Krakowianki Twarze polskiej herstorii. Twarze polskiej herstorii - Alicja Zioło

Kup ebooka

64.90 zł
51.92 zł (49,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Mia­łam ja­kieś plany na nie­dzielę z cio­cią Re­nią, od któ­rych dzie­lił nas tylko oby­wa­tel­ski obo­wią­zek. Po­je­cha­ły­śmy więc do dę­bic­kiego za­kładu ener­ge­tycz­nego, gdzie znaj­do­wał się lo­kal wy­bor­czy. Cio­cia ode­brała kartę do gło­so­wa­nia i rzu­ciła do mnie: "Aliśka, chodź, na­uczę cię gło­so­wać!". Nie mia­łam wtedy jesz­cze praw wy­bor­czych, ale in­struk­cję, którą dała mi wtedy, za pro­wizo­rycz­nym prze­pie­rze­niem, pa­mię­tam do dziś. I od 19 lat we­dług niej gło­suję. Po pierw­sze: znajdź listę, która ci od­po­wiada świato­po­glą­dowo. Po dru­gie: znajdź na tej liście na­zwi­sko ko­biety. Pa­mię­tam, jak dłu­go­pis cioci Reni su­nął w dół ko­lumny na­zwisk i za­trzy­mał się mniej wię­cej w po­ło­wie - u progu XXI wieku pierw­sza ko­bieta na liście miała miej­sce piąte, może szó­ste. To na nią moja cio­cia od­dała swój głos.

Do­kład­nie taki był me­cha­nizm po­wsta­wa­nia tej książki. To nie jest tak, że nie mo­gła­bym jed­nym tchem wy­mie­nić ca­łego mnó­stwa na­zwisk męż­czyzn zwią­za­nych z Kra­ko­wem, o któ­rych po­win­no się opo­wia­dać i pi­sać. Ale jed­nak na­dal mam po­czu­cie, że po­win­nam dzia­łać zgod­nie z me­todą cioci Reni - wy­bie­ra­jąc ko­bie­ty. Po­nie­waż w zbio­ro­wych opra­co­wa­niach o hi­sto­rii nie tylko Kra­kowa, ale i Pol­ski, jest ich na­dal za mało. Czuję, że mu­szę dać im prze­strzeń, któ­rej czę­sto nie miały do tej pory, żeby za­pre­zen­to­wać swoje do­ko­na­nia.

Ma­rzę o na­dej­ściu dnia, gdy książki ta­kie jak ta nie będą po­trzebne, że kiedy we­zmę do ręki do­wolne wy­da­nie o ma­lar­stwie, ar­chi­tek­tu­rze, po­li­tyce, biz­ne­sie czy ja­kim­kol­wiek in­nym aspek­cie hi­sto­rii, w spi­sie tre­ści zo­ba­czę tyle samo na­zwisk ko­biet, co męż­czyzn. Jed­nak do­póki jesz­cze ży­jemy w rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej za­le­d­wie kilka pro­cent wszyst­kich ulic w Kra­ko­wie nosi imię na cześć ko­biety, a w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich w na­szym mie­ście nie ma ani jed­nej kan­dy­datki, sko­rzy­stam z tego nie­zwy­kłego pa­ry­tetu.

Kra­ko­wianki to rów­nież opis tego, jak współ­cze­śnie wy­gląda po­szu­ki­wa­nie ko­bie­cej obec­no­ści w hi­sto­rii. Niech sta­nie się rów­nież hoł­dem tym oso­bom, które prze­cie­rały dla mnie szlak - ak­ty­wist­kom, dzien­ni­kar­kom, pi­sar­kom, które od wielu lat przy­po­mi­nają opi­nii pu­blicz­nej o wy­bit­nych Po­lkach.

Mam na­dzieję, że w opo­wie­dzia­nych hi­sto­riach czy­tel­niczki i czy­tel­nicy tej książki od­najdą Kra­ków, któ­rego do­tąd nie znali. Bę­dzie mi nie­zwy­kle miło, jeśli sta­nie się one in­spi­ra­cją do spa­ce­rów po moim mie­ście. Choć nie jest to prze­wod­nik, to jed­nak książka na­pi­sana zo­stała przez prze­wod­niczkę i po­winna być dro­go­wska­zem w po­dróży - po mie­ście i po hi­sto­rii.

Au­torka

Pi­sarki

Ka­my­czek w "Prze­kroju"

Ja­nina Ipo­hor­ska

Ko­bieta or­kie­stra: ma­larka, tłu­maczka, re­dak­torka, pu­bli­cystka, re­cen­zentka, gra­ficzka. Tak wszech­stronna, że bez pro­blemu mo­głaby sa­mo­dziel­nie przy­go­to­wać cały nu­mer "Prze­kroju". Nie ma w tym zbyt dużo prze­sady - w nie­któ­rych wy­da­niach jest au­torką kilku albo na­wet kilku­na­stu ar­ty­ku­łów. A jed­nak, przez 36 lat pi­sa­nia do naj­po­pu­lar­niej­szego ty­go­dnika w hi­sto­rii, na jego ła­mach nie­mal nie po­ja­wiało się jej na­zwi­sko. Za­pewne dla­tego mało kto wie, jak wielką rolę w jego re­dak­cji ode­grała Ja­nina Ipo­hor­ska.

W cza­sie II wojny świa­to­wej za­bu­dowa Kra­kowa ucier­piała w nie­wiel­kim stop­niu. Przez wielu kra­ko­wian uwa­żane to było za cud, za który od­po­wia­dać miały ko­ści smoka za­wie­szone przy głów­nym wej­ściu do ka­te­dry na Wa­welu albo dzwon Zyg­munt. Nie ozna­cza to jed­nak, że dla wszyst­kich zna­la­zło się tu miej­sce. Ze względu na fakt, że znaczną część mia­sta omi­nęły bom­bar­do­wa­nia, przy­cią­gało ono uchodź­ców z róż­nych stron - dla­tego po woj­nie, po­dob­nie jak w in­nych miej­sco­wo­ściach w ca­łym kraju, naj­waż­niej­szym pro­ble­mem Kra­kowa było prze­lud­nie­nie.

Od­po­wie­dzią na głód miesz­kań miała być bu­dowa no­wych osiedli już na eta­pie pro­jek­to­wym hoł­du­ją­cych obo­wią­zu­ją­cej ide­olo­gii - so­cja­li­stycz­nych. Ko­ron­nym pro­jek­tem władz ko­mu­ni­stycz­nych z okresu planu sze­ścio­let­niego była bu­dowa na wschód od sta­rego Kra­kowa no­wego ide­al­nego mia­sta: No­wej Huty.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, czyli pod ko­niec lat czter­dzie­stych, z dala od bły­sku fle­szy i splen­doru Pol­skiej Kro­niki Fil­mo­wej ru­szyła bu­dowa pierw­szego po­wo­jen­nego osie­dla miesz­ka­niowe­­go w śród­mie­ściu Kra­kowa. Po­wstało ono na Grze­górz­kach, na tak zwa­nych Po­lach Ka­ta­rzyń­skich - w prze­strzeni po­mię­dzy Halą Tar­gową a rzeź­nią miej­ską (dzi­siej­sza Ga­le­ria Ka­zi­mierz). So­cre­ali­styczne bloki wpro­wa­dzały nowy stan­dard ży­cia - po­dob­nie jak w No­wej Hu­cie, miała to być bar­dziej de­mo­kra­tyczna ar­chi­tek­tura, bez po­działu na ob­szerne miesz­ka­nia od frontu, z bal­ko­nami, za­re­zer­wo­wane dla osób za­moż­nych i uprzy­wi­le­jo­wa­nych, oraz na klitki w su­te­re­nach i ofi­cy­nach - cia­sne, wil­gotne i ciemne, w któ­rych gnieździli się ubo­dzy ro­bot­nicy z ro­dzi­nami. Całe za­ło­że­nie urba­ni­styczne miało to­nąć w zie­leni, być przy­kła­dem "mia­sta­ ogrodu". Pierw­sze bloki po­wstały już w 1949 roku. Na za­kwa­te­ro­wa­nie w nich ocze­ki­wały rze­sze pra­cow­ni­ków grze­gó­rzec­kich fa­bryk; marzyli o lep­szym ży­ciu, wciąż tkwiąc w pro­wi­zo­rycz­nych ba­ra­kach lub w za­tło­czo­nych XIX­-wiecznych ka­mie­ni­cach.

Jedno z ta­kich miesz­kań tra­fiło w ręce Ja­niny Ipo­hor­skiej. Choć nie była ro­bot­nicą z Grze­gó­rzek, było ono speł­nie­niem rów­nież jej ma­rzeń - do­tych­cza­sowe funk­cjo­no­wa­nie w miesz­ka­niu ze współ­lo­ka­to­rami było dla niej uciąż­liwe. Jako osoba twór­cza po­trze­bo­wała prze­strzeni do ży­cia i do pracy. Zna­la­zła ją w nie­spełna czter­dzie­sto­me­tro­wym miesz­ka­niu bez bal­konu, na pierw­szym pię­trze, przy ulicy Sie­dlec­kiego 4, tuż przy przed­szkolu.

Po­cząt­kowo prze­szka­dzał jej ha­łas po­ciągu jeż­dżą­cego po na­sy­pie za oknem. Ze mną było po­dob­nie: jako jej są­siadka sześć de­kad póź­niej mar­twi­łam się, czy nie bę­dzie za gło­śno. Z cza­sem prze­sta­łam za­uwa­żać ko­lejne składy ja­dące przez cen­trum Kra­kowa. Ona naj­wy­raź­niej też - w końcu na czas, kiedy miesz­kała na Grze­górz­kach, przy­pada naj­płod­niej­szy ar­ty­stycz­nie okres jej ży­cia.

Kim była? Mało kto re­aguje na jej na­zwi­sko. Kiedy sta­ra­łam się o to, żeby skwer na Grze­górz­kach, tuż przy bloku, w któ­rym tak długo miesz­kała, zo­stał na­zwany jej imie­niem, nie­mal nikt nie wie­dział, o kogo mi cho­dzi. Jed­nak gdy tylko wy­mie­nia­łam naj­bar­dziej znany z jej pseu­do­ni­mów, roz­mówcy za­zwy­czaj się ożywiali. Szcze­gól­nie ci, któ­rzy pa­miętali jesz­cze fe­no­men wy­daw­ni­czy, ja­kim był ty­go­dnik "Prze­krój", i nie­po­dziel­nie pa­nu­ją­cego w nim Jana Ka­myczka, czyli wła­śnie Ja­ninę Ipo­hor­ską.

Mło­dość spę­dziła we Lwo­wie. Ja­nina No­sa­rzew­ska (wła­śnie ta­kie imię i na­zwi­sko otrzy­mała od losu, wszyst­kie ko­lejne były je­dy­nie pseu­do­ni­mami) po­cho­dziła z za­słu­żo­nej, pa­trio­tycz­nej ro­dziny. Miała dwie sio­stry: star­szą, Irenę, uta­len­to­waną mu­zycz­nie (zmarła bar­dzo młodo), oraz młod­szą, Ma­rię, która była umy­słem ści­słym (w 1949 roku obro­niła dok­to­rat z ma­te­ma­tyki, jako jedna z pierw­szych Po­lek w hi­sto­rii). Janka skoń­czyła Gim­na­zjum Hu­ma­ni­styczne im. Kró­lo­wej Ja­dwigi (je­dyne pań­stwowe żeń­skie gim­na­zjum we Lwo­wie), a póź­niej ro­ma­ni­stykę na Uni­wer­sy­te­cie Jana Ka­zi­mie­rza. To dzięki tym stu­diom była w sta­nie tłu­ma­czyć tek­sty za­gra­nicz­nych twór­ców, które po­ja­wiały się na ła­mach "Prze­kroju" i da­wały Po­la­kom szansę na skosz­to­wa­nie myśli zza że­la­znej kur­tyny. Na­stęp­nie wy­je­chała do War­szawy, gdzie trzy lata stu­dio­wała ma­lar­stwo na ASP - stąd jej przy­go­to­wa­nie w za­kre­sie sztuk wi­zu­al­nych, dzięki któ­remu współ­two­rzyła szatę gra­ficzną słyn­nego ty­go­dnika.

Na po­czątku wojny miesz­kała we Lwo­wie; był to czas ra­dziec­kiej oku­pa­cji. To wtedy po­znała Ma­riana Eilego i po raz pierw­szy bli­sko z nim współ­pra­co­wała - tworzyli ra­zem spek­ta­kle dla Pań­stwo­wego Te­atru Mi­nia­tur. Czy już wtedy po­łą­czyło ich coś wię­cej niż sprawy za­wo­dowe? Eile nie był jesz­cze żo­naty. Jak to się stało, że w 1942 roku wziął ślub z Ka­ta­rzyną Grzy­mal­ską, a nie z Ja­niną?

Kiedy do Lwowa dotarli Niemcy, sy­tu­acja dra­ma­tycz­nie się zmie­niła. Eile, ze względu na swoje ży­dow­skie po­cho­dze­nie, mu­siał się ukry­wać pod zmie­nio­nym na­zwi­skiem - Zdzi­sław Kwa­śniew­ski. To pierw­szy pseu­do­nim w tej hi­sto­rii. Twórca "Prze­kroju" for­mal­nie nie wy­zbył się go aż do śmierci - na ta­kie na­zwi­sko wy­sta­wiono akt zgonu, to pod tą toż­sa­mo­ścią na­leży go szu­kać na cmen­ta­rzu Ra­ko­wic­kim.

We wszyst­kich do­tych­cza­so­wych pu­bli­ka­cjach na te­mat ży­cia Ipo­hor­skiej po­ja­wia się in­for­ma­cja, że w oku­po­wa­nym przez na­zi­stów Lwo­wie zna­la­zła ona bez­pieczną przy­stań w słyn­nym In­sty­tu­cie Ba­dań nad Ty­fu­sem Pla­mi­stym i Wi­ru­sami pro­fe­sora Ru­dolfa We­igla. Miało się tak stać za sprawą jej sio­stry, Ma­rii, która stu­dio­wała ma­te­ma­tykę na Uni­wer­sy­te­cie Jana Ka­zi­mie­rza i ob­ra­cała się w krę­gach lwow­skiej szkoły ma­te­ma­tycz­nej. Dzięki temu za­równo ona, jak i Ja­nina do­stały pracę w se­kre­ta­ria­cie in­sty­tutu, bę­dą­cego azy­lem dla wielu lwow­skich in­te­lek­tu­ali­stów.

- Ni­gdy o tym nie sły­sza­łam - mówi Be­ata Brycka, córka chrzestna Ja­niny. - Za­wsze mi opo­wia­dano, że w cza­sie wojny Janka pra­co­wała w księ­garni tylko dla Niem­ców przy placu Ma­riac­kim, tuż obok po­mnika Adama Mic­kie­wi­cza, a u pro­fe­sora We­igla była je­dy­nie kar­mi­cielką wszy.

W Ar­chi­wum Pro­win­cjal­nym Ur­szu­la­nek Unii Rzym­skiej w Kra­ko­wie rów­nież brak in­for­ma­cji o tym, żeby w ad­mi­ni­stra­cji in­sty­tutu pra­co­wała Ma­ria - w jej ak­tach można prze­czy­tać, że w cza­sie wojny była za­trud­niona w Miej­skiej Sieci Elek­trycz­nej we Lwo­wie (do 1943 roku), a na­stę­pie peł­niła funk­cję wy­cho­waw­czyni w in­ter­na­cie Rady Głów­nej Opie­kuń­czej w War­sza­wie1.

Na­gle w 1943 roku Ja­nina mu­siała ucie­kać. Po­wo­dem stał się ze­szyt pod­pi­sany jej na­zwi­skiem, w któ­rym zna­le­ziono ry­sunki sa­ty­ryczne ośmie­sza­jące Niem­ców.

- Kiedy ze­szyt zo­stał zna­le­ziony, Janki nie było w pracy w księ­garni. Jej ku­zynce, An­nie Len­kie­wicz (póź­niej Bryc­kiej) udało się ją ostrzec. Wia­domo było, że nie może zo­stać we Lwo­wie - do­daje Be­ata Brycka.

Czy to do­świad­cze­nie spra­wiło, że na ła­mach "Prze­kroju" zdy­stan­so­wała się od po­li­tyki? W cza­sach PRL­-u jej żarty były na tyle nie­winne, że nie mo­gły spra­wić kło­po­tów, wy­gląda na to, że uczyła się na wła­snych błę­dach.

W cza­sie II wojny świa­to­wej za te ry­sun­kowe dow­cipy gro­ziły Ja­ni­nie naj­po­waż­niej­sze kon­se­kwen­cje. Mu­siała się ukry­wać, ko­rzy­sta­jąc z po­mocy krew­nych miesz­ka­ją­cych pod War­szawą. To wtedy po­ja­wiła się jej nowa toż­sa­mość, z którą zwią­zała się na resztę ży­cia: za­częła uży­wać jako na­zwi­ska przy­domku ro­dziny swo­jej matki - Ipo­hor­ska. Więk­szość z jej ku­zy­nów i ich po­tom­ków dziś skró­ciło na­zwi­sko Ipo­hor­ski­-Len­kie­wicz, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie drugi człon, co spra­wia, że jej na­zwi­sko jest bar­dzo uni­kalne.

- Chwilę miesz­kała w War­sza­wie u ciotki Ireny Len­kie­wicz­-Sło­nec­kiej, ukry­wała się w pra­cowni ma­lar­skiej jej męża, Ma­riana, a póź­niej krewni znaleźli dla niej po­sadę w ja­kimś dworku pod mia­stem, gdzie uczyła fran­cu­skiego i była gu­wer­nantką - opo­wiada Be­ata Brycka.

Tak do­trwała do końca wojny. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie do War­szawy przy­je­chała Ma­ria, która od 1943 roku aż do końca po­wsta­nia war­szaw­skiego pra­co­wała jako wy­cho­waw­czyni w in­ter­na­cie Rady Głów­nej Opie­kuń­czej w War­sza­wie2. Sio­stry znów były bli­sko.

W pierw­szych ty­go­dniach 1945 roku Ja­nina za­miesz­kała w Ło­dzi. Za­jęła się sce­no­gra­fią, wy­mie­niana jest wśród osób by­wa­ją­cych w ak­tor­skiej knaj­pie Klub Pick­wicka przy ulicy Trau­gutta, na­prze­ciwko Ho­telu Grand. W tym cza­sie za­miesz­kał rów­nież w nim Eile. Czy to tam spotkali się pierw­szy raz po woj­nie i od­nowili re­la­cję?

Wio­sną 1945 roku Ja­nina po­ja­wiła się w Kra­ko­wie. Było to dla niej miej­sce nowe, do­tąd nie łą­czyły ją z nim żadne związki. We­zwał ją tam na po­moc Ma­rian, a ona chęt­nie z tej pro­po­zy­cji sko­rzy­stała. Nie­mal od sa­mego po­czątku pra­co­wała z nim ra­mię w ra­mię, two­rząc naj­bar­dziej opi­nio­twór­czy ma­ga­zyn kul­tu­ralny za że­la­zną kur­tyną - le­gen­darny kra­kow­ski "Prze­krój".

Bez niej kul­towy ty­go­dnik nie mógłby ist­nieć. Pi­sała, tłu­ma­czyła, ry­so­wała, re­da­go­wała, two­rzyła wi­niety w for­mie ko­laży. Na jej bar­kach spo­czy­wała praca re­dak­cyjna, kon­takty z au­to­rami oraz od­po­wie­dzial­ność za kilka uwiel­bia­nych przez czy­tel­ni­ków ru­bryk. Peł­niła funk­cję wi­ce­re­dak­torki na­czel­nej. Je­den z au­to­rów "Prze­kroju", Alek­san­der Ziemny, na­zywa ją ge­nialną, Ste­fan Ki­sie­lew­ski wspo­mina jako bar­dzo by­czą nie­wia­stę, Bar­bara Hoff mówi o niej, że "Dziko in­te­li­gentna, z po­czu­ciem hu­moru. To naj­lep­szy czło­wiek i naj­in­te­li­gent­niej­sza ko­bieta, jaką zna­łam"3. A jed­nak nie­ła­two zna­leźć jej na­zwi­sko na stro­nach cza­so­pi­sma.

Eile uwiel­biał ba­wić się pseu­do­ni­mami. To on miał pod­jąć de­cy­zję, że Ja­nina bę­dzie pu­bli­ko­wać, po­słu­gu­jąc się nową toż­sa­mo­ścią. Po­sta­wił ją przed fak­tem do­ko­na­nym: miała wy­bór mię­dzy opcją żeń­ską ("Janka My­czek") lub mę­ską ("Jan Ka­my­czek"). Wy­brała tę drugą. Dla­czego zde­cy­do­wała się na mę­ski pseu­do­nim? Po­noć uwa­żała, że męż­czyźni cie­szą się wśród Po­lek i Po­la­ków więk­szym au­to­ry­te­tem - jej ru­bryka miała być po­rad­ni­kiem do­ty­czą­cym do­brych ma­nier, więc ta płeć wy­dała jej się wła­ściw­sza i tak wła­śnie czy­tel­nicy "Prze­kroju" mieli szansę ją za­pa­mię­tać.

Do­łą­czyła do re­dak­cji w pią­tym nu­me­rze, ale do­piero w nu­me­rze dwu­na­stym po­ja­wiła się pierw­sza praca, pod którą znaj­duje się pod­pis "rys. Jan Ka­my­czek". To po­czą­tek se­rii "I ary­sto­kra­cja zmie­nia się", gdzie Ipo­hor­ska żar­to­wała z sy­tu­acji pol­skich przed­wo­jen­nych elit, które za wszelką cenę sta­rają się od­na­leźć w so­cja­li­stycz­nej oj­czyź­nie Przy­kła­dem było prze­ma­lo­wy­wa­nie por­tre­tów przod­ków tak, żeby w ich rę­kach za­miast szabli po­ja­wiły się gra­bie, a za­miast wa­chla­rza - trze­paczka. To pierw­szy z wielu ry­sun­ków sa­ty­rycz­nych, któ­rymi wy­peł­niła ko­lejne nu­meru "Prze­kroju" - wkrótce do za­gu­bio­nych hra­biów do­łą­czył Pan Ka­rafka.

Z cza­sem po­ja­wiły się ko­lejne pseu­do­nimy. Jako Jan Ka­my­czek Ja­nina do­ra­dzała, co wy­pada, a co nie w De­mo­kra­tycz­nym sa­voir­-vi­vre i opi­sy­wała dzieje je­dze­nia w Pol­sce (ilu­stro­wane przez An­to­niego Unie­chow­skiego), jako Bra­cia Ro­jek tłu­ma­czyła za­gra­nicz­nych au­to­rów (w tym ame­ry­kań­skich!), opo­wia­dała o za­chod­niej mo­dzie w dia­lo­gach z Bar­barą Hoff jako Lu­cynka i Pau­linka, pu­bli­ko­wała Myśli lu­dzi wiel­kich, śred­nich i psa Fa­fika i re­cen­zje te­atralne. Pod­pi­sy­wała się rów­nież jako Sta­ni­sław Lu­ba­now­ski. W każ­dym nu­me­rze "Prze­kroju" wszę­dzie było jej pełno - aż trudno uwie­rzyć, jak wiele ta­len­tów miała. Od czerwca 1946 roku ofi­cjal­nie peł­niła funk­cję wi­ce­re­dak­torki na­czel­nej.

Pierw­sza sie­dziba re­dak­cji "Prze­kroju", w któ­rej całe dnie spę­dzała Ja­nina Ipo­hor­ska, znaj­do­wała się w oka­za­łym gma­chu o nie­ty­po­wym, trój­kąt­nym kształ­cie - Pa­łacu Prasy przy ulicy Wie­lo­pole 1. Wznie­siono go w la­tach dwu­dzie­stych jako dom to­wa­rowy, ale od 1927 roku był on sie­dzibą naj­więk­szego kon­cernu wy­daw­ni­czego Pol­ski mię­dzy­wo­jen­nej - Ilu­stro­wa­nego Ku­riera Co­dzien­nego. Po woj­nie znaj­do­wała się tam re­dak­cja "Dzien­nika Pol­skiego". "Prze­krój" na­ro­dził się wła­śnie tam i po­cząt­kowo miał być ilu­stro­wa­nym do­dat­kiem wła­śnie do "Dzien­nika Pol­skiego", jed­nak dzięki za­rad­no­ści Eilego od po­czątku był nie­za­leż­nym cza­so­pi­smem. W ciągu pierw­szych kil­ku­na­stu mie­sięcy jego twórcy bo­rykali się z pew­nymi trud­no­ściami lo­ka­lo­wymi. Z oka­zji pięć­set­nego nu­meru "Prze­kroju" Jan Ka­my­czek wspo­mina: "Re­dak­cja mie­ściła się w jed­nym po­koju w tzw. Pa­łacu Prasy w Kra­ko­wie. Pó­łeczka, wie­szak, okrą­gły sto­lik, dwa biurka. Przy jed­nym re­dak­tor na­czelny, przy dru­gim jego za­stępca. We dwóch robili pi­smo. Pisali ar­ty­kuły po­li­tyczne, pod­pisy pod zdję­cia Po­lpressu, fraszki, od­po­wie­dzi re­dak­cji (na ra­zie fikcyjne), spro­sto­wa­nia, fe­lie­tony, liryczne wier­sze, skracali ar­ty­kuły, robili ko­rektę, ilu­stra­cję i wi­niety, spo­rządzali fo­to­mon­taże, wy­myślali okładki"4.

W 1946 roku prze­nieśli się do no­wej sie­dziby, w któ­rej po­zostali nieco dłu­żej - to naj­bar­dziej ko­ja­rzony z "Prze­kro­jem" kra­kow­ski ad­res - ulica Pił­sud­skiego 19. Wkrótce jed­nak musieli zmie­nić treść stopki re­dak­cyj­nej - w 1948 roku ulicę prze­mia­no­wano na Ma­ni­fe­stu Lip­co­wego. "Ko­lejno prze­nie­śli­śmy się do in­nego gma­chu przy dru­karni, gdzie okrop­nie pach­niało śle­dziami, po­tem do in­nego gma­chu przy dru­karni, gdzie był inny lo­kal, ale też bar­dzo nie­wy­godny, po­tem do in­nego skrzy­dła tego sa­mego gma­chu, gdzie je­ste­śmy do dzi­siaj"5. Nowa sie­dziba spodo­bała się szcze­gól­nie Eilemu - od­da­lona od Pa­łacu Prasy re­dak­cja mo­gła liczyć na więk­szą swo­bodę w co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu w na­zna­czo­nych cen­zurą cza­sach. W ofi­cy­nie za Dru­kar­nią Na­ro­dową zostali na pra­wie 30 lat.

Dru­kar­nia Na­ro­dowa w XXI wieku opu­ściła swój gmach przy ulicy Pił­sud­skiego. Prze­szedł on grun­towny re­mont i zo­stał prze­ro­biony na ele­gancki apar­ta­men­to­wiec. Ta część, któ­rej fa­sada wy­cho­dzi na ulicę, jest bar­dzo im­po­nu­jąca. Ofi­cyna pre­zen­tuje się znacz­nie skrom­niej. To tu, w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu z kuch­nią i ła­zienką (około 200 me­trów kwa­dra­to­wych) na trze­cim pię­trze po­wsta­wał "Prze­krój". Ja­nina pra­co­wała w po­miesz­cze­niu prze­ro­bio­nym z kuchni - dzie­liła je z trzema in­nymi oso­bami - Ja­nem Kal­kow­skim, An­drze­jem Klo­min­kiem i jego żoną Ewą Ju­gend­fein.

Z Ma­ria­nem Eilem pra­cowali tak bli­sko sie­bie i tak do­sko­nale się ro­zumieli, że trudno cza­sem roz­róż­nić jego tek­sty i po­my­sły od tych, któ­rych au­torką była sama Ja­nina. W dwu­dzie­stym pią­tym nu­me­rze "Prze­kroju" re­dak­cja uświet­niła pierw­szy, ma­leńki ju­bi­le­usz ty­go­dnika, pi­sząc wier­szyk (praw­do­po­dob­nie au­to­rami byli sami Eile i Ipo­hor­ska), a w nim wers, w któ­rym prze­ciętny czy­tel­nik na­rzeka, "że mu już od dłuż­szej chwili Eile się z Ka­mycz­kiem myli"6. Dłu­gie lata spę­dzone na tak bli­skiej współ­pracy spra­wiają, że naj­wię­cej o niej do­wie­dzieć mo­żemy się z jego bio­gra­fii - wy­bitna ko­bieta trwa­jąca w cie­niu wy­bit­nego męż­czy­zny. W naj­ob­szer­niej­szej wy­da­nej do­tąd książce o Ma­ria­nie, Prze­krój Eilego, wspo­mniana jest na sie­dem­dzie­się­ciu sied­miu stro­nach. Jego żona, Kata­rzyna, in­spi­cjentka w Sta­rym Te­atrze i du­sza to­wa­rzy­stwa - o po­łowę mniej. Trudno oce­nić re­la­cje mię­dzy nimi. Ka­ta­rzyna przy­jaź­niła się z ca­łym ze­spo­łem "Prze­kroju", rów­nież z Ja­niną Ipo­hor­ską - Zbi­gniew Len­gren wspo­mina, że przy­no­siła na­czel­nemu i jego za­stęp­czyni zupę do re­dak­cji. "Ta­kie to było zwa­rio­wane ży­cie"7 - kwi­tuje.

Po­zor­nie ży­cie uczu­ciowe na­czel­nego nie było te­ma­tem oma­wia­nym przez kręgi to­wa­rzy­skie "Prze­kroju". Je­dy­nie An­drzej Klo­mi­nek, który ob­ser­wo­wał Ja­ninę z bli­ska, dzie­ląc z nią nie­wielką prze­strzeń w re­dak­cji, opo­wia­dał o tym, że nie­czę­sto, ale dało się za­ob­ser­wo­wać to, jak nie­zdrowy trój­kąt z mał­żeń­stwem Eilów na nią wpły­wał. W książce Ma­riu­sza Urbanka czy­tamy: "Była nie­szczę­śliwa, brała środki uspo­ka­ja­jące, po­ma­gała so­bie al­ko­ho­lem. Ale w re­dak­cji nikt o tym nie wie­dział: "Chyba tylko dwa razy w ciągu dwu­dzie­stu lat na­szej zna­jo­mo­ści zdra­dziła się przede mną, a i to nie wprost, tylko po­śred­nio, z tym, jak cierpi z po­wodu swo­jej sy­tu­acji oso­bi­stej"8.

Współ­praca z Eilem była trudna. Był po­ryw­czy, kiedy po­no­siły go emo­cje, sta­wał się nie­obli­czalny - kil­ku­krot­nie stłukł szybę, która le­żała na bla­cie jego biurka w re­dak­cji. Ja­nina była czę­sto wy­sy­łana przez in­nych człon­ków re­dak­cji do na­czel­nego, żeby za­ła­twiać sprawy uwa­żane za bez­na­dziejne, rów­nież ze względu na jego skąp­stwo. Po­wie­rzano jej kwe­stie po­ważne, ale także błahe, jak wy­cią­gnię­cie od Eilego pie­nię­dzy na wódkę. To ona za­ła­twiała za niego to, czego chciał unik­nąć - jak dy­plo­ma­tyczne spła­wia­nie twór­ców, któ­rych prace zda­niem na­czel­nego nie nada­wały się do pu­bli­ka­cji.

Nie­usta­jąco o niego dbała, licząc na to, że uda im się stwo­rzyć ro­dzinę. Był jej współ­pra­cow­ni­kiem, przy­ja­cie­lem, ale też wielką mi­ło­ścią. On miał pro­blemy z żo­łąd­kiem, więc cią­gle go­to­wała dla niego cie­lę­cinę. Wo­kół niego wciąż krę­ciło się mnó­stwo ko­biet, jed­no­cze­śnie po­zo­sta­wał mę­żem Kata­rzyny. O Ja­ninę też dbał, gdy ta cho­ro­wała. Osoby, które po­znały Eilego póź­niej niż na po­czątku lat pięć­dzie­sią­tych, nie znały Ka­ta­rzyny, a wi­dy­wały go wy­łącz­nie z Janką. Ma­riusz Urba­nek przy­ta­cza wspo­mnie­nia Ka­zi­mie­rza Koź­niew­skiego: "Nie­spe­cjal­nie ładna, ale pełna uroku, do­broci i roz­sąd­nej mą­dro­ści była je­dy­nym au­to­ry­te­tem, z któ­rym w re­dak­cji Ma­rian się liczył. Ra­zem stworzyli pi­smo i jego świet­ność"9.

Dbała o człon­ków re­dak­cji jak o wła­sną ro­dzinę. An­to­niego Unie­chow­skiego, który stra­cił wszyst­kie zęby, na­mó­wiła na spra­wie­nie so­bie sztucz­nej szczęki. Pro­wa­dziła Gał­czyń­skiego do kina, kiedy na za­mó­wie­nie Eilego miał na­pi­sać re­cen­zję filmu (i roz­kła­dała ręce, kiedy ten usnął w pierw­szych mi­nu­tach se­ansu). Bu­dziła za­ufa­nie. Kiedy w ofi­cy­nie przy Pił­sud­skiego po­ja­wił się go­niec, wy­słany tam przez SB, żeby ob­ser­wo­wał, co się dzieje w ze­spole, to wła­śnie jej wy­znał prawdę tuż przed odej­ściem. Za­bie­rała pracę do domu, więc to małe miesz­kanko przy to­rach ko­le­jo­wych na kra­kow­skich Grze­górz­kach bez zbyt­niej prze­sady mo­żemy uznać za filię re­dak­cji "Prze­kroju". Ty­go­dnik i gro­ma­dzący się wo­kół niego twórcy byli ca­łym jej ży­ciem. A ona była przez nich bar­dzo do­ce­niana. Woj­ciech Ple­wiń­ski: "Była bar­dzo do­brym czło­wie­kiem"10. Je­rzy Wal­dorff wspo­mina: "Janka nie zdej­mo­wała z twa­rzy do­broci, któ­rej wy­raz po­kry­wał w niej zmę­cze­nie. Go­towa była, jak święci pań­scy, dzie­lić się ostat­nim gro­szem i przy­odziew­kiem, żeby jej tylko dano spo­kój"11.

Twórcy "Prze­kroju" uwielbiali spę­dzać ra­zem czas. Na zdję­ciu wy­ko­na­nym pod ko­niec lat czter­dzie­stych wi­dać człon­ków re­dak­cji i ich go­ści w cza­sie za­bawy syl­we­stro­wej. W cen­trum zdję­cia, po­mię­dzy dwiema ko­bie­tami, sie­dzi Ma­rian Eile. Żadna z nich nie jest jego żoną - Ka­ta­rzyna Eile sie­dzi da­lej, z de­li­kat­nym uśmie­chem pa­trzy w obiek­tyw. Ma­riana pod rękę trzyma Ma­ria Zie­miań­ska, która w "Prze­kroju" zaj­mo­wała się pracą ad­mi­ni­stra­cyjną. Z uśmie­chem pa­trzy w prawo, gdzie tuż obok na­czel­nego sie­dzi Ja­nina Ipo­hor­ska w oto­cze­niu kilku męż­czyzn. Je­den z nich to Kon­stanty Ilde­fons Gał­czyń­ski - Ja­nina opiera głowę na jego ra­mie­niu, a on fry­wol­nie ła­pie ją za pierś. Dłoń Ja­niny chwyta nad­gar­stek Ma­riana. Hu­mory do­pi­sują.

Jako re­dak­cja dużo im­pre­zowali. W upalne dni prze­nosili się na od­kryte ba­seny przy Bło­niach, po któ­rych dziś zo­stał za­le­d­wie ce­glany bu­dy­nek szatni. Dys­ku­towali, ustalali, co pój­dzie do druku, a pracę prze­rywali ką­pielą. Ja­nina jest jedną z nie­licz­nych ko­biet, która w tym ze­spole wio­dła prym. Lu­biła ta­niec - wzmianki o tym, z kim tań­czyła, licznie po­ja­wiają się we wspo­mnie­niach o niej. Ra­zem chodzili po knaj­pach. Byli nie­zwy­kle zżyci, ro­zumieli się bez słów.

Ży­cie to­wa­rzy­skie kwi­tło, rów­nież w pry­wat­nych miesz­ka­niach. Ja­nina i Ma­rian czę­sto bywali u Gał­czyń­skich, na trze­cim pię­trze w ofi­cy­nie Domu Li­te­ra­tów, na ulicy Krup­ni­czej 22 - rzut ka­mie­niem od re­dak­cji "Prze­kroju". Przy­jaźnili się rów­nież ze zna­nym raj­dow­cem So­bie­sła­wem Za­sadą, ra­zem z nim wy­jechali zimą na Ka­la­tówki. Byli też sta­łymi by­wal­cami Piw­nicy pod Ba­ra­nami, od po­czątku jej ist­nie­nia. Na zdję­ciu zro­bio­nym w 1957 roku wi­dać kła­nia­ją­cego się pu­blicz­no­ści Pio­tra Skrzy­nec­kiego. Na pierw­szym pla­nie sie­dzi uśmiech­nięty sze­roko Eile, który trzyma w ręce za­pa­lone zimne ognie. Ja­nina, jak zwy­kle obok niego, wi­doczna jest z pro­filu. Ma ob­cięte do karku włosy, ja­sny koł­nie­rzyk i duże, białe kol­czyki.

Ra­zem po­dró­żowali, rów­nież za gra­nicę, za­wsze sa­mo­cho­dem. W la­tach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych kil­ku­krot­nie od­wiedzili Pa­ryż. Spali w naj­tań­szych ho­te­lach i nie­mal gło­dowali, ale za­wsze przy­wozili do Kra­kowa masę płyt, albu­mów i in­spi­ra­cji, które póź­niej można było zo­ba­czyć na stro­nach "Prze­kroju". Z tych zdo­by­czy czer­pało całe sku­pione wo­kół ty­go­dnika śro­do­wi­sko. W 1958 roku od­wiedzili Bruk­selę, rok póź­niej We­ne­cję. Ra­zem pod­pi­sywali pocz­tówki wy­sy­łane zna­jo­mym. W 1965 roku po­jechali do Włoch, od­wie­dzić Sławo­mira Mrożka. Jeździli też na wa­ka­cje do Ja­starni, kąpali się na­wet w chłodne dni. Ma­ria Bu­czyń­ska, córka Ruth i Ka­rola Bu­czyń­skich, u któ­rych bywali Eile z Ipo­hor­ską, wspo­mina, że wspól­nie od­wiedzali ją w cza­sie wa­ka­cji nad Bał­ty­kiem. W cza­sie spę­dzo­nych ra­zem chwil on był roz­mowny, ona ra­czej wy­co­fana, ci­cha, dys­kretna.

Praw­do­po­dob­nie w cza­sie wa­ka­cji w Ja­starni poznali Bar­barę Hoff, z którą Ja­nina póź­niej two­rzyła ru­brykę o mo­dzie. Po­cząt­kowo po­ru­szała ten te­mat sama, kreu­jąc po­stać me­ce­na­so­wej Ryl­skiej, przed­wo­jen­nej ele­gantki. Za­stą­piły ją dwie trzpiotki, plot­ku­jące ko­bietki, które To­masz Po­tkaj na­zywa "pierw­szymi sza­fiar­kami" - Lu­cynka i Pau­linka, w któ­rych role wcie­lały się Hoff i Ipo­hor­ska. Ich mało za­ska­ku­jące, ale bar­dzo za­bawne roz­mowy miały rze­sze fa­nów, a może bar­dziej fa­nek. Zga­dzały się, że liczy się to, co nosi się na uli­cach, a nie to, co ofe­rują za­gra­niczne domy mody - szcze­gól­nie w rze­czy­wi­sto­ści PRL­-u było to dla czy­tel­ni­czek bar­dzo po­krze­pia­jące. Lan­so­wały ubra­nia kla­syczne, pro­ste, uni­wer­salne. Pod­kreś­lały, że warto in­we­sto­wać w ja­kość, a nie w ilość. W swo­jej książce o Eilem Po­tkaj przy­ta­cza opo­wieść Bar­bary Hoff: "Uwiel­bia­łam z nią pra­co­wać. Ro­bi­ły­śmy to bły­ska­wicz­nie, w dzie­sięć mi­nut, do­brze się przy tym ba­wiąc. Za­wsze u niej w miesz­ka­niu, ni­gdy w re­dak­cji"12. Być może więc to do­mowa at­mos­fera ka­wa­lerki na Grze­górz­kach przy­czy­niała się do lek­kiej formy mo­do­wych po­rad.

To­masz Po­tkaj za­miesz­cza w swo­jej książce opis miesz­ka­nia Ja­niny na Grze­górz­kach: "Urzą­dziła ją [ka­wa­lerkę] z su­rową pro­stotą. Łóżko, naj­nie­zbęd­niej­sze me­ble - biurko, re­gał na książki - żad­nych pa­mią­tek, ozdób, ob­ra­zów. Na biurku farby, pędzle i piórka usta­wione w kubku w kwiatki. Nad biur­kiem lampa otu­lona aba­żu­rem z ga­zety. Pod biur­kiem me­ta­lowe wia­dro. Tu wrzu­cała nie­do­pałki pa­pie­ro­sów, od­kąd pew­nego dnia w ko­szu na śmieci za­pró­szyła ogień. Z re­gału zwi­sał na sznurku ręczny ze­ga­rek. Zza okna co chwilę do­bie­gał ha­łas prze­jeż­dża­ją­cego po­ciągu"13.

- To było bar­dzo ar­ty­styczne miesz­ka­nie - wspo­mina Be­ata Brycka, która wie­lo­krot­nie od­wie­dzała ciotkę na Grze­górz­kach. - Było tam mnó­stwo re­ga­łów z książ­kami. Po śmierci Janki za­bra­li­śmy część wy­po­sa­że­nia. Ja za­cho­wa­łam ob­razy, które ma­lo­wała, w tym por­tret Eilego, a także część ksią­żek. Moja sio­stra ma afry­kań­ski, ni­ski sto­li­czek i bu­jane krze­sło, które było w tym miesz­ka­niu - za­zwy­czaj sia­dy­wał na nim Eile. Wspo­mi­namy cza­sem o lam­pie z pły­wa­ją­cymi ryb­kami. Strasz­nie to było ki­czo­wate, ale ona tak lu­biła - do­daje. - Moja mama za­pa­mię­tała też, że był tam ob­ra­zek z anio­łem stró­żem pro­wa­dzą­cym dzieci nad prze­pa­ścią.

W du­ecie z Eilem Ipo­hor­ska wpro­wa­dziła na łamy "Prze­kroju" nowe trendy, pisali sporo cho­ciażby o mo­to­ry­za­cji. W końcu Ja­nina ku­piła swoje auto - gra­na­to­wego fiata 600, rocz­nik 1958 (Anna Ma­ria Po­tocka za­pa­mię­tała, że był on zie­lony). Była z niego bar­dzo dumna, liczyła na to, że ko­le­dzy z re­dak­cji zzie­le­nieją z za­zdro­ści. Wy­szu­kuję w in­ter­ne­cie oferty kupna - dziś taki sa­mo­chód w do­brym sta­nie kosz­tuje na­wet po­nad 100 000 zło­tych. Zie­le­nieję z za­zdro­ści i ja - fiat ma chro­mo­wane zde­rzaki i listwy, okrą­głe świa­tła i ja­sne boki opon. Wy­gląda, jakby był na wy­po­sa­że­niu domku dla la­lek. We wspo­mnie­niach wszy­scy są zgodni - Ja­nina fa­tal­nie pro­wa­dziła sa­mo­chód. "Miała an­ty­ta­lent sa­mo­cho­dowy", mó­wił An­drzej Klo­mi­nek14. "Je­cha­łem z nią raz czy dwa razy i wię­cej nie chcia­łem. My­śla­łem, że zgi­niemy", po­twier­dza Woj­ciech Ple­wiń­ski15.

W końcu Ja­nina od­dała sa­mo­chód Ma­ria­nowi, a sama ko­rzy­stała z po­mocy re­dak­cyj­nego kie­rowcy.

To Eile z Ipo­hor­ską lan­sowali mało jesz­cze po­pu­larny w Pol­sce ga­tu­nek mu­zyczny, jazz. W la­tach pięć­dzie­sią­tych, w cza­sach sta­gna­cji epoki sta­li­ni­zmu, Ja­nina i Ma­rian ob­racali się w kra­kow­skich krę­gach jaz­zo­wego pod­zie­mia. Ten ga­tu­nek mu­zyczny, po­cho­dzący ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, uwa­żany był za de­pra­wu­jący i nie­od­po­wiedni, a co za tym idzie pięt­no­wany przez wła­dze ko­mu­ni­styczne. Tym bar­dziej młode po­ko­le­nie chciało go grać i słu­chać. W kilku lo­ka­li­za­cjach w Kra­ko­wie od­by­wały się "ka­ta­kum­bowe jam ses­sions" - utrzy­my­wane w se­kre­cie spo­tka­nia wta­jem­ni­czo­nego kręgu mi­ło­śni­ków jazzu, w cza­sie któ­rych mu­zycy ćwiczyli, a po­zostali roz­mawiali i słuchali. Jedno z miejsc znaj­do­wało się w po­bli­żu re­dak­cji "Prze­kroju", na ulicy Re­to­ryka 18, w miesz­ka­niu Ma­riana i Te­resy Fer­ste­rów, w oka­za­łej mo­der­ni­stycz­nej ka­mie­nicy z ogrom­nymi bal­ko­nami od frontu. Wiel­kie okna, kształ­tem przy­po­mi­na­jące te w re­zy­den­cji kró­lew­skiej na Wa­welu, zdra­dzają, że w środku miesz­czą się prze­stronne po­koje. Wśród mu­zy­ków błysz­czą m.in. dwaj pia­ni­ści, póź­niej­sze ikony pol­skiego jazzu - Krzysz­tof Ko­meda i An­drzej Trza­skow­ski (o któ­rego dziadku, Bro­ni­sła­wie i jego wkła­dzie w walkę o rów­ność ko­biet w do­stę­pie do wyż­szej edu­ka­cji można prze­czy­tać w roz­dziale o Ka­zi­mie­rze Buj­wi­do­wej). Żeby ich słu­chać, w dwóch trzy­dzie­sto­me­tro­wych po­ko­jach Fer­ste­rów gro­ma­dziła się in­te­lek­tu­alna i ar­ty­styczna elita Kra­kowa, z re­dak­cją "Prze­kroju" na czele. Jak wspo­mina Ma­rian Fer­ster: "Za­wsze byli tam Ma­rian Eile i Ja­nina Ipo­hor­ska - Ka­my­czek z "Prze­kroju". Ja­nina przy­cho­dziła w wiel­kim ka­pe­lu­szu z bu­telką w ręce. To była ta po­pu­larna z czer­woną kartką. Pani re­dak­tor trzy­mała w jed­nej ręce flaszkę, w dru­giej musz­tar­dówkę"16. Mu­zyki słuchali w to­wa­rzy­stwie in­nych au­to­rów "Prze­kroju" - Sła­wo­mira Mrożka, Ste­fana Ki­sie­lew­skiego, Lu­dwika Je­rzego Kerna. Eile i Ipo­hor­ska przy­jaź­nią się z mu­zy­kami, wi­dać ich obok sie­bie na zdję­ciu zro­bio­nym na po­dwój­nym, jaz­zo­wym we­selu Krzysz­tofa i Zo­fii Ko­me­dów oraz Te­resy i An­drzeja Trza­skow­skich z 1958 roku. Ja­nina, jak za­wsze bar­dzo ele­gancka, ma na szyi cztery krót­kie sznury du­żych pe­reł.

Mi­łość do jazzu spra­wiła, że w "Prze­kroju" po­ja­wiało się go dużo, a na­czelny i wi­ce­na­czelna bywali na naj­waż­niej­szych fe­sti­wa­lach, po­cząt­kowo nie­cie­szą­cych się przy­chyl­no­ścią władz. W 1959 roku po­jechali ra­zem do Za­ko­pa­nego, gdzie w schro­ni­sku na Ka­la­tów­kach Jan Zyl­ber zgro­ma­dził mu­zy­ków i sym­pa­ty­ków jazzu z ca­łego kraju. Na zdję­ciu zro­bio­nym w cza­sie tego spo­tka­nia wi­dać Jani­nę na bal­ko­nie, tuż nad wielką płachtą z na­pi­sem "jazz". Ma sty­lowe oku­lary prze­ciw­sło­neczne w gru­bych opraw­kach i płaszcz za­rzu­cony na ra­miona. Non­sza­lancko trzyma pa­pie­rosa i opo­wiada coś uśmiech­nię­temu Eilemu.

Pa­pie­ro­sowy dym to­wa­rzy­szył im za­równo w pracy, jak i w cza­sie spo­tkań to­wa­rzy­skich. Oboje bar­dzo dużo palili, jak więk­szość twór­ców z tam­tych lat - głów­nie sporty. Jako Jan Ka­my­czek Ja­nina po­uczała czy­tel­nika De­mo­kra­tycz­nego sa­voir­-vi­vre'u, że wzbra­nia­nie go­ściom pa­le­nia jest ob­ja­wem nie tylko złego wy­cho­wa­nia, ale i ego­izmu. To wła­śnie ta ru­bryka przy­nio­sła Ka­mycz­kowi naj­więk­szą po­pu­lar­ność. Miał ją wy­my­ślić Je­rzy Wal­dorff, który sam nie chciał w niej pi­sać pi­sać. W wy­wia­dzie opu­bli­ko­wa­nym w "Eks­pre­sie Re­por­te­rów" w 1978 roku Ja­nina wspo­mi­nała: "Cią­gle pro­sił: "Rób to, Żan­siu, rób, w tej roli ni­kogo in­nego nie wi­dzę""17. Ru­bryka miała formę ko­re­spon­den­cji mię­dzy czy­tel­ni­kami a Jani­ną Ipo­hor­ską. Zmie­niała się przez lata, tak jak zmie­niało się pol­skie spo­łe­czeń­stwo. Uczyła Po­la­ków, co wy­pada, a co nie. Pierw­szy raz po­ja­wiła się w "Prze­kroju" w jego set­nym nu­me­rze. Był ma­rzec 1947 roku, a ona od­po­wia­dała na py­ta­nia o to, jak za­cho­wać się przy stole. Ofe­ro­wała "wska­zówki z uwzględ­nie­niem wszel­kich zmian, ja­kim uległ przed­wo­jenny bon­-ton wo­bec obec­nej rze­czy­wi­sto­ści"18. Lu­dwik Je­rzy Kern pi­sał: "Że wtedy, w tych pierw­szych kil­ku­na­stu la­tach po woj­nie kom­plet­nie nie scha­mie­li­śmy i nie skre­ty­nia­li­śmy - za­wdzię­czamy w du­żej mie­rze Ja­nowi Ka­mycz­kowi"19. W la­tach czter­dzie­stych wal­czyła z ca­ło­wa­niem ko­biet w rękę, na­zy­wa­jąc ten zwy­czaj "cmok­non­sen­sem". My­ślę o niej cie­pło za­wsze, kiedy wi­dzę pro­mi­nent­nych po­li­ty­ków, któ­rzy na­dal po­dej­mują próby ta­kiego po­wi­ta­nia w XXI wieku. Jej do­bre rady do­cze­kały się na­wet wy­da­nia w for­mie książ­ko­wej, i to w kilku ję­zy­kach - po ro­syj­sku, cze­sku i or­miań­sku.

Ja­nina Ipo­hor­ska za­ska­ki­wała sło­wo­twór­stwem. Pro­wa­dząc ru­brykę mo­dową, spo­pu­la­ry­zo­wała słowo "wdzianko", wy­my­śliła opi­sane już wcze­śniej sfor­mu­ło­wa­nie "cmok­non­sens", pro­mo­wała zdrowe od­ży­wia­nie się zlep­kiem "dieta­-cud". Wie­działa, jak trzeba sprze­dać modę, idee, ale także ko­mer­cyjne pro­dukty. To ona wy­my­śliła kul­towy slo­gan re­kla­mu­jący piwo: "Jak się po­bie­rzem, to się oko­cim".

Z Ma­ria­nem Eilem two­rzyła rów­nież inne, "po­za­prze­kro­jowe" pro­jekty. Jak ta para do­sko­nale się ro­zu­miała! Dzielili ze sobą nie­mal każdy aspekt ży­cia za­wo­do­wego. Byli nie do za­trzy­ma­nia! Wy­kładali na ASP w Kra­ko­wie (Ma­rian - sce­no­gra­fię, Ja­nina - ko­stiu­mo­lo­gię), tworzyli sce­no­gra­fię i ko­stiumy dla kilku te­atrów w ca­łym kraju. W 1960 roku wspól­nie wy­konali ilu­stra­cje do ksią­żeczki dla dzieci Miś z pa­ra­so­lem na­pi­sa­nej przez Ja­nu­sza Min­kie­wi­cza. Wnę­trze miesz­ka­nia Mi­sia Drep­tal­skiego jest bar­dzo po­dobne do miesz­ka­nia Pana Ka­rafki, wi­dać w nim kre­skę Ipo­hor­skiej.

Były rów­nież ini­cja­tywy, które po­dej­mo­wała sama. W 1961 roku w po­pu­lar­nej se­rii "Klub Srebr­nego Klu­cza" uka­zał się jej kry­mi­nał pod ty­tu­łem Roz­koszne przed­po­łu­dnie. Była au­torką sce­na­riu­sza do pierw­szego pol­skiego se­ria­lu kry­mi­nal­nego Ka­pi­tan Sowa na tro­pie, który zo­stał na­krę­cony w 1965 roku przez Sta­ni­sława Ba­reję. Oczy­wi­ście na­dal ukry­wa­jąc się pod pseu­do­ni­mem i tym ra­zem pu­bli­ku­jąc jako Alojzy Ka­cza­now­ski.

Tą toż­sa­mo­ścią po­słu­żyła się rów­nież w 1962 roku, wy­peł­nia­jąc opu­bli­ko­wany na ła­mach "Prze­kroju" "Twój do­wód oso­bi­sty du­chowy", oparty na kwe­stio­na­riu­szu Mar­cela Pro­usta.

Twój ideał szczę­ścia? - wielka mi­łość od­wza­jem­niona

Twoje ulu­bione za­ję­cie? - ma­lo­wa­nie

Twoja naj­więk­sza za­leta? - skrom­ność

Czym chciał­byś być (za­wód)? - kie­rowcą

Główna ce­cha Twego cha­rak­teru? - uczci­wość

Co naj­wy­żej ce­nisz u przy­ja­ciół? - pew­ność ich przy­jaźni

Twój ulu­biony kwiat? - stor­czyk

Twój ulu­biony ptak? - wró­bel

Czego nade wszystko nie zno­sisz? - nie­na­wiść

Dar na­tury, który chciał­byś po­sia­dać - mło­dość

Twoja de­wiza - my­śleć ze scep­ty­cy­zmem, dzia­łać z opty­mi­zmem20.

Ru­bryki wy­peł­nione są od­ręcz­nie, nie­bie­skim pió­rem. Czy to cha­rak­ter pi­sma Ja­niny Ipo­hor­skiej?

W 1946 roku, do spółki z Ro­ma­nem Szy­dłow­skim i Je­rzym Wal­dorf­fem, Eile i Ipo­hor­ska za­łożyli pierw­szy pol­ski po­wo­jenny ka­ba­ret - "Sie­dem ko­tów". Było to pry­watne przed­się­wzię­cie, a wspól­nicy wy­łożyli na nie swoje pie­nią­dze. Po­szu­ki­wa­nia od­po­wied­niej sali za­koń­czyły się, kiedy ktoś wska­zał im nie­uży­waną w tam­tym cza­sie salę ka­syna ofi­cer­skiego przy ulicy Zy­bli­kie­wi­cza 1. Znaj­du­jący się tuż przy Plan­tach gmach z se­ce­syj­nymi de­ta­lami do dziś się nie zmie­nił - na par­te­rze znaj­duje się sala ba­lowo­-te­atralna. Wy­stę­po­wała tu mię­dzy in­nymi Irena Kwiat­kow­ska, Hanka Bie­licka i czy­ta­jący wła­sne wier­sze Gał­czyń­ski. O mu­zykę dbała Anda Kit­sch­man, pierw­sza w Pol­sce ab­sol­wentka dy­ry­gen­tury Wie­deń­skiej Aka­de­mii Mu­zycz­nej. Ja­nina Ipo­hor­ska pro­jek­to­wała sce­no­gra­fię i przy­go­to­wy­wała ko­stiumy, Ka­ta­rzyna Eile peł­niła funk­cję in­spi­cjentki. Na sa­mym po­cząt­ku ży­cia w Kra­ko­wie ta trójka spo­tkała się więc na grun­cie za­wo­do­wym, a nie tylko pry­wat­nym. Kres dzia­łal­no­ści ka­ba­retu nad­szedł po za­le­d­wie jed­nym se­zo­nie, "Prze­krój" oczy­wi­ście nie był od po­li­tyki wolny - nie mógł być. Jak pi­sał Hen­ryk Mar­kie­wicz, który od 1949 do 1951 roku peł­nił funk­cję dru­giego obok Ja­niny za­stępcy Eilego, Ipo­hor­ska nie była en­tu­zjastką re­żimu, ni­gdy nie miała bli­skich związ­ków z par­tią, ale zda­wała so­bie sprawę, że pewne rze­czy, jak ma­te­riały z oka­zji ko­mu­ni­stycz­nych rocz­nic, mu­siały uka­zy­wać się w druku. Był to koszt, na który trzeba było być go­to­wym, jeśli chciało się pi­sać o mu­zyce, sztuce, litera­tu­rze, mo­dzie, pu­bli­ko­wać ko­miksy i żarty literac­kie i do­cie­rać z tymi tre­ściami do sze­ro­kiej pu­blicz­no­ści. Od po­czątku mu­siało być ja­sne, że ta­kie są za­sady gry - w 1948 roku w War­sza­wie od­był się Ogól­no­pol­ski Kon­gres Sa­ty­ry­ków. Re­dak­cję "Prze­kroju" re­pre­zen­to­wała Ja­nina Ipo­hor­ska. W "Prze­kroju" Eilego To­masz Po­tkaj wspo­mina, że spo­tka­nie to było re­la­cjo­no­wane w Pol­skiej Kro­nice Fil­mo­wej i że wi­dać na na­gra­niu Ipo­hor­ską.

Je­stem pod­eks­cy­to­wana. W róż­nych pu­bli­ka­cjach doty­czą­cych "Prze­kroju" po­ja­wiło się do­słow­nie kilka fo­to­gra­fii Ja­niny, w do­datku tylko jedno z mło­do­ści. Zo­ba­czyć ją w ru­chu, nie my­śla­łam, że to bę­dzie moż­liwe! W in­ter­ne­cie bez trudu od­szu­kuję wła­ściwe na­gra­nie. A tam, po re­por­tażu o ob­cho­dach rocz­nicy re­wo­lu­cji, Dniu Gór­nika w So­snowcu i wy­cieczce po bu­do­wie Trasy W­-Z po­ja­wia się ma­te­riał na­grany na spo­tka­niu sa­ty­ry­ków. Uśmie­cham się na wi­dok kru­cy­fiksu wi­szą­cego na ścia­nie sali - już wkrótce sym­bole re­li­gijne znikną z prze­strzeni pu­blicz­nej, ale w 1948 roku na­dal są, to okres przej­ściowy, naj­więk­sze zmiany jesz­cze nie na­de­szły. Rów­nież dla pi­sa­rzy i ry­sow­ni­ków, któ­rzy za chwilę do­wie­dzą się, na ja­kie żarty z po­wo­jen­nej pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści bę­dzie so­bie można od te­raz po­zwo­lić. Je­rzy Bo­rej­sza, za­stępca kie­row­nika Wy­działu Pro­pa­gandy Ko­mi­tetu Cen­tral­nego PZPR, wy­gła­sza re­fe­rat o "roli sa­tyry w no­wym ustroju spo­łecz­nym", a słu­chają go Ju­lian Tu­wim, Eryk Li­piń­ski, Maja Be­re­zow­ska. Czy "za­wo­dowi kpia­rze", jak na­zywa ich lek­tor kro­niki, pod­cho­dzą do sprawy z lek­ko­ścią? Czy też wie­dzą, że jest ona śmier­tel­nie po­ważna? I wresz­cie na ekra­nie po­ja­wia się ona - Janka. Młoda, okrą­gła twarz, zero ma­ki­jażu czy bi­żu­te­rii, ciemne włosy scho­wała pod ciem­nym be­re­tem. Od ciem­nego ubra­nia od­cina się ja­sny, okrą­gły koł­nie­rzyk, taki tro­chę fran­cu­ski. Choć ma 34 lata, wy­gląda jak uczen­nica. Z wi­ze­run­kiem tym kon­tra­stuje fakt, że po­chyla się z pa­pie­ro­sem w ustach do ko­goś, kto trzyma za­pałkę. Jest spięta? Nie wiem. Ale z pew­no­ścią nie jest zre­lak­so­wana.

Choć jest na ekra­nie trzy se­kundy, to dla mnie na­prawdę sporo. Zo­ba­czyć ją w wer­sji eks­por­to­wej, na spo­tka­niu bran­żo­wym, w cza­sie któ­rego słu­cha cze­goś, co naj­prawdo­po­dob­niej bar­dzo jej się nie po­do­bało. W do­datku jest nie­mal do­kład­nie w moim wieku. Ni­gdy nie czu­łam się bli­żej niej.

To wła­śnie po­li­tyka miała na za­wsze zmie­nić pierw­szy, le­gen­darny skład re­dak­cji "Prze­kroju". W 1969 roku, wsku­tek fali an­ty­se­mi­ty­zmu, Ma­rian Eile (nie­zmien­nie bez­par­tyjny) uległ na­ci­skom i wy­je­chał do Pa­ryża. Sam. Bez Ja­niny, bez Ka­ta­rzyny. Wkrótce listow­nie zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska re­dak­tora na­czel­nego. Ste­fan Ki­sie­lew­ski za­pi­sał: "Uprze­dził ich, wy­grał, ale przy tym zła­mał i sie­bie, i Ka­myczka"21.

To­masz Po­tkaj w "Prze­kroju" Eilego ze­brał opo­wie­ści o tym, jak Ja­nina za­re­ago­wała na emi­gra­cję Ma­riana. Cy­tuje mię­dzy in­nymi An­drzeja Klo­minka: "Ga­sła w oczach, dla niej świat się koń­czył o wiele bar­dziej i wy­raź­niej niż dla każ­dego z nas. Swoje bie­żące obo­wiązki wy­ko­ny­wała jak za­wsze su­mien­nie [...]. Jej opa­no­wa­nie co­raz bar­dziej przy­po­mi­nało otę­pie­nie. Ba­li­śmy się o nią. Pan Staś, który co­dzien­nie rano po dro­dze z ga­raży w No­wej Hu­cie wstę­po­wał na Grze­górzki do Janki, żeby za­brać ją do re­dak­cji, zwie­rzał się: - Kiedy cza­sem za­trą­bię przed oknem, a pani Ja­neczka długo się nie po­ka­zuje w oknie, to tak się boję, tak się o nią boję".

Jako naj­bliż­sza współ­pra­cow­nica Eilego Ja­nina Ipo­hor­ska zo­stała we­zwana do dy­rek­cji RSW Prasa. An­drzej Klo­mi­nek, który po­cząt­kowo za­stę­po­wał Ma­riana, peł­niąc obo­wiązki re­dak­tora na­czel­nego "Prze­kroju" wspo­mi­nał: "Wró­ciła i po­wie­działa mi bar­dzo spo­koj­nie, jakby ze zdzi­wie­niem: - Wylali mnie"22. Po utra­cie sta­no­wi­ska szybko ode­szła z re­dak­cji. Kilka na­stęp­nych ty­go­dni spę­dziła w kli­nice psy­chia­trycz­nej, brała leki uspo­ka­ja­jące. Le­czyła się u słyn­nego kra­kow­skiego psy­chia­try, pro­fe­sora An­to­niego Kę­piń­skiego. Po wyj­ściu ze szpi­tala za­jęła mało am­bitne sta­no­wi­sko w Pol­skim Wy­daw­nic­twie Mu­zycz­nym, które ją nu­dziło.

- Ona nie znała się na mu­zyce. Poza tym to była praca ko­rek­torki, znacz­nie po­ni­żej jej moż­li­wo­ści - wspo­mina Be­ata Brycka.

Udało mi się zdo­być w in­ter­ne­cie ko­lejne, czwarte już wy­da­nie Grzecz­no­ści na co dzień - książ­ko­wego zbioru po­rad Jana Ka­myczka na te­mat od­po­wied­niego za­cho­wa­nia się. Mały for­mat, pa­pier kiep­skiej ja­ko­ści. Na okładce pro­sta gra­fika Je­rzego Fli­saka, przed­sta­wia­jąca uśmiech­nięta, ru­mianą blon­dy­neczkę trzy­ma­jącą bu­kiet kwia­tów. Druk książki za­koń­czono w marcu 1969 roku. Do­kład­nie w mie­siącu, w któ­rym Ma­rian Eile wy­je­chał do Pa­ryża, krótko przed tym, jak Ja­nina opu­ściła re­dak­cję i za­ła­mała się. W cza­sie, kiedy można było tę książkę ku­pić w księ­gar­niach, De­mo­kra­tyczny sa­voir­-vi­vre pu­bli­ko­wany w "Prze­kroju" nie był re­da­go­wany przez jego twór­czy­nię.

Na po­czątku lat sie­dem­dzie­sią­tych Ja­nina zma­gała się z po­waż­nymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi. Wcze­śniej ucho­dziła za osobę sta­bilną emo­cjo­nal­nie, po wy­jeź­dzie Eilego nie była dawną sobą, co bu­dziło duże obawy wśród jej przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków.

Ma­ria Iwasz­kie­wicz: "Eile znisz­czył Ipo­hor­ską. Z roz­pa­czy za­częła pić i piła, aż na­stą­pił kom­pletny roz­kład jej oso­bo­wo­ści"23.

Wszy­scy so­li­dar­nie starali się uchro­nić ją przed na­pły­wa­ją­cymi z Pa­ryża plot­kami o tym, że Ma­rian ma tam ja­kąś ko­bietę. On sam za­pew­niał, że wróci do Pol­ski, głów­nie z po­wodu Janki. Ona przez zna­jo­mych pro­siła go, żeby to zro­bił. Wciąż cze­kała na jego po­wrót, pod­po­rząd­ko­wu­jąc temu całe swoje ży­cie. Sta­rała się nie wy­cho­dzić z domu, licząc na to, że za­dzwoni. Wraz z odej­ściem Eilego jej ży­cie roz­biło się w drobny mak, miała pro­blem z po­skła­da­niem go na nowo. Jed­nak pra­wie do końca ży­cia pro­wa­dziła naj­po­pu­lar­niej­szą ze swo­ich ru­bryk w "Prze­kroju" - De­mo­kra­tyczny sa­voir­-vi­vre po­wró­cił w jej ręce po tym, jak na­czel­nym ty­go­dnika zo­stał Mie­czy­sław Czuma.

Czy w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ża­ło­wała, że nie uło­żyła so­bie ży­cia z kimś in­nym, że nie opu­ściła tego trój­kąta z Eilem i jego żoną? W jej ży­ciu byli prze­cież inni męż­czyźni. Ma­ria Iwasz­kie­wicz wspo­mina o fe­lie­to­ni­ście, z któ­rym ro­man­so­wała, jed­nak ten wy­brał cię­żarną żonę. Wy­daje się, że to ja­kiś sche­mat w jej ży­ciu - Eile po wy­jeź­dzie z Pol­ski w 1969 roku mó­wił jesz­cze Ro­ma­nie Próch­nic­kiej, że ma dwie żony, obu wy­sy­łał pie­nią­dze z emi­gra­cji. Kiedy prze­stał tak trak­to­wać Ja­ninę?

Eile wró­cił do Kra­kowa w listo­pa­dzie 1970 roku, za­miesz­kał z żoną, a w 1972 roku prze­niósł się do nie­wiel­kiej pra­cowni w bloku na Kro­wo­drzy. Ni­gdy nie od­zy­skał swo­jego sta­no­wi­ska w "Prze­kroju". Na­dal sporo czasu spę­dzał z Jani­ną i wy­jeż­dżał z nią na wa­ka­cje, jed­nak wciąż ra­zem nie za­mieszkali. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych w ży­ciu Ma­riana po­ja­wiła się jesz­cze jedna ko­bieta, są­siadka z ulicy Li­tew­skiej o imie­niu Ma­ryla. Kra­ków od­zy­skał Eilego, ale wy­daje się, że Ja­nina - nie.

Ma­riusz Urba­nek przy­ta­cza wspo­mnie­nia Ste­fana Ki­sie­lew­skiego opi­su­jące spo­tka­nia z Eilem i Ipo­hor­ską w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych: "Ka­my­czek pod­sta­rzały i znu­dzony pracą w Wy­daw­nic­twie Mu­zycz­nym. Ale fa­cetka cią­gle z klasą i in­te­li­gentna, tylko przy­głu­szona i za­ga­dana przez niego"24. Po ko­lej­nym spo­tka­niu: "Janka zre­zy­gno­wana, cier­pliwa jak muł, ma­rzy­łaby o wódce, ale Ma­rian jej nie po­zwala. [...] Znowu są ra­zem, mają sie­bie z po­wro­tem, ale o ile są oboje za­wie­dzeni - któż to wie?"25. Ste­fan Brat­kow­ski: "Utrata Prze­kroju wy­koń­czyła ich. Umarli na Prze­krój"26.

To al­ko­hol spra­wił, że Ja­nina nie mo­gła już funk­cjo­no­wać sa­mo­dziel­nie. Opo­wiada mi o tym Be­ata Brycka, córka jej bra­ta­nicy, do któ­rej udaje mi się do­trzeć.

- Na po­czątku lipca 1981 roku moja mama po­je­chała do Kra­kowa, bo Janka miała wy­lew. Jej oj­ciec miał po­dobne pro­blemy w mło­dym wieku, wy­ma­gał opieki. Jed­nak tym ra­zem przy­czyną mo­gło być zmie­sza­nie le­ków, praw­do­po­dob­nie psy­cho­tro­po­wych, z al­ko­ho­lem - opo­wiada Be­ata Brycka. - Co prawda po pierw­szym wy­le­wie Janka była jesz­cze w nie naj­gor­szym sta­nie, ale mama uznała, że za­bie­rze ją do nas. Nie mo­gła pa­trzeć na Jankę sto­jącą w ko­lejce po al­ko­hol, oba­wiała się, że taka sy­tu­acja wkrótce się po­wtó­rzy.

La­tem 1981 roku Ipo­hor­ska za­miesz­kała u swo­ich krew­nych w Rabce. Opie­ko­wała się nią ku­zynka, Anna Len­kie­wicz­-Brycka, bra­ta­nica jej matki, z ro­dziną. To wła­śnie na nich mo­gła liczyć. Przez całe ży­cie byli w ser­decz­nych re­la­cjach. Spędzali ra­zem Wi­gi­lię i śnia­da­nia wiel­ka­nocne, które or­ga­ni­zo­wano u sio­stry jej mamy, Ireny Len­kie­wicz­-Sło­nec­kiej. To ona, wraz z mę­żem Ma­ria­nem (słyn­nym kon­ser­wa­to­rem za­byt­ków, który pra­co­wał m.in. przy oł­ta­rzu Wita Stwo­sza), miesz­kała w lo­kalu służ­bo­wym na Wa­welu.

- Naj­czę­ściej na święta my też jeź­dzi­li­śmy na Wa­wel. Było to dla mnie bar­dzo ważne. Raz, kiedy by­łam na­sto­latką, ro­dzi­ce mieli inne plany. Po­je­cha­łam do Kra­kowa sama, po to, żeby u Sło­nec­kich spo­tkać Jankę - wspo­mina Be­ata Brycka. - Szcze­gól­nie w okre­sie do­ra­sta­nia była dla mnie bar­dzo ważna. Taka ele­gancka, fa­scy­nu­jąca, chcia­łam z nią spę­dzać jak naj­wię­cej czasu. A ona, jako moja matka chrzestna, pi­sała do mnie kartki. Kiedy by­łam dziec­kiem, przy­wo­ziła mi pre­zenty z za­gra­nicz­nych po­dróży. Dbała o mnie i o moją sio­strę.

Do dziś Be­ata Brycka prze­cho­wuje pa­miątkę z dzie­ciń­stwa - me­da­lik z Czarną Ma­donną, który do­stała od Ja­niny Ipo­hor­skiej, swo­jej matki chrzest­nej, w dniu chrztu, 8 kwiet­nia 1956 roku.

- Czy to zna­czy, że pani ciotka była re­li­gijna?

- Nie, zu­peł­nie nie - pani Be­ata śmieje się. - Janka po­ma­gała finan­sowo mo­jej ma­mie w okre­sie, kiedy ta stu­dio­wała. Wy­ra­zem wdzięcz­no­ści było po­pro­sze­nie jej na moją chrzestną. To był rów­nież po­wód, dla któ­rego pod ko­niec ży­cia tra­fiła do nas.

W Rabce od­wie­dzała ją sio­stra, Ma­ria. Po obro­nie­niu dok­to­ratu pra­co­wała przez kilka lat w In­sty­tu­cie Ma­te­ma­tycz­nym PAN na sta­no­wi­sku ad­iunkta. W 1956 roku wstą­piła do Za­konu Sióstr Ur­szu­la­nek Unii Rzym­skiej, przyj­mu­jąc imię Bo­na­wen­tura. Przez więk­szość ży­cia pra­co­wała w bi­blio­tece Se­mi­na­rium Du­chow­nego w Kra­ko­wie, miesz­kała w domu zgro­ma­dze­nia na ulicy Sta­ro­wiśl­nej 9 - od miesz­ka­nia sio­stry na Grze­górz­kach dzie­lił ją za­le­d­wie 5-mi­nu­towy spa­cer. W cza­sie, kiedy Janka wy­ma­gała opieki, Ma­ria miesz­kała tuż pod Rabką, w Ro­ki­ci­nach. Były so­bie bli­skie.

Pod ko­niec ży­cia Ja­nina dużo pa­liła, cały czas cze­kała na Ma­riana. Jej stan bły­ska­wicz­nie za­czął się po­gar­szać. Przy­szedł drugi wy­lew, po­tem trzeci. Ostat­nie ty­go­dnie ży­cia spę­dziła w szpi­talu w Rabce. Do końca wy­pa­tru­jąc Eilego.

- To ocze­ki­wa­nie było dla niej bar­dzo złe. Wszy­scy w ro­dzi­nie uwa­żamy, że to wła­śnie ono spo­wo­do­wało za­ła­ma­nie jej zdro­wia - wy­ja­śnia­pani Be­ata.

Wspo­mina też jedną z pierw­szych okła­dek "Prze­kroju", które uka­zały się w 2017 roku, po tym, jak po­wró­cił on po prze­rwie jako kwar­tal­nik. Wy­ko­rzy­stano na niej por­tret Ja­niny, który na­ma­lo­wał Ma­rian. Od­naj­duję ją bez trudu27. Ob­raz wy­gląda jak ry­su­nek dziecka, przed­sta­wia po­stać z krót­kimi, ciem­nymi wło­sami, w ciem­nych oku­la­rach, z ustami za­ci­śnię­tymi w wą­ską, czer­woną linię. Tak ją wi­dział? Sztywną, drę­twą, po­zba­wioną cha­rak­teru?

- Mama nie mo­gła pa­trzeć na tę okładkę. W końcu ją wy­rzu­ci­li­śmy - opo­wiada pani Be­ata.

Ma­ryla, part­nerka Eilego w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, w roz­mo­wie z To­ma­szem Po­tka­jem wspo­mina: "Janką Ipo­hor­ską opie­ko­wał się do końca. Jeź­dził do niej do szpi­tala do Rabki, gdzie spę­dziła ostatni okres ży­cia. I tam umarła. Opo­wia­dał, jak tra­ciła pa­mięć. Gu­biła różne rze­czy, za­po­mi­nała. Opieka nad nią była co­raz trud­niej­sza. Pew­nego dnia przy­je­chał bar­dzo po­ru­szony i po­wie­dział tylko: Janka ode­szła"28.

Ina­czej wspo­mina to Be­ata Brycka, która była w tym cza­sie w Rabce:

- Eile przy­je­chał do niej do szpi­tala, ale z tego co wiem, nie była już wtedy przy­tomna. Wy­daje mi się, że ni­gdy się nie po­żegnali.

Ja­nina Ipo­hor­ska zmarła 20 wrze­śnia 1981 roku w szpi­talu w Rabce. Dzień póź­niej "Echo Kra­kowa" pi­sało: "Była nie­stru­dzoną ini­cja­torką licznych po­my­słów dzien­ni­kar­skich, owo­cu­ją­cych atrak­cyj­nymi ru­bry­kami i nie­sza­blo­no­wymi ak­cjami"29. "Ga­zeta Kra­kow­ska" odej­ścia Ja­niny Ipo­hor­skiej nie od­no­to­wała.

Ty­dzień po jej śmierci, w 1903 nu­me­rze "Prze­kroju" na trze­ciej stro­nie po­ja­wiło się wspo­mnie­nie o niej. To pierw­szy raz, kiedy na­zwi­sko Ja­niny Ipo­hor­skiej po­ja­wiło się dru­kiem na stro­nach ty­go­dnika, który two­rzyła. Krótki tekst oto­czony grubą, czarną linią, ozdo­biony zo­stał zdję­ciem Ja­niny. Wy­daje się na nim być zmę­czona, zre­zy­gno­wana. Nie­wielki ar­ty­kuł przy­po­mina jej wiel­kie za­sługi i wkład w stwo­rze­nie tego wy­jąt­ko­wego zja­wi­ska w pol­skiej hi­sto­rii prasy - kra­kow­skiego ty­go­dnika "Prze­krój". Wy­daje się, że to dość skromne po­że­gna­nie, szcze­gól­nie że jesz­cze ty­dzień wcze­śniej, do­kład­nie w dzień, kiedy ode­szła, w "Prze­kroju" uka­zał się tekst sy­gno­wany przez Jana Ka­myczka. Co cie­kawe, był to ostatni roz­dział cy­klu Sa­voir­-vi­vre sa­mo­cho­dowy w py­ta­niach i od­po­wie­dziach. Pra­co­wita, do­brze zor­ga­ni­zo­wana - udało jej się przed śmier­cią za­koń­czyć ko­lejną se­rię po­rad. Zro­biła to sło­wami "w grzecz­no­ści, jak we wszyst­kim, nie liczy się wło­żony wy­si­łek, liczą się tylko osią­gnięte re­zul­taty"30. Czy czuła, że bę­dzie to jej po­że­gna­nie z czy­tel­ni­kami? Mie­czy­sław Czuma, ów­cze­sny re­dak­tor na­czelny "Prze­kroju", opo­wia­dał Ma­riu­szowi Urban­kowi, że pi­sała tę ru­brykę aż do śmierci. A może ten tekst nie wy­szedł już spod jej pióra i prawdą jest, jak pi­sze To­masz Po­tkaj, że od 1980 roku nie była w sta­nie pro­wa­dzić sama swo­jej ru­bryki i robili to za nią inni? Taką wer­sję po­twier­dza Be­ata Bryc­ka, która wspo­mina, że od lipca 1981 roku, od kiedy Janka miesz­kała w Rabce, nie zaj­mo­wała się już wcale pi­sa­niem. Demo­kra­tyczny sa­voir­-vi­vre miał już w tym cza­sie w za­stęp­stwie pro­wa­dzić Ma­rian Eile.

Po jego śmierci ro­biła to mię­dzy in­nymi Do­rota Te­ra­kow­ska.

Ja­nina Ipo­hor­ska zo­stała po­cząt­kowo po­cho­wana na cmenta­rzu Ra­ko­wic­kim. Jed­nak z po­wodu nie­po­ro­zu­mień mię­dzy jej bliż­szą i dal­szą ro­dziną, ko­nieczne było eks­hu­mo­wa­nie jej zwłok po kilku la­tach. Jej szczątki spo­częły na No­wym Cmen­ta­rzu Pod­gór­skim. Po­szu­ki­wa­nie jej grobu ozna­cza wspi­naczkę, w końcu ne­kro­po­lia daw­nego mia­sta Pod­gó­rza znaj­duje się na stro­mym zbo­czu Krze­mio­nek. Główną aleją trzeba dojść do sa­mego końca, gdzie cmen­tarny płot są­sia­duje z kop­cem Kraka i wą­ską ścieżką, którą po­zba­wieni lęku spa­ce­ro­wi­cze ob­cho­dzą do­okoła nie­czynny ka­mie­nio­łom Li­ban. Gdyby wie­dzieli, przez płot mo­gliby zo­ba­czyć skromny na­gro­bek z la­striko, pod któ­rym spo­czął słynny Jan Ka­my­czek.

Po­cho­wana zo­stała wraz z naj­bliż­szymi so­bie krew­nymi - sio­strą Ma­rią No­sa­rzew­ską oraz ku­zy­nem, Wła­dy­sła­wem Len­kie­wi­czem i jego żoną Zo­fią.

Przez lata Ja­nina nie do­cze­kała się upa­mięt­nie­nia. Wspo­mi­nano ją w ar­ty­ku­łach pra­so­wych, szcze­gól­nie po tym, jak stała się bo­ha­terką jed­nego z roz­dzia­łów wy­da­nej w 2018 roku książki Kre­atorki. Ko­biety, które zmie­niły pol­ski styl ży­cia (który jed­nak nie­po­zba­wiony jest nie­ści­sło­ści, jak po­da­nie błęd­nego miej­sca po­chówku Ipo­hor­skiej). Ob­szer­nie opi­suje jej dzia­łal­ność To­masz Po­tkaj w bio­gra­fii Eilego, ale za­wsze w od­nie­sie­niu do niego, nie­mal ni­gdy solo. W książce Ma­rian Eile. Po­czciwy cy­nik z "Prze­kroju" Ma­riusz Urba­nek po­święca jej je­den roz­dział za­ty­tu­ło­wany Pierw­sza dama "Prze­kroju". Czy tak wszech­stronna twór­czyni nie ma wy­star­cza­jąco du­żego do­robku, żeby do­cze­kać się swo­jej wła­snej bio­gra­fii? Wy­daje się na­dal być po­mi­jana - na­wet na stro­nie "Prze­kroju", gdzie pre­zen­to­wane są ar­chi­walne nu­mery, w spi­sie wszyst­kich au­to­rów nie można zna­leźć jej na­zwi­ska. Można na­to­miast wy­szu­kać jej pseudo­nim - Jan Ka­my­czek. Ale prze­cież jej wkład w ten ty­go­dnik to nie tylko De­mo­kra­tyczny sa­voir­-vi­vre!

Jed­nym z pierw­szych tek­stów, jaki Ja­nina Ipo­hor­ska na­pi­sała do "Prze­kroju", były Ży­cio­rysy sław­nego Męża. Jako Jan Ka­my­czek śmiała się w twarz swoim przy­szłym bio­gra­fom. "Chciał­bym rów­nież na­pi­sać dla bio­gra­fów za­ufa­nych je­den je­dyny ży­cio­rys praw­dziwy. Ale jak to wła­ści­wie było na­prawdę? Daję słowo, za­po­mnia­łem!"31.

W 2010 roku, na wnio­sek re­dak­torki na­czel­nej "Prze­kroju" Ka­ta­rzyny Ja­now­skiej i by­łego kra­kow­skiego rad­nego Ma­cieja Twa­roga, skwer w po­bliżu bu­dyn­ków są­dów po­mię­dzy aleją Po­wsta­nia War­szaw­skiego i ulicą Przy Ron­dzie zo­stał na­zwany imie­niem Ma­riana Eilego. To lo­ka­li­za­cja kom­plet­nie nie­zwią­zana z jego ży­ciem i dzia­łal­no­ścią. Oka­zały zie­le­niec z no­wo­cze­snym pla­cem za­baw przy­ciąga sporo osób, szcze­gól­nie czę­sto od­wie­dzany był w cza­sie pro­te­stów la­tem 2017 roku. Miej­sce, w któ­rym miesz­kał Eile z Ka­ta­rzyną na ulicy Ma­łej 5, zo­stało też ozna­czone za po­mocą ta­blicy pa­miąt­ko­wej. A Ja­nina? Czy ona nie za­słu­żyła na po­dobną obec­ność w prze­strzeni miej­skiej?

Od 2022 roku upa­mięt­nia ją na­zwany jej imie­niem skwer na Grze­górz­kach, na rogu ulic Gur­ga­cza i Wi­śli­sko, który mi­jała co­dzien­nie, wy­cho­dząc z domu do re­dak­cji. Stało się tak za sprawą oby­wa­tel­skiego wnio­sku pi­szą­cej te słowa, który zo­stał po­party przez człon­ków wspól­noty miesz­ka­nio­wej bloku przy ulicy Sie­dlec­kiego 4, gdzie miesz­kała, Rady Dziel­nicy II Grze­górzki i rze­szy wier­nych czy­tel­ni­ków, któ­rych pod­pisy zna­la­zły się pod pe­ty­cją w tej spra­wie. Nie za­po­mnieli oni o Ja­nie Ka­myczku i tej eks­cy­ta­cji to­wa­rzy­szą­cej wzię­ciu w ręce no­wego nu­meru "Prze­kroju", któ­rego zdo­by­cie czę­sto nie było ła­twe.

Za­wsze z dużą sa­tys­fak­cją ob­ser­wuję, kiedy prze­cho­dzący przez niego se­nio­rzy, czy­tel­nicy daw­nego "Prze­kroju",wzno­szą wzrok na ta­bliczkę z na­pi­sem "Skwer Ja­niny Ipo­hor­skiej, ps. Jan Ka­my­czek" i po chwili za­sta­no­wie­nia od­cho­dzą z uśmie­chem.

Spis tre­ści

Wstęp

Pi­sarki

Ka­my­czek w "Prze­kroju"

Ja­nina Ipo­hor­ska

Pod da­chem sio­stry

Wi­sława Szym­bor­ska

Śla­dami pi­sa­rek po Kra­ko­wie

Pio­nierki

Pierw­sze stu­dentki

Ja­nina Ko­smow­ska, Ja­dwiga Si­kor­ska, Sta­ni­sława Do­wgiałło

Uro­dzona za wcze­śnie

Ka­zi­miera Buj­wi­dowa

Z mi­ło­ści dla nauk

Na­wojka

Śla­dami pio­nie­rek po Kra­ko­wie

Ar­tystki

Al­che­miczka z Prze­go­rzał

He­lena Hu­sar­ska

Neo­nówka

Anna Paw­lak, primo voto Su­cho­wiak, se­cundo voto Dru­zgała

Księż­niczka

Zo­fia Stry­jeń­ska

Śla­dami ar­ty­stek po Kra­ko­wie

Opie­kunki

Sio­stry z We­sela

Anna Ry­dlówna, Jó­zefa Sin­ger

Nie­oszli­fo­wany gra­nat

Ma­ria Or­wid

Spra­wie­dliwe

Le­ona Ko­wal­ska, He­lena, Ur­szula i Mi­ro­sława Prze­bin­dow­skie

Śla­dami opie­ku­nek po Kra­ko­wie

Przed­się­bior­czy­nie

Kru­che i cenne

Ama­lia Krie­ger

Dwór ce­sa­rzo­wej piękna

He­lena Ru­bin­stein

Śla­dami przed­się­bior­czyń po Kra­ko­wie

Za­koń­cze­nie

Mie­dzianna

Po­dzię­ko­wa­nia

Przy­pisy

Bi­blio­gra­fia

In­deks na­zwisk

? Wy­daw­nic­two WAM, 2024

? Ali­cja Zioło, 2024

Opieka re­dak­cyjna: Agnieszka Ma­zur

Re­dak­cja: Agnieszka Zie­liń­ska

Ko­rekta: Mo­nika Ka­rol­czuk, Mag­da­lena Koch

Pro­jekt okładki: Adam Gut­kow­ski

Mapy, pro­jekt ty­po­gra­ficzny, skład i ła­ma­nie: Ka­ro­lina Kor­but

Pro­jekt zre­ali­zo­wany przy wspar­ciu finan­so­wym Na­grody Kra­kowa Mia­sta Li­te­ra­tury UNE­SCO, re­ali­zo­wa­nej przez Kra­kow­skie Biuro Fe­sti­wa­lowe ze środ­ków Gminy Miej­skiej Kra­ków.

ePub e-ISBN: 978-83-277-3704-5

Mobi e-ISBN: 978-83-277-3705-2

MANDO

ul. Ko­per­nika 26 - 31-501 Kra­ków

tel. 12 62 93 200

www.mando.pl

DZIAŁ HAN­DLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: han­del@wy­daw­nic­two­mando.pl

Fo­to­gra­fie:

fot. Woj­ciech Ple­wiń­ski - s. 8

fot. An­dre Zak/Sipa/East News - s. 36

ze zbio­rów Mu­zeum Far­ma­cji Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego Col­le­gium Me­di­cum - s. 66

por­tret Ka­zi­miery Buj­wi­do­wej, Wi­ki­me­dia Com­mons - s. 110

aut. Ze­non Pa­jor, ob­raz po­cho­dzi ze zbio­rów Izby Pa­mięci w Do­brzy­niu nad Wi­słą - s. 148

ro­dzinne ar­chi­wum Anny i Ju­liu­sza Hu­sar­skich - s. 168

ro­dzinne ar­chi­wum Jo­anny Su­cho­wiak-Ho­rzem­ski - s. 200

Na­ro­dowe Ar­chi­wum Cy­frowe - s. 226

ar­chi­wum ro­dziny Ry­dlów - s. 262

fot. z ar­chi­wum Ewy Do­ma­gal­skiej­-Kur­dziel - s. 296

ro­dzinne ar­chi­wum Kry­styny Rzepki, ro­dzinne ar­chi­wum Mi­ro­sławy Grusz­czyń­skiej - s. 350

MHK-6618/K, Zbiory Mu­zeum Kra­kowa - s. 402

fot. Eve­ret­t­Col­lec­tion/East News - s. 428

Ja­kub No­wicki / stu­dio In­igo - zdję­cie na skrzy­dle