1
Nad południowym Adriatykiem marzec dwa tysiące trzeciego roku nie
wyróżniał się niczym szczególnym. Było słonecznie, wiało delikatnie z południa i z każdym dniem robiło się coraz cieplej. Woda w morzu miała
siedemnaście stopni, a w zatokach nawet o dwa więcej.
Do średniowiecznej Budvy ostatnia wojna nie dotarła, a i poprzednie ją
oszczędzały. Choć skutecznie wystraszyła niemieckich emerytów, życie w mieście zamarło tylko na chwilę. Nadmorski bulwar, Stari Grad,
restauracje, kafejki, port i plaże szybko wypełniły się
rosyjskojęzycznym gwarem.
Bracia Nikola i Jovan kilka tygodni wcześniej wynajęli dwupiętrowy dom z dala od centrum, na zboczu góry. Położony był na gęsto zabudowanym
zachodnim skraju miasta, przy końcu krętej i stromej ulicy, i otoczony
gęstwiną akacjową skrywającą jego brzydotę. Wydawać się mogło, że wraz
ze śmiercią Tity stanęły tu wszystkie zegary i zgasły uliczne latarnie.
Na parterze mieścił się garaż. Stały w nim dziesięcioletni biały
volkswagen passat i ponton z silnikiem na lawecie. Część mieszkalna
znajdowała się na piętrze. Z salonu było wyjście na obszerny taras
ozdobiony agawami w kamiennych wazonach i czterema antenami. Rozciągał
się z niego widok na turkusowe morze, góry pokryte lasem i czerwone
dachy Starego Miasta.
Nikola miał pięćdziesiąt pięć lat i był o piętnaście lat starszy od
Jovana. To on o wszystkim decydował -?i to nie tylko ze względu na wiek,
ale także dlatego, że to on wciągnął młodszego brata do tej roboty.
Oddał mu duży pokój przy salonie, a sam zajął ciemną klitkę w głębi
korytarza. Trzeci pokój służył im jako pracownia techniczna, nazywana
przez nich Bunkrem.
Była siódma rano. Zapowiadał się słoneczny i ciepły dzień. Jovan
siedział na tarasie, pił kawę i przez okulary słoneczne obserwował
samolot rysujący smugę kondensacyjną. Słuchał wiadomości radia Nova
Budva. Na zmianę zaciągał się, brał łyk kawy, obserwował morze i zerkał
na niebo.
Gdy reklamy się skończyły, spiker zapowiedział, że teraz utwór Postojim
i ja zaśpiewa Sergej Ćetković, który w czerwcu miał reprezentować
Czarnogórę na Music Festival Budva. Jovan pogłośnił radio i wyciągnął
się w fotelu, zakładając ręce za głowę. Uwielbiał Ćetkovicia.
-?Nie ma chleba -?usłyszał za sobą niski głos Nikoli.
-?Jest w samochodzie, w zielonej torbie na tylnym siedzeniu -
przypomniał sobie Jovan.
-?Drodzy słuchacze -?odezwał się spiker -?właśnie dostałem niezwykłą
informację. W zatoczce Uvala Mogren pojawiły się cztery delfiny. Podobno
były tam już wczoraj. Co jakiś czas urządzają pokaz skoków. Najwyraźniej
uciekły z chorwackiego rezerwatu. Można je obserwować z murów cytadeli i przy tej okazji zapraszamy do restauracji Luna na Starym Mieście.
-?Słyszałeś?! -?zawołał Jovan, odwracając się w stronę salonu. -
Słyszałeś? Niki? -?powtórzył głośniej i poderwał się z fotela.
Wszedł do salonu i dopiero teraz zobaczył Nikolę wchodzącego po
schodach.
-?W zatoce Mogren pojawiły się delfiny -?oznajmił Jovan z przejęciem. -
Jedziemy?
-?Zwyczajne czy butlonosy? -?zapytał Nikola, wyjmując chleb z torby.
-?Ludzie nie rozróżniają, więc...
-?Hm -?zamruczał Nikola, ale dobrze wiedział, co Jovan chce zrobić. Nikt
tak nie kochał delfinów jak jego brat.
-?Pojedziemy popływać z nimi w Uvala Mogren -?odparł. -?Ostatni raz to
było...
-?Trzy lata temu w Turcji -?wtrącił Nikola.
-?Tak, w Kas... -?Jovan pokręcił głową. -?To było piękne. Butlonosy, ze
dwadzieścia. Młode chciały się bawić. Pamiętasz?
-?Ty jesteś nieźle pojebany z tymi delfinami -?wtrącił Nikola, robiąc
sobie kanapkę.
-?Chodźmy, może jeszcze tam są...
-?Braciszku, dorośnij. -?Nikola się uśmiechnął. -?Powinniśmy dzisiaj
zmienić czipy i odesłać pliki do centrali. Jesteśmy już dwa dni
spóźnieni. Musisz być w dobrej formie. Pójdziesz się bawić z delfinami
teraz, to wieczorem będziesz nie do użytku.
Jovan pokiwał głową i odstawił kubek na stół.
-?W sumie masz rację -?rzucił bez przekonania. -?Szkoda.
-?Nie martw się. -?Nikola podszedł do brata i poczochrał go po gęstej
czuprynie. -?Na pewno zostaną dłużej i obiecuję ci, że popływasz z nimi...
jutro. -?Przyciągnął głowę Jovana do piersi. -?Kocham cię, braciszku.
-?Czy ta nasza robota w ogóle coś daje? -?zapytał Jovan. -?Bo mam
wątpliwości. Centrala ani razu nic nie powiedziała, żadnego dobrego
słowa. Nic. Jesteśmy jak jacyś pierdoleni paparazzi, a nie...
-?Nie nasza sprawa -?przerwał mu Nikola. -?Wiemy, co mamy robić, i robimy -?dodał bez przekonania. -?Gdyby to wszystko było gówno warte,
toby pewnie zrezygnowali. W końcu trochę tego materiału zebraliśmy. Poza
tym to przecież kosztuje.
-?Pewnie tak -?przyznał Jovan. -?W takim razie sprawdźmy sprzęt i chodźmy do portu na lunch. Na ćevapčici tam, gdzie ostatnio. Popatrzymy,
może coś się zmieniło na naszą korzyść. Ktoś ubył? -?Uśmiechnął się i ruszył w kierunku swojego pokoju.
-?Raczej przybył. Ich jest tu ciągle coraz więcej... -?rzucił za nim
Nikola.
Zszedł do garażu, żeby sprawdzić silnik przy pontonie -?zauważył, że ten
zaczyna się dławić przy zwiększonych obrotach. Jovan wrócił na taras,
gdzie stała ławeczka do ćwiczeń. Dbał o sprawność fizyczną i codziennie
rano poświęcał co najmniej czterdzieści pięć minut na trening. Lubił
biegać, a ćwiczenia z ciężarkami stanowiły doskonałe uzupełnienie jego
rutyny.
W przeciwieństwie do brata, który zmagał się ze sporą nadwagą, nie dbał
o zdrowie, palił dwie paczki czerwonych marlboro dziennie, wypijał litr
tureckiej kawy i nie stronił od śliwowicy, Jovan był szczupły,
wysportowany i ograniczał się do jednej porannej kawy. Nikola odpowiadał
za technikę operacyjną i nie było problemu, którego nie potrafił
rozwiązać.
Choć dzieliła ich duża różnica wieku i nie byli do siebie fizycznie
podobni, łączyła ich silna, niemal metafizyczna więź. Nigdy się nie
kłócili, a ewentualne nieporozumienia trwały jedynie chwilę i kończyły
się zwykle po prostu skinieniem głowy. Wyższość Nikoli była dla Jovana
czymś oczywistym i nawet przez myśl by mu nie przeszło, żeby
kwestionować jego zdanie. Nikola wiedział o tym i szanował lojalność
młodszego brata.
W rodzinie Lukiciów mężczyźni zawsze dbali o wychowanie młodszych, zanim
pozwolono im sięgnąć po broń. Żelazne zasady i więzy krwi pozwoliły
Lukiciom przetrwać w bałkańskim kotle. Wojny nie tylko narzucały nowe
reguły, ale też utrwalały stare, a przelana krew je pieczętowała.
Lukiciowie rzadko umierali w łóżkach i byli z tego dumni.
2
Lokal konspiracyjny o kryptonimie "Maczek" znajdował się na warszawskim
Służewcu. Dwupokojowe mieszkanie mieściło się na trzecim piętrze w budynku bez windy, co dla Romana Leskiego stanowiło spore wyzwanie.
Opierając się o poręcz, musiał włożyć niemało wysiłku w to, by pokonać
schody. Od dwóch miesięcy przyjmował leki na nadciśnienie i ciągle czuł
się zmęczony. Już po pokonaniu pierwszego piętra na jego czole pojawiały
się kropelki potu. Na drugim przyspieszał oddech, a na trzecim serce
zaczynało groźnie kołatać. Dopiero kiedy wyrównał oddech i starł pot z czoła, nacisnął dzwonek.
Otworzyła mu krótko obcięta blondynka o ładnej, delikatnej twarzy i niebieskich oczach. Miała dwadzieścia pięć lat, ale równie dobrze można
było uznać ją za maturzystkę. Dżinsy i błękitna koszula z zawiniętymi
rękawami pasowały jak ulał do jej swobodnego, młodzieńczego wyglądu.
Roman pomyślał, że w tej zwykłej z pozoru dziewczynie kryje się
potencjał na twardego oficera wywiadu. Monika Arent była dopiero w trakcie szkolenia, ale Roman wiedział już, że wybrał właściwą osobę.
Leski trzy razy bez powodzenia zdawał na akademię sztuk pięknych. Kochał
sztukę tak mocno, że żadne oblane egzaminy nie mogły stanąć na drodze
tej miłości. Wydawało mu się wówczas, że nie musi się uczyć -?każdą
wolną chwilę poświęcał na działalność w podziemiu. To wtedy zrozumiał,
że idealna kompozycja powstanie, gdy uda mu się zespolić w jedno duszę
artysty i wojownika. Fantazja i myślenie abstrakcyjne kruszą schematy,
dają możliwość zerkania za linię horyzontu, opisywania rzeczywistości
barwą i kształtem, a nie obrazem analogowym. Monika tak właśnie
postrzegała świat, bo była artystką z natury. Teraz Roman musiał z niej
zrobić szpiega.
-?No i jak? -?rzuciła, gdy tylko przestąpił próg.
-?Najpierw daj mi wody -?odparł Roman, z trudem łapiąc powietrze.
Zanim zdążył odwiesić kurtkę, Monika zniknęła w kuchni i po chwili z głośnym stuknięciem postawiła szklankę na stoliku w salonie. Usiadła na
kanapie i obserwowała Romana, który sapiąc, sadowił się w fotelu.
Wypił kilka łyków, westchnął dwa razy i postawił na kolanach swoją
brązową zniszczoną teczkę, przypominającą szkolny tornister. Przez
moment grzebał w środku, by w końcu wyjąć zielony skoroszyt.
-?No i jak? -?niecierpliwiła się Monika. -?Zdałam?
-?Patrzcie, jaka w gorącej wodzie kąpana! Zaraz się wszystkiego dowiesz
-?uspokoił ją Roman, otwierając skoroszyt. -?No więc... -?Pokiwał głową.
-?No więc co, kurw...? -?nie wytrzymała dziewczyna.
-?Nie przeklinaj -?zamruczał pod nosem Roman. -?Oficer wywiadu musi
panować nad językiem. Nie może dekonspirować emocji. Szczególnie wobec
przełożonego.
-?Daj spokój, Roman -?odparła nieco rozbawiona. -?Mów, zdałam czy nie?
Lubił jej niezależność i wybuchowy temperament, tak typowe dla
studenckiej subkultury z akademii sztuk pięknych, i nie próbował ich
zmieniać. Wprost przeciwnie -?naturalność Moniki była jej wielką zaletą.
Przechodziła indywidualny kurs wywiadowczy, bo Roman zaplanował dla niej
przyszłość z dala od centrali. Miała pozostać w konspiracji i prowadzić
życie w swoim naturalnym środowisku.
Przez ostatnie dwa miesiące przechodziła intensywny kurs pracy z obserwacją, wykrywania i urywania się od ogona. To był najważniejszy
przedmiot szpiegowskiej edukacji. Jeśli zawodowy szpieg nie potrafi
zmylić obserwacji, nie nadaje się do pracy operacyjnej. A taką właśnie
przyszłość zaplanował dla niej Roman.
-?Drogie dziecko... -?zaczął Roman i od razu zobaczył zmarszczone czoło
Moniki. -?Koleżanko szanowna... -?poprawił się. Nigdy dotąd nie zwracał
się do niej w tak formalny sposób, ale poczuł, że okazja tego wymaga. -
Z prawdziwą satysfakcją mogę stwierdzić, że zdałaś egzamin na szóstkę.
Monika wyraźnie się ucieszyła. Włożyła dużo pracy w to, aby opanować
chodzenie pod obserwacją, i poczuła prawdziwą satysfakcję, jakby wygrała
nagrodę Pucharu Świata.
-?Po raz pierwszy kandydatka... czy kandydat... rozkuł... rozkuła obserwację
tak... tak... -?Roman się zawahał. -?Nawet nie wiem, jakiego słowa
powinienem użyć.
-?Dawaj, Roman, dawaj! -?niecierpliwiła się Monika.
-?Dobrze, powiem raz i nigdy więcej tego nie powtórzę -?ciągnął. -?Masz
talent, a właściwie dar, jakiego jeszcze nie widziałem. W betce byli
wprost zdumieni. Zdałaś na dziewięćdziesiąt pięć procent. To się jeszcze
nigdy nie zdarzyło.
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. Próbowała nad nim zapanować,
ale po chwili się rozpromieniła.
-?Dziewięćdziesiąt pięć procent? -?spytała zadowolona. -?Ilu było?
-?I tu właśnie widać twój dar -?odparł Roman. -?Miałaś dwa zespoły po
dziesięć osób i pięć samochodów. Celowo prosiłem o dużą i najlepszą
ekipę, bo czułem, że ich rozkujesz, ale że aż tak... -?Urwał i pokręcił
głową z niedowierzaniem. -?Przy tak licznym zespole zwykle figurant nie
jest w stanie nic ustalić. A ty? Jak to możliwe?
-?Nie wiem. Serio!
-?I te opisy wywiadowców. Takie szczegółowe? Szef betki nie mógł w to
uwierzyć i zrobił dochodzenie u siebie, czy ktoś się nie wysypał. -
Roman zamilkł na kilka sekund, a potem dodał: -?Ja wiem, że to ty. Wiem.
-?Pokiwał z zadowoleniem głową. -?Masz dar. Widzisz więcej, patrzysz
inaczej.
-?Tylko nie mów, że mam trzecie oko -?wtrąciła z przekąsem Monika. -?To
żałosne. Już to określenie... dar, mnie mierzi, jakbym słyszała jakiegoś
nawiedzonego księdza.
-?Już dobrze -?zgodził się Roman, bo poczuł, że rzeczywiście popadł w patos. -?Okej, w takim razie muszę ci coś wyjaśnić. Zrobię to tylko raz
i nigdy nie będę już do tego wracał. Obiecuję. Może ci się to przyda, bo
kiedyś będziesz musiała przekazać tę wiedzę swoim następcom, więc...
-?Powtarzasz się, chociaż za każdym razem twierdzisz, że to ostatni raz.
Więc nie ściemniaj, mów i idziemy dalej. Jak rozumiem, mam już... -?Monika
poczuła się pewniej niż kiedykolwiek wcześniej. Była młoda, pewna siebie
i czasami arogancka, a Roman wiedział, że to kiedyś minie.
-?Mogę śmiało powiedzieć, że otrzymałaś dzisiaj promocję na pierwszy
stopień oficerski. Zdałaś najtrudniejszy egzamin, oceniający, czy
nadajesz się na zawodowego szpiega. Gratuluję! Wielu rzeczy można i trzeba się nauczyć... -?ciągnął Roman -?...jak budować skrytki, robić bpm,
jak chodzić i sprawdzać się, znajdywać miejsca nawiązania kontaktu, ale
najważniejszego się nie nauczysz. Albo to masz, albo nie. Umiejętność
obserwowania otoczenia, zapamiętywania obrazów, szczegółów i, co
najważniejsze, podejmowania właściwych decyzji. A przede wszystkim
umiejętność wyjścia spod obserwacji tak, by wywiadowcy byli przekonani,
że zgubili cię z własnej winy albo nie potrafili odnaleźć.
-?Czyli za miesiąc promocja? -?zapytała Monika, przerywając wywód
Romana.
Ten jednak kontynuował:
-?Jeżeli dosiada cię dwudziestu wywiadowców i pięć samochodów, to nawet
doświadczony szpieg ma poważny problem, by się wygramolić wiarygodnie i sprawdzić, bo zmysły mają swoje ograniczenia. A ty jakbyś tych
ograniczeń nie miała. Co więcej, są tacy, którzy widzą nieistniejące
rzeczy i fakty. Piszą potem w raportach, że byli pod obserwacją. Opisują
wszystko w najdrobniejszych szczegółach. To nie efekt rozbudzonej
wyobraźni czy skłonności do fantazjowania, lecz strach. Wyobraźnia i fantazja są cenne, bardzo potrzebne, ale nie tu, gdzie zaczyna się droga
szpiega. Krótko mówiąc, kończysz kurs oficerski jako prymuska, chociaż
nie miałaś żadnych konkurentów. Gratuluję, pani podporucznik Moniko
Arent, chyba mogę już się tak do ciebie zwracać.
-?Będę podporucznikiem, gdy dostanę nominację, więc nie słódź mi
przedwcześnie, pułkowniku Leski. -?Uśmiechnęli się do siebie. -?Mogę się
przecież jeszcze rozmyślić. Tak czy inaczej, będziesz mógł teraz,
profesorze Higgins, poinformować pułkownika Pickeringa, że wygrał pan
zakład i Eliza zdała egzamin. -?Monika obróciła się na pięcie i zniknęła
za drzwiami.
Leski stał na środku pokoju z szeroko otwartymi oczami i wydawało mu
się, że leci w ciemną otchłań. Monika trafiła go tak celnie, że ze
zdumienia nie mógł wydobyć z siebie głosu. Jednym zdaniem zrecenzowała
jego kilkumiesięczną pracę, którą uważał za misję, a nawet nie zauważył,
jak bardzo jest w tym wszystkim banalny.
3
Martin i Ray zimę dwa tysiące trzeciego roku spędzili w Dubaju, zajmując
luksusowy apartament w nowo powstałej dzielnicy Madinat Al-Jumeirah. Na
tle monotonnej zabudowy było to miejsce wyjątkowe -?wyglądało jak
replika arabskiego miasta ze snu niemieckiego architekta. Choć wiatrowe
wieże miały nawiązywać do tradycyjnej architektury, ich funkcja była
czysto dekoracyjna -?wszędzie działała klimatyzacja. Sieć restauracji,
butików i luksusowych hoteli zapewniała gościom pełny komfort.
Miasteczko poprzecinane było kanałami z turkusową wodą, po których
pływały wodne taksówki.
Oni jednak woleli spędzać czas w starej dzielnicy Al Fahidi, gdzie czuć
było nastrój miasta sprzed powstania siedmiu emiratów. Po miesiącach
spędzonych w stanie niemal całkowitej bezczynności znali każdy zaułek, a nawet każdą ławeczkę. Przemierzyli wszystkie uliczki, odwiedzili każdą
restaurację i skosztowali wszelkich możliwych owoców morza -?od krewetek
przez małże po ośmiornice.
Pojechali do Dubaju jako wsparcie dla Biura Proliferacji. MI6 od kilku
lat prowadziło w Emiratach operację pod kryptonimem "Wings", której
zadaniem było rozpracowanie aktywności irańskich służb specjalnych.
Strażnicy Rewolucji stworzyli w rejonie Zatoki Perskiej całą sieć
wywiadowczą zajmującą się pozyskiwaniem technologii jądrowych i transferem środków finansowych.
Grupą dziesięciu oficerów kierował Andrew Cook, wytrawny specjalista od
spraw irańskich. Zresztą wszyscy członkowie zespołu byli najlepszymi
specjalistami, jakimi dysponowało Zjednoczone Królestwo.
Ambicje jądrowe Iranu budziły niepokój na świecie, lecz w tamtym czasie
priorytetem pozostawał bin Laden. Amerykańskie i brytyjskie lotnictwo
rozpoczęło bombardowania Iraku i wiadomo już było, że inwazja wisi w powietrzu. Bliski Wschód był rozgrzany do czerwoności, więc do Emiratów
zjechały wszystkie służby wywiadowcze świata. Tłok był tak duży, że
trudno było rozpoznać, kto jest kim, zwłaszcza że każdy udawał kogoś
innego.
Obraz sprytnie zaciemniali dodatkowo Rosjanie.
Po upadku ZSRR co pół godziny lądowały w Dubaju samoloty z rosyjskich i ukraińskich miast, których nazwy trudno było znaleźć na mapie. Na sukach
i ulicach pojawiły się tysiące rosyjskojęzycznych turystów z wielkimi
torbami, zatrzymujących się w najtańszych hostelach i gorączkowo
poszukujących podróbek luksusowych marek z całego świata.
W ten właśnie sposób powstawało wiele rosyjskich firm, z których
niektóre po latach urosły do rangi poważnych graczy. Szejkowie z życzliwością przyjmowali gości z północy, choć wraz z nimi do Emiratów
trafiły zjawiska dotąd tam nieznane, takie jak przestępczość i prostytucja.
W hotelu w Madinat Al-Jumeirah co najmniej połowa gości pochodziła z Rosji, mimo że ceny były wygórowane, nawet jak na zamożnych zachodnich
turystów.
Kilka tygodni przed wyjazdem do Emiratów, gdy nad Londynem zalegały
jesienne chmury, Martina wezwał do siebie sir David Oldfield, szef MI6.
Po kwadransie kurtuazyjnej rozmowy i filiżance herbaty, z uśmiechem
podkreślonym starannie przystrzyżonym, srebrnym wąsikiem, oznajmił mu
decyzję.
-?Pojedziesz do Dubaju, Martin, razem z Rayem. Nie jestem aż tak
brutalny, żeby ci go amputować.
-?Świetnie! -?odparł, bo od razu pomyślał o Rosjanach. Uwagę o Rayu
zbagatelizował, bo od dawna wiedział, że szef za nim nie przepada. -
Mamy tam coś ciekawego? Już dawno myślałem, żeby tam poczesać...
-?Nie, Martinie -?rzucił Oldfield. -?Pojedziecie tam wesprzeć zespół
Andrew Cooka. Wasze doświadczenie na kierunku wschodnim może się im
przydać. Wiesz, to Dubaj, pełno Rosjan...
-?"Wesprzeć", czyli co dokładnie? -?zapytał zaskoczony Martin.
-?No nic... -?Dowódca wzruszył ramionami.
-?Jak to nic?
-?Pojedziecie, a Andrew przekaże wam wszystko na miejscu. Nie denerwuj
się tak.
-?Co jest grane, David? -?Martin zmrużył oczy. -?Znamy się tyle lat,
więc nie sądzisz chyba, że tak po prostu to łyknę. O co chodzi?
-?Dobrze zatem. Zapadła decyzja, że wchodzimy do Iraku, sam więc
rozumiesz... -?Oldfield mówił bez przekonania. -?Andrew prosił o specjalistę od spraw rosyjskich, a wy teraz nic pilnego chyba nie macie
na biurku. Poza tym przyda się wam trochę słońca. Ile ci zostało do
emerytury? Dwa lata? Temu małemu Rayowi chyba też. Prawda?
-?Nie podoba mi się ta rozmowa, David -?odparł Martin. -?Mam wrażenie,
że coś ukrywasz, ale dobrze, w końcu to ty jesteś szefem. Rzeczywiście
chwilowo mamy puste biurka i ta pogoda...
-?No i świetnie! Cieszę się, że przyjąłeś moją propozycję z takim
zrozumieniem, a nawet entuzjazmem -?rzucił Oldfield z przekąsem. -?Dasz
radę polecieć w poniedziałek?
-?Dam -?odparł zaskoczony Martin, po czym dodał: -?Wiesz, jakie jest
moje stanowisko w sprawie Iraku? To błąd! Poważny błąd. Premier nie
powinien dać się wydymać Amerykanom, ale widocznie chce albo lubi. Od
WTC wszystkie siły idą na poszukiwanie stu brodatych zbójów, a Rosjanie
zacierają ręce z radości. Dostali czas, my daliśmy im czas i oni go
wykorzystają. Wiesz to tak dobrze jak ja, że to pułapka Primakowa.
Zresztą ten pomysł z wysłaniem nas do Dubaju tylko to potwierdza. David!
-?Spojrzał Oldfieldowi w oczy. -?Putin to niebezpieczny gracz,
przynajmniej ty nie daj się na to nabrać.
Oldfield, odkąd został szefem, nigdy nie reagował na ostrzeżenia
Martina, chociaż często się z nim zgadzał. Przez wiele lat sprawnie
kierował najtrudniejszą rezydenturą w Hongkongu. Kiedy jednak został
dyrektorem MI6, zupełnie się pogubił i nieustannie miotał między
Whitehallem a Vauxhallem.
Teraz podniósł się na znak, że spotkanie skończone, i z dłonią na
ramieniu Martina odprowadził go do drzwi.
Wszyscy wiedzieli, że Oldfield przesiąknięty jest kulturą Dalekiego
Wschodu i często woli komunikować się za pomocą gestów niż słów. Tym
razem jego spojrzenie mówiło wszystko: "Wiem, Martinie, że masz rację,
ale co ja mogę? Idziemy na wojnę i musimy utwierdzić premiera w przekonaniu, że to słuszna decyzja. A może, w jakiś cudowny sposób,
nawet tę wojnę wygramy".
Kiedy Martin wyszedł na Albert Embankment, od razu zadzwonił do Raya i streścił mu rozmowę z Davidem.
-?W przeciwieństwie do ciebie nigdy nie lubiłem tego dupka -?rzucił
wyraźnie poruszony Ray. -?Pierdolony kapłan Falun Gong!
-?Daj spokój -?próbował go uspokoić przyjaciel.
-?A niech wie, co o nim myślę. I tak biurko mu się ugina od donosów na
mnie.
-?Lecimy w poniedziałek.
-?Nie powiedziałeś, na jak długo.
-?Zależy od Andrew -?odparł Martin.
-?Ech -?westchnął Ray i się rozłączył.
Szybki wyjazd, bez jasno określonego terminu powrotu, komplikował
Martinowi życie osobiste. Był w związku z Mariną Morozową, którą poznał
przed laty w Helsinkach. Rosjanka z Sankt Petersburga, agentka
brytyjskiego wywiadu, z czasem przeszła w Anglii specjalistyczne
szkolenie i otrzymała nazwisko legalizacyjne Mary Cooling. Brała udział
w kilku trudnych operacjach MI6. W dziewięćdziesiątym szóstym uzyskała
brytyjskie obywatelstwo, została pełnoprawną funkcjonariuszką wywiadu i partnerką życiową Martina.
W deszczowy listopadowy poniedziałek wsiedli na pokład boeinga 747
British Airways i wylecieli do Dubaju. Samolot był zatłoczony, lecz
Martin bez trudu rozpoznał pięciu kolegów z Vauxhall Cross. Atmosfera
była napięta -?czuć było, że coś się zbliża, a Bliski Wschód wkrótce
eksploduje.
Andrew Cook pojawił się w Madinat Al-Jumeirah dopiero po kilku dniach.
Ciągle miał coś pilnego do zrobienia i przekładał powitalną wizytę. W końcu przyszedł z butelką whisky.
Andrew był rasowym szpiegiem i nie tracił czasu, jeżeli to nie było
częścią zaplanowanej gry. Bez ogródek przyznał, że potrzebuje
specjalistów od irańskiego programu jądrowego i przepływów finansowych,
biegle władających farsi i arabskim -?a nie rosyjskich werbowników -
rezydentura MI6 w Dubaju była w stu procentach skoncentrowana na
zbliżającej się inwazji na Irak. Stwierdził wprost, że żadnych zadań dla
nich nie ma, i z właściwym dla siebie poczuciem humoru zaproponował im
pilnowanie parkingu.
Dopiero gdy otworzyli drugą butelkę, Martin zapytał Andrew, czy wie,
dlaczego ich tu przysłano.
-?David chciał się was pozbyć z Londynu. Wcale o was nie prosiłem -
odparł, jakby to było oczywiste. -?Za głośno wyrażałeś swoje opinie na
temat inwazji na Irak. Nie ty jeden zresztą tak myślisz. David dobrze
wie, że broń chemiczna Saddama to ściema, ale premier chce wierzyć w te
półprawdy, bo musi przekonać opinię publiczną. Nie będzie przecież sam
siebie okłamywał. Chce tej wojny, bo nie może odmówić Amerykanom. -
Alkohol wyraźnie rozwiązał Cookowi język.
-?Jasne -?rzucił Martin. -?Gdyby Saddam miał ostry ołówek, a Amerykanie
uznaliby, że może nim komuś wykłuć oko, to już byłby wystarczający powód
do inwazji. Wojna z Irakiem rozpierdoli cały układ na Bliskim Wschodzie
na dziesięciolecia, a Primakow aż podskakuje z radości. David przecież
to wszystko wie i...
-?I pewnie boi się, że możesz zacząć spiskować przed emeryturą i coś
wycieknie do mediów -?przerwał mu Andrew. -?Jaki jest David, wszyscy
wiemy. Więc wysłał was daleko od Londynu, pod moją kontrolę, i w ten
sposób wmanewrował was w tę wojnę. Proste?
-?Proste i niewyrafinowane. Dzięki.
-?David i wyrafinowanie? -?skomentował z przekąsem Cook.
-?Pierdolony kapłan Falun Gong... -?włączył się Ray, wzbudzając
rozbawienie. -?Salamandra jebana -?dodał, zaciskając usta.
Przez kilka miesięcy nie robili nic. Do znudzenia przemierzali piaski
Emiratów. Żeby jednak nie wyjść z wprawy, obrabiali dwóch Rosjan,
których poznali na plaży -?przystojnego prokuratora z Sankt Petersburga
z otyłą żoną i korpulentnego rządowego dziennikarza w towarzystwie
kochanki.
W pierwszych dniach lutego otrzymali polecenie powrotu na Vauxhall Cross
i oczywiste było, że do Dubaju już nie wrócą. Ray skwitował to krótko:
nigdy.
4
Roman siedział w fotelu wpatrzony w przesuwające się za oknem ołowiane
chmury i kontrolował tętno w nadgarstku. Chciał sprawdzić, czy pogoda
rzeczywiście ma wpływ na pracę serca. Tak twierdził sąsiad, który miał
na koncie trzy zawały.
Kilkanaście minut wcześniej sekretarka poinformowała go, że narada z dyrektorami biur zaczęła się później, niż planowano, ale szef polecił mu
siedzieć, czekać i nigdzie się nie oddalać.
Leski był zdyscyplinowany, więc gdy skończył sprawdzanie pulsu, sięgnął
po leżący na stoliku "Biuletyn Informacyjny". Nosił datę sprzed
miesiąca, a sądząc po sklejonych kartkach, najwyraźniej nikt przed nim
go nie czytał.
Edward Bauman objął stanowisko szefa Zarządu Wywiadu trzy lata
wcześniej, a za parę tygodni miał stanąć na czele nowo powstałej Agencji
Wywiadu. Wcześniej pełnił funkcję ambasadora w Moskwie, wiceministra
spraw zagranicznych oraz członka sztabu wyborczego premiera Feliksa
Wirskiego.
Roman znał Edwarda jeszcze z czasów opozycji i uważał się wtedy za jego
ucznia -?był młodszy od niego o siedem lat. Już wtedy Bauman uchodził za
inteligentnego i skromnego indywidualistę. W odróżnieniu od większości
opozycjonistów znał i cenił Rosjan, co bywało przyczyną gorących sporów.
Poprzedni premier długo musiał go przekonywać do objęcia stanowiska
szefa wywiadu. Bauman słynął ze stoickiego spokoju, jasnego umysłu i poczucia odpowiedzialności -?spełniał wszystkie oczekiwania. Potrafił
pracować z ludźmi i nigdy się nie wywyższał. Był nałogowym palaczem i mimo zakazów nie rozstawał się z papierosem nawet w gabinecie. Dym i kaszel stały się jego codziennością, a na twarzy nosił ślady lat
uzależnienia. Jego zdrowie nadwątliła nie tylko choroba płuc, lecz także
stomia, którą od kilku lat skrzętnie ukrywał.
Choć Leski i on nie byli przyjaciółmi, ich współpraca układała się
wzorowo. Bauman częściej pytał, niż decydował -?przynajmniej dopóki nie
zrozumiał w pełni specyfiki pracy wywiadu.
Po dwudziestu minutach z gabinetu wyszło sześciu dyrektorów i dwie
dyrektorki. Przemaszerowali w milczeniu, jakby byli na paradzie, nie
zauważając Romana, który siedział w rogu za sekretarką.
Gdy zniknęli, pojawił się Bauman i ruchem głowy zaprosił Leskiego do
gabinetu.
Sekretarka uprzątnęła stół konferencyjny, po czym postawiła wodę na
niewielkim stoliku.
-?Jak twoja artystka? -?zapytał szef. -?Chyba już kończy kurs?
-?Tak -?odparł Roman. -?To niezwykły talent, chociaż krnąbrny i bardzo
pewny siebie.
Usiedli.
-?Poprosiłem cię o spotkanie, bo mam trudną i jak by to powiedzieć,
niecierpiącą zwłoki sprawę... -?zaczął Bauman z wyraźnym zakłopotaniem. -
No i nie wiem, co z tym zrobić. Kwestia jest niezwykle delikatna, bo
dotyczy premiera. A mam tutaj teraz młyn w związku z naszym udziałem w Iraku. Premier zobowiązał się wobec Waszyngtonu i Londynu, więc czeka
nas ekstrarobota, wszystkie ręce na pokład. Na głowie mam jeszcze
organizację nowej agencji, więc sam rozumiesz, premier, Irak, Biały Dom.
Chyba o niczym nie zapomniałem.
Bauman zapalił papierosa i zaciągnął się z lubością.
-?Jestem do twojej dyspozycji, Edwardzie, chociaż słabo się znam na
Iraku i w ogóle Bliskim Wschodzie -?rzucił Roman. -?Ale jeżeli jest coś,
w czym ci mogę pomóc i chociaż odrobinę ulżyć, to możesz na mnie liczyć.
-?No tak, ładnie to ująłeś -?odparł Bauman z zadumą w głosie. -?W tym
problem, że sprawa wyszła właśnie teraz i dotyczy premiera.
Zastanawiałem się, czy w ogóle ją ruszać, ale po solidnym namyśle
doszedłem do wniosku, że nie mogę tego tak zostawić.
-?W czym rzecz? -?zapytał Leski. -?Spróbujmy. Premier też człowiek.
-?Dobrze, od początku -?zaczął zachęcony przez niego Bauman. -?Wiesz,
Feliks Wirski jest nowym człowiekiem w polityce. W nim nasza nadzieja,
bo nareszcie mamy kogoś...
-?No wiemy to wszyscy -?wtrącił Roman. -?Pierwszy polityk, do którego
mam słabość.
-?Wirski ma córkę, siedem lat chyba... -?Edward wypuścił dym w bok. -?Jego
żona prowadziła własny biznes. Kiedy został premierem, udziały
przepisała na przyjaciółkę jeszcze ze szkoły czy coś podobnego. Wiesz,
premier też był przecież biznesmenem i ze wszystkiego zrezygnował.
Mieszkają w dużym domu w Konstancinie...
-?Widziałem, to ponury pałac. Duże pieniądze i chyba nie do końca mój
gust, ale i tak lubię gościa. Zmierza w dobrą stronę. Oczywiście nie
miałem na myśli naszego udziału w tej wojnie. W czym ten problem?
-?Daj spokój polityce i estetyce teraz -?odparł Edward. -?Otóż u Wirskich pracuje niejaka Julia Bartkiewicz, lat dwadzieścia osiem...
Poczekaj. -?Edward podniósł się i zgarnął ze stołu niebieską teczkę,
wrócił na fotel i zgasił papierosa. -?Zobacz!
-?Ładna dziewczyna. Czym się zajmuje?
-?Kuchnia, sprzątanie, opieka nad dzieckiem, no wszystkim...
-?Hm.
-?No właśnie. Jak to znosi pani Lucyna? To pierwsze zdziwienie, będzie
ich więcej -?dodał, sięgając znowu po papierosy. -?Kiedy Wirski został
premierem, ABW objęło go procedurą sprawdzeniową...
-?Nie mów mi, że nie przeszedł -?rzucił Roman i obaj się uśmiechnęli.
-?Ale pani Julia też musiała przejść, właściwie -?Bauman zawahał się
przez moment -?taką nieformalną. I co, okazało się, że jest panną,
mieszka w wynajętym mieszkaniu, wykształcenie średnie. Formalnie
zatrudniona jest w firmie, której właścicielką była pani Lucyna, i ona
jej płaci ubezpieczenie. Szczegóły znajdziesz w teczce.
-?No i? -?zapytał Leski. -?Chcesz powiedzieć, że premier ma wieloletni
romans? Trójkąt? Co nam do tego? Poza tym jakoś nie wierzę. Co najwyżej
to temat dla plotkarskich tygodników. Nie chcesz chyba powiedzieć, że
ona... -?Przerwał i obaj na chwilę zamilkli. -?To byłoby jak z taniego
szpiegowskiego thrillera, temat zresztą już wyeksploatowany. No dobrze,
to co dalej?
-?Niby nic, gdyby nie jedno dziwne zdarzenie.
-?Na litość boską, Edek! -?Roman uniósł głos. -?Nie pal teraz. Wiesz
przecież, że biorę leki, a dym mnie dusi. -?Bauman cofnął rękę. -?Co to
za zdarzenie?
-?Z tą sprawą przyszedł do mnie Zbyszek Malinowski...
-?Tak? -?ożywił się Roman. -?Maliniak?
-?Bez zmian. Chcesz zapytać, dlaczego przyszedł z tym do mnie, a nie
drogą służbową do szefa UOP? No bo co wywiad może z tym mieć wspólnego.
Tak? Pamiętasz -?ciągnął Edward -?w podziemiu Zbyszek zawsze szukał
konfidentów bezpieki i nikomu nie ufał.
-?Pamiętam -?odparł Leski i się zamyślił. -?Pamiętam doskonale. Mieliśmy
przez to więcej problemów niż korzyści. Szczególnie że żadnego nigdy nie
zdekonspirował. Taki nasz James Jesus Angleton. W IPN-ie też nic nie
znalazł. Ale do kontrwywiadu nadaje się idealnie.
-?No więc właśnie. Nie ufa Maryjskiemu, bo wie, że ten robi wszystko, by
dostać stanowisko szefa nowego ABW, i pewnie nie zgodzi się na
rozpracowanie pomocy domowej premiera, a nawet na pewno lojalnie go o tym poinformuje. A Maliniak, jak to Maliniak, nie wierzy Maryjskiemu, bo
on nie był w podziemiu.
-?Na razie nie ma jeszcze czego rozpracowywać -?wtrącił Roman i zmrużył
oczy. -?Przyszedł z tym do ciebie?
-?Jak wiesz, Zbyszek prowadzi wydział specjalny w kontrwywiadzie i zajmuje się rosyjskimi nielegałami, operacjami specjalnymi i takimi tam.
-?Tak, wiem.
-?Dwa dni temu Zbyszek dostał sygnalną informację od litewskich służb,
że do Polski jedzie jakiś Rosjanin do zadań specjalnych, z SWR, nie GRU.
Ma poruszać się granatowym oplem na łotewskich numerach i prawdopodobnie
posługuje się łotewskim paszportem. Według Litwinów miał do wykonania
jakieś zadanie specjalne. Nasi wyłapali, gdy przekraczał granicę. Jak
słusznie podejrzewasz, Zbyszek zmobilizował całą armię. Nie zatrzymywali
go, żeby nie spłoszyć. W Białymstoku zostawił samochód na parkingu i przesiadł się do białej skody fabia na polskich numerach. Zrobili mu
zdjęcie, patrz. -?Bauman wyjął fotografię z teczki i położył na stoliku.
-?Wyglądało na to, że czuje się dosyć pewnie. Nie sprawdzał się
specjalnie, więc kiedy zjechał na stację benzynową, nasi założyli mu
beacon. Dojechał do Warszawy koło osiemnastej. Kręcił się po mieście,
ale trudno powiedzieć, czy po prostu nie znał drogi, czy się sprawdzał.
W końcu o dziewiętnastej dotarł na ulicę Modrą jeden.
-?Julia?
-?Ano właśnie! -?potwierdził Edward gromkim głosem.
-?Tylko ona tam mieszka? -?zapytał Roman z lekką ironią w głosie.
-?To wielki, piętnastopiętrowy blok, ale pojechał akurat na siódme
piętro, tam, gdzie dziewczyna wynajmuje mieszkanie.
-?Spotkał się z nią? Wszedł do jej mieszkania? Miał jakiś bagaż?
-?Plecak. Wiemy tylko, że wjechał na siódme piętro -?odparł Bauman. -
Wywiadowca ustalił to po wyświetlaczu na windzie. Wyszedł po kwadransie
i ruszył z powrotem na Litwę. W międzyczasie przeszukali jego samochód
zostawiony w Białymstoku, nie znaleźli odcisków palców, ale pobrali
próbki DNA. Na granicy z Litwą zrobili dobrze zalegendowaną kontrolę.
Miał rękawiczki, więc odcisków nie było. Według paszportu obywatel
Łotwy, Andrejs Berzevskis, czyli pewnie Bieriezowski, lat czterdzieści
dwa. Dokument prawdziwy, gość nienotowany. Dalej mieli go przejąć
Litwini, ale Zbyszek nie ma jeszcze informacji, z jakim skutkiem.
-?Hm -?zamruczał Roman. -?Coś mi tu nie gra. Nie czujesz tego?
-?Romeczku, weź tę sprawę, bo Zbyszek mnie zamęczy. Dzwoni co godzinę...
-?Dobrze. Powiedz mu, że się tym zajmiemy. Nie mów jednak, że ja to
robię. Sam się do niego odezwę, jeśli będzie trzeba. Wiesz, jaki jest
Zbyszek, więc wolę sam, przynajmniej na razie.
Bauman podziękował, po czym podniósł się z fotela i wręczył Leskiemu
niebieską teczkę.
Zanim Roman wyszedł z gabinetu, Edward zdążył zapalić kolejnego
papierosa.
Droga z dyrektorskiego siódmego piętra do drugiego skrzydła, gdzie
również na ostatnim piętrze miał swoje biuro Leski, wymagała przejazdu
dwiema windami i przejścia trzech śluz. Zwykle pokonanie tego labiryntu
zajmowało mu kilka minut. Roman wsiadł do drugiej windy i już miał
nacisnąć przycisk, gdy przypomniał sobie, że skończyły mu się tabletki
nasenne -?wybrał więc szóstkę.
Czuł się zmęczony. Nieprzespana noc i wejście na trzecie piętro
spowodowały skoki ciśnienia, a rozmowa z Edwardem i dym papierosowy
pogłębiły fatalne samopoczucie. Romanowi wydawało się, jakby miał nogi z ołowiu, więc papierowa teczka, którą trzymał w dłoni, chociaż nie była
gruba, swoje ważyła.
Trudno było mu uwierzyć w to, że pomoc domowa premiera jest rosyjskim
szpiegiem, co sugerował szef. To było tak banalne, że nie mogło być
prawdziwe, a jednak Leski czuł niepokój. "Czy miałoby to oznaczać, że
premier Feliks Wirski przekazuje jej tajne informacje? -?zastanawiał się
Leski, jadąc do góry. -?Istnieje między nimi jakaś intymna relacja? Albo
jest uzależniony, a ona nim steruje? Historia zna takie przypadki. A może jakiś szantaż? Eee... nie, raczej nie -?pomyślał, wychodząc z windy.
-?Miłość, szaleństwo, zauroczenie? Dlaczego nie, to często działa cuda.
Jeżeli Julia Bartkiewicz rzeczywiście pracuje dla rosyjskiego wywiadu,
to po jakiego chuja wysyłają do niej oficera? Absurd, a może rosyjskie
partactwo. A może chodzi o skompromitowanie premiera w odpowiednim
momencie, taka bombka z zapalnikiem czasowym. To by nawet miało jakiś
sens. -?Otworzył teczkę i przyjrzał się zdjęciu Julii. -?Miła, pogodna
buzia. Taka... delikatna".
Roman usiadł na krześle pod drzwiami gabinetu lekarskiego. Czuł, jak
przyspiesza mu serce, krew napływa do twarzy, a ból głowy się nasila.
-?Chodź -?usłyszał znajomy głos doktora Marciszewskiego i poczuł jego
kościstą dłoń na ramieniu. -?Nie wyglądasz dobrze, chłopie, zmierzę ci
ciśnienie.
Weszli do gabinetu. Lekarz zawinął Leskiemu rękaw ciśnieniomierza na
ramieniu.
Marciszewski miał siedemdziesiąt pięć lat i od czterdziestu był lekarzem
w centrali wywiadu, bez względu na to, jaką nosiła ona nazwę. Szpiedzy,
niezależnie od epoki i ustroju, chorowali na to samo. Marciszewski bywał
zatem kardiologiem, gastrologiem, neurologiem, laryngologiem, ortopedą,
chirurgiem i psychiatrą, choć najczęstszą przypadłością wśród agentów
było psychosomatyczne nadciśnienie.
Młodym oficerom, którzy dopiero zaczynali służbę i przychodzili z pierwszymi objawami, powtarzał, że jeśli nie będą go słuchać, organizm
prędzej czy później wystawi im rachunek. Ci uważali jednak, że skoro
ratują świat, to znaczy, że są nieśmiertelni, więc ignorowali wszelkie
dolegliwości.
Roman poznał tę chorobę jeszcze w czasach, gdy działał w podziemiu i siedział w więzieniu. Stres był podobny, a organizm coraz częściej
wysyłał sygnały, że przygotowuje dla niego rachunek. "Wszystko umiera za
wcześnie" -?powtarzał sobie w ramach usprawiedliwienia.
-?Sto osiemdziesiąt na sto dziesięć -?oznajmił wyraźnie niezadowolony
Marciszewski. -?Brałeś leki?
-?Oczywiście, ale byłem przed chwilą u Baumana i się nawdychałem dymu...
Lekarz pokręcił głową z politowaniem.
5
Aleksander Borysowicz Gierman urodził się w tysiąc dziewięćset
sześćdziesiątym roku jako jedyne dziecko Borysa Maksymowicza Giermana,
mechanika bombowców strategicznych i niedoszłego kosmonauty, oraz
Nataszy Formińskiej, kobiety bez zawodu.
Sasza przeszedł typową dla wojskowej rodziny ścieżkę edukacyjną. Szkołę
podstawową zaczynał w Archangielsku, a kontynuował w Erywaniu i Kijowie.
Naukę w szkole średniej rozpoczął we Władywostoku, potem przeniósł się
do Smoleńska, by ostatecznie ukończyć ją w Moskwie.
Ojca prawie nigdy nie było w domu, a jeśli był, to pijany spał w kuchni
na kozetce. Dlatego wszystkie obowiązki spadły na matkę, która wkładała
całą siebie w wychowanie i kształcenie syna. Jej marzeniem było, żeby
Sasza za żadne skarby nie został wojskowym.
Mały Aleksander od najmłodszych lat wyróżniał się zdyscyplinowaniem i pracowitością. Dzięki temu każdą klasę kończył z wyróżnieniem, nie
sprawiając przy tym żadnych problemów. Nie zależało mu na sympatii
rówieśników, bo szkoły zmieniał tak szybko, że nie miał szans na
zbudowanie trwałych relacji. Lubił za to sport. Dosyć wcześnie
zorientował się, że siła i spryt mają nie mniejsze znaczenie niż wiedza.
Szkołę średnią skończył z wyróżnieniem. Wyrósł z niego wysoki, dobrze
zbudowany i przystojny mężczyzna, co z powodzeniem zaczął wykorzystywać
w kontaktach z kobietami.
Borys Gierman zmarł na wylew, gdy Aleksander był na drugim roku chemii
Uniwersytetu Łomonosowa. Na pogrzebie ojca pojawiło się zaledwie kilka
osób. Sasza nikogo nie znał i nawet nie tknął wódki. Dzieciństwo
spędzone w jej oparach odebrało mu beztroskę, a wstręt do alkoholu
utrwalił się na zawsze, co nie ułatwiało życia w Związku Radzieckim.
Studia skończył ze złotym medalem, ale nie miał się tym komu pochwalić -
matka umarła kilka miesięcy wcześniej.
Aleksander Borysowicz Gierman miał dwadzieścia pięć lat, gdy rozpoczął
pracę w państwowym przedsiębiorstwie zajmującym się wydobyciem metali
ziem rzadkich. W tym samym roku do władzy doszedł Gorbaczow i zaczęła
się pierestrojka. Sasza natychmiast zorientował się, że nadchodzą czasy
wielkich zmian i że pora zacząć myśleć przede wszystkim o sobie.
Gdy rozpadał się Związek Radziecki, Sasza miał trzydzieści jeden lat i był już gotowy do skoku w przyszłość. Zniesiono komunizm, uwolniono
ceny, a prywatyzacja zapoczątkowała erę "bandyckiego kapitalizmu".
Sasza nie zmarnował dekady rządów Jelcyna i przed czterdziestką mógł o sobie powiedzieć, że jest miliarderem, królem metali ziem rzadkich. Nie
tylko okrzepł w walce, ale też odnalazł w sobie zdolności, o które
wcześniej się nie podejrzewał. Zrozumiał, że w Rosji wszystko ma swoją
cenę, a życie jest wyjątkowo tanie. Był wybitnie inteligentnym i wrażliwym człowiekiem, a jednak podejmowanie decyzji o życiu i śmierci
innych sprawiało mu satysfakcję. Nie zagłębiał się w mroczne zakamarki
ludzkiej natury -?nie miał na to czasu. Pamiętał jednak słowa ojca:
"Wojny istnieją po to, by ludzie mogli się bezkarnie mordować". W Rosji
trwała właśnie wojna o przyszłość, a Sasza dbał o to, żeby rosyjskiemu
przemysłowi zbrojeniowemu nie zabrakło surowców.
W dwa tysiące trzecim roku Sasza miał czterdzieści trzy lata i spełniał
wszystkie kryteria, by nazywać się oligarchą. Sam zdobył swój majątek,
miał drugą żonę, dwoje dzieci i kochankę, a na zakupy wydawał rocznie
dziesięć milionów dolarów. Jego gospodarstwo domowe obsługiwało
dwadzieścia osób. Posiadał pięć samochodów, kilka willi, apartamenty w Londynie i Saint-Tropez oraz samolot wart trzydzieści milionów dolarów.
Był obywatelem Wielkiej Brytanii, Austrii i Izraela -?każdy paszport
wykorzystywał w innej sytuacji. Miał również zbudowany specjalnie dla
niego we Włoszech jacht "Rainbow". Uwielbiał go, ale rzadko wypływał w morze. Nie traktował go jako środka transportu, bo nie miał czasu na
długie podróże. Męczyły go ponadto zamknięta przestrzeń, brak możliwości
ucieczki i kaprysy pogody. Dlatego zazwyczaj wysyłał jacht do wybranego
portu, a sam przylatywał tam własnym samolotem.
Tak było też w marcu tego roku. "Rainbow" zimował w Puli, więc przy
sprzyjającym wietrze i dobrej pogodzie dopłynął do Budvy w ciągu
półtorej doby. Sasza zamierzał przylecieć do Podgoricy swoim samolotem i jak zwykle zamieszkać na jachcie. W Czarnogórze jeszcze nie był, ale
wiedział, że Budva stała się modnym portem wśród rosyjskich oligarchów.
Rosjanie nigdzie w Europie nie byli przyjmowani tak serdecznie jak tam i czuli się bezpiecznie pod okiem zaprzyjaźnionej serbsko-czarnogórskiej
mafiobezpieki.
Sasza nie wybierał się jednak do Budvy na towarzyskie spotkanie z zimującymi tam rosyjskimi oligarchami. Jechał w interesach. Wszystko
było dla niego teraz biznesem, a już przede wszystkim polityka. Od
chwili objęcia władzy przez Putina ludzie służb specjalnych zaczęli
budować nowy porządek. Po chaosie rządów Jelcyna społeczeństwo odebrało
to jako ulgę i nadzieję na stabilność, ale Sasza wiedział, że nadciągają
ciężkie czasy. Wysadzenie budynków mieszkalnych w dziewięćdziesiątym
dziewiątym, wojna w Czeczenii i likwidacja niezależnego holdingu
medialnego Władimira Gusińskiego były dla niego czytelnymi sygnałami -
drogowskazami na mapie przyszłości. W Rosji rodziła się specjokracja i nikt nie mógł być pewny swojego losu. Tylko nieliczni mieli odwagę
walczyć o wolność i demokrację.
Większość oligarchów nie dostrzegała zagrożeń lub nie chciała ich
widzieć. Zanurzeni w konformizmie, korzystali z życia pełnymi garściami.
Do Budvy ściągnęli gajernicy.
6
Po wyjściu od lekarza Roman zadzwonił do Bronka i umówił się z nim na
spotkanie jeszcze tego samego dnia.
Jeżeli ktoś mógł mu pomóc w sprawie Julii Bartkiewicz, to właśnie on -
inspektor Bronisław Walczak, naczelnik wydziału kryminalnego komendy
stołecznej policji i od czasów szkolnych przyjaciel Leskiego.
Walczak skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim i zaraz po dyplomie
rozpoczął służbę w pionie kryminalnym stołecznej milicji. Wiedział o zaangażowaniu Romana w działalność opozycyjną, więc pomagał mu na tyle,
na ile mógł.
Po upadku komunizmu pozytywnie przeszedł weryfikację, ale nie zgodził
się na ujawnienie współpracy z Leskim.
Zawiadomienie Zbyszka Malinowskiego na razie nie wchodziło w grę -?jego
egzaltacja groziła spaleniem sprawy, zanim zdążyłby ustalić, co
właściwie się wydarzyło.
Leski nie był pewien, czy cała sprawa w ogóle zasługuje na uwagę, ale
słowo dane Edwardowi zobowiązywało go do działania. W końcu chodziło o premiera Feliksa Wirskiego, którego szanował i w którym widział nadzieję
dla Polski. "Warto oczyścić go z podejrzeń -?pomyślał Roman. -?Tak mało
mamy przyzwoitych polityków".
Bronek potrzebował dwóch dni na zebranie informacji na temat domu przy
Modrej, chociaż przyjaciel nie wspomniał mu ani o Rosjaninie, ani o Julii Bartkiewicz. Nie uzyskał jednak nic, co mogło budzić niepokój.
Roman wiedział, że to tylko początek. Policjanci naszkicowali jedynie
powierzchowny obraz -?teraz trzeba było go dokładnie zgłębić. Leski
doszedł do wniosku, że nikt nie zrobi tego lepiej niż Monika. Wciąż
nieskażona rutyną, spontaniczna i bezkompromisowa, mogła dostrzec coś,
co innym umknęło. Jeśli w tym domu rzeczywiście kryło się coś
niezwykłego, tylko ona mogła to zauważyć.
"Za kilka tygodni Monika ma otrzymać nominację na pierwszy stopień
oficerski i stać się zawodowym szpiegiem, więc sprawa Julii Bartkiewicz
będzie jej pracą dyplomową -?pomyślał Roman. -?Są do siebie podobne,
należą do tego samego pokolenia, obie pochodzą z małych miasteczek we
wschodniej Polsce i mniej więcej w tym samym czasie przyjechały do
Warszawy. Któż więc może lepiej przyjrzeć się Julii Bartkiewicz?"
Roman przyszedł do "Maczka" pół godziny przed czasem. Nie chciał, żeby
Monika zauważyła, że wejście na trzecie piętro wymaga od niego wysiłku,
ale ku swojemu zaskoczeniu tym razem pokonał schody całkiem sprawnie.
Usiadł i wyciągnął telefon komórkowy, który dostał zaledwie dwa miesiące
wcześniej -?srebrną nokię 6310, stanowczo za małą jak na jego
pogarszający się wzrok. Wykonanie połączenia wymagało kilku czynności:
najpierw należało odnaleźć telefon w kieszeni, potem założyć okulary, a wszystko to pod presją dzwonka w tonacji fugi Bacha. Mimo tych
niedogodności Roman opanował obsługę urządzenia i zaczął doceniać jego
możliwości.
Telefonia komórkowa rozprzestrzeniła się jak wirus -?korzystali z niej
już niemal wszyscy. Czasami zastanawiał się, dokąd to prowadzi. Czy to
małe urządzenie pchnie świat we właściwym kierunku? Jakie będą tego
konsekwencje? Wiedział, że to dopiero początek. Zaczęła się wielka
rewolucja. Zastanawiał się nad tym, jak będzie wyglądał świat za
dwadzieścia pięć lat.
Roman nie wyobrażał już sobie pracy ani załatwiania codziennych spraw
bez komórki. Przeczuwał, że wkrótce to niewielkie urządzenie stanie się
czymś w rodzaju implantu -?nieodzownym organem każdego szpiega.
Identyczny model załatwił również dla Moniki.
Zegar na ścianie wskazywał osiemnastą, gdy rozległa się fuga Bacha.
-?Spóźnię się dziesięć minut -?odezwała się w słuchawce Monika. -
Przepraszam.
-?Oczywiście. Nie ma sprawy.
Pomyślał, że Arent właśnie zademonstrowała istotę nowego, komórkowego
świata. Kiedyś człowiek spóźniał się i przepraszał, teraz uprzedza.
W końcu dziewczyna weszła do pokoju.
-?Co się stało? -?zapytała, zanim opadła na fotel.
-?Mam dla ciebie robotę -?odparł Roman. -?Pierwszą prawdziwą robotę.
-?Super. -?Uśmiechnęła się.
-?I to bardzo poważną -?dodał. -?Dotyczy samego premiera.
-?Oj! -?rzuciła Monika, choć nie wyglądała na zaskoczoną.
-?Tutaj -?podał jej teczkę -?jest opis sprawy. Nie ma za dużo
materiałów, jak widzisz. Idź do drugiego pokoju i przeczytaj. Masz pół
godziny. Zastanów się, co z tym można zrobić. Albo raczej co ty możesz z tym zrobić. Nic na siłę, do niczego się nie zmuszaj. Jeżeli sprawa ci
nie będzie leżeć, nie poczujesz jej, nie wiesz, co zrobić, nie próbuj
kombinować. Wtedy pogadamy i zastanowimy się, co dalej. Rozumiesz?
-?Jasne, szefie, czego tu nie rozumieć -?odparła zdecydowanie, wzięła
teczkę i zniknęła za drzwiami.
Roman wyjął z tornistra album Pietera Breughla starszego. Położył go na
kolanach i otworzył na chybił trafił. Ukazał mu się obraz Dulle Griet,
czyli Szalona Gocha. Wyjął szkło powiększające i zaczął go studiować.
Znał tę alegorię niemal na pamięć -?szalona, chciwa, agresywna
Małgorzata i jej towarzyszki walczące z demonami.
Spojrzał na zamknięte drzwi, za którymi siedziała Monika, i zaczął
zastanawiać się nad tym, czy ta dziewczyna może mieć coś z Szalonej
Gośki.
W tej chwili otworzyły się drzwi.
Minęło dziesięć minut.
Monika nie wyglądała jak Szalona Gośka, ale w jej twarzy było coś
niepokojącego. Przez moment pomyślał, że pewnie znów dał się zwieść
emocjom. Monika była delikatna, ale nie jak kwiat, raczej jak bomba.
-?No i co? -?zapytał.
-?Wiemy, że Rosjanin wysiadł na siódmym piętrze, ale mógł się udać na
każde inne -?zaczęła. -?Mógł wejść albo zejść. Ja bym tak zrobiła. Więc
to może być tylko przypadek. Partaczyliby tak? Jedzie przez pół Europy,
żeby spieprzyć finał? Coś tu nie gra. Poza tym jakie tajemnice miałby
przekazywać jej premier? Chyba że to ona nim kieruje...
-?Czyli masz wątpliwości -?przerwał jej Roman. -?Świetnie!
-?To chyba oczywiste -?odparła z przejęciem Monika. -?Naiwne story.
-?Nie ma tego w dokumentach, ale wiemy o tym domu ciut więcej. Na
Modrej, pod numerami jeden i trzy, stoją dwa identyczne budynki
wybudowane w latach siedemdziesiątych. Nas interesuje ten pod numerem
jeden. Niegdyś należał do wojska. Mieszkali w nim wojskowi, ale kilka
lat temu przeszedł prywatyzację i status własności wielu lokali zmienił
się, a więc często także lokatorzy. Wciąż mieszka w nim jednak wielu
wojskowych, głównie emerytowanych. W tym bloku jest prawie sto mieszkań
i zameldowanych jest trzysta pięć osób, ale to oczywiście nie oddaje
rzeczywistego stanu. Nie wiemy, ile mieszkań jest wynajmowanych
legalnie, ile nielegalnie.
-?Powiedzmy sobie szczerze, w tym domu podejrzani są wszyscy i wszystko,
a rozpracowanie kilkuset osób, kiedy nie wie się, czego szukać, to
abstrakcja. Nie wiemy, czy Bieriezowski przyszedł do Julii ani nawet czy
ona była w tym czasie w domu. W ogóle nic nie wiemy. To może być Julia,
to może być jakiś safe house, to może być jakiś inny agent, to mogło
być jakieś jednorazowe zdarzenie, skrytka na przykład. Przecież tam
mieszka sporo byłych i pewnie czynnych wojskowych, może nawet ze służb.
Zajęłabym się raczej Julią. Jeżeli Bieriezowski odwiedził ją w domu i jest to związek agenturalny, to mają do niej ogromne zaufanie. Trudno
uwierzyć, żeby była nielegałką. Skąd pochodzi? -?Monika sięgnęła po
niebieską teczkę.
-?Siedliszcze koło Chełma -?odparł natychmiast.
-?Ukrainka?
-?Tego nie wiemy. Nic nie wiemy o jej rodzinie, o niej zresztą też
niewiele. Maturę robiła w liceum w Chełmie. Zgadzam się, zajmiesz się
Julią w pierwszej kolejności, a ja budynkiem. Zobaczymy, co nam z tego
wyjdzie. Nie mamy co liczyć na współpracę premiera ani UOP-u. Musimy
zrobić to sami, siłami wywiadu, delikatnie i szybko -?wyjaśnił Roman, bo
wiedział, że Monika lubi tak myśleć o swojej pracy.
-?Wyobrażam sobie, co by było, gdyby wyciekło to do mediów -?rzuciła z wyraźnym przejęciem. -?Opozycja rozszarpałaby Wirskiego. Byłoby szkoda,
w końcu mamy dobrego premiera.
-?Dlatego sprawa musi być utrzymana w największej tajemnicy. Polityka to
nie jest czyste zajęcie, więc oczyścimy premiera, jeżeli się pobrudził...
-?Nie rozumiem... -?wtrąciła Monika. -?A może po prostu trzeba z nim
porozmawiać?
-?Przecież to niczego nie zmieni. Może trzeba będzie to zrobić, ale
jeszcze nie teraz.
-?No tak. -?Pokiwała głową. -?To co? Zaczynamy? -?spytała bez
entuzjazmu. -?Jutro rano pojadę do Siedliszcz.
-?Dajmy sobie tydzień -?rzucił szybko Roman. -?Ustalmy najpierw, kim
jest Bartkiewicz. Masz jej zdjęcie w sprawie. Ja spróbuję porozmawiać z borowikiem premiera. Oni zawsze dużo wiedzą. Wykorzystamy też technikę.
Założymy podgląd w domu i zobaczymy, czy ktoś do niej przychodzi.
Popatrzymy, poobserwujemy przez kilka dni, co się dzieje, aż ustalimy,
kim jest tajemnicza Julia.
7
George kupił rosyjską wódkę, czekoladki z pistacjami i dużą butelkę
fanty. Minęła osiemnasta, więc był już głodny. Od śniadania nic nie
jadł, bo wieczorem Nikola miał grillować baraninę.
Dopóki nie poznał braci Lukiciów, nie brał baraniny do ust, i to nawet w dobrych londyńskich restauracjach. Kiedy przyjechał do Czarnogóry i bracia zaprosili go na grilla, wszystko się zmieniło. Smak kotlecików
marynowanych w ziołach, oliwie, czosnku i miodzie nie przypominał
niczego, czego dotąd próbował. Nie mógł się jednak przekonać do rakii.
Wydawało mu się, że zabija w baraninie to, co najsmaczniejsze. Dlatego
pił do niej wódkę. To mięso było jedyną rzeczą, jaką lubił na Bałkanach.
Gdy przyszedł, Nikola dopiero rozpalał grilla na tarasie. Oznajmił, że
jedzenie będzie nie wcześniej niż za godzinę.
Jovan siedział na leżaku, pociągał piwo z butelki i brzdąkał na gitarze.
-?Piwo w lodówce -?rzucił i zrobił delikatny ruch głową w stronę domu.
-?Zrobię sobie drinka -?odparł George, bo wiedział, że jeżeli zacznie od
piwa, to za godzinę będzie pijany. -?Masz lód?
-?W lodówce -?odpowiedział Jovan, nie podnosząc głowy.
-?Co grasz?
-?Nic jeszcze. Ćwiczę akordy.
-?Od dwóch lat ćwiczy te akordy i tylko wtedy, kiedy pije piwo -?rzucił
z przekąsem Nikola, machając kawałkiem tektury nad dymiącym grillem.
George poszedł do kuchni. W szafce znalazł szklankę, do której wlał
wódki na dwa palce. Z zamrażarki wyjął dwie kostki lodu, dorzucił je do
szklanki i dopełnił fantą.
-?Oksfordzki drink w pierdolonej Czarnogórze, kurwa -?powiedział do
siebie i spił nadmiar płynu. -?Gdyby nie ta baranina Nikoli, tobym stąd...
Wrócił na taras i usiadł na krzesełku obok Jovana, który odstawił już
gitarę i wyraźnie podniecony mówił coś po chorwacku do Nikoli.
-?Nie możesz z kimś porozmawiać... -?spojrzał na George'a pijącego swojego
drinka -?żeby przysłali kogoś innego? Strasznie mi działa na nerwy ten
prymityw. Nie masz już dość tej baraniny? Bo mnie na sam widok zbiera
się na pawia. Co facetowi odbiło?
-?Daj spokój -?odparł Nikola. -?To już nie potrwa długo. Wrócimy do
Londynu i wszystko będzie okej.
-?Mam informację, że będziemy mieli ekstrarobotę -?odezwał się George i bracia spojrzeli na siebie zaskoczeni, bo Anglik nie znał chorwackiego.
-?Ma do nas przypłynąć kolejny ptaszek, ktoś bardzo, bardzo ważny...
-?Kto? -?zapytał Nikola.
-?Nie wiem, ale centrala wiąże z tym łabędziem duże nadzieje. To podobno
czarny łabędź. Musimy też poprawić technikę u naparstka, bo centrala
narzeka, że powyżej trzech metrów decybele spadają i są luki w rejestrze.
-?Wiem o tym, ale nic nie poradzę -?odparł Nikola, układając kotlety na
ruszcie. -?Albo dostaniemy bardziej czuły sprzęt, w co wątpię, albo
zainstalujemy dodatkowe źródło, a nawet dwa.
-?Naparstek boi się, że ktoś z jego pracowników wyłapie to, więc... -
George urwał i pociągnął mocno ze szklanki.
-?I ma rację -?rzucił Nikola. -?Dlatego ja się tym zajmuję. Jakby się
zorientowali, co jest grane, to nie chciałbym...
-?My się tym zajmujemy -?poprawił go George, odstawiając pustą szklankę.
-?Nie zapominaj, kto tu rządzi.
-?Nie sadź się -?spokojnie odezwał się Jovan. -?Pracujemy w zespole.
-?Dobrze, dobrze -?zamruczał Anglik, chwycił szklankę i ruszył do
kuchni.
-?Jak zwykle się nawali, zanim zrobisz to mięso -?rzucił Jovan po
chorwacku, gdy George zniknął we wnętrzu. -?Wiesz, Niki, czasami mam
ochotę pierdolnąć to wszystko i wracać do domu. Gdyby nie rozkazy, to...
-?Braciszku! -?odezwał się Nikola, przewracając kotlety na grillu. -?To,
co tutaj robimy, jest ważne. Bardzo ważne.
-?No wiem, wiem. Tylko -?Jovan pociągał piwo z butelki -?ten tam działa
mi na nerwy. Nic nie potrafi, tylko... -?Urwał, bo George pojawił się na
tarasie z nowym drinkiem.
-?Długo jeszcze? -?rzucił, sięgając po chleb. -?Już mi się flaki
przewracają z głodu.
-?Jeszcze chwila -?odparł Nikola i zapytał: -?Wiesz, czym przypłynie ten
łabędź? Musimy przygotować odpowiedni sprzęt.
-?Będę wiedział jutro.
-?A naparstkowi damy podrzutkę w kamuflażu -?ciągnął Nikola. -?Mam coś
odpowiedniego, tylko muszę go trochę dopracować.
-?A ty... Deep Blue, nie nadymaj się tak... -?George zwrócił się do Jovana.
-?Możesz tu, sierżancie, zrobić prawdziwą karierę, a nie jak w tych
kałamarnicach. Słuchaj się brata, to dobrze na tym wyjdziesz.
Jovan wziął gitarę i zaczął ćwiczyć akordy. George wypił drinka i poszedł do kuchni po następnego. Nikola zaczął układać na talerzach
soczyste kotleciki i grillowane warzywa. Jedną porcję obficie posmarował
masłem, doprawił hojną szczyptą soli i świeżo zmielonego pieprzu.
8
Monika postanowiła pojechać do Siedliszcz obejrzeć dom Bartkiewiczów i dowiedzieć się czegoś na miejscu. Potem zamierzała udać się do Chełma,
by zajrzeć do liceum, do którego chodziła Julia.
To był jej cały plan. Niedawno zdała egzamin z rozpoznania w terenie,
ale liczyła, że dopisze jej szczęście. Miała wrażenie, jakby wracała do
rodzinnej Komornicy w poszukiwaniu samej siebie, jakby podążała za
własnym cieniem. Dostała pierwsze prawdziwe zadanie, chociaż nie
wydawało się ono specjalnie trudne. Trudno jej było uwierzyć, że kryje
się w tym jakaś tajemnica. Chciała też pokazać Romanowi, że nie
zmarnowała czasu. Premier natomiast jej nie obchodził, a nawet nie
wzbudzał w niej szczególnej sympatii -?nie podzielała zachwytów mediów i Romana nad polskim Kennedym.
Zrobiła sobie kanapkę, zapakowała do plecaka ciepłą bluzę, włożyła
czapkę z daszkiem i niebieską kurtkę, po czym wyszła z domu. O szóstej
usiadła za kierownicą swojego tico, które szczęśliwie odpaliło za
trzecim razem.
Godzinę wcześniej Maciek Górski, Mirek i Irek podjechali volkswagenem
transporterem przed dom przy ulicy Modrej 1. Parking był niemal pusty,
więc zajęli miejsce na wprost wejścia.
Kamera numer jeden obejmowała bramę wejściową do budynku. Na siódmym
piętrze zamontowali trzy inne. Pierwsza, umieszczona w kwietniku,
pokrywała korytarz, przy którym były drzwi do mieszkania Julii
Bartkiewicz i te od lokalu obok. Drugą kamerkę umieścili w hydrancie -
rejestrowała widok na windy i dwa mieszkania w głębi korytarza. Kamera
trzecia, zamontowana w liczniku prądu, kontrolowała wejście na klatkę
schodową.
Zadanie było proste, a założenie techniki zajęło im nie więcej niż pół
godziny. Punkt odbiorczy znajdował się w volkswagenie zaparkowanym przed
budynkiem.
Zlecenie, jako wyjątkowo pilne, osobiście przekazał szef Bauman, a za
jego realizację odpowiadał Leski. Gdy spotkali się poprzedniego
wieczoru, nie potrafił jasno sprecyzować swoich oczekiwań.
-?To bardzo nam utrudni realizację -?rzucił Górski. -?Właściwie co my
mamy rejestrować?
-?Przede wszystkim obserwujemy mieszkanie Bartkiewicz -?odparł Roman. -
Rejestrujemy...
-?Jasne, ale co dalej? -?przerwał mu Irek. -?Ktoś będzie ustalał ich
tożsamość?
-?No... nie... -?odezwał się niepewnie Leski. -?Sprawa jest delikatna i musimy podejść do niej z dystansem i fantazją.
Mirek i Irek wymienili spojrzenia, a Górski westchnął, pokręcił głową i zapytał:
-?I tak przez siedem dni?
-?Tak -?potwierdził Leski z wyraźnym wahaniem. -?Rejestrujemy cały ruch
na piętrze -?dodał po chwili. -?Na tym piętrze wynajmowane jest chyba
tylko jedno mieszkanie, oprócz tego Julii. To lokal obok, ale nie wiemy,
kto tam mieszka. Więc jeżeli Rosjanin pojechał na siódme piętro
docelowo, to mógł się tam zalokować...
-?Albo gdziekolwiek indziej -?wtrącił Mirek, trzymając w ręku zdjęcie
Bieriezowskiego.
-?No tak -?odparł Roman. -?Ale musimy na czymś się oprzeć, od czegoś
zacząć.
-?Pomysł, żeby obsługiwać agenta z mieszkania obok, jest całkiem
sensowny i ja też bym od tego zaczął -?wyjaśnił Górski. -?Tym bardziej
że oba mieszkania nie znajdują się w polu widzenia z pozostałych trzech
korytarzy czy windy. To daje komfort.
-?Mimo wszystko to nie wygląda poważnie. Bartkiewicz, dwadzieścia osiem
lat i taki szpiegowski splot wokół niej? -?zdziwił się Irek. -?Ale
dobrze, siedem dni, panie Romanie.
Leski wiedział, że mieli rację -?tak samo jak Monika i Bauman. Mimo to
wiedzieli, że nie mogą tego zignorować. Najgorsze było to, że wciąż nie
mieli pojęcia, z czym tak naprawdę mają do czynienia. Podejrzenia
opierały się na wątpliwych przesłankach, ale w tej sprawie pojawiało się
jedno nazwisko: Feliks Wirski. To wystarczyło, by uznać ją za wartą
wyjaśnienia.
Leski był przekonany, że niezależnie od wyników rozpracowania Bauman
powinien porozmawiać z premierem. Nie można było wykluczyć, że cała ta
sytuacja jest rosyjską prowokacją obliczoną na skompromitowanie
Wirskiego i obalenie jego rządu. Kreml od miesięcy dawał do zrozumienia,
że nie jest zadowolony z jego polityki wobec Ukrainy i Białorusi.
-?Siedem dni... -?potwierdził Roman, gdy zabrzmiała fuga Bacha. Przez
chwilę nie mógł się zorientować, skąd dochodzi dźwięk, i zaczął
przeszukiwać kieszenie.
-?W teczce -?rzucił Irek i wskazał na tornister stojący pod stołem.
Roman spojrzał na wyświetlacz. Numer był zastrzeżony i Leski od razu
pomyślał o Maliniaku. Aparat w jego dłoni rozdzwonił się ponownie.
-?Dodzwonić się do ciebie... -?usłyszał w słuchawce podniesiony głos
Zbyszka.
-?Mam zebranie.
-?Prowadzisz sprawę Julii?
Leski zaniemówił, bo Bauman miał nie informować Maliniaka. Wstał i wyszedł do drugiego pokoju.
-?Tak -?rzucił. -?Skąd wiesz?
-?Nietrudno było się domyślić. No bo komu Edward by to dał? Wiadomo! I dobrze, że to ty. Razem pociągnęlibyśmy sprawę, ale teraz... -?Zbyszek
urwał.
-?Co teraz? -?zapytał Roman.
-?Dupa zimna. Litwini spierdolili sprawę. Mieli podjąć Bieriezowskiego
po drugiej stronie granicy, ale im się rozpłynął.
-?I co?! -?Leski podniósł głos. -?Dopiero teraz mi to mówisz?
-?A ty powiedziałeś mi, że prowadzisz tę sprawę? Więc się nie sadź,
Romano Italiano -?odpowiedział z przekąsem Zbyszek. -?Dobra, olejmy to.
-?Zmienił ton. -?Litwini dopiero teraz mnie poinformowali. Wyobrażasz
sobie? Ja pierdolę!
-?A powiedzieli dlaczego?
-?Nie. Tylko że nie udało się go podjąć. Może ściemniają.
-?Jeżeli Litwini czegoś nie spieprzyli i nie mówią nam prawdy, to może
on się zorientował, że jest pod obserwacją. Więcej go nie zobaczymy. -
Roman był wyraźnie poruszony. -?Albo może to myśmy coś spieprzyli?
-?Nie mam takiego wrażenia. Wszystko wyglądało bardzo dobrze. Wiesz,
zawsze jest wytłumaczenie...
-?Jakie? -?przerwał mu Leski.
-?Mają u nas kreta.
-?Daj spokój -?odparł z rezygnacją, bo dokładnie takiego argumentu się
spodziewał. Zbyszek wszystkie błędy tłumaczył kretami. -?Błędy się
zdarzają. Informowałeś Edwarda? To zmienia sens naszego działania.
-?Ty go poinformuj -?polecił Maliniak. -?Ja szukam winnego. Notatkę ze
zdjęciem Bieriezowskiego przekazałem dzisiaj Tomowi Hardy'emu,
brytyjskiemu łącznikowi, i powiedziałem, że teraz ty się tym zajmujesz.
-?Przekazałeś im wszystko? O Bartkiewicz i Litwinach też? -?zapytał
Roman.
-?Jasne, że wszystko. Cześć -?rzucił zdecydowanym tonem Zbyszek i się
wyłączył.
Leski stał przy oknie, patrzył na szpital po drugiej stronie ulicy i zastanawiał się, co powinien teraz powiedzieć ludziom z techniki,
czekającym w pokoju obok.
Mimo wszystko coś się wydarzyło. "Może o to Rosjanom chodziło, żeby nas
wciągnąć? Zasiać wątpliwości, sprowokować? Podpuścili Litwinów, a ci
nieświadomie wciągnęli nas? Za chwilę odpalą w mediach, że Feliks
utrzymuje intymne kontakty z rosyjską agentką, która u niego pracuje od
lat, a my się nie wykręcimy i będziemy musieli potwierdzić, że coś było
na rzeczy" -?myślał.
-?Zgrabnie by nas zrobili -?wymruczał z głową opartą o szybę.
Wrócił do pokoju, w którym trwała ożywiona dyskusja.
-?Coś się stało, panowie? -?zapytał zaniepokojony.
-?Nic takiego -?odparł Górski. -?Mamy pilne zlecenie z trójki i musimy
teraz jakoś rozdzielić siły, skoro przez siedem dni będziemy tu
uwiązani.
Roman stał w drzwiach. Zastanawiał się nad tym, co powinien im teraz
powiedzieć. Sytuacja się zmieniła i bieżąca inwigilacja techniką na
Modrej traciła sens. "Najlepszym rozwiązaniem byłaby rozmowa Baumana z Wirskim i ucieczka do przodu" -?pomyślał, ale wiedział, że szansa na to
jest zerowa.
-?Tylko siedem dni. Robimy według przyjętych założeń, a o wszystkich
zdarzeniach informujecie mnie na bieżąco.
-?Oczywiście, panie pułkowniku -?odparł Górski.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki