TERAZ
Warszawa. Listopad. Czwartek
Ogolony, w najlepszej marynarce i wyglansowanych butach, siedział w swoim golfie, obserwując wyjście z apartamentowca przy małej uliczce Nowaka-Jeziorańskiego na Gocławiu. Z pradawnego, trzaskającego radia płynęły wiadomości. Nie zdziwił się nawet specjalnie, kiedy w pewnym momencie usłyszał głos Jolki. Przedstawiona przez reportera jako rzeczniczka prasowa komendanta stołecznego policji, mówiła o jakimś brutalnym morderstwie popełnionym na młodej kobiecie, której jeszcze nie udało się zidentyfikować. Obcięte dłonie, nagie ciało porzucone w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Koszmar, który Bończak opisywała w krótkich słowach, tchnących zawodową pewnością siebie. Żadnych emocji, żadnego jąkania się czy niepotrzebnych szczegółów zbrodni. Fakty podawane przez znającego swoją wartość fachowca.
Wyrobiła się - pomyślał z dumą Konecki.
Z dumą, ale i bolesnym ukłuciem zazdrości. Ona wciąż była policjantką. A on już nie.
Pamiętał jej początki w wydziale prasowym, zaledwie kilka miesięcy temu. Wtedy wydawała się nieco zagubiona, przytłoczona presją dziennikarzy uzbrojonych w dyktafony i kamery. Pocieszał ją, dodawał otuchy, kibicował. Teraz już tego nie potrzebowała. Brylowała w programach śniadaniowych, wieczornych debatach publicystycznych, ulicznych relacjach na żywo. Kamera ją lubiła, media akceptowały. Już teraz miała kilka propozycji pracy w kilku stacjach. Nagle strasznie zachciało mu się wziąć ją w ramiona.
Bezwiednie poprawił wsteczne lusterko, w którym odbijała się fasada obserwowanego przez niego wielopiętrowca. Musi się skoncentrować, żeby nie przegapić wyjścia Stokrockiej. Pewnie wyjedzie z podziemnego garażu swoim lexusem RX. Dzięki starym znajomościom w drogówce znał jego numery rejestracyjne, kolor i historię mandatów. Wyłącznie dwa rodzaje wykroczeń: przekroczenie prędkości i parkowanie w miejscach niedozwolonych. Wyglądało na to, że "Stokrotka" miała żywy temperament i nie liczyła się z innymi.
Żebym tylko za nią nadążył tym struclem. - Uśmiechnął się do siebie.
Ciągle nie mógł oderwać myśli od Jolki. Kurczę, jak dziwnie się to wszystko poukładało. Jeszcze na początku roku, podczas tamtej sprawy, która ostatecznie okazała się grobem dla jego policyjnej kariery i trampoliną do awansu Jolki, zadziorna policjantka budziła jego niechęć. Rzeczywiście pokątnie przezywali ją lesbą. Była nieprzystępna, zimna, ubrana w stylu militarnym. A potem to wszystko wywróciło się do góry nogami. Śledztwo zakończyło się krwawym paroksyzmem, w wyniku którego on musiał zastrzelić człowieka, a ona, cóż, rozkwitła. I spojrzał na nią zupełnie innymi oczami.
- Czy to, co jest między nami, przetrwa? - zadał pytanie swojemu odbiciu w lusterku.
Bo przecież nie dotrzymywał jej kroku. Źle znosił wydalenie ze służby. Nie mógł odnaleźć się w samotnej pracy prywatnego detektywa. Kiedyś, gdy był na służbie, nie mógł opędzić się od innych gliniarzy. Kiedy chciał spokojnie pomyśleć, musiał zamykać się w kiblu albo wychodzić z komendy na parking. Teraz brakowało mu tego wiecznego gwaru, zaczepek, nawet awantur. Dziś w pracy był sam jak palec. A świadomość, że musi osobiście płacić podatki, składki na ZUS i raty kredytu, przyprawiała go o mdłości. Wcześniej nie martwił się o przyszłość. Pensja była, jaka była, ale wpływała na konto regularnie. Teraz regularnie przychodziły do niego jedynie monity z banku. To wytrąciło go z niepewnej równowagi, jaką po śmierci córki i odejściu żony odzyskał raptem niewiele ponad pół roku temu. I żeby nie zacząć wariować, znów sięgnął po benzodiazepiny. Kiedyś psychotropy wyciągnęły go z czarnej otchłani. A teraz? Nie był w rozpaczy, tylko się bał. Tylko? Wydalenie z policji wstrząsnęło nim mocniej, niż sam przed sobą przyznawał. Nie był już gliną, a nie czuł się detektywem. I, szczerze mówiąc, nie chciał się nim poczuć. Kim więc był?
Tymczasem Jolka wyrastała na gwiazdę, osobę rozpoznawalną. Nadskakiwali jej przełożeni. On nie mógł się pochwalić choćby cieniem podobnych sukcesów. Nawet licencję prywatnego detektywa zdobył z niemałym trudem. Jako człowiek zwolniony z policji w zasadzie nie powinien jej dostać. Na szczęście resort rozstał się z nim na zasadach porozumienia stron, a nie dyscyplinarki, jakoś więc udało się ominąć tę rafę. Potem jednak wypłynęła sprawa pozwolenia na broń. Egzamin zdał bez problemu, ale badania psychologiczne... Musiał niemal klękać przed policyjnym profilerem o szerokich znajomościach w światku psychologów, Grzegorzem Pac-Zamajskim, z którym nie bardzo się lubili, kiedy był jeszcze gliniarzem, i prosić go o pośrednictwo w wygładzeniu paru punktów w teście. Ile czasu Jolka będzie tolerować u swego boku sfrustrowanego, uganiającego się za banalnymi zleceniami prywatnego "łapsa" ze zwyżkującą nadwagą?
- Myśl o zleceniu! - Bartek przywołał się do porządku, koncentrując wzrok na szczegółach widocznych w zamglonym patyną dziejów wstecznym lusterku.
Musiał, bezwzględnie musiał uporać się z tym szybko. Dlatego dobrze się przygotował. Przez swoje dawne kontakty sprawdził Stokrocką w Urzędzie Dzielnicy Warszawa Praga-Południe. Mieszkała sama, była stanu wolnego, bezdzietna. U zaprzyjaźnionego teleoperatora ustalił numer jej komórki i - co było trudniejsze, a w dodatku wymagało wyłożenia pięciu stów łapówki - typ jej telefonu. Na szczęście miała smartfona, mógł więc wysłać jej ukrytego esemesa z wirusem wygenerowanym przez całkiem legalnie kupiony program MobileSpy. Teraz już miał ją na oku. Pozycja GPS, numery połączeń, strony, na jakich logowała się w internecie.
Sarkastycznie uśmiechnął się na myśl o tym, że wszystkie te czynności, które wykonał wczoraj w ciągu jednego dnia, zajęłyby mu - gdyby nadal był policjantem - co najmniej tydzień. Samo uzyskanie zgody sędziego i prokuratora na tak szeroko zakrojoną inwigilację wymagałoby wypełnienia szuflady kwitów. Zdawał sobie jednak dobrze sprawę z tego, że postępuje nielegalnie. Bezczelnie łamie prawo. I, szczerze mówiąc, mocno go to uwierało.
- Tylko ten jeden raz - obiecał sobie. - Szybka forsa, uregulowanie zaległych rat oraz czynszu i wracam do uczciwej działalności.
Z budynku wyszła kobieta. Początkowo nie zwrócił na nią specjalnej uwagi, bo spodziewał się raczej, że Stokrocka wyjedzie samochodem. Smukła sylwetka, krótka kurteczka, artystycznie podarte dżinsy, sportowe buty. Rozejrzała się wokół, zlustrowała samochody zaparkowane wzdłuż ulicy. I to dało mu wreszcie do myślenia. Czy to ona? Szła szybko, drobnymi krokami, w kierunku centrum handlowego Promenada. Blond włosy upięte w kok, na nich różowa bejsbolówka z daszkiem nasuniętym na oczy. Tak, to Amelia Stokrocka.
Odczekał chwilę, a potem wygramolił się z samochodu. Niespiesznie ruszył jej śladem. Była wysoka, nosiła się prosto, więc nawet gdy po przekroczeniu obrotowych drzwi oboje wmieszali się w tłum kłębiący się między drogerią a sklepem spożywczym, wciąż widział ją z daleka. Szła, nie zatrzymując się przy wystawach, prosto do celu. Czyli dokąd?
Dziewczyna minęła przeszkloną windę z wypukłym oknem i doszła do sztucznego stawu ciągnącego się wzdłuż głównej alejki. Obojętnie przeszła obok wejścia na schody prowadzące do górnych restauracji i kompleksu fitness.
Czy kierowała się do drugiego wejścia? Może zaparkowała tam samochód i w ten sposób chce przechytrzyć ewentualny ogon?
Nie. Zaledwie pięćdziesiąt metrów od drzwi zatrzymała się przy małej kafejce. Stoliki ustawione wokół fontanny, mały barek, jedna kelnerka. Usiadła. Konecki minął ją i wszedł na pobliskie schody, a potem na antresolę, z której mógł bezpiecznie obserwować jej stolik.
Bartek założył, że mogła zapamiętać wysokiego faceta w garniturze idącego jej śladem, więc włożył okulary OTP z wbudowaną minikamerą, zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli. Drobna zmiana wyglądu, ale zawsze.
Mógł sobie na to pozwolić, bo nie zabrał ze sobą sig sauera - legalnie kupionego kopyta, na które wykosztował się po zwolnieniu z policji. Zakładał, że Stokrocka umówi się z kimś w restauracji lub klubie, w którym jest selekcja. Nie chciał narobić rabanu, gdyby ochrona zauważyła szelki kabury pod marynarką.
Do jej stolika podszedł jakiś facet. Dżinsy o niemodnym kroju i skórzana kurtka tureckiego typu, nałożona na sweter ze wzorkiem. Czarne włosy gęsto przetykane siwizną. Bartek uruchomił nagrywanie w okularach i lekko zbiegł po schodach. Podszedł bezpośrednio do barku, poprosił o kawę, dyskretnie się obejrzał.
Na Don Juana, który uwiódł telewizyjną gwiazdę, gość raczej nie wygląda - pomyślał.
Siedzieli zaledwie kilka metrów od niego. Stary pokazywał właśnie Stokrockiej zawartość tekturowej teczki wiązanej na tasiemki. Nie dało się usłyszeć, o czym mówili, nie widział dokładnie zawartości teczki, wydało mu się jednak, że są to wycinki gazet. Raczej starych, pożółkłych.
Zaszumiał ekspres, barmanka zdążyła dopiero nalać mu espresso, kiedy tamci już wstawali. Amelia Stokrocka wcisnęła dziadkowi jakiś banknot, chyba stówkę.
- Niech pan go znajdzie, bardzo proszę!
Ostatnie słowa dziewczyna powiedziała głośniej i Konecki nareszcie coś usłyszał. Tamten najpierw ostentacyjnie protestował, potem schował forsę do kieszeni.
- Spróbuję - obiecał.
Na pożegnanie cmoknął ją w dłoń. Ona skierowała się z powrotem w głąb galerii handlowej, on do drzwi na zewnątrz.
Za kim teraz?
Wahał się tylko parę sekund. Łyk kawy i ruszył za mężczyzną. Niższy od niego o pół metra człowieczek szedł zamaszyście w stronę kładki wiodącej na drugą stronę dwupasmowej Ostrobramskiej. Bartek z powrotem włożył marynarkę, ale zostawił sobie okulary. Dziewięćdziesiąt minut nagrywania na jednej baterii, nie ma co oszczędzać. Na kładce trzymał się dość blisko za swoim obiektem, zastanawiając się równocześnie, jak to rozegrać. Musiał dowiedzieć się, kim jest ten facet, a równocześnie nie spłoszyć Stokrockiej, do której dziadek na pewno by zadzwonił, gdyby Konecki przycisnął go za mocno.
Siwowłosy zszedł prosto na przystanek. Wychylił się poza krawężnik, patrząc na jezdnię biegnącą prosto aż do wiaduktu nad węzłem Marsa. Do przystanku zbliżał się autobus.
Zaraz wsiądzie. I co dalej? Telepać się za nim przez miasto i zostawić Stokrocką bez nadzoru?
W ostatniej chwili, kiedy pospieszne 520 już zwalniało, Bartek zaszedł tamtemu drogę. Człowieczek podniósł na niego zaskoczone, ale całkiem przenikliwe oczy. Miał gęste, krzaczaste brwi opadające nierówną firanką na powieki, szerokie usta i pobrużdżoną zmarszczkami cerę. Konecki uświadomił sobie, że jest starszy, niż wydawało się z daleka. Jakieś sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat.
- Dzień dobry panu! - Wyciągnął rękę do nieznajomego.
Tamten niechętnie odwzajemnił uścisk. Lekki, spotniały, niezdecydowany.
- Nie poznaje mnie pan? Nazywam się Arkady Wodecki.
Oczy tamtego zmierzyły go badawczo, twarz jednak nawet nie drgnęła.
- Przyznam, że pana nie poznaję - wycedził.
- No tak - zmartwił się nieszczerze Bartek. - To już parę ładnych lat.
Uczynił gest, jakby miał się wycofać. Smętnie zwiesił głowę.
- Przepraszam - zreflektował się facet. - Naprawdę nie pamiętam. Tyle spraw, tyle osób...
Bezradnie rozłożył ręce, a Konecki pospiesznie analizował każde jego słowo. "Tyle spraw"? Czyżby emerytowany policjant? Albo prokurator? Nie wyglądał na gliniarza.
W tym momencie na przystanku zatrzymał się autobus.
- Muszę lecieć, to mój - usprawiedliwił się tamten. - Proszę kiedyś zadzwonić, pogadamy - rzucił, robiąc krok do wejścia.
Ostatecznie się jednak zawahał i zapytał jeszcze:
- Pisałem kiedyś o panu?
Bartek, nawet gdyby chciał, nie zdążyłby odpowiedzieć. Drzwi zamknęły się z sykiem. Bingo. "Pisałem kiedyś o panu?". A więc dziennikarz.
***
Lubił mieszkanie Jolki przy ulicy Świętojerskiej, a mimo to - choć mieszkał tu już pół roku - wciąż jeszcze nie umiał pomyśleć o nim: "Mój dom". Leżały tam jego rzeczy, sypiał tam codziennie, dorzucał się do czynszu, wciąż jednak czuł się jak gość.
Ostatnie, czwarte piętro, dwa obszerne pokoje, wąska, ale widna kuchnia. Okna salonu i balkon wychodziły na Świętojerską, sto metrów od ulicy Freta, czyli oblepionego turystyczną melasą Starego Miasta. Z kuchni i sypialni widać było z kolei porośnięty olchami skwerek, z ławkami zajętymi przez emerytów. Cisza, spokój, dyskretny urok luksusu. Zanim się do niej sprowadził, mieszkał w małej klitce w dziesięciopiętrowcu przy Gibalskiego. Okna tamtego mieszkania wychodziły na parking, na którym dzieciaki kopały piłkę, przy drzwiach do klatki pijaczkowie konkurowali z zakapturzoną młodzieżą o najlepsze miejsca na gazonach dawno zdeptanych kwiatów. Tam jednak czuł rozedrgany nerw miasta. Tu miał wrażenie, że trafił do scenografii rodem z sitcomu. Nie wyobrażał sobie jednak, żeby Jolka zgodziła się zamieszkać z nim na Gibalaku. Zresztą mieszkali już tam lokatorzy, a pieniądze z wynajmu zasilały bieżący budżet Joli i Bartka.
- O, zjawił się mój Philip Marlowe! - Jolka siedziała w szlafroku przed telewizorem.
Zabawne, ale na ekranie też ją widział. W regulaminowo zapiętym czarnym mundurze z napisem "Policja" na kołnierzyku, z intensywnym spojrzeniem zielonych oczu i gładko zaczesanym kokiem mówiła o zamordowaniu młodej kobiety, której personalia oraz profesję już ustalono. Marta S., osoba nieletnia trudniąca się prostytucją.
Bezwiednie porównał obie wersje komisarz Jolanty Bończak. Tę służbową, prostą jak struna, z biustem wypiętym dumnie ku oku kamery, i domową, w lekko zmechaconym szlafroku, ze związanymi kokonem ręcznika świeżo umytymi włosami i w grubych okularach, które zastąpiły rozjaśniające barwę oczu szkła kontaktowe. Ta druga bardziej go kręciła.
- Gdzie byłeś? - Jolka podniosła się z fotela.
Kiedy wstawała, poła szlafroka odchyliła się, pokazując drobną, zadziornie sterczącą pierś. Bartkowi zrobiło się gorąco.
- Mam zlecenie! - Szybko zdjął marynarkę i zaczął rozpinać koszulę.
- Niewierny mąż? Podejrzana niania? Barman podkradający drobniaki ze słoika na napiwki? - Przesunęła palcem po jego porośniętym blond loczkami torsie.
Rzucił jej szybkie, badawcze spojrzenie. Czy z niego kpiła? Zaraz jednak parsknął tylko odrobinę wymuszonym śmiechem.
- Śledzę taką jedną...
- Ładna? - Kolejne pytanie nadeszło, zanim jeszcze przebrzmiała jego odpowiedź.
Piękna i bestia - pomyślał.
Czy to możliwe, że była o niego zazdrosna?
- Jakie nagranie? - zapytał, uświadamiając sobie, że Jolka coś powiedziała.
- Pytałam, czy masz ją na filmie - odparła, wskazując na okulary OTP wystające z wewnętrznej kieszeni marynarki, którą dopiero co powiesił na oparciu krzesła.
- Nie mogę ci pokazywać materiałów dotyczących klienta. - Bartek postanowił się z nią poprzekomarzać.
- W takim razie sam odgrzewaj sobie kolację! - Jolka podjęła grę, teatralnie wzruszając ramionami i odwracając się do telewizora.
Na ekranie nie było już jej twarzy. Zastąpiły ją "operacyjne zdjęcia policji". Leżące w krzakach, chyba na leśnym igliwiu, zwłoki nagiej kobiety z odciętymi dłońmi. Twarz i miejsca intymne oczywiście zamazano, ale widok i tak raził bezceremonialną brutalnością. "Wyjątkowe okrucieństwo", "diabelska perfidia", "zbrodnia bez precedensu" - spiker nie szczędził mocnych słów komentarza. Cóż, było po jedenastej w nocy, stacja mogła pokazać więcej, żeby zadowolić co bardziej wymagających odbiorców...
Konecki się wzdrygnął. Nigdy nie lubił widoku trupów. Nawet kiedy oglądał je regularnie w Wydziale Terroru Kryminalnego. Czym prędzej przeniósł spojrzenie na Jolkę i dostrzegł, że kołnierz szlafroka zsunął jej się z ramienia, odsłaniając opaloną skórę.
Samoopalacz czy chodzi do solarium?
Ogarnęła go fala pożądania. Podszedł, nachylił się, musnął jej ciało ustami. Skóra Jolki nie pachniała samoopalaczem. Delikatnie wsunął dłoń przez połę szlafroka, dotykając jej drobnych piersi.
- Przestań, łaskoczesz mnie! - Lekko go odepchnęła.
- Dobra, pokażę ci to nagranie.
- Nie musisz. Żartowałam.
Stała odwrócona do ekranu, na którym brutalne obrazy zbrodni zdążył już zastąpić głupiutki uśmiech prezenterki zapowiadającej prognozę pogody. A potem przyciągnęła go do siebie.
***
- Bo wiesz... - powiedział pół godziny później, kiedy leżeli nadzy na dywanie, przykryci jedynie kapą z sofy. - Pomyślałem, że mogłabyś mi pomóc rozpoznać na tym moim dzisiejszym filmie takiego jednego facia.
Zerknęła na niego z uśmiechem.
- Ciągle stare gliniarskie nawyki, co? - Klepnęła go w ramię. - Nawet w czasie radosnego bzykanka myślisz o robocie?
Poczuł się głupio.
- Przyszło mi to na myśl dopiero teraz!
- Mnie też obowiązuje tajemnica służbowa! - Tym razem to ona się przekomarzała.
Oparła głowę na zgiętej w łokciu ręce. Narzuta zsunęła się z jej ramion i piersi.
- To nie jest związane z twoją pracą w policji - zaczerwienił się. - Chodzi o zidentyfikowanie... - poczuł, że znów ogarnia go podniecenie - pewnego dziennikarza. A ty masz przecież znajomości w świecie mediów.
- Próbujesz skłonić funkcjonariuszkę policji do popełnienia wykroczenia.
- Ale przynajmniej nie jesteś na służbie. Zawsze to jakaś okoliczność łagodząca.
- Skąd wiesz? Może jestem agentką pod przykryciem?
- W takim razie musisz bardziej zaangażować się w swoją rolę... - Spróbował przyciągnąć ją do siebie, ale zwinnie mu się wymsknęła.
- Dam się skorumpować, jeśli obiecasz mi jeszcze jeden numerek.
- Z największą ochotą!
- W takim razie pokaż, co tam nagrałeś.
Jolka wstała. Narzuta spłynęła po jej ciele, a on zapatrzył się w jej zgrabny tyłeczek.
- Chcesz zaliczkę już teraz?
Podeszła do odwieszonej marynarki, wyjęła okulary OTP i sprawnie połączyła ich pamięć z telewizorem.
- Wolę zainkasować całość później - odpowiedziała, włączając odtwarzanie.
Na ekranie pojawiła się scena z Promenady.
- Amelia Stokrocka. - Natychmiast rozpoznała dziewczynę. - To ją masz śledzić?
Bartkowi wydało się, że w jej głosie słyszy nutę podziwu. Czyżby jej zaimponował?
- Co o niej wiesz? - spytał.
Bardzo kobiece wzruszenie ramion, mające dać mu do zrozumienia, że temat nie jest godzien specjalnego pogłębienia.
- Podopieczna pewnego producenta filmowego. Ma w środowisku opinię puszczalskiej, ale takiej, która się umie ustawić. Mówi się o niej, że może zajść wysoko.
Puszczalska - odbiło mu się echem po głowie.
- Tak naprawdę to chciałem cię spytać o tego faceta - przewinął film, zatrzymując klatkę na scenie z przystanku autobusowego.
- Nie kojarzę.
- To dziennikarz, ale chyba z jakiejś gazety - uściślił Konecki, przypominając sobie pożółkłe wycinki z teczki przekazanej Stokrockiej. Co było w tych zetlałych skrawkach papieru, że dała mu za nie sto złotych?
- Pismaków gorzej kojarzę. Mam do czynienia raczej z telewizorami.
Pismacy. Telewizory - zaśmiał się w duchu. - Już przyswoiła ten medialny slang.
- A mogłabyś trochę popytać? Tak przy okazji. Może któryś z dziennikarzy go sobie przypomni?
Skinęła głową.
Puszczając kadr ze swojego filmu na drukarkę, poczuł, jak Jolka zarzuca mu od tyłu ręce na szyję. Powoli się do niej odwrócił.
- Pani komisarz, to bezprawne użycie środków przymusu bezpośredniego!
- Bądź cicho i rób, co ci każę, bo inaczej przykuję cię do kaloryfera! - wydyszała mu prosto do ucha.