WSTĘP
Zanim przewrócicie stronę i uderzy w was gęsty, niepodrabialny zapach podlaskiej przygody - mieszanka spalin, bimbru, starego skaju i niedojedzonego bigosu - musimy ustalić pewne zasady.
Nie szukajcie tu wielkiej literatury, głębokich metafor czy lekcji życia, które sprawią, że poczujecie się lepiej ze światem. Ta książka jest jak jazda dużym fiatem bez hamulców, z zaciętym gazem i radiem grającym na pełnej głośności największe hity disco z lat dziewięćdziesiątych. To nie jest opowieść z morałem. To nie jest lektura, która nauczy was radzenia sobie ze złością - wręcz przeciwnie, wywinduje wam ciśnienie, zresetuje matrycę i sprawi, że zaczniecie się zastanawiać, czy przypadkiem sami nie macie we krwi odrobiny wysokooktanowego szaleństwa.
To jest kronika czystego, gęstego jak przepracowany olej absurdu. Zapiski z wyprawy, podczas której logika wysiada jeszcze przed rogatkami Krasnegostawu, a za kierownicę chwyta czysta, wschodnia ułańska fantazja.
Poznajcie czwórkę jeźdźców motoryzacyjnej apokalipsy: Dawid - człowiek, który w każdym zakręcie widzi potencjalną awarię, a w każdej awarii - powód do większego przekleństwa. Szuri - absolutny mistrz destrukcji, wizjoner katastrof, dla którego świat to plac zabaw, na którym najlepiej bawić się zapalniczką i otwartym bakiem paliwa. Szafran - logistyk, który każdą minutę wyjazdu przelicza na litry spalonej benzyny i stopnie załamania nerwowego, będąc jednocześnie głosem rozsądku, którego nikt nie chce słuchać. I Bąk. Człowiek-góra, dla którego Kredens nie jest środkiem transportu, a członkiem rodziny, posiadającym duszę, humor i - co najważniejsze - lepszy charakter niż połowa znanych mi ludzi.
Kredens to Fiat 125p. To samochód, który ma więcej fochów niż primadonna w operze, a w jego musztardowej karoserii skrywa się historia, której nie powstydziłby się żaden film akcji, gdyby tylko reżyser był wystarczająco pijany.
W tej kronice nie znajdziecie mądrych życiowych drogowskazów. Jest za to stół bilardowy (a raczej jego rekwizytowa imitacja) zjedzony przez Bąka w przypływie egzystencjalnego głodu. Jest Szuri, który w imię "sztuki" ląduje na haczyku na szczupaki w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Są zjawiska paranormalne napędzane wyłącznie wysokoprocentowym trunkiem z legalnie nieistniejących źródeł i spotkania z potworami, które w rzeczywistości okazują się po prostu sąsiadami z problemami biznesowymi.
Więc jeśli szukacie subtelnych wzruszeń, spokojnej narracji i kojących opisów przyrody - źle trafiliście. Zostawcie tę książkę na półce, wróćcie do swoich wierszy lub poradników o szczęściu. Ale jeśli chcecie się śmiać tak mocno, że aż obudzicie sąsiadów, i macie ochotę na podróż w głąb podlaskiego szaleństwa, to zapraszam.
Siadajcie wygodnie na oryginalnym, lekko popękanym skaju. Zdejmijcie nogę z hamulca, choć w Kredensie i tak nie działa. Gaz w podłogę.
Zaczynamy jazdę bez trzymanki.