Wstęp
Opowiem ci historię o hurysach, rajskich dziewicach o wielkich czarnych
oczach. Każda z nich ma trzydzieści trzy lata i jest nieskazitelna
duchowo oraz cieleśnie. Hurysy żyją ukryte w namiotach, za zasłonami
podobnymi do tych, za którymi skrywają swe twarze muzułmanki. Stworzone
są z szafranu, piżma, ambry i kamfory. Są piękne jak rubiny i hiacynty.
To niebiańskie małżonki, wieczne dziewice, które nasi mężczyźni
otrzymają po śmierci.
Aby je poślubić, mężczyźni muszą jednak spełnić pewien warunek - być
dobrymi za życia. Muszą o nas dbać, utrzymywać nas i szanować. Muszą być
dobrymi synami, mężami i ojcami. Tylko wtedy otrzymają nagrodę w niebie.
Allah dał naszym mężczyznom kilka rad, jak powinni odnosić się do
kobiet, aby zasłużyć na szczęście wieczne. Pierwsza z nich dotyczy tych
najmłodszych - dziewczynek. Traktuj dobrze córki, którymi obdarował cię
Allah, a pójdziesz do nieba. Kolejna wskazówka dotyczy żon. Prorok,
który jest posłańcem Allaha, powiedział, że najlepsi mężczyźni, to ci,
którzy dobrze odnoszą się do swoich żon. Następny przekaz adresowany do
mężczyzn dotyczy wdów. Ten, który pomaga wdowom, robi to w imieniu
Allaha. Ostatnie przesłanie, o którym chcę ci powiedzieć, dotyczy matek.
Pewien mężczyzna zapytał proroka: kto jest w moim życiu najważniejszy i kto zasługuje na najlepsze traktowanie? Prorok odparł: po trzykroć
matka. Dopiero potem ważny jest dla ciebie ojciec.
Nasi mężczyźni zrobią wszystko, by po śmierci dostać obiecane dziewice.
Muszą więc być dla nas dobrzy. Nie wiedzą tylko jednego - że hurysy
prawdopodobnie nie są żadnymi dziewicami, tylko... zwykłymi rodzynkami.
Czarne metalowe wrota zdobione złotym ornamentem otwierają się powoli. Z oddali wyłania się rezydencja wybudowana na wzór Pałacu Elizejskiego,
choć ten omański twór jest nieco mniejszy od oryginału. Bliżej, po
prawej stronie znajduje się okazały dom. Zostawiam go jednak za sobą,
ponieważ maleńka postać stojąca w drzwiach pałacu położonego na wprost
macha do mnie, bym podjechała właśnie tam. Mijam parking. Stoją na nim w równym rządku lamborghini, porsche, mercedesy, lexusy i terenowe toyoty.
Zataczam koło pod rezydencją i hamuję. Kiedy wysiadam z samochodu,
trafiam prosto w pięćdziesięciostopniowy upał. Nie na długo. Za wielkimi
drzwiami w kolorze złota wita mnie przyjemny chłód. Wewnątrz budynku
znajduje się pełna zieleni oranżeria, z fontanną, ławeczkami i egzotycznymi ptakami w złotych klatkach.
- To nasz mały raj - zwraca się do mnie nieznajoma. - Zapraszam na lewo,
do damskiej części domu. Jestem siostrą Raszy, na imię mam Aziza. Rasza
zaraz do nas dołączy. A teraz chodźmy do naszej siostry, która kilka dni
temu urodziła dziecko. Wszystkie się nią opiekujemy.
Przechodzimy obok złotej windy. Z tyłu ogrodu widać kuchnię, w której
krząta się kilka osób. Wchodzimy do pokoju, który przypomina apartament
w pięciogwiazdkowym hotelu. Na środku stoi łoże z baldachimem. A w nim
leży młoda kobieta.
- To nasza siostra, która właśnie urodziła synka - mówi Aziza. -
Opiekujemy się nią, pozwalamy jej odpocząć i dojść do siebie po
porodzie. Gdy trzeba, zabawiamy rozmową. Dziecko przynosimy tylko na
czas karmienia. Pozwala to uniknąć depresji poporodowej. Wiesz, że u nas
nie ma przypadków depresji poporodowej? Właśnie dlatego, że młode mamy
otaczamy szczególną opieką. U was kobiety same muszą radzić sobie z macierzyństwem. U nas mają pomoc i towarzystwo.
Do pokoju wchodzi Rasza, która zaprosiła mnie, byśmy pożegnały się przed
moim powrotem do Polski. To mój ostatni dzień w Omanie.
- Salam alejkum, dzień dobry, Aniu - wita mnie Rasza. - Bardzo się
cieszę, że udało nam się tu spotkać.
Z Raszą spędziłyśmy wiele godzin na rozmowach, spotkaniach i przyjęciach
w gronie kobiet. To dzięki niej mogłam studiować Koran w szkole
szariatu. Rasza jest moją nauczycielką i przewodniczką. Jak zwykle
ubrana jest w sięgającą do kostek obszerną czarną tunikę zwaną abają,1 a na głowie ma hidżab, chustę zakrywającą włosy, uszy i szyję. Jej
spokojne, lekko skośne oczy pozostają odsłonięte. Rasza chce przedstawić
mi swoją rodzinę, a dokładniej kuzynki.
Po krótkim przywitaniu i złożeniu gratulacji świeżo upieczonej mamie
Aziza oprowadza nas po salonach przeznaczonych dla kobiet. Na ścianach
wiszą namalowane przez właścicielkę obrazy z omańskimi krajobrazami.
Przedstawiają wypełnione wodą koryta rzek okresowych, zwane wadi, oazy
pełne palm daktylowych, wydmy i morze. Jeden z obrazów różni się od
pozostałych. Pokazuje uliczkę z domkami szeregowymi w Anglii.
- Dużo podróżowałam - tłumaczy Aziza. - Gdziekolwiek jestem, próbuję coś
namalować. I zawsze odwiedzam galerie sztuki.
Salon, w którym się zatrzymujemy, ma kilka metrów wysokości i jest
urządzony w stylu Ludwika XVI. Zasiadamy w wygodnych fotelach. Służba
przynosi tacę ze słodyczami i kawę z kardamonem.
- Czy wiesz, co my, muzułmanki, myślimy o was, kobietach Zachodu? - pyta
Aziza i zaraz sama na to pytanie odpowiada. - No to słuchaj. Zacznę od
historii. Przed erą islamu bycie kobietą uważano za hańbiące, córka była
dla ojca powodem do wstydu. Noworodki płci żeńskiej często palono żywcem
albo zakopywano na pustyni, a dorosłe kobiety traktowano jak towar.
Kiedy pojawił się prorok, niech Allah ma go w swojej opiece, wszystko
się zmieniło. Od tej pory w naszej tradycji kobieta jest jak delikatny
kwiat. To istota, której należy się pomoc i szacunek, co nam, kobietom,
bardzo odpowiada. Codziennie przypominamy o tym naszym mężom - tłumaczy
z uśmiechem.
Druga z kobiet częstuje słodyczami i dolewa kawy do filiżanki.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że ponad tysiąc czterysta lat temu islam dał
tutejszym kobietom prawa, na które kobiety Zachodu czekały aż do
dwudziestego wieku? - pyta ponownie Aziza. - My już od czasów proroka,
niech Allah ma go w swojej opiece, możemy być właścicielkami ziemi,
domów i wielkich przedsiębiorstw. Wy otrzymałyście te prawa dopiero w poprzednim stuleciu.
Rasza tym razem trzyma się z boku. Oddaje głos starszym siostrom.
Uważnie słucha tego, co mówią, i śledzi moje reakcje.
- Opowiem ci o pierwszej żonie proroka, niech Allah ma go w swojej
opiece - kontynuuje Aziza. - Chadidża, bo tak miała na imię, była silną,
niezależną, inteligentną i bardzo bogatą kobietą. Prowadziła z sukcesem
wielki biznes, zajmowała się handlem, osobiście kierowała pracującymi
dla niej mężczyznami. Wzięła za męża Mahometa, gdy ten miał tylko
dwadzieścia pięć lat, a ona czterdzieści. Sama zaproponowała mu
małżeństwo. Żyli razem aż do jej śmierci. Przez te dwadzieścia pięć lat
prorok, niech Allah ma go w swojej opiece, nawet nie zerknął na inną
kobietę. Dopóki Chadidża żyła, pozostał jej wierny. Kochał ją i szanował. Była dla niego bardzo ważna. Kiedy wiele lat później umierał,
wciąż miał na ustach jej imię. Po śmierci Chadidży Mahomet opiekował się
wieloma starszymi kobietami, dawał przykład innym i uczył, że każdej z nas należy się szacunek.
Kobiety rozpalają żywicę kadzidłowca, zwanego tutaj frankincense.
Zresztą sama żywica też jest w ten sposób określana. Pośrodku pokoju
rozkładają drewniany stojak, pod który wkładają kadzielnicę z dymiącą
żywicą. Chwilę później po całym pomieszczeniu rozchodzi się zapach
przypominający aromat kadzidła używanego w kościołach. Kobiety jedna po
drugiej stają nad drewnianą konstrukcją. Kadzielnica znika kolejno pod
ich abajami. Ciepło żarzących się żywicznych grudek idzie wprost między
nogi. Z szerokich rękawów i okolic szyi wydobywa się pachnący biały dym.
Nie jestem przygotowana do okadzania, na dzisiejsze spotkanie przyszłam
w wąskich spodniach, więc kobiety wkładają mi rozpaloną kadzielnicę
wprost pod bluzkę. Czuję na ciele żar wydobywający się z kadzidła, dym
szczypie mnie w oczy. Gospodynie jednak wiedzą, co robią, i ostatecznie
żadna z nas nie staje w płomieniach. Po okadzeniu wracamy do rozmowy.
- Bywałam w Europie nieraz - mówi Aziza. - Podczas tych podróży
wielokrotnie widziałam, jak dźwigałyście swoje torby z zakupami, i za
każdym razem było mi was żal. My mamy od tego służące. To one sprzątają
nasze domy, pomagają nam w wychowywaniu dzieci, gotują naszym rodzinom.
A my mamy czas, by zadbać o siebie, mamy czas dla nas samych i naszych
mężów, którym pozwalamy się traktować jak kruche, piękne kwiaty. Popatrz
na chalidżi, kobiety mieszkające w Zatoce Perskiej. Na ulicy nikt nas
nie zaczepia, bo jeśli chcemy, zakrywamy twarz, żeby nikt nie mógł jej
zobaczyć. Żaden mężczyzna nie ma prawa nas obrazić, nie może zatrąbić na
samochód prowadzony przez kobietę, bo kobiecie trzeba pomagać. Obcy
mężczyzna nie ma prawa dotknąć kobiety ani nawet usiąść obok niej na
krześle. W sklepie mamy pierwszeństwo. Żadna z nas nie będzie tłoczyć
się z mężczyznami w kolejce do kasy. Po prostu stanie przed nimi,
oczywiście razem ze swoją służącą. Jeśli pracujemy, to wypłata jest
tylko dla nas. Nie musimy wydawać pieniędzy na dzieci czy dom. Od tego
jest mąż, to jego obowiązek. Musisz też wiedzieć, że zanim dojdzie do
ślubu, zabezpieczamy swoje prawa kontraktem. Ustalamy w nim, co
dostaniemy w związku z zawarciem małżeństwa oraz co nam się będzie
należało, jeśli dojdzie do rozwodu. Wasi mężczyźni mają kochanki, co u nas jest zabronione. Oczywiście nasi mężowie mogą poślubić kolejne
kobiety, ale muszą zagwarantować im to samo co nam. Dom, samochód,
złoto, edukację dla dzieci. Nie każdego na to stać. Im więcej posiada
pierwsza żona, tym trudniej zapewnić to samo drugiej. Jeśli już dojdzie
do ślubu z drugą kobietą, co zresztą zdarza się coraz rzadziej, to mąż
zachowuje wszystkie swoje obowiązki wobec pierwszej żony. Nie zostawi
jej dla drugiej, jak to się często zdarza u was. To daje nam
bezpieczeństwo i spokój. Pomyśl nad jeszcze jednym... Dlaczego tyle kobiet
z całego świata przyjmuje islam? Czy robiłyby to, gdyby nasza religia
była nieprzyjazna kobietom?
Aziza przygląda mi się wnikliwie. Wie, że piszę książkę o kobietach,
które spotkałam w Omanie. Wie, że spora część mojej pracy będzie
dotyczyć islamu.
- Ma sza Allah, z woli Boga, nasza siostra Anna wkrótce sama przyjmie
islam. - przerywa ciszę Rasza. - Będę czekać na tę radosną nowinę.
- In sza Allah - dodają głośno kobiety.
Pod koniec spotkania Rasza podaje mi małe zawiniątko na pamiątkę. To
srebrna bransoleta wykładana błyszczącymi kamieniami. Kobiety życzą mi,
by Allah prowadził mnie przez dalsze życie.
Moja bluzka jeszcze po powrocie do kraju pachnie frankincense.
Oman przypomina kształtem bumerang. I rzeczywiście jest tak, że gdy raz
się go odwiedzi, to chce się do niego wrócić. Na stronach Ministerstwa
Turystyki można przeczytać, że Sułtanat Omanu to Atlantyda Piasków
kusząca echem starożytnego stylu życia, to kwintesencja Arabii o zapierającej dech w piersiach przyrodzie i istny kalejdoskop historii,
legend i przygód. To kraj uznany za jeden z najbezpieczniejszych i najspokojniejszych na świecie. To miejsce o fascynującej kulturze i bogatej historii liczącej ponad pięć tysięcy lat. Omańczycy zaś to jeden
z najbardziej gościnnych narodów na świecie.
Oman to na pewno kraj życzliwych ludzi, którzy bezinteresownie ugoszczą
każdego wędrowca. To wreszcie kraina kobiet głośno deklarujących, że są
szczęśliwe.
Arabki są ciekawe kobiet, które przyjeżdżają z obcych krajów. Chętnie z nami rozmawiają, dopytują o nasze życie, pragnienia, zwyczaje. Szanują
naszą religię. Zapraszają do domów i opowiadają o swoim życiu.
Czyżby były bardziej tolerancyjne i otwarte niż my?
W Omanie spędziłam dwa lata. W tym czasie poznałam wiele kobiet
kryjących się pod czarnymi abajami i hidżabami. Z niektórymi
zaprzyjaźniłam się i nasza relacja trwa do dziś.
Ta książka jest opowieścią o kobietach takich jak ty czy ja. O ich
religii, przekonaniach, marzeniach i codziennych problemach. Dotyka
życia prostych kobiet gór, przywiązanych do tradycji beduinek oraz
buntowniczek. Pojawiają się tu panny z bogatych domów i te, które nie
mają nic. Poznasz też na jej stronach Polki, które w latach
siedemdziesiątych związały swoje życie z Arabami, oraz przedstawicielki
zachodniego świata, które w Omanie szukają szczęścia, duchowego
spełnienia i miłości.
To wycinek z życia grupy kobiet, z którymi spędziłam wiele godzin, dni i miesięcy. Każda zawarta w tej książce historia - choćby brzmiała jak
baśń czy fikcyjna opowieść - opiera się na tym, co usłyszałam od moich
bohaterek. Opisy uczuć i przemyślenia kobiet powstały na podstawie
wspomnień moich rozmówczyń. W książce starałam się jak najwierniej oddać
rzeczywistość i klimat minionych wydarzeń.
AMIRA. Demony kryją się w górach
AMIRA
Demony kryją się w górach
Omańska telewizja intryguje mnie, od kiedy włączyłam pierwszy z dwóch
nadających tu rządowych kanałów. Z nieukrywaną fascynacją oglądam
tutejsze teledyski. Przypominają filmy Bollywood połączone z afrykańskim
disco. Kobiety w długich kolorowych dżalabijach i mężczyźni z perfekcyjnie przystrzyżonymi brodami, ubrani w sięgające kostek
śnieżnobiałe diszdasze, tańczą i śpiewają o dostatku, tolerancji oraz
wspaniałej historii kraju. Według tego, co widzę w telewizji, znalazłam
się w krainie mlekiem i miodem płynącej. Często pojawia się
uśmiechnięty, dobry sułtan i wdzięczni, szczęśliwi poddani. Widać
rozwój, powstające fabryki, miasta, drogi i porty. Wiadomości z reguły
mają pozytywny wydźwięk, pokazują sukcesy rządzących oraz zwykłych
ludzi. Jest też kilka programów o tematyce religijnej - quizy z wiedzy o życiu proroka Mahometa, religijne talk-show oraz pogadanki dla
najmłodszych na temat wiary.
W Polsce przez prawie dwadzieścia lat zajmowałam się produkcją programów
telewizyjnych i właśnie zamarzyłam o pracy w telewizji omańskiej, mając
nadzieję, że moje wieloletnie doświadczenie będzie tu coś znaczyć. Po
wymianie kilku maili zostaję zaproszona na spotkanie. Przyjmuje mnie
pochodzący z Jordanii doradca do spraw rozwoju Oman TV, niejaki Mustafa.
Rozmawiamy o pomysłach na programy, które mogłyby być emitowane podczas
ramadanu. Tutejsze kanały telewizyjne przygotowują na ten święty czas
bogatą ofertę. Być może telewizja będzie otwarta na program w języku
angielskim dla mieszkających tu obcokrajowców. Na to liczę.
Zostaję przedstawiona kilku dyrektorom. Wspólnie oprowadzają mnie po
wielkim gmaszysku. Z dumą pokazują redakcję wiadomości, montażownię,
pokoje grafików i nowoczesne studia. Jeden z mężczyzn podkreśla, że w zeszłym roku przeznaczyli 120 milionów dolarów na nową infrastrukturę
techniczną. Studia telewizyjne lśnią czystością, pachną nowością i dużą
gotówką. Krzątają się po nich eleganccy mężczyźni w odprasowanych
diszdaszach, patrząc z zaciekawieniem na niecodzienną delegację złożoną
z dyrektorów i cudzoziemki. Grzecznie się kłaniają i opowiadają o swojej
pracy. W dużym open spasie pracuje kilka kobiet, prawie wszystkie mają
na sobie czarne abaje i chusty dokładnie zakrywające włosy. Tylko jedna
jest ubrana inaczej. Nosi jeansy, biały T-shirt, szarą marynarkę i ma
odkryte włosy. Jestem pewna, że nie jest Omanką. To właśnie do niej
prowadzi mnie Mustafa.
Spod burzy czarnych loków spoglądają na mnie bystre, duże oczy. Amira
sprawia wrażenie pewnej siebie. Po chwili dowiaduję się, że nie jest
zatrudniona w telewizji. Pojawia się tu od czasu do czasu, by rozmawiać
o sztuce. Jest znaną w Omanie performerką. To o niej miałabym zrobić
program. Amira ma dwadzieścia osiem lat, choć wygląda na nieco więcej.
Mówi spokojnie, dość monotonnie, ani głośno, ani cicho. Nad każdym
zdaniem zastanawia się chwilę, zanim je wypowie. Wydaje się uduchowiona,
trochę nieobecna, jakby stąpała nad ziemią. Okazuje się, że jednak
pochodzi z Omanu.
Po krótkiej wymianie zdań na temat planów telewizyjnych moja nowa
koleżanka kieruje rozmowę na temat związków, a konkretnie swoich
związków i swoich mężczyzn. Znamy się zaledwie godzinę, a ona już zalewa
mnie informacjami ze swojego życia osobistego. Dowiaduję się, że chce
założyć rodzinę, choć nie za wszelką cenę i nie natychmiast. Ofert miała
sporo. Tutejsi mężczyźni po prostu dzwonią i proponują ślub, ale Amira
daje im kosza. Jest wykształcona, ma dobrą pracę, nie chce być zależna
od kogokolwiek. Szuka mężczyzny, który da jej miłość, a zarazem wolność.
Tacy mężczyźni w krajach Zatoki Perskiej nie zdarzają się często, może
nawet nie ma ich wcale.
- Przez kilka lat mieszkałam w Europie i to kompletnie mnie odmieniło.
Miałam okazję spojrzeć z dystansu na mój kraj i tutejsze zwyczaje -
tłumaczy.
Spacerujemy po korytarzach rządowej stacji i rozmawiamy o tym, o czym
rozmawiają miliony kobiet na świecie: o miłości, relacjach i facetach.
- Gdy noszę abaję, mężczyźni zwracają na mnie większą uwagę. Do tego
makijaż. Arabowie bardzo lubią, gdy kobieta jest umalowana. No i ważna
jest chusta na głowie, tylko w niej możesz zostać potraktowana jak
kandydatka na żonę. Jeśli jesteś bez chusty, to Arabowie myślą o tobie
jak o kochance. Chodząc z odkrytą głową, dostawałam wiele propozycji.
Amira ma dziś mocno umalowane usta i jest bez chusty. Jej imię znaczy
"przywódczyni".
- Mężczyźni tutaj są jak wielbłądy - stwierdza nagle. - Oni zawsze chcą
mieć więcej partnerek, niż mają. Mój znajomy z Arabii Saudyjskiej
powiedział mi kiedyś tak: "Popatrz na wielbłądy. Jeden ma około
dwudziestu samic". Nie wiedziałaś tego? - dziwi się Amira. - U wielu
gatunków to jest norma. Dlatego w Arabii mówi się, że mężczyźni są jak
wielbłądy. Nigdy nie jest im dość, nigdy nie są w pełni zadowoleni.
Prawie każdy Saudyjczyk chciałby mieć cztery żony. A ja myślę, że idea
posiadania czterech kobiet mogła się sprawdzić w czasach, kiedy żył
prorok. Nie jestem pewna, czy jest to dobre teraz. Dodatkowo mężczyźni
tutaj są zazdrośni, często bezradni. I, co najgorsze, słuchają własnej
matki do końca jej życia.
Siadamy w przestronnej kafeterii. Amira zamawia kawę i stawia diagnozę,
tym razem dotyczącą Europejczyków.
- Mężczyźni w Europie wydają się bardziej etyczni i niezależni - mówi. -
Jak coś obiecają, to starają się dotrzymać słowa. Myślę też, że
mężczyźni ze wschodu Europy są bardziej szczerzy niż ci z zachodu. Tak
samo ci z północy Europy są bardziej uczciwi od tych z południa. We
Francji, we Włoszech już są inni. Bardziej arabscy. Ale jest też druga
strona medalu. Mężczyźni w Europie są bardzo dziecinni i wcale tego nie
widzą. Są jak mali chłopcy, którzy bawią się dużymi zabawkami - mają
prawdziwą pracę, prawdziwe domy i samochody, a nadal pozostają
dzieciakami. Wydaje mi się, że są też egoistami. Chcą sprawdzić jak
najwięcej kobiet, zanim podejmą decyzję. Kobiety zresztą robią podobnie.
Dlatego nie wiem, z kim chciałabym się związać. Pracując w moim
zawodzie, potrzebuję kogoś, kto da mi wolność. Tutejsi mężczyźni czegoś
takiego nie przełkną. Oni szukają kobiet, które nie mają własnego
zdania, są posłuszne i ładnie się uśmiechają. Taki układ zresztą pasuje
tutejszym kobietom. Wiele z nich wychodzi za mąż, bo potrzebuje opieki.
Wcale nie chcą pracować, nie chcą być niezależne. Dlatego myślę, że
muszę opuścić ten kraj. Nigdy się w tym nie odnajdę. Muszę stąd
wyjechać, inaczej zwariuję.
Po spotkaniu Amira odprowadza mnie na parking, gdzie zostawiłam
samochód. Niespodziewanie radzi, bym szukała pracy gdzie indziej.
- Nic z tego nie wyjdzie, zobaczysz - ostrzega mnie. - Dzisiaj mówią, że
chcą, ale od jutra zaczną cię zwodzić, aż sama zrezygnujesz. Masz duże
doświadczenie, i to jest dla nich przeszkodą. Nie pozwolą, żeby biała
kobieta mówiła im, co mają robić, choćby była od nich dużo mądrzejsza.
Oni po prostu nie potrafią wprost odmówić. W kółko będziesz tylko
słyszeć: in sza Allah, jak Bóg da. Aż sama się tym znudzisz i dasz
sobie spokój.
Kobiety wchodzące do restauracji mają ostry makijaż i buty na wysokim
obcasie. Obie ubrane są w eleganckie, przewiązane w pasie abaje. Każda z nich ma co prawda chustę na głowie, ale zarzuconą w taki sposób, by
odsłonić bujną grzywkę. Czekam na Amirę i obserwuję, jak zajmują
sąsiedni stolik. Od czasu wizyty w omańskiej telewizji regularnie
spotykam się z Amirą. Cały czas wierzę, że uda nam się zrealizować
wspólny projekt. Często umawiamy się przy nadmorskim bulwarze w The
Cr?pe Café. Robią tu najlepsze naleśniki w Maskacie, na słodko i na
słono. Do tego serwują pyszne, świeżo wyciskane soki owocowe. Z restauracji roztacza się widok na sąsiadującą z bulwarem plażę. O każdej
porze roku jest tu pełno klientów. W rogu sali siedzą dwaj mężczyźni
ubrani w śnieżnobiałe diszdasze. Z daleka czuć od nich zapach perfum.
Kobiety zajmują stolik kilka metrów od nich. Panowie śledzą je wzrokiem,
aż wreszcie cała czwórka zanurza się w ekranach swoich telefonów.
Obserwując ich, trudno się oprzeć wrażeniu, że piszą do siebie nawzajem.
Panie wysyłają wiadomości do panów i na odwrót. To ich sekretna randka.
Nie mogą być widziani razem, więc siedzą osobno. Tak, by nie rozgniewać
rodziny i samego Allaha.
Amira również kontaktuje się ze znajomymi mężczyznami za pomocą mediów
społecznościowych. Po kilku minutach przychodzi na umówione spotkanie.
Nie widziałyśmy się prawie od miesiąca. Kiedy się pojawia, wprost
promienieje ze szczęścia. Jak nigdy przedtem, ma zarzuconą na siebie
abaję i rozprostowane u fryzjera włosy. Wygląda kwitnąco. Po
kurtuazyjnej wymianie uprzejmości moja znajoma przechodzi do rzeczy.
- Muszę podzielić się z tobą wesołą nowiną - mówi z szerokim uśmiechem.
- Stało się coś niesamowitego.
- Co takiego? - Zżera mnie ciekawość.
- Mam nowego chłopaka. - Amira prawie podskakuje na krześle i wyciąga
telefon, żeby pokazać zdjęcia.
Z ekranu patrzy na mnie młody Arab ubrany w jeansy i luźny T-shirt.
Okazuje się, że Amira i jej wybranek uznali, że są parą, wymieniwszy
kilka wiadomości na Facebooku. Pamiętają się z czasów studiów w Kuwejcie, które ukończyli pięć lat temu. Widzieli się wtedy kilka razy
na korytarzu uczelni. Niedawno odnaleźli się przez media społecznościowe
i wspólnie stwierdzili, że są sobie pisani.
- Niedługo się spotkamy - chwali się Amira. - Lecę służbowo do Abu Zabi
i on przyjedzie tam zobaczyć się ze mną. Zdaję sobie sprawę, jak w Omanie patrzy się na kobiety, które decydują się na spotkanie z mężczyzną bez świadków - dodaje od razu. - A jednak chcę zaryzykować.
Wiem, że większość tutejszych mężczyzn nie poślubi kobiety, która
pozwoliła im na intymne spotkanie. Ale to jest głupie, bo w takim
wypadku nie masz szans poznać człowieka, za którego wychodzisz. Oni tu
wierzą, że to Bóg wybiera i że jego decyzje są najlepszym, co może nas
spotkać. A ja chcę czuć motyle w brzuchu teraz, nie po śmierci, jeśli
trafię do nieba. Jestem młoda, chcę wiedzieć, z kim się na stałe wiążę.
Byłam kiedyś w związku z pewnym Omańczykiem. Cały czas się bał, że go
rzucę. To byłaby dla niego potwarz. I nagle, pewnego dnia powiedział mi
tak: "Amiro, zdecydowałem się na małżeństwo". I po chwili dodał: "Z kimś
innym". Tak po prostu, pewnego dnia, będąc jeszcze ze mną, oświadczył
się dziewczynie, której w ogóle nie znał. Wybrała ją matka i w związku z tym on uznał, że to wspaniała kandydatka na żonę. Powiedziałam mu:
"Dobrze, idź". I poszedł, poprosił ją o rękę, ale ona mu odmówiła. Ta
dziewczyna wiedziała, że on się ze mną spotyka, i nie chciała takiego
męża. Bo jeśli spotykał się ze mną przed ślubem, to znaczy, że może
zdradzać ją po ślubie.
Za oknem palmy wyginają się na wietrze. Amira przez chwilę patrzy na
drzewa w zamyśleniu.
- Jestem tu przegrana - wyznaje wreszcie. - Tak jest ze wszystkimi
kobietami z naszego regionu, które przekroczyły tę cienką czerwoną
linię. Jeśli któraś chalidżi pozwoli na więcej, niż jest przyjęte, na
przykład na pocałunek, to przestaje być kandydatką na żonę. A ja mam
problem, bo jestem zbyt pewna siebie. Oni takich kobiet nie znoszą.
Mojej rodzinie też nie spodobałoby się, gdyby się dowiedzieli, że chodzę
na imprezy albo że się z kimś spotykam. Dlatego wracam do domu zawsze
przed dwudziestą pierwszą trzydzieści. Tak, by rodzina miała poczucie,
że pozostaję pod ich nadzorem. Nie chcę ich prowokować. Rodzina wie, że
dużo pracuję, mam więc wymówkę, ale ostatnio brat przeszukiwał mój
samochód. Mówił, że musi przeparkować, ale widziałam, że grzebał w moich
rzeczach. On ma dwadzieścia pięć lat i spotyka się z kimś. On może, a ja
nie. Staram się, żeby moi bliscy nie mieli nade mną kontroli, ale
jednocześnie, by czuli, że mnie kontrolują. Żeby myśleli, że jestem
dobrą dziewczyną.
Dwa miesiące później spacerujemy z Amirą nadmorską promenadą w dzielnicy
Maskatu o nazwie Azaiba. To miejsce położone na zachód od centrum
stolicy Omanu. Oprócz Omańczyków żyje tu wielu przyjezdnych. W jednym z domów otoczonych wysokim murem mieszkam też ja z mężem Mariuszem i synem
Filipem. Po prawej stronie sąsiadujemy z rodziną z Iranu, po lewej z Indii, naprzeciwko i za tylnym ogrodzeniem mieszkają Omańczycy. Azaiba
pełna jest okazałych, ukwieconych willi, między którymi lubię
spacerować. Do plaży mam pięć minut na piechotę i właśnie tam umawiam
się z Amirą, która niedawno wróciła z wyprawy do Abu Zabi.
Jest wieczór, rybacy rozłożyli maty i rozsiedli się na nich z dzieciakami. Odpoczywają, rozmawiają, popijają kawę. Dzieci grają w karty albo kopią piłkę. Wokół nas jest dużo ludzi, ale to sami mężczyźni
i chłopcy. Kobiety siedzą w domach. Mijamy sprzedawcę lokalnego
specjału, myszkaku. Myszkak to szaszłyk z owoców morza lub koziego mięsa
maczany w sosie tamaryndowym. Jest lekko kwaśny i pikantny. Amira
twierdzi, że myszkak można kupić tylko w Omanie.
Widzę, że od naszego ostatniego spotkania moja znajoma wyraźnie
posmutniała. Nie jest tą samą dziewczyną, z którą rozmawiałam w nadmorskim The Cr?pe Café.
- No dobrze, powiedz, co się dzieje - mówię.
- Pamiętasz tego chłopaka z Kuwejtu? Wyobraź sobie, że nie dojechał na
umówione spotkanie i zerwał ze mną kontakt. Wcześniej zdążył mi się
oświadczyć na messengerze. Chciał mnie za żonę, ale jak już mieliśmy się
spotkać, to się wycofał. I nie chodzi o to, że nie byłam dziewicą. On o tym wiedział, a mimo to mi się oświadczył.
- Ale on nigdy nie spotkał się z tobą sam na sam. Nawet nie widział cię
z bliska.
- Tak, ale pamiętał mnie jeszcze z czasów studiów. Nie znaliśmy się
osobiście, ale widział mnie parę razy, znał moich znajomych i wiele o mnie słyszał. Wiedział, że wcześniej się z kimś spotykałam. Mimo to mi
się oświadczył. Powiedział wyraźnie: "Chcę się z tobą ożenić, chcę być z tobą".
- Chciał cię poślubić i nagle zmienił zdanie? - pytam. - Co się więc
stało?
- Kupił bilet na samolot, przesłał mi jego zdjęcie. Przyleciał do
Dubaju, wypożyczył samochód i zadzwonił do mnie, że już jedzie.
Powiedziałam mu, żeby uważał na drodze, bo w Dubaju bywa niebezpiecznie.
Jest kilka pasów ruchu i trzeba być ostrożnym. To wszystko. No więc
wyruszył w moją stronę i zniknął. Czekałam na niego. Dzwoniłam, ale już
nie odpowiadał. Po jakimś czasie skontaktowałam się z nim przez
internet. Zapytałam go, dlaczego nie przyjechał. I wiesz, co mi w końcu
odpisał? "Rzuciłaś na mnie czary". Przysięgam, tak to ujął. Powiedziałam
mu, że nie odprawiałam żadnych czarów, ale nie uwierzył. Okazało się, że
po drodze miał wypadek i odebrał to jako ostrzeżenie. Nie miałam więc
szansy nawet go zobaczyć i poznać bliżej.
- To chyba jednak dobrze, że nie wyszłaś za niego za mąż - mówię - skoro
on wierzy, że mogłaś rzucić na niego czary.
- Tak, to dobrze - odpowiada Amira i po chwili dodaje: - Ale ja tego
naprawdę nie zrobiłam. Te czary musiał rzucić na niego ktoś inny. Tylko
nie wiem kto.
- Amiro, czy ty wierzysz w takie rzeczy? - pytam.
- Wiem, że są ludzie, którzy zajmują się magią. Oni są wszędzie. Uważaj
na nich. Mogą wyrządzić wiele zła.
- Czarownica może zjeść człowieka, uśmiercić go albo zabrać mu duszę i wprowadzić w jego ciało inną duszę. - Amira sporo wie na temat magii.
Podczas kolejnego spotkania odkrywam nowe oblicze mojej znajomej.
Kupujemy w lokalnej kawiarni dwie duże latte na wynos i ruszamy na
spacer po okolicy. Amira wprowadza mnie w swój magiczny świat.
- Czarownica może stworzyć odwzorowanie człowieka i podmienić żywą
istotę na to odwzorowanie - tłumaczy. - Na przykład może skopiować twoje
dziecko i ci je podrzucić, zabierając twoje. Czyli twoje dziecko nie
będzie twoim dzieckiem. Czy to nie byłoby przerażające? Powinnaś też bać
się hien. Jeśli w pobliżu twojego domu pojawi się hiena, to potem
przyjdzie tam także wiedźma, która stąpa po śladach tego zwierzęcia. I ta wiedźma ściągnie na was nieszczęście - ostrzega Amira. - Nigdy nie
wiesz, kto jest czarownicą albo czarownikiem. Oni wyglądają jak normalni
ludzie. W mojej rodzinie było wiele tajemniczych zdarzeń, za którymi
kryło się coś większego. Co prawda religia zabrania czarnej magii, i nasz rząd też jej zabrania, ale magia jest wśród nas.
Spacerując wzdłuż plaży i popijając kawę, Amira opowiada o magii jak o czymś, co istnieje w realnym życiu, czymś namacalnym i oczywistym. Mówi
spokojnie, bez emocji patrząc na zatokę, która jest dziś wyjątkowo
senna.
- Raz poszłam do szajcha zajmującego się magią, bo ktoś zaczął odprawiać
nad naszą rodziną czary. Coś rozkładali przed naszym domem. Wierzę, że
szajch to ktoś, kto ma dar przepowiadania przyszłości. To ktoś, kto ma
wiedzę i bogate życie duchowe. Jego dusza jest silna. Zazwyczaj to ktoś
starszy. Pamiętam, że ten szajch wziął moją rękę i czytał z niej.
Powiedział: "Jesteś oświecona, widzisz rzeczy, które się dzieją, masz w sobie moc. Możesz to wykorzystać w swoim życiu. Możesz przepowiadać
przyszłość i możesz wpływać na ludzkie życie. Możesz pomagać, ale możesz
też ranić. Od ciebie tylko zależy, jak wykorzystasz swój dar". Właściwie
czułam to od dawna. Na przykład czasem czułam silną potrzebę, by do
kogoś zadzwonić. Mam znajomego w Bahrajnie. Kiedyś poczułam, że muszę
się z nim skontaktować. Zadzwoniłam do niego i zapytałam: "Czy u ciebie
wszystko w porządku? Czy z twoją rodziną wszystko okej?". Czułam, że
dzieje się coś złego. On odparł wtedy, że wszystko w porządku. Po
godzinie oddzwonił i powiedział, że umarł mu ojciec. Podobnie czułam
przed spotkaniem z tym Kuwejtczykiem. Powiedziałam mu: "Uważaj, bo drogi
w Emiratach są bardzo ruchliwe". Czasem czuję takie rzeczy, ale moja moc
słabnie, kiedy za bardzo koncentruję się na przyziemnych sprawach.
Babcia powiedziała mi kiedyś, że jeśli chcę czuć więcej, muszę być
czysta. By być oświeconym, trzeba być ascetą. Ja nie jestem ascetką.
Jeśli palisz albo pijesz alkohol, to przestajesz czuć. Tak samo, jeśli
uprawiasz seks. Bo zajmujesz się rzeczami ziemskimi, a więc tracisz te
nadprzyrodzone.
Słońce nad zatoką powoli zaczyna zachodzić. Z pobliskiego meczetu
słychać nawoływanie do modlitwy. Grupki mężczyzn w białych diszdaszach
powolnym krokiem zmierzają w stronę, z której niesie się dźwięczne
Allahu Akbar.
- Nie rozmawiaj tu z ludźmi o magii - ostrzega nagle Amira. - Możesz
trafić na kogoś złego, i ta osoba może cię skrzywdzić. W domu mojej
babci ze strony mamy wydarzyło się coś takiego. Ona była oświecona, dużo
czuła. To było w czasach, kiedy jej syn, a mój wujek, był chłopcem. Jako
dziecko sprzedawał na targu jajka. Któregoś dnia odmówił ich sprzedaży
kobiecie, która była dla niego niemiła, i ona potem okazała się wiedźmą.
Kiedy wujek wieczorem położył się spać, czarownica pojawiła się u niego
w sypialni. Przeszła przez ścianę i chciała go zabrać. Moja babcia,
która czuje takie rzeczy, ocknęła się nagle i zaczęła krzyczeć. Obudziła
dziadka i czarownica po prostu zniknęła. Rozpłynęła się w powietrzu.
Moja babcia zawsze krzyczała, kiedy czuła, że przychodzi do domu jakiś
duch. Mówiła: "Ktoś tu jest", ale te demony nie robiły jej krzywdy, bo
miała wokół siebie dobre duchy, które ją ochraniały.
Amira siedzi oparta o murek przy bulwarze. Patrzymy na wyjątkowo
spokojną dziś zatokę. Nie ma fal, nie ma też wiatru, który choć trochę
ochłodziłby gorące powietrze.
- Duch może, na przykład, zakochać się w kobiecie i nie chcieć opuścić
jej ciała - kontynuuje Amira. - Jeśli ucieknie, usłyszawszy słowa
Koranu, to prawdopodobnie był zły, skoro przestraszył się Boga. Pamiętam
pewne zdarzenie z mojego domu. Siostra mojej babci podczas rodzinnego
spotkania jadła popcorn. Nagle duch wszedł w jej głowę. Byłam wtedy
dzieckiem, miałam około dziesięciu lat. Siostra babci zaczęła pluć
popcornem i mówić w bardzo dziwnym języku. Jakby zły duch przemawiał jej
ustami, krzyczała i wyglądało to strasznie. Moja babcia zaczęła wtedy
czytać na głos Koran i duch odszedł. To wszystko trwało około godziny.
Ludzie cały czas odprawiają tu czary, rzucają uroki i wierzą, że w ten
sposób mogą zmienić swoje życie albo wpłynąć na życie innych. Wierzymy w dobre i złe duchy, podobnie jak chrześcijanie. Kobieta, która chce
poślubić mężczyznę, stara się rzucić na niego czar. Robi to z pomocą
szajcha. Prosi go, by zaczarował mężczyznę tak, aby był do końca życia w niej zakochany. Wielu ludzi wierzy też w złe spojrzenie, czyli w złe
oko. Jeśli ktoś spojrzy na ciebie, mając złą intencję, może rzucić na
ciebie zły czar, może cię skrzywdzić. Dlatego sporo ludzi nosi tu
amulet. To może być zapisany werset Koranu albo ząb jakiegoś zwierzęcia,
który ma chronić przed urokami. Ludzie wkładają taki amulet do
materiałowego woreczka albo oprawiają w skórę hieny.
Na szyi Amiry nie widzę amuletu. Moja znajoma często nosi za to
delikatną złotą biżuterię albo stare omańskie srebro, które można kupić
na targu w Matrah, mieście nieopodal Maskatu. Oficjalnie nikt w Omanie
nie zajmuje się wytwarzaniem czy sprzedażą amuletów. Nietrudno znaleźć
je jednak w internecie. Wśród amuletów są takie, które przynoszą
dobrobyt, pieniądze, zwycięstwo. Są też amulety, które zapewnią zawarcie
związku małżeńskiego z wybraną przez siebie osobą, pomogą znaleźć
partnera seksualnego na każdy dzień życia, a nawet powiększą penisa.
Arabskie talizmany chronią dom przed diabłem, duchami i czarną magią.
Ale są też amulety o niebezpiecznym działaniu. Te mogą sprowadzić na
innych nienawiść, problemy, rozwód, cierpienie czy zemstę. By działały,
muszą być wykonane ręcznie, w odpowiednim czasie. Kiedy i jak, wiedzą
tylko ci, którzy posiedli wiedzę tajemną.
- Mówi się, że ludzie oświeceni mają dobrego ducha - tłumaczy mi dalej
Amira. - Taki dobry duch może do ciebie przyjść, jeśli masz dobre
intencje. Myślę, że odziedziczyłam to po przodkach. Wierzę, że sama mogę
wpływać na swoje przeznaczenie. Muszę wierzyć, że będzie dobrze, i z tą
wiarą budować swoją przyszłość. To samospełniająca się przepowiednia.
Przyciągasz to, o czym myślisz. Jeśli jesteś dobra, przyciągasz dobro.
Jeśli masz w sobie dobro, dostajesz je od innych. A jeśli otrzymuję
znaki mówiące o tym, że zbliża się coś złego, wtedy modlę się, żeby do
tego nie dopuścić. Uważamy, że modlitwa do Boga może zmienić
przeznaczenie. Dlatego sporo ludzi tu wierzy, że małżeństwo można
wyprosić u Boga. Kobiety, które znam, nie mogą spotykać się z mężczyznami, nie mogą poznać ich przed ślubem, więc modlą się o dobrego
męża. Wierzą, że dzięki żarliwej modlitwie zdobędą dobrego męża.
Wracając jednak do demonów - stwierdza nagle z ożywieniem Amira - musisz
wiedzieć, że one kryją się w górach. Dlatego właśnie w Omanie zawsze
było więcej demonów niż w sąsiednich krajach. U nas jest dużo gór. W pobliżu jednej z nich, najwyższej w Omanie, zwanej Dżabal Szams, czyli
Góra Słońca, znajduje się stare miasto Bahla. Od lat uprawia się tam
magię. Bahla jest znana w całej Arabii jako miejsce narodzin dżinów i czarnej magii. Wiele zamożnych rodzin podróżowało do tego miasta, by
zasięgnąć porady czarowników. Ja też lubię tam jeździć. Gdy mam wolny
dzień, wsiadam w samochód i wyruszam w góry. Bardzo mnie to wycisza.
Jeśli chcesz, możemy kiedyś pojechać tam razem.
Abdullaha poznaję dzięki Zeinie, Omance, która czasem pojawia się na
imprezach organizowanych przez Polaków w Maskacie. Abdullah był mężem
jej zmarłej przed dwoma laty siostry. Mieszka w mieście duchów, w Bahli.
- Jeśli chcesz poznać prawdziwy Oman, jedź do Bahli - zachęca Zeina. -
Tam ludzie żyją w bardzo tradycyjny sposób. Mój zięć z chęcią ugości
ciebie i twoją rodzinę. Popytaj go o czary - śmieje się Zeina.
Po kilku dniach Abdullah przekazuje przez Zeinę zaproszenie dla całej
mojej rodziny. Szykuje się pasjonujący weekend. Mąż i syn też się cieszą
na tę wyprawę. Abdullah umawia się z nami zaraz po południowej
modlitwie. Spotykamy się na parkingu największego meczetu w Bahli.
Abdullah ma prawie siedemdziesiąt lat, długą siwą brodę i uroczą szparę
między górnymi jedynkami. Ubrany jest w świeżutką, odprasowaną
diszdaszę. Na przywitanie pyta, czy nie baliśmy się przyjechać, bo wielu
ludzi omija Bahlę szerokim łukiem.
- Ludzie boją się czarowników, którzy tu mieszkają - mówi Abdullah
poważnym głosem. - Bo wiecie, oni mogą mocno człowiekowi zaszkodzić,
porwać dziecko, zaczarować albo sprowadzić nieszczęście.
Zanim jednak kończy zdanie, już widzę, że jego oczy się śmieją.
- O duchach i czarownikach dużo się tu mówi, ale dla mnie to bzdury.
Wierzy w nie tylko ten, kto chce wierzyć. Ode mnie niczego się na ten
temat nie dowiecie. - Po tym krótkim wstępie Abdullah wskakuje do swojej
toyoty prado i poleca nam jechać za sobą.
Opuszczamy centrum miasta. Im bardziej się od niego oddalamy, tym niższe
stają się budynki. Tutejsze domy są otoczone wysokimi murami, a ich
wnętrza pozostają niedostępne dla ciekawskich oczu. Mijamy kobiety w kolorowych dżalabijach. Wszystkie mają włosy przykryte chustami równie
kolorowymi jak ich stroje. Przemykają między domami, za nimi biegają
dzieci. Dziewczynki noszą długie sukienki zdobione koronkami bądź
falbanami. Wyglądają jak małe księżniczki. Chłopcy noszą tradycyjne
diszdasze albo kolorowe koszulki i jeansy.
Jak na pustynny kraj, miasteczko jest wyjątkowo zielone. Dużo tu akacji,
bananowców i palm uginających się pod ciężarem daktyli. Wjeżdżamy w aleję wysadzaną po obu stronach palmami i zatrzymujemy się przed
parterowym domem z ogromnym podwórkiem. Abdullah zostawia samochód w słońcu, oferując nam miejsce parkingowe pod zadaszeniem. To miłe z jego
strony, bo wsiadanie do nagrzanego samochodu nie należy do przyjemności.
Ściągamy buty i wchodzimy do madżlisu, przestronnego pomieszczenia,
które można porównać do salonu dla gości. W dużych domach urządza się
dwa takie pomieszczenia. Jedno przeznaczone dla mężczyzn, a drugie dla
kobiet. Usytuowane są tak, by domownicy przeciwnej płci przebywający w domu nie mieli styczności z gośćmi, by mogli czuć się swobodnie. Madżlis
Abdullaha ma około trzydziestu metrów kwadratowych. Na podłodze leży
gruby dywan, przy ścianach umocowane są siedziska z miękkimi oparciami.
Jest też dwudziestoośmiocalowy telewizor, przy nim, na niskim stoliku
czekają na nas owoce i ciasto domowej roboty.
Na ścianie naprzeciwko wejścia wisi zdjęcie gospodarza, serdecznie
ściskającego dłoń Jego Wysokości Sułtana Kabusa. Sułtan pojawia się
również po drugiej stronie pokoju, tym razem na tronie. Obok władcy
Omanu wisi zdjęcie podpisane "Maskat 1971". Spogląda z niego poważny
młodzieniec w mundurze. To Abdullah chwilę po przyjęciu do Królewskiej
Omańskiej Policji.
W madżlisie są z nami trzej synowie Abdullaha. Mężczyźni wstają, by się
przywitać. Mój mąż i syn podają im ręce, ja zgodnie ze wskazówkami Zeiny
witam się tylko skinieniem głowy. "Unikaj jakiegokolwiek kontaktu z obcym mężczyzną - powiedziała mi. - Jeśli chcesz uszanować nasze
zwyczaje i religię, po prostu nie wyciągaj ręki, wtedy nie znajdziesz
się w niezręcznej sytuacji". W pokoju unosi się silny zapach arabskich
męskich perfum. Są słodsze od tych, do których przywykłam. Omańscy
mężczyźni nawet w największym upale wyglądają świeżo i podobnie też
pachną. Ich diszdasze są śnieżnobiałe, a orientalne zapachy ciągną się
kilkanaście metrów za nimi.
Do madżlisu wchodzi Raja, najstarsza córka Abdullaha. Ma trzydzieści
trzy lata i piękny, szeroki uśmiech. Ubrana jest w czarną abaję i chustę
w cętki zakrywającą szyję, uszy oraz włosy. Raja, tak jak mężczyźni,
mówi płynnie po angielsku.
Stolik z owocami zostaje przesunięty na środek pokoju i zaczynamy
omański lunch. Na początek owoce, ciasto i kahwa, czyli kawa z kardamonem. Nie jest zbyt mocna, podaje się ją w malutkich porcelanowych
szklaneczkach. W dobrym tonie jest wypić trzy, nie więcej. Oddając
szklaneczkę, należy potrząsnąć nią na boki. To znak, że już dziękujemy.
Inaczej gospodarze doleją nam kolejną porcję. Powiedział mi o tym mój
mąż Mariusz, który na spotkaniu służbowym w siedzibie Królewskiej
Omańskiej Policji nie mógł przestać pić kawy. Za każdym razem dolewano
mu kolejną. Wypiwszy czwartą filiżankę, już nie odstawił naczynia. Po
spotkaniu zapytał znajomego, dlaczego Omańczycy piją takie ilości kawy,
i dowiedział się, że aby skończyć, trzeba po prostu pomachać filiżanką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki