WSTĘP
W przededniu wojny lotnictwo polskie znalazło się w nader trudnym
położeniu. Niemiecki plan agresji "Fall Weiss" zakładał rozwinięcie
błyskawicznych działań przy użyciu zmasowanych sił Luftwaffe,
stanowiącej wówczas potężne narzędzie walki i powietrznego terroru.
Przygotowując się do wojny zaczepnej Niemcy poważnie rozbudowali swoje
siły powietrzne nie tylko pod względem liczebnym, ale także jakościowym.
Kierowane do eskadr samoloty, zwłaszcza bombowce i myśliwce, uchodziły
za najbardziej nowoczesne. Personel Luftwaffe, specjalnie dobierany,
przeniknięty był duchem narodowosocjalistycznej ideologii, wysuwającej
hasła odwetu i podboju nowych ziem. W ostatnich dniach sierpnia 1939
roku eskadry spod znaku czarnych krzyży osiągnęły pełną gotowość bojową
i z rosnącą niecierpliwością czekały na rozkaz startu...
Przeciwko potędze Luftwaffe zdołano wystawić około 420 samolotów, nie
licząc dalszych 350 maszyn znajdujących się w szkolnictwie, remontach i rezerwie, nie przedstawiających żadnej wartości bojowej. Były to siły
niewspółmiernie małe w obliczu oczekujących je zadań, skazane mimo
determinacji i bohaterstwa lotników na walkę bez widoków powodzenia, na
pojedynek, który prędzej czy później musiał zakończyć się klęską. Wojna
w trzecim wymiarze nie dopuszcza improwizacji, o wyniku zmagań decyduje
- obok poziomu wyszkolenia personelu i jego woli walki - techniczna
jakość sprzętu, sprawność dowodzenia i łączności, zaplecze materiałowe,
rezerwy.
Przyjęty w 1936 roku plan modernizacji lotnictwa nie został
zrealizowany, co więcej - nie uwzględniał rzeczywistych jego potrzeb.
Mimo postępującego zacofania technicznego eskadr myśliwskich,
odgrywających główną rolę w systemie obrony obszaru kraju i własnych
wojsk przed uderzeniem z powietrza, w pierwszej kolejności rozpoczęto
modernizację lotnictwa bombowego. Produkcja kosztownych Łosi, samolotów
wysokiej klasy, ale nie przystosowanych do tych zadań, jakie miały
później spełniać na polu walki, pochłonęła w poważnym stopniu moc
wytwórczą krajowego przemysłu lotniczego. Myśliwcy trenowali na swych
"jedenastkach" i "siódemkach", a tymczasem cykl prac nad nowymi modelami
samolotów, które miały je zastąpić, przedłużał się wręcz katastrofalnie.
W dowództwie lotnictwa zbyt późno zorientowano się, jakie konsekwencje
może pociągnąć za sobą kilkuletnia luka w dostawach nowego sprzętu do
eskadr myśliwskich. Próby wyjścia z pogłębiającego się impasu,
podejmowane już w warunkach jawnego zagrożenia ze strony Niemiec,
zakończyły się fiaskiem. Nie zdołano sfinalizować zakupu sprzętu we
Francji i Wielkiej Brytanii. Do linii nie trafił poza Łosiami żaden z modeli, które w fazie prototypu i wstępnych prób zapowiadały się całkiem
obiecująco. Tuż przed wojną sprzedano za granicę samoloty P-24 i P-431, znacznie lepsze od wysłużonych "jedenastek" i Karasi. Za te
błędy ludzi, kierujących lotnictwem i ponoszących odpowiedzialność za
jego uzbrojenie i wyposażenie, personel eskadr bojowych płacił własną
krwią.
Po mobilizacji alarmowej dowództwo lotnictwa zdecydowało się na
rozczłonkowanie i tak już skromnych sił, co jeszcze bardziej ograniczyło
ich efektywność bojową. Naczelny wódz zarezerwował do swej dyspozycji
dwie nowo sformowane brygady - pościgową i bombową. Pozostałą część
lotnictwa przydzielono do poszczególnych armii i samodzielnych grup
operacyjnych. Przeciętnie otrzymały one jedną do dwóch eskadr
myśliwskich, jedną eskadrę liniową, jedną do dwóch eskadr obserwacyjnych
i kilka plutonów łącznikowych. Tak zorganizowane lotnictwo armijne,
dysponujące sprzętem technicznie przestarzałym, nie mogło wpływać na
przebieg działań lądowych. W istocie główną rolę spełniali myśliwcy,
przejmując ciężar zmagań z przeważającymi siłami Luftwaffe. W pierwszych
dniach wojny, gdy eskadry działały jeszcze z lotnisk alarmowych, nie
odczuwając braku obsługi naziemnej i paliwa, osiągano wyniki na miarę
własnych możliwości2. Potem sytuacja zaczęła się
komplikować, rzuty kołowe nie nadążały za przesuwającymi się na wschód
eskadrami, wykruszał się sprzęt, były kłopoty z benzyną, a nad
całokształtem działań lotnictwa zaczął ciążyć chaos.
Szlak bojowy lotnictwa Armii "Kraków" przedstawiony przez uczestnika
wydarzeń, pilota myśliwskiego, który z garstką innych stanął do
nierównej walki - jest cząstką prawdy o dniach wrześniowego dramatu.
Ukazuje ofiarność lotników i gorycz wypływającą z faktu, że już od
pierwszego dnia wojny kazano im spełniać niewykonalny rozkaz obrony
polskiego nieba, na którym pojawiły się złowieszcze czarne krzyże.
Zwiastuny wojny
Już w kwietniu 1939 roku graniczne posterunki wojskowe zauważyły, że
obszar powietrzny Polski jest naruszany przez pojawiające się z zachodu
i z rejonu Prus Wschodnich samoloty Luftwaffe. Leciały one na dużych
wysokościach i kierowały w głąb kraju, nigdy nie powracając tą samą
trasą. Wszystko wskazywało na to, że celem wykonywanych przy bezchmurnej
pogodzie i dobrej widzialności lotów, których trasy przebiegały nad
dużymi miastami, węzłami kolejowymi i skrzyżowaniami dróg, a także
lotniskami i obszarami o charakterze wojskowym oraz zakładami
przemysłowymi, było rozpoznanie fotograficzne naszego kraju.
Samolotami-szpiegami okazały się dwusilnikowe samoloty niemieckie typu
Do-17, latające na wysokości od 3000 do 5000 metrów. Niemieccy lotnicy
najbardziej "interesowali się" obszarami Śląska i Pomorza.
Szpiegowskie loty, wykonywane przez Niemców, były faktem oczywistym,
stwierdzonym, co najmniej dziwna wydaje się więc reakcja polskich władz
wojskowych, które zwlekały z podjęciem stanowczych kroków
zapobiegających naruszaniu naszego obszaru. Inspektor Obrony Powietrznej
Państwa podpisał wprawdzie tajną instrukcję dla jednostek artylerii
przeciwlotniczej, ale wbrew oczywistym potrzebom nie zezwolił jej na
zajęcie stanowisk na stwierdzonych trasach przelotów lub też w rejonach
najczęściej "odwiedzanych" przez samoloty niemieckie. Zamiast nakazywać
zwalczanie, instrukcja zalecała jak największą ostrożność w otwieraniu
ognia do naruszycieli. Obcą maszynę należało uprzednio dobrze rozpoznać
i być w stu procentach pewnym, że jest ona niemiecka. Musiało to trwać
dosyć długo, bo nie było przecież wtedy stacji radarowych, działano na
słuch i wzrok, a jedynym stosowanym przyrządem była lornetka. W tym
czasie samolot szpiegowski oczywiście zdążył wyjść z zasięgu ognia
baterii przeciwlotniczej.
Cztery pułki lotnicze: 1, 2, 3 i 4, otrzymały również tajne zarządzenie,
zgodnie z którym na swych lotniskach miały utrzymywać w pogotowiu
alarmowym od świtu do zmierzchu po jednym kluczu myśliwskim. Zadaniem
kluczy alarmowych było przechwytywanie intruzów powietrznych, zmuszanie
ich do lądowania po stronie polskiej lub, w razie ucieczki,
zestrzeliwanie.
Szukano realnych możliwości wykonania tego zadania. Utworzono tak zwaną
sieć dozorowania, czyli po prostu sieć obserwacyjno-meldunkową. Wzdłuż
zachodniej granicy Niemiec i Prus Wschodnich wystawiono w dwóch
pierścieniach, bliższym i dalszym, czyli o kilka kilometrów od granicy i kilkadziesiąt, ponad 800 posterunków. których zadaniem było obserwowanie
przestrzeni powietrznej. Posterunki te miały obowiązek meldowania
okręgowym zbiornicom swoich spostrzeżeń o naruszycielach powietrznych.
Wiadomości dotyczyć miały wysokości, kursu i typu samolotu, a przekazywano je za pomocą sieci telefonicznej użytku publicznego.
Ponieważ nie były to meldunki pierwszego stopnia ważności, przesłanie
ich poważnie opóźniano. Ze zbiornic wędrowały one z kolei wojskową linią
przewodową na stanowisko dowodzenia pułku lotniczego. Centralna
zbiornica meldunkowa znajdowała się w Warszawie, okręgowe zaś w miastach
wojewódzkich.
Łatwo było pułkom lotniczym wydać rozkaz o zwalczaniu niemieckich
samolotów rozpoznawczych, gorzej było z jego realizacją, a to z prostej
przyczyny - polskie lotnictwo wojskowe nie dysponowało wtedy
odpowiednimi samolotami pościgowymi. Wystarczy porównać dane
lotno-taktyczne naszego samolotu myśliwskiego P-11 lub P-7 z danymi
niemieckiego samolotu rozpoznawczego Do-17.
Dowódca 2 pułku lotniczego w Krakowie, ppłk pil. Ludwik Nazarkiewicz,
otrzymał dodatkowe zarządzenie z Inspektoratu Obrony Państwa, dotyczące
wystawienia dwóch zasadzek myśliwskich w pobliżu granicy niemieckiej na
odcinku zachodnim. Spodziewano się, że to posunięcie udoskonali system
przechwytywania obcych samolotów.
Dywizjonem myśliwskim, składającym się z trzech eskadr myśliwskich -
121, 122 i 123 - dowodził wtedy kpt. pil. Mieczysław Medwecki.
"Pierwsze dwie eskadry wyposażone były w samoloty P-11, trzecia w P-7.
Pełniłem wtedy funkcję zastępcy dowódcy 121 eskadry.
Było to 10 lipca. Przed południem, w czasie normalnych zajęć lotniczych,
zostałem nagle wezwany do dowódcy dywizjonu. W jego gabinecie zastałem
również dowódcę 121 eskadry kpt. pil. Tadeusza Sędzielowskiego i dowódcę
123 eskadry kpt. pil. Mieczysława Olszewskiego. Za chwilę pojawił się
również ppor. pil. Erwin Kawnik, mój kolega ze szkoły lotniczej,
pełniący funkcję zastępcy dowódcy 123 eskadry.
Medwecki zapoznał nas z nowym zarządzeniem i oświadczył, że Kawnik i ja
zostaliśmy wyznaczeni na dowódców zasadzek. Rozpoczęła się krótka
narada, w czasie której wytypowano pilotów i ludzi z obsługi technicznej
samolotów, środków transportu i zapasowego sprzętu. Przebazowanie
należało wykonać w trybie alarmowym, rzuty kołowe miały się udać jeszcze
tego samego dnia na wyznaczone lądowiska i przygotować je do przyjęcia
samolotów. Wszystko winno było odbyć się bez rozgłosu, pilotom nakazano
lecieć do miejsca przeznaczenia na małych wysokościach.
Na każdą zasadzkę zostało wyznaczonych po 6 pilotów i po 4 samoloty.
- Zaraz po wylądowaniu złożycie telefoniczny meldunek - zwrócił się na
zakończenie Medwecki do Kawnika i do mnie. - Musicie wykazać czujność,
dyżur powinien trwać od świtu do zmierzchu, samoloty trzymajcie stale
gotowe do startu. Jest to przedsięwzięcie poważne, ufamy wam, że
zrobicie wszystko dla dobra służby. Jestem przekonany, że dacie sobie
radę.
- Tak jest, panie kapitanie! - odpowiedzieliśmy niemal równocześnie,
przyjmując postawę zasadniczą.
Zaraz po południu spod hangaru dywizjonu myśliwskiego odjechały dwie
samochodowe kolumny, kierując się bocznymi drogami na szosę prowadzącą w kierunku Olkusza. Trasę i miejsce przeznaczenia znali na razie tylko
prowadzący rzuty kołowe: ppor. pil. Tadeusz Nowak ze 121 eskadry i ppor.
pil. Feliks Szyszka ze 123. Przejechano razem około stu kilometrów,
dalej Szyszka skierował się na lotnisko koło Częstochowy, Nowak zaś
poprowadził swoje samochody aż za Wieluń, gdzie na rozległym
koniczynisku miało być urządzone lądowisko dla samolotów.
Następnego dnia, tuż po godzinie dziesiątej rano, wystartowałem na czele
4 samolotów P-11e i skierowałem się na trasę w kierunku na Wieluń, nad
którym znaleźliśmy się po niespełna 40 minutach. W odległości 5
kilometrów na południe od miasta znajdowało się nasze lądowisko, na
którym widniała biała litera "T" - sygnał kierunku i miejsca
przyziemienia samolotów podczas lądowania. Nawierzchnia lądowiska była
gładka, rozmiarami wystarczająca do startów i lądowań na naszych
"jedenastkach", jak potocznie nazywaliśmy samoloty P-11.
Byłem porządnie zdenerwowany, kiedy po wylądowaniu zastanowiłem się nad
odpowiedzialnością, jaka teraz na mnie spadła. Nikt przecież ze
starszych mi nie pomoże, nikt nie podpowie, jak to wszystko urządzić.
Miałem pod swoją komendą dwóch oficerów pilotów - ppor. Nowaka i ppor.
Tadeusza Kawaleckiego, trzech podoficerów: pilotów kaprali - Widlarza,
Kremskiego i Zaniewskiego, kilku techników i mechaników z sierżantem
Barteckim na czele i około 20 szeregowców obsługi naziemnej samolotów i do robót pomocniczych. Zasadzka miała być samowystarczalna. Przed
odlotem z Krakowa pobrałem od płatnika pułkowego ryczałt żywnościowy dla
podległego personelu na okres dwóch tygodni.
Trzeba było przede wszystkim zorganizować tok służby w polowych
warunkach podwyższonej gotowości bojowej, nawiązać łączność z siecią
dozorowania, zorganizować obserwację przestrzeni w naszym rejonie,
załatwić kwatery dla kadry i żołnierzy, zapewnić warunki bytowe dla
całego personelu. Pomogli mi w tym chętni do wszystkiego podoficerowie,
którzy na różnych ćwiczeniach i manewrach dokładnie poznali pracę
lotnictwa w warunkach polowych. Mnie pozostało zorganizowanie dyżurów
bojowych i problem zamaskowania samolotów i lotniska. Pole wzlotów i jego pobocza były odsłonięte, nie rosły tam żadne drzewa, co najwyżej
pojedyncze wierzby i krzaki. Była wtedy pora żniw, ukryliśmy więc nasze
samoloty między kopkami zboża, to samo uczyniliśmy z radiostacją i namiotem.
Granica polsko-niemiecka przebiegała niedaleko, zaledwie o 10
kilometrów, łatwo więc ją było można naruszyć. Pierwszą czynnością, jaką
nakazywałem wykonać pilotom, było dokładne zapoznanie się z mapą okolicy
naszego rejonu działania, w szczególności zaś z usytuowaniem granicy
państwowej i charakterystycznymi obiektami w terenie. Wiadomości te były
niezbędne, jeśli nie chciało się przypadkowo przelecieć granicy.
Nie istniały dotychczas wypróbowane i ustalone formy działania zasadzki,
trzeba je było dopiero wypracować. Co gorsza, w Krakowie mówiło się, że
nasze stanowisko dowodzenia będzie podłączone do sieci dozorowania, a łączność przewodową natychmiast zorganizuje nam bazująca w Wieluniu
jednostka wojsk lądowych. Jednak tu, na miejscu, nikt się nami nie
zainteresował, a dowódca jednostki nie miał żadnych wytycznych w tym
względzie. "Przylecieli lotnicy, to niech sobie radzą, jak mogą. My się
na lotnictwie nie znamy" - taką najczęściej słyszałem odpowiedź. Trzeba
było przekonywać, udowadniać, że otrzymaliśmy specjalne zadanie do
wykonania, że będziemy osłaniać z powietrza przed niemieckim
rozpoznaniem także budowę umocnień polowych w tym rejonie. Wkrótce lody
zostały przełamane, nawiązaliśmy z piechurami i saperami serdeczną
przyjaźń, udzielono nam wydatnej pomocy. Przekazano do mojej dyspozycji
drużynę żołnierzy do ochrony samolotów i urządzeń lotniska, wybudowano
potrzebną linię telefoniczną.
Nie wiadomo dlaczego nie udało się podłączyć naszego stanowiska
dowodzenia bezpośrednio da sieci dozorowania. Musieliśmy sobie wobec
tego radzić sami. Wystawiłem jeden posterunek obserwacyjny z dala od
samolotów i zgiełku obozowego. Jego zadaniem była wnikliwa obserwacja
słuchowa i wzrokowa rejonu lotniska. Poza tym poleciłem personelowi
pilnie śledzić okolicę i natychmiast meldować o każdym zauważonym
samolocie.
Już następnego dnia, w samo południe, odbył się pierwszy start na alarm.
Najpierw usłyszeliśmy charakterystyczne dudnienie silników lotniczych -
początkowo słabe, ledwo słyszalne, potem narastające. Samolotu nie można
jednak było dostrzec gołym okiem, leciał wysoko, o kilka kilometrów na
południe od naszego lotniska w kierunku na Częstochowę. Wystartowało
natychmiast dwóch pilotów, lecz po godzinnej gonitwie za niewidzialnym
wrogiem powrócili z kwitkiem na lotnisko.
Od tej pory zarządziłem doraźne patrolowanie wyznaczonych rejonów na
wysokościach od 3000 do 4000 metrów, tak by w razie pojawienia się
niemieckiego samolotu rozpoznawczego można było natychmiast
interweniować przez radiowe naprowadzenie naszych myśliwców na wrogi
samolot. Jednak metoda ta nie mogła być często stosowana.
Wśród pilotów panował duch bojowy, wszyscy wyrażali chęć spotkania z wrogim samolotem, każdy chciał pełnić dyżur jak najczęściej. Dyżur
rozpoczynaliśmy przed wschodem słońca, a kończyliśmy po zachodzie.
Przekonaliśmy się szybko, że Niemcy lubią latać w samo południe. W tej
porze podwajaliśmy naszą czujność. Jednak wszystkie nasze wysiłki nie
przyniosły pożądanego rezultatu. Główną przeszkodą - niestety, nie do
pokonania - była zbyt mała prędkość "jedenastek".
Stało się wkrótce oczywiste, że na naszych samolotach nie przechwycimy
ani jednego samolotu wroga. Wysłałem odpowiedni meldunek do swoich
przełożonych w tej sprawie. Odpowiedź nadeszła dosyć szybko - zalecano w niej, aby działać bardziej skutecznie. Zakrawało to na bolesny żart.
Niemcy nie latali codziennie. Czasem było parę spokojnych dni, ale zaraz
potem notowaliśmy w jednym dniu dwa lub więcej naruszeń przestrzeni
powietrznej naszego państwa. A my wciąż byliśmy bezradni, nasze wysiłki
trafiały w próżnię. I to wywoływało uczucie goryczy.
Do spotkania z niemieckim Dornierem i wymiany strzałów mogłoby dojść
tylko wtedy, gdyby nasz myśliwiec czekał na wroga na wysokości co
najmniej 6000 metrów i tę przewagę wykorzystał na zbliżenie się do niego
na maksymalnej prędkości. Niestety, samoloty nasze były na tej wysokości
mało manewrowe, a silniki musiałyby pracować prawie na pełnej mocy.
Znacznie więcej trudności od nas mieli piloci zasadzki 123 eskadry,
działającej z lądowiska koło Częstochowy i wyposażonej w jeszcze
wolniejsze samoloty P-7. Gdy spotkałem się któregoś dnia z Kawnikiem,
aby wymienić doświadczenia, widziałem go po raz pierwszy zdenerwowanego.
Nie mogłem mu nic innego poradzić, jak tylko to, aby przekazał
odpowiedni meldunek. To były dla nas, pilotów myśliwskich, sprawy smutne
i denerwujące. Kazano nam przechwytywać i zestrzeliwać wrogie samoloty
na sprzęcie lotniczym zupełnie do tego celu nieprzydatnym.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki