czy na te­re­nie za­kła­dów są ja­cyś obcy?

Dwa gnomy w gra­na­to­wych mun­du­rach spoj­rzały po so­bie nie­pew­nie. To Nor­ber­towi wy­star­czyło. Tak, tamci tu byli. Prze­ku­pili straż­ni­ków Ja­siem Wę­drow­nicz­kiem oraz za­pewne gar­ścią ma­rek - i za­kład był ich.

- Ilu? - wark­nął.

Jed­no­bel­ko­wiec po­dra­pał się po gło­wie, trój­bel­ko­wiec wy­dał ja­kieś nie­ar­ty­ku­ło­wane dźwięki.

- Ale, ee, tu nie wolno, hm, hm.

- Ilu ich jest, do kurwy nę­dzy?!

Krzyk od­bił się od wi­szą­cego nad nimi skle­pie­nia i po­biegł w głąb ko­ry­ta­rza pro­wa­dzą­cego w stronę rzeźni.

- Czte­rech szwa­bów i dwóch na­szych - wy­stę­kał w końcu ten z jedną belką. - No i ona...

- Jaka ona?

- Ta, hm... - Jed­no­bel­ko­wiec rzu­cił pło­chliwe spoj­rze­nie na swego do­wódcę. - Ma­ło­lata.

Nor­ber­towi wię­cej nie było trzeba. Zwłasz­cza że z mrocz­nych głę­bin be­to­no­wego bun­kra do­biegł aku­rat ja­kiś od­leg­ły pisk.

- Ty! - Pa­łu­cha wska­zał na niż­szego stop­niem. - Po­pro­wa­dzisz.

Ni­skiemu, pę­ka­temu dzia­du­niowi z prze­ra­że­nia aż roz­sze­rzyły się oczy.

- Wo­lał­bym nie. Pa­nie wła­dzo, oni...

- Stul pysk! - uciął Nor­bert.

- A ty - rzu­cił okla­płemu na­gle do­wódcy warty - dzwoń pod 997 i po­wiedz, że aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha po­trze­buje wspar­cia. Idziemy!

Za­głę­biał się już w ko­ry­tarz, kiedy pod wpły­wem im­pulsu po­rwał z wie­szaka jedną pe­pe­szę.

- Da się z tego strze­lać? - za­py­tał swego Cha­rona.

- A bo ja wiem? - Dzia­dulo wzru­szył ra­mio­nami. - Ni­gdy przeca nie pró­bo­wa­łem.

Szli. Naj­pierw za fra­mugą po­zba­wioną drzwi ko­ry­ta­rzem do spo­rej sali z że­liw­nymi umy­wal­kami. Omszałe rury, rdzawe za­cieki, stare prze­rdze­wiałe kurki, po­pę­kane lu­stra od­bi­ja­jące już tylko kurz. Na pod­ło­dze ob­lu­zo­wane, dwu­ko­lo­rowe płytki. Cią­gnąca się aż do na­stęp­nych drzwi sza­chow­nica czerni i bieli.

Ko­lejne wej­ście było już so­lidne. Dwu­skrzy­dłowa brama z gru­bej bla­chy po­ma­lo­wa­nej na wdzięczny, sza­ro­siny ko­lor. Ma­sywna klamka z me­cha­ni­zmem za­pad­ko­wym, za­ma­lo­wany farbą okrą­gły ju­dasz. Pro­wa­dzący go sta­ru­szek prze­łknął ślinę, a jego ko­ści­sta grdyka wy­ko­nała salto w górę i w dół.

- Są uzbro­jeni?

- Nie wiem. Przy­je­chali tak­sówką, z pa­nem Jac­kiem. Ale wcze­śniej był tu­taj ten drugi.

- Też Po­lak?

- Tak, Po­lak. On wjeż­dża bramą i par­kuje pod rampą za­ła­dow­czą obok ubojni. Cho­lera wie, co tam wniósł z samo­chodu.

- Oprócz dziew­czynki.

Straż­nik rzu­cił mu szyb­kie, spło­szone spoj­rze­nie.

- Ja tam nic nie wiem, pa­nie wła­dzo. Na­prawdę. Dali tro­chę gro­sza, po­wie­dzieli, że kręcą tu ama­tor­ski film. Rzeź­nia i tak stoi pu­sta, no to się zgo­dzi­lim. Je­śli to jacy prze­stępcy, to ja na­prawdę...

- Stul pysk. Przed są­dem się bę­dziesz tłu­ma­czył.

Da­lej szli w mil­cze­niu. Długi ko­ry­tarz roz­świe­tlony zim­nym świa­tłem ja­rze­nió­wek. Po bo­kach cięż­kie, sta­lowe drzwi do chłodni. Ogrom­nych. Każda pięć me­trów wy­so­ko­ści. Be­to­nowe ściany, po­de­sty, wspor­niki. Żad­nych okien.

Znowu krzyk. Bliż­szy. Wo­ła­nie śmier­tel­nie prze­ra­żo­nego dziecka. Przy­spie­szył, po­ga­nia­jąc war­tow­nika szturch­nię­ciem lufą w plecy.

Ogromna sala pełna błysz­czą­cych, choć przy­ku­rzo­nych urzą­dzeń. Pod su­fi­tem haki, pod ścia­nami wózki. Nor­bert nie znał się na sprzę­cie ma­sar­skim, mógł się więc tylko do­my­ślać, że pa­trzy na piece do wy­pie­ka­nia ka­sza­nek albo pasz­te­tów oraz mon­stru­alne ma­szynki do mięsa, z któ­rych kie­dyś wy­ska­ki­wały pa­rówki.

- Są tam! - Dzia­dek wska­zał czarny otwór ko­lej­nych otwar­tych drzwi, zza któ­rego do­bie­gały ja­kieś po­sa­py­wa­nia, szczek­nię­cia ko­mend i pi­ski. - W ubojni.

Od­bez­pie­czył pe­pe­szę, prze­ła­do­wał p-64.

- Wcho­dzimy.

Pierw­sze, co zo­ba­czył, to wielki stół. Le­żała na nim naga dziew­czynka, któ­rej nad­garstki pę­tał skó­rzany pa­sek trzy­many przez śnia­dego męż­czy­znę o ciem­nych oczach, z krótko przy­strzy­żoną bródką. Dwóch in­nych męż­czyzn - je­den siwy, ni­ski, pulchny jak Bar­ba­papa, a drugi dość wy­soki, o po­marsz­czo­nej twa­rzy starca - wła­śnie usi­ło­wali uchwy­cić jej wierz­ga­jące nogi. Obok, jakby w upior­nej ko­lejce, stało jesz­cze dwóch, ze spodniami opusz­czo­nymi do pół uda. Nad prze­ra­żo­nym dziec­kiem zwi­sała lśniąca bielą stali ob­ro­towa piła.

- O rany! Tylko nie to - za­kwi­lił sto­jący przed nim war­tow­nik.

Tamci od­wró­cili w ich stronę zdu­mione ob­li­cza. Bar­ba­papa i wy­soki pu­ścili chude nóżki.

Gdzieś tu­taj po­wi­nien być jesz­cze szó­sty. Ten, który przy­wiózł dziew­czynkę.

Myśl po­ja­wiła się i za­raz wy­pa­ro­wała jak woda chlu­śnięta na roz­grzane ka­mie­nie. Pa­łu­chę ogar­nęła eu­fo­ria. Do­rwał spraw­ców na go­rą­cym uczynku! Lekko uniósł lufę pe­pe­szy i na­ci­snął spust. Grad kul po­fru­nął nad gło­wami tam­tych, z im­pe­tem ude­rza­jąc o ściany. Za­dud­niły, gwizd­nęły ry­ko­szety, strze­liły snopy iskier. Z gło­śnym wy­strza­łem pę­kła świe­tlówka, ba­sowo za­re­zo­no­wała sta­lowa obu­dowa ja­kiejś ma­szyny, za­dzwo­niły wi­szące pod su­fi­tem haki.

My­śliwi jed­nym zgod­nym ru­chem pa­dli na zie­mię, ku­ląc się jak pa­ro­dia em­brio­nów. Fa­cet z bródką, z pew­no­ścią sam Wa­si­lew­ski, za­marł w po­zie wy­ra­ża­ją­cej skrajne prze­ra­że­nie.

- Ręce na głowy, su­kin­syny.

Ci­sza, jaka na­stą­piła za­raz po ka­no­na­dzie, była ogłu­sza­jąca. Słowa Nor­berta Pa­łu­chy od­bi­jały się od me­tro­wej gru­bo­ści mu­rów, które wi­działy już wszystko. Na spodniach Wa­si­lew­skiego ro­sła ciemna plama mo­czu.

- Na ko­lana. Wszy­scy. I niech nikt się nie waży choćby pierd­nąć.

W tym mo­men­cie znowu padł strzał. Cha­rak­te­ry­styczny trzask wy­da­wany przez p-64. Sto­jący przed Nor­ber­tem straż­nik jęk­nął i kuc­nął, trzy­ma­jąc się za brzuch. Pa­łu­cha od razu wy­ce­lo­wał w sze­ro­kie, choć te­raz tylko lekko uchy­lone wrota, pro­wa­dzące w stronę rampy. Ma­ja­czyła w nich ja­kaś po­stać. Znowu na­ci­snął spust, ale pe­pe­sza tylko zgrzyt­nęła.

Za­ciął się! - po­my­ślał, od­rzu­ca­jąc rzę­cha i wy­ry­wa­jąc z ka­bury swój pi­sto­let. Scho­wał się za usta­wio­nymi w ko­lumnę pod­wo­ziami wóz­ków. Na szczę­ście tam­ten nie strze­lił drugi raz. Cień znik­nął, z ze­wnątrz do­biegł tu­pot nóg, a po­tem dźwięk za­pusz­cza­nego sil­nika. I cha­rak­te­ry­styczny kle­kot "beczki".

Pa­łu­cha zro­bił na­wet trzy kroki, żeby do­go­nić strzelca, ale za­raz so­bie uświa­do­mił, że je­śli za nim po­bie­gnie, zwieje mu cała piątka za­trzy­ma­nych. Nie wspo­mi­na­jąc już o war­tow­niku, który wy­krwa­wiał się na pod­ło­dze. Zo­stał.

Po­to­czył wzro­kiem po ubojni. Dziew­czynka już ze­sko­czyła ze stołu i ku­liła się w ką­cie. Straż­nik ci­chutko chli­pał. My­śliwi i ich pi­lot mieli spusz­czone oczy.

- Aresz­tuję was pod za­rzu­tem do­ko­na­nia mor­der­stwa i usi­ło­wa­nia po­peł­nie­nia dru­giego - wy­ce­dził, na­pa­wa­jąc się ich upo­ko­rze­niem.

Na te słowa fa­cet z ciemną bródką po­de­rwał głowę.

- Tamto to był wy­pa­dek. Przy­się­gam!

- Ja­kie tamto? Mów, Wa­si­lew­ski!

Na dźwięk swo­jego na­zwi­ska męż­czy­zna drgnął, ale po chwili zna­lazł siły, by tłu­ma­czyć się da­lej.

- Tamta la­ska strasz­nie się szar­pała. Wa­riatka ja­kaś! Wbiła mi w ra­mię hak, uwie­rzy pan? No i nas odro­binkę po­nio­sło... Nor­mal­nie je wy­pusz­czamy. Do­stają na­wet tro­chę forsy za... ee... fa­tygę. I wra­cają do tego swo­jego do­mciu.

Nor­bert po­czuł, że bra­kuje mu tchu. Ściany rzeźni zda­wały się przy­bli­żać, po­wie­trze prze­sy­cone smro­dem krwi i kor­dytu zro­biło się nie­zno­śnie cięż­kie. Miał ochotę uci­szyć skur­wiela ude­rze­niem kolby, ale zro­zu­miał, że to jest ten mo­ment, kiedy coś można z niego wy­cią­gnąć, za­nim spro­wa­dzony na ko­mendę ad­wo­kat każe mu mil­czeć w ra­mach prawa do nie­skła­da­nia ze­znań mo­gą­cych być ma­te­ria­łem ob­cią­ża­ją­cym w są­dzie.

- Wiele ich było? Ile dziew­czy­nek tu­taj zgwał­ci­li­ście?

Wa­si­lew­ski za­mru­gał, ale nie od­wró­cił wzroku. Na­dal był prze­stra­szony, ale już mniej. Chyba my­ślał, że je­śli po­dej­mie roz­mowę, ma szansę się z tego wy­mi­gać.

- Pa­nie wła­dzo - za­czął słu­żal­czo. - Tamta dup­cia to był na­prawdę wy­pa­dek.

- Na­zy­wała się Kry­styna Talko. Miała pięt­na­ście lat, młod­szą sio­strzyczkę i ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców! - Nor­bert wy­re­cy­to­wał te słowa gro­bo­wym to­nem.

Czuł się jak ak­tor gra­jący główną rolę w fil­mie o sa­mot­nym sze­ry­fie.

Wa­si­lew­ski po­słał mu spło­szone spoj­rze­nie, za­trze­po­tał po­wie­kami, od­chrząk­nął.

- Bar­dzo mi przy­kro, po­sta­ram się wy­na­gro­dzić... - beł­ko­tał. - No, w każ­dym ra­zie je­den z łow­ców tro­chę za mocno za­ci­snął pa­sek...

- Je­den z łow­ców? - po­wtó­rzył Pa­łu­cha. - Urzą­dza­cie so­bie tu­taj po­lo­wa­nia na lu­dzi, za­koń­czone bru­tal­nym gwał­tem?

- Klienci szu­kają co­raz moc­niej­szych wra­żeń, ustrze­le­nie dzika w biesz­czadz­kim Mucz­nem już im nie wy­star­cza. -Wa­si­lew­ski uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco. - I są go­towi za to słono za­pła­cić.

Zna­cząco za­wie­sił głos.

- To na­prawdę ma­jętni lu­dzie. My­ślę, że by­liby go­towi wy­ło­żyć... dzie­sięć ty­sięcy. Ma­rek nie­miec­kich. Tylko za to, żeby się pan te­raz od­wró­cił i o wszyst­kim za­po­mniał.

Nor­bert po­czuł, że u ra­mion wy­ra­stają mu skrzy­dła. Miał ich w gar­ści, był w tej chwili pa­nem ich ży­cia i śmierci. Wa­si­lew­ski i reszta pa­trzyli bła­gal­nie, nie­mal mo­dlili się do niego. Szcze­rze mó­wiąc, nic go nie ob­cho­dziła ta prze­le­ciana przez nich smar­kula. Waż­niej­sza była roz­pie­ra­jąca go eu­fo­ria. Po­czu­cie triumfu, który za chwilę prze­ro­dzi się w awanse, od­zna­cze­nia i sławę. Miałby to za­prze­pa­ścić dla pie­nię­dzy? Te­raz, kiedy jest jak Brudny Harry, Mad Max i Su­per­man? Omal się nie ro­ze­śmiał. Za­miast tego po­sta­no­wił się jesz­cze przez chwilę na­sy­cić roz­pacz­liwą na­dzieją Wa­si­lew­skiego.

- A ona? - wska­zał ku­lącą się w rogu pa­ty­ko­watą po­stać.

- Na­prawdę nie chcie­li­śmy jej za­bi­jać, przy­się­gam! Do­sta­nie "od­prawę" i od­wie­ziemy ją do do­mciu. No, pa­nie sze­ry­fie, niech pan da się prze­ko­nać! To tylko cwane dzie­wu­chy z szem­ra­nych śro­do­wisk, które i tak za­raz się za­czną pusz­czać w rytm di­sco polo po wiej­skich dys­ko­te­kach...

Nie do­koń­czył. Prze­szko­dziły mu w tym za­trza­sku­jące się na nad­garst­kach kaj­danki. Na­gle ugięły się pod nim nogi i klap­nął ko­la­nami wprost w ka­łużę wła­snego mo­czu.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Wto­rek

Znowu cen­trum han­dlowe. Tyle że tym ra­zem Ga­le­ria Mo­ko­tów. Prze­ciwna strona mia­sta w sto­sunku do Pro­me­nady. Jak ma­wiają co bar­dziej zgryź­liwi miesz­kańcy sto­licy - ostatni przy­czó­łek cy­wi­li­za­cji na mo­rzu sza­rzy­zny, w ja­kie za­mie­niono Mo­ko­tów prze­my­słowy.

Ko­necki ze star­szym aspi­ran­tem Ja­nu­arym Li­choc­kim sie­dzieli na ostat­nim pię­trze w re­stau­ra­cji Jeff's. Roz­sie­dli się na ta­ra­siku, z wi­do­kiem na pary wcho­dzące do kom­pleksu ki­no­wego.

- O! Ta! Po­patrz.

- Co: ta? - Bar­tek nie zro­zu­miał.

- Ta ma fajne szyny.

- Ja­kie szyny, czło­wieku?

Ra­do­sny re­chot. Szyb­kie po­cią­gnię­cie pa­lo­nego kon­spi­ra­cyj­nie pa­pie­rosa z rę­kawa.

- Nogi.

- Nogi?

- Nogi, czyli szyny. Szyny za­wsze pro­wa­dzą do sta­cji, no nie?

Li­chocki. Bar­tek zdą­żył już się od­zwy­czaić do jego spe­cy­ficz­nego po­czu­cia hu­moru. Star­szy od Ko­nec­kiego o kilka­na­ście lat, no­to­rycz­nie po­mi­jany przy wszel­kich awan­sach, wciąż ba­lan­su­jący na skraju dys­cy­pli­narki awan­tur­nik, no­to­ryczny roz­wod­nik, pra­co­ho­lik, na­ło­gowy pa­lacz. Do­prawdy dziwne, że Bar­tek za­wsze wy­czu­wał w nim brat­nią du­szę.

Kel­nerka w kró­ciut­kich, opię­tych spoden­kach przy­nio­sła im dwa piwa. Ja­nu­ary na­tych­miast wy­du­dlił po­łowę, Ko­nec­ki wziął swoje w dłoń i oglą­dał nie­uf­nie. Czuł, że po noc­nym po­sie­dze­niu z ka­ska­de­rem Zbyn­kiem po­wi­nien znów za­cząć uni­kać al­ko­holu, bo ina­czej po­wrócą stare na­wyki. No, ale sy­tu­acja wy­ma­gała po­świę­ceń. Upił ły­czek.

- Słu­chaj, Bar­tek - za­gaił star­szy aspi­rant.

Prze­rwał, czknął i jed­nym żar­łocz­nym po­cią­gnię­ciem wy­koń­czył ukry­tego pod sto­łem pa­pie­rosa.

- Jak to w końcu było ze Zdziś­kiem?

Ko­mi­sarz Zdzi­sław Za­prawa. Bez­po­średni prze­ło­żony Bartka w spra­wie, która oka­zała się gro­bem dla jego po­li­cyj­nej ka­riery. Wła­śnie dla­tego Ko­necki uni­kał spo­tkań z daw­nymi kum­plami. Nie­zmien­nie, za­wsze, ktoś w końcu py­tał go o Zdziśka.

- Wszystko okej. Ura­to­wał mi ży­cie - od­po­wie­dział sztyw­nym, ofi­cjal­nym to­nem.

Przez chwilę Ja­nu­ary mie­rzył go wzro­kiem. Małe, za­dziorne oczka, nad któ­rymi zwie­szał się okap ma­syw­nych łu­ków na­do­czo­do­ło­wych. Ko­ści­sta, zbyt chuda twarz, mocno za­ry­so­wana szczęka. Szczu­płe, ale nie­by­wale ży­la­ste ręce, po­bru­dzone ni­ko­tyną palce sple­cione na bla­cie sto­lika.

- Okej - po­wie­dział w końcu i jed­nym hau­stem opróż­nił do końca szklankę. - La­lu­niu! - wy­pro­sto­wał się na krze­śle, na­wo­łu­jąc do od­da­lo­nej o trzy sto­liki kel­nerki. - Jesz­cze dwa!

- Jedno, ja swoje cią­gle piję - po­pra­wił Bar­tek.

- Dwa! - twardo ob­sta­wał przy swoim Ja­nu­ary.

- Ale...

- Dwa! Duże.

Za­po­wia­dał się pra­co­wity wie­czór.

- Masz to, o co pro­si­łem? - za­py­tał Bar­tek, kiedy oprócz piw dziew­czyna po­sta­wiła przed nimi dwie por­cje że­be­rek w mio­dowo-musz­tar­do­wym so­sie.

Ja­nu­ary Li­chocki od­kroił kostkę, ujął w dwa palce i do­kład­nie ob­gryzł, z lu­bo­ścią miaż­dżąc zę­bami chrząstki.

- Mam - od­parł.

I tłu­stymi pal­cami się­gnął do le­żą­cej pod sto­łem re­kla­mówki z na­pi­sem "Sa­turn. Żer dla skner", po czym wy­cią­gnął z niej plik od­bi­tek z kse­ro­ko­piarki.

- Nie­dużo tego - za­uwa­żył Bar­tek, wkła­da­jąc kartki do przy­nie­sio­nej ze sobą teczki.

- Za­miast na­rze­kać, le­piej byś po­dzię­ko­wał - sark­nął Li­chocki. - Wy­no­sze­nie akt, a także ich po­wie­la­nie, jest prze­stęp­stwem.

- Tak, ale nie tych za­koń­czo­nych już pra­wo­moc­nym wy­ro­kiem - trzeźwo za­uwa­żył Ko­necki.

- Skoro tak, to trzeba było sa­memu po­fa­ty­go­wać się do sądu i wdy­chać kurz z ubie­głego wieku. Wiesz, ile się tego na­szu­kali? To sprawa sprzed ćwierć­wie­cza. Dawne dzieje. Akta są nie­kom­pletne i po­nisz­czone.

- Do­bra, ro­zu­miem. Dzię­kuję. Wy­bacz, że cię fa­ty­go­wa­łem, ale nie zna­łem sy­gna­tury akt ani na­wet na­zwisk oskar­żo­nych. W ga­ze­cie były tylko ini­cjały.

Ja­nu­ary Li­chocki prych­nął z god­no­ścią i za­pa­trzył się na grupkę ja­kichś ro­ze­śmia­nych stu­den­tek wy­cho­dzą­cych z se­ansu.

- Za­glą­da­łeś do nich? - Bar­tek po­stu­kał w teczkę.

Ja­nu­ary wzru­szył ra­mio­nami z te­atralną prze­sadą.

- Nie, a po co? Mamy te­raz huk bie­żą­cej ro­boty. Oliwa pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie mor­der­stwa ja­kiejś dzie­wu­chy, a ja zo­sta­łem przy­dzie­lony do Wy­działu Re­ali­za­cji. Ści­gamy ny­gu­sów, na któ­rych na­ło­żono eu­ro­pej­ski na­kaz aresz­to­wa­nia.

Bar­tek upił ko­lejny łyk piwa.

- A Za­cha­re­wicz? Po­py­ta­łeś o niego?

Tym ra­zem Ja­nu­ary nie po­prze­stał je­dy­nie na wzru­sze­niu ra­mion, ale do­rzu­cił jesz­cze po­gar­dliwe prych­nię­cie.

- To też stara hi­sto­ria.

- Może jed­nak nie.

Li­chocki po­słał mu prze­lotne spoj­rze­nie, ale za­raz na nowo za­mo­czył swój nie­fo­remny, wie­lo­krot­nie po­ła­many nos w szklance.

- In­te­re­su­jesz się nim za­wo­dowo? - za­dud­nił ze szkla­nych głę­bin.

- Ow­szem.

- A tak w ogóle, to jak ci idzie w tej de­tek­ty­wi­stycz­nej branży?

Bar­tek na chwilę wstrzy­mał po­wie­trze.

- Szcze­rze mó­wiąc... do dupy.

Na­pię­cie zro­dzone jesz­cze py­ta­niem o ko­mi­sa­rza Za­prawę na­gle pu­ściło. Ro­ze­śmiali się, a Ko­necki po­zwo­lił so­bie na­wet na kilka tę­gich ły­ków piwa.

- Do­sko­nale pa­mię­tam Zygę Za­cha­re­wi­cza. Ko­ja­rzę go jesz­cze z końca lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kiedy za­czy­na­łem pracę na Cy­ryla i Me­to­dego, a on przy­szedł tam ze Sto­łecz­nej na ko­men­danta Pragi-Pół­noc.

Ko­necki spoj­rzał na kum­pla za­in­try­go­wany. Niby wie­dział, że Ja­nu­ary długo sie­dzi w po­li­cji. Ale żeby aż tyle lat? Więk­szość gli­nia­rzy, któ­rym nie udało się zro­bić ka­riery, od­cho­dziła na eme­ry­turę po pięt­na­stu la­tach. Wy­glą­dało na to, że star­szy aspi­rant Li­chocki na­prawdę jest pa­sjo­na­tem.

- Bez­kom­pro­mi­sowy twar­dziel, były za­pa­śnik, za­ka­pior. Nam, mło­dym, bar­dzo im­po­no­wał - roz­ma­rzył się Ja­nu­ary. - Pa­mię­tam, jak kie­dyś Cy­ga­nie po­przty­kali się na Ba­za­rze Ró­życ­kiego z pa­tro­lem pre­wen­cji. Je­den na­wet na­pluł na­szemu na buty. Za­char zro­bił ob­ławę, ob­sta­wił wszyst­kie wyj­ścia, a po­tem przez kilka go­dzin do­kład­nie cze­sał ba­zar. Zero to­le­ran­cji. Każda le­wi­zna - pi­rac­kie ka­sety, płyty, ciu­chy z pod­ra­bia­nymi met­kami - była re­kwi­ro­wana. A wszy­scy han­dla­rze o śnia­dej kar­na­cji do­sta­wali na wstę­pie lolą przez plecy, po czym tra­fiali pod schody na czter­dzie­ści osiem go­dzin. W ży­ciu nie wi­dzia­łem tak za­pcha­nej celi! Od tam­tej pory każdy gli­niarz mógł wejść na ba­zar sam, bez broni i po pi­jaku - i nikt go nie ru­szył. Taki wła­śnie był Za­char.

Bar­tek Ko­necki w mil­cze­niu prze­cią­gnął dło­nią po gło­wie. Pod pal­cami znów wy­czuł od­ra­sta­jące kę­dziorki wło­sów, któ­rych tak nie­na­wi­dził. Już czas użyć ma­szynki do go­le­nia.

- Po­tem jed­nak za­częły się pro­cesy gang­ste­rów z Prusz­kowa - pod­jął opo­wieść Li­chocki. - Nie wiem do­kład­nie, co tam na niego wy­szło, ale lu­dzie ga­dali, że w ze­zna­niach ma­fio­sów na­zwi­sko Za­chara za­częło się prze­wi­jać nie­po­ko­jąco czę­sto. No i już parę mie­sięcy póź­niej Zyga prze­szedł na eme­ry­turę.

Star­szy aspi­rant w mil­cze­niu do­pił swoje piwo i się­gnął po drugą szklankę - Bartka. Prze­chy­lił ją tak ener­gicz­nie, że pie­ni­sty płyn po­ciekł stru­mycz­kiem na jego kra­cia­stą ko­szulę.

Od­sta­wił, bek­nął, po­tarł dło­nią usta. Wbił w Ko­nec­kiego uważne spoj­rze­nie.

- Dla­czego się nim in­te­re­su­jesz?

- Zło­żył mi zle­ce­nie.

Oczy Li­choc­kiego po­więk­szyły się w zdu­mie­niu.

- Zyga Za­cha­re­wicz po­szedł do pry­wat­nego de­tek­tywa?

- Ano wła­śnie.

Ja­nu­ary przez chwilę mil­czał, jakby coś ukła­dał so­bie w gło­wie.

- Sły­sza­łem, że nie­źle się usta­wił na tej eme­ry­tu­rze - po­wie­dział, prze­no­sząc wzrok na kel­nerkę w krót­kich majt­kach, ob­da­rzoną wy­jąt­kowo ma­syw­nymi udami. - Do nie­dawna wy­ko­ny­wał różne zle­ce­nia dla han­dla­rzy rosz­cze­niami re­pry­wa­ty­za­cyj­nymi w War­sza­wie. Śli­skie za­ję­cie. Jego na­zwi­sko po­noć po­ja­wiło się w ze­zna­niach świad­ków w spra­wie Jo­lanty Brze­skiej.

- Tej dzia­łaczki sprze­ci­wia­ją­cej się przej­mo­wa­niu ka­mie­nic przez daw­nych wła­ści­cieli, która spa­liła się w Le­sie Ka­bac­kim?

- Tak, zo­sta­wiła w kuchni roz­mra­ża­jące się mięso na obiad i prze­je­chała ka­wał drogi, żeby się za­bić przez pod­pa­le­nie w le­śnej głu­szy - uzu­peł­nił z prze­ką­sem Li­chocki.

Przez chwilę obaj mil­czeli, ob­ser­wu­jąc ro­snącą przed wej­ściem ko­lejkę chęt­nych do zje­dze­nia obiadu.

- Te­raz Zyga pro­wa­dzi sieć lom­bar­dów... - Ja­nu­ary pod­jął opo­wieść. - Po­ży­cza lu­dziom pie­nią­dze. Nie znam szcze­gó­łów, ale po­do­bno działa bez skru­pu­łów. Było o nim na­wet coś w ga­ze­cie, chyba w "Fak­cie". Me­cha­nizm jest taki: pra­cow­nik Za­chara pod­pi­suje z ja­kimś po­czciw­cem po­życzkę, dajmy na to, na dwa­dzie­ścia ty­sięcy pod za­staw miesz­ka­nia. Za­char wy­płaca mu z tej kwoty tylko pięć ka­fli, a po­tem od razu przej­muje nie­ru­cho­mość. Po­czci­wiec za­czyna się oczy­wi­ście ci­skać i wtedy od­krywa, że u no­ta­riu­sza pa­ra­fo­wał nie po­życzkę, ale akt da­ro­wi­zny. No­ta­riusz był miły, pra­cow­nik Za­chara też, se­kre­tarka zro­biła pyszną kawę. A pod drzwiami cze­kał już na­stępny klient. Po­czci­wiec nie prze­czy­tał więc do­kład­nie umowy. I tak, w świe­tle prawa, sprze­dał do­ro­bek ca­łego ży­cia za gów­niane pięć tysi.

Bar­tek po­czuł w ustach nie­smak. Chyba przez dym pa­pie­ro­sowy uno­szący się spod stołu. Albo od piwa lub sosu musz­tar­do­wego. Od­su­nął od sie­bie nie­do­je­dzoną por­cję że­be­rek, zwal­czył chęć, żeby po­pro­sić ko­legę o pa­pie­rosa, po­ma­cał teczkę z od­bit­kami.

- A prze­mysł fil­mowy?

- Jaki znowu prze­mysł fil­mowy? - Spoj­rze­nie Ja­nu­arego po trze­cim pi­wie lekko się już zmą­ciło.

- Za­cha­re­wicz pro­wa­dzi w tej branży ja­kieś in­te­resy?

Star­szy aspi­rant z pie­ty­zmem wy­ssał ostat­nią kostkę, po czym ła­ko­mie zer­k­nął na je­dze­nie Bartka.

- Nie sły­sza­łem - od­parł. - I bar­dzo bym się zdzi­wił, bo to kom­plet­nie nie jego działka.

Po czym nad­spo­dzie­wa­nie szyb­kim i pre­cy­zyj­nym ru­chem Li­chocki się­gnął po ta­lerz Ko­nec­kiego.

***

Kiedy Bar­tek wy­pro­wa­dził swo­jego golfa za bramki par­kingu i wy­je­chał na chło­staną zim­nym wia­trem Wo­ło­ską, przez chwilę miał wra­że­nie, że ktoś go śle­dzi. Zmie­nił pas, zwol­nił, przy­spie­szył. Nie­bie­skie kse­nony wciąż trzy­mały się trzy lub cztery sa­mo­chody za nim. Żeby się upew­nić, skrę­cił wcze­śniej, niż za­mie­rzał - w Odyńca, a po­tem w Nie­pod­le­gło­ści. Świa­tła znik­nęły.

Miesz­ka­nie przy Świę­to­jer­skiej było pu­ste. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­siąta.

Gdzie ona się po­dziewa?

Bar­tek zro­bił so­bie kawę fu­siatkę, po­sło­dził trzy ły­żeczki, nie bez wy­siłku zwal­czył po­kusę, żeby ją jesz­cze ochrzcić kro­pelką brandy trzy­ma­nej przez Jolkę na spe­cjalne oka­zje w kre­den­sie. Usiadł w sa­lo­nie. Za bal­ko­no­wym oknem ry­czeli po an­giel­sku ja­cyś pi­jacy. Się­gnął po ko­mórkę, jego pa­lec za­wisł nad ikonką z wi­ze­run­kiem Jolki. Po chwili jed­nak zre­zy­gno­wał i odło­żył te­le­fon.

Otwo­rzył akta. Od­bite krzywo, miej­scami nie­czy­tel­nie, rze­czy­wi­ście miały sporo luk.

Śledz­two w spra­wie za­bój­stwa Kry­styny Talko, lat pięt­na­ście. Rok 1992. Ko­necki uważ­nie wczy­tał się w wy­stu­kane na ma­szy­nie pro­to­koły i ra­porty. Te spi­sane przez aspi­ranta Nor­berta Pa­łu­chę były krót­kie, kon­kretne, opa­trzone czy­tel­nymi wnio­skami. Kart­ko­wał da­lej. Pro­to­kół z sek­cji zwłok. Ra­port z usta­le­nia toż­sa­mo­ści de­na­tki. Pro­to­koły prze­słu­cha­nia osób z jej oto­cze­nia. Ra­port z oglę­dzin miej­sca po­rzu­ce­nia ciała. Ślady, zdję­cia, eks­per­tyza kry­mi­na­li­styczna i ry­su­nek po­glą­dowy. Na­stęp­nie wy­wiad śro­do­wi­skowy w Ka­li­szu, prze­słu­cha­nie Ja­nu­sza Ce­glar­czyka, prośba do Wy­działu Ru­chu Dro­go­wego o spraw­dze­nie, czy któ­ryś z pa­troli nie za­trzy­my­wał zie­lo­nego mer­ce­desa W123. Tra­fie­nie. Ja­cek Wa­si­lew­ski, wy­cieczka nie­miec­kich my­śli­wych, Za­kłady Mię­sne przy Ta­śmo­wej, za­trzy­ma­nie po­dej­rza­nych.

Stan­dar­dowa po­li­cyjna ro­bota.

A po­tem... De­tek­tyw Bar­tek Ko­necki po­czuł, że ziąb hu­la­jący na ze­wnątrz prze­nika mury miesz­ka­nia i ścina mu od­dech na ustach. Gwał­tow­nie po­pra­wił się w fo­telu, omal nie strą­ca­jąc wy­sty­głej kawy, za­ci­snął i roz­pro­sto­wał palce. Ra­porty aspi­ranta Pa­łu­chy zo­stają w ak­tach za­stą­pione przez inne, spi­sane przez nad­ko­mi­sa­rza Zyg­munta Za­cha­re­wi­cza z Biura Spraw We­wnętrz­nych Ko­mendy Sto­łecz­nej.

- Znisz­czyli go - wy­szep­tał. - I ukrę­cili łeb spra­wie.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Wrze­sień 1992

Pa­łu­cha żył w strasz­nym na­pię­ciu. Cho­lera, nie tak prze­cież miało to wy­glą­dać! Każdy w ko­men­dzie ucie­kał od niego jak od za­dżu­mio­nego. Na­czel­nik Chałka ro­bił wszystko, żeby go nie za­uwa­żać i nie włą­czać do za­dań sta­wia­nych sek­cji za­bójstw. Pa­ra­dok­sal­nie tylko Wil­czyń­ski - do nie­dawna naj­więk­szy wróg Nor­berta - był je­dy­nym, który wy­cią­gał do niego rękę.

- Do­jadą cię, je­śli nie ustą­pisz - wiesz­czył po­sęp­nie.

- Niby jak? Dzia­łam do­kład­nie we­dług za­pi­sów ko­deksu po­stę­po­wa­nia kar­nego. Ar­ty­kuł drugi, ustęp pierw­szy: sprawca prze­stęp­stwa ma zo­stać wy­kryty i po­cią­gnięty do od­po­wie­dzial­no­ści kar­nej, a osoba nie­winna po­zo­sta­wiona w spo­koju.

- Przede mną nie mu­sisz po­pi­sy­wać się eru­dy­cją.

- To pro­ku­ra­tor ła­mie prawo, od­ma­wia­jąc wsz­czę­cia sprawy! - Z Pa­łu­chy ule­wała się fru­stra­cja. - I Chałka. I oni wszy­scy!

Wska­zał ra­mie­niem wo­kół sie­bie. Sie­dzący przy są­sied­nim biurku Gó­recki ze­rwał się jak opa­rzony i wy­strze­lił na ko­ry­tarz. Zo­stali w po­koju sami.

Wil­czyń­ski tylko się skrzy­wił, co spra­wiło, że jego szcze­ci­nia­sta broda na­stro­szyła się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle.

- Prze­ko­nasz się - rzu­cił, wsta­jąc z chy­bo­tli­wego krze­sła i kie­ru­jąc się do wyj­ścia.

Nor­bert Pa­łu­cha przez chwilę wpa­try­wał się w jego plecy.

- Dla­czego? - za­wo­łał w ostat­niej chwili, za­nim za tam­tym za­mknęły się drzwi. - Dla­czego to ro­bią?

Plecy na mo­ment znie­ru­cho­miały, ale ich wła­ści­ciel nie od­wró­cił głowy.

- Chuj wie. Ale co za róż­nica?

***

Nor­bert nu­dził się strasz­nie. Sie­dział z no­gami za­rzu­co­nymi na blat biurka, wpa­tru­jąc się w za­ci­na­jący na ze­wnątrz deszcz. Deszcz. Na­resz­cie. Po tym cho­ler­nie go­rą­cym le­cie każda jego kro­pla była bez­cenna.

Rano od­pę­kał sprawę ja­kie­goś bez­dom­nego zna­le­zio­nego obok fon­tanny na Fra­scati. Le­karz są­dowy stwier­dził wstęp­nie, że zgon na­stą­pił z przy­czyn na­tu­ral­nych, a Pa­łu­cha w pięć mi­nut wy­sma­żył dla pro­ku­ra­tora no­tatkę o "braku śla­dów wska­zu­ją­cych na udział osób trze­cich". Po­tem był jesz­cze te­le­fon z dro­gówki z py­ta­niem, czy ktoś z kry­mi­nal­nych nie miałby ochoty obej­rzeć mo­to­cy­kli­sty, który przy du­żej pręd­ko­ści prze­wró­cił się w Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich. Z fa­ceta zo­stała trzy­dzie­sto­me­trowa smuga z krwi i wnętrz­no­ści, a Nor­bert po­wie­dział, że nie ma czasu na pier­doły.

Zwy­czajny, nie­dzielny dy­żur. Ostat­nio cią­gle ta­kie do­sta­wał.

Od­wa­lał ro­botę. Za­nie­dbał zwią­zek z Ba­sią. Je­dyną jego ob­se­sją była sprawa Wa­si­lew­skiego. Mu­siał ją za­mknąć, bo ina­czej po jego dy­na­micz­nie roz­wi­ja­ją­cej się ka­rie­rze po­zo­staną tylko zglisz­cza! Tym­cza­sem za­trzy­mani przez niego Niemcy do­stali list że­la­zny i zo­stali wy­pusz­czeni po zło­że­niu ze­znań i pod­pi­sa­niu oświad­cze­nia, że w ra­zie po­trzeby sta­wią się na we­zwa­nie sądu. Wa­si­lew­ski sie­dział na Ra­ko­wiec­kiej, lecz pro­ku­ra­tor nie po­zo­sta­wiał złu­dzeń, że nie ma ochoty wnio­sko­wać o prze­dłu­że­nie aresztu po­wy­żej trzy­dzie­stu dni. Kur­czę, czy tylko jemu za­le­żało na po­sta­wie­niu przed są­dem za­bój­ców Kry­styny Talko?

Te­le­fon. Pa­łu­cha nie­chęt­nie opu­ścił nogi i zie­wa­jąc, się­gnął po słu­chawkę.

- Bo­rowy z tej strony.

Prze­wró­cił oczami. W su­mie Nor­bert na­wet lu­bił dur­no­wa­tego dy­żur­nego, ale tego po­po­łu­dnia nie miał ochoty z ni­kim roz­ma­wiać. Znowu bo­lała go głowa.

- Co tam masz?

- Jest ten in­te­re­sant do cie­bie.

- In­te­re­sant? Jaki in­te­re­sant?

- No prze­cież Sta­ni­sław Orecki.

Na dźwięk tych słów Nor­bert Pa­łu­cha stę­żał. Orion. Ban­dzior, któ­rego w lipcu zgar­nęli w Wy­szko­wie. Co on tu­taj robi? Dla­czego nie sie­dzi?

- Na­czel­nik Chałka mó­wił, że cię uprze­dzał - do­dał Bo­rowy, za­nie­po­ko­jony prze­dłu­ża­ją­cym się mil­cze­niem aspi­ranta. - Po­do­bno Orecki ma zło­żyć ja­kieś uzu­peł­nia­jące ze­zna­nie.

Pa­łu­cha tro­chę się uspo­koił. Chałka zna sprawę? Może więc wszystko w po­rządku? To, że szef za­po­mniał go uprze­dzić, nie było ni­czym nie­zwy­kłym. Wszy­scy w ko­men­dzie ro­bili wszystko, żeby tylko z nim nie roz­ma­wiać. Dziwne je­dy­nie, że oskar­żony ma zło­żyć ze­zna­nie jed­nemu po­li­cjan­towi. We­dług prze­pi­sów po­wi­nien być przy tym pro­ku­ra­tor lub wy­zna­czony przez niego śled­czy. Z dru­giej strony... Nie ta­kie od­stęp­stwa zda­rzają się w po­li­cji.

Puk. Puk. W drzwiach sta­nął ro­sły dre­siarz. Bez­czelne spoj­rze­nie, kropka wy­dzier­gana na po­wiece, w upier­ście­nio­nej ła­pie ja­kaś ko­perta for­matu A4.

- Mia­łem to panu prze­ka­zać.

Łapa się wy­ciąga, ko­perta za­wisa w po­wie­trzu nad biur­kiem. Żad­nego ad­resu, nadawcy, pie­czątki z se­kre­ta­riatu. Nic.

- Wy­pusz­czono cię z aresztu? Ja­kim cu­dem?

- Do­sta­łem do­zór. Pro­szę to wziąć. Od­daję do rąk wła­snych.

Palce Nor­berta za­ci­snęły się na sza­rym pa­pie­rze. Orion pu­ścił ko­pertę, jakby pa­rzyła go w dłoń.

- Czy to na­czel­nik Chałka ka­zał ci przy­nieść tę prze­syłkę na ko­mendę?

Py­ta­nie Pa­łu­chy zo­stało skie­ro­wane już wła­ści­wie do ple­ców Orec­kiego, który wy­ko­nał zwrot jak na musz­trze i ru­nął w kie­runku wyj­ścia.

- Wkrótce się do­wiesz, pie­sku.

Bach. Za ban­dzio­rem za­trza­snęły się drzwi. Nor­bert po­pa­trzył na trzy­maną w pal­cach pa­czuszkę. We­wnątrz było coś, co wy­brzu­szało jej ścianki. Coś mięk­kiego i pro­sto­kąt­nego. Roz­darł pa­pier, zaj­rzał do środka... Gruby plik bank­no­tów.

Bam! Drzwi otwo­rzyły się po­now­nie, z tym, że te­raz prze­szedł przez nie niż­szy od Orec­kiego, ale jesz­cze moc­niej zbu­do­wany fa­cet, pa­trzący na niego z nie­skry­waną nie­na­wi­ścią.

- Nad­ko­mi­sarz Za­cha­re­wicz, Biuro Spraw We­wnętrz­nych - przed­sta­wił się. - Je­ste­ście za­trzy­mani pod za­rzu­tem przy­ję­cia ła­pówki.

Osłu­piały Pa­łu­cha bez­wied­nie prze­niósł wzrok nieco w bok. Przez otwarte drzwi zo­ba­czył, jak ja­kiś nie­znany mu funk­cjo­na­riusz za­kłada gu­mowe rę­ka­wiczki i sięga po pro­szek dak­ty­lo­sko­pijny, naj­wy­raź­niej w celu zdję­cia z ko­perty jego od­ci­sków pal­ców.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Środa

Zimny po­ranny prysz­nic nie­wiele mu po­mógł. Bart­kowi na­dal kle­iły się oczy. Do póź­nej nocy stu­dio­wał akta. Przej­rzał z grub­sza każdy pro­to­kół, każdą eks­per­tyzę i każde zdję­cie. Nie umiał się jed­nak na tym na­le­ży­cie sku­pić. Te­raz, ran­kiem, nie był już pe­wien, czy się nie oszu­ki­wał. Na­prawdę tak go wcią­gnęło czy po pro­stu cze­kał na po­wrót Jolki? Przy­szła po pierw­szej, po­wi­tała go szyb­kim po­ca­łun­kiem w po­li­czek i za­raz za­mknęła się w ła­zience. Nie zdą­żył na­wet za­py­tać, gdzie była.

Ran­kiem zro­bił so­bie kawę, ale na­wet nie zdo­łał jej wy­pić. Czuł, że na­brzmiewa w nim na­pię­cie, że za­raz pirz­gnie kub­kiem o ścianę, wy­wle­cze ją z łóżka i wy­trzę­sie z niej od­po­wiedź. Dla­czego Jolka nic nie po­wie­działa? To chyba jed­nak nie jest nor­malne, że nie po­ja­wiła się w domu przez pół nocy?

No i było jesz­cze to jego zle­ce­nie. Mu­siał się nad nim spo­koj­nie za­sta­no­wić. Nie miał już pew­no­ści, czy chce po­da­wać Sto­krocką na srebr­nej tacy ta­kiemu ty­powi jak Za­cha­re­wicz. Z akt do­wie­dział się, że fa­cet naj­praw­do­po­dob­niej wro­bił Nor­berta Pa­łu­chę w ła­pówkę i prak­tycz­nie prze­jął kon­trolę nad śledz­twem. A na­stęp­nie skie­ro­wał je na fał­szywe tory. Nad­ko­mi­sarz w dzia­ła­niach Pa­łu­chy do­pa­trzył się "po­waż­nych uchy­bień i igno­ro­wa­nia istot­nych dla śledz­twa wąt­ków". Ja­kie to wątki? Za­cha­re­wicz uznał za taki osobę pun­kowca i anar­chi­sty Ja­nu­sza Ce­glar­czyka, z któ­rym Pa­łu­cha roz­ma­wiał w Ka­li­szu. Ka­zał chło­paka od­na­leźć, za­trzy­mać, po czym oso­bi­ście prze­słu­chał. Ce­glar­czyk przy­znał się do za­bi­cia Kry­styny Talko. Pod pro­to­ko­łem prze­słu­cha­nia pod­pi­sali się oprócz niego na­czel­nik Chałka i star­szy sier­żant Ława. Póź­niej, na roz­pra­wie, oskar­żony chło­pak za­kli­nał się wpraw­dzie, że do ze­znań zmu­szono go przy­trza­ski­wa­niem ją­der szu­fladą biurka, ale sąd i tak wle­pił mu dwa­dzie­ścia pięć lat.

Ko­necki wło­żył buty, na­cią­gnął kurtkę, chwy­cił klu­czyki do golfa. Przez mo­ment wa­hał się, czy za­brać też ka­burę z sig sau­erem, lecz osta­tecz­nie uznał, że le­piej by w tym sta­nie du­cha nie no­sił ze sobą broni. Ubrana w szla­frok Jolka prze­mknęła do ła­zienki. Ich spoj­rze­nia na mo­ment się ze sobą ze­tknęły. Uśmiech­nęła się prze­lot­nie i za­raz znik­nęła. Nie, nie można tak tego zo­sta­wić. Cze­kał. Od­głos elek­trycz­nej szczo­teczki do zę­bów, po­tem szum prysz­nica, brzę­cze­nie su­szarki do wło­sów. Czas pły­nął le­ni­wie. Roz­wa­żał już wdar­cie się do środka, kiedy w końcu wy­szła. Na jego wi­dok unio­sła brwi w zdu­mie­niu.

- Nie je­dziesz do biura?

Pró­bo­wała omi­nąć go zręcz­nym uni­kiem, ale chwy­cił ją za rękę.

- Gdzie by­łaś?

Spoj­rzała na niego zdzi­wiona.

- Mó­wi­łam ci prze­cież parę dni temu. Na­gry­wa­li­śmy pro­gram.

- Do póź­nej nocy?

- Po zdję­ciach wy­sko­czy­li­śmy jesz­cze całą ekipą coś prze­gryźć.

- Mo­głaś za­dzwo­nić!

- My­śla­łam, że śpisz.

Przez chwilę pa­trzyli na sie­bie w mil­cze­niu. Może fak­tycz­nie nie­po­trzeb­nie się cze­pia? Ona jest po­li­cjantką. Nie­ty­pową, ale jed­nak gliną. I pra­cuje poza wszel­kimi ra­mami cza­so­wymi. Kto jak kto, ale on po­wi­nien to ro­zu­mieć. Mało to nocy za­wa­lił, gdy był na służ­bie?

- Mógł­byś prze­stać mnie tak ści­skać? - Usły­szał jej głos. - Tro­chę boli.

W jed­nej chwili po­czuł się winny. Stary idiota, na sceny za­zdro­ści mu się ze­brało. Chciał ją przy­tu­lić, ale Jolka była już przy eks­pre­sie do kawy. Wy­bur­czał więc ja­kieś nie­zgrabne po­że­gna­nie i ru­szył do wyj­ścia. Po­ma­chała mu na do wi­dze­nia, pa­trząc w ciur­ka­jącą kawę.

Trza­snął drzwiami i po­biegł w dół. Za­dud­niły be­to­nowe schody. Ich dom, choć stał tylko sto me­trów od skru­pu­lat­nie od­bu­do­wa­nej po woj­nie Sta­rówki, nie był sty­li­zo­wany na starą ka­mie­nicę. Pro­sta, mo­der­ni­styczna forma, sze­ro­kie schody i widne miesz­ka­nia. To też mu się po­do­bało.

Zyg­munt Za­cha­re­wicz. Ten czło­wiek nie­po­koił go co­raz bar­dziej. Nie wolno igno­ro­wać ko­goś, kto bez skru­pu­łów udu­pił ko­legę po­li­cjanta, wro­bił w za­bój­stwo nie­win­nego czło­wieka i wy­bie­lił praw­dzi­wych mor­der­ców. Wa­si­lew­ski wy­szedł z aresztu czy­sty nie­mal jak łza. Pro­ku­ra­tor chciał wpraw­dzie pod­trzy­mać oskar­że­nie o upro­wa­dze­nie ze szcze­gól­nym udrę­cze­niem i usi­ło­wa­nie gwałtu, ale od­pu­ścił po tym, jak jego ostat­nia ofiara, czter­na­sto­let­nia San­dra Ko­nopko, sie­rota z domu dziecka w wo­je­wódz­twie wiel­ko­pol­skim, zre­zy­gno­wała ze zło­że­nia do­nie­sie­nia i od­mó­wiła ze­znań.

Wa­si­lew­ski na zdję­ciach po za­trzy­ma­niu. Śniady bru­net o in­te­li­gent­nej twa­rzy. Krótko przy­strzy­żona broda czy ra­czej dłuż­szy za­rost. Metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu. Wy­stra­szone spoj­rze­nie brą­zo­wych oczu. Nie wy­glą­dał na mor­dercę. Ko­necki jed­nak do­brze wie­dział, że tacy ni­gdy nie wy­glą­dają na prze­stęp­ców. Szcze­gól­nie ci naj­gorsi...

Sa­mo­chód stał po dru­giej stro­nie ulicy, pod prze­szklo­nym bu­dyn­kiem In­sty­tutu Wzor­nic­twa Prze­my­sło­wego. Ko­nec­ki mu­siał więc wyjść drzwiami od strony skwerku, skrę­cić w uliczkę Cia­sną, okrą­żyć dom i przejść przez Świę­to­jer­ską.

Po wie­czor­nym desz­czu niebo było czy­ste. Po­ranny przy­mro­zek ściął cien­kim lo­dem ka­łuże. W po­wie­trzu czuć było od­dech nad­cho­dzą­cej zimy.

- Nie­po­koję się o cie­bie.

Na dźwięk tych słów Ko­necki sta­nął jak wryty. Ro­zej­rzał się i do­piero wtedy go do­strzegł. Dał się za­sko­czyć jak dziecko.

Eme­ry­to­wany nad­ko­mi­sarz ubrany był w ele­gancki płaszcz i skó­rzane pół­buty. Na ły­sej gło­wie miał do­braną pod ko­lor czapkę cy­kli­stówkę. Wiel­kie jak bochny dło­nie trzy­mał w kie­sze­niach, tył­kiem wspie­rał się o czarne bmw X6.

Kse­no­nowe lampy ja­dące za mną Wo­ło­ską.

- Zyg­munt Za­cha­re­wicz, no pro­szę! - Bar­tek sta­rał się, żeby w jego gło­sie nie było sły­chać na­pię­cia. - Co ro­bisz pod moim do­mem? O ile pa­mię­tam, nie bra­łem u cie­bie po­życzki?

- O, wi­dzę, że nie próż­no­wa­łeś w mo­jej spra­wie, de­tek­ty­wie. - Uśmiech fa­ceta w płasz­czu nie zdra­dzał naj­mniej­szego za­sko­cze­nia. - A jak ci po­szło ze Sto­krotką?

Żeby zy­skać na cza­sie, Ko­necki po­kle­pał się po kie­sze­niach kurtki, jakby szu­kał w nich pa­pie­ro­sów. Mu­siał to do­brze ro­ze­grać. Wku­rzało go, że były gli­niarz cza­tuje pod jego do­mem, jed­nak nie był to do­bry mo­ment na de­mon­stro­wa­nie zło­ści.

- Nie­źle - od­po­wie­dział wy­mi­ja­jąco.

- Nie­źle? - Uśmiech Za­cha­re­wi­cza znik­nął jak zdmuch­nięty. - To za mało. Chcę mieć wy­niki. Te­raz.

- Po­trze­buję jesz­cze kilku dni. - Ko­necki grał na czas.

- Mia­łeś już kilka dni. Nie wie­rzę, że nic się w tym cza­sie nie wy­da­rzyło. Z kim się spo­ty­kała ta ci­zia? Co ro­biła?

- Po­wta­rzam, wkrótce do­sta­niesz ra­port.

Za­cha­re­wicz ode­rwał ty­łek od ma­ski SUV-a i zbli­żył się do Ko­nec­kiego. Ręce na­dal trzy­mał głę­boko w kie­sze­niach.

Co tam ma? Pi­sto­let? Ka­stet? Te­le­sko­pową pałkę?

- Nie po­gry­waj ze mną, dupku - wy­ce­dził były nad­ko­mi­sarz. - Je­steś ni­kim, ale wciąż po­zo­stało ci co nieco do stra­ce­nia...

Przez chwilę Bar­tek mie­rzył go wzro­kiem. Ostre słowa od dawna nie ro­biły na nim wra­że­nia. Naj­pierw jako bok­ser na­słu­chał się po­gró­żek od rin­go­wych prze­ciw­ni­ków i ich se­kun­dan­tów. Póź­niej ła­jali go prze­ło­żeni w po­li­cji i od­gra­żali się za­trzy­my­wani prze­stępcy. Słowa nic nie zna­czyły. Prawdę można było zo­ba­czyć je­dy­nie w oczach. Spoj­rze­nie Za­cha­re­wi­cza nie wró­żyło ni­czego do­brego. To był wzrok dra­pież­nika.

Zdzi­wił się więc, kiedy ten nie­spo­dzie­wa­nie znów się uśmiech­nął.

- Zro­zu­mia­łeś mes­sage? To do ro­boty. Dziś wie­czór, naj­da­lej ju­tro rano, chcę mieć kom­pletny ra­port. - Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, od­wró­cił się i pod­szedł do sa­mo­chodu. Miał już wsia­dać, gdy znów się cof­nął: - Dla przy­ja­ciół je­stem Za­char. Skoro i tak już wiesz, kim je­stem, mo­żesz tak do mnie mó­wić. Nie spieprz tego. Nie za­wiedź za­ufa­nia.

Sztyw­nym kro­kiem Bar­tek ru­szył w stronę swo­jego wozu. Pod­szedł do jezdni, ro­zej­rzał się, prze­szedł na drugą stronę. Trzy­dzie­ści me­trów na lewo od niego, nie­mal już na gra­nicy Sta­rego Mia­sta, stała tak­sówka. Za­char pra­co­wi­cie wy­krę­cał swoim po­tęż­nym au­tem na ulicy Cia­snej. Przód-tył. Przód-tył. Bar­tek otwie­rał wła­śnie klu­czy­kiem drzwi golfa, kiedy tam­temu udało się za­wró­cić i z ry­kiem sil­nika skrę­cił w prawo w Świę­to­jer­ską, kie­ru­jąc się ku pla­cowi Kra­siń­skich.

"Wciąż po­zo­stało ci co nieco do stra­ce­nia".

Tak, zro­zu­miał prze­kaz. Miał do wy­boru - albo cał­ko­wi­cie się pod­po­rząd­ko­wać, albo... Cóż, ja­kaś tam po­go­dynka z pew­no­ścią nie była warta nad­sta­wia­nia głowy. Z dru­giej strony jed­nak, skąd mógł mieć pew­ność, że kiedy wy­pełni zle­ce­nie Za­chara, ten się od niego od­czepi? Ktoś taki jak on może chcieć zro­bić so­bie z Ko­nec­kiego szpiega na po­syłki. Skoro Bar­tek raz zła­mał prawo, przyj­mu­jąc nie­le­galne zle­ce­nie, ła­two bę­dzie go szan­ta­żo­wać... No i była jesz­cze cie­ka­wość. Pa­ląca chęć do­wie­dze­nia się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Od­pro­wa­dził wzro­kiem czarne bmw, które zwal­niało wła­śnie przed świa­tłami przy Bo­ni­fra­ter­skiej. Je­chać za nim? Swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym gol­fem nie mógł tego zro­bić. Z pew­no­ścią Za­char do­brze ko­ja­rzył już jego wóz.

Na­dal świe­ciło się czer­wone. X6 cze­kał. Bar­tek prze­niósł wzrok na tak­sówkę. Stała przy chod­niku, kie­rowca wci­nał ka­na­pkę owi­niętą sre­brzy­stą fo­lią. Ko­necki pod­jął de­cy­zję. Bie­giem ru­szył ku ta­ry­fie, wsko­czył do ka­biny i wy­sa­pał:

- Za tamtą czarną be­emką! Je­dziesz!

Kie­rowca ani drgnął.

- Pa­nie, to nie Hol­ly­wood.

- Za­bawne, że wspo­mnia­łeś o pla­nie fil­mo­wym - od­po­wie­dział, rzu­ca­jąc tam­temu na ko­lana stówę.

Hy­bry­dowy sil­nik to­yoty prius za­szem­rał z obu­rze­niem, kiedy ta­ry­fiarz wci­snął gaz do de­chy. Świa­tło zmie­niło się na zie­lone, po­tem po­ma­rań­czowe, wresz­cie czer­wone.

- Je­dziesz! - Na ko­lana kie­rowcy opa­dła jesz­cze pięć­dzie­siątka.

Prius ja­koś prze­mknął mię­dzy ru­sza­ją­cymi z le­wej i pra­wej sa­mo­cho­dami. Na­wet bar­dzo na niego nie trą­bili.

Je­chali. Naj­pierw pro­sto do An­dersa, po­tem na świa­tłach w lewo obok Ko­mendy Sto­łecz­nej Po­li­cji - daw­nego miej­sca pracy Bartka. Po­tem wiel­kie i roz­trą­bione skrzy­żo­wa­nie z aleją So­li­dar­no­ści. Tam bmw im ucie­kło, zo­stali na świa­tłach. Na szczę­ście do­go­nili je znów przed Kró­lew­ską.

Po­ranny ruch był gę­sty, Ko­necki nie mar­twił się więc, że po­pu­larna w sto­licy, biało-zie­lona tak­sówka zwróci uwagę Za­chara. Na wszelki wy­pa­dek wy­łą­czył swój te­le­fon. Skoro on miał pro­gram Mo­bi­le­Spy, tam­ten też mógł z niego ko­rzy­stać.

Mar­szał­kow­ska. Ko­rek do skrętu w lewo na ron­dzie przy Ro­tun­dzie.

- Pa­nie, a po co my tam­tego śle­dzimy? - za­gad­nął tak­sów­karz. - Nie bę­dzie aby z tego kło­po­tów?

- Spo­koj­nie! - Ko­necki po­kle­pał tak­sia­rza po ra­mie­niu. - Je­stem pry­wat­nym de­tek­ty­wem. Fa­cet w be­emce to nie­wierny mę­żuś, na któ­rego żona wy­sta­wiła mi zle­ce­nie.

Kie­rowca wy­raź­nie się od­prę­żył.

- Ale jaja! - Cmok­nął z uzna­niem. - De­tek­tywa jesz­cze nie wio­złem. Różne świry, z prze­pro­sze­niem, się tra­fiały. Ale de­tek­tyw to nie.

Zmiana świa­teł. X6 był już pierw­szy w ko­lejce do skrętu. Oni cza­ili się trzy sa­mo­chody da­lej.

Żeby tylko zdą­żyć za nim prze­sko­czyć.

- Kie­dyś mia­łem kurs z taką jedną lalą. Młoda, ładna, miała cycki i całą resztę - kon­ty­nu­ował tak­siarz, roz­ła­do­wu­jąc na­pię­cie. - Do­wożę pod ad­res, a ona pyta, czy może się roz­li­czyć w na­tu­rze.

Za­wie­sił głos, spo­dzie­wa­jąc się nie­unik­nio­nego py­ta­nia: "I co pan wtedy zro­bił?". Py­ta­nie jed­nak nie pa­dło. Zmie­niły się świa­tła. Be­emka skrę­ciła w Aleje Je­ro­zo­lim­skie, za nią jedno, dwa, trzy, cztery auta. Uf, zdą­żyli. X6 tym ra­zem szy­ko­wał się do zjazdu w prawo, w Bracką.

- Oczy­wi­ście się zgo­dzi­łem - pod­jął opo­wieść kie­rowca. - A ta spry­ciara... po­daje mi jabłko. Ale mnie wku­rzyła!

SUV Za­chara wje­chał na par­king na środku placu Trzech Krzyży i za­par­ko­wał obok wiet­nam­skiego baru, który dwie de­kady temu był miej­skim sza­le­tem oraz cen­trum scha­dzek dla ge­jów. Przy­sta­nęli przy chod­niku, ob­ser­wu­jąc, co da­lej.

Zna­joma, pę­kata syl­we­tka w płasz­czu i cy­kli­stówce wy­su­nęła się z bmw, które za­sta­wiło wy­jazd trzem in­nym wo­zom. Za­cha­re­wicz się prze­cią­gnął, a po­tem od­wró­cił do zbli­ża­ją­cego się "par­kin­go­wego". Rzu­cił mu kilka mo­net i wrę­czył kartkę, na któ­rej coś na­ba­zgrał. Na­stęp­nie skie­ro­wał się na drugą stronę placu, w oko­lice re­stau­ra­cji Magdy Ges­sler i fir­mo­wego sklepu z gar­ni­tu­rami Er­me­ne­gildo Ze­gny.

- Okrąż plac i wróć za dzie­sięć mi­nut w to samo miej­sce - po­le­cił Bar­tek, się­ga­jąc do klamki.

- To bę­dzie kosz­to­wało do­dat­kowe...

- Nie bądź pa­ze­rny - uciął, za­trza­sku­jąc drzwi.

Prze­biegł przez jezd­nię w miej­scu nie­do­zwo­lo­nym, kie­ru­jąc się na par­king. Po­ma­cał spo­czy­wa­jące w kie­szeni dżin­sów bank­noty. Mało tego zo­stało. Pięć ty­sięcy od Za­chara, po za­tan­ko­wa­niu golfa, opła­ce­niu elek­trycz­no­ści i za­le­głego czyn­szu za biuro oraz ła­pówki dla zna­jomka z te­le­ko­mu­ni­ka­cji, a także obiadu z Li­choc­kim, stop­niało do nie­ca­łych dwóch. Albo trzeba za­my­kać to zle­ce­nie, albo za­cząć żyć oszczęd­niej.

- Po­li­cja! - huk­nął na "par­kin­go­wego". - Po­każ mi tę kartkę.

Opa­lony ni­czym po wa­ka­cjach w Sa­int-Tro­pez fa­cet, któ­remu wy­sta­jąca dolna warga nada­wała nieco głu­pawy wy­gląd, wcale głu­po­lem nie był.

- A mnie tam wali, czy pan glina czy pa­puga - od­parł ze spo­kojną god­no­ścią. - To pry­watna ko­re­spon­den­cja. Bez na­kazu nie po­każę.

Ko­nec­kiemu opa­dły ręce. Forsa, forsa, forsa. Wszy­scy tylko wy­cią­gali do niego ręce.

- Oto na­kaz. - Wrę­czył mu dzie­sięć zło­tych. - I ani mru-mru tam­temu. Mam cię na oku.

Chwilę póź­niej wbi­jał so­bie do głowy dzie­więć cyfr - nu­mer pry­wat­nej ko­mórki Za­chara.

Może pod­łą­czę do niej Mo­bi­le­Spy?

Zyg­munt Za­cha­re­wicz za­ba­wił u Ze­gny pół go­dziny. Wy­szedł z du­żym, pła­skim pa­kun­kiem, skry­wa­ją­cym praw­do­po­dob­nie gar­ni­tur.

Ru­szyli da­lej. Tym ra­zem Ksią­żęcą w dół, a po­tem w lewo na Po­wi­śle. Czarne bmw za­trzy­mało się w jed­nej z do­cho­dzą­cych do Tamki uli­czek, pod szyl­dem z na­pi­sem "Lom­bard". Ochro­niarz w drzwiach wy­prę­żył się na bacz­ność, Za­char pro­tek­cjo­nal­nie po­kle­pał go po ra­mie­niu.

Bar­tek zo­stał w tak­sówce. Opa­dły go wąt­pli­wo­ści. To zbyt za­wi­kłana sprawa jak na jed­nego czło­wieka, w do­datku bez żad­nych upraw­nień do pro­wa­dze­nia śledz­twa. Tak­sów­karz glę­dził o klien­tach pie­przą­cych się na tyl­nym sie­dze­niu, obrzy­gu­ją­cych mu ta­pi­cerkę lub - o zgrozo! - usi­łu­ją­cych wejść do ka­biny z psem. Nie słu­chał go. Za­sta­na­wiał się, czy so­bie nie od­pu­ścić. Co w tym nie­zwy­kłego, że wła­ści­ciel sieci lom­bar­dów ku­puje mar­kowe ciu­chy i pil­nuje biz­nesu?

Na­gle strasz­nie za­chciało mu się za­pa­lić. A w na­stęp­nej chwili za­tę­sk­nił za bez­piecz­nym, ogłu­sza­ją­cym ko­ko­nem, któ­rym otu­li­łaby go ta­bletka al­praksu. Nie brał nic od pra­wie ty­go­dnia...

- O, wy­szedł! To jak? Za nim? - oży­wił się kie­rowca.

- Do­bra, prze­jedźmy za nim jesz­cze ka­wa­łek - od­po­wie­dział z wa­ha­niem.

Most Świę­to­krzy­ski. Wy­soki py­lon, a za nim w prawo w kie­runku mo­stu Po­nia­tow­skiego. Da­lej pro­sto wa­łem Mie­dze­szyń­skim obok Sta­dionu Na­ro­do­wego. Most Ła­zien­kow­ski, Sie­kier­kow­ski... Gnali te­raz bie­gnącą wzdłuż Wi­sły dwu­pa­smówką ku przed­mie­ściom. X6 przy­spie­szył, prius za nim nie na­dą­żał. Może to i le­piej? Ru­chu pra­wie nie było, by­łego nad­ko­mi­sa­rza po­li­cji z pew­no­ścią w końcu za­nie­po­ko­iłaby ta tak­sówka.

Na wy­so­ko­ści hal fil­mo­wych ATM Stu­dio, któ­rych ciemna bryła pię­trzyła się po le­wej stro­nie, stra­cili go z oczu.

- Sku­bany! Leci ze sto sześć­dzie­siąt! - Ta­ry­fiarz nie krył po­dziwu. - No i co te­raz?

Wła­śnie - co te­raz? Ko­necki nie wie­dział. Czuł się znie­chę­cony bez­owoc­nie stra­co­nym cza­sem, upo­ko­rzony po­ran­nym zaj­ściem, bez­silny.

- Do­jedź do ronda w Otwocku i za­wra­caj - po­sta­no­wił. - Chyba że po dro­dze zo­ba­czymy go gdzieś na po­bo­czu.

Nie było już sensu się ści­gać. Wle­kli się prze­pi­sową sie­dem­dzie­siątką, ma­jąc po pra­wej wał prze­ciw­po­wo­dziowy, który skoń­czył się po paru ki­lo­me­trach, ustę­pu­jąc miej­sca lo­kal­nej, bie­gną­cej wzdłuż szosy uliczce.

Sklep ro­we­rowy, za nim ogrod­ni­czy, ma­ga­zyn bu­dow­lany, McDo­nald's... - le­ni­wie re­je­stro­wał Bar­tek.

Na­gle pod­sko­czył. Na par­kingu pod re­stau­ra­cją zo­ba­czył X6.

- Jest tu! Za­wra­caj.

Wy­ko­na­nie tego ma­newru za­jęło im kilka mi­nut. Byli prze­cież na dwu­pa­smówce. W końcu jed­nak ta­ryfa wje­chała na pod­jazd obok ogrom­nej ku­kły pa­jaca i za­bu­do­wa­nej zjeż­dżalni.

Bar­tek nie mógł wejść do środka, bo od razu zo­stałby roz­po­znany. Ale od czego są szyby? Wpraw­dzie przy­ciem­niane, ale po przy­ło­że­niu czoła dało się ja­koś tam zaj­rzeć. Więc zaj­rzał. Ob­szerne wnę­trze, lada z ter­mi­na­lami do przyj­mo­wa­nia za­mó­wień, obok część ka­wiar­niana. Sto­liki, sofy, wy­so­kie blaty z kom­pu­te­rami. Kil­koro dzieci młó­ciło na nich grę An­gry Birds i po­gry­zało frytki. Tylko gdzie, u li­cha, po­dział się Za­cha­re­wicz? Ko­necki wy­pa­trzył go po dłuż­szej chwili, sie­dzą­cego po dru­giej stro­nie sali. Mały sto­lik, dwie kawy. Obok ja­kiś fa­cet. Jakby zna­jomy... Były pod­ko­mi­sarz wło­żył oku­lary OTP, zdjął kurtkę, na­cią­gnął na głowę kap­tur dre­so­wej bluzy. Nie miał złu­dzeń: je­śli Za­char pod­nie­sie na niego wzrok, na­tych­miast go roz­po­zna. Żeby to utrud­nić, ob­szedł re­stau­ra­cję w ta­kim kie­runku, by zajść go od strony ple­ców.

Ze­rwał się wiatr, który na­tych­miast prze­nik­nął go na wskroś. Sku­lił się, wbił ręce w kie­sze­nie, ści­ska­jąc pod pa­chą zro­lo­waną kurtkę. Moc­niej na­su­nął kap­tur. Przez szybę wi­dział już z bli­ska ma­sywne, na­chy­lone plecy Za­cha­re­wi­cza. Skon­cen­tro­wał wzrok na twa­rzy jego roz­mówcy. Z kim ten szem­rany li­chwiarz po­sta­no­wił oso­bi­ście spo­tkać się na ta­kim od­lu­dziu? Szyba od­bi­jała chmury, które po­ja­wiły się na nie­bie, i ja­kie­goś la­ta­ją­cego zyg­za­kiem kruka. Twarz przy sto­liku wciąż była nie­wy­raźna, za­mglona od­bi­ciem nieba. Bar­tek zwol­nił i wbił w nią wzrok. Rzad­kie czarne włosy prze­ty­kane si­wi­zną, upięte w ku­cyk. Brą­zowe tę­czówki oczu, śniada cera i krótko przy­strzy­żony za­rost - już zu­peł­nie siwy. Sia­teczka zmarsz­czek pod dol­nymi po­wie­kami, trzy głę­bo­kie bruzdy na czole. Fa­cet się zmie­nił przez ostat­nie dwa­dzie­ścia pięć lat, po­sta­rzał. Jed­nak Ko­necki i tak bez trudu go roz­po­znał. Zbyt długo mi­nio­nej nocy wpa­try­wał się w jego zdję­cia zro­bione po za­trzy­ma­niu przez aspi­ranta Nor­berta Pa­łu­chę. To był Ja­cek Wa­si­lew­ski.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Paź­dzier­nik 1992

Ile czasu sie­dział już w tym po­koju? Go­dzinę, dwie, trzy? W po­miesz­cze­niu bez okien, na nie­wy­god­nym krze­śle, w opa­rach ty­to­nio­wego dymu wy­dy­cha­nego przez tam­tych dwóch. Każda ko­mórka jego ciała, każdy bo­le­śnie na­pięty mię­sień wy­ry­wały się, by wresz­cie się stąd wy­do­stać. Nie mógł uwie­rzyć, że to na­prawdę ko­niec. Nie jest już bły­ska­wicz­nie awan­su­ją­cym, do­ce­nia­nym przez prze­ło­żo­nych gliną. Nie ma bla­chy da­ją­cej po­czu­cie siły i przy­na­leż­no­ści do tych, któ­rzy pod­po­rząd­ko­wują so­bie całą resztę. Po wy­da­le­niu z po­li­cji za rze­komo spar­ta­czone śledz­two i po­sta­wie­niu za­rzu­tów o ko­rup­cję czuł się ni­kim. Ukrył twarz w dło­niach, pła­kał. Resztką sił bro­nił się, by nie zro­bić tego, do czego nad­ko­mi­sarz Za­cha­re­wicz i jego przy­boczny wła­śnie go na­ma­wiali.

- Przy­znaj, że sprze­da­łeś się Orio­nowi! - już chyba po raz setny darł mu się do ucha ofi­cer Wy­działu We­wnętrz­nego. - Wzią­łeś bak­szysz za wy­czysz­cze­nie mu ze­znań! Prze­cież do­rwa­li­śmy cię na go­rą­cym uczynku!

Pa­łu­cha prze­stał już na­wet wsty­dzić się ciek­ną­cych po po­licz­kach łez. Był wra­kiem czło­wieka. Dawno prze­stał się czuć jak Brudny Harry. Tamto to była tylko ma­ska, którą bru­tal­nie ze­rwano mu z twa­rzy i wdep­tano w glebę. Co bez niej z niego zo­stało?

Wie­dział jed­nak, że je­śli ule­gnie, je­śli dla świę­tego spo­koju pod­pi­sze przy­zna­nie się do winy - pój­dzie sie­dzieć. Bę­dzie by­łym gli­nia­rzem za­mknię­tym pod celą z kry­mi­na­li­stami. Trudno so­bie wy­obra­zić czar­niej­szy sce­na­riusz. W mil­cze­niu po­krę­cił więc głową. A po­tem jęk­nął:

- Ni­komu się nie sprze­da­łem. To wszystko... - Spró­bo­wał ze­brać my­śli, ale czuł się po­twor­nie zmę­czony. - To ja­kaś kosz­marna po­myłka. Ni­gdy nie przyj­mo­wa­łem od niego pie­nię­dzy. Wro­biono mnie w tę ła­pówkę.

Znów zwie­sił głowę. Za­cha­re­wicz i drugi prze­słu­chu­jący go glina krą­żyli wo­kół jak hieny. Niby przy­pad­kiem po­piół z ćmio­nych cały czas pa­pie­ro­sów spa­dał na jego ko­szulę i gar­ni­tu­rowe spodnie. Nor­bert nie mógł się po­zbyć ni­ewy­god­nego wra­że­nia, że lada chwila ktoś mu zhar­tuje kiepa na karku. Ku­lił się, sły­sząc za sobą ich kroki.

- Wy­stę­kaj wresz­cie przy­zna­nie się do winy. Wy­rzuć to z sie­bie i oszczędź nam wszyst­kim trudu. Po­doba ci się w tej piw­nicy? Na­prawdę? Nie wo­lał­byś wyjść na świeże po­wie­trze?

- Ktoś to wszystko ukar­to­wał, żeby mnie skom­pro­mi­to­wać. Żeby ukrę­cić łeb spra­wie Wa­si­lew­skiego i...

Ude­rze­nie z otwar­tej w tył głowy. Nie­zbyt mocne, ostrze­gaw­cze. Jed­nak Nor­bert i tak omal nie zwa­lił się z krze­sła. Za­czął się trząść na ca­łym ciele. Nie po­tra­fił tego po­wstrzy­mać. Tamci dwaj za­re­cho­tali.

- Ta­kiej sprawy już nie ma, pa­lan­cie! - W gło­sie Za­cha­re­wi­cza brzmiała kpina. - Twoje chore am­bi­cje za­nio­sły cię na zwy­czajną mę­ską im­prezę. Chłopcy może tro­chę prze­sa­dzili, ale nic by się ni­komu nie stało, gdy­byś się nie wmie­szał.

- Mę­ska im­preza? To był zbio­rowy gwałt! - wy­krzy­czał przez ści­śnięte gar­dło.

Za­cha­re­wicz po­chy­lił się tak, że ich twa­rze zna­la­zły się na jed­nym po­zio­mie. W ką­ciku ust po­li­cjanta tlił się pa­pie­ros. Dym szczy­pał Nor­berta w oczy. Za­char miał ciężki, zły wzrok. Z każdą chwilą Pa­łu­cha bał się go co­raz bar­dziej. Pró­bo­wał cof­nąć głowę, ale łapa dru­giego gli­nia­rza mocno trzy­mała go za kark.

- Gwałt? - prych­nął Za­char. - Jaki gwałt? Ta twoja niby ura­to­wana dziew­czyna, San­dra Ko­nopko, nie chce skła­dać do­nie­sie­nia o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa. A na­wet w ogóle od­mó­wiła skła­da­nia ze­znań.

- Ktoś ją za­stra­szył!

- To ra­czej ty pró­bo­wa­łeś za­stra­szyć nie­miec­kich go­ści i ich prze­wod­nika, strze­la­jąc im z pe­pe­szy nad gło­wami!

- Ten Wa­si­lew­ski to menda, która urzą­dza de­wi­zow­com po­lo­wa­nia na dzieci!

- Masz na to ja­kie­kol­wiek do­wody?

- Przy­znał się... - wy­bą­kał bez prze­ko­na­nia Nor­bert.

Śmiech tam­tych dwóch omal nie roz­sa­dził mu uszu.

- A masz to na pi­śmie?

Sku­lił się jesz­cze bar­dziej. I na­gle coś mu przy­szło do głowy.

- Wy­star­czy przy­ci­snąć straż­ni­ków z tej rzeźni! - za­wo­łał. -Sto pro­cent, że roz­po­znają Kry­stynę Talko! Wa­si­lew­ski na pewno ją tam przy­pro­wa­dził na po­czątku lipca.

- Przy­ci­snąć, mó­wisz? - za­sy­czał Za­cha­re­wicz. - Chyba cię po­je­bało, czło­wieku. Jed­nego już przy­ci­ska­łeś. Tak, że aż sam się po­strze­lił. Ciesz się, że wy­żyje. Ina­czej do­kle­pa­li­by­śmy ci jesz­cze nie­umyślne po­zba­wie­nie ży­cia.

- Sam się po­strze­lił?! To wspól­nik Wa­si­lew­skiego do niego wy­pa­lił!

- Straż­nik ze­znał ina­czej.

- Gówno prawda!

- Gówno to zro­bimy z cie­bie, je­śli nie pod­pi­szesz nam w końcu ze­zna­nia. No! Albo się przy­zna­jesz, albo cię za­raz przy­wią­żemy za chuja do klamki. Wy­bie­raj.

TE­RAZ

War­szawa. Li­sto­pad. Środa

Po­now­nie sie­dział w gol­fie za­par­ko­wa­nym na Świę­to­jer­skiej i za­cho­dził w głowę, co ma te­raz zro­bić z ca­łym tym szaj­sem. Było po­łu­dnie, jego kie­szeń od­chu­dziła się od rana o całe dwie stówki, a do tego zmie­niała się po­goda. Wiatr pod­no­sił opa­dłe li­ście, ci­skał pia­skiem po oczach, wy­wi­jał pi­ru­ety z pla­sti­ko­wymi to­reb­kami po za­ku­pach. Ale to nic. Wa­si­lew­ski i Za­cha­re­wicz. Znów ra­zem, chcia­łoby się po­wie­dzieć. Pierw­szego wy­go­oglo­wał jesz­cze w ta­ry­fie, pod­czas po­wrot­nego kursu do mia­sta. Dawny pi­lot za­gra­nicz­nych wy­cie­czek był te­raz pro­du­cen­tem fil­mo­wym i te­le­wi­zyj­nym. Grubą rybą, jak wy­ra­ził się ka­ska­der Zby­szek, gdy Ko­necki do niego za­dzwo­nił. To jesz­cze nie wszystko. Naj­lep­sze, że wła­śnie Wa­si­lew­ski był tym men­to­rem roz­ta­cza­ją­cym opiekę nad Sto­krocką.

- Cze­muś nie spy­tał o to wtedy, kiedy że­śmy mro­zili tyłki pod mo­stem? - dzi­wił się Zby­nek. - Bym ci od razu po­wie­dział i oszczę­dził­byś czas.

No wła­śnie, dla­czego? Te cho­lerne ben­zo­dia­ze­piny chyba wy­pra­so­wały mu mózg.

Wa­si­lew­ski, rzecz pro­sta, to jego ta­jem­ni­czy zle­ce­nio­dawca. Pod­ta­tu­siały bo­gacz pra­gnący się upew­nić, czy jedna z kla­czek w jego stajni jest mu wierna. To jesz­cze nic nie­zwy­kłego. Ni­czym dziw­nym nie było też to, że do pry­wat­nego de­tek­tywa nie po­fa­ty­go­wał się oso­bi­ście, lecz sko­rzy­stał z po­śred­nic­twa za­ufa­nego czło­wieka. Jest pew­nie osobą znaną, roz­po­zna­walną, nie mu­siał wie­dzieć, że Ko­necki to młot, który nie ogląda M jak mi­łość ani nie wcho­dzi na Pu­delka.

Za­gad­kowe było na­to­miast to, że ze swoją po­ufną sprawą udał się do by­łego gli­nia­rza, który ćwierć wieku temu ura­to­wał mu ty­łek. Aż tak się wów­czas za­przy­jaź­nili? A może już wtedy do­brze się znali? Do tej pory Ko­necki za­kła­dał, że w 1992 roku Ja­cek Wa­si­lew­ski i jego nie­mieccy ko­le­dzy po pro­stu zna­leźli doj­ście do prze­kup­nego, po­sta­wio­nego od­po­wied­nio wy­soko gli­nia­rza i grubo po­sma­ro­wali. Ten udu­pił ko­legę, skrę­cił śledz­two, a po­tem pa, czółko, ko­niec in­te­resu. A tu pro­szę. Dwa­dzie­ścia pięć lat póź­niej ko­leś idzie ze swoim ser­co­wym pro­ble­mem do tego sa­mego fa­ceta. Cie­kawe, co ich na­prawdę łą­czy? I jesz­cze jedno. Je­śli cho­dziło tylko o za­ło­że­nie głu­piut­kiej la­sce ogona, czemu nie za­jął się tym oso­bi­ście Za­char? Albo nie wziął do tej ro­boty któ­re­goś ze swo­ich lu­dzi - bo chyba można za­ło­żyć, że ta­kich ma? No i ostat­nia sprawa. Czy w tym wszyst­kim na­prawdę cho­dzi wy­łącz­nie o zra­nione uczu­cia?

W tym mo­men­cie coś mu przy­szło do głowy. Cze­sław Łyko! On może być klu­czem do wy­ja­śnie­nia tej hi­sto­ryjki. Bar­tek mógłby się za­ło­żyć, że wy­cinki, które dzien­ni­karz prze­ka­zał Sto­kroc­kiej, do­ty­czyły sprawy za­bój­stwa Kry­styny Talko z 1992 roku. A więc piękna Ame­lia z ja­kie­goś po­wodu in­te­re­suje się tamtą starą zbrod­nią. Być może to wła­śnie jej cie­ka­wość złą­czyła po la­tach dwóch sta­rych kom­pa­nów. Jej sa­mej Ko­necki za­py­tać nie mógł. Jego, przy za­cho­wa­niu od­po­wied­nich środ­ków ostroż­no­ści, już tak.

Prze­krę­cił klu­czyk, ale z sil­nika do­bie­gło tylko me­ta­liczne stu­ka­nie. Od­cze­kał, wziął kilka wde­chów.

Nie psuj się te­raz. To zły mo­ment.

Jesz­cze raz. Sko­wyt roz­rusz­nika, kle­ko­ta­nie tło­ków i... Wresz­cie! Z rury wy­de­cho­wej wy­strze­lił czarny kłąb sa­dzy, który ni­czym za­słona dymna przy­krył spory frag­ment Świę­to­jer­skiej.

No to skręt w Cia­sną i da­lej. Do biura. Korka nie było, szybko więc wy­padł na Wi­sło­stradę. Te­le­fon przy uchu. Żeby tylko Li­chocki ode­brał! Po pią­tym sy­gnale wresz­cie zna­jomy głos:

- Czego? Na ra­zie py­tam grzecz­nie.

- Ja­rek, mam prośbę...

- Tylko nie Ja­rek! Ja­nu­ary je­stem.

- Ustal mi, byle na cito, war­szaw­ski ad­res fa­ceta, który się na­zywa Cze­sław Łyko.

- A co ja je­stem? Biuro nu­me­rów? Sły­sza­łeś w ogóle o czymś ta­kim jak ustawa o ochro­nie da­nych oso­bo­wych?

- To gość po sześć­dzie­siątce, eme­ry­to­wany dzien­ni­karz, mieszka gdzieś... - przez se­kundę ana­li­zo­wał w pa­mięci trasę au­to­busu nu­mer 520 - w Cen­trum lub na Żo­li­bo­rzu.

Pięć mi­nut póź­niej, po wy­słu­cha­niu pod swoim ad­re­sem kilku słów obe­lży­wych i co naj­mniej jed­nej groźby ka­ral­nej, miał już na­miar. Ulica Du­ra­cza. Ko­ja­rzył ją do­brze, bo za­czy­nała się za­raz za ko­mendą re­jo­nową przy Że­rom­skiego 7, w któ­rej wie­lo­krot­nie by­wał. Zo­stało więc jesz­cze tylko przy­go­to­wać się do roz­mowy.

Za­par­ko­wał na Gro­chow­skiej, do­kład­nie pod wej­ściem do Las Ve­gaz. Ochro­niarz chciał chyba zwró­cić mu uwagę, żeby nie za­sta­wiał lo­kalu, ale w pół kroku zre­zy­gno­wał. W ogóle od czasu pa­mięt­nej wi­zyty Za­chara chło­pak oka­zy­wał mu wię­cej re­spektu. Co by o nim nie mó­wić, Za­cha­re­wicz miał jed­nak po­zy­tywny wpływ na nie­któ­rych lu­dzi.

Bar­tek wszedł do biura, sta­ran­nie omi­nął spoj­rze­niem szu­fladę z le­d­wie na­po­czę­tym opa­ko­wa­niem al­praksu, włą­czył kom­pu­ter, dru­karkę i la­mi­na­tor. Kiedy pa­rzyła się kawa, wy­szu­kał w in­ter­ne­cie wzór le­gi­ty­ma­cji po­li­cyj­nej, sko­pio­wał i prze­niósł do Pho­to­shopa. Tam wy­ma­zał na­pisy "wzór", za­stą­pił zdję­cie ja­kie­goś pa­jaca z biura pra­so­wego ko­mendy głów­nej swoim i pu­ścił na ko­lo­rową dru­karkę. Awers i re­wers.

Siorb­nął kawy, sta­ran­nie wy­ciął, wy­grze­bał w szpar­ga­łach w dole biurka klej i zle­pił oba wy­druki, usztyw­nia­jąc przy­ciętą pod wy­miar tek­turką. Po­tem za­fo­lio­wał w la­mi­narce, wy­gła­dził ostre brzegi. Go­towe.

Le­gi­ty­ma­cja na ki­lo­metr śmier­działa fał­szywką. Nic to. Może wy­star­czy na tego pi­smaka.

Golf nie od­pa­lił. Prze­klęty szrot! Ko­necki wal­nął pią­chą w kie­row­nicę, a po­tem wy­siadł i przy­wa­lił mu jesz­cze w przed­nie koło z kopa. I co te­raz? Ma się tam tłuc tram­wa­jem?

W tym mo­men­cie do­strzegł ochro­nia­rza ćmią­cego pa­pie­rosa na chod­niku.

- Ej, ko­lego! Po­dejdź no z ła­ski swo­jej.

Na­pa­ko­wany mło­dziak nie­chęt­nie ode­rwał się od fa­sady sa­lonu gier. Nie był taki durny. Czuł pi­smo no­sem.

- Jak ty wła­ści­wie masz na imię?

- Pi­woń. A bo co?

- Pi­woń, jak?

- Krzysz­tof Pi­woń.

- Bar­dzo ład­nie. Słu­chaj, Krzy­siu, jest ro­bota dla sil­nego chło­paka.

- Ro­bota? - Blon­dyn nie­uf­nie prze­stą­pił z nogi na nogę.

- Trzeba mnie po­pchnąć. Sil­nik nie chce za­sko­czyć.

- Ale to prze­cież die­sel. Roz­rząd można roz­wa­lić.

Ko­necki miał dość tych po­ga­du­szek. Zro­biła się pierw­sza, roz­wie­wało się co­raz bar­dziej, tylko pa­trzeć, jak lu­nie i mia­sto sta­nie spa­ra­li­żo­wane.

- Słu­chaj, Pi­woń - po­rzu­cił przy­ja­zny ton. - Jak­bym szu­kał po­rady me­cha­nika, to­bym za­dzwo­nił do Zło­meksu. No, da­waj! Po­wi­nien za­raz od­pa­lić.

Trzeba przy­znać, że Krzysz­tof Pi­woń miał krzepę. Na­parł na tył golfa i pchnął tak, że Ko­necki tylko zdą­żył wrzu­cić dwójkę, pu­ścić sprzę­gło i już z po­wro­tem miał na­pęd. Po­ma­chał ochro­nia­rzowi ręką przez otwartą szybę i zo­sta­wił go na środku ma­łej uliczki bie­gną­cej wzdłuż Gro­chow­skiej, ca­łego po­kry­tego sa­dzą.

Du­ra­cza. Czte­ro­pię­trowy blok, dru­gie pię­tro, krę­cone schody. Na dole do­mo­fon, ale drzwi od klatki scho­do­wej nie­do­mknięte. No to w górę.

Czy za­stanę go w domu?

Bart­kowi nie uśmie­chało się ki­blo­wa­nie pod blo­kiem Łyki w taki ziąb, do tego w au­cie, któ­rego sil­nik na­wala.

Ale co eme­ryt może ro­bić w taką po­godę, jak nie sie­dzieć so­bie w bam­bo­szach przed te­le­wi­zo­rem?

Ding-dong. Szur, szur. W szpa­rze drzwi za łań­cu­chem uka­zało się zna­jome ob­li­cze re­dak­tora.

- Ar­kady Wo­decki? - Krza­cza­ste brwi dzien­ni­ka­rza wy­gięły się w dwa łuki, któ­rym strze­li­sto­ści mógłby po­zaz­dro­ścić na­wet szyld McDo­nald'sa. - Jak mnie pan, na mi­łość bo­ską, zna­lazł?

Łań­cuch w drzwiach wciąż po­zo­sta­wał na­pięty, oczy Łyki ły­pały po­dejrz­li­wie.

Za­raz mi za­mknie te cho­lerne drzwi przed no­sem.

- Nie je­stem Wo­decki, na­zy­wam się ko­mi­sarz Szam-pam Fyf­now­ski - spe­cjal­nie za­se­ple­nił, żeby nie po­dać tam­temu żad­nego kon­kret­nego na­zwi­ska, które można by spraw­dzić. - Krótko mó­wiąc, po­li­cja.

Na kilka pi­ko­se­kund pod­su­nął mu pod sam nos (Łyko był bez oku­la­rów, Ko­necki li­czył na jego star­czą nad­wzrocz­ność) pach­nącą wciąż zgrze­waną fo­lią bla­chę.

- Po­li­cja? - W oczach re­dak­tora Cze­sława za­pa­liły się ogniki nie­po­koju. - Czego może chcieć ode mnie po­li­cja?

- Ko­menda Główna, Biuro Śled­cze - do­rzu­cił dla więk­szego efektu Bar­tek. - Czy mo­żemy po­roz­ma­wiać we­wnątrz? Po co nie­po­koić są­sia­dów...

Zgrzyt, brzdęk. Łań­cuch zwisł, drzwi sta­nęły otwo­rem. Przy­czó­łek zdo­byty.

- Kawy? Her­baty? - Łyko bez­rad­nie za­drep­tał po przed­po­koju.

- Da­rujmy so­bie te ce­re­giele, re­dak­to­rze - ofi­cjal­nym to­nem za­dud­nił Ko­necki. - Gdzie pan był w mi­niony czwar­tek mię­dzy go­dziną sie­dem­na­stą a osiem­na­stą trzy­dzie­ści?

Łyko lekko się przy­gar­bił, jakby plecy przy­ci­snął mu nie­spo­dzie­wany cię­żar, ale - trzeba mu przy­znać - sta­rał się nie tra­cić re­zonu:

- Prze­cież pan wie, ko­mi­sa­rzu. Śle­dził mnie pan.

- Do rze­czy, pa­nie re­dak­to­rze.

- By­łem w Pro­me­na­dzie, na spo­tka­niu z pewną damą... - Za­jąk­nął się.

- Do­ce­niam, że nie chce pan zdra­dzić jej na­zwi­ska. - Ko­necki po­sta­no­wił go dla od­miany po­łech­tać.

Kla­syczna ka­na­pka, stara, ale sku­teczna broń śled­czych. Ostro, a po­tem za­raz miękko. In­wek­tywa-kom­ple­ment. Kij i mar­chewka. Naj­le­piej wy­cho­dziło to we dwóch. Do­bry i zły glina. Ko­necki nie miał jed­nak part­nera. Tkwił w tej spra­wie sa­motny jak pa­lec w... Mniej­sza o to, w czym.

- Jest pan dżen­tel­me­nem, im­po­nuje mi to - kon­ty­nu­ował, pa­trząc, jak Łyko puch­nie ni­czym cia­sto droż­dżowe. - Wy­ba­wię więc pana z kło­potu. Spo­tkał się pan z Ame­lią Sto­krocką. Czy to ona pierw­sza się z pa­nem skon­tak­to­wała?

Łyko skwa­pli­wie po­ki­wał głową.

- Na­pi­sała do mnie kil­ka­na­ście dni temu na Fa­ce­bo­oku. Po­dała swój te­le­fon. Za­in­try­go­wała mnie, w końcu to po­stać ze szkla­nego ekranu... Od­dzwo­ni­łem.

"Szklany ekran". Cóż za wy­szu­kane słow­nic­two. Cie­kawe, czy te dzi­siej­sze hieny, które pra­cują jako dzien­ni­ka­rze, zro­zu­mia­łyby, o co cho­dzi.

- I?

Dzien­ni­karz się za­wa­hał.

- Nie wiem, czy po­wi­nie­nem zdra­dzać... To bar­dzo oso­bi­ste...

Pora prze­ło­żyć ka­na­pkę.

- Może mi pan to po­wie­dzieć pry­wat­nie te­raz. Lub do pro­to­kołu w obec­no­ści pro­ku­ra­tora, na ko­men­dzie - syk­nął.

Łyko wciąż się wa­hał.

- Pro­wa­dzi­cie w jej spra­wie ja­kieś śledz­two? A może wzno­wi­li­ście tę sprawę sprzed lat?

- Obo­wią­zuje mnie ta­jem­nica służ­bowa! - od­rzekł oschle Ko­necki, ale za­raz znów prze­ło­żył ka­na­pkę. - Ale po­dzi­wiam pań­ską prze­ni­kli­wość.

Eme­ryt aż sap­nął z za­do­wo­le­nia.

- A więc jed­nak Pa­łu­cha nie kła­mał.

Pa­łu­cha. Serce za­biło mu szyb­ciej.

- Ma pan z nim kon­takt?

Star­szy pan zde­cy­do­wa­nie po­krę­cił głową.

- Wi­dzia­łem go tylko raz. W 1992 roku, w re­dak­cji "Ży­cia War­szawy". Ni­gdy wię­cej się ze mną nie kon­tak­to­wał.

- Do­brze, zo­stawmy go. Co z tą Sto­krocką?

- Była bar­dzo ta­jem­ni­cza. Po­wie­działa, że ktoś po­dał jej moje na­zwi­sko. Że niby je­stem osobą, która zna szcze­góły śledz­twa w spra­wie za­bój­stwa tej bied­nej Krysi Talko.

- I? - Za­da­wa­nie jed­no­sy­la­bo­wych py­tań wy­raź­nie wcho­dziło Bart­kowi w krew.

- I prze­ka­za­łem jej swoje wy­cinki z daw­nymi ar­ty­ku­łami na ten te­mat. Tam jest wszystko. Albo nic - do­dał filo­zo­ficz­nie.

- Dla­czego Ame­lia Sto­krocka in­te­re­suje się tą sprawą?

- Nie mam fioł­ko­wego po­ję­cia, ko­mi­sa­rzu.

Ko­necki po­dzię­ko­wał, wstał, za­pi­sał nu­mer te­le­fonu Cze­sława Łyki na wy­pa­dek, gdyby miał wię­cej py­tań. Sta­ran­nie ukry­wa­jąc swoje roz­cza­ro­wa­nie nic nie­wno­szącą roz­mową, bar­dzo sta­now­czo pod­kre­ślił, że ich spo­tka­nie było po­ufne i in­for­mo­wa­nie o nim osób trze­cich, w szcze­gól­no­ści Sto­kroc­kiej, by­łoby prze­stęp­stwem.

- To nie Ce­glar­czyk za­mor­do­wał, prawda?

Stary re­dak­to­rek naj­wy­raź­niej wciąż był w nie­złej for­mie.

- Nie po­twier­dzam, nie za­prze­czam. - Bar­tek po raz pierw­szy w ży­ciu użył tego wy­świech­ta­nego zwrotu.

Ko­mi­sarz Boń­czak by­łaby ze mnie dumna - po­my­ślał.

WCZE­ŚNIEJ

War­szawa. Kwie­cień 1993

Stał na szczy­cie ko­rony Sta­dionu Dzie­się­cio­le­cia, od­wró­cony ple­cami do zde­wa­sto­wa­nych ła­we­czek wi­do­wni. Nie spusz­czał z oczu swo­ich skar­pe­tek. Ze­szłej nie­dzieli ja­kieś cwa­niaki pod­pro­wa­dziły mu aż dzie­sięć par - skoń­czył han­del stratą.

Czarne, białe, szare, ró­żowe. W prążki, w pa­ski, kwa­draty, trój­kąty i romby. Z Myszką Miki, ser­dusz­kami i oczy­wi­ście z na­pi­sami Re­ebok, Adid­das oraz Love. Wiet­nam­ska tan­deta spod jed­nej sztancy. Pan Ry­sio, który spro­wa­dza z Azji to­war lot­ni­czym cargo, da­wał mu to w ko­mis. Tylko ile można za­ro­bić na skar­pet­kach? Gdyby han­dlo­wał tu­rec­kimi dżin­sami i swe­trami albo cho­ciaż T-shir­tami i majt­kami z Taj­lan­dii, może wy­szedłby na swoje. Nie­stety, pan Ry­sio uwa­żał go za mar­nego sprze­dawcę. Mu­siał się więc za­do­wo­lić sto­iskiem na roz­kła­da­nym, po­lo­wym łóżku i nędz­nym asor­ty­men­tem.

Były aspi­rant Nor­bert Pa­łu­cha się­gnął do kie­szeni or­ta­lio­no­wej kurtki, zbyt cien­kiej jak na po­czą­tek wio­sny, wy­jął paczkę ku­pio­nych od Ru­skich pa­pie­ro­sów Prima, wy­łu­skał jed­nego i mocno się za­cią­gnął. Krótko, prze­szy­wa­jąco za­bo­lała go głowa, ale ból za­raz prze­szedł.

Dia­bli wzięli wy­mu­skany wy­gląd i zdrowy styl ży­cia. Wszystko dia­bli wzięli, całe jego ży­cie. Bo czy można na­zwać ży­ciem tę eg­zy­sten­cję? Pa­łu­cha ro­zej­rzał się wo­kół. Po le­wej gruba han­dlara, pani Hela, sprze­da­wała z tu­ry­stycz­nego sto­lika cze­ko­ladę z okien­kiem z nie­miec­kiego Li­dla, soki w pla­stiku i piwo w pusz­kach, rzad­kie jak mał­pie szczyny. Po pra­wej stał na­miot z gir­lan­dami biu­sto­no­szy i kil­koma pół­kami wło­skich bu­tów ro­dem z Ne­apolu. Jego wła­ści­cielka Ju­styna na­rze­kała, że te ostat­nie słabo scho­dzą, bo wśród klien­tów się ro­ze­szło, że mie­siąc temu miała par­tię bu­tów tru­mien­nych - z tek­tu­ro­wymi po­de­szwami. Po pierw­szym desz­czu za­lała ją fala re­kla­ma­cji, któ­rych oczy­wi­ście nie uwzględ­niła, i te­raz co zło­śliwsi prze­zy­wali ją Tru­mienka albo wręcz Ko­stu­cha.

Ży­cie. Jego ży­cie. Ode­brano mu sprawę i wy­wa­lono z po­li­cji za sa­mo­wolne dzia­ła­nia oraz igno­ro­wa­nie istot­nych do­wo­dów. Do dia­bła! Le­piej już było przy­jąć pie­nią­dze pro­po­no­wane przez Wa­si­lew­skiego. A tak... stra­cił wszystko. Baśka ode­szła. Na­wet z nim nie po­roz­ma­wiała. Wia­do­mość, że zrywa za­rę­czyny, prze­ka­zał mu lo­kaj. Kop­nęła go w ty­łek, za­nim jesz­cze Za­cha­re­wicz zdą­żył mu za­ła­twić de­gra­da­cję i dys­cy­pli­narkę. Po­do­bno ta­tuś jej po­wie­dział, że jed­nak po­sta­wiła na złego ko­nia, a to psuje mu wi­ze­ru­nek w świe­cie biz­nesu. Po­tem było już tylko go­rzej. Zo­stał bez kasy, bez do­cho­dów, za to ze sprawą karną na karku. Je­dyna po­cie­cha, że jed­nak nie pękł do końca w cza­sie prze­słu­cha­nia. Pod­pi­sał wpraw­dzie ze­zna­nie, w któ­rym przy­zna­wał się do na­cią­ga­nia wy­ni­ków śledz­twa w spra­wie śmierci Kry­styny Talko i pre­pa­ro­wa­nia do­wo­dów. To wy­star­czyło, żeby wy­le­cieć dys­cy­pli­nar­nie z po­li­cji. Jed­nak star­czyło mu resz­tek siły woli, żeby nie przy­znać się do cze­goś gor­szego - współ­pracy z Orio­nem. Nie­wiele bra­ko­wało, żeby dał się zła­mać Za­cha­re­wi­czowi, ale jesz­cze bar­dziej niż tego typa Pa­łu­cha bał się wię­zie­nia. I choć pro­ku­ra­tor wy­sma­żył w końcu akt oskar­że­nia, Nor­ber­towi szczę­śli­wie tra­fił się sen­sowny sę­dzia, który przed­sta­wione przez Wy­dział We­wnętrzny do­wody, ma­jące świad­czyć o tym, że przy­jął ła­pówkę od ban­dyty, uznał za mocno na­cią­gane. Wąt­pli­wo­ści zo­stały roz­strzy­gnięte na ko­rzyść oskar­żo­nego. Pa­łu­cha nie zo­stał ska­zany. Tyle że bez od­znaki był ni­kim.

Nie umiał się z tym po­go­dzić. Jesz­cze la­tem wró­żono mu wielką ka­rierę, a te­raz mu­siał ła­sić się do pana Ry­sia o choćby ciut lep­szy to­war.

Spoj­rzał przed sie­bie. Na­prze­ciw stali Ru­scy, czyli Cze­czeńcy. Wy­mu­skane dre­siki, łań­cu­chy z tom­baku na szyi i nad­garst­kach, ciemne oku­lary z wiel­kim na­pi­sem Gucci. Z tu­ry­stycz­nego sto­lika han­dlo­wali pa­pie­ro­sami, a spod sto­lika - wódką. Wszystko ta­nie, ele­ganc­kie, bez ak­cyzy. W ra­zie gdyby na­pa­to­czył się ja­kiś pa­trol, mieli przy bra­mie chło­paka za­opa­trzo­nego w ko­mór­kową mo­to­rolę wiel­ko­ści do­brze utu­czo­nej ce­gły, który dzwo­nił z ostrze­że­niem. Cze­czeni w pół mi­nuty zwi­jali stra­gan do wiel­kich to­reb "mar­sy­lia­nek" i po­sy­łali nad­cho­dzą­cym po­li­cjan­tom życz­liwe, zło­ci­ste uśmie­chy. Taka to tech­nika kró­lo­wała te­raz w han­dlu.

Nor­bert się wzdry­gnął. Kiedy wresz­cie na­dej­dzie praw­dziwa wio­sna? Po ko­ro­nie sta­dionu hu­lał wiatr, szar­piąc ma­te­ria­łem na­mio­tów, pod­ry­wa­jąc fo­lie chro­niące przed desz­czem wy­ło­żony na łóż­kach i sto­li­kach to­war, bu­ja­jąc gir­lan­dami biu­sto­no­szy.

Rów­nie mocno jak utrata pracy bo­lało go to, co zro­bili z jego sprawą. Za­cha­re­wicz i jego przy­du­pasy - nad­ko­mi­sarz Chałka i sier­żant Ława - oczy­ścili Wa­si­lew­skiego oraz Niem­ców z po­dej­rzeń o mor­der­stwo Kry­styny Talko, a na za­bójcę tej pięt­na­sto­latki wy­ty­po­wali pierw­szego z brzegu ko­le­sia, któ­rego na­zwi­sko prze­wi­jało się w spo­rzą­dza­nych przez Pa­łu­chę ra­por­tach z wy­prawy do Ka­li­sza. Ja­nusz Ce­glar­czyk. Mru­kliwy anar­chi­sta i pun­ko­wiec z kro­ściatą gębą i pió­ro­pu­szem na gło­wie. Ide­al­nie im pa­so­wał na ko­zła ofiar­nego. Po­noć po prze­słu­cha­niu przez Za­cha­re­wi­cza na ca­łym ciele miał ranki po opa­rze­niach pa­pie­ro­sami, a jaja sine jak śliwki. Po­trak­to­wali go znacz­nie ostrzej niż Nor­berta. Nic dziw­nego, że się przy­znał i zło­żył ob­szerne wy­ja­śnie­nia, jak to rze­komo ukradł w oko­li­cach Ja­ro­cina mer­ce­desa na­le­żą­cego do Jacka Wa­si­lew­skiego (co w tam­tym re­jo­nie ro­bił Wa­si­lew­ski, nikt nie py­tał - prze­cież to nie prze­stęp­stwo jeź­dzić so­bie po kraju), a na­stęp­nie upro­wa­dził, zgwał­cił i za­mor­do­wał au­to­sto­po­wiczkę, po­rzu­ca­jąc jej ciało w War­sza­wie. Bu­telko­wo­zie­lo­nej "beczki" ni­gdy nie od­na­le­ziono. Eks­per­tyza dok­tora Ka­liny z otwar­cia zwłok, in­for­mu­jąca, że w ciele de­na­tki zna­le­ziono na­sie­nie na­le­żące do kilku męż­czyzn, gdzieś się "za­wie­ru­szyła".

Skoń­czył pa­pie­rosa i zdep­tał nie­do­pa­łek. Cze­czeńcy z na­prze­ciwka pa­trzyli na niego z nie­skry­waną iro­nią. W ich pal­cach dy­miły marl­boro, krą­żył też pla­sti­kowy ku­bek, do któ­rego po­le­wali Sto­liczną.

Nor­bert Pa­łu­cha po­cząt­kowo tro­chę się jesz­cze bun­to­wał. W po­li­cji i pro­ku­ra­tu­rze nikt nie chciał z nim ga­dać. Tam był spa­lony, przy­kle­jono mu łatkę ła­pów­ka­rza. Wpraw­dzie w re­sor­cie brali w łapę nie­mal wszy­scy, ale brać a dać się zła­pać - czy­niło wielką róż­nicę. Po­szedł więc do me­diów. A kon­kret­nie do dzien­ni­ka­rza, który od po­czątku pi­sał o spra­wie Krysi Talko. Re­por­ter "Ży­cia War­szawy" Cze­sław Łyko miał opi­nię nie­prze­jed­na­nego tro­pi­ciela kry­mi­nal­nych za­ga­dek. Kiedy Pa­łu­cha prze­czy­tał jego ar­ty­kuł o za­koń­cze­niu śledz­twa i wy­ty­po­wa­niu na oskar­żo­nego Ja­nu­sza C., od­wie­dził dzien­ni­ka­rza w no­wej re­dak­cji, prze­nie­sio­nej z Mar­szał­kow­skiej 1 do daw­nego kina Klub przy Tra­sie Ła­zien­kow­skiej. Usie­dli w barku, za­mó­wili lu­ro­watą kawę z eks­presu prze­le­wo­wego i Nor­bert krótko stre­ścił mu swoją wer­sję wy­da­rzeń.

- Nie mogę tego opu­bli­ko­wać - po­wie­dział po dłuż­szym na­my­śle Łyko. - Nie ma pan do­wo­dów, więc rzecz­nik pra­sowy Ko­mendy Sto­łecz­nej wy­to­czyłby mi sprawę o szka­lo­wa­nie funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji.

- To może po­je­dzie pan do za­kładu kar­nego po­ga­dać z tym Ce­glar­czy­kiem? - za­su­ge­ro­wał Pa­łu­cha.

- Po co? - Dzien­ni­karz wzru­szył ra­mio­nami. - Wia­domo, że po­wie, że jest nie­winny. Wię­zie­nia są pełne nie­słusz­nie ska­za­nych.

- My­śla­łem, że za­da­niem prasy jest przed­sta­wia­nie sta­no­wi­ska róż­nych stron - syk­nął Pa­łu­cha. - Nie tylko wer­sji ofi­cjal­nej.

Cze­sław Łyko po­dra­pał się po gło­wie.

- No... niby tak - zgo­dził się ostroż­nie. - Za­py­tam na­czel­nego, czy da mi de­le­ga­cję. A poza tym...

Pa­łu­cha za­wisł wzro­kiem na jego mię­si­stych ustach.

- Mogę za­dać na ła­mach ga­zety kilka nie­wy­god­nych py­tań.

W na­stęp­nych wy­da­niach "Ży­cia War­szawy" na od­leg­łych miej­skich ko­lum­nach po­ja­wiły się krót­kie wzmianki na te­mat pro­cesu Ja­nu­sza C. i ubrane w dy­plo­ma­tyczne słowa wąt­pli­wo­ści co do kie­runku i wy­ni­ków śledz­twa. Po­ja­wił się na­wet mały wy­wia­dzik "z mor­dercą", w któ­rym Ja­nusz C. przy­się­gał zza krat, że zo­stał wro­biony w mor­der­stwo. Ar­ty­ku­liki prze­szły jed­nak bez echa. Nikt z przed­sta­wi­cieli po­li­cji nie po­kwa­pił się na­wet, żeby je sko­men­to­wać. Czy­tel­nicy nie po­trze­bo­wali tych dy­wa­ga­cji. Sprawca ohyd­nej zbrodni zo­stał aresz­to­wany i oskar­żony. Do­dajmy - sprawca bu­dzący u więk­szo­ści pra­wo­rząd­nych oby­wa­teli głę­boką nie­chęć. Ce­glar­czyk nie uczył się, nie pra­co­wał, nie po­szedł do woj­ska. Śmieć, który tra­fił tam, gdzie jego miej­sce.

Nor­berta znów za­bo­lała głowa, się­gnął więc po ko­lej­nego pa­pie­rosa. Cze­czeni sto­jący po dru­giej stro­nie alejki coś do sie­bie po­szep­tali, po czym je­den z nich na­lał pla­sti­kowy sta­kań­czyk do po­łowy i pod­szedł z nim do Pa­łu­chy.

- Na zda­ro­wie! My toże byw­sze si­ło­wiki.

To, że roz­po­znali w nim daw­nego pra­cow­nika or­ga­nów ści­ga­nia, lekko mu za­im­po­no­wało. Miał ostat­nio spore pro­blemy z pod­trzy­ma­niem resz­tek zdru­zgo­ta­nej samo­oceny. Ski­nął głową, przy­jął ku­bek i wy­pił jed­nym hau­stem. Ból znów mi­nął.

PRO­LOG

War­szawa. Li­piec 1992

Obu­dziła się na­gle, od razu przy­tomna, z po­czu­ciem, że jest źle. Gwał­tow­nie wcią­gnęła po­wie­trze. Jak to­nący, który wy­nu­rzył się na po­wierzch­nię, lecz wie, że nie star­czy mu sił, by się dłu­żej na niej utrzy­mać. Zimne świa­tło ja­rze­nió­wek pod wy­so­kim su­fi­tem uka­zało jej ob­szerną, po­zba­wioną okien halę. Le­żała na sze­ro­kim i dłu­gim me­ta­lo­wym stole, nad któ­rym zwie­szała się piła tar­czowa.

Po­czuła, jak prze­ra­że­nie za­lewa jej serce, i rap­tow­nie usia­dła. Nie była zwią­zana. Ze­sko­czyła. Prze­bie­gła kilka me­trów. Bose stopy za­dud­niły na zim­nej, be­to­no­wej pod­ło­dze, po­kry­tej je­dy­nie po­pla­mio­nym li­no­leum. Za­trzy­mała się. Wró­ciła. Ru­szyła w prze­ciw­nym kie­runku. Znowu sta­nęła.

Była sama w tym dziw­nym po­miesz­cze­niu, w któ­rym oprócz stołu i piły zgro­ma­dzono mnó­stwo za­gad­ko­wych przed­mio­tów. Z su­fitu zwi­sały wiel­kie haki, pod ścia­nami stały po­jem­niki na ko­łach, a tuż obok niej pię­trzyło się coś, co wy­glą­dało jak ta­bo­ret ol­brzyma. Wszystko lśniące, me­ta­lowe, zimne.

- Co to za miej­sce? - Jej szept ule­ciał ku su­fi­towi, by po chwili wró­cić echem, które wwier­ciło się w mózg nie­zno­śnym bó­lem.

- To rzeź­nia! - Usta uło­żyły się w słowa, któ­rych nie miała od­wagi wy­po­wie­dzieć. - Obu­dzi­łam się w rzeźni.

Spró­bo­wała ze­brać my­śli. Skon­cen­tro­wać się. Bo­lała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, che­miczny smak, od któ­rego ro­biło jej się nie­do­brze.

- Jak się tu­taj zna­la­złam?

Cał­kiem nie­dawno, nie­mal przed chwilą, rzu­ciła wszystko, czego nie zno­siła, za­kwe­stio­no­wała mo­del ży­cia, który pę­tał ją jak gro­bowy ca­łun. Du­siła się w nim, nu­dziła, gar­dziła nim. Długo nie miała od­wagi, żeby się z tego wy­zwo­lić. Trudno być od­ważną, kiedy się ma do­piero pięt­na­ście lat. Ale w końcu się udało. Oznaj­miła ro­dzi­com i ca­łej ma­ło­mia­stecz­ko­wej resz­cie, że ru­sza w Pol­skę. Sama. Było piękne lato. Po­je­chała na fe­sti­wal roc­kowy do Ja­ro­cina - miał za­grać Dżem. A ra­czej chciała po­je­chać. Te­raz pa­mię­tała tylko biało­szarą szosę, przy któ­rej ła­pała stopa, i dwóch sym­pa­tycz­nych pa­nów za­trzy­mu­ją­cych się przy niej wiel­kim merce­de­sem. A po­tem cierpki, che­miczny smak tam­ponu, który ktoś przy­ci­skał jej do ust i nosa.

- Uśpili mnie. Dra­nie.

Po co to zro­bili? Od­po­wiedź przy­szła szyb­ciej niż wy­po­wie­dze­nie w my­ślach tego py­ta­nia. Prze­stra­szyła się jesz­cze bar­dziej. Nie była już dziec­kiem. Przy­naj­mniej do tej chwili tak są­dziła.

Spoj­rzała na swoje od­bi­cie w wy­po­le­ro­wa­nej me­ta­lo­wej ściance dziw­nego - jak wszystko wo­kół - urzą­dze­nia. Miała na so­bie dżinsy z ba­za­rku na rynku i ko­szulkę. Żad­nych dziur, roz­darć, siń­ców. Zgi­nęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?

Po­now­nie ru­szyła przed sie­bie. Tym ra­zem już jed­nak nie bie­gła. Zro­zu­miała, że to nie ko­niec. To ra­czej po­czą­tek. Oni gdzieś tu­taj są. Czają się, knują, ob­ser­wują.

Ro­zej­rzała się. Wo­kół nie było ży­wego du­cha. Ostroż­nie po­de­szła do cięż­kich i gru­bych me­ta­lo­wych drzwi. Były uchy­lone. Wyj­rzała i za­raz cof­nęła głowę. Znów wyj­rzała.

Ko­ry­tarz był oświe­tlony błę­kit­nym świa­tłem brzę­czą­cych ci­cho ja­rze­nió­wek. Na­dal żad­nych okien. Po pra­wej odra­pane drzwi do ła­zie­nek, po le­wej ko­lejne uchy­lone sta­lowe wrota. Pod ścia­nami wię­cej po­jem­ni­ków i wóz­ków. Wszyst­kie na kół­kach. W po­wie­trzu za­pach stę­chli­zny, ku­rzu i cze­goś jesz­cze. Le­dwo uchwytny, me­ta­liczny, draż­niący noz­drza za­pach. Znała go. To był za­pach krwi.

Szła ko­ry­ta­rzem, ostroż­nie roz­glą­da­jąc się wo­kół. Ogromny be­to­nowy bun­kier wy­peł­niony był lśnią­cymi urzą­dze­niami do za­bi­ja­nia, kro­je­nia, odzie­ra­nia ze skóry. Plą­ta­nina ko­ry­ta­rzy, sal du­żych i mniej­szych. Wciąż ani jed­nego okna, choćby świe­tlika. Jed­nak prze­cież gdzieś, do li­cha ja­snego, musi być stąd ja­kieś wyj­ście.

Wtedy usły­szała zwie­lo­krot­niony echem, od­le­gły śmiech. Po­tem od­głos kro­ków. Prze­ra­że­nie ża­rzące się w środku klatki pier­sio­wej na­gle się roz­pa­liło - jak pa­le­ni­sko gwał­tow­nie otwar­tego pie­cyka. Rzu­ciła się bie­giem w prze­ciw­nym kie­runku. Za nią roz­brzmiało dud­nie­nie bie­gną­cych nóg. Ści­gał ją nie je­den, nie dwóch, ale kilku lu­dzi. Znie­kształ­cone echem głosy zda­wały się brzmieć po nie­miecku.

Niemcy? W ogrom­nej rzeźni? A może to tylko kosz­marny sen?

W tym mo­men­cie jej spa­ni­ko­wany i wciąż otu­ma­niony umysł wresz­cie się prze­bu­dził.

- Mu­szę wró­cić tam, gdzie się obu­dzi­łam!

Stół, piła, rząd ha­ków pod su­fi­tem. To ja­sne. Tam tra­fiają zwie­rzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w któ­rej są uśmier­cane, a za nią rampa, przez którą są pę­dzone do rzeźni.

Wyj­ście.

Za­wró­ciła na pię­cie i po­gnała z po­wro­tem. Byle zdą­żyć przed tam­tymi. Kim­kol­wiek są.

Była szybka. W kilku su­sach do­pa­dła cięż­kich drzwi, przez które do­piero co wy­szła. Sko­czyła do hali, mi­nęła stół i piłę, do­strze­gła ko­lejne drzwi, pew­nie pro­wa­dzące do ubojni. Rzu­ciła się ku nim.

I za­raz za­ha­mo­wała.

Zo­ba­czyła ich. Wcho­dzili ko­lejno, za­trzy­my­wali się, mie­rzyli ją wzro­kiem. Jakby oce­niali pół­tu­szę.

Męż­czyźni. Nie wy­glą­dali na po­twory. Ten z pra­wej był ni­ski i pulchny, o jo­wial­nej twa­rzy. Środ­kowy był wyż­szy, ale znacz­nie star­szy. Po le­wej stał naj­młod­szy, z brzusz­kiem ry­su­ją­cym się pod dre­sową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko po­na­pa­wać się tro­chę jej stra­chem? Za­żar­to­wać?

Nie. W ich oczach było coś, co od­bie­rało na­dzieję. Oni chcieli ją skrzyw­dzić. Skoro jed­nak spra­wiali wra­że­nie zwy­czaj­nych fa­ce­tów w wieku jej taty, to może da się ich ubła­gać? Prze­pro­sić? Prze­ko­nać, żeby zo­sta­wili ją w spo­koju?

- Nie rób­cie mi nic złego - usły­szała wła­sny, po­twor­nie za­chryp­nięty głos. - Ja... Ja je­stem dziec­kiem.

Gwał­tow­nie drgnęła, kiedy ktoś się ode­zwał tuż za jej ple­cami. Nie zro­zu­miała słów, męż­czy­zna mó­wił po nie­miecku. To mu­siało być coś za­baw­nego, bo ci przed nią tu­bal­nie za­re­cho­tali.

Od­wró­ciła się po­woli, bo­jąc się tego, co zo­ba­czy. Uj­rzała sym­pa­tycz­nego kie­rowcę mer­ce­desa, fa­ceta mię­dzy trzy­dziestką a czter­dziestką, lekko ły­sie­ją­cego, do­syć wy­so­kiego. Pa­trzył na nią ciem­nymi, lekko za­mglo­nymi oczami we­sołka, który nad­używa al­ko­holu. Znała ta­kie spoj­rze­nia. W po­bli­skim mia­steczku pełno było ta­kich fa­ce­tów.

Stru­chlała. Płytki od­dech nie mógł za­pew­nić jej trze­po­czą­cemu prze­ra­że­niem sercu wy­star­cza­ją­cej ilo­ści tlenu. Za gar­dło za­czął ła­pać ją szloch.

- Da­lej już nie uciek­niesz, ty mała kurwo.

W jego gło­sie brzmiała nie tyle złość, ile ra­czej drwina. Szy­dził z niej. Sy­cił się jej prze­ra­że­niem. To ją otrzeź­wiło. Wzbu­dziło złość. Oszust. Po­ry­wacz. Gno­jek, który ją uśpił i uło­żył na stole do dzie­le­nia mięsa.

- No da­lej, dziwko. Bła­gaj o li­tość.

W piersi wzbie­rała jej fu­ria. Zwy­czajny fa­cet w sta­dzie in­nych zwy­czaj­nych fa­ce­tów, mó­wiący ję­zy­kiem be­stii. Nie, nie bę­dzie go o nic pro­sić.

Spoj­rzała w górę, ku rzę­dowi lśnią­cych i ostrych jak dia­bli ha­ków. Zro­biła dwa kroki roz­biegu, pod­sko­czyła i chwy­ciła je­den. Tak jak my­ślała, był tylko lu­zem wło­żony w otwór pro­wad­nicy. Bez trudu go z niej wy­biła.

Fa­cet sto­jący przed nią wy­ba­łu­szył ze zdzi­wie­nia oczy.

- Co? Co ty...

Nie po­zwo­liła mu skoń­czyć. Na­gle wy­dał jej się ża­ło­sny i słaby. Cała jego siła opie­rała się na pod­stę­pie i aplau­zie tych pa­ja­ców w dre­sach.

Z roz­ma­chem wbiła mu ostry i lśniący hak w ra­mię. Wy­soko, aż pod sam roz­ja­rzony zim­nym świa­tłem ja­rze­nió­wek su­fit, wzniósł się jego kwik.