Kraj, który patrzy - Maja Kołodziejczyk

Reflow text when sidebars are open.
Tego dnia w autobusie panował okropny ścisk. Blaszana puszka, wypełniona ludźmi, ich oddechami i zmartwieniami, w końcu ruszyła. Jennishi musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć metalowego uchwytu. Zagryzła zęby, aby nie syknąć z bólu. Skóra na jej brzuchu napięła się nieprzyjemnie.
- Niech pani usiądzie, futai - usłyszała obcy głos.
Mężczyzna w średnim wieku wstał z fotela, aby ustąpić jej miejsca. Jennishi nie lubiła, gdy nieznajomi się tak do niej zwracali. To określenie przypominało dziewczynie, że była inna. Czasem wolała o tym zapomnieć. Mimo to obdarowała współpasażera uśmiechem.
- Dziękuję - odpowiedziała i opadła na fotel.
Z przewieszonej przez ramię torby wyjęła zeszyt. Przekartkowała go i szybko znalazła zapiski, które powinna przeczytać przed dzisiejszym egzaminem. Szczególny nacisk kładła na naukę tak zwanych słów zastępczych. W rozmowie z obcokrajowcami nie można było nazywać bólu bólem. To był silny dyskomfort. Smutek należało zastąpić wyrazem "zaniepokojenie". Chociaż użycie tego określenia także zależało od kontekstu. Na kolejnej stronie Jennishi zanotowała przykładowy dialog. Zdanie "Martwię się, że mojej rodzinie zabraknie pieniędzy na opłacenie rachunków" z użyciem słów zastępczych brzmiało: "Zastanawiam się, czy obecna sytuacja rodzinna pozwoli na tak swobodne pokrycie kosztów związanych z utrzymaniem, jak miało to miejsce do tej pory". W podręcznikach przypominano, by zawsze szukać pozytywów. W tym wypadku pozytywem był fakt, że dotychczas nie natrafiono na trudności związane z opłaceniem rachunków.
- Mamo, zobacz! - Nagle rozległ się dziecięcy głosik.
Jennishi podniosła wzrok znad zeszytu i dostrzegła chłopca siedzącego po drugiej stronie pojazdu. Wskazywał na nią palcem. Matka kilkulatka szybko zareagowała. Pochyliła się nad synem i szepnęła mu coś do ucha. Jennishi pokręciła głową. Wiedziała, że białe włosy i fioletowe oczy wyróżniały ją z tłumu. Dzieci często nie potrafiły zapanować nad swoją ciekawością. Za zbyt wścibskie pytania groziły jednak kary. Dorośli bali się, że ktoś na nich doniesie. Co prawda obywateli rzadko spotykały takie represje, jak kilkadziesiąt lat temu, ale nikt nie chciał spędzić miesiąca czy dwóch w kolonii karnej. Gdy autobus przystanął na światłach, a Jennishi spuściła na moment wzrok, zrozumiała, że tym, co zwróciło uwagę chłopca, nie był wcale kolor jej włosów. Na białej, świeżo wyprasowanej koszulce dziewczyny pojawiła się szkarłatna plama. Jeden ze szwów musiał puścić. Dziewczyna przeklęła w myślach. Pospiesznie schowała zeszyt do torby. Nie chciała pobrudzić stron. Sięgnęła do kieszeni marynarki w nadziei, że znajdzie tam jakąś chusteczkę. Nic z tego. Chociaż w autobusie panował zaduch, zapięła guziki marynarki, by choć trochę ukryć plamę. Oparła czoło o szybę. Patrzyła na mijane budynki, drzewa, autobusy, pojedyncze samochody i ludzi na rowerach. Musiała wytrzymać. Chociaż na tym etapie powinna już przywyknąć do bólu, czasami wciąż był dla niej trudny, szczególnie kiedy wiązał się z upokorzeniem. Jennishi nie lubiła sytuacji, w których obcy ludzie widzieli ją w chwilach największej słabości. Teraz myślała tylko o tym, co zrobią egzaminatorzy, gdy zobaczą, w jakim jest stanie. Najbardziej bała się, że zostanie wyproszona z sali.
- Proszę, futai - odezwała się pasażerka podróżująca z dzieckiem.
Jennishi oderwała wzrok od szyby. Autobus zatrzymał się na kolejnym przystanku. Kobieta z dzieckiem najpewniej chciała wysiąść, jednak nim to zrobiła, podała dziewczynie haftowaną chusteczkę.
- Dziękuję - szepnęła Jennishi, z zażenowania spuszczając wzrok.
Gdy tylko kobieta wysiadła, Jennishi dyskretnie wsunęła złożoną chusteczkę pod bluzkę. Skrzywiła się, czując wilgotny opatrunek. Zostały dwa przystanki. Musiała przetrwać. Do końca trasy nie utrzymywała z nikim kontaktu wzrokowego. Gdy wreszcie wstała, szybko zagryzła zęby, starając się przybrać neutralny wyraz twarzy. Poprawiła marynarkę i z kieszeni wyjęła odliczoną kwotę. Podała drobne kierowcy, pozdrowiła go uśmiechem, po czym wysiadła z pojazdu. Ciepłe powietrze nie przyniosło jej ulgi. Zdawało się lepkie, duszące. W normalnych okolicznościach rozpięłaby kilka guzików. Niestety, nie mogła. Pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Egzamin odbywał się w dawnej podstawówce Jennishi. Doskonale znała rozkład pomieszczeń i liczyła, że zdąży skorzystać z łazienki. Gdy tylko weszła na teren szkoły, usłyszała za sobą znajomy głos.
- Jenny!
Obróciła głowę i dostrzegła mężczyznę siedzącego na ławce pod drzewem. Pozostali szli prosto do budynku, ale on ewidentnie kogoś wypatrywał. Gdy wstał i zaczął iść w kierunku dziewczyny, ta uświadomiła sobie, że czekał właśnie na nią.
- Cześć, Vash - powitała mężczyznę, ale bez entuzjazmu.
Chociaż nigdy tego nie przyznała, nie przepadała za Vashem. Znali się z pracy. Ona była pomocą lekarską, on młodym lekarzem. W szpitalu widywali się regularnie, ale poza nim Jennishi nie chciała mieć z Vashem nic wspólnego. Widywał ją w stanie, w którym wolała nie być oglądana. W sytuacjach prywatnych pragnęła o tym zapomnieć.
- Zastanawiałem się, czy przyjdziesz na egzamin - powiedział z troską w głosie.
Jennishi nie potrafiła stwierdzić, czy szczerze się o nią martwił. Gdy jednak Vash na moment położył dłoń na jej ramieniu, przebiegł ją nieprzyjemny dreszcz.
- Dlaczego miałabym nie przyjść? - zapytała.
Vash rozejrzał się na boki, jakby sprawdzał, czy ktoś ich nie podsłuchuje. Gdy miał pewność, że nikogo nie ma w pobliżu, podszedł do niej jeszcze bliżej. Przewyższał Jennishi o głowę. Uniósł jej podbródek, tym samym zmuszając, aby spojrzała mu w oczy. Był to gest krótki, z pozoru delikatny, a jednak pełen władczości.
- Bo przedwczoraj miałaś operację.
- Nie pierwszą. Nie ostatnią. Zresztą skąd możesz wiedzieć, skoro szefostwo dało ci urlop? Od dwóch dni odpoczywasz i zapewne powtarzasz do egzaminu - powiedziała.
- Nim poszedłem na urlop, spojrzałem w grafik. Operował Tan Samin. Wiesz, że sprzeciwia się, aby futai uczestniczyli w projekcie. Nie zrozum mnie źle, ale...
- Dlatego tak beznadziejnie mnie zszył? - wypaliła Jennishi, nim zdążyła ugryźć się w język.
Natychmiast pożałowała tych słów. Bynajmniej nie dlatego, że zostały wypowiedziane ze złością. Po prostu niechcący poinformowała Vasha o swoim małym problemie. Szybko dostrzegła konsternację na jego twarzy.
- Szwy puściły? - zapytał, jeszcze bardziej pochylając się nad dziewczyną.
Nie potrafiła rozróżnić, czy przemawiała przez niego nadzieja, czy też troska.
- Jeśli puściły, powinnaś wrócić do szpitala, Jenny - dodał, gdy nie doczekał się odpowiedzi.
- Nawet jeżeli puszczą, nic mi się nie stanie. Rząd dopuścił do tego programu futai. Gdyby Tan Samin wygłaszał publicznie swoje poglądy, mógłby mieć problemy. I nie będzie miało znaczenia, jak dobrym jest chirurgiem - orzekła stanowczo.
Wyminęła Vasha i pewnym krokiem ruszyła w stronę szkoły. Tuż obok budynku widniał maszt z ligvańską flagą. Białą, niczym włosy futai, z fioletowym rombem pośrodku. Jennishi przyspieszyła, chociaż poruszanie się sprawiało jej ból. Ledwie przystanęła na schodkach, a Vash ją dogonił.
- Nie chciałem cię urazić.
Teraz obserwowali ich strażnicy strzegący wejścia do budynku. Jennishi było to na rękę, gdyż miała pretekst, by uciąć wszelkie szpitalne tematy. Udział w projekcie miał pozwolić jej odetchnąć. Choć na chwilę zdystansować się od monotonnej, bolesnej codzienności.
- Wiem, po prostu nie chcę się spóźnić na egzamin - powiedziała.
Nie patrzyła na Vasha. Zaczęła przeszukiwać torebkę, aż w końcu wyjęła dokumenty.
- Dobry dzień w Ligvashu - powitała strażników.
- Opatrzność nad nami czuwa. Czy możemy poprosić dokumenty, futai? - Wyższy mężczyzna w mundurze zwrócił się do dziewczyny.
W odpowiedzi podała im granatową książeczkę. Z perspektywy obcokrajowca umięśniony żołnierz z karabinem mógł wyglądać groźnie, jednak na pracownikach ligvańskiego szpitala taki widok nie robił wrażenia.
- Jennishi Mashen. Lat dwadzieścia jeden. Pomoc lekarska - przeczytał mężczyzna, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. - Życzę powodzenia. Prawdopodobnie futai są pożądani w projekcie - oznajmił i odhaczył jej nazwisko w tabeli, po czym oddał dokumenty.
Jennishi mogłaby przysiąc, że słyszy, jak oddech Vasha przyspieszył.
- Gdzie to, do cholery, jest... - mamrotał pod nosem, szukając dokumentów w skórzanej torbie.
Nie czekając na niego, Jennishi przeszła do holu, gdzie gromadzili się pozostali zdający. Na tablicy powieszono kartkę z rozpiską sal. Stała przed nią grupka ludzi sprawdzających, do jakiego pokoju powinni się udać.
- Jenny, zaczekaj! - zawołał Vash.
Ci, którzy jeszcze przed chwilą nie dostrzegali pojawienia się Jennishi, odruchowo spojrzeli w jej kierunku. Zmutowane dzieci osób ocalałych po tragedii w Futamie traktowano z należytym szacunkiem. Szczegóły działalności futai obejmowała tajemnica państwowa. Wszyscy dostrzegali ich odmienny wygląd, wiedzieli, że robą coś ważnego i są cenni dla rządu, ale nikt nie chciał zanadto się do nich zbliżać. Czasem Jenny zastanawiała się, czy to wykluczenie społeczne wynikało z charakterystycznych dla Ligvańczyków dyskrecji i taktu, czy może ze strachu. Bywały dni, kiedy marzyła, by ktoś się przed nią otworzył, ale ludzie rzadko mówili przy futai o prywatnych sprawach. Tak jakby obawiali się, że przypadkiem wejdą na tematy objęte tajemnicą rządową, a za to groziły kary. Jenny wolała nawet nie myśleć, jakie konsekwencje by ją spotkały, gdyby powiedziała kilka słów za dużo. Na przykład o swojej pracy. Zastanawiała się, jak wygląda codzienność innych futai. Wiedziała, że były dzielnice, w których ludzie przywykli do ich obecności. Najczęściej widywano futai przy szpitalach albo obiektach wojskowych. W tym okręgu niewielu z nich zapisało się na egzamin. Na pierwszym etapie Jennishi widziała jeszcze dwie osoby takie jak ona, nie miała jednak pewności, czy przeszły dalej.
- Dziękuję. - Kiwnęła głową w stronę dziewczyn, które ustąpiły jej miejsca.
Szybko odnalazła na liście swoje nazwisko. Przydzielono ją do sali dwadzieścia dwa. Niestety, Vash miał zdawać w sąsiedniej, dwadzieścia trzy. Kiedy Jennishi odsunęła się od tablicy, ponownie złapał ją za ramię.
- Hej, jesteś na mnie zła? - zapytał.
Miała ochotę przytaknąć. Powstrzymała się jednak przed tym gestem, bo Vash zacząłby drążyć temat. Nie chciała drażnić chłopaka. Po prostu wolała zostać sama. Denerwowało ją, że zadawał niewygodne pytania i podnosił głos, jeszcze bardziej zwracając na nich uwagę. Jennishi czuła na sobie ciekawskie spojrzenia. Próba spławienia Vasha zakończyła się niepowodzeniem.
- Chodź - powiedziała cicho.
Do egzaminu pozostało jakieś piętnaście minut. Poprowadziła więc chłopaka do ciemnej wnęki znajdującej się na końcu korytarza, niedaleko sali dwadzieścia dwa. Jennishi celowo stanęła za wysoką paprotką. Przesuszona roślina stanowiła barierę pomiędzy nią a Vashem.
- Wiedziałeś, że Tan Samin będzie próbował spaprać sprawę w nadziei, że nie pojadę na egzamin. Nie powiedziałeś mi o tym.
- Rany, Jenny, nie mogłem nic zrobić w tej kwestii. - Złapał się za głowę.
- Oczywiście, że mogłeś.
- Na przykład co, Jenny?
- Na przykład wziąć za niego ten dyżur i przeprowadzić operację. Mogłeś również wynieść dla mnie więcej leków przeciwbólowych. Wiesz, że pod tym względem on jest bardzo skąpy. Ja czuję ból, jak każdy człowiek. Nie zapominaj o tym.
Vash otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął. Ewidentnie bił się z myślami.
- Zrozum mnie, Jenny. Nie mogę tak po prostu podważać decyzji ordynatora - rzekł w końcu.
- A ordynator nie może tak po prostu podważać decyzji podjętych przez rząd. Futai mogą brać udział w programie. Stanowimy część kultury tego kraju. Nasza rola jest ważna.
Chłopak kiwał głową na znak, że się z nią zgadza, ale Jennishi mu nie ufała.
- Powiedz mi chociaż, jak się czujesz. Mówiłaś, że coś spaprał.
W odpowiedzi dziewczyna wsunęła dłoń pod bluzkę i wyjęła spod niej prowizoryczny opatrunek. Krew zaczęła już krzepnąć. Bez słowa podała chusteczkę Vashowi. Chłopak nawet się nie skrzywił. Ku zdziwieniu Jennishi tak po prostu włożył zakrwawioną tkaninę do kieszeni. Tak jakby była jakimś trofeum. Tkwili w niezręcznej ciszy, dopóki nie rozbrzmiał dzwonek. Na korytarzu zapanowało poruszenie.
- Chodź. Zaczęli wpuszczać do sali - oznajmiła Jennishi.
Ruszyła w stronę pomieszczenia, ale nawet nie spojrzała, czy Vash za nią szedł. Wiedziała, że tak było. Już od dłuższego czasu podążał za nią jak cień.
Konrad jeszcze bardziej odsunął tapczan, chociaż na tym etapie już wiedział, że nic pod nim nie zobaczy. Granatowa kosmetyczka zniknęła, a wraz z nią dziesięć tysięcy. Znalazł tylko pomiętą chusteczkę, zbite kłębki kurzu i bilet autobusowy. Oddychał ciężko, próbując zapanować nad emocjami.
- I co? Jest? - usłyszał za sobą niski, kobiecy głos.
Odgarnął z twarzy przydługą grzywkę i obejrzał się, aby spojrzeć na babcię. Stała w progu w tej swojej granatowej podomce, którą Konrad pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Krzyżowała ręce na piersiach i marszczyła czoło. Po jej minie chłopak wiedział, że już przeczuwała, co się stało.
- Pewnie Fabian zabrał kasę. - Nagle do pokoju wparowała dziesięciolatka i stanęła tuż obok babci z równie posępną miną.
Konrad wstał. Otrzepał kolana z kurzu, po czym spojrzał na siostrę.
- Skąd wiesz? - zapytał.
- Bo wcześniej ukradł stówę z mojej skarbonki i próbował zwalić winę na moją kumpelę.
- Laura, ale za kanapą mieliśmy odłożone dziesięć tysięcy na czarną godzinę.
- Najwyraźniej nasz brat się rozkręca - oznajmiła i skrzyżowała ręce na piersiach, podobnie jak jej babcia.
Wtem w kieszeni Konrada zawibrowała komórka.
- Mam nadzieję, że to Fabian w końcu oddzwania, bo mamy do pogada... - Przerwał, gdy na wyświetlaczu zobaczył napis "Kuba praca". - Hej, stary. Wybacz, ale nie za bardzo mogę teraz rozmawiać - powiedział po tym, jak odebrał.
- Słuchaj, tak się składa, że mamy awaryjną sytuację. Chciałbym, żebyś przyjechał teraz na Mokotów. To naprawdę pilne.
Konrad przeklął pod nosem. Znerwicowany krążył po pokoju.
- Kuba, zepsuła nam się pralka. Do tego nie mogę znaleźć kasy i...
- Kraski kupi ci nową pralkę. Będzie na jutro. Prawda, Kraski?
Konrad usłyszał jakieś mruknięcie, które najwyraźniej było potwierdzeniem.
- Na pewno? To brzmi, jakby u was było bardzo źle.
- Nie, nie jest źle. To znaczy, nie jest też jakoś dobrze. Powiedziałbym, że tak jak zwykle. Po prostu Kraski zapomniał o jednej propozycji.
Konrad podszedł do okna i odsunął firankę. Nie chciał patrzeć na babcię ani siostrę, gdy rozmawiał przez telefon. Zdecydowanie bardziej wolał utkwić wzrok w smutnym praskim osiedlu.
- Pamiętasz, że oficjalnie jestem jego montażystą? Nie jakimś asystentem.
- No niby tak. U mnie było podobnie, ale wiesz, jak to wygląda w praktyce. To co? Przyjedziesz na Mokotów?
- A obiecujesz, że Kraski kupi tę pralkę? To naprawdę problem, stary.
- No, jasna sprawa, że kupi. Zaraz przeleje ci też za Ubera.
Jeszcze kilka sekund po skończonej rozmowie Konrad patrzył w okno. Powinien szukać brata. Ustalić, w co tym razem się wplątał. Fabian może i skończył osiemnaście lat, ale postępował jak dojrzewający nastolatek.
- Przepraszam. Będę musiał wyjść. Wiem, że jest problem, ale go rozwiążę. Na jutro będzie nowa pralka - wyrzucił z siebie potok słów, gdy ponownie spojrzał w oczy babci.
- No dobrze, ale co z Fabianem? On naprawdę zabrał ci te pieniądze? - zapytała seniorka.
Te słowa bolały bardziej, niż chłopak mógł przypuszczać. To nie on powinien odpowiadać na podobne pytania, a jego ojciec. Najchętniej sprowadziłby go tu i zapytał, dlaczego po śmierci matki wyjechał do Holandii, a potem stopniowo zapominał o dzieciach. Konrad miał dopiero dwadzieścia trzy lata. Wolałby studiować, odkrywać siebie. Zamiast tego musiał zostać głównym żywicielem rodziny. Po prostu nie było innego wyjścia.
- Nie wiem. Myślę, że jest to możliwe. Napiszcie mi, jeśli w końcu raczy oddzwonić. Każcie mu natychmiast wracać do domu.
Wyminął babcię i siostrę, po czym wyszedł na korytarz. Boazeria oraz perski dywan w przedpokoju przypominały jeszcze czasy PRL-u. Konrad podniósł pęk kluczy ze stojącej na komodzie kryształowej misy. Kiedyś, w lepszych czasach służyła za popielniczkę. Ją również pamiętał z dzieciństwa.
- To Kraski kupi nam pralkę? - ożywiła się Laura. - Jak powiem o tym moim koleżankom, to padną. Ostatnio oglądały jego vloga z podróży do Chin. Tej, którą odbył autostopem. Nie chciały wierzyć, że mój brat dla niego pracuje. A potem zobaczyły nasze nazwisko w napisach. Gdybyś tylko widział ich miny!
Konrad westchnął ciężko. Pospiesznie narzucił na siebie skórzaną kurtkę i zasznurował glany.
- Kraski nie jest taki, na jakiego kreuje się w internecie - uciął oschle, po czym otworzył drzwi. - Absolutnie nie czekajcie na mnie z kolacją. Myślę, że trochę nam tam zejdzie.
Babcia powiedziała coś o tym, żeby się nie przemęczał. Do chłopaka nie docierały jednak te słowa. Czujka od razu wyłapała ruch i na obskurnej, pobazgranej graffiti klatce schodowej rozbłysło światło. Konrad obrzucił nienawistnym spojrzeniem ścianę, z której płatami schodziła farba. Nie pamiętał, kiedy ten budynek był remontowany. Ruszył w stronę drzwi wyjściowych, ale zatrzymał się, gdy dostrzegł kogoś na schodach. W pierwszym momencie pomyślał, że znów zakradł się tutaj jakiś bezdomny. Później usłyszał cichy szloch. Zakapturzona postać siedząca na ostatnim stopniu nie musiała pokazywać twarzy. Konrad już wiedział, kim była.
- Dlaczego nie odbierasz naszych telefonów i nie odpisujesz na wiadomości? - zapytał oschle.
Fabian próbował coś powiedzieć, ale wydał z siebie tylko niewyraźny bełkot. Konrad raptownie uklęknął przy bracie. Nie czuł alkoholu. Jedynie ostry zapach fajek. Ujął w dłonie twarz chłopaka. Łzy spływały po jego policzkach.
- Dlaczego ukradłeś moje pieniądze? - próbował zadać to pytanie tak łagodnie, jak tylko potrafił.
- Nie ukradłem. Ja... Ja je tylko pożyczyłem - wychlipał.
- Obaj wiemy, że to nieprawda. Dlaczego to zrobiłeś?
Ortalionowy dres i łysa głowa w teorii miały nadawać Fabianowi groźny charakter. Starszy brat jednak wciąż widział w nim małego chłopca. Szczególnie teraz, gdy tak się trząsł i próbował wydukać jakieś wyjaśnienie.
- Bo miałem długi. Ale... Wszystko oddam!
Konrad delikatnie złapał Fabiana za ramiona, po czym spojrzał mu w oczy. Jeszcze kilka minut temu był bezgranicznie wściekły, teraz ten gniew w nim topniał.
- Powiedz szczerze, Fab. Oddałeś wszystko?
Chłopak przetarł nos rękawem i przecząco pokręcił głową.
- Ile jeszcze?
- Pięć koła.
- Na pewno?
- Tak! - załkał Fabian.
- Jeżeli jest tego więcej, musisz mi teraz powiedzieć. Pomyśl o babci i Laurze. One też muszą godnie żyć. Mieszkanie się sypie. Dziś padła pralka.
- Zostało tylko pięć tysięcy. Przysięgam.
Telefon zawibrował w kieszeni Konrada. Na wyświetlaczu znów widniało "Kuba praca". Przeklął cicho.
- Idź do domu. Zjedz kolację. Nie wychodź i nie rób niczego głupiego. Pomogę ci spłacić resztę, a ty to odpracujesz.
Fabian zaczął płakać jeszcze głośniej.
- Mówię prawdę, Koni. Naprawdę. Obiecuję. Oddam wszystko. Już będzie lepiej.
Konrad obserwował, jak jego młodszy brat wstaje i na drżących nogach wraca do mieszkania. Czy mu ufał? Niekoniecznie. W obecnej sytuacji czuł jednak, że nie może zrobić nic więcej. Poczekał, aż drzwi za młodym się zamkną. Potem wyszedł przed klatkę. Sprawdził w aplikacji połączenia. Autobus odjeżdżał za pięć minut.
- Cholera - warknął i szybkim krokiem ruszył w stronę przystanku.
Krople deszczu smagały go po karku, ale nawet nie myślał, by wrócić po parasolkę. Minął ogródek z kapliczką pamiętającą pewnie jeszcze schyłek wojny, poszedł na główną ulicę i zaczął biec, widząc nadjeżdżający autobus. Do pojazdu wsiadł zdyszany. Opadł na pierwsze wolne siedzenie. Po przejechaniu kilku przystanków napisał Kubie wiadomość. Tłumaczył, że miał poważną rozmowę z bratem, a później długo czekał na Ubera. Nie przyznał się, że pieniądze przesłane na taksówkę wolał zachować na czarną godzinę. Wysiadł pół godziny później. Skręcił za przystankiem i dostrzegł znajomą bramę prowadzącą na strzeżone osiedle. Przywitał się ze strażnikiem. Zaczął tłumaczyć, gdzie idzie, ale ten go rozpoznał.
- Dobry wieczór. Pan pewnie pod sześćdziesiątkę? - Poczciwy senior uśmiechnął się, skubiąc końcówkę wąsa.
- Dobry wieczór. Tak, jak zawsze.
- To niech pan biegnie. Sprawdzałem w internecie. Zaraz rozpada się jeszcze bardziej.
Konrad poszedł za radą strażnika. Może nie pobiegł, lecz znacznie przyspieszył kroku. Minął kilka jasnych, zadbanych budynków, aż w końcu dostrzegł ten właściwy. Doszedł do klatki i zadzwonił pod sześćdziesiątkę.
- Wreszcie, stary. Już myślałem, że do nas nie dotrzesz - usłyszał głos Jakuba, który nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi.
Konrad przeszedł przez zadbany hol. Przywitał kolejnego dozorcę stojącego za ladą i podszedł do windy. Tak szybko z obdrapanej, praskiej kamienicy przeniósł się do ciepłych, przytulnych wnętrz. Jeszcze pachnących nowością i luksusem. Patrząc w lustro, poprawił włosy. Wilgotna grzywka kleiła mu się do czoła. Na swojej bladej twarzy widział oznaki zmęczenia. Policzki miał zapadnięte, a oczy podkrążone. Najchętniej zakopałby się pod kołdrą we własnym łóżku, ale czuł, że tego wieczoru będą go czekać kolejne rewelacje.
W internecie Kraski był podróżnikiem, intelektualistą i wielką gwiazdą. W życiu codziennym stał się ćpunem wymagającym stałej opieki. Konrad nie zauważył wyraźnego momentu, w którym on i Kuba wyszli z ról montażysty i asystenta. Po prostu nagle stali się opiekunami. Ludźmi od wszystkiego. Jakub zdołał dryfować po tym grząskim lądzie. Potrafił szybko gasić pożary. Reagować, gdy Kraski coś odwalił, i pilnować, by pewne rzeczy nie wyszły na światło dzienne. Konrad znał się na montażu. Bardzo często dodawał też opisy do filmów. Praca jednak wywoływała w nim ogromny stres. Od dłuższego czasu widział, że Kraski balansuje na bardzo cienkiej linie. Bał się, że w końcu upadnie. A tym samym zabierze im pracę.
Jennishi wyszła z sali słaba, lecz szczęśliwa. Napisała wszystko, chociaż wciąż miała wątpliwości dotyczące konkretnych odpowiedzi. Najgorsze były zadania przedstawiające hipotetyczny dialog z obcokrajowcem. W teorii Mashen wiedziała, jak powinna pokierować rozmową. W praktyce zżerał ją stres. Dopiero kiedy wyszła przed budynek, poczuła ulgę. Mogła zemdleć. Mogła paść. Ale co z tego? Egzamin został napisany. Już nikt jej tego nie odbierze.
Słońce intensywnie świeciło, a Jenny rozpięła guziki munduru. Na tym etapie nie myślała o zaschłej czerwonej plamie. Była futai. Futai mają prawo do dysfunkcji. Co więcej, futai są również pożądani w projekcie. Dopełniła więc obywatelskiego obowiązku. Najchętniej posiedziałaby przez chwilę oparta o szeroki murek. W każdym momencie Vash mógł jednak wyjść z budynku. Ta świadomość najbardziej motywowała ją do możliwie szybkiego powrotu do domu. Obolała szła w stronę głównej drogi. Przechodzący obok nieznajomy chciał pomóc jej iść, ale odmówiła. Futai mieli do wyboru dwie ścieżki kariery. Albo wojsko, albo pomoc w szpitalu. Jennishi przypadło w udziale to drugie. Jak przeważającej większości. Mashen dorastała ze świadomością, że jej rola w społeczeństwie miała duże znaczenie. Odkąd pamiętała, przestrzegano ją, że wszystko, co robi jako futai, musi trzymać w tajemnicy. Nie mogła opowiedzieć nikomu, na czym dokładnie polegała jej praca, a to wiązało się z dużym poczuciem osamotnienia i wykluczenia. Pozostawała także pod kontrolą rządu - wszyscy futai mieli obowiązek noszenia bransoletek z lokalizatorami. W głębi serca zazdrościła tym, którzy mieli większą swobodę, mogli sami stanowić o swoim losie i nie przechodzili tak licznych operacji. Wiedziała jednak, że nie wypadało jej narzekać. Ligvash był wspaniały i troszczył się o swoich obywateli. Tak mówili wszyscy. Jako futai Jenny pomagała swoim rodakom, a to było ważne. Matka często opowiadała jej o tym, jak kraj rozwinął się na przestrzeni lat. "Dzisiaj ludzie nie znikają już tak często bez śladu" - powtarzała. To zdanie szczególnie wyryło się w głowie dziewczyny.
W końcu na drżących nogach Jennishi dotarła do głównej ulicy. Aby dojść na właściwy przystanek, musiała przejść przez kładkę. Zacisnęła zęby i przyłożyła dłoń do brzucha. Bolało. Bardzo bolało.
- Jenny! - Ktoś zawołał jej imię.
Obróciła się i dostrzegła mężczyznę jadącego na starym skuterze. Zaparkował przy krawężniku, po czym machnął w jej stronę.
- Pan Taki! - zawołała rozradowana. - Co pan tu robi?
- Przyjechałem po ciebie. Wsiadaj, nasza reprezentantko z Tongi.
Na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech. Była niesamowicie wdzięczna mężczyźnie.
- Dziękuję. Jeszcze nie wiem, czy mnie wybiorą. Jest bardzo dużo chętnych.
- A ja czuję, że się uda. W końcu dopuścili cię do kolejnego etapu. Dasz radę usiąść? - zapytał, widząc na jej twarzy wahanie.
- Tak - powiedziała niepewnie.
Przytrzymała się ramienia mężczyzny, po czym przełożyła nogę przez siedzenie. Syknęła. Ból był tak silny, że na kilka sekund pociemniało jej przed oczami. Zdążyła jednak zapanować nad tym odruchem. Nie takie rzeczy znosiła. Mocno objęła mężczyznę w pasie. Dostrzegła Vasha, który również opuścił teren szkoły.
- Proszę jechać! - popędziła mężczyznę w obawie, że kolega z pracy znów będzie próbował ją zaczepiać.
Jennishi mieszkała w dzielnicy Tonga słynącej głównie z jednego osiedla, a właściwie specyficznego kompleksu mieszkaniowego. Wznosząca się na czternaście pięter mieszanina blokowisk rozrosła się jeszcze za czasów poprzedniej władzy. To właśnie tu mieszkali najbiedniejsi, a także obywatele, którzy skończyli odbywać kary i mieli problemy ze znalezieniem innego lokum. W Tondze pod pewnymi względami obowiązywała samowolka. Oczywiście pod warunkiem, że każdy odprowadzał podatki, nie zakłócał spokoju obywateli i z szacunkiem wypowiadał się o obecnym rządzie. Tu nie obowiązywało prawo budowlane. Jeżeli samozwańcze władze osiedla wyraziły na to zgodę, nowi lokatorzy dobudowywali kolejne kondygnacje. Tonga stała się więc ciemnym, zawilgoconym zlepkiem niewielkich mieszkań, które i tak w dość dużym stopniu różniły się od siebie standardem. Ponure korytarze skręcały w różne strony, a oprócz małych lokali mieszkalnych można było trafić również na usługowe. Szwalnie, pralnie, sklepy spożywcze, bary były pod ręką. Lokalni mieszkańcy chętnie korzystali również z usług miejscowych lekarzy nieposiadających koncesji. W Tondze funkcjonowały także restauracje, ale przyrządzano w nich dania, których ludzie z zewnątrz woleliby nie próbować. Wszystko przez kiepskie warunki sanitarne i kompletny brak kontroli jakości żywności. Mieszkańcy najwyższych pięter mieli też problem z kanalizacją. Musieli schodzić niżej i odczekać swoje w długich kolejkach, aby wziąć prysznic. Woda również pozostawiała wiele do życzenia. Babka Jennishi twierdziła, że to za sprawą zardzewiałych rur.
- Ten doktorek z twojej pracy wygląda na takiego, który mógłby sobie pozwolić na zamówienie taksówki - powiedział pan Taki, gdy przystanęli na skrzyżowaniu.
- A pozwala sobie na znacznie więcej, niż przystoi - burknęła Jenny i mocniej objęła go w pasie.
Min Taki miał sześćdziesiąt pięć lat i wraz z synem prowadził sklep spożywczy w Tondze. Posiadał też pewne towary spod lady. Takie, które pozwoliły mu się wkupić w łaski samozwańczej rady osiedla. Był szczupły, niewysoki, ale miał w sobie coś, co budziło respekt w dzielnicy. Może były to ramiona pokryte tajemniczymi tatuażami i zacięte spojrzenie. Może fakt, że robił interesy z ludźmi, których obawiali się nawet inni mieszkańcy Tongi. A może plotki o tym, iż za młodu uczestniczył w walkach ulicznych. Co do tego ostatniego Jenny nie miała żadnej wątpliwości. Kiedy była dzieckiem, pan Taki prowadzał ją na najwyższe kondygnacje blokowego labiryntu. Dzięki niemu wiedziała, jak poruszać się po zakamarkach Tongi. Wraz z synem mężczyzny, Yonem, wchodzili aż na dach. Z tego miejsca rozciągał się widok na cały Murong. Jennishi potrafiła przymknąć oko na śmieci i kable wiszące nad budynkami niczym pajęcza sieć. Z tej perspektywy miasto zawsze wydawało się jej piękne. Silne, wszechmocne, wychodzące za horyzont. To właśnie na dachu pan Taki uczył syna i Jenny, jak należy się bić.
- Żyjesz, mała? Już prawie jesteśmy - oznajmił pan Taki, gdy minęli kolejny zakręt.
- Tak. Naprawdę dziękuję. To był wyczerpujący tydzień. W zasadzie miesiąc.
Min zaparkował tuż przy szarym betonowym placu, który aktualnie służył grupce dzieciaków za boisko. Poczekał, aż dziewczyna ostrożnie zejdzie ze skutera.
- Najważniejsze, że dotarłaś. Teraz masz trzy dni odpoczynku, prawda? - zapytał, przypinając pojazd drutem do metalowej siatki. To właśnie ona odgradzała Tongę od reszty miasta.
- Tak mi obiecali - odpowiedziała Jennishi.
Ruszyli w stronę zardzewiałej bramy, która zawsze pozostawała otwarta. Aktualnie opierało się o nią dwóch chłopaków z okropnymi wypryskami na twarzy i rękach. Jeden powitał ich kiwnięciem głowy. Drugi zdjął czapkę z daszkiem. Jenny wymruczała jakieś powitanie. Szła powoli, trzymając się za brzuch. Pan Taki chciał podać dziewczynie ramię, ale ta odmówiła. Nie naciskał i nie wnikał. Jenny była futai, a nad nimi czuwała Opatrzność. Wielu w nią wierzyło. Nawet wyjęci spod prawa mieszkańcy wyższych kondygnacji w Tondze chodzili do świątyń, w których ukrywano relikwie z Futamy. Fioletowe kryształy będące symbolem rozkwitu kraju i nadejścia nowego rządu.
Północne wejście do Tongi przeciętnemu obserwatorowi mogło przypominać zaplecze obskurnego baru. Należało wejść do wąskiego, ciemnego tunelu, w którym migał częściowo wypalony zielony neon. Płyny wyciekające z klimatyzatorów i rury ciągnącej się wzdłuż sufitu tworzyły kałuże na betonowej posadzce. Jennishi szła przodem. Min Taki za nią. Wolał mieć oko na dziewczynę, gdyby zasłabła. Ta była jednak twarda. Energicznie pchnęła metalowe drzwi. Obrzuciła krótkim spojrzeniem zniszczony automat do gier, który stał tuż obok. Nie wiedziała, kto i w jakim celu go tu postawił. Nie działał, odkąd sięgała pamięcią. Gdy była dzieckiem, bawiła się, że jest inaczej. Obdrapany rysunek na jego boku przedstawiał postać chłopca skaczącego po chmurkach. Budził w niej pozytywne skojarzenia.
- Wszystko w porządku? - zapytał pan Taki.
- Tak, przepraszam. Zagapiłam się - odpowiedziała, po czym weszła do środka.
Wewnątrz enklawy panował mrok. Jedyne źródło światła stanowiły ledowe szyldy lokali usługowych. Aby zobaczyć pierwsze okno, należało wejść po brudnych, wąskich schodach. Lokatorzy dobrze wiedzieli, w jaki sposób poruszać się po tym mrocznym labiryncie. Jenny złapała się poręczy i odgarnęła nogą zawilgocone ulotki, które ktoś rozsypał na pierwszych stopniach. Zapraszały do lokalu ze striptizem na piątym piętrze.
- Nie mów, że jesteś zgorszona. Mieszkasz tu nie od dziś - zachichotał pan Taki.
- Po prostu nie chcę się tu poślizgnąć.
Mieszkańcom Tongi odpowiadał fakt, że w takiej ciemności trudno było dostrzec niektóre twarze. Wielu z łatwością mogło się tu ukryć, ale nie Jennishi i jej matka. O nich wiedzieli wszyscy. Nawet ci, którzy nigdy z nimi nie rozmawiali. "Ocalała z Futamy i jej córka futai" - właśnie tak określano jej rodzinę, chociaż w lokalu na drugim piętrze mieszkała z nimi też babka.
- Dzień dobry w Ligvashu! - zawołała sąsiadka niosąca plastikową misę z surowym mięsem.
Pomachała im wolną, brudną dłonią. Nie miała rękawiczek, a zawartość naczynia bynajmniej nie zachęcała do spożycia. Nawet pan Taki wyraźnie się skrzywił, choć niejedno już widział i sprzedał w swoim sklepie.
- Opatrzność nad nami czuwa - odpowiedziała Jenny.
- Nad tobą niech czuwa szczególnie, futai. Bardzo liczymy na to, że będziemy mieć reprezentantkę z Tongi. No, a ja pędzę. Muszę to zemleć na pulpety. - Wskazała na miskę i skręciła w inny, ciemny korytarz.
- Coś czuję, że długo nie tknę pulpetów - szepnął pan Taki, gdy tylko kobieta zniknęła im z pola widzenia.
Mieszkanie Jennishi mieściło się na końcu korytarza przy oknie i według standardów panujących w Tondze uchodziło niemalże za luksusowe. Mierzyło piętnaście metrów kwadratowych, miało prywatną łazienkę, dwa palniki i kawałek blatu roboczego, na którym można było jeść. Posiadało również okno, dzięki któremu do środka wpadało naturalne światło. Co prawda zarobki Jenny pozwoliłyby na wynajem niewielkiego mieszkania w nieco lepszej dzielnicy, ale matka kazała jej inwestować wszystko w edukację. Istniał także jeszcze jeden powód takiej decyzji. Mieszkańcy Tongi przywykli do wyglądu Nishy Mashen. Nikogo nie dziwiło, że chodzi z zabandażowaną twarzą. Nikt się nie gapił, gdy robiła zakupy, siadała na ławce przed enklawą albo chodziła na kawę z koleżankami z pracy. Zaczynanie od nowa na tym etapie wydawało jej się przerażające.
- Dziękuję za pomoc, panie Taki. Droga powrotna komunikacją w moim obecnym stanie byłaby okropna - powiedziała Jennishi.
Nie zdążyła jednak nawet dotknąć klamki, a drzwi otworzyły się na oścież. W progu stanęła matka ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Jak zawsze na głowie miała wzorzystą chustę, twarz była szczelnie owinięta bandażami, zasłaniającymi wszystkie dawne blizny. Zostawiała jedynie otwory na usta i oczy, a te matka malowała mocno ciemną kredką. Twierdziła, że w ten sposób zasłania nierówności skóry, eksponując jedyną ładną część ciała, jaka jej pozostała.
- Dzień dobry w Ligvashu, Nisho - przywitał się pan Taki.
- Opatrzność nad nami czuwa. A w tym wypadku to raczej ty nad nami czuwasz. Dziękuję, że przywiozłeś Jenny. To wiele dla mnie znaczy.
- Powiedz mu, żeby wpadł jutro do lokalu. Dostanie darmową porcję pierogów z kapustą - usłyszeli ochrypły głos dochodzący z wnętrza mieszkania.
Jennishi zaśmiała się pod nosem. Babcia zapewne sądziła, że telewizor wszystko zagłuszy.
- Mówię ci - powiedziała Nisha, patrząc mężczyźnie w oczy.
- Nie omieszkam skorzystać. A teraz muszę wracać do pracy. Odpoczywajcie i dbaj o Jenny.
Konrad zadzwonił do drzwi znajomego mieszkania. Zza ściany dobiegł go krzyk:
- Otwarte!
Wytarł buty o wycieraczkę i wszedł do środka. Już od progu uderzył go intensywny, leśny zapach. Dobrze go znał. Właśnie tak pachniały detergenty kupowane przez Swietłanę. Najwyraźniej dopiero co sprzątała. Kraski miał piękne, dwupoziomowe mieszkanie, z wielką wanną, projektorem i świetnie wyposażoną kuchnią. Niestety, zupełnie o nie nie dbał. Bywały dni, w których to Konrad lub Jakub zbierali butelki i wyrzucali resztki substancji, które woleli ukryć przed czujnym okiem sprzątaczki. To oni zatrudnili Swietłanę, ale nie mieli pewności, na ile jest dyskretna. Kuba i Konrad nie tylko dbali o to, aby w mediach społecznościowych Kraski prezentował się tak, jak należy, ale także usiłowali porządkować jego życie prywatne. Niejednokrotnie było tak, że to któryś z chłopaków robił zakupy spożywcze, gdy lodówka podróżnika świeciła pustkami. To oni motywowali go do nagrywania materiałów, a z czasem zaczęli przygotowywać scenariusze. Niegdyś Kraskiemu nie brakowało kreatywności. Miał radiowy głos i wręcz magnetyczną pewność siebie. Ludzie lubili słuchać, co ma do powiedzenia. Problem polegał na tym, że od dłuższego czasu nie potrafił wziąć się w garść. Imprezował z ludźmi o wątpliwej reputacji, a później zapraszał do siebie nieznajomych, z którymi zażywał zakazane substancje. Raz Konrad zastał go zarzyganego, leżącego na dywanie w salonie. Kulił się ze zsuniętymi do kolan majtkami, bełkocząc coś o tym, że jedna z dziewczyn zabrała mu pieniądze. Faktycznie, Konrad odnotował wówczas liczne straty, zniknęły między innymi Rolex i para butów z limitowanej edycji. Najwyraźniej dziewczyna doskonale wiedziała, co robi. Później Konrad i Jakub próbowali jej szukać przez social media. Udało się, ale twierdziła, że ma nagrania. Po stanie, w jakim znaleźli Kraskiego, Konrad domyślał się, co na nich było. Odpuścili.
- Zrobić ci kawy, Koni? - zapytał Jakub, który nagle wyłonił się z głębi pomieszczenia i stanął przed chłopakiem ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Po jego minie Konrad już wiedział, że sprawa jest poważna. Kuba był tęższym mężczyzną, z umięśnionymi ramionami i gęstą brodą. Lubił gestykulować. Miał też bardzo żywą mimikę.
- Tak, proszę - rzekł, odwieszając skórzaną kurtkę. - Jest bardzo źle? - zapytał na wstępie.
- Nie. Dlaczego miałoby być bardzo źle? - zdziwił się Jakub.
Konrad zmarszczył czoło. W głosie kumpla nie wyczuł sarkazmu. Propozycja kawy późnym wieczorem zwiastowała jednak długą rozmowę.
- No nie wiem... Może dlatego, że on wyraźnie sobie nie radzi? Ściągnąłeś mnie tu w trybie pilnym. Raczej nie zrobiłeś tego bez powodu - szeptał.
Nie wiedział, w którym pomieszczeniu przebywa obecnie Kraski, ale wolał go nie drażnić.
- Pamiętasz, jak w zeszłym roku we trzech pojechaliśmy do Czarnobyla?
Konrad uniósł brew. Zaskoczyło go to pytanie.
- Do Prypeci - doprecyzował.
- No, w każdym razie ten film miał zajebiste wyświetlenia. Nadzorowaliśmy wszystko. Puściliśmy drona, a montaż był super.
- Wiem, Kuba. Pamiętam, przecież tam byłem - odpowiedział.
Miał na końcu języka, że od tamtego czasu nie dostali żadnej porządnej podwyżki. Kraski nie płacił zbyt dużo jak na warszawskie standardy, ale chociaż w ciągu ostatnich trzech lat jego majątek stopniał, wciąż mógł się pochwalić niezłą sumą na koncie, a dla Konrada liczył się każdy grosz. Czy myślał o zmianie pracy? Bywały takie dni. Przerażał go jednak zastój związany z szukaniem nowego zajęcia. Poza tym Kuba był jego kumplem z liceum. To on ogarnął mu tę fuchę, gdy Koni miał problemy finansowe. Cały czas czuł, że ma wobec niego dług.
- Na horyzoncie pojawiło się coś lepszego niż Czarnobyl. - W oczach Jakuba błysnęła ekscytacja.
- Prypeć - konsekwentnie poprawił go Konrad.
Chłopak usiadł na stołku w przestronnej otwartej kuchni. Obserwował kumpla, który krzątał się przy ekspresie. Wyjął z szafki dwa kubki, wcisnął kilka guzików, a maszyna wydała charakterystyczny dźwięk.
- To wyobraź sobie taką Prypeć, ale azjatycką. W sensie wiesz, interesującą ludzi, bo wiedzą, że stało się tam coś kompletnie pojebanego - powiedział Kuba z wyraźnym zapałem.
Konrad zareagował instynktownie. Pochylił się nad blatem i roześmiał głośno. Chociaż obca osoba mogłaby uznać ten odruch za szyderczy, w rzeczywistości wynikał on z bezradności.
- Hiroszima to dzisiaj nowoczesne miasto. Poza tym Kraski jest w takim stanie, że nie da rady polecieć na drugi koniec świata. Pamiętasz, jak w zeszłym roku zniknął z hotelu i go szukaliśmy?!
- I znaleźliście. Wielki mi problem - usłyszał gdzieś z tyłu spokojny, rozleniwiony głos.
Konrad obejrzał się przez ramię i dostrzegł postać schodzącą po schodach. Przez szklaną balustradę doskonale widział atłasowy szlafrok Kraskiego. W tym wydaniu przypominał mu młodszą wersję Hugh Hefnera. Z tą różnicą, że miał jasne włosy i małą czwórkę wytatuowaną nad brwią. Koni nigdy nie pytał o znaczenie tego tatuażu.
- To była krótka kąpiel, stary. Zrobić ci kawy? - zapytał Jakub.
- Wolę tonik z podwójnym ginem - oznajmił Kraski i również usiadł na stołku barowym.
- Myślę, że w zaistniałych okolicznościach to nie jest najlepszy pomysł.
Kraski oparł łokcie o stół.
- Dobra. To zrób mi jakieś cappuccino czy co tam uważasz.
Jedną z rzeczy, których Konrad szczerze nie lubił w swoim pracodawcy, był fakt, że ten nigdy nie przepraszał i nie okazywał skruchy. Czasami resztką sił powstrzymywał się, by nie podnieść na niego głosu. Tak było i tym razem.
- Uważasz, że jesteś w wystarczająco dobrym stanie, aby polecieć na wyprawę do Azji i nakręcić sensowne filmy z takiego wyjazdu? - zapytał Koni, starając się przybrać możliwie łagodny ton.
- Chyba nie. Właściwie to ominąłbym tę propozycję, gdyby Kuba nie przejrzał dokładnie mojej skrzynki mailowej. Całe szczęście, że was mam. - Poklepał Konrada po ramieniu.
Ten gest nie spodobał się chłopakowi. Jednak nie śmiał protestować.
- No i znalazłem tam propozycję nie do odrzucenia - oznajmił Jakub. Postawił na blacie dwa parujące kubki i przyjrzał się towarzyszom badawczo.
- Niech zgadnę, z propozycją nie do odrzucenia, na którą sam nie jest w stanie pojechać - doprecyzował Konrad, który ewidentnie nie podzielał entuzjazmu kumpla.
- Nie jest to moja najlepsza forma, przyznaję. Cieszę się, że Kuba wygrzebał te maile - rzekł Kraski.
- Więc było ich więcej?
- Tak, i to faktycznie jest propozycja nie do odrzucenia. Powiem szczerze, to wręcz przełom, który całkowicie odmieni mój kanał.
- A dasz radę wziąć udział w tym przełomie bez wcześniejszego odwyku? - zapytał Konrad.
- Nie, dlatego wyślemy ciebie. Tylko ciebie.
Zapadła cisza. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. W końcu Koni parsknął śmiechem, uznając to za żart. Spoważniał, gdy po kilku sekundach żaden z jego towarzyszy nie zareagował rozbawieniem. Pobladł i ponownie spojrzał na Kraskiego.
- Jaja sobie robisz - oznajmił.
- Otóż nie.
Dla Konrada czas zwolnił. Zszokowany obserwował, jak jego pracodawca w spokoju popija cappuccino. Bez względu na okoliczności czuł się panem świata. Wielki podróżnik Rafał Krasowski. Człowiek, którego wszyscy podziwiali. Mimo lawiny problemów w oczach opinii publicznej pozostawał nieskazitelny.
- Kuba, błagam cię. - Tym razem Koni zwrócił się do kumpla.
Ten westchnął ciężko i klasnął w dłonie.
- Cóż mogę rzec. To ja odgrzebałem tego maila. Skontaktowaliśmy się z organizacją. Nie można przepuścić takiej okazji. Trzeba się szykować - oznajmił z zapałem.
Konrad wstał. Patrzył to na jednego, to na drugiego. Oczekiwał wyjaśnień. Wciąż wierzył, że to dowcip, a Kuba i Kraski zaraz wyprowadzą go z błędu.
- To jakiś absurd. Mam na tym nagraniu pokazać swoją twarz? Nie mam doświadczenia w takich rzeczach, a moja domowa sytuacja jest, delikatnie mówiąc, nieciekawa. Dlaczego ja? - mówił szybko, starając się zebrać myśli.
- Ponieważ tobie można ufać. Kuba niedługo zostanie ojcem. Pisałeś mi już kwestie do nagrań. Nieźle ci szło. Byłeś też z nami w Czarnobylu. Znasz się na tej pracy - mówił Kraski, po czym niewzruszony upił cappuccino.
- Zgodziłem się pracować jako montażysta. Nie było mowy o pokazywaniu swojej twarzy w internecie. I tak moje obowiązki znacząco przekraczają...
- Czterdzieści tysięcy.
- Co?
- Twoja stała, miesięczna pensja plus czterdzieści tysięcy złotych - oznajmił Kraski i odstawił pusty kubek na stół.
- No i piętnaście procent od wyświetleń materiału. - Kuba wymownie spojrzał na swojego pracodawcę.
- Niech będzie.
Koni przysłuchiwał się tej dyskusji i już wiedział, że podjęto decyzję za niego. Początkowy opór zniknął. Opadł na stołek barowy i ukrył twarz w dłoniach. Chciał zachować dumę, ale jak miał to zrobić, gdy ojciec od miesięcy nie wysłał im ani grosza, a lodówka zaczynała świecić pustkami?
- Gdzie jest haczyk? To jakiś survival? Mogę sobie nie poradzić? - zapytał cicho.
- No cóż, ten wyjazd nie będzie wymagał od ciebie żadnych szczególnych umiejętności. To nie jest wspinaczka na Czomolungmę czy biegi w trudnych warunkach. Nikt nie sprawdzi twojej kondycji - zaczął Kuba.
- Gdzie jest haczyk? - powtórzył Konrad. - Zaczęliśmy tę rozmowę od wspominania Czarnobyla. Zakładam więc, że w tej wyprawie są elementy wspólne.
- To wyjazd do kraju, który do niedawna uchodził za jeden z najbardziej zamkniętych na świecie. No, zaraz po Korei Północnej - doprecyzował Kraski.
- Nie jestem w nastroju na zgadywanki.
- Zaproponowano nam trzymiesięczny wyjazd do Ligvashu.
To zdanie wybrzmiało w głowie chłopaka głośnym echem. Pierwszym, co zarejestrował, byłyby cholerne trzy miesiące. Drugim, nazwa państwa. Potrafił wskazać Ligvash na mapie. Leżał pomiędzy Wietnamem a Chinami. Kojarzył ten kraj z katastrofą jądrową, do której doszło wiele lat temu podczas defilady w mieście Futama. W jej wyniku zmarł ówczesny wódz. Potem władzę objął jego syn. Rzekomo bardziej liberalny, ale Koni nie zgłębił dokładnie tego tematu. Rozumiał jednak, dlaczego ludzi tak bardzo interesowało życie w strefach odizolowanych od reszty świata.
- Ligvańczycy mają dziwną religię. Powstała po wybuchu głowicy nuklearnej w dwutysięcznym czwartym roku. W tym zjawisku widzą jakąś boską ingerencję. Twierdzą, że wybrała ich Opatrzność. Po tragedii w kopalni odkryto kryształy, które są wydobywane do dziś - opowiadał Jakub.
- I osiągają zawrotne sumy - wtrącił Kraski.
Oszołomiony nadmiarem informacji Koni oddychał ciężko, próbując sobie wszystko uporządkować. Czuł nieprzyjemne pulsowanie w mostku.
- Ale ja się kompletnie na tym nie znam. Co mam tam robić? Kręcić dokument? Brakuje mi wiedzy. Nie jestem jakimś kulturoznawcą.
- To nie jest istotne. Zaproponowano współpracę mojemu kanałowi. - Rafał uderzył się w pierś, jakby ten gest miał dodać mu powagi. - Ty nagrasz materiał wideo. Trochę się pokażesz. Ja dodam komentarze, gdy wrócisz albo wcześniej, jeśli pozwolą na dosyłanie treści w trakcie wyjazdu. Coś się z tego wyklepie. Mam największy kanał podróżniczy w Polsce. Wybrali sześć osób z całej Europy. Wyobrażasz sobie, jakie to wyróżnienie?
Konrad miał ochotę wytknąć mu, że sam powinien tam jechać. Wiedział jednak, że przez kilka ostatnich miesięcy Kraski był w fatalnym stanie, a takie dni jak ten, kiedy mówił trzeźwo i z wyraźnym entuzjazmem, nie zdarzały się często.
- Więc pojedzie pięć osób prowadzących najbardziej zasięgowe kanały podróżnicze w Europie i ja? - parsknął Koni.
Dopiero teraz chwycił swój kubek z kawą. Była już letnia. Mimo to przełknął kilka szybkich łyków. Miał w głowie kompletny chaos. Chciał zadać dziesiątki pytań, ale każde z nich grzęzło mu w gardle.
- Takie rozwiązanie zaproponowaliśmy organizatorom projektu. Na początku nie byli zachwyceni. Chcieli Rafała - przyznał szczerze Kuba.
- No właśnie! - Konrad odstawił pusty kubek na blat. - Ja nie jestem tym, czego chcą ci ludzie. Będą rozczarowani. Nie mam doświadczenia. Czy ta organizacja nie wolała wziąć kogoś innego?
Kraski zastukał palcami o blat. Nie był zaskoczony reakcją Koniego. Chłopak zachowywał się dokładnie tak, jak przypuszczał.
- Może i rozważała, ale w Polsce jestem na topie. Inne kanały podróżnicze są znacznie mniej zasięgowe. Istniało więc prawdopodobieństwo, że wymieniliby nasz kraj na jakiś inny. W tych dwóch wariantach tracimy duże pieniądze. Nie możemy do tego dopuścić - oznajmił.
Konrad nerwowo rozmasował czoło. To nie tak, że kwota nie była kusząca. Pojawiła się też ekscytacja wynikająca z chęci przeżycia przygody. Nikt jednak nie przedstawił mu zasad tego projektu. Nie wiedział, o co tu chodzi, co będzie musiał robić i jak może się przygotować.
- I ta organizacja tak po prostu zgodziła się zamienić ciebie na jakiegoś randoma? - Spojrzał na Kraskiego.
- No, nie od razu. Dzisiaj mieliśmy z nimi spotkanie na zoomie. Połączyliśmy się z Kubą - odpowiedział spokojnie, bawiąc się sznurkiem od szlafroka.
- Świetnie. Czyli wszystko za moimi plecami - parsknął Konrad.
- Stary, to jest plan połatany taśmą klejącą, jasne? Znasz Kraskiego. Wiesz, co się z nim dzieje. - Wskazał na swojego pracodawcę. - Bez obrazy, Rafał, ale takie są fakty - dodał szybko, jakby w obawie, że go urazi.
Kraski w odpowiedzi machnął tylko ręką. Nie wyglądał na przejętego.
- No mam gorszy czas, zaproszenie zaplątało się w mailach i tyle. Najważniejsze, że to odkopaliśmy.
- To prawda - szybko zgodził się Kuba. - Sytuacja wygląda tak, że skontaktowała się z nami wielka międzynarodowa organizacja turystyczna. Konkretnie World Travel and Tourism Association, czyli WTTA. Jako pierwsza na świecie nawiązała współpracę z Ligvashem, do którego do tej pory praktycznie nikt nie miał wstępu. Państwo chce otworzyć się na turystykę, ale planuje robić to małymi krokami. Hej, Koni, nie rób takiej kwaśnej miny. To nie jest Korea Północna. Tam nie ma już takich represji jak dwadzieścia lat temu.
Kraski poruszył się na krześle.
- Nie, ale ten kraj wzbudza wielkie emocje. Najpierw był pojebany dyktator. Potem katastrofa jądrowa. Potem nowa władza, dziwne odkrycia i religia, która nie ma wyznawców nigdzie indziej. Trochę sekty, a trochę tajemnicy z domieszką masowej tragedii. Ludzie to kupią - wtrącił Rafał.
Kuba wytrzeszczył oczy i odruchowo uderzył rękami o blat.
- Ja pierdolę, brzmisz jak jakiś psychopata. Ja tu się staram, żeby nie przestraszyć naszego Koniego, a ty wyjeżdżasz z...
- Mówię tylko, że materiał z takiego wyjazdu będzie bardzo ciekawy dla odbiorców - rzekł spokojnie Kraski.
- Czy ty znowu coś brałeś? - Jakub zmrużył oczy.
- Dlaczego pytasz?
- Bo to podejrzane, że cię nic nie wkurwia.
Konrad sądził, że poczuł ogromny przypływ adrenaliny po swoim odkryciu sprzed dwóch godzin. Pieniądze zniknęły i wtedy myślał tylko o tym, jak ogarnie rodzinny budżet. Teraz zalewały go niekontrolowane fale ciepła. Kipiał od emocji. Miał wrażenie, jakby śnił snem szalonym i pozbawionym większej logiki. To jednak była jawa. Żaden koszmar ani film science fiction.
- Dosyć tego! Takie dyskusje nie są teraz ważne. Co powiedziała ta organizacja? Zgodziła się, żeby zamiast ciebie pojechał ktoś inny?
- Powiem tak, musieliśmy to wynegocjować. Zaznaczę jednak, że cztery lata temu miałem bardzo dobrą współpracę z WTTA. Kręciłem wtedy materiał z Sudanu. Też trochę kontrowersyjnie. Byli zadowoleni. Teraz powiedziałem po prostu, że podupadłem na zdrowiu. Zgodziłem się zrealizować materiał na moim kanale, z moimi komentarzami, ale na miejsce ma pojechać inna osoba.
- No i co? Zgodzili się? - zapytał Konrad.
Nim Kraski zdążył odpowiedzieć, uprzedził go Jakub.
- Tak, bo poniekąd odpowiada to warunkom realizacji programu. To znaczy, chodzi o to, że w Ligvashu panują spore ograniczenia związane z internetem. W teorii rząd chce zapobiegać uzależnieniom od smartfonów, z którymi mierzą się obywatele krajów zachodnich. Obowiązuje zakaz posiadania wszelkich urządzeń połączonych z siecią, ale są kawiarenki internetowe. Uczestnicy mogą z nich korzystać w określone dni. Właśnie w ten sposób będą też podsyłać materiały do montażu i kontaktować się z wybraną osobą - wyjaśnił.
- Czyli tak łączyłbym się z Kraskim? I wy byście montowali niektóre rzeczy jeszcze przed moim powrotem?
- Zgadza się. Tylko wiesz, w takich kawiarenkach może być podsłuch. Lepiej więc nie mówić głośno rzeczy, które raczej nie przypadłyby do gustu ligvańskiemu rządowi, bo mogą cię wyrzucić z programu. Po prostu stanę się twoim łącznikiem. Będę też kontrolował, co inni wrzucają do sieci, co się klika. Poinstruuję cię - odpowiedział Rafał.
Cała sytuacja była tak abstrakcyjna, że Konradowi wciąż trudno było połączyć poszczególne fakty. Nie przerażał go sam pomysł, lecz dezinformacja.
- Inni? Ci z pozostałych krajów?
- Tak jak mówiliśmy, WTTA wysyła sześć osób z sześciu państw. Nie wiadomo jeszcze, z kim poza nami się skontaktowali. W programie będzie sześciu turystów i sześciu lokalsów. Tych drugich nazywają przewodnikami - tłumaczył Kuba.
- No dobra, ale co mamy tam robić? Oglądać zabytki?
Jennishi leżała na piętrowym łóżku w luźnej bawełnianej piżamie. Kilka ostatnich guzików koszuli pozostawiła rozpięte. Obserwowała, jak z każdym oddechem jej brzuch się unosi. Czuła ulgę po zmianie opatrunków. Była czysta i nie miała już żadnych obowiązków. Mogła w spokoju dochodzić do siebie. Oddychała płytko, ale to przecież normalne. Przyłożyła dłoń do bladego czoła. Wydało jej się gorące. Tak było zawsze. Organizm odreagowywał i wracał do równowagi.
- Potrzebujesz czegoś, Jenny? Zrobić ci zimny okład? - zapytała matka.
Wraz z babcią siedziały na łóżku niżej. Tam materac był szerszy i spokojnie mieścił dwie osoby. Oglądały telewizję, popijając przy tym zimną herbatę.
- Nie. Dziękuję. Jest mi dobrze.
Kineskopowy telewizor stał na narożnej półce, którą niegdyś zamontował pan Taki. Zarówno leżąca na górze Jenny, jak i kobiety zajmujące posłanie na dole miały doskonały widok na to, co aktualnie działo się na ekranie. Nisha opowiadała córce, że kiedyś istniał tylko jeden kanał informacyjny. Nowy rząd kładł jednak większy nacisk na to, by zapewnić swoim obywatelom dostęp do informacji i rozrywki, dzięki czemu teraz mieli ich aż sześć - z wiadomościami, przyrodniczy, dziecięcy, muzyczny, a także dwa, na których emitowano seriale i filmy. Czasem także te zagraniczne.
- Pogłośnij telewizor, bo mówią o ciekawych rzeczach, a przez ten stary, rzężący wentylator niewiele słychać. - Oburzona babcia wskazała palcem na przedmiot stojący pod ścianą.
Jennishi usłyszała, jak matka krząta się w poszukiwaniu pilota. Czasami babka ją bawiła. Freya miała siedemdziesiąt lat, nadal pracowała, posiadała wielką krzepę i wiedziała wszystko o wszystkich. Przynajmniej tak mawiano w Tondze.
- Dla mnie to jest po prostu straszne. Ci ludzie są zupełnie nieobecni - powiedziała z przejęciem babka.
Pogrążona we własnych myślach Jenny dopiero teraz skupiła się na przedstawionych w programie treściach. Pierwsze ujęcie wykonano w berlińskim metrze. Bez względu na to, czy ludzie siedzieli, czy też stali, łączyło ich jedno. Nie patrzyli na siebie. Praktycznie nie rozmawiali. Wszyscy skupiali się na ekranach telefonów. Później pojawiły się ujęcia także z innych krajów. Lektor grzmiał o uzależnieniu, a Freya komentowała wszystko rozemocjonowana.
- To jest nienormalne. Ludzie siedzą obok siebie i patrzą w telefony. Przecież to chore. Jak mogą się do siebie nie odzywać?
- Może po prostu mają siebie nawzajem dosyć. Sama masz dni, kiedy wstajesz nerwowa i potem burczysz na klientów - wtrąciła Nisha.
- Bez względu na to, czy burczę, czy też nie, gotuję zawsze dobrze. Nie narzekam na brak gości. Moje pierożki sprzedają się zdecydowanie lepiej niż te pulpety Kisy.
- Wszystko w Tondze sprzedaje się lepiej niż pulpety Kisy - parsknęła Nisha.
- A ja to rozumiem. W sensie te telefony - powiedziała Jenny, na co dwie pozostałe kobiety zamilkły.
Jennishi mogła tylko wyobrazić sobie, jak wymieniają wymowne spojrzenia. Chciały dobrze, ale to nie one borykały się z niedoborem leków przeciwbólowych. Nie one leżały w szpitalach w towarzystwie osób, których wolałyby nie oglądać. Nie one miały dość otoczenia białych kafelków i tego cholernego, miętowego płynu do podłóg. Nie one czuły, jak bandaże kleją się do nieodpowiednio zszytych ran. I nie one musiały znosić to wszystko z pokorą i wystudiowanym uśmiechem.
- Co ty mówisz, Jenny? - zapytała babka.
- Po prostu czasem chciałabym się wyłączyć. Dostać zabawkę, która sprawi, że moje myśli gdzieś odfruną. - Spojrzała na obraz wiszący nad drzwiami.
Kryształ na białym tle był nie tylko symbolem narodowym, ale także znakiem religijnym. Przypominał, że Opatrzność ma Ligvańczyków w swojej opiece. Fiolet i biel. Barwy oczu oraz skóry futai. Gdy jest się tak ważnym dla kraju, nie wypada powiedzieć dość. Problem polegał na tym, że Jennishi osiągała swój limit. Wyciągnęła dłonie i spojrzała na bransoletkę zdobiącą jej lewy nadgarstek. Tylko raz próbowała przeciwstawić się programowi. Miała wówczas dwanaście lat. Rząd narzucił na futai obowiązek podjęcia pracy właśnie w tym wieku, przy jednoczesnym kontynuowaniu nauki. Zresztą nawet gdyby mogła zrezygnować ze szkoły, matka nigdy by jej tego nie wybaczyła. Swój pierwszy dzień w pracy Jennishi pamięta tak dokładnie, jakby wydarzył się wczoraj. Kiedy usłyszała, czego od niej wymagano, ogarnęło ją przerażenie tak wielkie, że zapragnęła uciec. Stres związany z tym obowiązkiem, wszechobecna presja, wymóg zachowania milczenia i utrata kontroli nad własnym życiem przytłoczyły ją tak bardzo, że postanowiła się ukryć. Weszła na dach i schowała się za zbiornikiem na wodę. Mimo lokalizatora żołnierze nie potrafili jej odnaleźć w plątaninie ciemnych, wilgotnych korytarzy Tongi. Z pomocą przyszedł pan Taki. Chociaż w poszukiwania Jenny zaangażowało się wiele osób, to on ją odnalazł. Wizja zesłania na pewien czas do kolonii karnej nie przerażała dziewczynki z racji tego, że była nieletnia.
"Chcesz, żeby zesłali twoją matkę?" - pan Taki przypomniał jej wtedy, że konsekwencje może ponieść prawny opiekun.
Ten argument przemówił do Jennishi. Dobrowolnie wróciła do pracy, choć nie obyło się bez kary. Na szczęście, tylko finansowej. Babcia bardzo ubolewała nad tym, że musieli oddać telewizor. Później podniesiono zarobki futai i Jenny mogła kupić jej nowy.
- No przecież mamy telewizję. To nasze okno na świat - odezwała się w końcu Freya. - W szpitalach nie ma telewizorów?
- Jest jeden na salę. Na takim małym telefonie chyba każdy może oglądać, co chce - odpowiedziała Jenny.
- Dla mnie to jest uzależnienie, kiedy zamiast z kimś rozmawiać, wolisz oglądać filmy na telefonie. Przecież ty też masz komórkę. Możesz dzwonić i grać w gry - przypomniała babcia.
- Tylko dwie. Węża i spadające klocki. Oni muszą mieć tego więcej.
- A po co więcej? Spadające klocki są świetne. Sama często gram w przerwie od pracy.
- Patrzysz w telefon, zamiast rozmawiać z koleżankami?
Tym krótkim pytaniem Jennishi sprytnie wytknęła babci hipokryzję. Usłyszała, jak ta poruszyła się ponownie. Nim jednak wymyśliła jakąś ripostę, Nisha postanowiła interweniować.
- Zapomniałam wam pokazać, co dziś uszyliśmy w pracy! Zlecono nam nietypowy projekt. Ja zrobiłam wykroje - mówiła szybko, byleby ostatecznie zakończyć temat telewizorów i komórek.
Obok przepełnionej szafy stał rozkładany stolik, który w zależności od potrzeb robił za dodatkową półkę albo blat kuchenny. Obecnie prawie uginał się pod ciężarem stojących na nim plastikowych pudełek z lekami i przyprawami, kosmetykami, które nie mieściły się w łazience, oraz stosem notatek Jenny z lekcji angielskiego. To nie tak, że kobiety nie dbały o czystość. Starały się zachować porządek, ale było to bardzo trudne z racji małej przestrzeni. Aby umyć podłogę, musiały wynosić niektóre przedmioty na korytarz. Spomiędzy leżących na blacie rzeczy Nisha wygrzebała swoją torebkę. Wyciągnęła z niej breloczek i rzuciła go córce. Mimo swojego kiepskiego stanu Jenny złapała go w locie. Z zaskoczeniem odkryła, że była to mała maskotka przypominająca futai. Laleczka miała wyszywane, fioletowe oczy i białe włosy starannie wykonane z kawałków materiału. Była ubrana w ludowy ligvański strój. Do głowy figurki przymocowano metalowe kółko.
- A czemu ma to służyć? - zdziwiła się Jenny.
- Propagowaniu kultury. Rząd chce otworzyć sklepy z pamiątkami przy wszystkich muzeach oraz miejscach, które mogą zaciekawić turystów. Ludzie z Zachodu lubią takie breloczki. Mogą sobie przyczepić do toreb i plecaków - wyjaśniła.
- Spieszą się z tymi pamiątkami, zważywszy na fakt, że na początku wpuszczą tylko sześć wybranych osób - mruknęła Jennishi.
- Może, ale w radiu zapowiadali, że w tym miesiącu zniosą konieczność posiadania zezwolenia na podróże międzymiastowe. Nasi też będą przemieszczać się po kraju.
- Pokażcie mi ten breloczek! Ja też chcę zobaczyć! - zawołała zaciekawiona babcia.
Konrad obudził się koło dziesiątej. Miał za sobą bardzo intensywną noc. Do domu wrócił po trzeciej nad ranem. Głowa puchła mu od nadmiaru informacji, których jeszcze nie zdołał przetworzyć. Spał niespokojnie. Przewracał się z boku na bok męczony różnymi koszmarami. Śnił mu się wyjazd. Raz zgubił paszport, innym razem obce wojska zatrzymały go za przewóz czegoś nielegalnego. Teraz leżał, patrzył w popękany sufit i słuchał nierównego oddechu brata, który spał na łóżku pod oknem.
- To wariactwo - szepnął pod nosem.
Przetarł oczy i sięgnął po telefon, który leżał na szafce nocnej. Odblokował ekran, po czym wpisał w wyszukiwarce trzy wyrazy - "Wikipedia" oraz "tragedia w Futamie". Szybko odnalazł to, czego potrzebował. W napięciu zaczął czytać.
Tragedia w Futamie - wypadek jądrowy, który nastąpił 12 grudnia 2004 podczas defilady w Futamie. W następstwie niewyjaśnionej awarii doszło do detonacji głowicy jednej z prezentowanych na wydarzeniu rakiet. Wyemitowana w wyniku wybuchu radioaktywna chmura rozprzestrzeniła się na terenie Ligvashu, a także kilku innych państw Azji Środkowej. Wskutek tragedii doszło do śmierci około trzech tysięcy osób, w tym prezydenta i dyktatora Ligvashu Kerama Nursiego oraz jego najstarszego syna Kerama Dankiego Nursiego. Rząd Ligvashu nie udostępnił danych dotyczących liczby osób, które zmarły w wyniku przewlekłej choroby popromiennej. W związku z tragedią ewakuowano i przesiedlono ponad 250 tysięcy osób. Po śmierci głowy państwa i jego następcy rządy objął młodszy syn Kerama Nursiego - Lei Nursi.
- Nie śpisz już, prawda, Koni? - zapytał nagle Fabian.
Konrad przypuszczał, co miało na celu to pytanie. Młody widział, że nie spał. W końcu leżał na łóżku z telefonem w ręku. W głosie nastolatka wyczuł jednak skruchę.
- Nie, a co?
- Przepraszam za tamtą sytuację. Naprawdę chcę się poprawić. Obiecałem sobie, że wszystko odpracuję. Poszukam dorywczej pracy na magazynie albo...
- Nie, Fab. Przede wszystkim masz się uczyć. To jest teraz najważniejsze. I zerwij kontakt z tamtymi ludźmi. Wolę, żebyś pomagał babci. Bardziej dbał o dom. Częściej wynosił śmieci, robił zakupy, pranie i tak dalej - powiedział stanowczo.
Młodszy brat patrzył na niego podejrzliwie.
- Myślałem, że będziesz bardziej wkurzony - wypalił.
"Byłbym, gdybym wczoraj nie dostał propozycji, która zmieni nasze życie" - pomyślał Konrad, ale nie powiedział tego na głos.
- Złość tutaj nie pomoże. Musimy szukać innych rozwiązań. Zacznijmy od małych kroków. Pomóż babci przygotować śniadanie. Potem wypijemy kawę i o wszystkim porozmawiamy - zdecydował.
Młody poderwał się z łóżka, jakby dostał nowej energii. Pokiwał głową na znak, że akceptuje plan brata, po czym wyszedł z pokoju. Przez dobrą minutę Konrad siedział sztywno, wpatrując się w ścianę. Powinien uzupełnić swoją wiedzę na temat Ligvashu. No i wnikliwiej przeczytać program przesłany przez organizację odpowiedzialną za realizację projektu. Należało również powiadomić o wszystkim rodzinę. Po tym, jak ojciec ich porzucił, nie rozstawał się z rodzeństwem na dłużej niż tydzień. Ostatecznie stwierdził, że najlepszym pomysłem będzie po prostu prysznic.
- W łazience myśli się najlepiej - powiedział pod nosem.
Za piżamę służyły mu szare dresy i jasny podkoszulek. Chwilę pokręcił się po pokoju, aż w końcu znalazł bluzę. Założył ją, po czym wyszedł na korytarz. Tam spotkał siostrę. Po turbanie na włosach wywnioskował, że właśnie opuściła łazienkę.
- Już wolna? Mogę iść się myć? - zapytał.
- Możesz. A ochrzaniłeś już Fabiana?
- A co to ma do rzeczy?
- Chciałabym zobaczyć, jak to robisz. Nie wierzyłeś, gdy mówiłam, że ukradł mi pieniądze ze skarbonki.
Konrad westchnął ciężko. Z ogromnym trudem koncentrował się teraz na rzeczach, które w obecnej sytuacji traciły na znaczeniu.
- To nie tak, że ci nie wierzyłem. Po prostu nikt nie złapał go wtedy na gorącym uczynku. Nie można bez dowodów kogoś oczerniać.
- Ale moja intuicja okazała się słuszna - upierała się Laura.
- Obiecuję, że odzyskasz swoje pieniądze. Pogadamy o tym po śniadaniu, dobra?
Dziewczynka skrzywiła się nieco, ale ostatecznie kiwnęła głową. Konrad odetchnął z ulgą. Zamknął się w łazience, zdjął ubranie i rzucił je na zepsutą pralkę. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Czarny wąż oplatał całą rękę chłopaka od nadgarstka po ramię. Przeczytał kiedyś, że tatuaże nie są dobrze postrzegane w Japonii. Zastanawiał się, jak patrzy się na nie w Ligvashu.
- Kolejna rzecz do sprawdzenia - mruknął.
Wszedł pod prysznic. Strumień ciepłej wody nie przyniósł ukojenia. Konrad nie mógł zatrzymać gonitwy myśli. Czuł ekscytację pomieszaną z lękiem. Ledwie zdążył spłukać szampon, kiedy rozległ się dźwięk domofonu. Usłyszał kroki, najpewniej siostra poszła odebrać.
- Kto to?! - krzyknął przez drzwi, wycierając się pospiesznie.
- Jakaś dostawa. Może facet od nowej pralki? - odpowiedziała Laura.
Konrad przeklął pod nosem. Naciągnął na siebie dresy i podkoszulek, po czym wyszedł z łazienki. Otworzył drzwi. Spodziewał się mężczyzn wnoszących pralkę, zobaczył jednak chuderlawego młodzika trzymającego cztery torby z zakupami. W pierwszym odruchu wziął to za jakiś żart. Może kolesie, którym Fabian wisiał pieniądze, kupili coś z płatnością przy odbiorze?
- Ja nie zapłacę za te rzeczy. Niczego nie zamawiałem - odpowiedział.
Dostawca zerknął na ekran komórki.
- Pan Konrad Bury? - zapytał.
- Tak, to ja.
- Zamówienie zostało już opłacone.
W tym momencie chłopak miał pewność, kto za tym wszystkim stał.
- Rozumiem. Dziękuję - odpowiedział.
Wziął od mężczyzny zakupy, po czym przeniósł je do salonu. Laura była zajęta nakrywaniem do stołu, dlatego Konrad postawił siatki na stoliku przy kanapie.
- Co to jest? - zainteresował się Fabian.
Akurat wyszedł z kuchni z dwoma kubkami. Postawił je na stole, po czym podszedł do toreb.
- Prezent od Kraskiego - odpowiedział Koni.
- A od kiedy on daje ci prezenty?
- Od wczoraj.
Fabian spojrzał na brata z nadzieją, że rozwinie swoją wypowiedź, ale ten zabrał się do rozpakowywania zakupów. Dwulitrowe opakowanie lodów, kawa, syropy do kawy, mrożone steki, ryby, warzywa, słodycze...
- Widzę, że ten twój Kraski ma gest - stwierdził Fabian.
- Uwierz, że nie jest bezinteresowny.
Konrad przeniósł najważniejsze produkty do zamrażalnika. W tym czasie babcia nałożyła wszystkim sporą porcję jajecznicy. Kiedy wreszcie zasiedli do stołu, zapadła cisza. Zazwyczaj głośno dyskutowali przy posiłku. Teraz domownicy patrzyli na Koniego. Instynktownie czuli, że coś się zmieniło.
- Co się stało, wnusiu? Skąd te zakupy? - zapytała Jadwiga.
- Od mojego pracodawcy. Może najpierw zjedzmy, babciu, a potem wszystko wyjaśnię - zaproponował.
- Widzimy, że dzieje się coś dziwnego. Jesteś zdenerwowany. Wróciłeś nad ranem - powiedziała babcia.
- I nie ochrzaniłeś należycie Fabiana, chociaż wszyscy wiemy, że na to zasłużył - wtrąciła Laura.
- W sumie racja. Spodziewałem się porządnej zjebki - stwierdził Fabi, który najwyraźniej nie zamierzał iść w zaparte.
Jadwiga zrugała chłopaka za przekleństwo, a Koni zyskał chwilę, aby upić kilka łyków kawy.
- Dostałem propozycję od mojego przełożonego. To dość stresujące, ponieważ wiąże się z zagranicznym wyjazdem i w zasadzie pełnym udostępnieniem mojego wizerunku. Wyprawa ma trwać trzy miesiące, wymaga ode mnie dużego przygotowania. Oprócz stałej pensji Kraski zaproponował mi piętnaście procent od wyświetleń każdego filmu, który pojawi się na jego profilu z moim udziałem, oraz dodatkowo czterdzieści tysięcy złotych - powiedział na jednym wdechu.
Wszyscy patrzyli na niego oniemiali. Czekali, czy jeszcze coś doda, ale Konrad milczał.
- To chyba zajebiście? A dlaczego nie wyjedzie sam? Przez te swoje problemy, o których wcześniej mówiłeś? - zapytał Fabian.
Nie chciał wspominać o narkotykach przy Laurze.
- Dokładnie tak. W zasadzie to oferta tego wyjazdu zagubiła mu się gdzieś w natłoku innych maili. Kuba na nią natrafił. Nie było jeszcze za późno.
- To wspaniale. Gratuluję, wnusiu. Nie rozumiem tylko, dlaczego jesteś smutny?
Konrad spojrzał babci prosto w oczy. Przełknął kolejny łyk mocnej kawy i westchnął ciężko.
- Ponieważ będę musiał zdecydować się udostępnić swój wizerunek praktycznie całemu światu. To po pierwsze. Po drugie, to wyjazd do kraju, który przez ostatnie lata był całkowicie zamknięty dla turystów. Wysyłają nas do Ligvashu. Tam mamy nie tylko nakręcić treści na kanał, ale też wziąć udział w realizacji jakiegoś lokalnego programu. W zasadzie to nadal tego nie wiem. Pobieżnie przeczytałem te wszystkie papiery. Dziś muszę podjąć decyzję. W poniedziałek mam potwierdzić organizacji swój udział, wysłać skan paszportu i innych dokumentów, przeczytać jakieś umowy. Podpisać je. Ja nie wiem, co robię.
Gdy mówił, cały czas kurczowo ściskał widelec. Ten niekontrolowany gest miał mu pomóc w stłumieniu emocji.
- Cholera, Koni, ale się odwaliło - podsumował Fabian. - I co? Weźmiesz w tym udział?
- Czy tam dalej jest tak niebezpiecznie, wnusiu? Pamiętam, jak było głośno o wybuchu w Futamie. Mówili o tym w telewizji - powiedziała Jadwiga.
- Co to Ligvash? - zapytała Laura.
Koni nie wiedział, na które z tych pytań odpowiedzieć w pierwszej kolejności. Wtem ponownie zadzwonił domofon. Konrad wstał bez słowa, po czym podniósł słuchawkę.
- Halo?
- Dzień dobry, przywiozłem pralkę. Na które piętro wnieść?
Weekend minął Jennishi zdecydowanie zbyt szybko. Nastał poniedziałek, który miał być jej ostatnim dniem wolnym po operacji. We wtorek wpisano jej w grafik jedynie dawstwo szpiku. Mimo to nie miała ochoty wracać. Czasami marzyła, aby zaszyć się gdzieś daleko od wszystkiego i wszystkich. Charakter pracy i styl życia rzadko jej na to pozwalał. Dziewczynę łączyły dobre relacje z matką i babcią. Gdy jednak kobiety wyszły rano do pracy, odczuła wyraźną ulgę. W tym małym, ciasnym mieszkanku cisza oraz prywatność urosły do miana luksusu. Lubiła brać prysznic, kiedy była sama. Mogła swobodnie się rozebrać i zostawić ubrania na krześle. Łazienka była tak ciasna, że woda z umieszczonego nad toaletą natrysku opryskiwała wszystkie ściany, całą podłogę i umywalkę. Gdyby zostawiła tam ubrania i ręcznik, byłyby tak samo mokre. Zwykle ktoś jej je podawał - mama albo babcia. Podczas ich nieobecności Jenny mogła swobodnie chodzić nago.
Powietrze w łazience było lepkie i wilgotne. Gdy jednak odkręciła kurek z zimną wodą, momentalnie się wzdrygnęła. Przygryzła wargę, w pokorze znosząc chłód przeszywający drobne ciało. Spojrzała na bliznę na brzuchu. Nie było śladu po obrzęku sprzed kilku dni. Z pewnością ktoś jutro zdejmie jej szwy i wkrótce ciało wróci do pierwotnej formy.
- Jak zawsze - wypowiedziała na głos swoją myśl.
Na umywalce stały jedynie dwie butelki. Jedna z szamponem, druga z mydłem w płynie. Jenny sięgnęła po pierwszą. Ledwie zaczęła myć włosy, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. W pierwszej chwili pomyślała, że się przesłyszała, a gdy ktoś ponownie zastukał, wyszła z założenia, że któraś z domowniczek zapomniała jakiegoś przedmiotu.
- Jestem pod prysznicem! - krzyknęła.
Zarówno mama, jak i babcia miały własne komplety kluczy. Powinny więc wejść. Zamiast tego pukanie się nasiliło. Zaniepokojona Jennishi spłukała resztki szamponu, wyszła do pokoju i sięgnęła po ręcznik leżący na plastikowym stołku.
- Pani Mashen, prosimy otworzyć. Tu Raki Bork z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Druga część zdania zadziałała jak zastrzyk adrenaliny. Jenny aż wstrzymała oddech. Pospiesznie włożyła bieliznę i szarą, znoszoną sukienkę, którą przygotowała wcześniej. W panice rozejrzała się po wnętrzu, w którym panował nieład.
- Przepraszam, moment! - zawołała.
Agenci praktycznie nigdy nie zapuszczali się do Tongi. Mówiono, że ten kompleks był pod pewnymi względami ponad prawem. Oczywiście dopóty, dopóki nie działano w nim na szkodę państwa. Jenny pospiesznie rzuciła mokry ręcznik na podłogę w łazience i poprawiła kołdrę na łóżku babci. Potem z bijącym sercem otworzyła drzwi. Zobaczyła za nimi trzech mężczyzn, którzy bynajmniej nie pasowali do tego miejsca. Mieli idealnie przystrzyżone włosy, wyprasowane koszule oraz doskonale skrojone czarne marynarki. Nie przypominali wojskowych ani funkcjonariuszy patrolujących ulice. Jenny się domyśliła, że ma do czynienia z kimś wyższym rangą.
- Dzień dobry w Ligvashu, jak już mówiłem, nazywam się Raki Bork. Przydzielono mnie do pracy nad projektem OpenWorld organizowanym we współpracy z organizacją WTTA. Zapoznaliśmy się z pani kandydaturą. Możemy wejść?
Jenny wyobrażała sobie tę scenę dziesiątki razy. Nie sądziła jednak, że będzie tak przebiegać.
- Opatrzność nad nami czuwa. - Ukłoniła się uprzejmie. - Oczywiście. Proszę wejść.
Była bardzo zakłopotana. Liczyła, że o tej wizycie ktoś ją uprzedzi. Chociażby zadzwoni. Wtedy zapewne zdążyłaby pożyczyć krzesło od sąsiadów. Teraz musiała ratować się tym, co było pod ręką. Wskazała plastikowy taboret i materac na dole łóżka piętrowego.
- Przepraszam najmocniej. Nie zdążyłam się przygotować.
- To nic - odpowiedział Raki.
Wskazał swoim towarzyszom miejsce na materacu. Usiedli bez słowa, niczym dwa wierne psy. Byli bardzo wysocy i umięśnieni. Ich obecność wprowadzała niepokój.
- Napiją się panowie czegoś? Może zaparzę herbatę? - zaproponowała.
- Nie, nie. Nie ma takiej potrzeby - odpowiedział szybko Raki.
Jennishi przypuszczała, z czego wynikała tak gwałtowna odmowa. Zardzewiałe rury w Tondze raczej nie wpływały korzystnie na jakość wody. Ludzie z zewnątrz bali się tu jeść i pić.
- Dobrze. Rozumiem - odpowiedziała Jenny i z braku innego wyboru uklękła na podłodze przed mężczyzną.
Nie miała dodatkowych krzeseł, a stanie mogłoby zostać źle odebrane. W końcu nie chciała się stawiać ponad rozmówcą. Mężczyzna nie wyglądał jednak na zaskoczonego warunkami życia dziewczyny. Sięgnął do przewieszonej przez ramię torby, po czym wyjął z niej jakieś dokumenty.
- Jennishi Mashen, żeby nie trzymać pani dłużej w niepewności, chcieliśmy poinformować, że zapoznaliśmy się już z wynikami wszystkich egzaminów. Przeanalizowaliśmy również pani doświadczenie i kompetencje... - mówił spokojnie.
Fioletowe oczy dziewczyny zdawały się błyszczeć niczym dwa futamskie diamenty. Patrzyła na swojego rozmówcę kompletnie oczarowana.
- Naprawdę? - zapytała cicho, ponieważ nie potrafiła wykrztusić z siebie innej odpowiedzi.
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło. Poprawił ciemne okulary i spojrzał na Jenny zza sterty notatek.
- Naprawdę. I z radością możemy ogłosić, że została pani wytypowana do udziału w projekcie OpenWorld. To oczywiście oznacza wiele zmian. Musi pani zapoznać się ze szczegółami programu, przejść dodatkowe szkolenia, no i finalne skontaktować się z przydzielonym turystą.
Jenny poczuła, jakby ktoś zdjął jej z ramion olbrzymi ciężar. Była w programie, a to oznaczało jedno: koniec ze szpitalem. Przerwa na kilka miesięcy. Jako jedna z niewielu futai będzie mogła odpocząć od rządowych wymogów i spróbować zupełnie nowego życia. Nim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Stała w nich zdyszana Nisha. Z bandażem na twarzy, w fartuchu, z centymetrem krawieckim przewieszonym przez szyję. Najwyraźniej plotki w Tondze rozchodziły się jeszcze szybciej, niż sądziła Jennishi. Wystarczyło jedno spojrzenie przełożonego, aby siedzący na materacu mężczyźni wstali i ukłonili się przed kobietą. Raki Bork uczynił to samo.
- To zaszczyt. Pani z pewnością jest wdową po zmarłym generale Gaminie Mashenie - powiedział.
Jenny uniosła brew. Rzadko witano matkę z podobnymi zaszczytami. Dziewczyna wiedziała, że jej ojciec był wysoko postawionym wojskowym. W domu nieczęsto jednak o nim wspominano. Być może z powodu traumy. Tak twierdziła babka, kiedy Nisha tego nie słyszała. Jennishi wierzyła w tę teorię. W wyniku tragedii w Futamie matka straciła nie tylko zdrowie i urodę, ale także męża oraz przyjaciół. Nie wiedziała jeszcze wówczas, że była w ciąży.
- Dzień dobry w Ligvashu - rzekła Nisha, ignorując wzmiankę o generale. - Intuicja mi mówi, że przyszli panowie z dobrą nowiną.
Raki odpowiedział jej szerokim uśmiechem.
- Owszem. Proszę usiąść.
Chciał ustąpić jej miejsca, ale kobieta machnęła ręką, aby tego nie robił. Uklękła obok córki i w napięciu czekała na rozwój sytuacji.
- Mówiłem o tym, że pani córka dostała się do projektu OpenWorld. Dołączy do pięciu pozostałych przewodników, którzy zajmą się przyjęciem i oprowadzaniem turystów. Chcemy pokazać, jak obecnie wygląda nasz kraj. Ligvash jest postępowy. Pod rządami Leia Nuriego, naszego słońca i głowy narodu, bardzo się rozwinął. Wódz w swojej mądrości uznał, że to dobry moment na otwarcie się na świat. Chcemy pokazać innym naszą religię, kulturę, siłę, a przy tym zapewnić obywatelom nieco rozrywki. Nasza ekipa zmontuje z tego wydarzenia program, który będzie emitowany najpierw w ligvańskiej telewizji, a później zostanie sprzedany zainteresowanym krajom - wyjaśnił.
Chociaż Nisha to wszystko wiedziała, nie zamierzała mu przerywać. Od początku angażowała się i wspierała córkę w osiągnięciu celu.
- Lei Nursi jest niezrównany w swej mądrości - oznajmiła.
Jenny siedziała sztywno, obserwując wszystko w napięciu. Miała wiele pytań, ale nie chciała zasypać nimi mężczyzny. Ogarniał ją irracjonalny strach przed tym, że agenci się wycofają. Na tym etapie chyba by tego nie zniosła.
- Czy mój udział w projekcie jest pewny? To ostateczna decyzja? - zapytała z nadzieją.
- Oczywiście. W zasadzie to jest pani pierwszą osobą, do której przyszliśmy z tą radosną informacją.
- Pierwszą? To przypadek?
- Skądże. Po prostu pani sytuacja wymaga od nas szczególnego zaangażowania.
- Ponieważ jestem futai?
- Nie. Od początku chcieliśmy futai w projekcie. Rozważaliśmy liczne kandydatury. W mojej opinii i wielu innych osób pani prezentowała się najlepiej. Kontrowersje wzbudziła Tonga... - Raki przeniósł wzrok na Nishę. - Generałowo, z tego, co mi wiadomo, po tragedii w Futamie dostała pani odszkodowanie po mężu. Może nie olbrzymie, ale pozwoliłoby na godziwy byt. Dlaczego nie zdecydowała się pani zamieszkać w innym miejscu?
Jennishi drgnęła. Współczuła matce. Wiedziała, że te pytania są dla niej bardzo trudne. Raki Bork rzucał jednak nimi swobodnie, jakby rozmawiali o pogodzie. Uśmiech wciąż nie schodził z jego pociągłej twarzy.
- Nie chciałam wystawiać twarzy na widok publiczny. Kiedyś byłam baleriną. To właśnie ciało stanowiło główne narzędzie mojej pracy. Straciłam wszystko i wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zamieszkałam tutaj, w Tondze, wśród ludzi ubogich, ale zdyscyplinowanych i ciężko pracujących. Przyuczyłam się nowego fachu. Pieniądze zainwestowałam w edukację córki. Chciałam ją wykształcić. Jenny już od najmłodszych lat uczęszczała na lekcje angielskiego. Posłałam córkę do dobrej szkoły - mówiła Nisha, a jej głos brzmiał dumnie i pewnie.
- I to postawa godna szlachetnej ligvańskiej obywatelki. - Raki aż klasnął w dłonie. - Chodzi o to, że jednym z elementów programu jest przyjęcie zagranicznego gościa we własnym domu. Część osób z komisji zauważyła, iż warunki bytowe Jennishi nie odpowiadają wymaganym standardom.
- W formularzu zgłoszeniowym nie było żadnych informacji dotyczących takich wymagań - powiedziała Jenny.
Później pożałowała tych słów. Bała się, że weszła mężczyźnie w słowo, a ten źle to odbierze. Na szczęście uśmiech nadal nie schodził z ust Rakiego.
- Owszem. Mimo to mamy nasze wewnętrzne preferencje. Nie zmienia to faktu, że została pani wybrana i ta decyzja nie ulegnie zmianie. Po omówieniu wszystkiego z komisją podjęliśmy decyzję o przydzieleniu państwu nowego lokalu. Na początku na pół roku. Z możliwością przedłużenia.
Raki wyjął z torby teczkę. Otworzył ją i szybko odszukał dwie identyczne broszury. Jedną podał Jenny, drugą Nishy. Już na pierwszej stronie widniało estetyczne zdjęcie przedstawiające nowoczesne osiedle położone niedaleko centrum Murongu. Jasne wieżowce przypominały pałace w zestawieniu z brudną zabudową Tongi. Otaczały je zielone ogrody, a o ile można było wierzyć informacjom w opisie, na terenie obiektu znajdowały się korty tenisowe, dwa place zabaw i boisko do koszykówki.
- Zdjęcia wnętrz są na stronie piątej - podpowiedział Raki, najwyraźniej dobrze zaznajomiony z treścią broszury.
Jennishi przewróciła kartki. Jej wzrok od razu zatrzymał się na jasnym salonie z otwartą, w pełni wyposażoną kuchnią. Panował w nim idealny porządek. Na blacie stały toster, czajnik elektryczny i pojemnik na noże. Meble w salonie wykonano z bambusa. Na stoliku kawowym ułożono stosik czasopism, a na ścianie wisiał pokaźny telewizor z płaskim ekranem. W Tondze nikt takiego nie miał.
- Obawiam się, że nas na to nie stać - oznajmiła Jenny, na co mężczyzna machnął ręką.
- O to proszę się nie martwić. Współtwórcy projektu z ligvańskiej strony dysponują budżetem potrzebnym na poprawę wizerunku uczestników. Sporządzimy umowę najmu, ale nie oczekujemy zapłaty pieniężnej.
- A czego oczekujecie? - zapytała Nisha.
- Dyskrecji. Zależy nam na utrzymaniu narracji, że pani dostała to mieszkanie wcześniej jako żona zmarłego generała. Nie chcemy, żeby ktoś pomyślał, że wasza rodzina przeniosła się tam jedynie na potrzeby realizacji projektu.
Jenny spojrzała na matkę. Chociaż bandaże skutecznie zasłaniały mimikę jej twarzy, potrafiła odczytać pewne emocje na podstawie detali. Kiedy kobieta się denerwowała, spinała mięśnie i zaciskała dłonie w pięści. Teraz jej ciało wyglądało na zrelaksowane.
- Oczywiście. Państwo przydzieliło mi mieszkanie jako żonie zmarłego generała - powtórzyła takim tonem, że trudno było odgadnąć, czy ironizuje, czy też nie. - A wzięto pod uwagę, że mieszka z nami także moja matka, babcia Jenny?
- Naturalnie.
Raki wyciągnął dłoń, aby kobieta podała mu ulotkę. Szybko odnalazł ilustrację przedstawiającą wizualizację mieszkania z góry. Miało dwie sypialnie, obszerny salon połączony z kuchnią, balkon i osobne łazienkę oraz toaletę.
- To dokładnie to mieszkanie. Pięćdziesiąt metrów w eleganckiej dzielnicy Golden City. Jeśli zgodzi się pani dzielić z matką sypialnię, myślę, że nie będzie problemu. Wstawimy dwa pojedyncze łóżka.
Siedzący na materacu mężczyźni prychnęli. Ledwo słyszalnie, a jednak Jenny wychwyciła tę szyderczą nutę. Trudno było udawać, że nie czuje się ciasnoty ich aktualnego lokum, nie widzi biedy i nie słyszy okrutnego warkotu wentylatora.
- Oczywiście, jest też klimatyzacja - podkreślił Raki.
- Dziękujemy za hojność. Po prostu nasza rodzina liczy trzy osoby i chciałam wiedzieć, czy w takiej sytuacji możemy przeprowadzić się razem - powiedziała Nisha.
- To już znacie odpowiedź. Widzicie notatkę w dolnym rogu? Tam zapisałem dokładny adres i godzinę. Proszę się jutro stawić o wyznaczonej porze.
- A co z naszym obecnym mieszkaniem? - zapytała Jenny.
- Państwo nie ingeruje w kwestie mieszkaniowe Tongi. Chyba nic mu się nie stanie, jeżeli postoi trochę puste, prawda? - Puścił jej oczko.
Jennishi pokiwała głową. Nie potrafiła jednoznacznie wyjaśnić dlaczego, ale radość mieszała się u niej z niepokojem. W świecie, który znała, nikt nie rozdawał rzeczy za darmo. I chociaż teoretycznie włożyła dużo pracy, aby zakwalifikowano ją do programu, rządowi mogło to nie wystarczyć. Musiała znać pełne oczekiwania państwa.
- Bardzo dziękujemy. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mnie wybrano. Mam mętlik w głowie i sporo pytań dotyczących głównie poszczególnych etapów projektu.
- Niech się pani nie martwi. To naturalne. Przygotowaliśmy specjalne indywidualne szkolenia dla przewodników wybranych w projekcie OpenWorld. Proszę stawić się jutro o dwunastej pod wyznaczonym adresem po odbiór kluczy. Będę dostępny na miejscu wraz z panią z administracji osiedla. To bardzo ważne, żebyście przyzwyczaiły się do nowego domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki