Kręgi - Zbigniew Zborowski
44.90 zł

Reflow text when sidebars are open.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Korek zaczynał się już w połowie ulicy Sanguszki. Opadającą łukiem ku Wisłostradzie drogę wypełniały samochody rozedrgane poranną nerwowością kierowców. Pół metra do przodu, trochę w lewo, trochę w prawo. Na sąsiedni pas. Z powrotem. Byle zachować złudzenie, że jednak posuwam się do przodu.
Z miejsca, w którym uliczka łączyła się z najważniejszą arterią stolicy, dobiegały wysokie dźwięki klaksonów, złowrogie pomruki motorów, nerwowe błyski czerwonych świateł stopu. Na wszystkich - obojętna wobec buchającego złą energią kłębowiska - padała sobie drobna, jesienna mżawka.
- Tylko spokojnie - wyszeptał do kierownicy Bartosz Konecki. - Jeszcze parę chwil i będę w biurze.
Wyobraźnia natychmiast podsunęła mu tę wyczekiwaną chwilę. Zobaczył, jak otwiera drzwi i od razu kieruje się do biurka. Przeszukuje szufladę, wyjmuje opakowanie alpraksu, bierze tabletkę i popija kranówką. Kilka chwil i wszystko się kończy. Ogarniają go spokój i poczucie bezpieczeństwa. Myśli się prostują, a wspomnienia wracają tam, gdzie ich miejsce - do ciemnej jamy zapomnienia.
Korek znów ruszył. Dwa, cztery, pięć metrów. Ładny skok. Zdezelowany golf dwójka, zabytek motoryzacji kupiony przez Bartka pół roku temu za grosze od faceta, który nie patrzył mu w oczy, zadymił czarną sadzą, zaterkotał wysłużonym silnikiem diesla i minął łuk obok stacji benzynowej. Dalej rozpościerał się widok na kompletnie zapchaną autami trzypasmówkę biegnącą wzdłuż rzeki.
W tylnej szybie samochodu jadącego przed golfem - granatowe suzuki liana, rzadki model - Konecki zobaczył twarz młodej kobiety.
Odwrócona w jego stronę dziewczyna musiała chyba klęczeć na swoim fotelu. Jej wzrok wydał mu się nieprzytomny, błędny, zagubiony. Pijana? Ćpunka? A może wariatka?
Alprax. Że też musiał zostawić go w biurze. Gdyby miał teraz przy sobie choć jedną pigułkę... Ale cóż. Jolka zrobiła się ostatnio bardzo czujna. Zmieniał leki i opakowania, żeby ją zmylić, ale to przestawało już działać. Szybko nauczyła się rozpoznawać tabletki każdej odmiany benzodiazepiny, która pomagała mu utrzymywać się w pionie: Diazepam, Lorafen, Xanax. Od kiedy wywaliła mu ledwo napoczęte opakowanie Neurolu, wolał nie ryzykować i trzymał leki w pracy. To skazywało go jednak na bolesne konfrontacje z każdym kolejnym porankiem.
- Odstaw to świństwo, Bartek! - Jolka mówiła to poważna i zatroskana, co budziło w nim jeszcze większy niepokój. - Dlaczego znowu bierzesz? Co się dzieje? Robię coś źle? Czymś się gryziesz?
Cholera. Jasne, że to nie jej wina. Tylko jak jej to wytłumaczyć? Ich życie było sielanką. Było? Właściwie powinno być. Jolka się starała. Kochała go, to pewne. I on ją też. Spędzali ze sobą fantastyczne chwile. A jednak od środka zżerał go robal o wielu imionach. Niepewność. Strach. Przerażenie. Nuda.
Znów spojrzał na dziewczynę za szybą. Nie zmieniła pozycji. Wciąż wyglądała zza zagłówka swojego fotela. Ich spojrzenia się spotkały. Naraz wydało mu się, że w jej zamglonym wzroku dostrzega prośbę. Błaganie o pomoc.
Nie wariuj - upomniał się w myślach. Nic się nie dzieje, laska po prostu nie zdążyła napić się kawy.
Mimo to niepokój narastał. Bartek zaczął już nawet całkiem serio rozważać wyjście z samochodu, podejście do tamtego auta, a potem...
Mógłbym zapukać w szybę i grzecznie spytać, czy wszystko w porządku. A gdybym uznał, że...
Zauważył go w ostatniej chwili. Srebrna mazda przecięła podwójną ciągłą, wyprzedziła kilka aut, pędząc po łuku drogi pod prąd, i teraz, unikając czołowego zderzenia z jadącą pod górę ciężarówką, wepchnęła się właśnie przed niego. Tuż przed balustradą rozdzielającą na zakręcie dwa pasma ulicy. W ostatniej chwili zahamował i odruchowo nacisnął klakson. Golf szarpnął się na zużytych amortyzatorach. Kierowca mazdy otworzył okno i wystawił środkowy palec. Ręka w białej koszuli, dobry zegarek na nadgarstku. Pewnie menedżer średniego szczebla w drodze do swego korporacyjnego raju.
Konecki zacisnął wielkie dłonie na wątłym kole kierownicy. Twardy ebonit - czy z czego tam przed ćwierćwieczem robiono koła sterowe volkswagenów - zaskrzypiał i lekko ustąpił.
- Spokojnie, zaraz będę w biurze - powtórzył swoją poranną modlitwę Bartek.
Już nie myślał o tamtej dziewczynie.
Wiedział, że ma problemy z kontrolowaniem agresji. To był efekt uboczny abstynencji benzodiazepinowej, pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie łyknął na czas kolejnej tabletki. Dwa miesiące temu, gdy próbował odstawić psychotropy, stłukł do nieprzytomności pewnego tatusia, który w jego obecności strzelił na odlew w pysk swojego kilkuletniego chłopca. Tatusia miał tylko wyśledzić na zlecenie mamusi. Facet zgarnął swojego syna spod szkoły i zniknął. Jego żona, z którą koleś właśnie toczył w sądzie bezpardonowy bój zwany sprawą rozwodową, odchodziła od zmysłów. Tatuś wcześniej niezbyt interesował się dzieciakiem, wolał towarzystwo tancerek go-go, ale gdy żona złożyła pozew, uznał, że odbierze jej chłopaka. Konecki wypełnił swoje zadanie i czekał tylko na przyjazd zleceniodawczyni. Nie miał prawa się mieszać. A jednak się nie powstrzymał.
Sznur samochodów znów ruszył. Pierwszy bieg, a potem - alleluja! - nawet i drugi. I w tym momencie facet w srebrnej maździe raptownie zahamował. Nie musiał, mógł jechać dalej, ale najwyraźniej uznał, że sprawa z golfem, który na niego zatrąbił, wymaga dokończenia.
Bartek wdepnął środkowy pedał, a klocki hamulcowe zaprotestowały wysokim piskiem. Omal nie zarył nosem w przednią szybę.
- Spokojnie. - Po raz trzeci spróbował swojej mantry. - Tylko spokojnie.
Sprawa pobicia tamtego tatusia, mimo korzystnych zeznań chłopca złożonych w obecności psychologa, wciąż była w toku. Nie mógł sobie pozwolić na kolejną burdę. Siedział więc napięty jak pięść za kierownicą dychawicznego volkswagena i niemal błagał w myślach tamtego, żeby odpuścił.
Jednak kierowca mazdy najwyraźniej brak reakcji na zaczepki odczytał jako słabość. Srebrne drzwi otworzyły się i wypluły ubranego w koszulę, spodnie od garnituru i krawat osiłka o sprężystych mięśniach, w pocie czoła wypracowanych w klubie fitness w ramach karnetu pracowniczego VIP plus.
- Coś ci się nie podoba? Masz jakiś problem, frajerze? - Głos dobiegł do wnętrza kabiny golfa przez zamkniętą szybę.
Bartek rozpaczliwie wpatrywał się w majaczącą w oparach mgły Wisłę.
- Spokojnie, zaraz będę w...
Plask! Krawaciarz potraktował maskę golfa z otwartej. Bartek niemal usłyszał szmer osypującej się rdzy. Alprax. Potrzebował go.
Kierowca mazdy był już przy drzwiach. Szarpnął klamkę. Zamaszyście otworzył.
- Pytałem, czy coś ci się...
Konecki powoli oderwał wzrok od skłębionych wirów Wisły i przeniósł go na korporacyjnego rekina. Niespiesznie odpiął pas i wystawił przez próg nogę, a za nią resztę swojego nazbyt zwalistego ciała. Oczy podobno są zwierciadłem duszy. Kiedy spojrzenia Bartka i krawaciarza w końcu się spotkały, goguś cofnął się, przyklapł i zerknął nerwowo w bok, jakby czekał na odsiecz. Odchrząknął, a jego grdyka wykonała rozpaczliwy skok w górę i w dół.
- Ja, ee... - W jego głos wkradły się nieco piskliwe tony.
Bartek położył ciężką dłoń na śnieżnobiałym ramieniu, nachylił się nad opaloną w solarium twarzą i pojednawczo zamruczał wprost w rozszerzone strachem źrenice:
- Miłego dnia. A teraz spadaj, pajacu.
***
Konecki nie lubił swojego biura. Miejsce niby idealne - między rondem Wiatraczna a placem Szembeka. Tuż nad salonem gier Las Vegaz, blisko sklepu Alkohole 24 h, obok ruchliwej Grochowskiej. Skromny szyld widać było z przejeżdżających obok tramwajów, autobusów i stojących na światłach samochodów. Mimo to nie umiał zapuścić tutaj korzeni. A może to nie była wina miejsca, lecz katastrofalnego stanu jego finansów? Wciąż nie chciał się do tego przyznać, nawet sam przed sobą, ale wyglądało na to, że się przeliczył. Na palcach obu rąk mógłby policzyć wszystkich klientów, którzy zgłosili się do niego w ciągu pierwszych trzech miesięcy funkcjonowania firmy.
- Cześć, Brudny Harry! - wesoło powitał go podobny do wieprza blondyn, ochroniarz z salonu gier, na oko sto dwadzieścia kilo muskulatury wymęczonej na siłowni.
- Cześć, Piggy - odburknął.
- Nie nazywaj mnie tak! - usłyszał oburzony głos, kiedy wspinał się po schodach długiego pawilonu handlowego.
"Agencja Detektywistyczna. Grupa Konecki" - powitała go tabliczka na drzwiach. Tabliczka jak tabliczka, zdążył się przyzwyczaić nawet do tej "grupy", której dopisanie doradziła mu Jolka. Twierdziła, że "grupa" brzmi poważniej niż jakiś tam "prywatny detektyw". Zdziwiło go co innego - o drzwi jego biura opierał się jakiś facet.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tamten był ubrany w garnitur. Zapięta marynarka ujawniała charakterystyczne uwypuklenie pod lewą pachą. Konecki natychmiast skojarzył je z kaburą pistoletu. Odkąd został detektywem, też sobie taką sprawił. Tyle że nosił luźniejsze marynarki.
Nieznajomy był o dobre pół głowy niższy od Bartka, ale przysadzista sylwetka i zdeformowane, pokryte bliznami uszy zdradzały byłego zapaśnika. Niedokładnie wygolona głowa ujawniała sięgającą głęboko łysinę i parę starych blizn. Oczy miał czarne, pewne siebie, spokojne. Był także starszy od Koneckiego o kilkanaście ładnych lat. Może nawet dwadzieścia? Na pewno dawno przekroczył już pięćdziesiątkę.
To jeden z tych, którzy zawsze dostają dokładnie to, czego chcą - pomyślał Bartek, a na głos zapytał:
- Pan do mnie?
Facet zaciągnął się papierosem i niespiesznie wypuścił strugę dymu w kierunku sufitu. Jego mięsiste usta wykrzywił cień asymetrycznego uśmiechu. Lewy kącik w górę, prawy w dół.
- Znasz się na ludziach - wycedził. - Słusznie nazwałeś tego z dołu ciotą.
- Nazwałem go Piggy. To kukiełka z Muppet Show, a nie ciota.
Bartkowi nie podobał się ten człowiek. Niepokoił go.
- Dla mnie Piggy to ciota, ale jak tam sobie chcesz. - Łysy pojednawczo wzruszył barami, po czym zgasił peta w dwóch palcach i pstryknął nim w dół schodów, ku popatrującemu na nich ochroniarzowi. - Przyszedłem w interesach. Otwierasz to swoje Miami Vice czy mam iść do konkurencji?
Wchodząc do środka, Bartek uświadomił sobie z rozdrażnieniem, że chwila sięgnięcia po alprax znacząco się oddala. I to też mu się nie spodobało.
Klient ostentacyjnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Biurko, fotel, komputer, szafa pancerna, półka skoroszytów, telewizor. I mały komplecik w rogu: niski stolik, sofa, dwa wątłe krzesła. Obok drzwi do mikroskopijnej kuchenki.
- Trochę tu drętwo. - Gość rozejrzał się z błazeńskim wyrazem twarzy. - Przydałby ci się, chłopie, barek na kółkach. Albo chociaż akwarium.
- Wolałbym, żeby się pan najpierw przedstawił. Gwarantuję dyskrecję, ale chcę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik opadł na sofkę. Mebel jęknął, coś w nim trzasnęło, ale wytrzymał. Konecki oparł się o biurko, splatając ręce na piersi.
- Grunt, że my wiemy, z kim mamy do czynienia - odparł tamten, zakładając ręce za głowę. Wypukłość pod marynarką omal nie wyrwała jej guzików.
Co on tam ma? Przedłużonego glocka? Magnum? Strzelbę myśliwską?
- Były komisarz elitarnego Wydziału Terroru Kryminalnego, obiecujący detektyw, człowiek, który miał siłę podnieść się z ciężkiego załamania nerwowego, by znaleźć ukojenie w ramionach koleżanki po fachu, a wcześniej zastrzelić podłego przestępcę. Á propos, jak ci się układa z uroczą komisarz Jolantą Bończak? Koledzy już chyba nie nazywają jej lesbą?
Góra mięsa spoczywająca na jego sofce zamilkła i przyglądała mu się z uśmiechem.
Koneckiemu pojaśniało przed oczami. Jaskrawa biel zalała pokój. Ramiona rozplotły się, dłonie zacisnęły w pięści.
Spokojnie! - surowo rozkazał sobie w myślach.
Ta prowokacja miała jakiś cel. Tamten chciał go wybadać. Chciał sprawdzić, na ile panuje nad sobą? Zweryfikować krążące swego czasu po Komendzie Stołecznej plotki, że bywa porywczy? A może wręcz przeciwnie, wybadać, czy nie jest tchórzem? Wszystko jedno. W razie potrzeby znajdzie przecież czas, żeby mu dać po gębie.
- Podkomisarz.
Brwi zapaśnika poszybowały na środek niskiego czoła w wyrazie zdziwienia.
- Co: podkomisarz?
- Kiedy mnie wywalono z policji, byłem podkomisarzem.
- Aha.
- No to skoro nie mam już przed tobą tajemnic, gadaj, grubasie, z jaką sprawą przychodzisz. Albo zrzucę cię w końcu z tych schodów.
Człowiek w opiętym garniturze rubasznie zarechotał. Kiwnął głową z uznaniem.
- Już lubię twój styl. Dam ci więc to zlecenie.
- Jakie zlecenie?
Zapaśnik przestał się śmiać.
- Amelia Stokrocka - oznajmił z lekkim patosem.
Bartek czym prędzej przeszukał zakamarki pamięci, ale nie znalazł w niej żadnego pliku o takiej nazwie.
- Kto to taki?
Wąskie, ale najwyraźniej bardzo ruchliwe brwi znów poszybowały na środek czoła.
- No co ty, chłopie? Telewizji nie oglądasz?
- Okazjonalnie. - Konecki rzucił okiem na zakurzone LCD stojące w przeciwległym rogu. Odbiornik nie był nawet włączony do kontaktu.
- Wschodząca gwiazdka ekranu. Na razie właściwie tylko pogodynka, ale już dostała rólkę w jakimś filmie, a poza tym przebąkuje się, że ma wejść do telewizji śniadaniowej. W branży wróży się jej karierę równie wielką jak jej cyce.
- Aha.
- Słabo znasz to środowisko, co? - Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo.
- Przeszkadza ci to?
- Ani trochę. - Tym razem facet pokazał w uśmiechu nawet zęby. - Ważne tylko, żebyś jej nie spłoszył. Były glina chyba tyle potrafi?
Konecki nie odpowiedział. Patrzył na gościa i zastanawiał się, z kim ma do czynienia. Wbrew swojej powierzchowności facet był całkiem inteligentny. Umiał narzucić własne warunki w rozmowie, zręcznie manipulował. Wyglądał na bandytę, ale Bartek raczej obstawiałby, że to były gliniarz. Jak on sam. Pytanie tylko, komu teraz służy?
- Mam ją śledzić? Po co? Jeśli w celu dokonania jakiegoś przestępstwa, to ci powiem od razu, żebyś...
- Spokojnie, spokojnie! - Łysy nieświadomie użył dzisiejszej mantry Bartosza Koneckiego. - Masz ją śledzić, prawda, ale tylko po to, by sprawdzić, czy się laska nie puszcza na boku. Capisci?
Zamaszystym gestem sięgnął do bocznej kieszeni marynarki i wyjął złożone na cztery dwie kartki maszynopisu. Rzucił je na stolik, a Konecki zanotował, że na jego nadgarstku błyszczy zegarek wart co najmniej dwadzieścia tysięcy.
- Przeczytaj i wyryj to sobie na pamięć. - Gość znów odezwał się władczo. - Nie mogę ci tego zostawić.
Bartek oderwał się od biurka, uświadamiając sobie, że wszystkie mięśnie ma napięte. Podszedł sztywno, rozprostował kartki i rzucił okiem. Na pierwszej adres Amelii Stokrockiej i jej cechy fizyczne. Wzrost 175 centymetrów, oczy niebieskie, szczupła budowa ciała. Na drugiej zobaczył zdjęcie pięknej blondynki z włosami związanymi w kok. Patrzyła w obiektyw lekko skośnymi, może odrobinę zbyt blisko osadzonymi oczami z intensywnością, która wypalała dziury na jego siatkówce.
- Zazdrosny mąż? - zapytał.
- Nie jest mężatką.
- Narzeczony, który chce ją sprawdzić przed ślubem?
- O ile wiem, nie planuje w najbliższym czasie małżeństwa.
- To dla kogo mam ją śledzić?
- To show-business, kolego. Show-business! - Zapaśnik poklepał się po kieszeniach, wydobył paczkę cameli i zapalił, nie pytając o zgodę ani nie częstując. - W tym świecie ludzi łączą najróżniejsze powiązania. Nie nadążysz za tym. I nie próbuj. Masz tylko wynotować, z kim i kiedy ta księżniczka się spotyka. Zdjęcia, nazwiska, o czym rozmawiali. No i oczywiście, czy daje komuś dupy.
Dym tytoniowy uderzył Bartka w nozdrza, budząc natychmiast rozpaczliwą tęsknotę za paleniem. Rzucił papierosy pół roku temu, kiedy wprowadził się do Jolki. Trzymał się tamtego postanowienia. Wystarczy, że wrócił do zażywania psychotropów... Żeby zająć czymś ręce, poszedł więc do kuchni po spodeczek (popielniczki nie miał) i podstawił gościowi. Nie chciał, żeby grubas wypalił mu dziurę w niespłaconych jeszcze meblach.
- Skoro to taka gwiazda, czemu nie wybraliście jakiejś sprawdzonej sieciówki detektywistycznej? - spytał. - Aha, i wciąż jeszcze nie wiem, z kim mam do czynienia.
Zapaśnik zaciągnął się jak lokomotywa, wstał i zhartował ledwo nadpalonego papierosa na talerzyku. Wyraźnie zbierał się do wyjścia.
- Wybraliśmy ciebie właśnie dlatego, żebyś nie zadawał takich pytań. Chyba nie narzekasz na nadmiar roboty, co? - Puścił oko. - Chcemy być pewni, że nie schrzanisz zlecenia. Byłeś niezłym gliną. Pasujesz nam. I wszystko w temacie.
Konecki dobrze wiedział, że powinien odmówić i że zgodnie z prawem nie wolno mu przyjąć zlecenia bez podpisania umowy. Ta sprawa cuchnęła na kilometr. Jednak z drugiej strony faktycznie musiał ostatnio pozwolić, by to Jolka go utrzymywała. Nie miał pieniędzy. Miał długi. A do tego codziennie śniło mu się, że jest gliniarzem. Kiedy budził się rano i dopadała go świadomość, że zamiast do pałacu Mostowskich musi jechać do jakiejś kanciapy, miał chęć wbić zęby w ścianę. Jeśli będzie odrzucał oferty z powodu etycznych czy proceduralnych rozterek, zamknie ten biznes jeszcze przed końcem roku. Kim się wtedy stanie? Utrzymankiem? Cieciem w supermarkecie? Menelem?
- Wiem, że zastanawiasz się, w co cię wrabiam. - Zapaśnik przerwał mu te rozmyślania. - Otóż bądź spokojny. Ta sprawa nie ma drugiego dna. Po prostu chodzi o laskę, której być może trochę zbyt łatwo rozjeżdżają się nogi. To twoja zaliczka.
Jeszcze nie przebrzmiały jego słowa, a na stoliku już lądował cały rulon banknotów. Bartek energicznie przełknął ślinę.
- Pięć tysięcy. Zadanie jest proste, więc spraw się szybko. A jak skończysz, zadzwoń pod ten telefon. - Mężczyzna pstryknął w jego kierunku wizytówką z samym tylko numerem. Wtedy dorzucę jeszcze dwa razy tyle.
Powiedziawszy to, od razu odwrócił się do drzwi. Nie czekał nawet na odpowiedź.
- Od jak dawna nie pracujesz w policji? - zawołał za nim Bartek.
Szerokie jak kredens z czasów sanacji plecy zesztywniały. Masywny korpus zamarł w pół kroku. Kiedy jednak łysy się odwrócił, na jego ustach znów igrał asymetryczny uśmiech.
- Od początku powtarzałem mojemu wspólnikowi, że komisarz Konecki to bystrzak - zarechotał. - I że najlepiej nadaje się do delikatnej roboty. Tylko proszę... - Znów puścił oko. - Tym razem nikogo nie zabijaj.
Wyszedł, a po chwili z dołu dobiegło jego tubalne: "Cześć, Piggy!" i urażone protesty ochroniarza. Bartek pozostał w swoim biurze z nieprzyjemną świadomością, że naprawdę został dokładnie prześwietlony. Czy tak postępuje ktoś, kto chce złożyć detektywowi banalne zlecenie? Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Pakował się w kłopoty. Ale jaki miał wybór?
Jednym ruchem zgarnął pieniądze ze stołu i schował je do kieszeni marynarki. Czuł, że przepalają mu kieszeń.
Dwa, trzy dni pracy, a potem zgarniam forsę i o wszystkim zapominam - solennie obiecał sobie w myśli, kierując się ku szufladzie biurka.
I wtedy zdał sobie sprawę, że w ogóle nie ma ochoty na tabletkę prasującą zwoje mózgowe. Może i właśnie popełnił błąd, a nawet złamał prawo. Ale znów czuł, że jest w swoim żywiole. Jak dawniej.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Lipiec 1992
"Sprawa wykryta, sprawa opita" - tej maksymie hołdowano w jego sekcji z pełnym oddaniem. Dlatego naczelnik Chałka kiwał się teraz sennie w swoim gabinecie nad aktami, rozłożonymi na biurku dla niepoznaki, brodaty komisarz Wilczyński z impetem przeszukiwał całe piętro w nadziei ustalenia miejsca pobytu ostatniej flaszki, a starszy sierżant Ława walczył ze snem w pokoju obok, udając, że przesłuchuje głównego podejrzanego, który zamiast odpowiadać na z trudem formułowane pytania, wolał gapić się na rybki w akwarium. Żenada.
Aspirant Norbert Pałucha z najwyższym trudem skrywał złość i pogardę. Siedząc bezczynnie za swoim biurkiem, na wprost maszyny do pisania, w której część zużytych przycisków zastąpiono przyciętymi pod wymiar kawałkami drewna, ćmił papierosa, żuł fusy z wystygłej, przesłodzonej kawy i wodził oczami po tym bajzlu, zwanym sekcją do spraw zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Dzielnicowej Warszawa Śródmieście.
- Banda pijaków i nieudaczników - wyszeptał bezgłośnie. - Jak się stąd nie wyrwę, utknę w tym bagnie na zawsze. Jutro napiszę na nich notatkę służbową.
Dobrze wiedział, że tamci go nie lubią. Nie ufali mu, nie uznawali za "swojaka". I pewnie podejrzewali - nie bez racji zresztą - że na nich kabluje. Starzy gliniarze, do niedawna jeszcze milicjanci, nie tolerowali młodzika, który do resortu wstąpił po sierpniowych wyborach 1989 roku, a stopień aspiranta dostał już po niespełna dwóch latach służby.
To dlatego teraz musiał siedzieć bezczynnie, kiedy cała sekcja celebrowała swój triumf.
- Triumf - prychnął w głąb siebie Pałucha. - Też mi triumf...
Tego dnia do spółki z burakami z komendy powiatowej w Wyszkowie zgarnęli cały tamtejszy gang Oriona.
- Chyba raczej gang Olsena - kontynuował swój szyderczy monolog.
Banda trudniła się drobnymi wymuszeniami, pokątnym handlem marihuaną oraz kradzieżą samochodów. I gdyby jeden z nich, niejaki Orion vel Stanisław Orecki, nie wdał się parę tygodni temu w strzelaninę pod warszawską dyskoteką Hybrydy, chłopcy bezkarnie działaliby dalej. Nikt z tych wieśniaków z Wyszkowa w życiu nie odważyłby się dobrać im do tyłków. Ale że postrzelony przez Oriona koleś wykrwawił się na śmierć, w sprawę włączyli się policjanci z ulicy Wilczej.
Przecież to ja wpadłem na to, kto strzelał! - krzyczał w myślach Pałucha, zerkając równocześnie, jak Wilczyński, w ostatniej nadziei znalezienia wódki, przetrząsa jego własną szafę pancerną, bez mrugnięcia okiem zrywając odciśnięte w plastelinie plomby. - A teraz, mimo że jestem jedynym trzeźwym w tym towarzystwie, nie pozwalają mi nawet przesłuchać tamtego nygusa.
- Te, Nowy, jest sprawa - zagaił komisarz Wilczyński. - Trzeba iść do nocnego na Marszałkowską.
Jeszcze czego! Był z nich najlepszy, ale zamiast go szanować, jedynie się nim wysługiwali. Dość tego.
- Nowy, głuchy jesteś czy niegramotny?
- Nie mogę iść - odparł hardo Pałucha. - Jestem na służbie.
Znad sąsiednich biurek, w niemym rozbawieniu, uniosły się głowy pozostałych członków sekcji - chudego jak tyczka podkomisarza Łukasza Góreckiego, krępego i obdarzonego wąsem gęstym jak lina cumownicza sierżanta Wiesiołka i kaszlącego astmatycznie posiadacza żółtej cery gruźlika komisarza Żelazko.
- Weź dwie! - Wilczyński nie zwrócił nawet uwagi na jego odmowę. - I pół sztancy papierosów. Też się zaraz skończą.
Zły jak osa Pałucha wyszedł na miasto. Ciepła noc, a właściwie już niemal brzask, była ostoją różnej maści pijaczków, a niski wzrost i ostentacyjnie elegancki wygląd Norberta Pałuchy prowokowały ich do zaczepek.
- E, koleś, wyskocz ze szluga!
- Uważaj, olbrzymie! Żebyś nie potknął się o swój krawat!
Normalnie w takiej sytuacji wyciągnąłby policyjną blachę oraz kajdanki i zgarnął jednego z drugim na dołek. Był legalistą. Nie tolerował żadnych przejawów łamania prawa, zwłaszcza gdy wykroczenie uderzało w jego kompleksy. A natarczywe domaganie się papierosa podpadało przecież pod agresywne żebractwo. Tej nocy nie chciało mu się jednak walczyć z wiatrakami. Oficer dyżurny i tak wypuściłby meneli zaraz z rana, a przełożony, znaczy się Chałka, nie przyjąłby od niego raportu w tak błahej kwestii. Lepiej zachować rozsypującą się ze starości maszynę do pisania na poważniejsze sprawy.
Z Wilczej skręcił w prawo i przeszedł przez opustoszałą o tej porze Marszałkowską. Pod sklepem nocnym jak zwykle kwitło ożywione życie towarzyskie. Podstarzałe prostytutki z pobliskiego pigalaka u zbiegu Wspólnej i Poznańskiej rozpijały alpagę "Kwiat jabłoni" z chwiejącymi się facetami, sprawiającymi wrażenie gości z prowincji w podróży służbowej. Dwóch doliniarzy, dobrze znanych organom ścigania, zaciągało się papierosami, żarłocznie zerkając na opuszczających sklep klientów. Jakiś wytatuowany zakapior bez koszulki prężył mięśnie w ten sposób, że wzorek skorpiona na klacie zdawał się to unosić, to opuszczać ogon.
- Dobry wieczór, panie komisarzu! - Sprzedawczyni o zmęczonej życiem twarzy rozpromieniła się na jego widok. I dodała, kompletnie ignorując długą kolejkę spragnionych klientów: - Co podać?
- Dwa razy pół bochenka chleba i pół sztancy schabowego z kością.
Wziął dwie flaszki, wypchał wszystkie kieszenie marynarki paczkami Ekstra Mocnych z filtrem, zapłacił 322 tysiące złotych z własnej kieszeni (trzeba pamiętać, żeby oddali mu po wypłacie), wyszedł. Doliniarze spod sklepu obrzucili jego siatkę pożądliwym spojrzeniem, ale zaraz rozpoznali glinę i ostentacyjnie odwrócili głowy. Koleś bez koszulki, niezrażony obojętnością publiczności, wciąż poruszał skorpionem. Dziwki chichotały.
Idąc do komendy, Pałucha rozpamiętywał szczegóły z dzisiejszego zatrzymania gangu Oriona. Do Wyszkowa pojechali całą sekcją - w dwa nieoznakowane polonezy. Na miejscu Łukasz Górecki trochę spanikował, kiedy koledzy z Wyszkowa spytali, gdzie jest ich broń długa i kamizelki.
- To oni mogą do nas strzelać? Dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział?! Pierdolę, nie idę! Ja mam żonę i dziecko! - darł się pod tamtejszą komendą piskliwym głosem.
Reszta popatrzyła po sobie niepewnie. O cholera, faktycznie o tym nie pomyśleli. A przecież wystarczyło tylko wypisać kwit do zbrojowni...
Na szczęście zatrzymanie poszło jak po maśle. Wyszkowska gangsterka okazała się tylko grupą spasionych sterydami ćwoków, którzy na widok policji od razu robili w gacie. Jedynym problemem okazał się Orion, który był uzbrojony, mieszkał na parterze i próbował uciec. Chałka podszedł do jego drzwi ze wsparciem dwóch miejscowych, a Norbertowi kazał czaić się pod oknami. W pojedynkę! Kiedy trójca szeryfów załomotała w drzwi, herszt gangu w samych slipach hycnął przez okno... dokładnie w ramiona Pałuchy, który od razu przystawił mu do czoła swoje służbowe p-64. Na szczęście to wystarczyło, by wyższy od niego o dwie głowy cielak od razu spokorniał i dał się skuć. Strach pomyśleć, co by było, gdyby zaczął się stawiać.
- Cwaniaki, zawsze dają mi najgorsze zadanie - podjął swoją litanię Pałucha, wracając do komendy.
Sierżant Ława już spał z policzkiem wtulonym w biurko, a podejrzany patrzył na niego zdegustowany. Rybki z akwarium puszczały bąbelki. Chałka, apatycznie i bez wiary w sukces, usiłował przekonać Wilczyńskiego, żeby przejął zatrzymanego, ale brodacz był niedopity, zły i ogólnie niechętny do współpracy. Górecki dopieszczał raport, Wiesiołek palił, Żelazko zanosił się kaszlem. Nic nowego.
Telefon. Nikt nawet nie spojrzał na aparat. Drugi sygnał, trzeci. Aspirant Norbert Pałucha niechętnie sięgnął po szarą, ebonitową słuchawkę.
- Sekcja zabójstw, Pałucha.
- Dyżurny z tej strony. Sierżant sztabowy Borowy Maciej, znaczy się.
- Dawaj.
- Jest sztywniak na Polach Mokotowskich, przy Niepodległości.
Norbert tylko przewrócił oczami. Pewnie znów jakiś bezdomny "Aborygen" dał w piórnik po przedawkowaniu wody brzozowej.
- To granica naszego rewiru. Zwal to na chłopaków z Mokotowa.
- Próbowałem, ale mówią, że w zeszłym tygodniu robili za nas tego dziadka, który wykitował w Łazienkach, i teraz nasza kolej.
Przez długie pół sekundy Pałucha chciał bez słowa odłożyć słuchawkę. Niech się dyżurny martwi, skoro zabrakło mu jaj, żeby od razu odmówić. Coś jednak go powstrzymało. Intuicja? Nos detektywa? A może po prostu nie chciało mu się więcej latać po wódkę.
- Znasz już jakieś szczegóły?
- Na dziewczynę natrafił patrol ciemniaków z Batalionu Patrolowo-Interwencyjnego podczas rutynowego...
Dzwonek alarmowy. Adrenalina. Powiedział "dziewczyna". To wszystko zmieniało.
- W jakim stanie są zwłoki? - przerwał.
- Dość fatalnym, że tak powiem.
- Do rzeczy, człowieku!
- Ktoś jej... chyba że źle zrozumiałem... No, w każdym razie ktoś podobno obciął jej dłonie. No i jest naga. Zgwałcona, zdaje się...
Aspirant Norbert Pałucha wciągnął głęboko powietrze, przytrzymał, a potem powoli wypuścił z płuc. Sprawa przez duże S. Coś, co podchwycą media, na co będą patrzeć przełożeni. Na czymś takim można wreszcie wypłynąć. Wydostać się z tego bajzlu.
Szybko rzucił spojrzeniem na lewo i prawo. Nikt się nim nie interesował. Wilczyńskiego kompletnie wcięło, Chałka kiwał się nad swoim biurkiem. A więc już nikt mu tego nie zabierze. Poprowadzi to.
- Przygotuj mi kluczyki od poloneza, zaraz zejdę. Bierzemy tę sprawę.
***
Przez dwa lata w policji i ponad pół roku w sekcji zabójstw Norbert widywał już różne rzeczy. Samobójcę, którego rozczłonkował pociąg, zawałowca, który wykorkował w wannie, a gorąca woda w połowie go ugotowała, trupa, który miesiąc przeleżał w wersalce... ale dopiero ta martwa dziewczyna nim wstrząsnęła. Dziewczyna? Raczej dziewczynka. Dziecko właściwie.
Leżała na plecach w krzakach, zaledwie parę metrów od chodnika, na którym czerniły się ślady opon. Siniaki i zadrapania na jej skórze kontrastowały z opalenizną widoczną wciąż na ramionach, nogach i twarzy. Sine i nabrzmiałe ślady na szyi. Jasne włosy rozsypane wśród źdźbeł trawy. Białe, równe ząbki odsłonięte przez wargi wykrzywione w agonii. No i te kikuty zamiast dłoni...
- Nie zginęła w tym miejscu. Morderca przywiózł ją samochodem i wyrzucił w krzakach - usłyszał Pałucha.
Aspirant drgnął i obrócił się gwałtownie, uświadamiając sobie, że od dłuższej chwili stoi nad zwłokami jak wryty. Obok siebie zobaczył doktora Kalinę, anatomopatologa z Instytutu Medycyny Sądowej przy Oczki.
- Dziękuję, że pan przyjechał, doktorze - szepnął, przypominając sobie, że prokurator, którego obudził zaraz po telefonie od oficera dyżurnego, zrugał go w niewybrednych słowach i powiedział, że pojawi się dopiero na sekcji.
- Ściągnął pan tutaj techników, aspirancie?
- Mają zaraz dojechać, boję się jednak, że oni - zerknął na dwóch ubranych w czarne mundury osiłków z BPI, przestępujących nad ciałem z nogi na nogę - już zadeptali ślady.
- Grunt, żeby technicy zrobili odcisk gipsowy tych opon - rzeczowo zauważył lekarz. - Ja zajmę się zwłokami.
Stary doktor przerwał na moment i spojrzał na Pałuchę.
- Mam wnuczkę mniej więcej w jej wieku. Zrobię wszystko, żeby mógł pan dorwać tego sukinsyna.
Norbert nie odpowiedział. Doktor podszedł do zwłok. Mundurowi nerwowo ćmili papierosy. Od strony Wisły niebo zapłonęło czerwienią, w koronach drzew zaczęły wrzaskliwie nawoływać się ptaki. Na miejsce przestępstwa podjechali technicy, a zaraz po nich kilku posterunkowych, których Pałucha rozstawił tak, by piesi i spacerowicze nie pchali im się pod nogi. Patrol drogówki w volkswagenie passacie zablokował jeden pas ruchu w Alejach Niepodległości.
- Od razu, na gorąco, mogę powiedzieć tyle, że dziewczynka zginęła tej nocy. - Doktor Kalina zakończył oględziny i dał znać technikom, że mogą zaczynać pracę. - Tak jak myślałem, zmarła w innym miejscu. Plamy opadowe i otarcia naskórka, które pojawiły się post mortem, wskazują, że ciało było przenoszone. Zgon nastąpił przez zadzierzgnięcie. Udusił ją, mówiąc po ludzku. Najprawdopodobniej skórzanym paskiem.
Pałucha oderwał spojrzenie od dziewczyny i uniósł je ku koronom parkowych drzew.
Czy dam radę? Czy mnie to nie przerośnie?
Zaraz się jednak zreflektował i opuścił wzrok na ziemię. Oczywiście, że da radę. Był dobry, najlepszy. A to jest sprawa, która wyniesie go do Komendy Stołecznej lub jeszcze wyżej. Takie nygusy jak Chałka będą się przed nim płaszczyć.
- Panie doktorze... - zająknął się.
Kalina spojrzał na niego spod siwych, krzaczastych brwi, opadających mu na półprzymknięte powieki.
- Chce pan spytać o ręce? - domyślił się.
Norbert skinął głową.
- Prawie na pewno zostały odjęte już po śmierci. Równo, gładko, jednym cięciem. Obstawiałbym jakiś diaks czy inną piłę tarczową. Lub lekarską piłkę używaną do amputacji kończyn. Tyle że nie zrobił tego lekarz. Jedna dłoń została amputowana powyżej nadgarstka, a druga niżej, na wysokości obu kości czworobocznych, główkowatej i haczykowatej. Krótko mówiąc - partacka robota.
- Ale dlaczego?
Doktor nie odpowiedział od razu. Powoli obszukał kieszenie swojego bezrękawnika w kolorze khaki, opatrzonego wieloma zakamarkami. Znalazł wymiętoloną paczkę i pytająco skierował ją w stronę Pałuchy, a gdy ten odmówił, sięgając po własną, wyłuskał pokrzywionego papierosa.
- Nie jestem psychologiem - odezwał się, kiedy otoczył go sinawy obłoczek dymu. - Powiedziałbym jednak, że sprawca zrobił to, by utrudnić panu robotę.
- Chodzi o linie papilarne?
- To też. Ale poza tym przypuszczam, że dziewczyna walczyła. Pewnie głęboko zadrapała napastnika. Sprawca zdawał sobie sprawę, że pod jej paznokciami jest jego grupa krwi.
Aspirant podziękował i zrobił krok ku technikom, którzy już ustawiali wokół ciała numerki oznaczające ślady, sporządzali szkic sytuacyjny i szykowali się do zdjęć. Obok zwłok stała walizka z proszkiem daktyloskopijnym i zestawem pędzelków do jego nanoszenia.
- Aspirancie?
Odwrócił się do doktora.
- Niech się pan spieszy. Wydaje mi się, że to jest robota seryjnego. Może to jego pierwsze zabójstwo. Może wcześniej tylko gwałcił. Ale teraz, gdy już zasmakował we krwi, będzie mordował, póki go nie powstrzymacie.
- Dopadnę go - obiecał Pałucha.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Czwartek
Ogolony, w najlepszej marynarce i wyglansowanych butach, siedział w swoim golfie, obserwując wyjście z apartamentowca przy małej uliczce Nowaka-Jeziorańskiego na Gocławiu. Z pradawnego, trzaskającego radia płynęły wiadomości. Nie zdziwił się nawet specjalnie, kiedy w pewnym momencie usłyszał głos Jolki. Przedstawiona przez reportera jako rzeczniczka prasowa komendanta stołecznego policji, mówiła o jakimś brutalnym morderstwie popełnionym na młodej kobiecie, której jeszcze nie udało się zidentyfikować. Obcięte dłonie, nagie ciało porzucone w Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Koszmar, który Bończak opisywała w krótkich słowach, tchnących zawodową pewnością siebie. Żadnych emocji, żadnego jąkania się czy niepotrzebnych szczegółów zbrodni. Fakty podawane przez znającego swoją wartość fachowca.
Wyrobiła się - pomyślał z dumą Konecki.
Z dumą, ale i bolesnym ukłuciem zazdrości. Ona wciąż była policjantką. A on już nie.
Pamiętał jej początki w wydziale prasowym, zaledwie kilka miesięcy temu. Wtedy wydawała się nieco zagubiona, przytłoczona presją dziennikarzy uzbrojonych w dyktafony i kamery. Pocieszał ją, dodawał otuchy, kibicował. Teraz już tego nie potrzebowała. Brylowała w programach śniadaniowych, wieczornych debatach publicystycznych, ulicznych relacjach na żywo. Kamera ją lubiła, media akceptowały. Już teraz miała kilka propozycji pracy w kilku stacjach. Nagle strasznie zachciało mu się wziąć ją w ramiona.
Bezwiednie poprawił wsteczne lusterko, w którym odbijała się fasada obserwowanego przez niego wielopiętrowca. Musi się skoncentrować, żeby nie przegapić wyjścia Stokrockiej. Pewnie wyjedzie z podziemnego garażu swoim lexusem RX. Dzięki starym znajomościom w drogówce znał jego numery rejestracyjne, kolor i historię mandatów. Wyłącznie dwa rodzaje wykroczeń: przekroczenie prędkości i parkowanie w miejscach niedozwolonych. Wyglądało na to, że "Stokrotka" miała żywy temperament i nie liczyła się z innymi.
Żebym tylko za nią nadążył tym struclem. - Uśmiechnął się do siebie.
Ciągle nie mógł oderwać myśli od Jolki. Kurczę, jak dziwnie się to wszystko poukładało. Jeszcze na początku roku, podczas tamtej sprawy, która ostatecznie okazała się grobem dla jego policyjnej kariery i trampoliną do awansu Jolki, zadziorna policjantka budziła jego niechęć. Rzeczywiście pokątnie przezywali ją lesbą. Była nieprzystępna, zimna, ubrana w stylu militarnym. A potem to wszystko wywróciło się do góry nogami. Śledztwo zakończyło się krwawym paroksyzmem, w wyniku którego on musiał zastrzelić człowieka, a ona, cóż, rozkwitła. I spojrzał na nią zupełnie innymi oczami.
- Czy to, co jest między nami, przetrwa? - zadał pytanie swojemu odbiciu w lusterku.
Bo przecież nie dotrzymywał jej kroku. Źle znosił wydalenie ze służby. Nie mógł odnaleźć się w samotnej pracy prywatnego detektywa. Kiedyś, gdy był na służbie, nie mógł opędzić się od innych gliniarzy. Kiedy chciał spokojnie pomyśleć, musiał zamykać się w kiblu albo wychodzić z komendy na parking. Teraz brakowało mu tego wiecznego gwaru, zaczepek, nawet awantur. Dziś w pracy był sam jak palec. A świadomość, że musi osobiście płacić podatki, składki na ZUS i raty kredytu, przyprawiała go o mdłości. Wcześniej nie martwił się o przyszłość. Pensja była, jaka była, ale wpływała na konto regularnie. Teraz regularnie przychodziły do niego jedynie monity z banku. To wytrąciło go z niepewnej równowagi, jaką po śmierci córki i odejściu żony odzyskał raptem niewiele ponad pół roku temu. I żeby nie zacząć wariować, znów sięgnął po benzodiazepiny. Kiedyś psychotropy wyciągnęły go z czarnej otchłani. A teraz? Nie był w rozpaczy, tylko się bał. Tylko? Wydalenie z policji wstrząsnęło nim mocniej, niż sam przed sobą przyznawał. Nie był już gliną, a nie czuł się detektywem. I, szczerze mówiąc, nie chciał się nim poczuć. Kim więc był?
Tymczasem Jolka wyrastała na gwiazdę, osobę rozpoznawalną. Nadskakiwali jej przełożeni. On nie mógł się pochwalić choćby cieniem podobnych sukcesów. Nawet licencję prywatnego detektywa zdobył z niemałym trudem. Jako człowiek zwolniony z policji w zasadzie nie powinien jej dostać. Na szczęście resort rozstał się z nim na zasadach porozumienia stron, a nie dyscyplinarki, jakoś więc udało się ominąć tę rafę. Potem jednak wypłynęła sprawa pozwolenia na broń. Egzamin zdał bez problemu, ale badania psychologiczne... Musiał niemal klękać przed policyjnym profilerem o szerokich znajomościach w światku psychologów, Grzegorzem Pac-Zamajskim, z którym nie bardzo się lubili, kiedy był jeszcze gliniarzem, i prosić go o pośrednictwo w wygładzeniu paru punktów w teście. Ile czasu Jolka będzie tolerować u swego boku sfrustrowanego, uganiającego się za banalnymi zleceniami prywatnego "łapsa" ze zwyżkującą nadwagą?
- Myśl o zleceniu! - Bartek przywołał się do porządku, koncentrując wzrok na szczegółach widocznych w zamglonym patyną dziejów wstecznym lusterku.
Musiał, bezwzględnie musiał uporać się z tym szybko. Dlatego dobrze się przygotował. Przez swoje dawne kontakty sprawdził Stokrocką w Urzędzie Dzielnicy Warszawa Praga-Południe. Mieszkała sama, była stanu wolnego, bezdzietna. U zaprzyjaźnionego teleoperatora ustalił numer jej komórki i - co było trudniejsze, a w dodatku wymagało wyłożenia pięciu stów łapówki - typ jej telefonu. Na szczęście miała smartfona, mógł więc wysłać jej ukrytego esemesa z wirusem wygenerowanym przez całkiem legalnie kupiony program MobileSpy. Teraz już miał ją na oku. Pozycja GPS, numery połączeń, strony, na jakich logowała się w internecie.
Sarkastycznie uśmiechnął się na myśl o tym, że wszystkie te czynności, które wykonał wczoraj w ciągu jednego dnia, zajęłyby mu - gdyby nadal był policjantem - co najmniej tydzień. Samo uzyskanie zgody sędziego i prokuratora na tak szeroko zakrojoną inwigilację wymagałoby wypełnienia szuflady kwitów. Zdawał sobie jednak dobrze sprawę z tego, że postępuje nielegalnie. Bezczelnie łamie prawo. I, szczerze mówiąc, mocno go to uwierało.
- Tylko ten jeden raz - obiecał sobie. - Szybka forsa, uregulowanie zaległych rat oraz czynszu i wracam do uczciwej działalności.
Z budynku wyszła kobieta. Początkowo nie zwrócił na nią specjalnej uwagi, bo spodziewał się raczej, że Stokrocka wyjedzie samochodem. Smukła sylwetka, krótka kurteczka, artystycznie podarte dżinsy, sportowe buty. Rozejrzała się wokół, zlustrowała samochody zaparkowane wzdłuż ulicy. I to dało mu wreszcie do myślenia. Czy to ona? Szła szybko, drobnymi krokami, w kierunku centrum handlowego Promenada. Blond włosy upięte w kok, na nich różowa bejsbolówka z daszkiem nasuniętym na oczy. Tak, to Amelia Stokrocka.
Odczekał chwilę, a potem wygramolił się z samochodu. Niespiesznie ruszył jej śladem. Była wysoka, nosiła się prosto, więc nawet gdy po przekroczeniu obrotowych drzwi oboje wmieszali się w tłum kłębiący się między drogerią a sklepem spożywczym, wciąż widział ją z daleka. Szła, nie zatrzymując się przy wystawach, prosto do celu. Czyli dokąd?
Dziewczyna minęła przeszkloną windę z wypukłym oknem i doszła do sztucznego stawu ciągnącego się wzdłuż głównej alejki. Obojętnie przeszła obok wejścia na schody prowadzące do górnych restauracji i kompleksu fitness.
Czy kierowała się do drugiego wejścia? Może zaparkowała tam samochód i w ten sposób chce przechytrzyć ewentualny ogon?
Nie. Zaledwie pięćdziesiąt metrów od drzwi zatrzymała się przy małej kafejce. Stoliki ustawione wokół fontanny, mały barek, jedna kelnerka. Usiadła. Konecki minął ją i wszedł na pobliskie schody, a potem na antresolę, z której mógł bezpiecznie obserwować jej stolik.
Bartek założył, że mogła zapamiętać wysokiego faceta w garniturze idącego jej śladem, więc włożył okulary OTP z wbudowaną minikamerą, zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli. Drobna zmiana wyglądu, ale zawsze.
Mógł sobie na to pozwolić, bo nie zabrał ze sobą sig sauera - legalnie kupionego kopyta, na które wykosztował się po zwolnieniu z policji. Zakładał, że Stokrocka umówi się z kimś w restauracji lub klubie, w którym jest selekcja. Nie chciał narobić rabanu, gdyby ochrona zauważyła szelki kabury pod marynarką.
Do jej stolika podszedł jakiś facet. Dżinsy o niemodnym kroju i skórzana kurtka tureckiego typu, nałożona na sweter ze wzorkiem. Czarne włosy gęsto przetykane siwizną. Bartek uruchomił nagrywanie w okularach i lekko zbiegł po schodach. Podszedł bezpośrednio do barku, poprosił o kawę, dyskretnie się obejrzał.
Na Don Juana, który uwiódł telewizyjną gwiazdę, gość raczej nie wygląda - pomyślał.
Siedzieli zaledwie kilka metrów od niego. Stary pokazywał właśnie Stokrockiej zawartość tekturowej teczki wiązanej na tasiemki. Nie dało się usłyszeć, o czym mówili, nie widział dokładnie zawartości teczki, wydało mu się jednak, że są to wycinki gazet. Raczej starych, pożółkłych.
Zaszumiał ekspres, barmanka zdążyła dopiero nalać mu espresso, kiedy tamci już wstawali. Amelia Stokrocka wcisnęła dziadkowi jakiś banknot, chyba stówkę.
- Niech pan go znajdzie, bardzo proszę!
Ostatnie słowa dziewczyna powiedziała głośniej i Konecki nareszcie coś usłyszał. Tamten najpierw ostentacyjnie protestował, potem schował forsę do kieszeni.
- Spróbuję - obiecał.
Na pożegnanie cmoknął ją w dłoń. Ona skierowała się z powrotem w głąb galerii handlowej, on do drzwi na zewnątrz.
Za kim teraz?
Wahał się tylko parę sekund. Łyk kawy i ruszył za mężczyzną. Niższy od niego o pół metra człowieczek szedł zamaszyście w stronę kładki wiodącej na drugą stronę dwupasmowej Ostrobramskiej. Bartek z powrotem włożył marynarkę, ale zostawił sobie okulary. Dziewięćdziesiąt minut nagrywania na jednej baterii, nie ma co oszczędzać. Na kładce trzymał się dość blisko za swoim obiektem, zastanawiając się równocześnie, jak to rozegrać. Musiał dowiedzieć się, kim jest ten facet, a równocześnie nie spłoszyć Stokrockiej, do której dziadek na pewno by zadzwonił, gdyby Konecki przycisnął go za mocno.
Siwowłosy zszedł prosto na przystanek. Wychylił się poza krawężnik, patrząc na jezdnię biegnącą prosto aż do wiaduktu nad węzłem Marsa. Do przystanku zbliżał się autobus.
Zaraz wsiądzie. I co dalej? Telepać się za nim przez miasto i zostawić Stokrocką bez nadzoru?
W ostatniej chwili, kiedy pospieszne 520 już zwalniało, Bartek zaszedł tamtemu drogę. Człowieczek podniósł na niego zaskoczone, ale całkiem przenikliwe oczy. Miał gęste, krzaczaste brwi opadające nierówną firanką na powieki, szerokie usta i pobrużdżoną zmarszczkami cerę. Konecki uświadomił sobie, że jest starszy, niż wydawało się z daleka. Jakieś sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat.
- Dzień dobry panu! - Wyciągnął rękę do nieznajomego.
Tamten niechętnie odwzajemnił uścisk. Lekki, spotniały, niezdecydowany.
- Nie poznaje mnie pan? Nazywam się Arkady Wodecki.
Oczy tamtego zmierzyły go badawczo, twarz jednak nawet nie drgnęła.
- Przyznam, że pana nie poznaję - wycedził.
- No tak - zmartwił się nieszczerze Bartek. - To już parę ładnych lat.
Uczynił gest, jakby miał się wycofać. Smętnie zwiesił głowę.
- Przepraszam - zreflektował się facet. - Naprawdę nie pamiętam. Tyle spraw, tyle osób...
Bezradnie rozłożył ręce, a Konecki pospiesznie analizował każde jego słowo. "Tyle spraw"? Czyżby emerytowany policjant? Albo prokurator? Nie wyglądał na gliniarza.
W tym momencie na przystanku zatrzymał się autobus.
- Muszę lecieć, to mój - usprawiedliwił się tamten. - Proszę kiedyś zadzwonić, pogadamy - rzucił, robiąc krok do wejścia.
Ostatecznie się jednak zawahał i zapytał jeszcze:
- Pisałem kiedyś o panu?
Bartek, nawet gdyby chciał, nie zdążyłby odpowiedzieć. Drzwi zamknęły się z sykiem. Bingo. "Pisałem kiedyś o panu?". A więc dziennikarz.
***
Lubił mieszkanie Jolki przy ulicy Świętojerskiej, a mimo to - choć mieszkał tu już pół roku - wciąż jeszcze nie umiał pomyśleć o nim: "Mój dom". Leżały tam jego rzeczy, sypiał tam codziennie, dorzucał się do czynszu, wciąż jednak czuł się jak gość.
Ostatnie, czwarte piętro, dwa obszerne pokoje, wąska, ale widna kuchnia. Okna salonu i balkon wychodziły na Świętojerską, sto metrów od ulicy Freta, czyli oblepionego turystyczną melasą Starego Miasta. Z kuchni i sypialni widać było z kolei porośnięty olchami skwerek, z ławkami zajętymi przez emerytów. Cisza, spokój, dyskretny urok luksusu. Zanim się do niej sprowadził, mieszkał w małej klitce w dziesięciopiętrowcu przy Gibalskiego. Okna tamtego mieszkania wychodziły na parking, na którym dzieciaki kopały piłkę, przy drzwiach do klatki pijaczkowie konkurowali z zakapturzoną młodzieżą o najlepsze miejsca na gazonach dawno zdeptanych kwiatów. Tam jednak czuł rozedrgany nerw miasta. Tu miał wrażenie, że trafił do scenografii rodem z sitcomu. Nie wyobrażał sobie jednak, żeby Jolka zgodziła się zamieszkać z nim na Gibalaku. Zresztą mieszkali już tam lokatorzy, a pieniądze z wynajmu zasilały bieżący budżet Joli i Bartka.
- O, zjawił się mój Philip Marlowe! - Jolka siedziała w szlafroku przed telewizorem.
Zabawne, ale na ekranie też ją widział. W regulaminowo zapiętym czarnym mundurze z napisem "Policja" na kołnierzyku, z intensywnym spojrzeniem zielonych oczu i gładko zaczesanym kokiem mówiła o zamordowaniu młodej kobiety, której personalia oraz profesję już ustalono. Marta S., osoba nieletnia trudniąca się prostytucją.
Bezwiednie porównał obie wersje komisarz Jolanty Bończak. Tę służbową, prostą jak struna, z biustem wypiętym dumnie ku oku kamery, i domową, w lekko zmechaconym szlafroku, ze związanymi kokonem ręcznika świeżo umytymi włosami i w grubych okularach, które zastąpiły rozjaśniające barwę oczu szkła kontaktowe. Ta druga bardziej go kręciła.
- Gdzie byłeś? - Jolka podniosła się z fotela.
Kiedy wstawała, poła szlafroka odchyliła się, pokazując drobną, zadziornie sterczącą pierś. Bartkowi zrobiło się gorąco.
- Mam zlecenie! - Szybko zdjął marynarkę i zaczął rozpinać koszulę.
- Niewierny mąż? Podejrzana niania? Barman podkradający drobniaki ze słoika na napiwki? - Przesunęła palcem po jego porośniętym blond loczkami torsie.
Rzucił jej szybkie, badawcze spojrzenie. Czy z niego kpiła? Zaraz jednak parsknął tylko odrobinę wymuszonym śmiechem.
- Śledzę taką jedną...
- Ładna? - Kolejne pytanie nadeszło, zanim jeszcze przebrzmiała jego odpowiedź.
Piękna i bestia - pomyślał.
Czy to możliwe, że była o niego zazdrosna?
- Jakie nagranie? - zapytał, uświadamiając sobie, że Jolka coś powiedziała.
- Pytałam, czy masz ją na filmie - odparła, wskazując na okulary OTP wystające z wewnętrznej kieszeni marynarki, którą dopiero co powiesił na oparciu krzesła.
- Nie mogę ci pokazywać materiałów dotyczących klienta. - Bartek postanowił się z nią poprzekomarzać.
- W takim razie sam odgrzewaj sobie kolację! - Jolka podjęła grę, teatralnie wzruszając ramionami i odwracając się do telewizora.
Na ekranie nie było już jej twarzy. Zastąpiły ją "operacyjne zdjęcia policji". Leżące w krzakach, chyba na leśnym igliwiu, zwłoki nagiej kobiety z odciętymi dłońmi. Twarz i miejsca intymne oczywiście zamazano, ale widok i tak raził bezceremonialną brutalnością. "Wyjątkowe okrucieństwo", "diabelska perfidia", "zbrodnia bez precedensu" - spiker nie szczędził mocnych słów komentarza. Cóż, było po jedenastej w nocy, stacja mogła pokazać więcej, żeby zadowolić co bardziej wymagających odbiorców...
Konecki się wzdrygnął. Nigdy nie lubił widoku trupów. Nawet kiedy oglądał je regularnie w Wydziale Terroru Kryminalnego. Czym prędzej przeniósł spojrzenie na Jolkę i dostrzegł, że kołnierz szlafroka zsunął jej się z ramienia, odsłaniając opaloną skórę.
Samoopalacz czy chodzi do solarium?
Ogarnęła go fala pożądania. Podszedł, nachylił się, musnął jej ciało ustami. Skóra Jolki nie pachniała samoopalaczem. Delikatnie wsunął dłoń przez połę szlafroka, dotykając jej drobnych piersi.
- Przestań, łaskoczesz mnie! - Lekko go odepchnęła.
- Dobra, pokażę ci to nagranie.
- Nie musisz. Żartowałam.
Stała odwrócona do ekranu, na którym brutalne obrazy zbrodni zdążył już zastąpić głupiutki uśmiech prezenterki zapowiadającej prognozę pogody. A potem przyciągnęła go do siebie.
***
- Bo wiesz... - powiedział pół godziny później, kiedy leżeli nadzy na dywanie, przykryci jedynie kapą z sofy. - Pomyślałem, że mogłabyś mi pomóc rozpoznać na tym moim dzisiejszym filmie takiego jednego facia.
Zerknęła na niego z uśmiechem.
- Ciągle stare gliniarskie nawyki, co? - Klepnęła go w ramię. - Nawet w czasie radosnego bzykanka myślisz o robocie?
Poczuł się głupio.
- Przyszło mi to na myśl dopiero teraz!
- Mnie też obowiązuje tajemnica służbowa! - Tym razem to ona się przekomarzała.
Oparła głowę na zgiętej w łokciu ręce. Narzuta zsunęła się z jej ramion i piersi.
- To nie jest związane z twoją pracą w policji - zaczerwienił się. - Chodzi o zidentyfikowanie... - poczuł, że znów ogarnia go podniecenie - pewnego dziennikarza. A ty masz przecież znajomości w świecie mediów.
- Próbujesz skłonić funkcjonariuszkę policji do popełnienia wykroczenia.
- Ale przynajmniej nie jesteś na służbie. Zawsze to jakaś okoliczność łagodząca.
- Skąd wiesz? Może jestem agentką pod przykryciem?
- W takim razie musisz bardziej zaangażować się w swoją rolę... - Spróbował przyciągnąć ją do siebie, ale zwinnie mu się wymsknęła.
- Dam się skorumpować, jeśli obiecasz mi jeszcze jeden numerek.
- Z największą ochotą!
- W takim razie pokaż, co tam nagrałeś.
Jolka wstała. Narzuta spłynęła po jej ciele, a on zapatrzył się w jej zgrabny tyłeczek.
- Chcesz zaliczkę już teraz?
Podeszła do odwieszonej marynarki, wyjęła okulary OTP i sprawnie połączyła ich pamięć z telewizorem.
- Wolę zainkasować całość później - odpowiedziała, włączając odtwarzanie.
Na ekranie pojawiła się scena z Promenady.
- Amelia Stokrocka. - Natychmiast rozpoznała dziewczynę. - To ją masz śledzić?
Bartkowi wydało się, że w jej głosie słyszy nutę podziwu. Czyżby jej zaimponował?
- Co o niej wiesz? - spytał.
Bardzo kobiece wzruszenie ramion, mające dać mu do zrozumienia, że temat nie jest godzien specjalnego pogłębienia.
- Podopieczna pewnego producenta filmowego. Ma w środowisku opinię puszczalskiej, ale takiej, która się umie ustawić. Mówi się o niej, że może zajść wysoko.
Puszczalska - odbiło mu się echem po głowie.
- Tak naprawdę to chciałem cię spytać o tego faceta - przewinął film, zatrzymując klatkę na scenie z przystanku autobusowego.
- Nie kojarzę.
- To dziennikarz, ale chyba z jakiejś gazety - uściślił Konecki, przypominając sobie pożółkłe wycinki z teczki przekazanej Stokrockiej. Co było w tych zetlałych skrawkach papieru, że dała mu za nie sto złotych?
- Pismaków gorzej kojarzę. Mam do czynienia raczej z telewizorami.
Pismacy. Telewizory - zaśmiał się w duchu. - Już przyswoiła ten medialny slang.
- A mogłabyś trochę popytać? Tak przy okazji. Może któryś z dziennikarzy go sobie przypomni?
Skinęła głową.
Puszczając kadr ze swojego filmu na drukarkę, poczuł, jak Jolka zarzuca mu od tyłu ręce na szyję. Powoli się do niej odwrócił.
- Pani komisarz, to bezprawne użycie środków przymusu bezpośredniego!
- Bądź cicho i rób, co ci każę, bo inaczej przykuję cię do kaloryfera! - wydyszała mu prosto do ucha.
WCZEŚNIEJ
Kalisz. Koniec lipca 1992
Tracił nadzieję. W letnim upale snuł się uliczkami: Dworcową, Wrocławską i jakimiś tam jeszcze wokół dworca kolejowego w Kaliszu, zaczepiając bezdomnych, taksiarzy, bileterki w kasach i konduktorów. Przepytał chłopaków z najbliższego komisariatu, a także nielicznych śledczych, którzy chcieli z nim gadać w miejskiej komendzie. Nic. Zero. Próżnia.
Pod wznoszącą się nad nim z godnością kolumnadą dworca urywał się ślad. A przecież aspirant Norbert Pałucha zasłużył na to, żeby coś uchwycić.
Po pierwsze, pogonił techników, żeby szybko ustalili typ opon, których ślady pozostały na chodniku i trawie obok miejsca porzucenia zwłok. Niemieckie, prawie na pewno należące do "beczki", czyli osobowego mercedesa W123. W ramach bonusu trafiło mu się też otarcie lakieru na pniu parkowego drzewka, o które morderca przytarł błotnik swojego auta. Kolor butelkowozielony.
Po drugie, z niemałym trudem ustalił personalia zamordowanej. Krystyna Talko, lat piętnaście. Wyłuskał ją z dziesiątków zgłoszeń zaginięć nastolatków, które - normalnie, jak to w wakacje - zalewały komendy, komisariaty i posterunki policji jak kraj długi i szeroki. Łatwo nie było. Nie istniała przecież ogólnopolska baza danych na temat zaginięć. Dzwonił więc i faksował po wszystkich komendach rejonowych policji, zataczając coraz szersze kręgi wokół Warszawy. Po tygodniu takiej roboty, w której nie pomagał mu nikt (bo Chałka, któremu ktoś musiał szepnąć, że Pałucha napisał na niego notatkę z donosem, nie przydzielił mu nawet posterunkowego), wreszcie znalazł pasujące zgłoszenie. W Zduńskiej Woli. Zaginięcie córki zgłosili rodzice.
Wezwał ich więc do Warszawy w celu rozpoznania zwłok. Przyjechali we czworo, z wystraszonym kilkuletnim brzdącem - ich młodszą córką - oraz jakimś bladym i roztrzęsionym chłopakiem o imieniu Daniel, którego przedstawili jako "przyjaciela Krysi". Przyjaciel? Pałucha od razu wziął go w obroty. Okazało się, że Krystyna Talko i ów Daniel byli parą od roku. Chodzili za rączki i do kina, a nawet dawali sobie buzi-buzi. Zwykła, nudna jak flaki z olejem szczenięca miłość. Nastolatek co chwila popłakiwał i walił czołem w sfatygowany blat jego służbowego biurka. Śmierć Krysi kompletnie go rozwaliła. Pałucha niechętnie wykluczył go wstępnie z grona podejrzanych. Ten nadwrażliwy dzieciak naprawdę był załamany. Może nawet bardziej niż rodzice denatki - prości, bogobojni ludzie. W sumie to jednak on w końcu pchnął śledztwo na nowe tory. Pomiędzy jednym a drugim chlipnięciem chłopak wystękał, że Krysia - wbrew jego stanowczym protestom - zwiała z domu i pojechała na Festiwal Muzyki Rockowej do Jarocina. Wyznał też, że sam nie znosi ani rockowej, punkowej czy bluesowej muzyki, ani tłumów spoconych imprezowiczów tańczących pogo. Woli Nirvanę, Republikę i Cohena. Ale w ostateczności zdecydował się z nią pojechać. Kryśka jednak wyśmiała ten pomysł. Urażony, pozostał w domu.
A więc Jarocin. Pałucha wybłagał u naczelnika Chałki służbowy samochód i deputat na paliwo, a potem wydzwonił jednostki w Sieradzu, Kaliszu i Jarocinie. Aspirant z Warszawy dobijający się do szefa komendy miasta. Śmieszne. Spuszczali go coraz niżej, aż w końcu udało mu się porozmawiać z zastępcami szefów prewencji, którzy obiecali mu "daleko idącą pomoc na miarę skromnych możliwości kadrowych". Czyli nic. Sam musiał oblecieć dworce autobusowe i kolejowe ze zdjęciem ze szkolnej legitymacji Krystyny Talko. Straszna robota. Być może nawet by ją sobie odpuścił, gdyby nie wizja awansu i wyrwania się z dzielnicowego grajdołka. No i proszę! Wczoraj jego trud został w końcu nagrodzony. Jedna z kasjerek rozpoznała dziewuchę. Krystyna Talko dziewięć dni temu kupiła w Sieradzu bilet do Kalisza.
Otarł pot zbierający mu się pod kołnierzykiem koszuli. Z krawata zrezygnował jeszcze rano, marynarkę przewiesił przez ramię pół godziny temu. Upał narastał. Co za lato! Strach pomyśleć, co będzie, jeśli ta susza i tropik potrwają dłużej.
Wstąpił do warzywniaka przy Dworcowej i spytał o oranżadę. Oranżady nie mieli, ale sprzedawczyni poleciła mu nowość - niemiecki napój gazowany w plastikowej butelce. Wypił duszkiem, słuchając trzeszczącego na stoisku radia, w którym spiker informował o powołaniu rządu Hanny Suchockiej.
Jeszcze trochę, a do policji też zaczną przyjmować baby - pomyślał, czując, jak po gardle i języku rozlewa mu się nieprzyjemny, chemiczny smak.
- Pan przyjezdny? - zagaiła sprzedawczyni.
Przytaknął, rozkoszując się strumieniem powietrza z ustawionego na wiśniach wiatraczka. Nie chciało mu się wychodzić na ten upał. Po co? I tak nikt nie kojarzył tutaj tej Krystyny. Nie kupowała biletu ani w kolejowej, ani w autobusowej kasie. Nikt nie przypominał sobie, żeby kręciła się po peronie czy pod dworcem.
Zmęczonym ruchem podsunął sprzedawczyni pod oczy zdjęcie nastolatki.
- Jestem z policji - wychrypiał. - Może ją pani widziała tutaj w ciągu ostatnich ośmiu, dziewięciu dni?
Ekspedientka z nabożną niemal czcią pochyliła się nad fotografią.
- Jaka młoda... - westchnęła. - I ładna. Nie żyje, prawda?
- Skąd pani wie?
- Inaczej policja nie szukałaby jej w taki upał.
Dziwne rozumowanie, ale trafne.
- Niestety, nie widziałam jej. A pytał pan w kasach?
Nawet nie chciało mu się odpowiadać. Wyszedł na rozpalony słonecznym żarem placyk przed dworcem, zastanawiając się, co dalej. Pod kolumnami przy wejściu, w cieniu, chronili się bezdomni. Szybko otaksował ich wzrokiem. Z tym starym, obdarzonym patriarchalną brodą, już rozmawiał. O ile można nazwać rozmową wymianę monosylab. Z tym drugim, wytatuowanym, też. Aha, pojawił się jeszcze jakiś chłopak. Obdartus w dżinsowej kurtce z namalowaną na plecach pacyfą i klapniętym irokezem na włosach. Aspirant Pałucha podszedł do niego ciężkim krokiem.
- Kojarzysz tę dziewczynę?
Chłopak, na oko najwyżej dwudziestoletni, obdarzył go niechętnym spojrzeniem.
- Fajna dupa. Masz jej telefon?
Był od Norberta dobre dziesięć centymetrów wyższy, więc aspirant musiał się wspiąć na palce, żeby spojrzeć mu prosto w oczy. Pozostali menele zachichotali.
- Jestem z policji, błaźnie - wycedził, machając mu legitymacją przed nosem. - Dokumenty!
Chłopak posłusznie wyciągnął z kieszeni pomiętą zieloną książeczkę. A więc dobrze go ocenił. Młokos był już pełnoletni.
- Ceglarczyk Janusz - przeczytał Pałucha w jego dowodzie osobistym. - Zamieszkały w Warszawie. Co cię sprowadza do Kalisza?
- A co? Chyba wolno podróżować po kraju? Komuna upadła, co nie? Wolność mamy.
Nie chciał znowu strugać przed nim kogucika. Było na to za duszno.
- Odpowiadaj na pytania albo cię wrzucę na dołek - odparł bez przekonania, bo wiedział przecież, że koledzy z kaliskiej komendy się uśmieją, jeśli warszawiak przyprowadzi im zatrzymanego.
- Wracam z Jarocina! - Chłopak nieco spuścił z tonu. - A tej laluni ze zdjęcia nie kojarzę. Przysięgam.
- Pokaż bilet.
- Nie mam forsy na pociąg! Wszystko wydałem na browca i skręty! - Usiłował się zaśmiać, ale słabo mu wyszło.
- Co w takim razie robisz pod dworcem?
- Proszę przechodniów o parę groszy.
Zapadło krótkie milczenie. Kolejne niepowodzenie. Następny niedoszły świadek. Chyba już czas się zwijać do Warszawy.
- Ale ludzie nic nie dają! - Młokos najwyraźniej zmienił front i teraz postanowił zagadać gliniarza. - Będę musiał dalej jechać do domciu autostopem.
Autostop - w ugotowanym umyśle Norberta Pałuchy poruszyła się jakaś zapadka. - Autostop, no jasne!
***
Na ulicy Jasnej Pałucha wysiadł spocony jak mysz z rozpalonej kabiny poloneza. Na szczęście od rzeki Prosny i rozciągającego się na jej drugim brzegu parku tchnęło nieco chłodniejszym powiewem. Siląc się na zdecydowany krok, wszedł do komendy, machnął policyjną blachą czerwonemu jak piwonia oficerowi dyżurnemu i ruszył do gabinetu komendanta. Udało się. Z protestującą piskliwie sekretarką na plecach otworzył drzwi. Uderzył go kwaśny odór dymu z papierosów i ulotna woń koniaku.
- Kim pan jest? - spytał ostro zwalisty wąsacz w niebieskim mundurze, siedzący za biurkiem.
- Aspirant Pałucha Norbert, sekcja zabójstw Wydziału Kryminalnego Komendy Rejonowej Warszawa-Śródmieście! - wyrecytował w postawie zasadniczej.
- A... tak. Słyszałem o was. - Komendant machnął ręką. - Co potrzeba?
Sekretarka wreszcie dała za wygraną.
W krótkich, żołnierskich słowach i postawie na baczność Norbert wypowiedział swoją prośbę. Szef kaliskich policjantów nie był zadowolony.
- Kupa papierkowej roboty, a efekt niepewny - sapnął. - Jeśli dobrze zrozumiałem, opieramy się tylko na pańskich luźnych przypuszczeniach?
Norbert stał dalej przed jego biurkiem wyprężony jak struna.
- No dobrze - powiedział w końcu zrezygnowany komendant. - Ale nie wcześniej niż za tydzień. Czy może raczej za dwa - dodał pospiesznie. - Sami wiecie, sezon urlopowy.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Sobota
Pierwszy raz w życiu był na planie filmu. Roboczy tytuł: Śmiertelna rozkosz. Jakaś sensacja czy coś. Nieważne. Wprowadził go Zbyszek, znajomy z odległych czasów, kiedy Konecki trenował jeszcze boks w klubie Legii. To były lata dziewięćdziesiąte i Bartek nie wiedział wówczas, że zostanie gliną. A tym bardziej, że go z tej gliniarni wyrzucą.
- Teraz uważaj! - W nostalgiczne wspomnienia wdarł się głos starego druha.
Zbyszek, niewysoki, drobny, ale sprężysty jak resor facet z połamanym nosem - jak to się w bokserskim światku o takich mówiło: waga lekko półśmieszna - wskazał mu strzelistą rogatkę mostu Poniatowskiego, pod którą kręciła się ekipa filmowa.
- Zaraz będzie skakał.
Bartek podążył wzrokiem za jego sękatą ręką i spojrzał na faceta stojącego przy balustradzie.
- Ciekawe, czy Jędrek dziś znów będzie miał pecha. - Zbyszek zanurzył się w rozważaniach.
Konecki zadzwonił do niego wczoraj wieczorem, właściwie w nocy, kiedy w klubie Enklawa podsłuchał, jak Stokrocka spławia jakiegoś napalonego gościa, mówiąc, że jutro od rana ma zdjęcia. Zbyszek, kaskader i weteran takich produkcji jak Bitwa Warszawska czy hinduski Shaandaar kręcony częściowo w Polsce, od razu skojarzył, co i jak. I choć sam w tej akurat produkcji nie brał udziału, przy drugiej flaszce obiecał wprowadzić Bartka na plan.
- Pecha? Jakiego pecha? - Konecki machinalnie odpowiedział pytaniem.
Akurat zauważył Stokrocką. Wyszła z Warsu, czyli wozu z kateringiem, popijając kawę z papierowego kubeczka. Nie miała makijażu, włosy związała w zwyczajny kucyk, dresowe spodnie sprytnie skrywały jej kobiece kształty.
- No, pecha - nawijał Zbigniew. - Bo widzisz, Jędrek to specjalista od skoków z dużych wysokości. Ja, na ten przykład, głównie spadam ze schodów albo przelatuję przez szyby. Prosta robota, jak coś nie wyjdzie, łatwo powtórzyć. Ale on to co innego. Niełatwo zrobić replay ze skoku z szesnastu metrów, no nie?
Bartek pokiwał głową. Do Amelii Stokrockiej podeszły jakieś dwie rozchichotane aktoreczki, objęły ją kolejno i cmoknęły w policzek. Zamieniły kilka słów, jeszcze jeden uścisk i poszły do Warsu. Już były w drzwiach, kiedy jedna z nich odwróciła się i z paskudnym wyrazem ślicznej buzi pokazała faka plecom Stokrockiej.
- Grałem z Jędrkiem w Shaandaarze - niezmordowanie paplał Zbyszek. - Ja, jak zwykle, dostawałem na szczycie schodów w mordę, on spadał. Z ponad dwudziestu metrów, kumasz? To jak siódme piętro!
Konecki poczuł się w obowiązku wydać krótkie, wyrażające podziw gwizdnięcie. Do Amelii podszedł jakiś facet, chyba reżyser, i bez ceregieli zaczął ją opieprzać. Trwało to z pół minuty, po czym dziewczyna w milczeniu wylała mu na buty kawę, odwróciła się i poszła do samochodu będącego garderobą.
- Przy takim skoku lecisz na strażacki skokochron, czyli taki, wiesz, nadmuchiwany materac, na którym dla bezpieczeństwa stoją jeszcze kartony. - Zbyszek nigdy się nie męczył. - No i Jędrek zrobił swoje. Poleciał, obrócił się w powietrzu, walnął plerami w kartony. Nadążasz?
Bartek pokiwał głową, nie spuszczając z oczu drzwi do garderobianego kampera.
- Tyle że jak walnął i wpadł w te tekturowe pudła, tak zniknął. Nie ma chłopa. Nie wychodzi.
Zbyszek zawiesił głos, wyraźnie spodziewając się ze strony Bartka jakiegoś uszczegóławiającego pytania. Nie doczekał się, więc ciągnął dalej:
- W końcu jakiś ruch, jęki, stękanie. Z tektury wygrzebuje się Jędrek. Na czworaka podpełza do manometru przy skokochronie, chwilę wpatruje się we wskaźnik, a potem z rykiem rzuca się bić technicznego! A facet umie się bić. To były zawodnik taekwondo i w ogóle freak na punkcie wschodnich sztuk walki. Żebyś widział, jaki miecz samurajski trzyma u siebie w domu!
Kumpel z bokserskiej sali zaszczekał donośnym śmiechem, którego Konecki nie podchwycił.
- Bo widzisz - dodał Zbyszek, krztusząc się z radości - na manometrze zamiast przepisowego ciśnienia pół bara było... aż półtora. Techniczny za bardzo napompował i skokochron był twardy jak deska!
Tym razem Bartek zmusił się do śmiechu. Nijak wprawdzie nie mógł zrozumieć, co jest zabawnego w tym, że ktoś przeleciał siedem pięter i uderzył w zbyt twardy materac, ale wolał nie prosić o wyjaśnienia. Chciał mieć tę opowieść za sobą.
Nadal wpatrywał się w drzwi garderoby.
Co ja tutaj robię? - pomyślał.
Ziąb jak cholera, dodatkowo jeszcze ciągnęło wilgocią od Wisły. Przesiąknięta mżawką plaża, a na niej kilka półciężarówek. Trudno sobie wyobrazić, żeby w takich warunkach mógł przyłapać tę gwiazdkę na jakimś romansie.
Nie mógł się jednak powstrzymać. Coś w tej kobiecie go przyciągało. Owszem, była atrakcyjna. Wysoka, dość szczupła, obdarzona niskim, lekko zachrypniętym głosem i hardym spojrzeniem kocich oczu. Ale nie to go kręciło. Przynajmniej taką miał nadzieję. Wyczuwał wokół niej aurę. Taki szczególny rodzaj fatalizmu, który towarzyszy kobietom przyciągającym kłopoty. Nie zamierzał się w nie pakować, ale ciekawiło go, jakie jest ich źródło. Były gliniarz o powierzchowności bandyty, zramolały dziennikarz wręczający wycinki gazety i obiecujący kogoś dla niej odszukać, tajemniczy kochaś roztaczający nad nią swe opiekuńcze skrzydła... No i on, prywatny detektyw. W jej orbicie krążyli krańcowo różni mężczyźni. Co ich łączyło?
Podskoczył, kiedy przez skrzeczący głośnik dobiegło go: "Cisza na planie".
Rozejrzał się zdezorientowany. Kaskader stał już na balustradzie mostu, za nim z pistoletem w dłoniach czaił się rozkraczony policjant. Obok facet z kamerą. Druga kamera, ustawiona na kilkumetrowym torze, stała w dole, na plaży. Siedzący na krzesełku operator celował nią w Jędrka. Na falach Wisły kołysała się motorówka z ratownikiem w nurkowym skafandrze. Ale to nie wszystko. Za dolnym kamerzystą stali układacz kabli, elektryk i oświetleniowiec. Do tego reżyser, jego asystent, jeszcze paru technicznych, zastępczyni garderobianej, kateringowiec, ochroniarz, kilkoro aktorów, jacyś ludzie z krótkofalówkami. Dalej parkował radiowóz, karetka pogotowia i agregat prądotwórczy. Inaczej mówiąc - tłumek ludzi, masa sprzętu, plaża rozjeżdżona samochodami. Ale to dobrze. W takim rozgardiaszu łatwo się zgubić, a Konecki czuł, że wciąż nie powinien pozwolić Stokrockiej, by go zauważyła.
- Dziesięć tysięcy - wyszeptał z nabożnym szacunkiem Zbyszek.
Bartek zerknął na niego, nie rozumiejąc.
- Tyle Jędrek dostanie za ten skok.
Dziesięć tysięcy - powtórzył w myśli.
On też miał tyle dostać. I nic nie ryzykował.
Sylwetka na balustradzie runęła z impetem. Przez chwilę zdawała się unosić w powietrzu - most był naprawdę wysoki - ale zaraz zamachała rozpaczliwie nogami i rąbnęła w wodę. Donośny plusk słychać było nawet tam, gdzie stali ze Zbychem.
Sekundę później z zimnych odmętów rzeki wyłoniła się głowa Jędrka, nurek na motorówce pozdrowił go ręką, z brzegu dobiegły rzadkie brawa. Zaraz jednak ucichły.
- Co ty mówisz? Że jak? Chyba żartujesz? - darł się reżyser stojący nad operatorem dolnej kamery.
Na plaży zapanowało nieznośne napięcie. Ktoś szeptał nerwowo do krótkofalówki, ktoś inny trzymał się za głowę, reżyser donośnie klął. Jędrek, zmarznięty i obojętny na te przejawy ludzkiej słabości, z godnością ruszył do Warsu. Lekko utykał na prawą nogę.
- Zaczekaj, Jędruś! - Reżyser zastąpił mu drogę.
Kaskader popatrzył na niego w milczeniu.
- Bo widzisz... - Najważniejszy człowiek na planie jakoś nie miał odwagi ubrać myśli w słowa. - Ten idiota... - Wskazał na operatora. - Nie zdążył nakręcić twojego skoku.
Zgromadzeni pod mostem ludzie zamarli w trwożnym wyczekiwaniu. Nawet garderobiana wystawiła głowę zza drzwi samochodu. Amelii Skrockiej jednak nadal nie było widać.
- Będziesz musiał... Przepraszam, stary. Ale będziesz musiał ten skok powtórzyć.
Przejmujący do kości, listopadowy wietrzyk poruszył zmoczonymi włosami Jędrka. Nisko stojące słońce przesłoniła chmura, zatapiając plażę w ołowianej szarości.
- Mówiłem, że on ma pecha - wyszeptał Zbynio.
Jędrek jednak nie wydawał się poruszony tą hiobową wieścią. Szybkim ruchem potarł nos kciukiem, a potem poruszył głową w lewo i prawo. Donośnie chrupnęło mu w karku.
- Wiesz co? - zaproponował z uśmiechem. - To może teraz niech operator skoczy, a ja będę filmował.
I pokuśtykał dalej w kierunku przyjaźnie otwartych drzwi Warsu.
***
Siedział na wysokim stołku przy balustradzie antresoli klubu Enklawa, popijając ciepłą herbatę. Wciąż jeszcze nie mógł się rozgrzać po całym dniu spędzonym nad Wisłą, a potem pod blokiem Stokrockiej. Jakieś dziewczyny stojące obok pokazywały go sobie palcem, chichocząc, fioletowe światła błyskające na kwadratowych kolumnach wokół parkietu biły po oczach feerią barw. Gdzieś tam, w dole, szalała Amelia. Wyszła z domu godzinę temu ubrana w kurteczkę, lśniące mini i buty na niebotycznym obcasie. Wsiadła do taksówki i zajechała znów na Mazowiecką. Wczoraj, dzisiaj - Enklawa. Wyglądało na to, że to jej ulubiony klub.
Nie czuł się tutaj dobrze. Rozświetlone i oblegane przez balangowiczów barki przyzywały go do siebie. Rozgrzany feromonami tłum męczył. Kiedyś pił i palił za dużo. I włóczył się po podobnych do tej knajpach. Byłoby nadużyciem powiedzieć, że właśnie taki tryb życia doprowadził do rodzinnej tragedii i rozpadu jego małżeństwa, teraz jednak, kiedy nareszcie podniósł się z załamania nerwowego, nie chciał do tego wracać. Sam już nie wiedział, czy abstynencja alkoholowo-nikotynowa (na spotkanie ze Zbyszkiem udzielił sobie dyspensy) była głosem rozsądku czy raczej karą, jaką sobie zadawał z powodu tłumionych wyrzutów sumienia.
Ciekawe, co robi Jolka? - oderwał myśli od uwierających jak szkło w bucie wspomnień i skierował je na bieżące sprawy. Pod wpływem tkliwości, która ogarnęła go na myśl o jej zielonych oczach, sięgnął po telefon i napisał esemesa.
"Tęsknię za tobą. Co porabiasz?".
Jolka. Ich związek zrodził się z wrogości, która wynikała z wzajemnego niezrozumienia. Na początku roku razem pracowali nad sprawą serii morderstw, które wydawały się dziełem okrutnego szaleńca, a okazały... Z trudem wyrzucił z głowy wspomnienie pożółkłego notesu, który spoczywał teraz w skrytce pod podłogą jego mieszkania na Gibalskiego. Nie, nie o tym chciał teraz myśleć. Jedyna wówczas kobieta w elitarnym Wydziale Terroru Kryminalnego musiała zostać ranna, prawie zginąć, aby Konecki ze zdziwieniem odkrył, że jest mu bliska. A potem trzeba było zwolnienia z policji, żeby odważył się jej do tego przyznać. Nigdy nie był dobry w wyrażaniu uczuć...
To, co ich łączyło - nawet seks - było spokojne, niespieszne, ciepłe. Właśnie - ciepłe. Nie gorące. Ale co w tym złego? Rozbierał ją powoli, całował delikatnie, cofał się od razu, gdy tylko wyczuł, że nie jest jeszcze gotowa na następny krok. I przed, i po, a także w trakcie - żartowali, uśmiechali się do siebie, trzymali za ręce.
Trochę jak brat i siostra - przyszło mu do głowy.
Telefon zawibrował.
"Jestem na służbowej kolacji, nie mogę teraz rozmawiać. Oddzwonię".
Rozczarowanie? Ukłucie zazdrości? Nie był pewien swoich uczuć. Przemknęło mu przez głowę, żeby urwać się z obserwacji, a w drodze do domu nadłożyć drogi i wstąpić do biura po wciąż spoczywający w szufladzie alprax. Tak, trzeba rozgonić te nabrzmiewające w nim pokłady niepokoju, zanim wylęgną się z nich larwy demonów. Za dużo śmierci widział w czasie ostatniego roku. Zbyt wielu stracił bliskich.
A Stokrocka? Miał tylko dziennikarza. Ich spotkanie wyglądało na ukradkowe, ale nie była to randka kochanków. Chyba nie o to chodziło zleceniodawcy... Cóż, na początek lepsze to niż nic. Ustali nazwisko tego pismaka i złoży wstępny raport. Dla świętego spokoju nakręcił jeszcze pięknej Amelii filmik w tym mini i obcisłym topie w panterkę. Wiła się skąpo ubrana na parkiecie, jak kobra zahipnotyzowana przez zaklinacza węży. Faceci pożerali ją wzrokiem. Zdradza czy nie - jej facet i tak ma się czym martwić.
Na chwilę zgubił ją w tłumie. Szybko przeczesał wzrokiem kłębowisko ciał poniżej i w końcu dostrzegł ją przeciskającą się do wyjścia. Obejmował ją jakiś troglodyta w dobrze skrojonym garniturze i z pieczołowicie wypielęgnowanym śladem zarostu na wydatnej szczęce. Oho! Zlecenie chyba dobiega właśnie końca. Z jednej strony czuł się jak nałogowy gracz w Lotto, obserwujący w telewizorze, jak wypadają kolejne liczby z jego kuponu. Z drugiej... jakby sam został zdradzony. Otrząsnął się z tego i ruszył tropem Amelii. Ona i ten facet stanęli w kolejce do szatni, obejmując się, jakby walczyli z mroźnym podmuchem, a on wyszedł na dwór i zasiadł w swoim golfie, uruchamiając silnik.
Puszczalska - pomyślał, przygotowując aparat fotograficzny.
Pół godziny później wyszli. Od razu strzelił im kilka fotek. Objęci, ale nic ponadto. Za mało na końcowy raport. Weszli do taksówki, pojechali. Dał im pół minuty i też ruszył. Musiał być ostrożny, taksiarze są nieźli w dostrzeganiu ogona.
Zajechali aż na Ursynów, pod niewysoki ciąg betonowych bloków przy ulicy Rosoła. Wysiedli, facet zapłacił za kurs. Konecki zatrzymał wóz trochę zbyt blisko, ale wtopił się w rząd zaparkowanych samochodów.
Przez chwilę Stokrocka zdawała się wahać, troglodyta chyba ją przekonywał. Wreszcie objął ją jeszcze mocniej, położył łapsko na jej pośladku i popchnął w kierunku wejścia do bloku. Dziewczyna jeszcze przez chwilę stawiała opór, obejrzała się (czy to możliwe, że popatrzyła na samochód Bartka?) i coś powiedziała podniesionym głosem.
Konecki zdziwił się, kiedy odkrył, że ma już uchylone drzwi i jedną nogę wystawioną na zewnątrz. Przed oczami znów migotała mu lśniąca biel, ciało było sprężone do skoku. Wtedy jednak Amelia wybuchła nagle głośnym śmiechem, odchylając w tył głowę i pozwalając opaść na plecy tlenionym włosom. Następnie odwzajemniła uścisk, a nawet klepnęła tamtego w tyłek. Już bez najmniejszego wahania ruszyła z nim w stronę bloku.
Bartek siedział w samochodzie, powoli uspokajając oddech. Rozjarzona biel blakła, na ulicę znów wpełzały cienie. Cały czas obserwował jednak tamtych. Trzecia klatka, domofon. Facet wbił PIN, zabrzęczało, weszli. Cóż, trzeba będzie jutro sprawdzić wszystkich mieszkańców. Parter plus cztery piętra, po dwa mieszkania na każdy poziom... dziesięć nazwisk. Jak wytypować to właściwe? Siedział w stygnącym aucie i patrzył na okna. Paliło się na pierwszym i na ostatnim. Nagle klik, zapłonęły szyby trzeciego. A więc to tam. Dobra robota. Teraz będzie łatwiej.
Bezlistne drzewa kołysały się w coraz silniejszym, jesiennym wietrze, który przyniósł krótkie smagnięcie lodowatego szkwału. Był na ulicy sam. Jedyny świadek triumfu zimna i ciemności.
Właśnie zapalał silnik, żeby trochę się ogrzać, gdy dostał kolejną wiadomość.
"Kiedy wracasz? Mam już dla ciebie nazwisko tego dziennikarza".
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Sierpień 1992
Że też musiało się to rypnąć akurat w niedzielę. Naczelnik Chałka nie odbierał telefonu, Wilczyński, który miał dyżur, pojechał do jakiegoś "krawaciarza", znaczy wisielca-samobójcy, Górecki miał wolne, Żelazko znów na zwolnieniu lekarskim, a Wiesiołek siedział na działce pod Wołominem. Cholerny pech!
Aspirant Norbert Pałucha podziękował taksówkarzowi - jednemu z kilkunastu czekających pod hotelem Victoria na dewizowych klientów - i wsiadł do służbowego poloneza. Żar lał się z nieba mimo popołudniowej pory, kabina pulsowała gorącem. Dla uspokojenia myśli włączył radio. Wiadomości. Spiker informował grobowym tonem, że pożar w Kuźni Raciborskiej w końcu udało się opanować. Spłonęło dziewięć tysięcy hektarów lasu, piętnaście wozów gaśniczych, ale najgorsze, że burza ogniowa zabiła trzech strażaków. Sytuacja nie była jednak do końca opanowana, pod spopielonym lasem wciąż tliły się pokłady torfu, a dyżurni meteorolodzy nadal nie zapowiadali ani kropli deszczu.
- Mówiłem, cholera, mówiłem, że te upały się tak skończą - zaklął, uświadamiając sobie od razu, że właśnie ucieka od swojego prawdziwego problemu.
Co robić? Jechać tam samemu? A może lepiej narobić rabanu? Rzucić w eter wezwanie o pomoc i osaczyć tamtych w kilkanaście radiowozów? Tylko co będzie, jeśli jego przypuszczenia się nie potwierdzą? Pewności nie miał, a gdyby bez powodu postawił całe miasto na nogi, byłby skończony. Chałka i Wilczyński by mu tego nie darowali, a on na długo musiałby zapomnieć o awansie.
- Sprawdzę to sam - postanowił, czując, jak mimo upału po plecach przebiegają mu ciarki.
***
Wtedy, w lipcu, minął tydzień i potem drugi, a wiadomość z Kalisza (a także z Jarocina, do którego zadzwonił z identyczną prośbą) nie nadchodziła. Lipiec przeszedł w sierpień, a z góry, od samego komendanta albo i wyżej, zaczęły płynąć naciski, żeby już kończyć sprawę Krystyny Talko. Tymczasem Pałucha nic nie miał. Sekcja zwłok wykazała wielokrotny gwałt, pobicie, ślady pętania na resztkach nadgarstków i kostkach nóg, otarcia na podeszwach stóp, mogące świadczyć, że przed śmiercią denatka biegła boso po twardym podłożu, w końcu pozbawienie życia poprzez uduszenie skórzanym paskiem. Dłonie obcięto jej już po śmierci. To wszystko. Norbert próbował jeszcze sprawdzać wszystkich właścicieli mercedesów "beczka" w kolorze butelkowozielonym w rejonie Warszawy i okolic, ale dla jednego człowieka była to robota ponad siły. Naczelnik Chałka wciąż dąsał się, że jego nielubiany podkomendny cichcem przejął prowadzenie tej sprawy, i w najmniejszym stopniu mu nie pomagał. Wilczyński okazywał jawną wrogość.
Nic więc dziwnego, że śledztwo stanęło w miejscu. Gazety w końcu przestały się nim interesować, fala upałów dusząca kraj zdominowała media. Pałucha próbował, oczywiście, poganiać chłopaków z Kalisza i Jarocina, ale tamci ciągle mówili, że trzeba czekać. Wreszcie przestał do nich wydzwaniać.
Norbert sam nie wiedział, dlaczego tego niedzielnego poranka przyszedł do pracy. Niewiele miał do roboty, wiszący nad miastem żar rozleniwił nawet włamywaczy i złodziei, o zabójcach nie wspominając. Wieczorem był umówiony z Basią Szreder, jedyną córeczką Andrzeja Szredera, jednego z najbogatszych Polaków. Przyszły teść początkowo nie akceptował gołodupca u boku swej latorośli i podejrzewał - nie bez racji, niestety - że absztyfikant córki poleciał bardziej na jego forsę i koneksje niż na dziewczynę o nienarzucającej się urodzie. Kiedy jednak doniesiono mu, że Norbertowi wszyscy wróżą błyskawiczną policyjną karierę, zgodził się na zaręczyny.
To wieczorem. A na razie zrobił sobie kawę i w milczeniu odprowadził wzrokiem Wilczyńskiego wyjeżdżającego do "krawaciarza". Z nudów poszedł pogadać z dyżurnym Maciejem Borowym. Na takich właśnie leniwych pogaduszkach upłynęło mu przedpołudnie, kiedy nagle Borowy przypomniał sobie, że ma w szufladzie list polecony z Wydziału Ruchu Drogowego w Kaliszu.
- Zaadresowany do ciebie! - Dyżurny błysnął szelmowskim uśmiechem, podając Norbertowi kopertę. - Pomyślałem, że to mandat z tej twojej delegacji sprzed miesiąca, wrzuciłem więc pod biurko i zapomniałem.
Aspirantowi Norbertowi Pałusze ugięły się kolana, kiedy przeczytał treść przesłanej notatki. Głosiła, że dnia 6 lipca pomiędzy miejscowościami Piątek Mały a Stawiszyn patrol drogówki zatrzymał do rutynowej kontroli butelkowozielonego mercedesa W123 na warszawskich tablicach, należącego do niejakiego Jacka Wasilewskiego, pracownika Almatouru - jak wynotowano z pieczątki w dowodzie osobistym - zamieszkałego w Warszawie przy ulicy Elbląskiej. Kierowcy, któremu towarzyszył pasażer (nie został wylegitymowany), udzielono pouczenia, by zachowywał bezpieczną prędkość.
- Pouczenie, akurat! - prychnął radośnie Borowy, zaglądający Norbertowi przez ramię. - Cwaniaki zmierzyli go suszarką, jak przekroczył prędkość, zatrzymali i wzięli w łapę. A żeby mieć podkładkę, gdyby ich ktoś podkablował, odnotowali to w dziennym raporcie jako "rutynową kontrolę".
Norbert już go nie słuchał. Poczuł, że się poci, a od natłoku myśli zaczyna go boleć głowa. Coś ostatnio coraz częściej dokuczał mu łeb.
A więc intuicja go nie myliła! Krystynie Talko w Kaliszu skończyły się pieniądze i w dalszą podróż ruszyła autostopem. Tak wpadła w sidła Wasilewskiego. Oczywiście jego obecność w tamtym rejonie mogła być dziełem przypadku, trzeba to sprawdzić. W sprawach kryminalnych zbiegi okoliczności jednak nie istnieją. Miał sukinsyna!
Rozpalony do białości pobiegł na górę i od razu zadzwonił do żoliborskiej komendy na Żeromskiego. Nie byli zachwyceni, kiedy ich poprosił o sprawdzenie akt Wasilewskiego. Poszło im jednak szybko. Już pół godziny później oddzwonili, że nie mają nic na delikwenta. Facet nie był nawet nigdy notowany.
Ślepy zaułek. Trudno. Po chwili namysłu wykonał telefon do siedziby Almatouru. Był w zasadzie pewien, że w niedzielne południe nikt nie podniesie tam słuchawki, ale musiał czymś zająć ręce i głowę.
O dziwo, odebrała jakaś dziewczyna.
- Tak, pan Jacek u nas pracuje - potwierdziła. - A o co chodzi?
Skłamał coś na temat odnalezionych dokumentów i wyciągnął z niej informację, że Wasilewski jest pilotem zagranicznych wycieczek.
- Specjalizuje się w niemieckich myśliwych - wyjaśniła panienka, a kiedy milczenie w słuchawce uświadomiło jej, że rozmówca nie zrozumiał, dodała: - Pilotuje wycieczki Niemców przyjeżdżających do nas na polowania. Jego klienci są zawsze bardzo zadowoleni.
Myśliwi. Polowanie. W jego głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Nie umiał tego jeszcze posklejać, wyciągnąć wniosków, połączyć, ale czuł, że jest na właściwym tropie.
Krystyna miała otarcia na podeszwach stóp, mogące świadczyć o tym, że biegła po twardym podłożu.
Ucieczka?
Przymilnym głosem poprosił dziewczynę o sprawdzenie, czy w tej chwili Wasilewski prowadzi jakąś grupę.
- Właśnie skończył. W piątek.
- Gdzie jest teraz?
- Nie mam zielonego pojęcia. Przecież jest weekend!
No tak. Weekend. Pałucha przeszedł się na plac Konstytucji i zjadł obiad w jednej z wietnamskich budek. "Kuciapek cie cie", czyli kurczak w cieście. Bardzo dobre.
Już kończył, kiedy przyszło mu coś do głowy. Wrócił na Wilczą niemal biegiem i wydzwonił Straż Graniczną. Próbowali go zbywać, odsyłali na poniedziałek, ale w końcu zgodzili się sprawdzić to, o co prosił.
Tym razem czekał na odzew półtorej godziny. Wilczyński już wrócił i zamaszyście walił w maszynę, przygotowując raport.
- Tak, była grupa Niemców, którzy przyjechali do nas w ramach wycieczki Almatouru - powiedział oficer ze Świebodzina. - Ich autokar opuścił nasz kraj w piątek w nocy.
No jasne. Weekend. Do spotkania z Baśką wciąż było parę godzin, miał dość czasu, żeby pójść do domu, wziąć prysznic i przebrać się do wyjścia na dyskotekę, więc jeszcze raz wykręcił numer do Almatouru. Znów odebrała ta sama dziewczyna.
- Czy Wasilewski pilotował wycieczkę myśliwych na początku lipca?
- Tak, rzeczywiście. Ale co to ma wspólnego z tymi odnalezionymi dokumentami? - odpowiedziała leciutko zaniepokojonym głosem.
Ledwo się rozłączył, gdy znów zaterkotał telefon. Straż Graniczna. Oficer przypomniał sobie, że miał jeszcze o czymś powiedzieć. Otóż niemiecka wycieczka, owszem, wyjechała w piątek, ale nie cała.
- Czterech jej uczestników nadal przebywa na terenie naszego kraju. Podaję nazwiska.
Czterech myśliwych incognito. Wasilewski nieuchwytny z powodu weekendu.
Czy polowanie się zakończyło?
Kolejny telefon do Almatouru.
- Z jakiego miasta wracała do Niemiec w piątek wycieczka pilotowana przez Wasilewskiego?
Mocno już wkurzona dziewczyna rzuciła krótko, że z Warszawy.
Okej. No to książka telefoniczna w dłoń i telefony do kolejnych stołecznych hoteli. Polonia - nie meldowali Niemców o takich nazwiskach. Europejski - pudło. To może Marriott? Forum? Nic, zero. A więc Victoria.
- Tak, mieliśmy takich gości - przytaknęła recepcjonistka. - Rezerwacja skończyła im się dzisiaj w południe.
Już nie dzwonki, ale sygnały alarmowe w głowie. I wciąż denerwujące poczucie, że choć intuicja szaleje, to rozum za nią nie nadąża. Co z tego, że zostali dłużej? Może Wasilewski nawet nic o tym nie wie?
Myśliwi. Polowanie. Stopy zdarte do krwi od szaleńczego biegu.
- Nie wie pani, czy szykowali się do wyjazdu z Polski?
- Chyba tak, chociaż...
Niemal zastrzygł uszami.
- Przy recepcji coś rozmawiali o jakiejś imprezie...
- Imprezie? - Telepatycznie usiłował ją zmusić, żeby mówiła dalej.
- Dziś wieczorem, zdaje się. Ale się nie przysłuchiwałam. Był z nimi taki jeden sympatyczny Polak...
Pałucha pobił rekord prędkości na odcinku Wilcza-plac Piłsudskiego. W polonezie prawie zagotowała się chłodnica. Wbiegł do Victorii, wymachując blachą, i przestraszył jakichś gości z USA.
- Nic więcej nie wiem, naprawdę - tłumaczyła się spłoszona recepcjonistka.
- A ten Polak? Jak wyglądał?
- Dość wysoki, raczej korpulentny. Czarne, długie, choć przerzedzone włosy i krótko przystrzyżona bródka. Pewny siebie, głośny. Jak to się mówi, jowialny.
- Widziała pani, czym odjechali spod hotelu? Może mercedesem koloru zielonego?
Wzruszyła ramionami. Nie widziała.
Taksówkarze. Każdy hotel - a także lotnisko i Dworzec Centralny - obstawiała inna, hermetyczna grupa. Robili kursy i choćby z końca miasta wracali na "swój" postój.
- Wiózł pan dzisiaj czterech Niemców oraz Polaka o czarnych włosach i z bródką?
- Nie, a bo co? - To pierwszy.
- Ja jestem tu od godzinki, pytaj pan innych. - To drugi.
- A wie pan, że ja też z resortu? Dwadzieścia lat pracy w organach, a potem kopa w dupę, bo nie przeszedłem weryfikacji. Co? Niemcy? Nie, nie widziałem. - To trzeci.
Przepytał pięciu, nie, sześciu, Bez rezultatu. Zaczynał już tracić nadzieję, kiedy trafił na grubego wąsacza w fordzie scorpio.
- Wiozłem takich. Dziwny kurs, na Taśmową.
- Taśmowa? - Norbertowi kompletnie nic to nie mówiło.
- W bok od Marynarskiej. Mokotów przemysłowy. Same warsztaty, fabryki i magazyny. W niedzielę na ulicy żywego ducha.
- Gdzie konkretnie wysiedli?
- Konkretnie to pod Państwowymi Zakładami Mięsnymi. Wielka fabryka, panie kochany. Za komuny przerabiali tam dziennie całe stada trzody i bydła. A teraz stoją puste. W upadłości. I komu to przeszkadzało?
Myśliwi. Polowanie. Obcięte dłonie. Opuszczona rzeźnia.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Poniedziałek
Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego zawsze robiła na Koneckim wrażenie. Przestrzeń, rozmach, nowoczesność. Tym razem nie podziwiał jednak obszernego holu, nie zezował pokątnie na tłumy rozchichotanych studentek. Zastanawiał się, po jakie licho w ogóle tu przyszedł.
Czesław Łyko. Tak się nazywał ten stary dziennikarzyna, którego widział ze Stokrocką. Żaden tam wirtuoz pióra czy Caruso reportażu. Ot, knypek, który przez większość swojej kariery pracował w dziale miejskim, a konkretnie - zanim nie zaczął piastować funkcji szefa - w kronice sądowej i kryminalnej. Ludzie, którym Jolka pokazała jego zdjęcie, skojarzyli go tylko dlatego, że był autorem trzech książek dokumentalnych, wydanych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Warszawski pitawal bandycki, Macki ośmiornicy oraz Sam na sam z Łomiarzem to literatura raczej niższego lotu, ale w tamtych czasach nie wydawano jeszcze stu książek dziennie i te trzy jakoś przetrwały w pamięci co starszych pracowników mediów.
Bartek potarł w zakłopotaniu szorstkie, pokryte zarostem policzki i przeciągnął łapą po łysinie, na której zaczęły odrastać irytujące, kędzierzawe kosmyki blond.
Nie pakuj się w to - poradził po raz dziesiąty tego ranka sam sobie, po czym skierował się ku schodom na pierwsze piętro. Czytelnia Czasopism Bieżących i Mikroform - oto jego dzisiejsza destynacja. Za wielkimi oknami wiatr bawił się opadłymi liśćmi, niebo przypominało plamę oleju wylaną na stare prześcieradło.
Tylko rzucę okiem.
Nie potrafił się powstrzymać. Przez pół niedzieli siedział w Google. Najpierw sprawdzał redaktora Czesława. Od połowy lat osiemdziesiątych do dziewięćdziesiątego pierwszego Łyko pracował w "Sztandarze Młodych", potem na kilka lat zakotwiczył w "Życiu Warszawy". Jak dalej toczyła się jego kariera, nie było istotne, bo wycinki z teczki przekazane Stokrockiej wyglądały na bardzo stare. Aby się im przyjrzeć, Konecki zrobił maksymalne powiększenie obrazu. Kamerka w okularach OTP, choć mała, miała dwa megapiksele, nieźle więc trzymała ostrość. Tytułu gazety jednak nie wypatrzył. Znów zatem zajrzał do Google i wyświetlił sobie archiwalne strony tytułowe obu czasopism. W sumie podobna czcionka, zdjęcia i tu, i tu czarno-białe. Trudno odróżnić. Po godzinie wytrzeszczania oczu i konsultacji z Bończak w końcu jednak uznał, że w teczce leżały ścinki "Życia Warszawy".
Podszedł do szerokiej lady, która skojarzyła mu się w jakiś niejasny sposób z wczorajszym barkiem w Enklawie, i poprosił o wszystkie roczniki gazety od roku 1992 do 1995. Bibliotekarka spojrzała na niego ze współczuciem i wskazała mu wolną przeglądarkę. Usiadł i czekał na mikrofilmy.
I znowu opadło go zwątpienie. Po co w to brnąć? Miał już materiał na Stokrocką. Od troglodyty wyszła dopiero koło szóstej rano i łatwo zgadnąć, co tam robiła. Co więcej, miał już nazwisko jej ogiera. Tego poranka wykonał telefon do Urzędu Dzielnicy Mokotów, gdzie pewna zaprzyjaźniona urzędniczka wciąż jeszcze myślała, że jest policjantem. Poprosił ją o sprawdzenie mieszkańców trzeciego piętra bloku przy ulicy Jana Rosoła. Jeden lokal zajmowała para emerytów, drugi - młode małżeństwo, Ksawery i Urszula Mahoniowie. Dla świętego spokoju ustalił jeszcze numer komórki faceta. Zadzwonił, udając telemarketera, i spytał o panią Urszulę Mahoń.
- Żona dopiero dziś wraca z delegacji. A o co chodzi? - odpowiedział Ksawery.
Konecki był w domu. Miał Stokrocką na widelcu.
Posiadał więc piękny materiał dowodowy z jej sobotniej schadzki, poszerzony dodatkowo o informację o dziwnym spotkaniu w Promenadzie oraz o identyfikację pismaka. Wystarczyło tylko zadzwonić, żeby w kieszeń wpadł rulon z dziesięcioma tysiącami.
Pozostawało jednak pewne niewygodne pytanie. Dla kogo pracował? Czy aby na pewno dla jakiegoś zazdrośnika, któremu chodziło jedynie o sprawdzenie, czy stokrotki nie zapyla jeszcze jedna pszczółka? Jeżeli tak, to dlaczego zapaśnik, który parę dni temu rozsiadł się w jego biurze, obstawał nie tyle przy udokumentowaniu ewentualnych skoków w bok pani Amelii, co raczej przy ustaleniu nazwisk osób, z którymi się ona spotyka?
Oczywiście, w grę najprawdopodobniej wchodził jednak stary jak świat motyw zazdrości. Jej producent, który - jak wyraził się kaskader Zbysio - wziął ją pod swoje skrzydła, mógł być zazdrosny. Młoda laska i podtatusiały bogacz. Klasyczna sytuacja. Tylko co robił w tej układance stary żurnalista sprzedający lasce pożółkłe wycinki i obiecujący kogoś odszukać?
A może chodziło o coś innego? Może kazali ją śledzić, bo na coś wpadła? Dotarła do niewygodnych faktów z przeszłości? Kurczę, a co, jeśli to nie jej mentor-producent stał za tym zleceniem, tylko ktoś trzeci? Kogo naprawdę reprezentował ten cwany zbir, który omal nie wypalił mu dziury w stoliku?
Konecki nie lubił być robiony w konia. To taka skaza sfrustrowanych byłych policjantów. I dlatego pakował się teraz w kłopoty. Dlaczego w kłopoty? Bo czuł, że wkrótce dokopie się do czegoś ważnego. I będzie musiał podjąć decyzję, co z tym fantem zrobić.
Na tekst Czesława Łyki trafił od razu. Jakieś tam ględzenie o chuliganach zakłócających spokój mieszkańcom Starówki. Później było jeszcze coś o Łomiarzu (to stąd ten tytuł książki), który z użyciem tego właśnie narzędzia napadał na starsze kobiety. Nuda. Przaśna codzienność świata przestępczego pierwszych lat kapitalizmu. Ciekawiej zrobiło się dopiero w drugiej połowie roku. Brutalne morderstwo młodej dziewczyny Krystyny T. Zbiorowy gwałt, tortury, okaleczenie ciała polegające na obcięciu dłoni. Konecki zacisnął zęby. Od razu przypomniała mu się praca, którą wykonywał niewiele ponad pół roku temu. Nie miał ochoty tego czytać, żeby znów nie opadły go ponure refleksje o zmarnowanym powołaniu, ale nie mógł się już oderwać. Z numeru na numer następowały kolejne odcinki tego mrocznego serialu. Zrozpaczeni rodzice, zakochany chłopak, młodsza siostrzyczka rozpaczliwie wyczekująca powrotu swojej Kryni. I dzielny aspirant Norbert Pałucha, zawzięcie tropiący morderców. Chociaż nie. W numerze wydanym pod koniec września okazało się, że Pałucha wcale nie jest taki nieskazitelny i czysty.
Młoda dziewczyna i obcięte dłonie - ostatnio Konecki gdzieś już o tym słyszał.
Pamięć powoli mu się wyostrzała, już prawie sobie przypomniał, gdy trafił na numer z początku października, w którym pewien ważniak z Komendy Stołecznej udzielił Łyce krótkiego wywiadu, wyjaśniając pokrótce, że aspirant Pałucha od początku śledztwa popełnił szereg karygodnych błędów. Konecki otarł pot z czoła. Wywiad opatrzony był zdjęciem oficera. Cholera, rozpoznał go bez trudu.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Sierpień 1992
Czerwona kula plazmy opadała powoli za biurowy budynek typu Lipsk, czerwieniąc jego azbestową konstrukcję. Niebo pałało pomarańczowym blaskiem, a cienie na ulicy Taśmowej się pogłębiały. Zapadał zmierzch.
Budynek Zakładów Mięsnych przytłaczał otoczenie swoją ciężką, pozbawioną okien betonową bryłą. Wyglądał jak śpiąca bestia, gotowa w każdej chwili przebudzić się i połknąć intruza.
- A potem wydalić w postaci parówek i kiełbasy! - Norbert spróbował zażartować w drodze do głównych drzwi.
Był sam i musiał mieć się na baczności. Wciąż nie był pewien, czy dobrze wszystko skalkulował, nie wszczął więc alarmu. Przez radio przekazał tylko sierżantowi Borowemu informację, gdzie jest i że sprawdza istotny ślad w śledztwie dotyczącym zabójstwa. W razie kłopotów nie mógł zatem liczyć na odsiecz husarii.
Kiedy otworzył zwyczajne, przeszklone drzwi, napięcie opadło. Na rozchwianych krzesełkach siedziało dwóch umundurowanych funkcjonariuszy Straży Przemysłowej, wpatrując się w przenośny telewizor ustawiony na taborecie. Dwóch starszych panów, nad którymi unosiła się kwaśna woń nieprzetrawionego alkoholu. Nawet nie podnieśli na niego oczu.
- Zamknięte do odwołania - zaskrzypiał pierwszy z lewej. Miał na pagonach trzy belki oznaczające stopień starszego wartownika.
- Tak, tak. Proszę wyjść - potwierdził drugi, z jedną belką.
Norbert omiótł portiernię wzrokiem. Na parapecie pod tak brudnym, że niemal nieprzepuszczalnym dla światła oknem stał elektryczny czajnik i szklanki. Obok kaloryfera, na podłodze, można było jeszcze wypatrzyć słoiki z czymś, co konsystencją przypominało kawę, herbatę i cukier. Stała tam też butelka w plastikowej reklamówce. Wystawała tylko jej szyjka, lecz to wystarczyło, by zauważyć, że to Johnnie Walker o pojemności 0,7 litra. Leśne dziadki ze straży trąbiące Jasia z Peweksu?
Za telewizorem na ścianie umocowany był wieszak. Na haczykach dyndały smętnie dwie czapki z daszkiem i starym godłem państwowym bez korony oraz dwa pistolety maszynowe PPSz z okrągłymi magazynkami.
Pepesze? Rany, co to? Bitwa pod Stalingradem?
- Proszę opuścić budynek! - Trójbelkowiec w końcu uniósł na niego mocno rozwodniony wzrok. Miał nieuczesane, sklejone od potu siwe włosy, a na wielkich chłopskich dłoniach plamy wątrobowe. - Proszę wyjść albo... - Zabrakło mu słów.
Zabrakło, bo zobaczył podetkniętą pod nos policyjną blachę i kaburę z p-64 przypiętą do paska.
- Aspirant Pałucha, sekcja zabójstw. Czy na terenie zakładów są jacyś obcy?
Dwa gnomy w granatowych mundurach spojrzały po sobie niepewnie. To Norbertowi wystarczyło. Tak, tamci tu byli. Przekupili strażników Jasiem Wędrowniczkiem oraz zapewne garścią marek - i zakład był ich.
- Ilu? - warknął.
Jednobelkowiec podrapał się po głowie, trójbelkowiec wydał jakieś nieartykułowane dźwięki.
- Ale, ee, tu nie wolno, hm, hm.
- Ilu ich jest, do kurwy nędzy?!
Krzyk odbił się od wiszącego nad nimi sklepienia i pobiegł w głąb korytarza prowadzącego w stronę rzeźni.
- Czterech szwabów i dwóch naszych - wystękał w końcu ten z jedną belką. - No i ona...
- Jaka ona?
- Ta, hm... - Jednobelkowiec rzucił płochliwe spojrzenie na swego dowódcę. - Małolata.
Norbertowi więcej nie było trzeba. Zwłaszcza że z mrocznych głębin betonowego bunkra dobiegł akurat jakiś odległy pisk.
- Ty! - Pałucha wskazał na niższego stopniem. - Poprowadzisz.
Niskiemu, pękatemu dziaduniowi z przerażenia aż rozszerzyły się oczy.
- Wolałbym nie. Panie władzo, oni...
- Stul pysk! - uciął Norbert.
- A ty - rzucił oklapłemu nagle dowódcy warty - dzwoń pod 997 i powiedz, że aspirant Norbert Pałucha potrzebuje wsparcia. Idziemy!
Zagłębiał się już w korytarz, kiedy pod wpływem impulsu porwał z wieszaka jedną pepeszę.
- Da się z tego strzelać? - zapytał swego Charona.
- A bo ja wiem? - Dziadulo wzruszył ramionami. - Nigdy przeca nie próbowałem.
Szli. Najpierw za framugą pozbawioną drzwi korytarzem do sporej sali z żeliwnymi umywalkami. Omszałe rury, rdzawe zacieki, stare przerdzewiałe kurki, popękane lustra odbijające już tylko kurz. Na podłodze obluzowane, dwukolorowe płytki. Ciągnąca się aż do następnych drzwi szachownica czerni i bieli.
Kolejne wejście było już solidne. Dwuskrzydłowa brama z grubej blachy pomalowanej na wdzięczny, szarosiny kolor. Masywna klamka z mechanizmem zapadkowym, zamalowany farbą okrągły judasz. Prowadzący go staruszek przełknął ślinę, a jego koścista grdyka wykonała salto w górę i w dół.
- Są uzbrojeni?
- Nie wiem. Przyjechali taksówką, z panem Jackiem. Ale wcześniej był tutaj ten drugi.
- Też Polak?
- Tak, Polak. On wjeżdża bramą i parkuje pod rampą załadowczą obok ubojni. Cholera wie, co tam wniósł z samochodu.
- Oprócz dziewczynki.
Strażnik rzucił mu szybkie, spłoszone spojrzenie.
- Ja tam nic nie wiem, panie władzo. Naprawdę. Dali trochę grosza, powiedzieli, że kręcą tu amatorski film. Rzeźnia i tak stoi pusta, no to się zgodzilim. Jeśli to jacy przestępcy, to ja naprawdę...
- Stul pysk. Przed sądem się będziesz tłumaczył.
Dalej szli w milczeniu. Długi korytarz rozświetlony zimnym światłem jarzeniówek. Po bokach ciężkie, stalowe drzwi do chłodni. Ogromnych. Każda pięć metrów wysokości. Betonowe ściany, podesty, wsporniki. Żadnych okien.
Znowu krzyk. Bliższy. Wołanie śmiertelnie przerażonego dziecka. Przyspieszył, poganiając wartownika szturchnięciem lufą w plecy.
Ogromna sala pełna błyszczących, choć przykurzonych urządzeń. Pod sufitem haki, pod ścianami wózki. Norbert nie znał się na sprzęcie masarskim, mógł się więc tylko domyślać, że patrzy na piece do wypiekania kaszanek albo pasztetów oraz monstrualne maszynki do mięsa, z których kiedyś wyskakiwały parówki.
- Są tam! - Dziadek wskazał czarny otwór kolejnych otwartych drzwi, zza którego dobiegały jakieś posapywania, szczeknięcia komend i piski. - W ubojni.
Odbezpieczył pepeszę, przeładował p-64.
- Wchodzimy.
Pierwsze, co zobaczył, to wielki stół. Leżała na nim naga dziewczynka, której nadgarstki pętał skórzany pasek trzymany przez śniadego mężczyznę o ciemnych oczach, z krótko przystrzyżoną bródką. Dwóch innych mężczyzn - jeden siwy, niski, pulchny jak Barbapapa, a drugi dość wysoki, o pomarszczonej twarzy starca - właśnie usiłowali uchwycić jej wierzgające nogi. Obok, jakby w upiornej kolejce, stało jeszcze dwóch, ze spodniami opuszczonymi do pół uda. Nad przerażonym dzieckiem zwisała lśniąca bielą stali obrotowa piła.
- O rany! Tylko nie to - zakwilił stojący przed nim wartownik.
Tamci odwrócili w ich stronę zdumione oblicza. Barbapapa i wysoki puścili chude nóżki.
Gdzieś tutaj powinien być jeszcze szósty. Ten, który przywiózł dziewczynkę.
Myśl pojawiła się i zaraz wyparowała jak woda chluśnięta na rozgrzane kamienie. Pałuchę ogarnęła euforia. Dorwał sprawców na gorącym uczynku! Lekko uniósł lufę pepeszy i nacisnął spust. Grad kul pofrunął nad głowami tamtych, z impetem uderzając o ściany. Zadudniły, gwizdnęły rykoszety, strzeliły snopy iskier. Z głośnym wystrzałem pękła świetlówka, basowo zarezonowała stalowa obudowa jakiejś maszyny, zadzwoniły wiszące pod sufitem haki.
Myśliwi jednym zgodnym ruchem padli na ziemię, kuląc się jak parodia embrionów. Facet z bródką, z pewnością sam Wasilewski, zamarł w pozie wyrażającej skrajne przerażenie.
- Ręce na głowy, sukinsyny.
Cisza, jaka nastąpiła zaraz po kanonadzie, była ogłuszająca. Słowa Norberta Pałuchy odbijały się od metrowej grubości murów, które widziały już wszystko. Na spodniach Wasilewskiego rosła ciemna plama moczu.
- Na kolana. Wszyscy. I niech nikt się nie waży choćby pierdnąć.
W tym momencie znowu padł strzał. Charakterystyczny trzask wydawany przez p-64. Stojący przed Norbertem strażnik jęknął i kucnął, trzymając się za brzuch. Pałucha od razu wycelował w szerokie, choć teraz tylko lekko uchylone wrota, prowadzące w stronę rampy. Majaczyła w nich jakaś postać. Znowu nacisnął spust, ale pepesza tylko zgrzytnęła.
Zaciął się! - pomyślał, odrzucając rzęcha i wyrywając z kabury swój pistolet. Schował się za ustawionymi w kolumnę podwoziami wózków. Na szczęście tamten nie strzelił drugi raz. Cień zniknął, z zewnątrz dobiegł tupot nóg, a potem dźwięk zapuszczanego silnika. I charakterystyczny klekot "beczki".
Pałucha zrobił nawet trzy kroki, żeby dogonić strzelca, ale zaraz sobie uświadomił, że jeśli za nim pobiegnie, zwieje mu cała piątka zatrzymanych. Nie wspominając już o wartowniku, który wykrwawiał się na podłodze. Został.
Potoczył wzrokiem po ubojni. Dziewczynka już zeskoczyła ze stołu i kuliła się w kącie. Strażnik cichutko chlipał. Myśliwi i ich pilot mieli spuszczone oczy.
- Aresztuję was pod zarzutem dokonania morderstwa i usiłowania popełnienia drugiego - wycedził, napawając się ich upokorzeniem.
Na te słowa facet z ciemną bródką poderwał głowę.
- Tamto to był wypadek. Przysięgam!
- Jakie tamto? Mów, Wasilewski!
Na dźwięk swojego nazwiska mężczyzna drgnął, ale po chwili znalazł siły, by tłumaczyć się dalej.
- Tamta laska strasznie się szarpała. Wariatka jakaś! Wbiła mi w ramię hak, uwierzy pan? No i nas odrobinkę poniosło... Normalnie je wypuszczamy. Dostają nawet trochę forsy za... ee... fatygę. I wracają do tego swojego domciu.
Norbert poczuł, że brakuje mu tchu. Ściany rzeźni zdawały się przybliżać, powietrze przesycone smrodem krwi i kordytu zrobiło się nieznośnie ciężkie. Miał ochotę uciszyć skurwiela uderzeniem kolby, ale zrozumiał, że to jest ten moment, kiedy coś można z niego wyciągnąć, zanim sprowadzony na komendę adwokat każe mu milczeć w ramach prawa do nieskładania zeznań mogących być materiałem obciążającym w sądzie.
- Wiele ich było? Ile dziewczynek tutaj zgwałciliście?
Wasilewski zamrugał, ale nie odwrócił wzroku. Nadal był przestraszony, ale już mniej. Chyba myślał, że jeśli podejmie rozmowę, ma szansę się z tego wymigać.
- Panie władzo - zaczął służalczo. - Tamta dupcia to był naprawdę wypadek.
- Nazywała się Krystyna Talko. Miała piętnaście lat, młodszą siostrzyczkę i kochających rodziców! - Norbert wyrecytował te słowa grobowym tonem.
Czuł się jak aktor grający główną rolę w filmie o samotnym szeryfie.
Wasilewski posłał mu spłoszone spojrzenie, zatrzepotał powiekami, odchrząknął.
- Bardzo mi przykro, postaram się wynagrodzić... - bełkotał. - No, w każdym razie jeden z łowców trochę za mocno zacisnął pasek...
- Jeden z łowców? - powtórzył Pałucha. - Urządzacie sobie tutaj polowania na ludzi, zakończone brutalnym gwałtem?
- Klienci szukają coraz mocniejszych wrażeń, ustrzelenie dzika w bieszczadzkim Mucznem już im nie wystarcza. -Wasilewski uśmiechnął się przepraszająco. - I są gotowi za to słono zapłacić.
Znacząco zawiesił głos.
- To naprawdę majętni ludzie. Myślę, że byliby gotowi wyłożyć... dziesięć tysięcy. Marek niemieckich. Tylko za to, żeby się pan teraz odwrócił i o wszystkim zapomniał.
Norbert poczuł, że u ramion wyrastają mu skrzydła. Miał ich w garści, był w tej chwili panem ich życia i śmierci. Wasilewski i reszta patrzyli błagalnie, niemal modlili się do niego. Szczerze mówiąc, nic go nie obchodziła ta przeleciana przez nich smarkula. Ważniejsza była rozpierająca go euforia. Poczucie triumfu, który za chwilę przerodzi się w awanse, odznaczenia i sławę. Miałby to zaprzepaścić dla pieniędzy? Teraz, kiedy jest jak Brudny Harry, Mad Max i Superman? Omal się nie roześmiał. Zamiast tego postanowił się jeszcze przez chwilę nasycić rozpaczliwą nadzieją Wasilewskiego.
- A ona? - wskazał kulącą się w rogu patykowatą postać.
- Naprawdę nie chcieliśmy jej zabijać, przysięgam! Dostanie "odprawę" i odwieziemy ją do domciu. No, panie szeryfie, niech pan da się przekonać! To tylko cwane dziewuchy z szemranych środowisk, które i tak zaraz się zaczną puszczać w rytm disco polo po wiejskich dyskotekach...
Nie dokończył. Przeszkodziły mu w tym zatrzaskujące się na nadgarstkach kajdanki. Nagle ugięły się pod nim nogi i klapnął kolanami wprost w kałużę własnego moczu.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Wtorek
Znowu centrum handlowe. Tyle że tym razem Galeria Mokotów. Przeciwna strona miasta w stosunku do Promenady. Jak mawiają co bardziej zgryźliwi mieszkańcy stolicy - ostatni przyczółek cywilizacji na morzu szarzyzny, w jakie zamieniono Mokotów przemysłowy.
Konecki ze starszym aspirantem Januarym Lichockim siedzieli na ostatnim piętrze w restauracji Jeff's. Rozsiedli się na tarasiku, z widokiem na pary wchodzące do kompleksu kinowego.
- O! Ta! Popatrz.
- Co: ta? - Bartek nie zrozumiał.
- Ta ma fajne szyny.
- Jakie szyny, człowieku?
Radosny rechot. Szybkie pociągnięcie palonego konspiracyjnie papierosa z rękawa.
- Nogi.
- Nogi?
- Nogi, czyli szyny. Szyny zawsze prowadzą do stacji, no nie?
Lichocki. Bartek zdążył już się odzwyczaić do jego specyficznego poczucia humoru. Starszy od Koneckiego o kilkanaście lat, notorycznie pomijany przy wszelkich awansach, wciąż balansujący na skraju dyscyplinarki awanturnik, notoryczny rozwodnik, pracoholik, nałogowy palacz. Doprawdy dziwne, że Bartek zawsze wyczuwał w nim bratnią duszę.
Kelnerka w króciutkich, opiętych spodenkach przyniosła im dwa piwa. January natychmiast wydudlił połowę, Konecki wziął swoje w dłoń i oglądał nieufnie. Czuł, że po nocnym posiedzeniu z kaskaderem Zbynkiem powinien znów zacząć unikać alkoholu, bo inaczej powrócą stare nawyki. No, ale sytuacja wymagała poświęceń. Upił łyczek.
- Słuchaj, Bartek - zagaił starszy aspirant.
Przerwał, czknął i jednym żarłocznym pociągnięciem wykończył ukrytego pod stołem papierosa.
- Jak to w końcu było ze Zdziśkiem?
Komisarz Zdzisław Zaprawa. Bezpośredni przełożony Bartka w sprawie, która okazała się grobem dla jego policyjnej kariery. Właśnie dlatego Konecki unikał spotkań z dawnymi kumplami. Niezmiennie, zawsze, ktoś w końcu pytał go o Zdziśka.
- Wszystko okej. Uratował mi życie - odpowiedział sztywnym, oficjalnym tonem.
Przez chwilę January mierzył go wzrokiem. Małe, zadziorne oczka, nad którymi zwieszał się okap masywnych łuków nadoczodołowych. Koścista, zbyt chuda twarz, mocno zarysowana szczęka. Szczupłe, ale niebywale żylaste ręce, pobrudzone nikotyną palce splecione na blacie stolika.
- Okej - powiedział w końcu i jednym haustem opróżnił do końca szklankę. - Laluniu! - wyprostował się na krześle, nawołując do oddalonej o trzy stoliki kelnerki. - Jeszcze dwa!
- Jedno, ja swoje ciągle piję - poprawił Bartek.
- Dwa! - twardo obstawał przy swoim January.
- Ale...
- Dwa! Duże.
Zapowiadał się pracowity wieczór.
- Masz to, o co prosiłem? - zapytał Bartek, kiedy oprócz piw dziewczyna postawiła przed nimi dwie porcje żeberek w miodowo-musztardowym sosie.
January Lichocki odkroił kostkę, ujął w dwa palce i dokładnie obgryzł, z lubością miażdżąc zębami chrząstki.
- Mam - odparł.
I tłustymi palcami sięgnął do leżącej pod stołem reklamówki z napisem "Saturn. Żer dla skner", po czym wyciągnął z niej plik odbitek z kserokopiarki.
- Niedużo tego - zauważył Bartek, wkładając kartki do przyniesionej ze sobą teczki.
- Zamiast narzekać, lepiej byś podziękował - sarknął Lichocki. - Wynoszenie akt, a także ich powielanie, jest przestępstwem.
- Tak, ale nie tych zakończonych już prawomocnym wyrokiem - trzeźwo zauważył Konecki.
- Skoro tak, to trzeba było samemu pofatygować się do sądu i wdychać kurz z ubiegłego wieku. Wiesz, ile się tego naszukali? To sprawa sprzed ćwierćwiecza. Dawne dzieje. Akta są niekompletne i poniszczone.
- Dobra, rozumiem. Dziękuję. Wybacz, że cię fatygowałem, ale nie znałem sygnatury akt ani nawet nazwisk oskarżonych. W gazecie były tylko inicjały.
January Lichocki prychnął z godnością i zapatrzył się na grupkę jakichś roześmianych studentek wychodzących z seansu.
- Zaglądałeś do nich? - Bartek postukał w teczkę.
January wzruszył ramionami z teatralną przesadą.
- Nie, a po co? Mamy teraz huk bieżącej roboty. Oliwa prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa jakiejś dziewuchy, a ja zostałem przydzielony do Wydziału Realizacji. Ścigamy nygusów, na których nałożono europejski nakaz aresztowania.
Bartek upił kolejny łyk piwa.
- A Zacharewicz? Popytałeś o niego?
Tym razem January nie poprzestał jedynie na wzruszeniu ramion, ale dorzucił jeszcze pogardliwe prychnięcie.
- To też stara historia.
- Może jednak nie.
Lichocki posłał mu przelotne spojrzenie, ale zaraz na nowo zamoczył swój nieforemny, wielokrotnie połamany nos w szklance.
- Interesujesz się nim zawodowo? - zadudnił ze szklanych głębin.
- Owszem.
- A tak w ogóle, to jak ci idzie w tej detektywistycznej branży?
Bartek na chwilę wstrzymał powietrze.
- Szczerze mówiąc... do dupy.
Napięcie zrodzone jeszcze pytaniem o komisarza Zaprawę nagle puściło. Roześmiali się, a Konecki pozwolił sobie nawet na kilka tęgich łyków piwa.
- Doskonale pamiętam Zygę Zacharewicza. Kojarzę go jeszcze z końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy zaczynałem pracę na Cyryla i Metodego, a on przyszedł tam ze Stołecznej na komendanta Pragi-Północ.
Konecki spojrzał na kumpla zaintrygowany. Niby wiedział, że January długo siedzi w policji. Ale żeby aż tyle lat? Większość gliniarzy, którym nie udało się zrobić kariery, odchodziła na emeryturę po piętnastu latach. Wyglądało na to, że starszy aspirant Lichocki naprawdę jest pasjonatem.
- Bezkompromisowy twardziel, były zapaśnik, zakapior. Nam, młodym, bardzo imponował - rozmarzył się January. - Pamiętam, jak kiedyś Cyganie poprztykali się na Bazarze Różyckiego z patrolem prewencji. Jeden nawet napluł naszemu na buty. Zachar zrobił obławę, obstawił wszystkie wyjścia, a potem przez kilka godzin dokładnie czesał bazar. Zero tolerancji. Każda lewizna - pirackie kasety, płyty, ciuchy z podrabianymi metkami - była rekwirowana. A wszyscy handlarze o śniadej karnacji dostawali na wstępie lolą przez plecy, po czym trafiali pod schody na czterdzieści osiem godzin. W życiu nie widziałem tak zapchanej celi! Od tamtej pory każdy gliniarz mógł wejść na bazar sam, bez broni i po pijaku - i nikt go nie ruszył. Taki właśnie był Zachar.
Bartek Konecki w milczeniu przeciągnął dłonią po głowie. Pod palcami znów wyczuł odrastające kędziorki włosów, których tak nienawidził. Już czas użyć maszynki do golenia.
- Potem jednak zaczęły się procesy gangsterów z Pruszkowa - podjął opowieść Lichocki. - Nie wiem dokładnie, co tam na niego wyszło, ale ludzie gadali, że w zeznaniach mafiosów nazwisko Zachara zaczęło się przewijać niepokojąco często. No i już parę miesięcy później Zyga przeszedł na emeryturę.
Starszy aspirant w milczeniu dopił swoje piwo i sięgnął po drugą szklankę - Bartka. Przechylił ją tak energicznie, że pienisty płyn pociekł strumyczkiem na jego kraciastą koszulę.
Odstawił, beknął, potarł dłonią usta. Wbił w Koneckiego uważne spojrzenie.
- Dlaczego się nim interesujesz?
- Złożył mi zlecenie.
Oczy Lichockiego powiększyły się w zdumieniu.
- Zyga Zacharewicz poszedł do prywatnego detektywa?
- Ano właśnie.
January przez chwilę milczał, jakby coś układał sobie w głowie.
- Słyszałem, że nieźle się ustawił na tej emeryturze - powiedział, przenosząc wzrok na kelnerkę w krótkich majtkach, obdarzoną wyjątkowo masywnymi udami. - Do niedawna wykonywał różne zlecenia dla handlarzy roszczeniami reprywatyzacyjnymi w Warszawie. Śliskie zajęcie. Jego nazwisko ponoć pojawiło się w zeznaniach świadków w sprawie Jolanty Brzeskiej.
- Tej działaczki sprzeciwiającej się przejmowaniu kamienic przez dawnych właścicieli, która spaliła się w Lesie Kabackim?
- Tak, zostawiła w kuchni rozmrażające się mięso na obiad i przejechała kawał drogi, żeby się zabić przez podpalenie w leśnej głuszy - uzupełnił z przekąsem Lichocki.
Przez chwilę obaj milczeli, obserwując rosnącą przed wejściem kolejkę chętnych do zjedzenia obiadu.
- Teraz Zyga prowadzi sieć lombardów... - January podjął opowieść. - Pożycza ludziom pieniądze. Nie znam szczegółów, ale podobno działa bez skrupułów. Było o nim nawet coś w gazecie, chyba w "Fakcie". Mechanizm jest taki: pracownik Zachara podpisuje z jakimś poczciwcem pożyczkę, dajmy na to, na dwadzieścia tysięcy pod zastaw mieszkania. Zachar wypłaca mu z tej kwoty tylko pięć kafli, a potem od razu przejmuje nieruchomość. Poczciwiec zaczyna się oczywiście ciskać i wtedy odkrywa, że u notariusza parafował nie pożyczkę, ale akt darowizny. Notariusz był miły, pracownik Zachara też, sekretarka zrobiła pyszną kawę. A pod drzwiami czekał już następny klient. Poczciwiec nie przeczytał więc dokładnie umowy. I tak, w świetle prawa, sprzedał dorobek całego życia za gówniane pięć tysi.
Bartek poczuł w ustach niesmak. Chyba przez dym papierosowy unoszący się spod stołu. Albo od piwa lub sosu musztardowego. Odsunął od siebie niedojedzoną porcję żeberek, zwalczył chęć, żeby poprosić kolegę o papierosa, pomacał teczkę z odbitkami.
- A przemysł filmowy?
- Jaki znowu przemysł filmowy? - Spojrzenie Januarego po trzecim piwie lekko się już zmąciło.
- Zacharewicz prowadzi w tej branży jakieś interesy?
Starszy aspirant z pietyzmem wyssał ostatnią kostkę, po czym łakomie zerknął na jedzenie Bartka.
- Nie słyszałem - odparł. - I bardzo bym się zdziwił, bo to kompletnie nie jego działka.
Po czym nadspodziewanie szybkim i precyzyjnym ruchem Lichocki sięgnął po talerz Koneckiego.
***
Kiedy Bartek wyprowadził swojego golfa za bramki parkingu i wyjechał na chłostaną zimnym wiatrem Wołoską, przez chwilę miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Zmienił pas, zwolnił, przyspieszył. Niebieskie ksenony wciąż trzymały się trzy lub cztery samochody za nim. Żeby się upewnić, skręcił wcześniej, niż zamierzał - w Odyńca, a potem w Niepodległości. Światła zniknęły.
Mieszkanie przy Świętojerskiej było puste. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
Gdzie ona się podziewa?
Bartek zrobił sobie kawę fusiatkę, posłodził trzy łyżeczki, nie bez wysiłku zwalczył pokusę, żeby ją jeszcze ochrzcić kropelką brandy trzymanej przez Jolkę na specjalne okazje w kredensie. Usiadł w salonie. Za balkonowym oknem ryczeli po angielsku jacyś pijacy. Sięgnął po komórkę, jego palec zawisł nad ikonką z wizerunkiem Jolki. Po chwili jednak zrezygnował i odłożył telefon.
Otworzył akta. Odbite krzywo, miejscami nieczytelnie, rzeczywiście miały sporo luk.
Śledztwo w sprawie zabójstwa Krystyny Talko, lat piętnaście. Rok 1992. Konecki uważnie wczytał się w wystukane na maszynie protokoły i raporty. Te spisane przez aspiranta Norberta Pałuchę były krótkie, konkretne, opatrzone czytelnymi wnioskami. Kartkował dalej. Protokół z sekcji zwłok. Raport z ustalenia tożsamości denatki. Protokoły przesłuchania osób z jej otoczenia. Raport z oględzin miejsca porzucenia ciała. Ślady, zdjęcia, ekspertyza kryminalistyczna i rysunek poglądowy. Następnie wywiad środowiskowy w Kaliszu, przesłuchanie Janusza Ceglarczyka, prośba do Wydziału Ruchu Drogowego o sprawdzenie, czy któryś z patroli nie zatrzymywał zielonego mercedesa W123. Trafienie. Jacek Wasilewski, wycieczka niemieckich myśliwych, Zakłady Mięsne przy Taśmowej, zatrzymanie podejrzanych.
Standardowa policyjna robota.
A potem... Detektyw Bartek Konecki poczuł, że ziąb hulający na zewnątrz przenika mury mieszkania i ścina mu oddech na ustach. Gwałtownie poprawił się w fotelu, omal nie strącając wystygłej kawy, zacisnął i rozprostował palce. Raporty aspiranta Pałuchy zostają w aktach zastąpione przez inne, spisane przez nadkomisarza Zygmunta Zacharewicza z Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Stołecznej.
- Zniszczyli go - wyszeptał. - I ukręcili łeb sprawie.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Wrzesień 1992
Pałucha żył w strasznym napięciu. Cholera, nie tak przecież miało to wyglądać! Każdy w komendzie uciekał od niego jak od zadżumionego. Naczelnik Chałka robił wszystko, żeby go nie zauważać i nie włączać do zadań stawianych sekcji zabójstw. Paradoksalnie tylko Wilczyński - do niedawna największy wróg Norberta - był jedynym, który wyciągał do niego rękę.
- Dojadą cię, jeśli nie ustąpisz - wieszczył posępnie.
- Niby jak? Działam dokładnie według zapisów kodeksu postępowania karnego. Artykuł drugi, ustęp pierwszy: sprawca przestępstwa ma zostać wykryty i pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a osoba niewinna pozostawiona w spokoju.
- Przede mną nie musisz popisywać się erudycją.
- To prokurator łamie prawo, odmawiając wszczęcia sprawy! - Z Pałuchy ulewała się frustracja. - I Chałka. I oni wszyscy!
Wskazał ramieniem wokół siebie. Siedzący przy sąsiednim biurku Górecki zerwał się jak oparzony i wystrzelił na korytarz. Zostali w pokoju sami.
Wilczyński tylko się skrzywił, co sprawiło, że jego szczeciniasta broda nastroszyła się jeszcze bardziej niż zwykle.
- Przekonasz się - rzucił, wstając z chybotliwego krzesła i kierując się do wyjścia.
Norbert Pałucha przez chwilę wpatrywał się w jego plecy.
- Dlaczego? - zawołał w ostatniej chwili, zanim za tamtym zamknęły się drzwi. - Dlaczego to robią?
Plecy na moment znieruchomiały, ale ich właściciel nie odwrócił głowy.
- Chuj wie. Ale co za różnica?
***
Norbert nudził się strasznie. Siedział z nogami zarzuconymi na blat biurka, wpatrując się w zacinający na zewnątrz deszcz. Deszcz. Nareszcie. Po tym cholernie gorącym lecie każda jego kropla była bezcenna.
Rano odpękał sprawę jakiegoś bezdomnego znalezionego obok fontanny na Frascati. Lekarz sądowy stwierdził wstępnie, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, a Pałucha w pięć minut wysmażył dla prokuratora notatkę o "braku śladów wskazujących na udział osób trzecich". Potem był jeszcze telefon z drogówki z pytaniem, czy ktoś z kryminalnych nie miałby ochoty obejrzeć motocyklisty, który przy dużej prędkości przewrócił się w Alejach Jerozolimskich. Z faceta została trzydziestometrowa smuga z krwi i wnętrzności, a Norbert powiedział, że nie ma czasu na pierdoły.
Zwyczajny, niedzielny dyżur. Ostatnio ciągle takie dostawał.
Odwalał robotę. Zaniedbał związek z Basią. Jedyną jego obsesją była sprawa Wasilewskiego. Musiał ją zamknąć, bo inaczej po jego dynamicznie rozwijającej się karierze pozostaną tylko zgliszcza! Tymczasem zatrzymani przez niego Niemcy dostali list żelazny i zostali wypuszczeni po złożeniu zeznań i podpisaniu oświadczenia, że w razie potrzeby stawią się na wezwanie sądu. Wasilewski siedział na Rakowieckiej, lecz prokurator nie pozostawiał złudzeń, że nie ma ochoty wnioskować o przedłużenie aresztu powyżej trzydziestu dni. Kurczę, czy tylko jemu zależało na postawieniu przed sądem zabójców Krystyny Talko?
Telefon. Pałucha niechętnie opuścił nogi i ziewając, sięgnął po słuchawkę.
- Borowy z tej strony.
Przewrócił oczami. W sumie Norbert nawet lubił durnowatego dyżurnego, ale tego popołudnia nie miał ochoty z nikim rozmawiać. Znowu bolała go głowa.
- Co tam masz?
- Jest ten interesant do ciebie.
- Interesant? Jaki interesant?
- No przecież Stanisław Orecki.
Na dźwięk tych słów Norbert Pałucha stężał. Orion. Bandzior, którego w lipcu zgarnęli w Wyszkowie. Co on tutaj robi? Dlaczego nie siedzi?
- Naczelnik Chałka mówił, że cię uprzedzał - dodał Borowy, zaniepokojony przedłużającym się milczeniem aspiranta. - Podobno Orecki ma złożyć jakieś uzupełniające zeznanie.
Pałucha trochę się uspokoił. Chałka zna sprawę? Może więc wszystko w porządku? To, że szef zapomniał go uprzedzić, nie było niczym niezwykłym. Wszyscy w komendzie robili wszystko, żeby tylko z nim nie rozmawiać. Dziwne jedynie, że oskarżony ma złożyć zeznanie jednemu policjantowi. Według przepisów powinien być przy tym prokurator lub wyznaczony przez niego śledczy. Z drugiej strony... Nie takie odstępstwa zdarzają się w policji.
Puk. Puk. W drzwiach stanął rosły dresiarz. Bezczelne spojrzenie, kropka wydziergana na powiece, w upierścienionej łapie jakaś koperta formatu A4.
- Miałem to panu przekazać.
Łapa się wyciąga, koperta zawisa w powietrzu nad biurkiem. Żadnego adresu, nadawcy, pieczątki z sekretariatu. Nic.
- Wypuszczono cię z aresztu? Jakim cudem?
- Dostałem dozór. Proszę to wziąć. Oddaję do rąk własnych.
Palce Norberta zacisnęły się na szarym papierze. Orion puścił kopertę, jakby parzyła go w dłoń.
- Czy to naczelnik Chałka kazał ci przynieść tę przesyłkę na komendę?
Pytanie Pałuchy zostało skierowane już właściwie do pleców Oreckiego, który wykonał zwrot jak na musztrze i runął w kierunku wyjścia.
- Wkrótce się dowiesz, piesku.
Bach. Za bandziorem zatrzasnęły się drzwi. Norbert popatrzył na trzymaną w palcach paczuszkę. Wewnątrz było coś, co wybrzuszało jej ścianki. Coś miękkiego i prostokątnego. Rozdarł papier, zajrzał do środka... Gruby plik banknotów.
Bam! Drzwi otworzyły się ponownie, z tym, że teraz przeszedł przez nie niższy od Oreckiego, ale jeszcze mocniej zbudowany facet, patrzący na niego z nieskrywaną nienawiścią.
- Nadkomisarz Zacharewicz, Biuro Spraw Wewnętrznych - przedstawił się. - Jesteście zatrzymani pod zarzutem przyjęcia łapówki.
Osłupiały Pałucha bezwiednie przeniósł wzrok nieco w bok. Przez otwarte drzwi zobaczył, jak jakiś nieznany mu funkcjonariusz zakłada gumowe rękawiczki i sięga po proszek daktyloskopijny, najwyraźniej w celu zdjęcia z koperty jego odcisków palców.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Zimny poranny prysznic niewiele mu pomógł. Bartkowi nadal kleiły się oczy. Do późnej nocy studiował akta. Przejrzał z grubsza każdy protokół, każdą ekspertyzę i każde zdjęcie. Nie umiał się jednak na tym należycie skupić. Teraz, rankiem, nie był już pewien, czy się nie oszukiwał. Naprawdę tak go wciągnęło czy po prostu czekał na powrót Jolki? Przyszła po pierwszej, powitała go szybkim pocałunkiem w policzek i zaraz zamknęła się w łazience. Nie zdążył nawet zapytać, gdzie była.
Rankiem zrobił sobie kawę, ale nawet nie zdołał jej wypić. Czuł, że nabrzmiewa w nim napięcie, że zaraz pirzgnie kubkiem o ścianę, wywlecze ją z łóżka i wytrzęsie z niej odpowiedź. Dlaczego Jolka nic nie powiedziała? To chyba jednak nie jest normalne, że nie pojawiła się w domu przez pół nocy?
No i było jeszcze to jego zlecenie. Musiał się nad nim spokojnie zastanowić. Nie miał już pewności, czy chce podawać Stokrocką na srebrnej tacy takiemu typowi jak Zacharewicz. Z akt dowiedział się, że facet najprawdopodobniej wrobił Norberta Pałuchę w łapówkę i praktycznie przejął kontrolę nad śledztwem. A następnie skierował je na fałszywe tory. Nadkomisarz w działaniach Pałuchy dopatrzył się "poważnych uchybień i ignorowania istotnych dla śledztwa wątków". Jakie to wątki? Zacharewicz uznał za taki osobę punkowca i anarchisty Janusza Ceglarczyka, z którym Pałucha rozmawiał w Kaliszu. Kazał chłopaka odnaleźć, zatrzymać, po czym osobiście przesłuchał. Ceglarczyk przyznał się do zabicia Krystyny Talko. Pod protokołem przesłuchania podpisali się oprócz niego naczelnik Chałka i starszy sierżant Ława. Później, na rozprawie, oskarżony chłopak zaklinał się wprawdzie, że do zeznań zmuszono go przytrzaskiwaniem jąder szufladą biurka, ale sąd i tak wlepił mu dwadzieścia pięć lat.
Konecki włożył buty, naciągnął kurtkę, chwycił kluczyki do golfa. Przez moment wahał się, czy zabrać też kaburę z sig sauerem, lecz ostatecznie uznał, że lepiej by w tym stanie ducha nie nosił ze sobą broni. Ubrana w szlafrok Jolka przemknęła do łazienki. Ich spojrzenia na moment się ze sobą zetknęły. Uśmiechnęła się przelotnie i zaraz zniknęła. Nie, nie można tak tego zostawić. Czekał. Odgłos elektrycznej szczoteczki do zębów, potem szum prysznica, brzęczenie suszarki do włosów. Czas płynął leniwie. Rozważał już wdarcie się do środka, kiedy w końcu wyszła. Na jego widok uniosła brwi w zdumieniu.
- Nie jedziesz do biura?
Próbowała ominąć go zręcznym unikiem, ale chwycił ją za rękę.
- Gdzie byłaś?
Spojrzała na niego zdziwiona.
- Mówiłam ci przecież parę dni temu. Nagrywaliśmy program.
- Do późnej nocy?
- Po zdjęciach wyskoczyliśmy jeszcze całą ekipą coś przegryźć.
- Mogłaś zadzwonić!
- Myślałam, że śpisz.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Może faktycznie niepotrzebnie się czepia? Ona jest policjantką. Nietypową, ale jednak gliną. I pracuje poza wszelkimi ramami czasowymi. Kto jak kto, ale on powinien to rozumieć. Mało to nocy zawalił, gdy był na służbie?
- Mógłbyś przestać mnie tak ściskać? - Usłyszał jej głos. - Trochę boli.
W jednej chwili poczuł się winny. Stary idiota, na sceny zazdrości mu się zebrało. Chciał ją przytulić, ale Jolka była już przy ekspresie do kawy. Wyburczał więc jakieś niezgrabne pożegnanie i ruszył do wyjścia. Pomachała mu na do widzenia, patrząc w ciurkającą kawę.
Trzasnął drzwiami i pobiegł w dół. Zadudniły betonowe schody. Ich dom, choć stał tylko sto metrów od skrupulatnie odbudowanej po wojnie Starówki, nie był stylizowany na starą kamienicę. Prosta, modernistyczna forma, szerokie schody i widne mieszkania. To też mu się podobało.
Zygmunt Zacharewicz. Ten człowiek niepokoił go coraz bardziej. Nie wolno ignorować kogoś, kto bez skrupułów udupił kolegę policjanta, wrobił w zabójstwo niewinnego człowieka i wybielił prawdziwych morderców. Wasilewski wyszedł z aresztu czysty niemal jak łza. Prokurator chciał wprawdzie podtrzymać oskarżenie o uprowadzenie ze szczególnym udręczeniem i usiłowanie gwałtu, ale odpuścił po tym, jak jego ostatnia ofiara, czternastoletnia Sandra Konopko, sierota z domu dziecka w województwie wielkopolskim, zrezygnowała ze złożenia doniesienia i odmówiła zeznań.
Wasilewski na zdjęciach po zatrzymaniu. Śniady brunet o inteligentnej twarzy. Krótko przystrzyżona broda czy raczej dłuższy zarost. Metr osiemdziesiąt pięć wzrostu. Wystraszone spojrzenie brązowych oczu. Nie wyglądał na mordercę. Konecki jednak dobrze wiedział, że tacy nigdy nie wyglądają na przestępców. Szczególnie ci najgorsi...
Samochód stał po drugiej stronie ulicy, pod przeszklonym budynkiem Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Konecki musiał więc wyjść drzwiami od strony skwerku, skręcić w uliczkę Ciasną, okrążyć dom i przejść przez Świętojerską.
Po wieczornym deszczu niebo było czyste. Poranny przymrozek ściął cienkim lodem kałuże. W powietrzu czuć było oddech nadchodzącej zimy.
- Niepokoję się o ciebie.
Na dźwięk tych słów Konecki stanął jak wryty. Rozejrzał się i dopiero wtedy go dostrzegł. Dał się zaskoczyć jak dziecko.
Emerytowany nadkomisarz ubrany był w elegancki płaszcz i skórzane półbuty. Na łysej głowie miał dobraną pod kolor czapkę cyklistówkę. Wielkie jak bochny dłonie trzymał w kieszeniach, tyłkiem wspierał się o czarne bmw X6.
Ksenonowe lampy jadące za mną Wołoską.
- Zygmunt Zacharewicz, no proszę! - Bartek starał się, żeby w jego głosie nie było słychać napięcia. - Co robisz pod moim domem? O ile pamiętam, nie brałem u ciebie pożyczki?
- O, widzę, że nie próżnowałeś w mojej sprawie, detektywie. - Uśmiech faceta w płaszczu nie zdradzał najmniejszego zaskoczenia. - A jak ci poszło ze Stokrotką?
Żeby zyskać na czasie, Konecki poklepał się po kieszeniach kurtki, jakby szukał w nich papierosów. Musiał to dobrze rozegrać. Wkurzało go, że były gliniarz czatuje pod jego domem, jednak nie był to dobry moment na demonstrowanie złości.
- Nieźle - odpowiedział wymijająco.
- Nieźle? - Uśmiech Zacharewicza zniknął jak zdmuchnięty. - To za mało. Chcę mieć wyniki. Teraz.
- Potrzebuję jeszcze kilku dni. - Konecki grał na czas.
- Miałeś już kilka dni. Nie wierzę, że nic się w tym czasie nie wydarzyło. Z kim się spotykała ta cizia? Co robiła?
- Powtarzam, wkrótce dostaniesz raport.
Zacharewicz oderwał tyłek od maski SUV-a i zbliżył się do Koneckiego. Ręce nadal trzymał głęboko w kieszeniach.
Co tam ma? Pistolet? Kastet? Teleskopową pałkę?
- Nie pogrywaj ze mną, dupku - wycedził były nadkomisarz. - Jesteś nikim, ale wciąż pozostało ci co nieco do stracenia...
Przez chwilę Bartek mierzył go wzrokiem. Ostre słowa od dawna nie robiły na nim wrażenia. Najpierw jako bokser nasłuchał się pogróżek od ringowych przeciwników i ich sekundantów. Później łajali go przełożeni w policji i odgrażali się zatrzymywani przestępcy. Słowa nic nie znaczyły. Prawdę można było zobaczyć jedynie w oczach. Spojrzenie Zacharewicza nie wróżyło niczego dobrego. To był wzrok drapieżnika.
Zdziwił się więc, kiedy ten niespodziewanie znów się uśmiechnął.
- Zrozumiałeś message? To do roboty. Dziś wieczór, najdalej jutro rano, chcę mieć kompletny raport. - Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i podszedł do samochodu. Miał już wsiadać, gdy znów się cofnął: - Dla przyjaciół jestem Zachar. Skoro i tak już wiesz, kim jestem, możesz tak do mnie mówić. Nie spieprz tego. Nie zawiedź zaufania.
Sztywnym krokiem Bartek ruszył w stronę swojego wozu. Podszedł do jezdni, rozejrzał się, przeszedł na drugą stronę. Trzydzieści metrów na lewo od niego, niemal już na granicy Starego Miasta, stała taksówka. Zachar pracowicie wykręcał swoim potężnym autem na ulicy Ciasnej. Przód-tył. Przód-tył. Bartek otwierał właśnie kluczykiem drzwi golfa, kiedy tamtemu udało się zawrócić i z rykiem silnika skręcił w prawo w Świętojerską, kierując się ku placowi Krasińskich.
"Wciąż pozostało ci co nieco do stracenia".
Tak, zrozumiał przekaz. Miał do wyboru - albo całkowicie się podporządkować, albo... Cóż, jakaś tam pogodynka z pewnością nie była warta nadstawiania głowy. Z drugiej strony jednak, skąd mógł mieć pewność, że kiedy wypełni zlecenie Zachara, ten się od niego odczepi? Ktoś taki jak on może chcieć zrobić sobie z Koneckiego szpiega na posyłki. Skoro Bartek raz złamał prawo, przyjmując nielegalne zlecenie, łatwo będzie go szantażować... No i była jeszcze ciekawość. Paląca chęć dowiedzenia się, o co w tym wszystkim chodzi.
Odprowadził wzrokiem czarne bmw, które zwalniało właśnie przed światłami przy Bonifraterskiej. Jechać za nim? Swoim charakterystycznym golfem nie mógł tego zrobić. Z pewnością Zachar dobrze kojarzył już jego wóz.
Nadal świeciło się czerwone. X6 czekał. Bartek przeniósł wzrok na taksówkę. Stała przy chodniku, kierowca wcinał kanapkę owiniętą srebrzystą folią. Konecki podjął decyzję. Biegiem ruszył ku taryfie, wskoczył do kabiny i wysapał:
- Za tamtą czarną beemką! Jedziesz!
Kierowca ani drgnął.
- Panie, to nie Hollywood.
- Zabawne, że wspomniałeś o planie filmowym - odpowiedział, rzucając tamtemu na kolana stówę.
Hybrydowy silnik toyoty prius zaszemrał z oburzeniem, kiedy taryfiarz wcisnął gaz do dechy. Światło zmieniło się na zielone, potem pomarańczowe, wreszcie czerwone.
- Jedziesz! - Na kolana kierowcy opadła jeszcze pięćdziesiątka.
Prius jakoś przemknął między ruszającymi z lewej i prawej samochodami. Nawet bardzo na niego nie trąbili.
Jechali. Najpierw prosto do Andersa, potem na światłach w lewo obok Komendy Stołecznej Policji - dawnego miejsca pracy Bartka. Potem wielkie i roztrąbione skrzyżowanie z aleją Solidarności. Tam bmw im uciekło, zostali na światłach. Na szczęście dogonili je znów przed Królewską.
Poranny ruch był gęsty, Konecki nie martwił się więc, że popularna w stolicy, biało-zielona taksówka zwróci uwagę Zachara. Na wszelki wypadek wyłączył swój telefon. Skoro on miał program MobileSpy, tamten też mógł z niego korzystać.
Marszałkowska. Korek do skrętu w lewo na rondzie przy Rotundzie.
- Panie, a po co my tamtego śledzimy? - zagadnął taksówkarz. - Nie będzie aby z tego kłopotów?
- Spokojnie! - Konecki poklepał taksiarza po ramieniu. - Jestem prywatnym detektywem. Facet w beemce to niewierny mężuś, na którego żona wystawiła mi zlecenie.
Kierowca wyraźnie się odprężył.
- Ale jaja! - Cmoknął z uznaniem. - Detektywa jeszcze nie wiozłem. Różne świry, z przeproszeniem, się trafiały. Ale detektyw to nie.
Zmiana świateł. X6 był już pierwszy w kolejce do skrętu. Oni czaili się trzy samochody dalej.
Żeby tylko zdążyć za nim przeskoczyć.
- Kiedyś miałem kurs z taką jedną lalą. Młoda, ładna, miała cycki i całą resztę - kontynuował taksiarz, rozładowując napięcie. - Dowożę pod adres, a ona pyta, czy może się rozliczyć w naturze.
Zawiesił głos, spodziewając się nieuniknionego pytania: "I co pan wtedy zrobił?". Pytanie jednak nie padło. Zmieniły się światła. Beemka skręciła w Aleje Jerozolimskie, za nią jedno, dwa, trzy, cztery auta. Uf, zdążyli. X6 tym razem szykował się do zjazdu w prawo, w Bracką.
- Oczywiście się zgodziłem - podjął opowieść kierowca. - A ta spryciara... podaje mi jabłko. Ale mnie wkurzyła!
SUV Zachara wjechał na parking na środku placu Trzech Krzyży i zaparkował obok wietnamskiego baru, który dwie dekady temu był miejskim szaletem oraz centrum schadzek dla gejów. Przystanęli przy chodniku, obserwując, co dalej.
Znajoma, pękata sylwetka w płaszczu i cyklistówce wysunęła się z bmw, które zastawiło wyjazd trzem innym wozom. Zacharewicz się przeciągnął, a potem odwrócił do zbliżającego się "parkingowego". Rzucił mu kilka monet i wręczył kartkę, na której coś nabazgrał. Następnie skierował się na drugą stronę placu, w okolice restauracji Magdy Gessler i firmowego sklepu z garniturami Ermenegildo Zegny.
- Okrąż plac i wróć za dziesięć minut w to samo miejsce - polecił Bartek, sięgając do klamki.
- To będzie kosztowało dodatkowe...
- Nie bądź pazerny - uciął, zatrzaskując drzwi.
Przebiegł przez jezdnię w miejscu niedozwolonym, kierując się na parking. Pomacał spoczywające w kieszeni dżinsów banknoty. Mało tego zostało. Pięć tysięcy od Zachara, po zatankowaniu golfa, opłaceniu elektryczności i zaległego czynszu za biuro oraz łapówki dla znajomka z telekomunikacji, a także obiadu z Lichockim, stopniało do niecałych dwóch. Albo trzeba zamykać to zlecenie, albo zacząć żyć oszczędniej.
- Policja! - huknął na "parkingowego". - Pokaż mi tę kartkę.
Opalony niczym po wakacjach w Saint-Tropez facet, któremu wystająca dolna warga nadawała nieco głupawy wygląd, wcale głupolem nie był.
- A mnie tam wali, czy pan glina czy papuga - odparł ze spokojną godnością. - To prywatna korespondencja. Bez nakazu nie pokażę.
Koneckiemu opadły ręce. Forsa, forsa, forsa. Wszyscy tylko wyciągali do niego ręce.
- Oto nakaz. - Wręczył mu dziesięć złotych. - I ani mru-mru tamtemu. Mam cię na oku.
Chwilę później wbijał sobie do głowy dziewięć cyfr - numer prywatnej komórki Zachara.
Może podłączę do niej MobileSpy?
Zygmunt Zacharewicz zabawił u Zegny pół godziny. Wyszedł z dużym, płaskim pakunkiem, skrywającym prawdopodobnie garnitur.
Ruszyli dalej. Tym razem Książęcą w dół, a potem w lewo na Powiśle. Czarne bmw zatrzymało się w jednej z dochodzących do Tamki uliczek, pod szyldem z napisem "Lombard". Ochroniarz w drzwiach wyprężył się na baczność, Zachar protekcjonalnie poklepał go po ramieniu.
Bartek został w taksówce. Opadły go wątpliwości. To zbyt zawikłana sprawa jak na jednego człowieka, w dodatku bez żadnych uprawnień do prowadzenia śledztwa. Taksówkarz ględził o klientach pieprzących się na tylnym siedzeniu, obrzygujących mu tapicerkę lub - o zgrozo! - usiłujących wejść do kabiny z psem. Nie słuchał go. Zastanawiał się, czy sobie nie odpuścić. Co w tym niezwykłego, że właściciel sieci lombardów kupuje markowe ciuchy i pilnuje biznesu?
Nagle strasznie zachciało mu się zapalić. A w następnej chwili zatęsknił za bezpiecznym, ogłuszającym kokonem, którym otuliłaby go tabletka alpraksu. Nie brał nic od prawie tygodnia...
- O, wyszedł! To jak? Za nim? - ożywił się kierowca.
- Dobra, przejedźmy za nim jeszcze kawałek - odpowiedział z wahaniem.
Most Świętokrzyski. Wysoki pylon, a za nim w prawo w kierunku mostu Poniatowskiego. Dalej prosto wałem Miedzeszyńskim obok Stadionu Narodowego. Most Łazienkowski, Siekierkowski... Gnali teraz biegnącą wzdłuż Wisły dwupasmówką ku przedmieściom. X6 przyspieszył, prius za nim nie nadążał. Może to i lepiej? Ruchu prawie nie było, byłego nadkomisarza policji z pewnością w końcu zaniepokoiłaby ta taksówka.
Na wysokości hal filmowych ATM Studio, których ciemna bryła piętrzyła się po lewej stronie, stracili go z oczu.
- Skubany! Leci ze sto sześćdziesiąt! - Taryfiarz nie krył podziwu. - No i co teraz?
Właśnie - co teraz? Konecki nie wiedział. Czuł się zniechęcony bezowocnie straconym czasem, upokorzony porannym zajściem, bezsilny.
- Dojedź do ronda w Otwocku i zawracaj - postanowił. - Chyba że po drodze zobaczymy go gdzieś na poboczu.
Nie było już sensu się ścigać. Wlekli się przepisową siedemdziesiątką, mając po prawej wał przeciwpowodziowy, który skończył się po paru kilometrach, ustępując miejsca lokalnej, biegnącej wzdłuż szosy uliczce.
Sklep rowerowy, za nim ogrodniczy, magazyn budowlany, McDonald's... - leniwie rejestrował Bartek.
Nagle podskoczył. Na parkingu pod restauracją zobaczył X6.
- Jest tu! Zawracaj.
Wykonanie tego manewru zajęło im kilka minut. Byli przecież na dwupasmówce. W końcu jednak taryfa wjechała na podjazd obok ogromnej kukły pajaca i zabudowanej zjeżdżalni.
Bartek nie mógł wejść do środka, bo od razu zostałby rozpoznany. Ale od czego są szyby? Wprawdzie przyciemniane, ale po przyłożeniu czoła dało się jakoś tam zajrzeć. Więc zajrzał. Obszerne wnętrze, lada z terminalami do przyjmowania zamówień, obok część kawiarniana. Stoliki, sofy, wysokie blaty z komputerami. Kilkoro dzieci młóciło na nich grę Angry Birds i pogryzało frytki. Tylko gdzie, u licha, podział się Zacharewicz? Konecki wypatrzył go po dłuższej chwili, siedzącego po drugiej stronie sali. Mały stolik, dwie kawy. Obok jakiś facet. Jakby znajomy... Były podkomisarz włożył okulary OTP, zdjął kurtkę, naciągnął na głowę kaptur dresowej bluzy. Nie miał złudzeń: jeśli Zachar podniesie na niego wzrok, natychmiast go rozpozna. Żeby to utrudnić, obszedł restaurację w takim kierunku, by zajść go od strony pleców.
Zerwał się wiatr, który natychmiast przeniknął go na wskroś. Skulił się, wbił ręce w kieszenie, ściskając pod pachą zrolowaną kurtkę. Mocniej nasunął kaptur. Przez szybę widział już z bliska masywne, nachylone plecy Zacharewicza. Skoncentrował wzrok na twarzy jego rozmówcy. Z kim ten szemrany lichwiarz postanowił osobiście spotkać się na takim odludziu? Szyba odbijała chmury, które pojawiły się na niebie, i jakiegoś latającego zygzakiem kruka. Twarz przy stoliku wciąż była niewyraźna, zamglona odbiciem nieba. Bartek zwolnił i wbił w nią wzrok. Rzadkie czarne włosy przetykane siwizną, upięte w kucyk. Brązowe tęczówki oczu, śniada cera i krótko przystrzyżony zarost - już zupełnie siwy. Siateczka zmarszczek pod dolnymi powiekami, trzy głębokie bruzdy na czole. Facet się zmienił przez ostatnie dwadzieścia pięć lat, postarzał. Jednak Konecki i tak bez trudu go rozpoznał. Zbyt długo minionej nocy wpatrywał się w jego zdjęcia zrobione po zatrzymaniu przez aspiranta Norberta Pałuchę. To był Jacek Wasilewski.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Październik 1992
Ile czasu siedział już w tym pokoju? Godzinę, dwie, trzy? W pomieszczeniu bez okien, na niewygodnym krześle, w oparach tytoniowego dymu wydychanego przez tamtych dwóch. Każda komórka jego ciała, każdy boleśnie napięty mięsień wyrywały się, by wreszcie się stąd wydostać. Nie mógł uwierzyć, że to naprawdę koniec. Nie jest już błyskawicznie awansującym, docenianym przez przełożonych gliną. Nie ma blachy dającej poczucie siły i przynależności do tych, którzy podporządkowują sobie całą resztę. Po wydaleniu z policji za rzekomo spartaczone śledztwo i postawieniu zarzutów o korupcję czuł się nikim. Ukrył twarz w dłoniach, płakał. Resztką sił bronił się, by nie zrobić tego, do czego nadkomisarz Zacharewicz i jego przyboczny właśnie go namawiali.
- Przyznaj, że sprzedałeś się Orionowi! - już chyba po raz setny darł mu się do ucha oficer Wydziału Wewnętrznego. - Wziąłeś bakszysz za wyczyszczenie mu zeznań! Przecież dorwaliśmy cię na gorącym uczynku!
Pałucha przestał już nawet wstydzić się cieknących po policzkach łez. Był wrakiem człowieka. Dawno przestał się czuć jak Brudny Harry. Tamto to była tylko maska, którą brutalnie zerwano mu z twarzy i wdeptano w glebę. Co bez niej z niego zostało?
Wiedział jednak, że jeśli ulegnie, jeśli dla świętego spokoju podpisze przyznanie się do winy - pójdzie siedzieć. Będzie byłym gliniarzem zamkniętym pod celą z kryminalistami. Trudno sobie wyobrazić czarniejszy scenariusz. W milczeniu pokręcił więc głową. A potem jęknął:
- Nikomu się nie sprzedałem. To wszystko... - Spróbował zebrać myśli, ale czuł się potwornie zmęczony. - To jakaś koszmarna pomyłka. Nigdy nie przyjmowałem od niego pieniędzy. Wrobiono mnie w tę łapówkę.
Znów zwiesił głowę. Zacharewicz i drugi przesłuchujący go glina krążyli wokół jak hieny. Niby przypadkiem popiół z ćmionych cały czas papierosów spadał na jego koszulę i garniturowe spodnie. Norbert nie mógł się pozbyć niewygodnego wrażenia, że lada chwila ktoś mu zhartuje kiepa na karku. Kulił się, słysząc za sobą ich kroki.
- Wystękaj wreszcie przyznanie się do winy. Wyrzuć to z siebie i oszczędź nam wszystkim trudu. Podoba ci się w tej piwnicy? Naprawdę? Nie wolałbyś wyjść na świeże powietrze?
- Ktoś to wszystko ukartował, żeby mnie skompromitować. Żeby ukręcić łeb sprawie Wasilewskiego i...
Uderzenie z otwartej w tył głowy. Niezbyt mocne, ostrzegawcze. Jednak Norbert i tak omal nie zwalił się z krzesła. Zaczął się trząść na całym ciele. Nie potrafił tego powstrzymać. Tamci dwaj zarechotali.
- Takiej sprawy już nie ma, palancie! - W głosie Zacharewicza brzmiała kpina. - Twoje chore ambicje zaniosły cię na zwyczajną męską imprezę. Chłopcy może trochę przesadzili, ale nic by się nikomu nie stało, gdybyś się nie wmieszał.
- Męska impreza? To był zbiorowy gwałt! - wykrzyczał przez ściśnięte gardło.
Zacharewicz pochylił się tak, że ich twarze znalazły się na jednym poziomie. W kąciku ust policjanta tlił się papieros. Dym szczypał Norberta w oczy. Zachar miał ciężki, zły wzrok. Z każdą chwilą Pałucha bał się go coraz bardziej. Próbował cofnąć głowę, ale łapa drugiego gliniarza mocno trzymała go za kark.
- Gwałt? - prychnął Zachar. - Jaki gwałt? Ta twoja niby uratowana dziewczyna, Sandra Konopko, nie chce składać doniesienia o popełnieniu przestępstwa. A nawet w ogóle odmówiła składania zeznań.
- Ktoś ją zastraszył!
- To raczej ty próbowałeś zastraszyć niemieckich gości i ich przewodnika, strzelając im z pepeszy nad głowami!
- Ten Wasilewski to menda, która urządza dewizowcom polowania na dzieci!
- Masz na to jakiekolwiek dowody?
- Przyznał się... - wybąkał bez przekonania Norbert.
Śmiech tamtych dwóch omal nie rozsadził mu uszu.
- A masz to na piśmie?
Skulił się jeszcze bardziej. I nagle coś mu przyszło do głowy.
- Wystarczy przycisnąć strażników z tej rzeźni! - zawołał. -Sto procent, że rozpoznają Krystynę Talko! Wasilewski na pewno ją tam przyprowadził na początku lipca.
- Przycisnąć, mówisz? - zasyczał Zacharewicz. - Chyba cię pojebało, człowieku. Jednego już przyciskałeś. Tak, że aż sam się postrzelił. Ciesz się, że wyżyje. Inaczej doklepalibyśmy ci jeszcze nieumyślne pozbawienie życia.
- Sam się postrzelił?! To wspólnik Wasilewskiego do niego wypalił!
- Strażnik zeznał inaczej.
- Gówno prawda!
- Gówno to zrobimy z ciebie, jeśli nie podpiszesz nam w końcu zeznania. No! Albo się przyznajesz, albo cię zaraz przywiążemy za chuja do klamki. Wybieraj.
TERAZ
Warszawa. Listopad. Środa
Ponownie siedział w golfie zaparkowanym na Świętojerskiej i zachodził w głowę, co ma teraz zrobić z całym tym szajsem. Było południe, jego kieszeń odchudziła się od rana o całe dwie stówki, a do tego zmieniała się pogoda. Wiatr podnosił opadłe liście, ciskał piaskiem po oczach, wywijał piruety z plastikowymi torebkami po zakupach. Ale to nic. Wasilewski i Zacharewicz. Znów razem, chciałoby się powiedzieć. Pierwszego wygooglował jeszcze w taryfie, podczas powrotnego kursu do miasta. Dawny pilot zagranicznych wycieczek był teraz producentem filmowym i telewizyjnym. Grubą rybą, jak wyraził się kaskader Zbyszek, gdy Konecki do niego zadzwonił. To jeszcze nie wszystko. Najlepsze, że właśnie Wasilewski był tym mentorem roztaczającym opiekę nad Stokrocką.
- Czemuś nie spytał o to wtedy, kiedy żeśmy mrozili tyłki pod mostem? - dziwił się Zbynek. - Bym ci od razu powiedział i oszczędziłbyś czas.
No właśnie, dlaczego? Te cholerne benzodiazepiny chyba wyprasowały mu mózg.
Wasilewski, rzecz prosta, to jego tajemniczy zleceniodawca. Podtatusiały bogacz pragnący się upewnić, czy jedna z klaczek w jego stajni jest mu wierna. To jeszcze nic niezwykłego. Niczym dziwnym nie było też to, że do prywatnego detektywa nie pofatygował się osobiście, lecz skorzystał z pośrednictwa zaufanego człowieka. Jest pewnie osobą znaną, rozpoznawalną, nie musiał wiedzieć, że Konecki to młot, który nie ogląda M jak miłość ani nie wchodzi na Pudelka.
Zagadkowe było natomiast to, że ze swoją poufną sprawą udał się do byłego gliniarza, który ćwierć wieku temu uratował mu tyłek. Aż tak się wówczas zaprzyjaźnili? A może już wtedy dobrze się znali? Do tej pory Konecki zakładał, że w 1992 roku Jacek Wasilewski i jego niemieccy koledzy po prostu znaleźli dojście do przekupnego, postawionego odpowiednio wysoko gliniarza i grubo posmarowali. Ten udupił kolegę, skręcił śledztwo, a potem pa, czółko, koniec interesu. A tu proszę. Dwadzieścia pięć lat później koleś idzie ze swoim sercowym problemem do tego samego faceta. Ciekawe, co ich naprawdę łączy? I jeszcze jedno. Jeśli chodziło tylko o założenie głupiutkiej lasce ogona, czemu nie zajął się tym osobiście Zachar? Albo nie wziął do tej roboty któregoś ze swoich ludzi - bo chyba można założyć, że takich ma? No i ostatnia sprawa. Czy w tym wszystkim naprawdę chodzi wyłącznie o zranione uczucia?
W tym momencie coś mu przyszło do głowy. Czesław Łyko! On może być kluczem do wyjaśnienia tej historyjki. Bartek mógłby się założyć, że wycinki, które dziennikarz przekazał Stokrockiej, dotyczyły sprawy zabójstwa Krystyny Talko z 1992 roku. A więc piękna Amelia z jakiegoś powodu interesuje się tamtą starą zbrodnią. Być może to właśnie jej ciekawość złączyła po latach dwóch starych kompanów. Jej samej Konecki zapytać nie mógł. Jego, przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności, już tak.
Przekręcił kluczyk, ale z silnika dobiegło tylko metaliczne stukanie. Odczekał, wziął kilka wdechów.
Nie psuj się teraz. To zły moment.
Jeszcze raz. Skowyt rozrusznika, klekotanie tłoków i... Wreszcie! Z rury wydechowej wystrzelił czarny kłąb sadzy, który niczym zasłona dymna przykrył spory fragment Świętojerskiej.
No to skręt w Ciasną i dalej. Do biura. Korka nie było, szybko więc wypadł na Wisłostradę. Telefon przy uchu. Żeby tylko Lichocki odebrał! Po piątym sygnale wreszcie znajomy głos:
- Czego? Na razie pytam grzecznie.
- Jarek, mam prośbę...
- Tylko nie Jarek! January jestem.
- Ustal mi, byle na cito, warszawski adres faceta, który się nazywa Czesław Łyko.
- A co ja jestem? Biuro numerów? Słyszałeś w ogóle o czymś takim jak ustawa o ochronie danych osobowych?
- To gość po sześćdziesiątce, emerytowany dziennikarz, mieszka gdzieś... - przez sekundę analizował w pamięci trasę autobusu numer 520 - w Centrum lub na Żoliborzu.
Pięć minut później, po wysłuchaniu pod swoim adresem kilku słów obelżywych i co najmniej jednej groźby karalnej, miał już namiar. Ulica Duracza. Kojarzył ją dobrze, bo zaczynała się zaraz za komendą rejonową przy Żeromskiego 7, w której wielokrotnie bywał. Zostało więc jeszcze tylko przygotować się do rozmowy.
Zaparkował na Grochowskiej, dokładnie pod wejściem do Las Vegaz. Ochroniarz chciał chyba zwrócić mu uwagę, żeby nie zastawiał lokalu, ale w pół kroku zrezygnował. W ogóle od czasu pamiętnej wizyty Zachara chłopak okazywał mu więcej respektu. Co by o nim nie mówić, Zacharewicz miał jednak pozytywny wpływ na niektórych ludzi.
Bartek wszedł do biura, starannie ominął spojrzeniem szufladę z ledwie napoczętym opakowaniem alpraksu, włączył komputer, drukarkę i laminator. Kiedy parzyła się kawa, wyszukał w internecie wzór legitymacji policyjnej, skopiował i przeniósł do Photoshopa. Tam wymazał napisy "wzór", zastąpił zdjęcie jakiegoś pajaca z biura prasowego komendy głównej swoim i puścił na kolorową drukarkę. Awers i rewers.
Siorbnął kawy, starannie wyciął, wygrzebał w szpargałach w dole biurka klej i zlepił oba wydruki, usztywniając przyciętą pod wymiar tekturką. Potem zafoliował w laminarce, wygładził ostre brzegi. Gotowe.
Legitymacja na kilometr śmierdziała fałszywką. Nic to. Może wystarczy na tego pismaka.
Golf nie odpalił. Przeklęty szrot! Konecki walnął piąchą w kierownicę, a potem wysiadł i przywalił mu jeszcze w przednie koło z kopa. I co teraz? Ma się tam tłuc tramwajem?
W tym momencie dostrzegł ochroniarza ćmiącego papierosa na chodniku.
- Ej, kolego! Podejdź no z łaski swojej.
Napakowany młodziak niechętnie oderwał się od fasady salonu gier. Nie był taki durny. Czuł pismo nosem.
- Jak ty właściwie masz na imię?
- Piwoń. A bo co?
- Piwoń, jak?
- Krzysztof Piwoń.
- Bardzo ładnie. Słuchaj, Krzysiu, jest robota dla silnego chłopaka.
- Robota? - Blondyn nieufnie przestąpił z nogi na nogę.
- Trzeba mnie popchnąć. Silnik nie chce zaskoczyć.
- Ale to przecież diesel. Rozrząd można rozwalić.
Konecki miał dość tych pogaduszek. Zrobiła się pierwsza, rozwiewało się coraz bardziej, tylko patrzeć, jak lunie i miasto stanie sparaliżowane.
- Słuchaj, Piwoń - porzucił przyjazny ton. - Jakbym szukał porady mechanika, tobym zadzwonił do Złomeksu. No, dawaj! Powinien zaraz odpalić.
Trzeba przyznać, że Krzysztof Piwoń miał krzepę. Naparł na tył golfa i pchnął tak, że Konecki tylko zdążył wrzucić dwójkę, puścić sprzęgło i już z powrotem miał napęd. Pomachał ochroniarzowi ręką przez otwartą szybę i zostawił go na środku małej uliczki biegnącej wzdłuż Grochowskiej, całego pokrytego sadzą.
Duracza. Czteropiętrowy blok, drugie piętro, kręcone schody. Na dole domofon, ale drzwi od klatki schodowej niedomknięte. No to w górę.
Czy zastanę go w domu?
Bartkowi nie uśmiechało się kiblowanie pod blokiem Łyki w taki ziąb, do tego w aucie, którego silnik nawala.
Ale co emeryt może robić w taką pogodę, jak nie siedzieć sobie w bamboszach przed telewizorem?
Ding-dong. Szur, szur. W szparze drzwi za łańcuchem ukazało się znajome oblicze redaktora.
- Arkady Wodecki? - Krzaczaste brwi dziennikarza wygięły się w dwa łuki, którym strzelistości mógłby pozazdrościć nawet szyld McDonald'sa. - Jak mnie pan, na miłość boską, znalazł?
Łańcuch w drzwiach wciąż pozostawał napięty, oczy Łyki łypały podejrzliwie.
Zaraz mi zamknie te cholerne drzwi przed nosem.
- Nie jestem Wodecki, nazywam się komisarz Szam-pam Fyfnowski - specjalnie zaseplenił, żeby nie podać tamtemu żadnego konkretnego nazwiska, które można by sprawdzić. - Krótko mówiąc, policja.
Na kilka pikosekund podsunął mu pod sam nos (Łyko był bez okularów, Konecki liczył na jego starczą nadwzroczność) pachnącą wciąż zgrzewaną folią blachę.
- Policja? - W oczach redaktora Czesława zapaliły się ogniki niepokoju. - Czego może chcieć ode mnie policja?
- Komenda Główna, Biuro Śledcze - dorzucił dla większego efektu Bartek. - Czy możemy porozmawiać wewnątrz? Po co niepokoić sąsiadów...
Zgrzyt, brzdęk. Łańcuch zwisł, drzwi stanęły otworem. Przyczółek zdobyty.
- Kawy? Herbaty? - Łyko bezradnie zadreptał po przedpokoju.
- Darujmy sobie te ceregiele, redaktorze - oficjalnym tonem zadudnił Konecki. - Gdzie pan był w miniony czwartek między godziną siedemnastą a osiemnastą trzydzieści?
Łyko lekko się przygarbił, jakby plecy przycisnął mu niespodziewany ciężar, ale - trzeba mu przyznać - starał się nie tracić rezonu:
- Przecież pan wie, komisarzu. Śledził mnie pan.
- Do rzeczy, panie redaktorze.
- Byłem w Promenadzie, na spotkaniu z pewną damą... - Zająknął się.
- Doceniam, że nie chce pan zdradzić jej nazwiska. - Konecki postanowił go dla odmiany połechtać.
Klasyczna kanapka, stara, ale skuteczna broń śledczych. Ostro, a potem zaraz miękko. Inwektywa-komplement. Kij i marchewka. Najlepiej wychodziło to we dwóch. Dobry i zły glina. Konecki nie miał jednak partnera. Tkwił w tej sprawie samotny jak palec w... Mniejsza o to, w czym.
- Jest pan dżentelmenem, imponuje mi to - kontynuował, patrząc, jak Łyko puchnie niczym ciasto drożdżowe. - Wybawię więc pana z kłopotu. Spotkał się pan z Amelią Stokrocką. Czy to ona pierwsza się z panem skontaktowała?
Łyko skwapliwie pokiwał głową.
- Napisała do mnie kilkanaście dni temu na Facebooku. Podała swój telefon. Zaintrygowała mnie, w końcu to postać ze szklanego ekranu... Oddzwoniłem.
"Szklany ekran". Cóż za wyszukane słownictwo. Ciekawe, czy te dzisiejsze hieny, które pracują jako dziennikarze, zrozumiałyby, o co chodzi.
- I?
Dziennikarz się zawahał.
- Nie wiem, czy powinienem zdradzać... To bardzo osobiste...
Pora przełożyć kanapkę.
- Może mi pan to powiedzieć prywatnie teraz. Lub do protokołu w obecności prokuratora, na komendzie - syknął.
Łyko wciąż się wahał.
- Prowadzicie w jej sprawie jakieś śledztwo? A może wznowiliście tę sprawę sprzed lat?
- Obowiązuje mnie tajemnica służbowa! - odrzekł oschle Konecki, ale zaraz znów przełożył kanapkę. - Ale podziwiam pańską przenikliwość.
Emeryt aż sapnął z zadowolenia.
- A więc jednak Pałucha nie kłamał.
Pałucha. Serce zabiło mu szybciej.
- Ma pan z nim kontakt?
Starszy pan zdecydowanie pokręcił głową.
- Widziałem go tylko raz. W 1992 roku, w redakcji "Życia Warszawy". Nigdy więcej się ze mną nie kontaktował.
- Dobrze, zostawmy go. Co z tą Stokrocką?
- Była bardzo tajemnicza. Powiedziała, że ktoś podał jej moje nazwisko. Że niby jestem osobą, która zna szczegóły śledztwa w sprawie zabójstwa tej biednej Krysi Talko.
- I? - Zadawanie jednosylabowych pytań wyraźnie wchodziło Bartkowi w krew.
- I przekazałem jej swoje wycinki z dawnymi artykułami na ten temat. Tam jest wszystko. Albo nic - dodał filozoficznie.
- Dlaczego Amelia Stokrocka interesuje się tą sprawą?
- Nie mam fiołkowego pojęcia, komisarzu.
Konecki podziękował, wstał, zapisał numer telefonu Czesława Łyki na wypadek, gdyby miał więcej pytań. Starannie ukrywając swoje rozczarowanie nic niewnoszącą rozmową, bardzo stanowczo podkreślił, że ich spotkanie było poufne i informowanie o nim osób trzecich, w szczególności Stokrockiej, byłoby przestępstwem.
- To nie Ceglarczyk zamordował, prawda?
Stary redaktorek najwyraźniej wciąż był w niezłej formie.
- Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. - Bartek po raz pierwszy w życiu użył tego wyświechtanego zwrotu.
Komisarz Bończak byłaby ze mnie dumna - pomyślał.
WCZEŚNIEJ
Warszawa. Kwiecień 1993
Stał na szczycie korony Stadionu Dziesięciolecia, odwrócony plecami do zdewastowanych ławeczek widowni. Nie spuszczał z oczu swoich skarpetek. Zeszłej niedzieli jakieś cwaniaki podprowadziły mu aż dziesięć par - skończył handel stratą.
Czarne, białe, szare, różowe. W prążki, w paski, kwadraty, trójkąty i romby. Z Myszką Miki, serduszkami i oczywiście z napisami Reebok, Adiddas oraz Love. Wietnamska tandeta spod jednej sztancy. Pan Rysio, który sprowadza z Azji towar lotniczym cargo, dawał mu to w komis. Tylko ile można zarobić na skarpetkach? Gdyby handlował tureckimi dżinsami i swetrami albo chociaż T-shirtami i majtkami z Tajlandii, może wyszedłby na swoje. Niestety, pan Rysio uważał go za marnego sprzedawcę. Musiał się więc zadowolić stoiskiem na rozkładanym, polowym łóżku i nędznym asortymentem.
Były aspirant Norbert Pałucha sięgnął do kieszeni ortalionowej kurtki, zbyt cienkiej jak na początek wiosny, wyjął paczkę kupionych od Ruskich papierosów Prima, wyłuskał jednego i mocno się zaciągnął. Krótko, przeszywająco zabolała go głowa, ale ból zaraz przeszedł.
Diabli wzięli wymuskany wygląd i zdrowy styl życia. Wszystko diabli wzięli, całe jego życie. Bo czy można nazwać życiem tę egzystencję? Pałucha rozejrzał się wokół. Po lewej gruba handlara, pani Hela, sprzedawała z turystycznego stolika czekoladę z okienkiem z niemieckiego Lidla, soki w plastiku i piwo w puszkach, rzadkie jak małpie szczyny. Po prawej stał namiot z girlandami biustonoszy i kilkoma półkami włoskich butów rodem z Neapolu. Jego właścicielka Justyna narzekała, że te ostatnie słabo schodzą, bo wśród klientów się rozeszło, że miesiąc temu miała partię butów trumiennych - z tekturowymi podeszwami. Po pierwszym deszczu zalała ją fala reklamacji, których oczywiście nie uwzględniła, i teraz co złośliwsi przezywali ją Trumienka albo wręcz Kostucha.
Życie. Jego życie. Odebrano mu sprawę i wywalono z policji za samowolne działania oraz ignorowanie istotnych dowodów. Do diabła! Lepiej już było przyjąć pieniądze proponowane przez Wasilewskiego. A tak... stracił wszystko. Baśka odeszła. Nawet z nim nie porozmawiała. Wiadomość, że zrywa zaręczyny, przekazał mu lokaj. Kopnęła go w tyłek, zanim jeszcze Zacharewicz zdążył mu załatwić degradację i dyscyplinarkę. Podobno tatuś jej powiedział, że jednak postawiła na złego konia, a to psuje mu wizerunek w świecie biznesu. Potem było już tylko gorzej. Został bez kasy, bez dochodów, za to ze sprawą karną na karku. Jedyna pociecha, że jednak nie pękł do końca w czasie przesłuchania. Podpisał wprawdzie zeznanie, w którym przyznawał się do naciągania wyników śledztwa w sprawie śmierci Krystyny Talko i preparowania dowodów. To wystarczyło, żeby wylecieć dyscyplinarnie z policji. Jednak starczyło mu resztek siły woli, żeby nie przyznać się do czegoś gorszego - współpracy z Orionem. Niewiele brakowało, żeby dał się złamać Zacharewiczowi, ale jeszcze bardziej niż tego typa Pałucha bał się więzienia. I choć prokurator wysmażył w końcu akt oskarżenia, Norbertowi szczęśliwie trafił się sensowny sędzia, który przedstawione przez Wydział Wewnętrzny dowody, mające świadczyć o tym, że przyjął łapówkę od bandyty, uznał za mocno naciągane. Wątpliwości zostały rozstrzygnięte na korzyść oskarżonego. Pałucha nie został skazany. Tyle że bez odznaki był nikim.
Nie umiał się z tym pogodzić. Jeszcze latem wróżono mu wielką karierę, a teraz musiał łasić się do pana Rysia o choćby ciut lepszy towar.
Spojrzał przed siebie. Naprzeciw stali Ruscy, czyli Czeczeńcy. Wymuskane dresiki, łańcuchy z tombaku na szyi i nadgarstkach, ciemne okulary z wielkim napisem Gucci. Z turystycznego stolika handlowali papierosami, a spod stolika - wódką. Wszystko tanie, eleganckie, bez akcyzy. W razie gdyby napatoczył się jakiś patrol, mieli przy bramie chłopaka zaopatrzonego w komórkową motorolę wielkości dobrze utuczonej cegły, który dzwonił z ostrzeżeniem. Czeczeni w pół minuty zwijali stragan do wielkich toreb "marsylianek" i posyłali nadchodzącym policjantom życzliwe, złociste uśmiechy. Taka to technika królowała teraz w handlu.
Norbert się wzdrygnął. Kiedy wreszcie nadejdzie prawdziwa wiosna? Po koronie stadionu hulał wiatr, szarpiąc materiałem namiotów, podrywając folie chroniące przed deszczem wyłożony na łóżkach i stolikach towar, bujając girlandami biustonoszy.
Równie mocno jak utrata pracy bolało go to, co zrobili z jego sprawą. Zacharewicz i jego przydupasy - nadkomisarz Chałka i sierżant Ława - oczyścili Wasilewskiego oraz Niemców z podejrzeń o morderstwo Krystyny Talko, a na zabójcę tej piętnastolatki wytypowali pierwszego z brzegu kolesia, którego nazwisko przewijało się w sporządzanych przez Pałuchę raportach z wyprawy do Kalisza. Janusz Ceglarczyk. Mrukliwy anarchista i punkowiec z krościatą gębą i pióropuszem na głowie. Idealnie im pasował na kozła ofiarnego. Ponoć po przesłuchaniu przez Zacharewicza na całym ciele miał ranki po oparzeniach papierosami, a jaja sine jak śliwki. Potraktowali go znacznie ostrzej niż Norberta. Nic dziwnego, że się przyznał i złożył obszerne wyjaśnienia, jak to rzekomo ukradł w okolicach Jarocina mercedesa należącego do Jacka Wasilewskiego (co w tamtym rejonie robił Wasilewski, nikt nie pytał - przecież to nie przestępstwo jeździć sobie po kraju), a następnie uprowadził, zgwałcił i zamordował autostopowiczkę, porzucając jej ciało w Warszawie. Butelkowozielonej "beczki" nigdy nie odnaleziono. Ekspertyza doktora Kaliny z otwarcia zwłok, informująca, że w ciele denatki znaleziono nasienie należące do kilku mężczyzn, gdzieś się "zawieruszyła".
Skończył papierosa i zdeptał niedopałek. Czeczeńcy z naprzeciwka patrzyli na niego z nieskrywaną ironią. W ich palcach dymiły marlboro, krążył też plastikowy kubek, do którego polewali Stoliczną.
Norbert Pałucha początkowo trochę się jeszcze buntował. W policji i prokuraturze nikt nie chciał z nim gadać. Tam był spalony, przyklejono mu łatkę łapówkarza. Wprawdzie w resorcie brali w łapę niemal wszyscy, ale brać a dać się złapać - czyniło wielką różnicę. Poszedł więc do mediów. A konkretnie do dziennikarza, który od początku pisał o sprawie Krysi Talko. Reporter "Życia Warszawy" Czesław Łyko miał opinię nieprzejednanego tropiciela kryminalnych zagadek. Kiedy Pałucha przeczytał jego artykuł o zakończeniu śledztwa i wytypowaniu na oskarżonego Janusza C., odwiedził dziennikarza w nowej redakcji, przeniesionej z Marszałkowskiej 1 do dawnego kina Klub przy Trasie Łazienkowskiej. Usiedli w barku, zamówili lurowatą kawę z ekspresu przelewowego i Norbert krótko streścił mu swoją wersję wydarzeń.
- Nie mogę tego opublikować - powiedział po dłuższym namyśle Łyko. - Nie ma pan dowodów, więc rzecznik prasowy Komendy Stołecznej wytoczyłby mi sprawę o szkalowanie funkcjonariuszy policji.
- To może pojedzie pan do zakładu karnego pogadać z tym Ceglarczykiem? - zasugerował Pałucha.
- Po co? - Dziennikarz wzruszył ramionami. - Wiadomo, że powie, że jest niewinny. Więzienia są pełne niesłusznie skazanych.
- Myślałem, że zadaniem prasy jest przedstawianie stanowiska różnych stron - syknął Pałucha. - Nie tylko wersji oficjalnej.
Czesław Łyko podrapał się po głowie.
- No... niby tak - zgodził się ostrożnie. - Zapytam naczelnego, czy da mi delegację. A poza tym...
Pałucha zawisł wzrokiem na jego mięsistych ustach.
- Mogę zadać na łamach gazety kilka niewygodnych pytań.
W następnych wydaniach "Życia Warszawy" na odległych miejskich kolumnach pojawiły się krótkie wzmianki na temat procesu Janusza C. i ubrane w dyplomatyczne słowa wątpliwości co do kierunku i wyników śledztwa. Pojawił się nawet mały wywiadzik "z mordercą", w którym Janusz C. przysięgał zza krat, że został wrobiony w morderstwo. Artykuliki przeszły jednak bez echa. Nikt z przedstawicieli policji nie pokwapił się nawet, żeby je skomentować. Czytelnicy nie potrzebowali tych dywagacji. Sprawca ohydnej zbrodni został aresztowany i oskarżony. Dodajmy - sprawca budzący u większości praworządnych obywateli głęboką niechęć. Ceglarczyk nie uczył się, nie pracował, nie poszedł do wojska. Śmieć, który trafił tam, gdzie jego miejsce.
Norberta znów zabolała głowa, sięgnął więc po kolejnego papierosa. Czeczeni stojący po drugiej stronie alejki coś do siebie poszeptali, po czym jeden z nich nalał plastikowy stakańczyk do połowy i podszedł z nim do Pałuchy.
- Na zdarowie! My toże bywsze siłowiki.
To, że rozpoznali w nim dawnego pracownika organów ścigania, lekko mu zaimponowało. Miał ostatnio spore problemy z podtrzymaniem resztek zdruzgotanej samooceny. Skinął głową, przyjął kubek i wypił jednym haustem. Ból znów minął.
PROLOG
Warszawa. Lipiec 1992
Obudziła się nagle, od razu przytomna, z poczuciem, że jest źle. Gwałtownie wciągnęła powietrze. Jak tonący, który wynurzył się na powierzchnię, lecz wie, że nie starczy mu sił, by się dłużej na niej utrzymać. Zimne światło jarzeniówek pod wysokim sufitem ukazało jej obszerną, pozbawioną okien halę. Leżała na szerokim i długim metalowym stole, nad którym zwieszała się piła tarczowa.
Poczuła, jak przerażenie zalewa jej serce, i raptownie usiadła. Nie była związana. Zeskoczyła. Przebiegła kilka metrów. Bose stopy zadudniły na zimnej, betonowej podłodze, pokrytej jedynie poplamionym linoleum. Zatrzymała się. Wróciła. Ruszyła w przeciwnym kierunku. Znowu stanęła.
Była sama w tym dziwnym pomieszczeniu, w którym oprócz stołu i piły zgromadzono mnóstwo zagadkowych przedmiotów. Z sufitu zwisały wielkie haki, pod ścianami stały pojemniki na kołach, a tuż obok niej piętrzyło się coś, co wyglądało jak taboret olbrzyma. Wszystko lśniące, metalowe, zimne.
- Co to za miejsce? - Jej szept uleciał ku sufitowi, by po chwili wrócić echem, które wwierciło się w mózg nieznośnym bólem.
- To rzeźnia! - Usta ułożyły się w słowa, których nie miała odwagi wypowiedzieć. - Obudziłam się w rzeźni.
Spróbowała zebrać myśli. Skoncentrować się. Bolała ją głowa, a w ustach czuła cierpki, chemiczny smak, od którego robiło jej się niedobrze.
- Jak się tutaj znalazłam?
Całkiem niedawno, niemal przed chwilą, rzuciła wszystko, czego nie znosiła, zakwestionowała model życia, który pętał ją jak grobowy całun. Dusiła się w nim, nudziła, gardziła nim. Długo nie miała odwagi, żeby się z tego wyzwolić. Trudno być odważną, kiedy się ma dopiero piętnaście lat. Ale w końcu się udało. Oznajmiła rodzicom i całej małomiasteczkowej reszcie, że rusza w Polskę. Sama. Było piękne lato. Pojechała na festiwal rockowy do Jarocina - miał zagrać Dżem. A raczej chciała pojechać. Teraz pamiętała tylko białoszarą szosę, przy której łapała stopa, i dwóch sympatycznych panów zatrzymujących się przy niej wielkim mercedesem. A potem cierpki, chemiczny smak tamponu, który ktoś przyciskał jej do ust i nosa.
- Uśpili mnie. Dranie.
Po co to zrobili? Odpowiedź przyszła szybciej niż wypowiedzenie w myślach tego pytania. Przestraszyła się jeszcze bardziej. Nie była już dzieckiem. Przynajmniej do tej chwili tak sądziła.
Spojrzała na swoje odbicie w wypolerowanej metalowej ściance dziwnego - jak wszystko wokół - urządzenia. Miała na sobie dżinsy z bazarku na rynku i koszulkę. Żadnych dziur, rozdarć, sińców. Zginęły jej tylko buty. Może więc nie jest tak źle?
Ponownie ruszyła przed siebie. Tym razem już jednak nie biegła. Zrozumiała, że to nie koniec. To raczej początek. Oni gdzieś tutaj są. Czają się, knują, obserwują.
Rozejrzała się. Wokół nie było żywego ducha. Ostrożnie podeszła do ciężkich i grubych metalowych drzwi. Były uchylone. Wyjrzała i zaraz cofnęła głowę. Znów wyjrzała.
Korytarz był oświetlony błękitnym światłem brzęczących cicho jarzeniówek. Nadal żadnych okien. Po prawej odrapane drzwi do łazienek, po lewej kolejne uchylone stalowe wrota. Pod ścianami więcej pojemników i wózków. Wszystkie na kółkach. W powietrzu zapach stęchlizny, kurzu i czegoś jeszcze. Ledwo uchwytny, metaliczny, drażniący nozdrza zapach. Znała go. To był zapach krwi.
Szła korytarzem, ostrożnie rozglądając się wokół. Ogromny betonowy bunkier wypełniony był lśniącymi urządzeniami do zabijania, krojenia, odzierania ze skóry. Plątanina korytarzy, sal dużych i mniejszych. Wciąż ani jednego okna, choćby świetlika. Jednak przecież gdzieś, do licha jasnego, musi być stąd jakieś wyjście.
Wtedy usłyszała zwielokrotniony echem, odległy śmiech. Potem odgłos kroków. Przerażenie żarzące się w środku klatki piersiowej nagle się rozpaliło - jak palenisko gwałtownie otwartego piecyka. Rzuciła się biegiem w przeciwnym kierunku. Za nią rozbrzmiało dudnienie biegnących nóg. Ścigał ją nie jeden, nie dwóch, ale kilku ludzi. Zniekształcone echem głosy zdawały się brzmieć po niemiecku.
Niemcy? W ogromnej rzeźni? A może to tylko koszmarny sen?
W tym momencie jej spanikowany i wciąż otumaniony umysł wreszcie się przebudził.
- Muszę wrócić tam, gdzie się obudziłam!
Stół, piła, rząd haków pod sufitem. To jasne. Tam trafiają zwierzęta tuż po uboju. A więc gdzieś obok musi być hala, w której są uśmiercane, a za nią rampa, przez którą są pędzone do rzeźni.
Wyjście.
Zawróciła na pięcie i pognała z powrotem. Byle zdążyć przed tamtymi. Kimkolwiek są.
Była szybka. W kilku susach dopadła ciężkich drzwi, przez które dopiero co wyszła. Skoczyła do hali, minęła stół i piłę, dostrzegła kolejne drzwi, pewnie prowadzące do ubojni. Rzuciła się ku nim.
I zaraz zahamowała.
Zobaczyła ich. Wchodzili kolejno, zatrzymywali się, mierzyli ją wzrokiem. Jakby oceniali półtuszę.
Mężczyźni. Nie wyglądali na potwory. Ten z prawej był niski i pulchny, o jowialnej twarzy. Środkowy był wyższy, ale znacznie starszy. Po lewej stał najmłodszy, z brzuszkiem rysującym się pod dresową bluzą. Może nie jest tak źle? Może chcieli tylko ponapawać się trochę jej strachem? Zażartować?
Nie. W ich oczach było coś, co odbierało nadzieję. Oni chcieli ją skrzywdzić. Skoro jednak sprawiali wrażenie zwyczajnych facetów w wieku jej taty, to może da się ich ubłagać? Przeprosić? Przekonać, żeby zostawili ją w spokoju?
- Nie róbcie mi nic złego - usłyszała własny, potwornie zachrypnięty głos. - Ja... Ja jestem dzieckiem.
Gwałtownie drgnęła, kiedy ktoś się odezwał tuż za jej plecami. Nie zrozumiała słów, mężczyzna mówił po niemiecku. To musiało być coś zabawnego, bo ci przed nią tubalnie zarechotali.
Odwróciła się powoli, bojąc się tego, co zobaczy. Ujrzała sympatycznego kierowcę mercedesa, faceta między trzydziestką a czterdziestką, lekko łysiejącego, dosyć wysokiego. Patrzył na nią ciemnymi, lekko zamglonymi oczami wesołka, który nadużywa alkoholu. Znała takie spojrzenia. W pobliskim miasteczku pełno było takich facetów.
Struchlała. Płytki oddech nie mógł zapewnić jej trzepoczącemu przerażeniem sercu wystarczającej ilości tlenu. Za gardło zaczął łapać ją szloch.
- Dalej już nie uciekniesz, ty mała kurwo.
W jego głosie brzmiała nie tyle złość, ile raczej drwina. Szydził z niej. Sycił się jej przerażeniem. To ją otrzeźwiło. Wzbudziło złość. Oszust. Porywacz. Gnojek, który ją uśpił i ułożył na stole do dzielenia mięsa.
- No dalej, dziwko. Błagaj o litość.
W piersi wzbierała jej furia. Zwyczajny facet w stadzie innych zwyczajnych facetów, mówiący językiem bestii. Nie, nie będzie go o nic prosić.
Spojrzała w górę, ku rzędowi lśniących i ostrych jak diabli haków. Zrobiła dwa kroki rozbiegu, podskoczyła i chwyciła jeden. Tak jak myślała, był tylko luzem włożony w otwór prowadnicy. Bez trudu go z niej wybiła.
Facet stojący przed nią wybałuszył ze zdziwienia oczy.
- Co? Co ty...
Nie pozwoliła mu skończyć. Nagle wydał jej się żałosny i słaby. Cała jego siła opierała się na podstępie i aplauzie tych pajaców w dresach.
Z rozmachem wbiła mu ostry i lśniący hak w ramię. Wysoko, aż pod sam rozjarzony zimnym światłem jarzeniówek sufit, wzniósł się jego kwik.