Kręgi Dantego. Strofy w jedną stronę - Tomasz Skryba

Kup ebooka

30.00 zł

-
Proszę czekać

Prolog

"Portret"

Z dedykacją dla wszystkich tych, którzy mają swoje szczęście,

Swój portret osoby ukochanej w pamięci

Wiesz, teraz czuję się jakoś lżej

Wiersz ten dedykuję również Tobie Przeszłości, która odeszłaś

Dziękuję ci za to

To drugi taki wiersz, bo choć mówisz, że łatwo

Wciąż śmiejesz się cudnie w moich snach

Wciąż cię słyszę i widzę, ale znikasz...

Opuszczasz wzrok i widzisz piwne spojrzenie

Grobowe milczenie w tobie narasta

Wiesz, że umierasz bardziej już za życia

Każdy ma taką osobę

Oprócz mnie, wypuściłem szczęście z rąk. Zabrała cię przeszłość

Każdy portret maluje, uwiecznia, co dnia

Na rozdrożu, gdzie ktoś postawił znak zamazany "Stąd do wieczności"

I tyle, żadnej strzałki

Nie robisz tego farbami, choć malujesz pędzlem

Robisz to co dnia słowami

Ja dialogi ze sobą prowadzę

Czasami dość ciekawe, głównie o śmierci i umieraniu

Tworzę nasze rozmowy, których nie było

Ty nie musisz, więc mów do niej, a ty do niego

Odtwarzam obraz, pamiętając już jedynie imię

Ty widzisz anioła co dnia

Nie bierzesz żadnych prochów ani nic nie wdychasz, przynajmniej taką nadzieję mam

Opisu nie strać

Uważaj na kwas codzienności... masz jeszcze przyszłość, macie wspólne życie

Ja marzenia - o skoku, pile mechanicznej, zagadce nie do rozwiązania...

Dotknąć serca to miłość właśnie

Temat ten w moim gaśnie

Gasnę wraz z nim, powiem ci to teraz

To szczere takie i prawdziwe "Jestem żywym trupem"

Wtul się w jej włosy, poczuj perfumy, a ogień z pieca cmentarnego

Lotos nie przemija nigdy

Chyba że wyrósł w moich dłoniach

Ona jest w twoich snach

W mych już nie

...

Ten rozdział zamkniętym miał być

Ty nie zamykaj drzwi

Choć cię nie znam, widzę z okna mojej celi

Rozpoczynasz życie na nowo każdego dnia

Dla mnie istnieje tylko równia pochyła

Podejmij więc próby następne, by przy niej być

Ja za ten czas wysadzę się

Przeszłość przemawia do mnie

Wy pewnie tulicie wasze dzieci i psa - patrzycie na zasadzone drzewo w nowym domu

Jakby co, krypta numer trzynaście...

Nie powiem już tych dwóch słów

Nie potrafię kochać już

Ty mów, powtarzaj... Zaklinam cię... I nawet łom na chwilę odkładam

Chciałem coś powiedzieć, wyjaśnić, pocałować i szepnąć

Maestro... Prowadź tego nieznajomego - Raj podobno nie ma końca

Mojego słowa nie usłyszy

Swoje lepiej w strofy ułóż

Służę pomocą... właśnie piszę nekrolog

Prześlę pocztą, tylko adres podaj

Odczytam z ruchów twarzy marzenie wasze

Ja do swoich strzelam bez rozkazu

Malujesz ją

Ty jego

Ja targam, palę, grabię...

Będziesz mogła się dowidzieć o mnie, jak będzie po wszystkim

Przemilczeć nie mogę... wy idźcie, Bóg na pewno czeka przed ołtarzem

Mi wystarczy karawan dość szybki

Kolejny sekret - wyrzuć go, tak będzie lepiej

Nawet nie wiesz, ile to waży po wielu latach

Umiera i kona... kona i umiera - gruźlicza obstrukcja

Moja nimfa, moja muza... kur* bądź bardziej kreatywny, bo się znudzi

A mam to gdzieś... nie wiem, jak myślisz, rozpalone żelazko... czy bardziej tradycyjnie może

Bogini już być może, już lepiej, w dobrą stronę idziesz

Ja widzę tunel - a w nim pociąg, jakby nie patrzeć, zawsze to jakieś światło

Powiem to, co mnie uciska

A ty nie czekaj... przytul ją... a ty do niego

Mina może trochę twarda jest no, ale...

Może jeszcze nie teraz, może spiszę te słowa

Te zmagania wciąż trwają kochanie

Bije mnie w mordę życie

Już się nie bronię, czekam na rykoszet

To już szóste czy nawet ósme dzieło w aneksie odnotowane

Przypomnieć - pamiętaj

Przytulić - kiedy płacze

Pocałować - zawsze

Moja harfa obesrana przez lata

Teraz gra dla was jej lepszy model

Muzyka ta nie cichnie

Piszę, a ty kierujesz, dyktujesz... Razem jednak trzymacie pióro

Ja topię się w atramencie

Nie powiem Ci już, co do Ciebie czuję

Zachrypłem na to uczucie

Skrybą jestem jedynie mętnym

A wy macie wspomnienia

Pisałem już o istocie, która zniknęła

Ty swojej nie pozwól

Spotkanie wróciło, jedynie twoje imię

Spotkanie z rozpaczą i samotnością już bez twojej zgody

Bo ty nie pozwalałaś im... nie pozwoliłabyś

Kolejna noc bez ciebie - Szaleństwo nieźle całuje

Kolejny dzień bez Ciebie -

I znów noc

Chciałbym... mógłbym, zapytać cię... kochanie... no trochi kultury w dup* węża jak z nią rozmawiasz

Gdzie teraz jesteś? Nie wiem

...

Znam twoje imię

Piszę je następny raz

Znam twoje nazwisko - taki boski bat okładający po oczach co dnia

Jeśli to czytasz, mnie już tu nie ma

Umarłem we własnym więzieniu

Piszę to we śnie

Ciągle jest luty i amor skur* mnie goni

On już nie biegnie, on za mną z... nieważne to się wytnie

Światła blasków kolorowych - każdy z chochlików mówił "Nie"

Tyle dzieł, ale brak numeru

Numer swój dla ciebie zostawiłem jeszcze wtedy w pełni świadomy

Korytarz stał się labiryntem

Po raz kolejny szyfr zapisuję

Nagranie wciąż trwa, ale wiem, kiedy zniszczyć taśmę

Nie popełniajcie tego błędu

Pustak to mój dom

Wy pewnie macie kominek, drewno na opał i ciepło...

Abstrakcyjne to pojęcia

Już nie ma serca

Straciło rację bytu

Zaufanie... odeszło

Wtedy... miałem nie umierać, nie być przedmiotem, pragnąłem ciepła

Został tylko tytuł tej piosenki

Bo piosenka zbyt żywe ma jeszcze słowa

Las odebrał... Los odebrał...

Piszę, nie mogę zapomnieć

Piszę, bo chce to zrobić

Żałośnie powtarzam fakty

Dlatego coraz bardziej okrajam je, ciosy mocniejsze

Szczęście musi umrzeć

Mówisz nawet teraz

Jeśli to czytasz

...

Tam jest wszystko, tam jest wiele

Zatrzymane te chwile, a tu portret Twój

Żywego człowieka, jakiego pamiętam zza tafli szkła

Istoty wypalone

Świetliki świateł spadły

Długie włosy barwy kasztanu

Wiesz, kiedyś myślałem, że... śniłem o spotkaniu

Piwne oczy niby ten szmaragd wygasły

Nie... diament, choć już bez blasku

Jestem nieczuły

Jestem martwy w środku

Wieczny asceta i skryba

Dotknij, jeśli to czytasz, swojego serca

Przyłóż tę kartkę do niego

Pomyśl o mnie czasami

Zniknij wreszcie ze snów i myśli sekundowych

Zabierz kartkę... I odejdź

Twoje imię królowej Egipskiej... chyba

Grobowiec zamknięty w nim

Zielone morze zbyt słone

Wyspy fioletu aksamitnego

Telefon, spojrzenia, umieranie

Ta książka to pożegnanie

Bo pisał ją diabeł

Nad redakcją czuwał Dante

Podpisałem chyba cyrograf na cudu zobaczenie, a ten stał się człowiekiem

Tak bardzo za tobą tęsknię

"I że nigdy Cię nie opuszczę"

Nigdy nie opuścisz, maro cudowna?

Nie wiem, to może księdza wezwać?

Bezcelowe ruchy pędzla

Nie zapomnisz a tak

Będę pisał i zapiszę... wieczna obsesja

Wizje bez grozy mistrza

Bez żadnych rozmów

...

Liczby, wiele liczb, tak zwanych dat

Każdy dzień jest ważny dla was

Nie, nigdy jednak nie zapomnę

Nawet jeśli to sen

A profil w sepii nie istniał

Wiersz ten pisany trzydziestego pierwszego dnia

Październik

Nie wiem, czy nie pójdę

Nie wiem, czy nie pójdę na cmentarz

Tam umrę

Zabiję może wreszcie to wspomnienie

Inaczej wieczne to moje cierpienie

Jeśli czekasz na odpowiedź więcej śladów i sekretów

Pełna ich lista tu

Świadomość... Czekaj...kiedyś spotkamy się, kiedyś

Głos milknie w tym obrazie

Kawałki siebie zostawiał tu

Lotos wszechobecny nie wiem, dlaczego

A może to fałsz

Siódma to liczba drugiego wersu

Opada topór kata

Zasypiam tam i w nim, co dnia

Nieopisane, niedokończone

Znów zimno

Znów pada deszcz

Głos milknie

A może jednak to łkanie błysku?

Opada jeszcze to ostrze?

Pamiętam, pragnę, kocham

Wrócisz pewnie za chwilę w myśli, jak i twarzy

Co pamiętam jeszcze?

Czekaj na Sanatorium

Jego dziewięć kręgów przyjdzie po Ciebie i wskaże drogę

Przyjdzie po Ciebie Dante

Umówicie się na kawę

Piszę ten wiersz

Dokładniej znaczy mniej.