I. Witamy w Ligvashu
Murong, Ligvash
Tego dnia w autobusie panował
okropny ścisk. Blaszana puszka, wypełniona ludźmi, ich oddechami i zmartwieniami, w końcu ruszyła. Jennishi musiała stanąć na palcach, by
dosięgnąć metalowego uchwytu. Zagryzła zęby, aby nie syknąć z bólu.
Skóra na jej brzuchu napięła się nieprzyjemnie.
- Niech pani usiądzie, futai - usłyszała obcy głos.
Mężczyzna w średnim wieku wstał z fotela, aby ustąpić jej miejsca.
Jennishi nie lubiła, gdy nieznajomi się tak do niej zwracali. To
określenie przypominało dziewczynie, że była inna. Czasem wolała o tym
zapomnieć. Mimo to obdarowała współpasażera uśmiechem.
- Dziękuję - odpowiedziała i opadła na fotel.
Z przewieszonej przez ramię torby wyjęła zeszyt. Przekartkowała go i szybko znalazła zapiski, które powinna przeczytać przed dzisiejszym
egzaminem. Szczególny nacisk kładła na naukę tak zwanych słów
zastępczych. W rozmowie z obcokrajowcami nie można było nazywać bólu
bólem. To był silny dyskomfort. Smutek należało zastąpić wyrazem
"zaniepokojenie". Chociaż użycie tego określenia także zależało od
kontekstu. Na kolejnej stronie Jennishi zanotowała przykładowy dialog.
Zdanie "Martwię się, że mojej rodzinie zabraknie pieniędzy na opłacenie
rachunków" z użyciem słów zastępczych brzmiało: "Zastanawiam się, czy
obecna sytuacja rodzinna pozwoli na tak swobodne pokrycie kosztów
związanych z utrzymaniem, jak miało to miejsce do tej pory". W podręcznikach przypominano, by zawsze szukać pozytywów. W tym wypadku
pozytywem był fakt, że dotychczas nie natrafiono na trudności związane z opłaceniem rachunków.
- Mamo, zobacz! - Nagle rozległ się dziecięcy głosik.
Jennishi podniosła wzrok znad zeszytu i dostrzegła chłopca siedzącego po
drugiej stronie pojazdu. Wskazywał na nią palcem. Matka kilkulatka
szybko zareagowała. Pochyliła się nad synem i szepnęła mu coś do ucha.
Jennishi pokręciła głową. Wiedziała, że białe włosy i fioletowe oczy
wyróżniały ją z tłumu. Dzieci często nie potrafiły zapanować nad swoją
ciekawością. Za zbyt wścibskie pytania groziły jednak kary. Dorośli bali
się, że ktoś na nich doniesie. Co prawda obywateli rzadko spotykały
takie represje, jak kilkadziesiąt lat temu, ale nikt nie chciał spędzić
miesiąca czy dwóch w kolonii karnej. Gdy autobus przystanął na
światłach, a Jennishi spuściła na moment wzrok, zrozumiała, że tym, co
zwróciło uwagę chłopca, nie był wcale kolor jej włosów. Na białej,
świeżo wyprasowanej koszulce dziewczyny pojawiła się szkarłatna plama.
Jeden ze szwów musiał puścić. Dziewczyna przeklęła w myślach.
Pospiesznie schowała zeszyt do torby. Nie chciała pobrudzić stron.
Sięgnęła do kieszeni marynarki w nadziei, że znajdzie tam jakąś
chusteczkę. Nic z tego. Chociaż w autobusie panował zaduch, zapięła
guziki marynarki, by choć trochę ukryć plamę. Oparła czoło o szybę.
Patrzyła na mijane budynki, drzewa, autobusy, pojedyncze samochody i ludzi na rowerach. Musiała wytrzymać. Chociaż na tym etapie powinna już
przywyknąć do bólu, czasami wciąż był dla niej trudny, szczególnie kiedy
wiązał się z upokorzeniem. Jennishi nie lubiła sytuacji, w których obcy
ludzie widzieli ją w chwilach największej słabości. Teraz myślała tylko
o tym, co zrobią egzaminatorzy, gdy zobaczą, w jakim jest stanie.
Najbardziej bała się, że zostanie wyproszona z sali.
- Proszę, futai - odezwała się pasażerka podróżująca z dzieckiem.
Jennishi oderwała wzrok od szyby. Autobus zatrzymał się na kolejnym
przystanku. Kobieta z dzieckiem najpewniej chciała wysiąść, jednak nim
to zrobiła, podała dziewczynie haftowaną chusteczkę.
- Dziękuję - szepnęła Jennishi, z zażenowania spuszczając wzrok.
Gdy tylko kobieta wysiadła, Jennishi dyskretnie wsunęła złożoną
chusteczkę pod bluzkę. Skrzywiła się, czując wilgotny opatrunek. Zostały
dwa przystanki. Musiała przetrwać. Do końca trasy nie utrzymywała z nikim kontaktu wzrokowego. Gdy wreszcie wstała, szybko zagryzła zęby,
starając się przybrać neutralny wyraz twarzy. Poprawiła marynarkę i z kieszeni wyjęła odliczoną kwotę. Podała drobne kierowcy, pozdrowiła go
uśmiechem, po czym wysiadła z pojazdu. Ciepłe powietrze nie przyniosło
jej ulgi. Zdawało się lepkie, duszące. W normalnych okolicznościach
rozpięłaby kilka guzików. Niestety, nie mogła. Pewnym krokiem ruszyła
przed siebie. Egzamin odbywał się w dawnej podstawówce Jennishi.
Doskonale znała rozkład pomieszczeń i liczyła, że zdąży skorzystać z łazienki. Gdy tylko weszła na teren szkoły, usłyszała za sobą znajomy
głos.
- Jenny!
Obróciła głowę i dostrzegła mężczyznę siedzącego na ławce pod drzewem.
Pozostali szli prosto do budynku, ale on ewidentnie kogoś wypatrywał.
Gdy wstał i zaczął iść w kierunku dziewczyny, ta uświadomiła sobie, że
czekał właśnie na nią.
- Cześć, Vash - powitała mężczyznę, ale bez entuzjazmu.
Chociaż nigdy tego nie przyznała, nie przepadała za Vashem. Znali się z pracy. Ona była pomocą lekarską, on młodym lekarzem. W szpitalu widywali
się regularnie, ale poza nim Jennishi nie chciała mieć z Vashem nic
wspólnego. Widywał ją w stanie, w którym wolała nie być oglądana. W sytuacjach prywatnych pragnęła o tym zapomnieć.
- Zastanawiałem się, czy przyjdziesz na egzamin - powiedział z troską w głosie.
Jennishi nie potrafiła stwierdzić, czy szczerze się o nią martwił. Gdy
jednak Vash na moment położył dłoń na jej ramieniu, przebiegł ją
nieprzyjemny dreszcz.
- Dlaczego miałabym nie przyjść? - zapytała.
Vash rozejrzał się na boki, jakby sprawdzał, czy ktoś ich nie
podsłuchuje. Gdy miał pewność, że nikogo nie ma w pobliżu, podszedł do
niej jeszcze bliżej. Przewyższał Jennishi o głowę. Uniósł jej podbródek,
tym samym zmuszając, aby spojrzała mu w oczy. Był to gest krótki, z pozoru delikatny, a jednak pełen władczości.
- Bo przedwczoraj miałaś operację.
- Nie pierwszą. Nie ostatnią. Zresztą skąd możesz wiedzieć, skoro
szefostwo dało ci urlop? Od dwóch dni odpoczywasz i zapewne powtarzasz
do egzaminu - powiedziała.
- Nim poszedłem na urlop, spojrzałem w grafik. Operował Tan Samin.
Wiesz, że sprzeciwia się, aby futai uczestniczyli w projekcie. Nie
zrozum mnie źle, ale...
- Dlatego tak beznadziejnie mnie zszył? - wypaliła Jennishi, nim zdążyła
ugryźć się w język.
Natychmiast pożałowała tych słów. Bynajmniej nie dlatego, że zostały
wypowiedziane ze złością. Po prostu niechcący poinformowała Vasha o swoim małym problemie. Szybko dostrzegła konsternację na jego twarzy.
- Szwy puściły? - zapytał, jeszcze bardziej pochylając się nad
dziewczyną.
Nie potrafiła rozróżnić, czy przemawiała przez niego nadzieja, czy też
troska.
- Jeśli puściły, powinnaś wrócić do szpitala, Jenny - dodał, gdy nie
doczekał się odpowiedzi.
- Nawet jeżeli puszczą, nic mi się nie stanie. Rząd dopuścił do tego
programu futai. Gdyby Tan Samin wygłaszał publicznie swoje poglądy,
mógłby mieć problemy. I nie będzie miało znaczenia, jak dobrym jest
chirurgiem - orzekła stanowczo.
Wyminęła Vasha i pewnym krokiem ruszyła w stronę szkoły. Tuż obok
budynku widniał maszt z ligvańską flagą. Białą, niczym włosy futai, z fioletowym rombem pośrodku. Jennishi przyspieszyła, chociaż poruszanie
się sprawiało jej ból. Ledwie przystanęła na schodkach, a Vash ją
dogonił.
- Nie chciałem cię urazić.
Teraz obserwowali ich strażnicy strzegący wejścia do budynku. Jennishi
było to na rękę, gdyż miała pretekst, by uciąć wszelkie szpitalne
tematy. Udział w projekcie miał pozwolić jej odetchnąć. Choć na chwilę
zdystansować się od monotonnej, bolesnej codzienności.
- Wiem, po prostu nie chcę się spóźnić na egzamin - powiedziała.
Nie patrzyła na Vasha. Zaczęła przeszukiwać torebkę, aż w końcu wyjęła
dokumenty.
- Dobry dzień w Ligvashu - powitała strażników.
- Opatrzność nad nami czuwa. Czy możemy poprosić dokumenty, futai? -
Wyższy mężczyzna w mundurze zwrócił się do dziewczyny.
W odpowiedzi podała im granatową książeczkę. Z perspektywy obcokrajowca
umięśniony żołnierz z karabinem mógł wyglądać groźnie, jednak na
pracownikach ligvańskiego szpitala taki widok nie robił wrażenia.
- Jennishi Mashen. Lat dwadzieścia jeden. Pomoc lekarska - przeczytał
mężczyzna, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. -
Życzę powodzenia. Prawdopodobnie futai są pożądani w projekcie -
oznajmił i odhaczył jej nazwisko w tabeli, po czym oddał dokumenty.
Jennishi mogłaby przysiąc, że słyszy, jak oddech Vasha przyspieszył.
- Gdzie to, do cholery, jest... - mamrotał pod nosem, szukając dokumentów
w skórzanej torbie.
Nie czekając na niego, Jennishi przeszła do holu, gdzie gromadzili się
pozostali zdający. Na tablicy powieszono kartkę z rozpiską sal. Stała
przed nią grupka ludzi sprawdzających, do jakiego pokoju powinni się
udać.
- Jenny, zaczekaj! - zawołał Vash.
Ci, którzy jeszcze przed chwilą nie dostrzegali pojawienia się Jennishi,
odruchowo spojrzeli w jej kierunku. Zmutowane dzieci osób ocalałych po
tragedii w Futamie traktowano z należytym szacunkiem. Szczegóły
działalności futai obejmowała tajemnica państwowa. Wszyscy dostrzegali
ich odmienny wygląd, wiedzieli, że robą coś ważnego i są cenni dla
rządu, ale nikt nie chciał zanadto się do nich zbliżać. Czasem Jenny
zastanawiała się, czy to wykluczenie społeczne wynikało z charakterystycznych dla Ligvańczyków dyskrecji i taktu, czy może ze
strachu. Bywały dni, kiedy marzyła, by ktoś się przed nią otworzył, ale
ludzie rzadko mówili przy futai o prywatnych sprawach. Tak jakby
obawiali się, że przypadkiem wejdą na tematy objęte tajemnicą rządową, a za to groziły kary. Jenny wolała nawet nie myśleć, jakie konsekwencje by
ją spotkały, gdyby powiedziała kilka słów za dużo. Na przykład o swojej
pracy. Zastanawiała się, jak wygląda codzienność innych futai.
Wiedziała, że były dzielnice, w których ludzie przywykli do ich
obecności. Najczęściej widywano futai przy szpitalach albo obiektach
wojskowych. W tym okręgu niewielu z nich zapisało się na egzamin. Na
pierwszym etapie Jennishi widziała jeszcze dwie osoby takie jak ona, nie
miała jednak pewności, czy przeszły dalej.
- Dziękuję. - Kiwnęła głową w stronę dziewczyn, które ustąpiły jej
miejsca.
Szybko odnalazła na liście swoje nazwisko. Przydzielono ją do sali
dwadzieścia dwa. Niestety, Vash miał zdawać w sąsiedniej, dwadzieścia
trzy. Kiedy Jennishi odsunęła się od tablicy, ponownie złapał ją za
ramię.
- Hej, jesteś na mnie zła? - zapytał.
Miała ochotę przytaknąć. Powstrzymała się jednak przed tym gestem, bo
Vash zacząłby drążyć temat. Nie chciała drażnić chłopaka. Po prostu
wolała zostać sama. Denerwowało ją, że zadawał niewygodne pytania i podnosił głos, jeszcze bardziej zwracając na nich uwagę. Jennishi czuła
na sobie ciekawskie spojrzenia. Próba spławienia Vasha zakończyła się
niepowodzeniem.
- Chodź - powiedziała cicho.
Do egzaminu pozostało jakieś piętnaście minut. Poprowadziła więc
chłopaka do ciemnej wnęki znajdującej się na końcu korytarza, niedaleko
sali dwadzieścia dwa. Jennishi celowo stanęła za wysoką paprotką.
Przesuszona roślina stanowiła barierę pomiędzy nią a Vashem.
- Wiedziałeś, że Tan Samin będzie próbował spaprać sprawę w nadziei, że
nie pojadę na egzamin. Nie powiedziałeś mi o tym.
- Rany, Jenny, nie mogłem nic zrobić w tej kwestii. - Złapał się za
głowę.
- Oczywiście, że mogłeś.
- Na przykład co, Jenny?
- Na przykład wziąć za niego ten dyżur i przeprowadzić operację. Mogłeś
również wynieść dla mnie więcej leków przeciwbólowych. Wiesz, że pod tym
względem on jest bardzo skąpy. Ja czuję ból, jak każdy człowiek. Nie
zapominaj o tym.
Vash otworzył usta, aby coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął.
Ewidentnie bił się z myślami.
- Zrozum mnie, Jenny. Nie mogę tak po prostu podważać decyzji ordynatora
- rzekł w końcu.
- A ordynator nie może tak po prostu podważać decyzji podjętych przez
rząd. Futai mogą brać udział w programie. Stanowimy część kultury tego
kraju. Nasza rola jest ważna.
Chłopak kiwał głową na znak, że się z nią zgadza, ale Jennishi mu nie
ufała.
- Powiedz mi chociaż, jak się czujesz. Mówiłaś, że coś spaprał.
W odpowiedzi dziewczyna wsunęła dłoń pod bluzkę i wyjęła spod niej
prowizoryczny opatrunek. Krew zaczęła już krzepnąć. Bez słowa podała
chusteczkę Vashowi. Chłopak nawet się nie skrzywił. Ku zdziwieniu
Jennishi tak po prostu włożył zakrwawioną tkaninę do kieszeni. Tak jakby
była jakimś trofeum. Tkwili w niezręcznej ciszy, dopóki nie rozbrzmiał
dzwonek. Na korytarzu zapanowało poruszenie.
- Chodź. Zaczęli wpuszczać do sali - oznajmiła Jennishi.
Ruszyła w stronę pomieszczenia, ale nawet nie spojrzała, czy Vash za nią
szedł. Wiedziała, że tak było. Już od dłuższego czasu podążał za nią jak
cień.
Warszawa, Polska
Konrad jeszcze bardziej odsunął tapczan, chociaż na tym etapie już
wiedział, że nic pod nim nie zobaczy. Granatowa kosmetyczka zniknęła, a wraz z nią dziesięć tysięcy. Znalazł tylko pomiętą chusteczkę, zbite
kłębki kurzu i bilet autobusowy. Oddychał ciężko, próbując zapanować nad
emocjami.
- I co? Jest? - usłyszał za sobą niski, kobiecy głos.
Odgarnął z twarzy przydługą grzywkę i obejrzał się, aby spojrzeć na
babcię. Stała w progu w tej swojej granatowej podomce, którą Konrad
pamiętał jeszcze z dzieciństwa. Krzyżowała ręce na piersiach i marszczyła czoło. Po jej minie chłopak wiedział, że już przeczuwała, co
się stało.
- Pewnie Fabian zabrał kasę. - Nagle do pokoju wparowała dziesięciolatka
i stanęła tuż obok babci z równie posępną miną.
Konrad wstał. Otrzepał kolana z kurzu, po czym spojrzał na siostrę.
- Skąd wiesz? - zapytał.
- Bo wcześniej ukradł stówę z mojej skarbonki i próbował zwalić winę na
moją kumpelę.
- Laura, ale za kanapą mieliśmy odłożone dziesięć tysięcy na czarną
godzinę.
- Najwyraźniej nasz brat się rozkręca - oznajmiła i skrzyżowała ręce na
piersiach, podobnie jak jej babcia.
Wtem w kieszeni Konrada zawibrowała komórka.
- Mam nadzieję, że to Fabian w końcu oddzwania, bo mamy do pogada... -
Przerwał, gdy na wyświetlaczu zobaczył napis "Kuba praca". - Hej, stary.
Wybacz, ale nie za bardzo mogę teraz rozmawiać - powiedział po tym, jak
odebrał.
- Słuchaj, tak się składa, że mamy awaryjną sytuację. Chciałbym, żebyś
przyjechał teraz na Mokotów. To naprawdę pilne.
Konrad przeklął pod nosem. Znerwicowany krążył po pokoju.
- Kuba, zepsuła nam się pralka. Do tego nie mogę znaleźć kasy i...
- Kraski kupi ci nową pralkę. Będzie na jutro. Prawda, Kraski?
Konrad usłyszał jakieś mruknięcie, które najwyraźniej było
potwierdzeniem.
- Na pewno? To brzmi, jakby u was było bardzo źle.
- Nie, nie jest źle. To znaczy, nie jest też jakoś dobrze.
Powiedziałbym, że tak jak zwykle. Po prostu Kraski zapomniał o jednej
propozycji.
Konrad podszedł do okna i odsunął firankę. Nie chciał patrzeć na babcię
ani siostrę, gdy rozmawiał przez telefon. Zdecydowanie bardziej wolał
utkwić wzrok w smutnym praskim osiedlu.
- Pamiętasz, że oficjalnie jestem jego montażystą? Nie jakimś
asystentem.
- No niby tak. U mnie było podobnie, ale wiesz, jak to wygląda w praktyce. To co? Przyjedziesz na Mokotów?
- A obiecujesz, że Kraski kupi tę pralkę? To naprawdę problem, stary.
- No, jasna sprawa, że kupi. Zaraz przeleje ci też za Ubera.
Jeszcze kilka sekund po skończonej rozmowie Konrad patrzył w okno.
Powinien szukać brata. Ustalić, w co tym razem się wplątał. Fabian może
i skończył osiemnaście lat, ale postępował jak dojrzewający nastolatek.
- Przepraszam. Będę musiał wyjść. Wiem, że jest problem, ale go
rozwiążę. Na jutro będzie nowa pralka - wyrzucił z siebie potok słów,
gdy ponownie spojrzał w oczy babci.
- No dobrze, ale co z Fabianem? On naprawdę zabrał ci te pieniądze? -
zapytała seniorka.
Te słowa bolały bardziej, niż chłopak mógł przypuszczać. To nie on
powinien odpowiadać na podobne pytania, a jego ojciec. Najchętniej
sprowadziłby go tu i zapytał, dlaczego po śmierci matki wyjechał do
Holandii, a potem stopniowo zapominał o dzieciach. Konrad miał dopiero
dwadzieścia trzy lata. Wolałby studiować, odkrywać siebie. Zamiast tego
musiał zostać głównym żywicielem rodziny. Po prostu nie było innego
wyjścia.
- Nie wiem. Myślę, że jest to możliwe. Napiszcie mi, jeśli w końcu raczy
oddzwonić. Każcie mu natychmiast wracać do domu.
Wyminął babcię i siostrę, po czym wyszedł na korytarz. Boazeria oraz
perski dywan w przedpokoju przypominały jeszcze czasy PRL-u. Konrad
podniósł pęk kluczy ze stojącej na komodzie kryształowej misy. Kiedyś, w lepszych czasach służyła za popielniczkę. Ją również pamiętał z dzieciństwa.
- To Kraski kupi nam pralkę? - ożywiła się Laura. - Jak powiem o tym
moim koleżankom, to padną. Ostatnio oglądały jego vloga z podróży do
Chin. Tej, którą odbył autostopem. Nie chciały wierzyć, że mój brat dla
niego pracuje. A potem zobaczyły nasze nazwisko w napisach. Gdybyś tylko
widział ich miny!
Konrad westchnął ciężko. Pospiesznie narzucił na siebie skórzaną kurtkę
i zasznurował glany.
- Kraski nie jest taki, na jakiego kreuje się w internecie - uciął
oschle, po czym otworzył drzwi. - Absolutnie nie czekajcie na mnie z kolacją. Myślę, że trochę nam tam zejdzie.
Babcia powiedziała coś o tym, żeby się nie przemęczał. Do chłopaka nie
docierały jednak te słowa. Czujka od razu wyłapała ruch i na obskurnej,
pobazgranej graffiti klatce schodowej rozbłysło światło. Konrad obrzucił
nienawistnym spojrzeniem ścianę, z której płatami schodziła farba. Nie
pamiętał, kiedy ten budynek był remontowany. Ruszył w stronę drzwi
wyjściowych, ale zatrzymał się, gdy dostrzegł kogoś na schodach. W pierwszym momencie pomyślał, że znów zakradł się tutaj jakiś bezdomny.
Później usłyszał cichy szloch. Zakapturzona postać siedząca na ostatnim
stopniu nie musiała pokazywać twarzy. Konrad już wiedział, kim była.
- Dlaczego nie odbierasz naszych telefonów i nie odpisujesz na
wiadomości? - zapytał oschle.
Fabian próbował coś powiedzieć, ale wydał z siebie tylko niewyraźny
bełkot. Konrad raptownie uklęknął przy bracie. Nie czuł alkoholu.
Jedynie ostry zapach fajek. Ujął w dłonie twarz chłopaka. Łzy spływały
po jego policzkach.
- Dlaczego ukradłeś moje pieniądze? - próbował zadać to pytanie tak
łagodnie, jak tylko potrafił.
- Nie ukradłem. Ja... Ja je tylko pożyczyłem - wychlipał.
- Obaj wiemy, że to nieprawda. Dlaczego to zrobiłeś?
Ortalionowy dres i łysa głowa w teorii miały nadawać Fabianowi groźny
charakter. Starszy brat jednak wciąż widział w nim małego chłopca.
Szczególnie teraz, gdy tak się trząsł i próbował wydukać jakieś
wyjaśnienie.
- Bo miałem długi. Ale... Wszystko oddam!
Konrad delikatnie złapał Fabiana za ramiona, po czym spojrzał mu w oczy.
Jeszcze kilka minut temu był bezgranicznie wściekły, teraz ten gniew w nim topniał.
- Powiedz szczerze, Fab. Oddałeś wszystko?
Chłopak przetarł nos rękawem i przecząco pokręcił głową.
- Ile jeszcze?
- Pięć koła.
- Na pewno?
- Tak! - załkał Fabian.
- Jeżeli jest tego więcej, musisz mi teraz powiedzieć. Pomyśl o babci i Laurze. One też muszą godnie żyć. Mieszkanie się sypie. Dziś padła
pralka.
- Zostało tylko pięć tysięcy. Przysięgam.
Telefon zawibrował w kieszeni Konrada. Na wyświetlaczu znów widniało
"Kuba praca". Przeklął cicho.
- Idź do domu. Zjedz kolację. Nie wychodź i nie rób niczego głupiego.
Pomogę ci spłacić resztę, a ty to odpracujesz.
Fabian zaczął płakać jeszcze głośniej.
- Mówię prawdę, Koni. Naprawdę. Obiecuję. Oddam wszystko. Już będzie
lepiej.
Konrad obserwował, jak jego młodszy brat wstaje i na drżących nogach
wraca do mieszkania. Czy mu ufał? Niekoniecznie. W obecnej sytuacji czuł
jednak, że nie może zrobić nic więcej. Poczekał, aż drzwi za młodym się
zamkną. Potem wyszedł przed klatkę. Sprawdził w aplikacji połączenia.
Autobus odjeżdżał za pięć minut.
- Cholera - warknął i szybkim krokiem ruszył w stronę przystanku.
Krople deszczu smagały go po karku, ale nawet nie myślał, by wrócić po
parasolkę. Minął ogródek z kapliczką pamiętającą pewnie jeszcze schyłek
wojny, poszedł na główną ulicę i zaczął biec, widząc nadjeżdżający
autobus. Do pojazdu wsiadł zdyszany. Opadł na pierwsze wolne siedzenie.
Po przejechaniu kilku przystanków napisał Kubie wiadomość. Tłumaczył, że
miał poważną rozmowę z bratem, a później długo czekał na Ubera. Nie
przyznał się, że pieniądze przesłane na taksówkę wolał zachować na
czarną godzinę. Wysiadł pół godziny później. Skręcił za przystankiem i dostrzegł znajomą bramę prowadzącą na strzeżone osiedle. Przywitał się
ze strażnikiem. Zaczął tłumaczyć, gdzie idzie, ale ten go rozpoznał.
- Dobry wieczór. Pan pewnie pod sześćdziesiątkę? - Poczciwy senior
uśmiechnął się, skubiąc końcówkę wąsa.
- Dobry wieczór. Tak, jak zawsze.
- To niech pan biegnie. Sprawdzałem w internecie. Zaraz rozpada się
jeszcze bardziej.
Konrad poszedł za radą strażnika. Może nie pobiegł, lecz znacznie
przyspieszył kroku. Minął kilka jasnych, zadbanych budynków, aż w końcu
dostrzegł ten właściwy. Doszedł do klatki i zadzwonił pod
sześćdziesiątkę.
- Wreszcie, stary. Już myślałem, że do nas nie dotrzesz - usłyszał głos
Jakuba, który nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi.
Konrad przeszedł przez zadbany hol. Przywitał kolejnego dozorcę
stojącego za ladą i podszedł do windy. Tak szybko z obdrapanej, praskiej
kamienicy przeniósł się do ciepłych, przytulnych wnętrz. Jeszcze
pachnących nowością i luksusem. Patrząc w lustro, poprawił włosy.
Wilgotna grzywka kleiła mu się do czoła. Na swojej bladej twarzy widział
oznaki zmęczenia. Policzki miał zapadnięte, a oczy podkrążone.
Najchętniej zakopałby się pod kołdrą we własnym łóżku, ale czuł, że tego
wieczoru będą go czekać kolejne rewelacje.
W internecie Kraski był podróżnikiem, intelektualistą i wielką gwiazdą.
W życiu codziennym stał się ćpunem wymagającym stałej opieki. Konrad nie
zauważył wyraźnego momentu, w którym on i Kuba wyszli z ról montażysty i asystenta. Po prostu nagle stali się opiekunami. Ludźmi od wszystkiego.
Jakub zdołał dryfować po tym grząskim lądzie. Potrafił szybko gasić
pożary. Reagować, gdy Kraski coś odwalił, i pilnować, by pewne rzeczy
nie wyszły na światło dzienne. Konrad znał się na montażu. Bardzo często
dodawał też opisy do filmów. Praca jednak wywoływała w nim ogromny
stres. Od dłuższego czasu widział, że Kraski balansuje na bardzo
cienkiej linie. Bał się, że w końcu upadnie. A tym samym zabierze im
pracę.
II. Propozycja nie do odrzucenia
Murong, Ligvash
Jennishi wyszła z sali słaba, lecz szczęśliwa. Napisała wszystko,
chociaż wciąż miała wątpliwości dotyczące konkretnych odpowiedzi.
Najgorsze były zadania przedstawiające hipotetyczny dialog z obcokrajowcem. W teorii Mashen wiedziała, jak powinna pokierować
rozmową. W praktyce zżerał ją stres. Dopiero kiedy wyszła przed budynek,
poczuła ulgę. Mogła zemdleć. Mogła paść. Ale co z tego? Egzamin został
napisany. Już nikt jej tego nie odbierze.
Słońce intensywnie świeciło, a Jenny rozpięła guziki munduru. Na tym
etapie nie myślała o zaschłej czerwonej plamie. Była futai. Futai mają
prawo do dysfunkcji. Co więcej, futai są również pożądani w projekcie.
Dopełniła więc obywatelskiego obowiązku. Najchętniej posiedziałaby przez
chwilę oparta o szeroki murek. W każdym momencie Vash mógł jednak wyjść
z budynku. Ta świadomość najbardziej motywowała ją do możliwie szybkiego
powrotu do domu. Obolała szła w stronę głównej drogi. Przechodzący obok
nieznajomy chciał pomóc jej iść, ale odmówiła. Futai mieli do wyboru
dwie ścieżki kariery. Albo wojsko, albo pomoc w szpitalu. Jennishi
przypadło w udziale to drugie. Jak przeważającej większości. Mashen
dorastała ze świadomością, że jej rola w społeczeństwie miała duże
znaczenie. Odkąd pamiętała, przestrzegano ją, że wszystko, co robi jako
futai, musi trzymać w tajemnicy. Nie mogła opowiedzieć nikomu, na czym
dokładnie polegała jej praca, a to wiązało się z dużym poczuciem
osamotnienia i wykluczenia. Pozostawała także pod kontrolą rządu -
wszyscy futai mieli obowiązek noszenia bransoletek z lokalizatorami. W głębi serca zazdrościła tym, którzy mieli większą swobodę, mogli sami
stanowić o swoim losie i nie przechodzili tak licznych operacji.
Wiedziała jednak, że nie wypadało jej narzekać. Ligvash był wspaniały i troszczył się o swoich obywateli. Tak mówili wszyscy. Jako futai Jenny
pomagała swoim rodakom, a to było ważne. Matka często opowiadała jej o tym, jak kraj rozwinął się na przestrzeni lat. "Dzisiaj ludzie nie
znikają już tak często bez śladu" - powtarzała. To zdanie szczególnie
wyryło się w głowie dziewczyny.
W końcu na drżących nogach Jennishi dotarła do głównej ulicy. Aby dojść
na właściwy przystanek, musiała przejść przez kładkę. Zacisnęła zęby i przyłożyła dłoń do brzucha. Bolało. Bardzo bolało.
- Jenny! - Ktoś zawołał jej imię.
Obróciła się i dostrzegła mężczyznę jadącego na starym skuterze.
Zaparkował przy krawężniku, po czym machnął w jej stronę.
- Pan Taki! - zawołała rozradowana. - Co pan tu robi?
- Przyjechałem po ciebie. Wsiadaj, nasza reprezentantko z Tongi.
Na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech. Była niesamowicie
wdzięczna mężczyźnie.
- Dziękuję. Jeszcze nie wiem, czy mnie wybiorą. Jest bardzo dużo
chętnych.
- A ja czuję, że się uda. W końcu dopuścili cię do kolejnego etapu. Dasz
radę usiąść? - zapytał, widząc na jej twarzy wahanie.
- Tak - powiedziała niepewnie.
Przytrzymała się ramienia mężczyzny, po czym przełożyła nogę przez
siedzenie. Syknęła. Ból był tak silny, że na kilka sekund pociemniało
jej przed oczami. Zdążyła jednak zapanować nad tym odruchem. Nie takie
rzeczy znosiła. Mocno objęła mężczyznę w pasie. Dostrzegła Vasha, który
również opuścił teren szkoły.
- Proszę jechać! - popędziła mężczyznę w obawie, że kolega z pracy znów
będzie próbował ją zaczepiać.
Jennishi mieszkała w dzielnicy Tonga słynącej głównie z jednego osiedla,
a właściwie specyficznego kompleksu mieszkaniowego. Wznosząca się na
czternaście pięter mieszanina blokowisk rozrosła się jeszcze za czasów
poprzedniej władzy. To właśnie tu mieszkali najbiedniejsi, a także
obywatele, którzy skończyli odbywać kary i mieli problemy ze
znalezieniem innego lokum. W Tondze pod pewnymi względami obowiązywała
samowolka. Oczywiście pod warunkiem, że każdy odprowadzał podatki, nie
zakłócał spokoju obywateli i z szacunkiem wypowiadał się o obecnym
rządzie. Tu nie obowiązywało prawo budowlane. Jeżeli samozwańcze władze
osiedla wyraziły na to zgodę, nowi lokatorzy dobudowywali kolejne
kondygnacje. Tonga stała się więc ciemnym, zawilgoconym zlepkiem
niewielkich mieszkań, które i tak w dość dużym stopniu różniły się od
siebie standardem. Ponure korytarze skręcały w różne strony, a oprócz
małych lokali mieszkalnych można było trafić również na usługowe.
Szwalnie, pralnie, sklepy spożywcze, bary były pod ręką. Lokalni
mieszkańcy chętnie korzystali również z usług miejscowych lekarzy
nieposiadających koncesji. W Tondze funkcjonowały także restauracje, ale
przyrządzano w nich dania, których ludzie z zewnątrz woleliby nie
próbować. Wszystko przez kiepskie warunki sanitarne i kompletny brak
kontroli jakości żywności. Mieszkańcy najwyższych pięter mieli też
problem z kanalizacją. Musieli schodzić niżej i odczekać swoje w długich
kolejkach, aby wziąć prysznic. Woda również pozostawiała wiele do
życzenia. Babka Jennishi twierdziła, że to za sprawą zardzewiałych rur.
- Ten doktorek z twojej pracy wygląda na takiego, który mógłby sobie
pozwolić na zamówienie taksówki - powiedział pan Taki, gdy przystanęli
na skrzyżowaniu.
- A pozwala sobie na znacznie więcej, niż przystoi - burknęła Jenny i mocniej objęła go w pasie.
Min Taki miał sześćdziesiąt pięć lat i wraz z synem prowadził sklep
spożywczy w Tondze. Posiadał też pewne towary spod lady. Takie, które
pozwoliły mu się wkupić w łaski samozwańczej rady osiedla. Był szczupły,
niewysoki, ale miał w sobie coś, co budziło respekt w dzielnicy. Może
były to ramiona pokryte tajemniczymi tatuażami i zacięte spojrzenie.
Może fakt, że robił interesy z ludźmi, których obawiali się nawet inni
mieszkańcy Tongi. A może plotki o tym, iż za młodu uczestniczył w walkach ulicznych. Co do tego ostatniego Jenny nie miała żadnej
wątpliwości. Kiedy była dzieckiem, pan Taki prowadzał ją na najwyższe
kondygnacje blokowego labiryntu. Dzięki niemu wiedziała, jak poruszać
się po zakamarkach Tongi. Wraz z synem mężczyzny, Yonem, wchodzili aż na
dach. Z tego miejsca rozciągał się widok na cały Murong. Jennishi
potrafiła przymknąć oko na śmieci i kable wiszące nad budynkami niczym
pajęcza sieć. Z tej perspektywy miasto zawsze wydawało się jej piękne.
Silne, wszechmocne, wychodzące za horyzont. To właśnie na dachu pan Taki
uczył syna i Jenny, jak należy się bić.
- Żyjesz, mała? Już prawie jesteśmy - oznajmił pan Taki, gdy minęli
kolejny zakręt.
- Tak. Naprawdę dziękuję. To był wyczerpujący tydzień. W zasadzie
miesiąc.
Min zaparkował tuż przy szarym betonowym placu, który aktualnie służył
grupce dzieciaków za boisko. Poczekał, aż dziewczyna ostrożnie zejdzie
ze skutera.
- Najważniejsze, że dotarłaś. Teraz masz trzy dni odpoczynku, prawda? -
zapytał, przypinając pojazd drutem do metalowej siatki. To właśnie ona
odgradzała Tongę od reszty miasta.
- Tak mi obiecali - odpowiedziała Jennishi.
Ruszyli w stronę zardzewiałej bramy, która zawsze pozostawała otwarta.
Aktualnie opierało się o nią dwóch chłopaków z okropnymi wypryskami na
twarzy i rękach. Jeden powitał ich kiwnięciem głowy. Drugi zdjął czapkę
z daszkiem. Jenny wymruczała jakieś powitanie. Szła powoli, trzymając
się za brzuch. Pan Taki chciał podać dziewczynie ramię, ale ta odmówiła.
Nie naciskał i nie wnikał. Jenny była futai, a nad nimi czuwała
Opatrzność. Wielu w nią wierzyło. Nawet wyjęci spod prawa mieszkańcy
wyższych kondygnacji w Tondze chodzili do świątyń, w których ukrywano
relikwie z Futamy. Fioletowe kryształy będące symbolem rozkwitu kraju i nadejścia nowego rządu.
Północne wejście do Tongi przeciętnemu obserwatorowi mogło przypominać
zaplecze obskurnego baru. Należało wejść do wąskiego, ciemnego tunelu, w którym migał częściowo wypalony zielony neon. Płyny wyciekające z klimatyzatorów i rury ciągnącej się wzdłuż sufitu tworzyły kałuże na
betonowej posadzce. Jennishi szła przodem. Min Taki za nią. Wolał mieć
oko na dziewczynę, gdyby zasłabła. Ta była jednak twarda. Energicznie
pchnęła metalowe drzwi. Obrzuciła krótkim spojrzeniem zniszczony automat
do gier, który stał tuż obok. Nie wiedziała, kto i w jakim celu go tu
postawił. Nie działał, odkąd sięgała pamięcią. Gdy była dzieckiem,
bawiła się, że jest inaczej. Obdrapany rysunek na jego boku przedstawiał
postać chłopca skaczącego po chmurkach. Budził w niej pozytywne
skojarzenia.
- Wszystko w porządku? - zapytał pan Taki.
- Tak, przepraszam. Zagapiłam się - odpowiedziała, po czym weszła do
środka.
Wewnątrz enklawy panował mrok. Jedyne źródło światła stanowiły ledowe
szyldy lokali usługowych. Aby zobaczyć pierwsze okno, należało wejść po
brudnych, wąskich schodach. Lokatorzy dobrze wiedzieli, w jaki sposób
poruszać się po tym mrocznym labiryncie. Jenny złapała się poręczy i odgarnęła nogą zawilgocone ulotki, które ktoś rozsypał na pierwszych
stopniach. Zapraszały do lokalu ze striptizem na piątym piętrze.
- Nie mów, że jesteś zgorszona. Mieszkasz tu nie od dziś - zachichotał
pan Taki.
- Po prostu nie chcę się tu poślizgnąć.
Mieszkańcom Tongi odpowiadał fakt, że w takiej ciemności trudno było
dostrzec niektóre twarze. Wielu z łatwością mogło się tu ukryć, ale nie
Jennishi i jej matka. O nich wiedzieli wszyscy. Nawet ci, którzy nigdy z nimi nie rozmawiali. "Ocalała z Futamy i jej córka futai" - właśnie tak
określano jej rodzinę, chociaż w lokalu na drugim piętrze mieszkała z nimi też babka.
- Dzień dobry w Ligvashu! - zawołała sąsiadka niosąca plastikową misę z surowym mięsem.
Pomachała im wolną, brudną dłonią. Nie miała rękawiczek, a zawartość
naczynia bynajmniej nie zachęcała do spożycia. Nawet pan Taki wyraźnie
się skrzywił, choć niejedno już widział i sprzedał w swoim sklepie.
- Opatrzność nad nami czuwa - odpowiedziała Jenny.
- Nad tobą niech czuwa szczególnie, futai. Bardzo liczymy na to, że
będziemy mieć reprezentantkę z Tongi. No, a ja pędzę. Muszę to zemleć na
pulpety. - Wskazała na miskę i skręciła w inny, ciemny korytarz.
- Coś czuję, że długo nie tknę pulpetów - szepnął pan Taki, gdy tylko
kobieta zniknęła im z pola widzenia.
Mieszkanie Jennishi mieściło się na końcu korytarza przy oknie i według
standardów panujących w Tondze uchodziło niemalże za luksusowe. Mierzyło
piętnaście metrów kwadratowych, miało prywatną łazienkę, dwa palniki i kawałek blatu roboczego, na którym można było jeść. Posiadało również
okno, dzięki któremu do środka wpadało naturalne światło. Co prawda
zarobki Jenny pozwoliłyby na wynajem niewielkiego mieszkania w nieco
lepszej dzielnicy, ale matka kazała jej inwestować wszystko w edukację.
Istniał także jeszcze jeden powód takiej decyzji. Mieszkańcy Tongi
przywykli do wyglądu Nishy Mashen. Nikogo nie dziwiło, że chodzi z zabandażowaną twarzą. Nikt się nie gapił, gdy robiła zakupy, siadała na
ławce przed enklawą albo chodziła na kawę z koleżankami z pracy.
Zaczynanie od nowa na tym etapie wydawało jej się przerażające.
- Dziękuję za pomoc, panie Taki. Droga powrotna komunikacją w moim
obecnym stanie byłaby okropna - powiedziała Jennishi.
Nie zdążyła jednak nawet dotknąć klamki, a drzwi otworzyły się na
oścież. W progu stanęła matka ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Jak
zawsze na głowie miała wzorzystą chustę, twarz była szczelnie owinięta
bandażami, zasłaniającymi wszystkie dawne blizny. Zostawiała jedynie
otwory na usta i oczy, a te matka malowała mocno ciemną kredką.
Twierdziła, że w ten sposób zasłania nierówności skóry, eksponując
jedyną ładną część ciała, jaka jej pozostała.
- Dzień dobry w Ligvashu, Nisho - przywitał się pan Taki.
- Opatrzność nad nami czuwa. A w tym wypadku to raczej ty nad nami
czuwasz. Dziękuję, że przywiozłeś Jenny. To wiele dla mnie znaczy.
- Powiedz mu, żeby wpadł jutro do lokalu. Dostanie darmową porcję
pierogów z kapustą - usłyszeli ochrypły głos dochodzący z wnętrza
mieszkania.
Jennishi zaśmiała się pod nosem. Babcia zapewne sądziła, że telewizor
wszystko zagłuszy.
- Mówię ci - powiedziała Nisha, patrząc mężczyźnie w oczy.
- Nie omieszkam skorzystać. A teraz muszę wracać do pracy. Odpoczywajcie
i dbaj o Jenny.
Warszawa, Polska
Konrad zadzwonił do drzwi znajomego mieszkania. Zza ściany dobiegł go
krzyk:
- Otwarte!
Wytarł buty o wycieraczkę i wszedł do środka. Już od progu uderzył go
intensywny, leśny zapach. Dobrze go znał. Właśnie tak pachniały
detergenty kupowane przez Swietłanę. Najwyraźniej dopiero co sprzątała.
Kraski miał piękne, dwupoziomowe mieszkanie, z wielką wanną, projektorem
i świetnie wyposażoną kuchnią. Niestety, zupełnie o nie nie dbał. Bywały
dni, w których to Konrad lub Jakub zbierali butelki i wyrzucali resztki
substancji, które woleli ukryć przed czujnym okiem sprzątaczki. To oni
zatrudnili Swietłanę, ale nie mieli pewności, na ile jest dyskretna.
Kuba i Konrad nie tylko dbali o to, aby w mediach społecznościowych
Kraski prezentował się tak, jak należy, ale także usiłowali porządkować
jego życie prywatne. Niejednokrotnie było tak, że to któryś z chłopaków
robił zakupy spożywcze, gdy lodówka podróżnika świeciła pustkami. To oni
motywowali go do nagrywania materiałów, a z czasem zaczęli przygotowywać
scenariusze. Niegdyś Kraskiemu nie brakowało kreatywności. Miał radiowy
głos i wręcz magnetyczną pewność siebie. Ludzie lubili słuchać, co ma do
powiedzenia. Problem polegał na tym, że od dłuższego czasu nie potrafił
wziąć się w garść. Imprezował z ludźmi o wątpliwej reputacji, a później
zapraszał do siebie nieznajomych, z którymi zażywał zakazane substancje.
Raz Konrad zastał go zarzyganego, leżącego na dywanie w salonie. Kulił
się ze zsuniętymi do kolan majtkami, bełkocząc coś o tym, że jedna z dziewczyn zabrała mu pieniądze. Faktycznie, Konrad odnotował wówczas
liczne straty, zniknęły między innymi Rolex i para butów z limitowanej
edycji. Najwyraźniej dziewczyna doskonale wiedziała, co robi. Później
Konrad i Jakub próbowali jej szukać przez social media. Udało się, ale
twierdziła, że ma nagrania. Po stanie, w jakim znaleźli Kraskiego,
Konrad domyślał się, co na nich było. Odpuścili.
- Zrobić ci kawy, Koni? - zapytał Jakub, który nagle wyłonił się z głębi
pomieszczenia i stanął przed chłopakiem ze skrzyżowanymi na piersiach
rękoma. Po jego minie Konrad już wiedział, że sprawa jest poważna. Kuba
był tęższym mężczyzną, z umięśnionymi ramionami i gęstą brodą. Lubił
gestykulować. Miał też bardzo żywą mimikę.
- Tak, proszę - rzekł, odwieszając skórzaną kurtkę. - Jest bardzo źle? -
zapytał na wstępie.
- Nie. Dlaczego miałoby być bardzo źle? - zdziwił się Jakub.
Konrad zmarszczył czoło. W głosie kumpla nie wyczuł sarkazmu. Propozycja
kawy późnym wieczorem zwiastowała jednak długą rozmowę.
- No nie wiem... Może dlatego, że on wyraźnie sobie nie radzi? Ściągnąłeś
mnie tu w trybie pilnym. Raczej nie zrobiłeś tego bez powodu - szeptał.
Nie wiedział, w którym pomieszczeniu przebywa obecnie Kraski, ale wolał
go nie drażnić.
- Pamiętasz, jak w zeszłym roku we trzech pojechaliśmy do Czarnobyla?
Konrad uniósł brew. Zaskoczyło go to pytanie.
- Do Prypeci - doprecyzował.
- No, w każdym razie ten film miał zajebiste wyświetlenia.
Nadzorowaliśmy wszystko. Puściliśmy drona, a montaż był super.
- Wiem, Kuba. Pamiętam, przecież tam byłem - odpowiedział.
Miał na końcu języka, że od tamtego czasu nie dostali żadnej porządnej
podwyżki. Kraski nie płacił zbyt dużo jak na warszawskie standardy, ale
chociaż w ciągu ostatnich trzech lat jego majątek stopniał, wciąż mógł
się pochwalić niezłą sumą na koncie, a dla Konrada liczył się każdy
grosz. Czy myślał o zmianie pracy? Bywały takie dni. Przerażał go jednak
zastój związany z szukaniem nowego zajęcia. Poza tym Kuba był jego
kumplem z liceum. To on ogarnął mu tę fuchę, gdy Koni miał problemy
finansowe. Cały czas czuł, że ma wobec niego dług.
- Na horyzoncie pojawiło się coś lepszego niż Czarnobyl. - W oczach
Jakuba błysnęła ekscytacja.
- Prypeć - konsekwentnie poprawił go Konrad.
Chłopak usiadł na stołku w przestronnej otwartej kuchni. Obserwował
kumpla, który krzątał się przy ekspresie. Wyjął z szafki dwa kubki,
wcisnął kilka guzików, a maszyna wydała charakterystyczny dźwięk.
- To wyobraź sobie taką Prypeć, ale azjatycką. W sensie wiesz,
interesującą ludzi, bo wiedzą, że stało się tam coś kompletnie
pojebanego - powiedział Kuba z wyraźnym zapałem.
Konrad zareagował instynktownie. Pochylił się nad blatem i roześmiał
głośno. Chociaż obca osoba mogłaby uznać ten odruch za szyderczy, w rzeczywistości wynikał on z bezradności.
- Hiroszima to dzisiaj nowoczesne miasto. Poza tym Kraski jest w takim
stanie, że nie da rady polecieć na drugi koniec świata. Pamiętasz, jak w zeszłym roku zniknął z hotelu i go szukaliśmy?!
- I znaleźliście. Wielki mi problem - usłyszał gdzieś z tyłu spokojny,
rozleniwiony głos.
Konrad obejrzał się przez ramię i dostrzegł postać schodzącą po
schodach. Przez szklaną balustradę doskonale widział atłasowy szlafrok
Kraskiego. W tym wydaniu przypominał mu młodszą wersję Hugh Hefnera. Z tą różnicą, że miał jasne włosy i małą czwórkę wytatuowaną nad brwią.
Koni nigdy nie pytał o znaczenie tego tatuażu.
- To była krótka kąpiel, stary. Zrobić ci kawy? - zapytał Jakub.
- Wolę tonik z podwójnym ginem - oznajmił Kraski i również usiadł na
stołku barowym.
- Myślę, że w zaistniałych okolicznościach to nie jest najlepszy pomysł.
Kraski oparł łokcie o stół.
- Dobra. To zrób mi jakieś cappuccino czy co tam uważasz.
Jedną z rzeczy, których Konrad szczerze nie lubił w swoim pracodawcy,
był fakt, że ten nigdy nie przepraszał i nie okazywał skruchy. Czasami
resztką sił powstrzymywał się, by nie podnieść na niego głosu. Tak było
i tym razem.
- Uważasz, że jesteś w wystarczająco dobrym stanie, aby polecieć na
wyprawę do Azji i nakręcić sensowne filmy z takiego wyjazdu? - zapytał
Koni, starając się przybrać możliwie łagodny ton.
- Chyba nie. Właściwie to ominąłbym tę propozycję, gdyby Kuba nie
przejrzał dokładnie mojej skrzynki mailowej. Całe szczęście, że was mam.
- Poklepał Konrada po ramieniu.
Ten gest nie spodobał się chłopakowi. Jednak nie śmiał protestować.
- No i znalazłem tam propozycję nie do odrzucenia - oznajmił Jakub.
Postawił na blacie dwa parujące kubki i przyjrzał się towarzyszom
badawczo.
- Niech zgadnę, z propozycją nie do odrzucenia, na którą sam nie jest w stanie pojechać - doprecyzował Konrad, który ewidentnie nie podzielał
entuzjazmu kumpla.
- Nie jest to moja najlepsza forma, przyznaję. Cieszę się, że Kuba
wygrzebał te maile - rzekł Kraski.
- Więc było ich więcej?
- Tak, i to faktycznie jest propozycja nie do odrzucenia. Powiem
szczerze, to wręcz przełom, który całkowicie odmieni mój kanał.
- A dasz radę wziąć udział w tym przełomie bez wcześniejszego odwyku? -
zapytał Konrad.
- Nie, dlatego wyślemy ciebie. Tylko ciebie.
Zapadła cisza. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. W końcu Koni parsknął
śmiechem, uznając to za żart. Spoważniał, gdy po kilku sekundach żaden z jego towarzyszy nie zareagował rozbawieniem. Pobladł i ponownie spojrzał
na Kraskiego.
- Jaja sobie robisz - oznajmił.
- Otóż nie.
Dla Konrada czas zwolnił. Zszokowany obserwował, jak jego pracodawca w spokoju popija cappuccino. Bez względu na okoliczności czuł się panem
świata. Wielki podróżnik Rafał Krasowski. Człowiek, którego wszyscy
podziwiali. Mimo lawiny problemów w oczach opinii publicznej pozostawał
nieskazitelny.
- Kuba, błagam cię. - Tym razem Koni zwrócił się do kumpla.
Ten westchnął ciężko i klasnął w dłonie.
- Cóż mogę rzec. To ja odgrzebałem tego maila. Skontaktowaliśmy się z organizacją. Nie można przepuścić takiej okazji. Trzeba się szykować -
oznajmił z zapałem.
Konrad wstał. Patrzył to na jednego, to na drugiego. Oczekiwał
wyjaśnień. Wciąż wierzył, że to dowcip, a Kuba i Kraski zaraz wyprowadzą
go z błędu.
- To jakiś absurd. Mam na tym nagraniu pokazać swoją twarz? Nie mam
doświadczenia w takich rzeczach, a moja domowa sytuacja jest, delikatnie
mówiąc, nieciekawa. Dlaczego ja? - mówił szybko, starając się zebrać
myśli.
- Ponieważ tobie można ufać. Kuba niedługo zostanie ojcem. Pisałeś mi
już kwestie do nagrań. Nieźle ci szło. Byłeś też z nami w Czarnobylu.
Znasz się na tej pracy - mówił Kraski, po czym niewzruszony upił
cappuccino.
- Zgodziłem się pracować jako montażysta. Nie było mowy o pokazywaniu
swojej twarzy w internecie. I tak moje obowiązki znacząco przekraczają...
- Czterdzieści tysięcy.
- Co?
- Twoja stała, miesięczna pensja plus czterdzieści tysięcy złotych -
oznajmił Kraski i odstawił pusty kubek na stół.
- No i piętnaście procent od wyświetleń materiału. - Kuba wymownie
spojrzał na swojego pracodawcę.
- Niech będzie.
Koni przysłuchiwał się tej dyskusji i już wiedział, że podjęto decyzję
za niego. Początkowy opór zniknął. Opadł na stołek barowy i ukrył twarz
w dłoniach. Chciał zachować dumę, ale jak miał to zrobić, gdy ojciec od
miesięcy nie wysłał im ani grosza, a lodówka zaczynała świecić pustkami?
- Gdzie jest haczyk? To jakiś survival? Mogę sobie nie poradzić? -
zapytał cicho.
- No cóż, ten wyjazd nie będzie wymagał od ciebie żadnych szczególnych
umiejętności. To nie jest wspinaczka na Czomolungmę czy biegi w trudnych
warunkach. Nikt nie sprawdzi twojej kondycji - zaczął Kuba.
- Gdzie jest haczyk? - powtórzył Konrad. - Zaczęliśmy tę rozmowę od
wspominania Czarnobyla. Zakładam więc, że w tej wyprawie są elementy
wspólne.
- To wyjazd do kraju, który do niedawna uchodził za jeden z najbardziej
zamkniętych na świecie. No, zaraz po Korei Północnej - doprecyzował
Kraski.
- Nie jestem w nastroju na zgadywanki.
- Zaproponowano nam trzymiesięczny wyjazd do Ligvashu.
To zdanie wybrzmiało w głowie chłopaka głośnym echem. Pierwszym, co
zarejestrował, byłyby cholerne trzy miesiące. Drugim, nazwa państwa.
Potrafił wskazać Ligvash na mapie. Leżał pomiędzy Wietnamem a Chinami.
Kojarzył ten kraj z katastrofą jądrową, do której doszło wiele lat temu
podczas defilady w mieście Futama. W jej wyniku zmarł ówczesny wódz.
Potem władzę objął jego syn. Rzekomo bardziej liberalny, ale Koni nie
zgłębił dokładnie tego tematu. Rozumiał jednak, dlaczego ludzi tak
bardzo interesowało życie w strefach odizolowanych od reszty świata.
- Ligvańczycy mają dziwną religię. Powstała po wybuchu głowicy
nuklearnej w dwutysięcznym czwartym roku. W tym zjawisku widzą jakąś
boską ingerencję. Twierdzą, że wybrała ich Opatrzność. Po tragedii w kopalni odkryto kryształy, które są wydobywane do dziś - opowiadał
Jakub.
- I osiągają zawrotne sumy - wtrącił Kraski.
Oszołomiony nadmiarem informacji Koni oddychał ciężko, próbując sobie
wszystko uporządkować. Czuł nieprzyjemne pulsowanie w mostku.
- Ale ja się kompletnie na tym nie znam. Co mam tam robić? Kręcić
dokument? Brakuje mi wiedzy. Nie jestem jakimś kulturoznawcą.
- To nie jest istotne. Zaproponowano współpracę mojemu kanałowi. - Rafał
uderzył się w pierś, jakby ten gest miał dodać mu powagi. - Ty nagrasz
materiał wideo. Trochę się pokażesz. Ja dodam komentarze, gdy wrócisz
albo wcześniej, jeśli pozwolą na dosyłanie treści w trakcie wyjazdu. Coś
się z tego wyklepie. Mam największy kanał podróżniczy w Polsce. Wybrali
sześć osób z całej Europy. Wyobrażasz sobie, jakie to wyróżnienie?
Konrad miał ochotę wytknąć mu, że sam powinien tam jechać. Wiedział
jednak, że przez kilka ostatnich miesięcy Kraski był w fatalnym stanie,
a takie dni jak ten, kiedy mówił trzeźwo i z wyraźnym entuzjazmem, nie
zdarzały się często.
- Więc pojedzie pięć osób prowadzących najbardziej zasięgowe kanały
podróżnicze w Europie i ja? - parsknął Koni.
Dopiero teraz chwycił swój kubek z kawą. Była już letnia. Mimo to
przełknął kilka szybkich łyków. Miał w głowie kompletny chaos. Chciał
zadać dziesiątki pytań, ale każde z nich grzęzło mu w gardle.
- Takie rozwiązanie zaproponowaliśmy organizatorom projektu. Na początku
nie byli zachwyceni. Chcieli Rafała - przyznał szczerze Kuba.
- No właśnie! - Konrad odstawił pusty kubek na blat. - Ja nie jestem
tym, czego chcą ci ludzie. Będą rozczarowani. Nie mam doświadczenia. Czy
ta organizacja nie wolała wziąć kogoś innego?
Kraski zastukał palcami o blat. Nie był zaskoczony reakcją Koniego.
Chłopak zachowywał się dokładnie tak, jak przypuszczał.
- Może i rozważała, ale w Polsce jestem na topie. Inne kanały
podróżnicze są znacznie mniej zasięgowe. Istniało więc
prawdopodobieństwo, że wymieniliby nasz kraj na jakiś inny. W tych dwóch
wariantach tracimy duże pieniądze. Nie możemy do tego dopuścić -
oznajmił.
Konrad nerwowo rozmasował czoło. To nie tak, że kwota nie była kusząca.
Pojawiła się też ekscytacja wynikająca z chęci przeżycia przygody. Nikt
jednak nie przedstawił mu zasad tego projektu. Nie wiedział, o co tu
chodzi, co będzie musiał robić i jak może się przygotować.
- I ta organizacja tak po prostu zgodziła się zamienić ciebie na
jakiegoś randoma? - Spojrzał na Kraskiego.
- No, nie od razu. Dzisiaj mieliśmy z nimi spotkanie na zoomie.
Połączyliśmy się z Kubą - odpowiedział spokojnie, bawiąc się sznurkiem
od szlafroka.
- Świetnie. Czyli wszystko za moimi plecami - parsknął Konrad.
- Stary, to jest plan połatany taśmą klejącą, jasne? Znasz Kraskiego.
Wiesz, co się z nim dzieje. - Wskazał na swojego pracodawcę. - Bez
obrazy, Rafał, ale takie są fakty - dodał szybko, jakby w obawie, że go
urazi.
Kraski w odpowiedzi machnął tylko ręką. Nie wyglądał na przejętego.
- No mam gorszy czas, zaproszenie zaplątało się w mailach i tyle.
Najważniejsze, że to odkopaliśmy.
- To prawda - szybko zgodził się Kuba. - Sytuacja wygląda tak, że
skontaktowała się z nami wielka międzynarodowa organizacja turystyczna.
Konkretnie World Travel and Tourism Association, czyli WTTA. Jako
pierwsza na świecie nawiązała współpracę z Ligvashem, do którego do tej
pory praktycznie nikt nie miał wstępu. Państwo chce otworzyć się na
turystykę, ale planuje robić to małymi krokami. Hej, Koni, nie rób
takiej kwaśnej miny. To nie jest Korea Północna. Tam nie ma już takich
represji jak dwadzieścia lat temu.
Kraski poruszył się na krześle.
- Nie, ale ten kraj wzbudza wielkie emocje. Najpierw był pojebany
dyktator. Potem katastrofa jądrowa. Potem nowa władza, dziwne odkrycia i religia, która nie ma wyznawców nigdzie indziej. Trochę sekty, a trochę
tajemnicy z domieszką masowej tragedii. Ludzie to kupią - wtrącił Rafał.
Kuba wytrzeszczył oczy i odruchowo uderzył rękami o blat.
- Ja pierdolę, brzmisz jak jakiś psychopata. Ja tu się staram, żeby nie
przestraszyć naszego Koniego, a ty wyjeżdżasz z...
- Mówię tylko, że materiał z takiego wyjazdu będzie bardzo ciekawy dla
odbiorców - rzekł spokojnie Kraski.
- Czy ty znowu coś brałeś? - Jakub zmrużył oczy.
- Dlaczego pytasz?
- Bo to podejrzane, że cię nic nie wkurwia.
Konrad sądził, że poczuł ogromny przypływ adrenaliny po swoim odkryciu
sprzed dwóch godzin. Pieniądze zniknęły i wtedy myślał tylko o tym, jak
ogarnie rodzinny budżet. Teraz zalewały go niekontrolowane fale ciepła.
Kipiał od emocji. Miał wrażenie, jakby śnił snem szalonym i pozbawionym
większej logiki. To jednak była jawa. Żaden koszmar ani film science
fiction.
- Dosyć tego! Takie dyskusje nie są teraz ważne. Co powiedziała ta
organizacja? Zgodziła się, żeby zamiast ciebie pojechał ktoś inny?
- Powiem tak, musieliśmy to wynegocjować. Zaznaczę jednak, że cztery
lata temu miałem bardzo dobrą współpracę z WTTA. Kręciłem wtedy materiał
z Sudanu. Też trochę kontrowersyjnie. Byli zadowoleni. Teraz
powiedziałem po prostu, że podupadłem na zdrowiu. Zgodziłem się
zrealizować materiał na moim kanale, z moimi komentarzami, ale na
miejsce ma pojechać inna osoba.
- No i co? Zgodzili się? - zapytał Konrad.
Nim Kraski zdążył odpowiedzieć, uprzedził go Jakub.
- Tak, bo poniekąd odpowiada to warunkom realizacji programu. To znaczy,
chodzi o to, że w Ligvashu panują spore ograniczenia związane z internetem. W teorii rząd chce zapobiegać uzależnieniom od smartfonów, z którymi mierzą się obywatele krajów zachodnich. Obowiązuje zakaz
posiadania wszelkich urządzeń połączonych z siecią, ale są kawiarenki
internetowe. Uczestnicy mogą z nich korzystać w określone dni. Właśnie w ten sposób będą też podsyłać materiały do montażu i kontaktować się z wybraną osobą - wyjaśnił.
- Czyli tak łączyłbym się z Kraskim? I wy byście montowali niektóre
rzeczy jeszcze przed moim powrotem?
- Zgadza się. Tylko wiesz, w takich kawiarenkach może być podsłuch.
Lepiej więc nie mówić głośno rzeczy, które raczej nie przypadłyby do
gustu ligvańskiemu rządowi, bo mogą cię wyrzucić z programu. Po prostu
stanę się twoim łącznikiem. Będę też kontrolował, co inni wrzucają do
sieci, co się klika. Poinstruuję cię - odpowiedział Rafał.
Cała sytuacja była tak abstrakcyjna, że Konradowi wciąż trudno było
połączyć poszczególne fakty. Nie przerażał go sam pomysł, lecz
dezinformacja.
- Inni? Ci z pozostałych krajów?
- Tak jak mówiliśmy, WTTA wysyła sześć osób z sześciu państw. Nie
wiadomo jeszcze, z kim poza nami się skontaktowali. W programie będzie
sześciu turystów i sześciu lokalsów. Tych drugich nazywają przewodnikami
- tłumaczył Kuba.
- No dobra, ale co mamy tam robić? Oglądać zabytki?
III. Czas zmian
Murong, Ligvash
Jennishi leżała na piętrowym łóżku w luźnej bawełnianej piżamie. Kilka
ostatnich guzików koszuli pozostawiła rozpięte. Obserwowała, jak z każdym oddechem jej brzuch się unosi. Czuła ulgę po zmianie opatrunków.
Była czysta i nie miała już żadnych obowiązków. Mogła w spokoju
dochodzić do siebie. Oddychała płytko, ale to przecież normalne.
Przyłożyła dłoń do bladego czoła. Wydało jej się gorące. Tak było
zawsze. Organizm odreagowywał i wracał do równowagi.
- Potrzebujesz czegoś, Jenny? Zrobić ci zimny okład? - zapytała matka.
Wraz z babcią siedziały na łóżku niżej. Tam materac był szerszy i spokojnie mieścił dwie osoby. Oglądały telewizję, popijając przy tym
zimną herbatę.
- Nie. Dziękuję. Jest mi dobrze.
Kineskopowy telewizor stał na narożnej półce, którą niegdyś zamontował
pan Taki. Zarówno leżąca na górze Jenny, jak i kobiety zajmujące
posłanie na dole miały doskonały widok na to, co aktualnie działo się na
ekranie. Nisha opowiadała córce, że kiedyś istniał tylko jeden kanał
informacyjny. Nowy rząd kładł jednak większy nacisk na to, by zapewnić
swoim obywatelom dostęp do informacji i rozrywki, dzięki czemu teraz
mieli ich aż sześć - z wiadomościami, przyrodniczy, dziecięcy, muzyczny,
a także dwa, na których emitowano seriale i filmy. Czasem także te
zagraniczne.
- Pogłośnij telewizor, bo mówią o ciekawych rzeczach, a przez ten stary,
rzężący wentylator niewiele słychać. - Oburzona babcia wskazała palcem
na przedmiot stojący pod ścianą.
Jennishi usłyszała, jak matka krząta się w poszukiwaniu pilota. Czasami
babka ją bawiła. Freya miała siedemdziesiąt lat, nadal pracowała,
posiadała wielką krzepę i wiedziała wszystko o wszystkich. Przynajmniej
tak mawiano w Tondze.
- Dla mnie to jest po prostu straszne. Ci ludzie są zupełnie nieobecni -
powiedziała z przejęciem babka.
Pogrążona we własnych myślach Jenny dopiero teraz skupiła się na
przedstawionych w programie treściach. Pierwsze ujęcie wykonano w berlińskim metrze. Bez względu na to, czy ludzie siedzieli, czy też
stali, łączyło ich jedno. Nie patrzyli na siebie. Praktycznie nie
rozmawiali. Wszyscy skupiali się na ekranach telefonów. Później pojawiły
się ujęcia także z innych krajów. Lektor grzmiał o uzależnieniu, a Freya
komentowała wszystko rozemocjonowana.
- To jest nienormalne. Ludzie siedzą obok siebie i patrzą w telefony.
Przecież to chore. Jak mogą się do siebie nie odzywać?
- Może po prostu mają siebie nawzajem dosyć. Sama masz dni, kiedy
wstajesz nerwowa i potem burczysz na klientów - wtrąciła Nisha.
- Bez względu na to, czy burczę, czy też nie, gotuję zawsze dobrze. Nie
narzekam na brak gości. Moje pierożki sprzedają się zdecydowanie lepiej
niż te pulpety Kisy.
- Wszystko w Tondze sprzedaje się lepiej niż pulpety Kisy - parsknęła
Nisha.
- A ja to rozumiem. W sensie te telefony - powiedziała Jenny, na co dwie
pozostałe kobiety zamilkły.
Jennishi mogła tylko wyobrazić sobie, jak wymieniają wymowne spojrzenia.
Chciały dobrze, ale to nie one borykały się z niedoborem leków
przeciwbólowych. Nie one leżały w szpitalach w towarzystwie osób,
których wolałyby nie oglądać. Nie one miały dość otoczenia białych
kafelków i tego cholernego, miętowego płynu do podłóg. Nie one czuły,
jak bandaże kleją się do nieodpowiednio zszytych ran. I nie one musiały
znosić to wszystko z pokorą i wystudiowanym uśmiechem.
- Co ty mówisz, Jenny? - zapytała babka.
- Po prostu czasem chciałabym się wyłączyć. Dostać zabawkę, która
sprawi, że moje myśli gdzieś odfruną. - Spojrzała na obraz wiszący nad
drzwiami.
Kryształ na białym tle był nie tylko symbolem narodowym, ale także
znakiem religijnym. Przypominał, że Opatrzność ma Ligvańczyków w swojej
opiece. Fiolet i biel. Barwy oczu oraz skóry futai. Gdy jest się tak
ważnym dla kraju, nie wypada powiedzieć dość. Problem polegał na tym,
że Jennishi osiągała swój limit. Wyciągnęła dłonie i spojrzała na
bransoletkę zdobiącą jej lewy nadgarstek. Tylko raz próbowała
przeciwstawić się programowi. Miała wówczas dwanaście lat. Rząd narzucił
na futai obowiązek podjęcia pracy właśnie w tym wieku, przy jednoczesnym
kontynuowaniu nauki. Zresztą nawet gdyby mogła zrezygnować ze szkoły,
matka nigdy by jej tego nie wybaczyła. Swój pierwszy dzień w pracy
Jennishi pamięta tak dokładnie, jakby wydarzył się wczoraj. Kiedy
usłyszała, czego od niej wymagano, ogarnęło ją przerażenie tak wielkie,
że zapragnęła uciec. Stres związany z tym obowiązkiem, wszechobecna
presja, wymóg zachowania milczenia i utrata kontroli nad własnym życiem
przytłoczyły ją tak bardzo, że postanowiła się ukryć. Weszła na dach i schowała się za zbiornikiem na wodę. Mimo lokalizatora żołnierze nie
potrafili jej odnaleźć w plątaninie ciemnych, wilgotnych korytarzy
Tongi. Z pomocą przyszedł pan Taki. Chociaż w poszukiwania Jenny
zaangażowało się wiele osób, to on ją odnalazł. Wizja zesłania na pewien
czas do kolonii karnej nie przerażała dziewczynki z racji tego, że była
nieletnia.
"Chcesz, żeby zesłali twoją matkę?" - pan Taki przypomniał jej wtedy, że
konsekwencje może ponieść prawny opiekun.
Ten argument przemówił do Jennishi. Dobrowolnie wróciła do pracy, choć
nie obyło się bez kary. Na szczęście, tylko finansowej. Babcia bardzo
ubolewała nad tym, że musieli oddać telewizor. Później podniesiono
zarobki futai i Jenny mogła kupić jej nowy.
- No przecież mamy telewizję. To nasze okno na świat - odezwała się w końcu Freya. - W szpitalach nie ma telewizorów?
- Jest jeden na salę. Na takim małym telefonie chyba każdy może oglądać,
co chce - odpowiedziała Jenny.
- Dla mnie to jest uzależnienie, kiedy zamiast z kimś rozmawiać, wolisz
oglądać filmy na telefonie. Przecież ty też masz komórkę. Możesz dzwonić
i grać w gry - przypomniała babcia.
- Tylko dwie. Węża i spadające klocki. Oni muszą mieć tego więcej.
- A po co więcej? Spadające klocki są świetne. Sama często gram w przerwie od pracy.
- Patrzysz w telefon, zamiast rozmawiać z koleżankami?
Tym krótkim pytaniem Jennishi sprytnie wytknęła babci hipokryzję.
Usłyszała, jak ta poruszyła się ponownie. Nim jednak wymyśliła jakąś
ripostę, Nisha postanowiła interweniować.
- Zapomniałam wam pokazać, co dziś uszyliśmy w pracy! Zlecono nam
nietypowy projekt. Ja zrobiłam wykroje - mówiła szybko, byleby
ostatecznie zakończyć temat telewizorów i komórek.
Obok przepełnionej szafy stał rozkładany stolik, który w zależności od
potrzeb robił za dodatkową półkę albo blat kuchenny. Obecnie prawie
uginał się pod ciężarem stojących na nim plastikowych pudełek z lekami i przyprawami, kosmetykami, które nie mieściły się w łazience, oraz stosem
notatek Jenny z lekcji angielskiego. To nie tak, że kobiety nie dbały o czystość. Starały się zachować porządek, ale było to bardzo trudne z racji małej przestrzeni. Aby umyć podłogę, musiały wynosić niektóre
przedmioty na korytarz. Spomiędzy leżących na blacie rzeczy Nisha
wygrzebała swoją torebkę. Wyciągnęła z niej breloczek i rzuciła go
córce. Mimo swojego kiepskiego stanu Jenny złapała go w locie. Z zaskoczeniem odkryła, że była to mała maskotka przypominająca futai.
Laleczka miała wyszywane, fioletowe oczy i białe włosy starannie
wykonane z kawałków materiału. Była ubrana w ludowy ligvański strój. Do
głowy figurki przymocowano metalowe kółko.
- A czemu ma to służyć? - zdziwiła się Jenny.
- Propagowaniu kultury. Rząd chce otworzyć sklepy z pamiątkami przy
wszystkich muzeach oraz miejscach, które mogą zaciekawić turystów.
Ludzie z Zachodu lubią takie breloczki. Mogą sobie przyczepić do toreb i plecaków - wyjaśniła.
- Spieszą się z tymi pamiątkami, zważywszy na fakt, że na początku
wpuszczą tylko sześć wybranych osób - mruknęła Jennishi.
- Może, ale w radiu zapowiadali, że w tym miesiącu zniosą konieczność
posiadania zezwolenia na podróże międzymiastowe. Nasi też będą
przemieszczać się po kraju.
- Pokażcie mi ten breloczek! Ja też chcę zobaczyć! - zawołała
zaciekawiona babcia.
Warszawa, Polska
Konrad obudził się koło dziesiątej. Miał za sobą bardzo intensywną noc.
Do domu wrócił po trzeciej nad ranem. Głowa puchła mu od nadmiaru
informacji, których jeszcze nie zdołał przetworzyć. Spał niespokojnie.
Przewracał się z boku na bok męczony różnymi koszmarami. Śnił mu się
wyjazd. Raz zgubił paszport, innym razem obce wojska zatrzymały go za
przewóz czegoś nielegalnego. Teraz leżał, patrzył w popękany sufit i słuchał nierównego oddechu brata, który spał na łóżku pod oknem.
- To wariactwo - szepnął pod nosem.
Przetarł oczy i sięgnął po telefon, który leżał na szafce nocnej.
Odblokował ekran, po czym wpisał w wyszukiwarce trzy wyrazy -
"Wikipedia" oraz "tragedia w Futamie". Szybko odnalazł to, czego
potrzebował. W napięciu zaczął czytać.
Tragedia w Futamie - wypadek jądrowy, który nastąpił 12 grudnia 2004
podczas defilady w Futamie. W następstwie niewyjaśnionej awarii doszło
do detonacji głowicy jednej z prezentowanych na wydarzeniu rakiet.
Wyemitowana w wyniku wybuchu radioaktywna chmura rozprzestrzeniła się na
terenie Ligvashu, a także kilku innych państw Azji Środkowej. Wskutek
tragedii doszło do śmierci około trzech tysięcy osób, w tym prezydenta i dyktatora Ligvashu Kerama Nursiego oraz jego najstarszego syna Kerama
Dankiego Nursiego. Rząd Ligvashu nie udostępnił danych dotyczących
liczby osób, które zmarły w wyniku przewlekłej choroby popromiennej. W związku z tragedią ewakuowano i przesiedlono ponad 250 tysięcy osób. Po
śmierci głowy państwa i jego następcy rządy objął młodszy syn Kerama
Nursiego - Lei Nursi.
- Nie śpisz już, prawda, Koni? - zapytał nagle Fabian.
Konrad przypuszczał, co miało na celu to pytanie. Młody widział, że nie
spał. W końcu leżał na łóżku z telefonem w ręku. W głosie nastolatka
wyczuł jednak skruchę.
- Nie, a co?
- Przepraszam za tamtą sytuację. Naprawdę chcę się poprawić. Obiecałem
sobie, że wszystko odpracuję. Poszukam dorywczej pracy na magazynie
albo...
- Nie, Fab. Przede wszystkim masz się uczyć. To jest teraz
najważniejsze. I zerwij kontakt z tamtymi ludźmi. Wolę, żebyś pomagał
babci. Bardziej dbał o dom. Częściej wynosił śmieci, robił zakupy,
pranie i tak dalej - powiedział stanowczo.
Młodszy brat patrzył na niego podejrzliwie.
- Myślałem, że będziesz bardziej wkurzony - wypalił.
"Byłbym, gdybym wczoraj nie dostał propozycji, która zmieni nasze życie"
- pomyślał Konrad, ale nie powiedział tego na głos.
- Złość tutaj nie pomoże. Musimy szukać innych rozwiązań. Zacznijmy od
małych kroków. Pomóż babci przygotować śniadanie. Potem wypijemy kawę i o wszystkim porozmawiamy - zdecydował.
Młody poderwał się z łóżka, jakby dostał nowej energii. Pokiwał głową na
znak, że akceptuje plan brata, po czym wyszedł z pokoju. Przez dobrą
minutę Konrad siedział sztywno, wpatrując się w ścianę. Powinien
uzupełnić swoją wiedzę na temat Ligvashu. No i wnikliwiej przeczytać
program przesłany przez organizację odpowiedzialną za realizację
projektu. Należało również powiadomić o wszystkim rodzinę. Po tym, jak
ojciec ich porzucił, nie rozstawał się z rodzeństwem na dłużej niż
tydzień. Ostatecznie stwierdził, że najlepszym pomysłem będzie po prostu
prysznic.
- W łazience myśli się najlepiej - powiedział pod nosem.
Za piżamę służyły mu szare dresy i jasny podkoszulek. Chwilę pokręcił
się po pokoju, aż w końcu znalazł bluzę. Założył ją, po czym wyszedł na
korytarz. Tam spotkał siostrę. Po turbanie na włosach wywnioskował, że
właśnie opuściła łazienkę.
- Już wolna? Mogę iść się myć? - zapytał.
- Możesz. A ochrzaniłeś już Fabiana?
- A co to ma do rzeczy?
- Chciałabym zobaczyć, jak to robisz. Nie wierzyłeś, gdy mówiłam, że
ukradł mi pieniądze ze skarbonki.
Konrad westchnął ciężko. Z ogromnym trudem koncentrował się teraz na
rzeczach, które w obecnej sytuacji traciły na znaczeniu.
- To nie tak, że ci nie wierzyłem. Po prostu nikt nie złapał go wtedy na
gorącym uczynku. Nie można bez dowodów kogoś oczerniać.
- Ale moja intuicja okazała się słuszna - upierała się Laura.
- Obiecuję, że odzyskasz swoje pieniądze. Pogadamy o tym po śniadaniu,
dobra?
Dziewczynka skrzywiła się nieco, ale ostatecznie kiwnęła głową. Konrad
odetchnął z ulgą. Zamknął się w łazience, zdjął ubranie i rzucił je na
zepsutą pralkę. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Czarny wąż oplatał
całą rękę chłopaka od nadgarstka po ramię. Przeczytał kiedyś, że tatuaże
nie są dobrze postrzegane w Japonii. Zastanawiał się, jak patrzy się na
nie w Ligvashu.
- Kolejna rzecz do sprawdzenia - mruknął.
Wszedł pod prysznic. Strumień ciepłej wody nie przyniósł ukojenia.
Konrad nie mógł zatrzymać gonitwy myśli. Czuł ekscytację pomieszaną z lękiem. Ledwie zdążył spłukać szampon, kiedy rozległ się dźwięk
domofonu. Usłyszał kroki, najpewniej siostra poszła odebrać.
- Kto to?! - krzyknął przez drzwi, wycierając się pospiesznie.
- Jakaś dostawa. Może facet od nowej pralki? - odpowiedziała Laura.
Konrad przeklął pod nosem. Naciągnął na siebie dresy i podkoszulek, po
czym wyszedł z łazienki. Otworzył drzwi. Spodziewał się mężczyzn
wnoszących pralkę, zobaczył jednak chuderlawego młodzika trzymającego
cztery torby z zakupami. W pierwszym odruchu wziął to za jakiś żart.
Może kolesie, którym Fabian wisiał pieniądze, kupili coś z płatnością
przy odbiorze?
- Ja nie zapłacę za te rzeczy. Niczego nie zamawiałem - odpowiedział.
Dostawca zerknął na ekran komórki.
- Pan Konrad Bury? - zapytał.
- Tak, to ja.
- Zamówienie zostało już opłacone.
W tym momencie chłopak miał pewność, kto za tym wszystkim stał.
- Rozumiem. Dziękuję - odpowiedział.
Wziął od mężczyzny zakupy, po czym przeniósł je do salonu. Laura była
zajęta nakrywaniem do stołu, dlatego Konrad postawił siatki na stoliku
przy kanapie.
- Co to jest? - zainteresował się Fabian.
Akurat wyszedł z kuchni z dwoma kubkami. Postawił je na stole, po czym
podszedł do toreb.
- Prezent od Kraskiego - odpowiedział Koni.
- A od kiedy on daje ci prezenty?
- Od wczoraj.
Fabian spojrzał na brata z nadzieją, że rozwinie swoją wypowiedź, ale
ten zabrał się do rozpakowywania zakupów. Dwulitrowe opakowanie lodów,
kawa, syropy do kawy, mrożone steki, ryby, warzywa, słodycze...
- Widzę, że ten twój Kraski ma gest - stwierdził Fabian.
- Uwierz, że nie jest bezinteresowny.
Konrad przeniósł najważniejsze produkty do zamrażalnika. W tym czasie
babcia nałożyła wszystkim sporą porcję jajecznicy. Kiedy wreszcie
zasiedli do stołu, zapadła cisza. Zazwyczaj głośno dyskutowali przy
posiłku. Teraz domownicy patrzyli na Koniego. Instynktownie czuli, że
coś się zmieniło.
- Co się stało, wnusiu? Skąd te zakupy? - zapytała Jadwiga.
- Od mojego pracodawcy. Może najpierw zjedzmy, babciu, a potem wszystko
wyjaśnię - zaproponował.
- Widzimy, że dzieje się coś dziwnego. Jesteś zdenerwowany. Wróciłeś nad
ranem - powiedziała babcia.
- I nie ochrzaniłeś należycie Fabiana, chociaż wszyscy wiemy, że na to
zasłużył - wtrąciła Laura.
- W sumie racja. Spodziewałem się porządnej zjebki - stwierdził Fabi,
który najwyraźniej nie zamierzał iść w zaparte.
Jadwiga zrugała chłopaka za przekleństwo, a Koni zyskał chwilę, aby upić
kilka łyków kawy.
- Dostałem propozycję od mojego przełożonego. To dość stresujące,
ponieważ wiąże się z zagranicznym wyjazdem i w zasadzie pełnym
udostępnieniem mojego wizerunku. Wyprawa ma trwać trzy miesiące, wymaga
ode mnie dużego przygotowania. Oprócz stałej pensji Kraski zaproponował
mi piętnaście procent od wyświetleń każdego filmu, który pojawi się na
jego profilu z moim udziałem, oraz dodatkowo czterdzieści tysięcy
złotych - powiedział na jednym wdechu.
Wszyscy patrzyli na niego oniemiali. Czekali, czy jeszcze coś doda, ale
Konrad milczał.
- To chyba zajebiście? A dlaczego nie wyjedzie sam? Przez te swoje
problemy, o których wcześniej mówiłeś? - zapytał Fabian.
Nie chciał wspominać o narkotykach przy Laurze.
- Dokładnie tak. W zasadzie to oferta tego wyjazdu zagubiła mu się
gdzieś w natłoku innych maili. Kuba na nią natrafił. Nie było jeszcze za
późno.
- To wspaniale. Gratuluję, wnusiu. Nie rozumiem tylko, dlaczego jesteś
smutny?
Konrad spojrzał babci prosto w oczy. Przełknął kolejny łyk mocnej kawy i westchnął ciężko.
- Ponieważ będę musiał zdecydować się udostępnić swój wizerunek
praktycznie całemu światu. To po pierwsze. Po drugie, to wyjazd do
kraju, który przez ostatnie lata był całkowicie zamknięty dla turystów.
Wysyłają nas do Ligvashu. Tam mamy nie tylko nakręcić treści na kanał,
ale też wziąć udział w realizacji jakiegoś lokalnego programu. W zasadzie to nadal tego nie wiem. Pobieżnie przeczytałem te wszystkie
papiery. Dziś muszę podjąć decyzję. W poniedziałek mam potwierdzić
organizacji swój udział, wysłać skan paszportu i innych dokumentów,
przeczytać jakieś umowy. Podpisać je. Ja nie wiem, co robię.
Gdy mówił, cały czas kurczowo ściskał widelec. Ten niekontrolowany gest
miał mu pomóc w stłumieniu emocji.
- Cholera, Koni, ale się odwaliło - podsumował Fabian. - I co? Weźmiesz
w tym udział?
- Czy tam dalej jest tak niebezpiecznie, wnusiu? Pamiętam, jak było
głośno o wybuchu w Futamie. Mówili o tym w telewizji - powiedziała
Jadwiga.
- Co to Ligvash? - zapytała Laura.
Koni nie wiedział, na które z tych pytań odpowiedzieć w pierwszej
kolejności. Wtem ponownie zadzwonił domofon. Konrad wstał bez słowa, po
czym podniósł słuchawkę.
- Halo?
- Dzień dobry, przywiozłem pralkę. Na które piętro wnieść?
Murong, Ligvash
Weekend minął Jennishi zdecydowanie zbyt szybko. Nastał poniedziałek,
który miał być jej ostatnim dniem wolnym po operacji. We wtorek wpisano
jej w grafik jedynie dawstwo szpiku. Mimo to nie miała ochoty wracać.
Czasami marzyła, aby zaszyć się gdzieś daleko od wszystkiego i wszystkich. Charakter pracy i styl życia rzadko jej na to pozwalał.
Dziewczynę łączyły dobre relacje z matką i babcią. Gdy jednak kobiety
wyszły rano do pracy, odczuła wyraźną ulgę. W tym małym, ciasnym
mieszkanku cisza oraz prywatność urosły do miana luksusu. Lubiła brać
prysznic, kiedy była sama. Mogła swobodnie się rozebrać i zostawić
ubrania na krześle. Łazienka była tak ciasna, że woda z umieszczonego
nad toaletą natrysku opryskiwała wszystkie ściany, całą podłogę i umywalkę. Gdyby zostawiła tam ubrania i ręcznik, byłyby tak samo mokre.
Zwykle ktoś jej je podawał - mama albo babcia. Podczas ich nieobecności
Jenny mogła swobodnie chodzić nago.
Powietrze w łazience było lepkie i wilgotne. Gdy jednak odkręciła kurek
z zimną wodą, momentalnie się wzdrygnęła. Przygryzła wargę, w pokorze
znosząc chłód przeszywający drobne ciało. Spojrzała na bliznę na
brzuchu. Nie było śladu po obrzęku sprzed kilku dni. Z pewnością ktoś
jutro zdejmie jej szwy i wkrótce ciało wróci do pierwotnej formy.
- Jak zawsze - wypowiedziała na głos swoją myśl.
Na umywalce stały jedynie dwie butelki. Jedna z szamponem, druga z mydłem w płynie. Jenny sięgnęła po pierwszą. Ledwie zaczęła myć włosy,
gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. W pierwszej chwili
pomyślała, że się przesłyszała, a gdy ktoś ponownie zastukał, wyszła z założenia, że któraś z domowniczek zapomniała jakiegoś przedmiotu.
- Jestem pod prysznicem! - krzyknęła.
Zarówno mama, jak i babcia miały własne komplety kluczy. Powinny więc
wejść. Zamiast tego pukanie się nasiliło. Zaniepokojona Jennishi
spłukała resztki szamponu, wyszła do pokoju i sięgnęła po ręcznik leżący
na plastikowym stołku.
- Pani Mashen, prosimy otworzyć. Tu Raki Bork z Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego.
Druga część zdania zadziałała jak zastrzyk adrenaliny. Jenny aż
wstrzymała oddech. Pospiesznie włożyła bieliznę i szarą, znoszoną
sukienkę, którą przygotowała wcześniej. W panice rozejrzała się po
wnętrzu, w którym panował nieład.
- Przepraszam, moment! - zawołała.
Agenci praktycznie nigdy nie zapuszczali się do Tongi. Mówiono, że ten
kompleks był pod pewnymi względami ponad prawem. Oczywiście dopóty,
dopóki nie działano w nim na szkodę państwa. Jenny pospiesznie rzuciła
mokry ręcznik na podłogę w łazience i poprawiła kołdrę na łóżku babci.
Potem z bijącym sercem otworzyła drzwi. Zobaczyła za nimi trzech
mężczyzn, którzy bynajmniej nie pasowali do tego miejsca. Mieli idealnie
przystrzyżone włosy, wyprasowane koszule oraz doskonale skrojone czarne
marynarki. Nie przypominali wojskowych ani funkcjonariuszy patrolujących
ulice. Jenny się domyśliła, że ma do czynienia z kimś wyższym rangą.
- Dzień dobry w Ligvashu, jak już mówiłem, nazywam się Raki Bork.
Przydzielono mnie do pracy nad projektem OpenWorld organizowanym we
współpracy z organizacją WTTA. Zapoznaliśmy się z pani kandydaturą.
Możemy wejść?
Jenny wyobrażała sobie tę scenę dziesiątki razy. Nie sądziła jednak, że
będzie tak przebiegać.
- Opatrzność nad nami czuwa. - Ukłoniła się uprzejmie. - Oczywiście.
Proszę wejść.
Była bardzo zakłopotana. Liczyła, że o tej wizycie ktoś ją uprzedzi.
Chociażby zadzwoni. Wtedy zapewne zdążyłaby pożyczyć krzesło od
sąsiadów. Teraz musiała ratować się tym, co było pod ręką. Wskazała
plastikowy taboret i materac na dole łóżka piętrowego.
- Przepraszam najmocniej. Nie zdążyłam się przygotować.
- To nic - odpowiedział Raki.
Wskazał swoim towarzyszom miejsce na materacu. Usiedli bez słowa, niczym
dwa wierne psy. Byli bardzo wysocy i umięśnieni. Ich obecność
wprowadzała niepokój.
- Napiją się panowie czegoś? Może zaparzę herbatę? - zaproponowała.
- Nie, nie. Nie ma takiej potrzeby - odpowiedział szybko Raki.
Jennishi przypuszczała, z czego wynikała tak gwałtowna odmowa.
Zardzewiałe rury w Tondze raczej nie wpływały korzystnie na jakość wody.
Ludzie z zewnątrz bali się tu jeść i pić.
- Dobrze. Rozumiem - odpowiedziała Jenny i z braku innego wyboru uklękła
na podłodze przed mężczyzną.
Nie miała dodatkowych krzeseł, a stanie mogłoby zostać źle odebrane. W końcu nie chciała się stawiać ponad rozmówcą. Mężczyzna nie wyglądał
jednak na zaskoczonego warunkami życia dziewczyny. Sięgnął do
przewieszonej przez ramię torby, po czym wyjął z niej jakieś dokumenty.
- Jennishi Mashen, żeby nie trzymać pani dłużej w niepewności,
chcieliśmy poinformować, że zapoznaliśmy się już z wynikami wszystkich
egzaminów. Przeanalizowaliśmy również pani doświadczenie i kompetencje...
- mówił spokojnie.
Fioletowe oczy dziewczyny zdawały się błyszczeć niczym dwa futamskie
diamenty. Patrzyła na swojego rozmówcę kompletnie oczarowana.
- Naprawdę? - zapytała cicho, ponieważ nie potrafiła wykrztusić z siebie
innej odpowiedzi.
Mężczyzna uśmiechnął się ciepło. Poprawił ciemne okulary i spojrzał na
Jenny zza sterty notatek.
- Naprawdę. I z radością możemy ogłosić, że została pani wytypowana do
udziału w projekcie OpenWorld. To oczywiście oznacza wiele zmian. Musi
pani zapoznać się ze szczegółami programu, przejść dodatkowe szkolenia,
no i finalne skontaktować się z przydzielonym turystą.
Jenny poczuła, jakby ktoś zdjął jej z ramion olbrzymi ciężar. Była w programie, a to oznaczało jedno: koniec ze szpitalem. Przerwa na kilka
miesięcy. Jako jedna z niewielu futai będzie mogła odpocząć od rządowych
wymogów i spróbować zupełnie nowego życia. Nim jednak zdążyła cokolwiek
odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Stała w nich
zdyszana Nisha. Z bandażem na twarzy, w fartuchu, z centymetrem
krawieckim przewieszonym przez szyję. Najwyraźniej plotki w Tondze
rozchodziły się jeszcze szybciej, niż sądziła Jennishi. Wystarczyło
jedno spojrzenie przełożonego, aby siedzący na materacu mężczyźni wstali
i ukłonili się przed kobietą. Raki Bork uczynił to samo.
- To zaszczyt. Pani z pewnością jest wdową po zmarłym generale Gaminie
Mashenie - powiedział.
Jenny uniosła brew. Rzadko witano matkę z podobnymi zaszczytami.
Dziewczyna wiedziała, że jej ojciec był wysoko postawionym wojskowym. W domu nieczęsto jednak o nim wspominano. Być może z powodu traumy. Tak
twierdziła babka, kiedy Nisha tego nie słyszała. Jennishi wierzyła w tę
teorię. W wyniku tragedii w Futamie matka straciła nie tylko zdrowie i urodę, ale także męża oraz przyjaciół. Nie wiedziała jeszcze wówczas, że
była w ciąży.
- Dzień dobry w Ligvashu - rzekła Nisha, ignorując wzmiankę o generale.
- Intuicja mi mówi, że przyszli panowie z dobrą nowiną.
Raki odpowiedział jej szerokim uśmiechem.
- Owszem. Proszę usiąść.
Chciał ustąpić jej miejsca, ale kobieta machnęła ręką, aby tego nie
robił. Uklękła obok córki i w napięciu czekała na rozwój sytuacji.
- Mówiłem o tym, że pani córka dostała się do projektu OpenWorld.
Dołączy do pięciu pozostałych przewodników, którzy zajmą się przyjęciem
i oprowadzaniem turystów. Chcemy pokazać, jak obecnie wygląda nasz kraj.
Ligvash jest postępowy. Pod rządami Leia Nuriego, naszego słońca i głowy
narodu, bardzo się rozwinął. Wódz w swojej mądrości uznał, że to dobry
moment na otwarcie się na świat. Chcemy pokazać innym naszą religię,
kulturę, siłę, a przy tym zapewnić obywatelom nieco rozrywki. Nasza
ekipa zmontuje z tego wydarzenia program, który będzie emitowany
najpierw w ligvańskiej telewizji, a później zostanie sprzedany
zainteresowanym krajom - wyjaśnił.
Chociaż Nisha to wszystko wiedziała, nie zamierzała mu przerywać. Od
początku angażowała się i wspierała córkę w osiągnięciu celu.
- Lei Nursi jest niezrównany w swej mądrości - oznajmiła.
Jenny siedziała sztywno, obserwując wszystko w napięciu. Miała wiele
pytań, ale nie chciała zasypać nimi mężczyzny. Ogarniał ją irracjonalny
strach przed tym, że agenci się wycofają. Na tym etapie chyba by tego
nie zniosła.
- Czy mój udział w projekcie jest pewny? To ostateczna decyzja? -
zapytała z nadzieją.
- Oczywiście. W zasadzie to jest pani pierwszą osobą, do której
przyszliśmy z tą radosną informacją.
- Pierwszą? To przypadek?
- Skądże. Po prostu pani sytuacja wymaga od nas szczególnego
zaangażowania.
- Ponieważ jestem futai?
- Nie. Od początku chcieliśmy futai w projekcie. Rozważaliśmy liczne
kandydatury. W mojej opinii i wielu innych osób pani prezentowała się
najlepiej. Kontrowersje wzbudziła Tonga... - Raki przeniósł wzrok na
Nishę. - Generałowo, z tego, co mi wiadomo, po tragedii w Futamie
dostała pani odszkodowanie po mężu. Może nie olbrzymie, ale pozwoliłoby
na godziwy byt. Dlaczego nie zdecydowała się pani zamieszkać w innym
miejscu?
Jennishi drgnęła. Współczuła matce. Wiedziała, że te pytania są dla niej
bardzo trudne. Raki Bork rzucał jednak nimi swobodnie, jakby rozmawiali
o pogodzie. Uśmiech wciąż nie schodził z jego pociągłej twarzy.
- Nie chciałam wystawiać twarzy na widok publiczny. Kiedyś byłam
baleriną. To właśnie ciało stanowiło główne narzędzie mojej pracy.
Straciłam wszystko i wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.
Zamieszkałam tutaj, w Tondze, wśród ludzi ubogich, ale zdyscyplinowanych
i ciężko pracujących. Przyuczyłam się nowego fachu. Pieniądze
zainwestowałam w edukację córki. Chciałam ją wykształcić. Jenny już od
najmłodszych lat uczęszczała na lekcje angielskiego. Posłałam córkę do
dobrej szkoły - mówiła Nisha, a jej głos brzmiał dumnie i pewnie.
- I to postawa godna szlachetnej ligvańskiej obywatelki. - Raki aż
klasnął w dłonie. - Chodzi o to, że jednym z elementów programu jest
przyjęcie zagranicznego gościa we własnym domu. Część osób z komisji
zauważyła, iż warunki bytowe Jennishi nie odpowiadają wymaganym
standardom.
- W formularzu zgłoszeniowym nie było żadnych informacji dotyczących
takich wymagań - powiedziała Jenny.
Później pożałowała tych słów. Bała się, że weszła mężczyźnie w słowo, a ten źle to odbierze. Na szczęście uśmiech nadal nie schodził z ust
Rakiego.
- Owszem. Mimo to mamy nasze wewnętrzne preferencje. Nie zmienia to
faktu, że została pani wybrana i ta decyzja nie ulegnie zmianie. Po
omówieniu wszystkiego z komisją podjęliśmy decyzję o przydzieleniu
państwu nowego lokalu. Na początku na pół roku. Z możliwością
przedłużenia.
Raki wyjął z torby teczkę. Otworzył ją i szybko odszukał dwie identyczne
broszury. Jedną podał Jenny, drugą Nishy. Już na pierwszej stronie
widniało estetyczne zdjęcie przedstawiające nowoczesne osiedle położone
niedaleko centrum Murongu. Jasne wieżowce przypominały pałace w zestawieniu z brudną zabudową Tongi. Otaczały je zielone ogrody, a o ile
można było wierzyć informacjom w opisie, na terenie obiektu znajdowały
się korty tenisowe, dwa place zabaw i boisko do koszykówki.
- Zdjęcia wnętrz są na stronie piątej - podpowiedział Raki, najwyraźniej
dobrze zaznajomiony z treścią broszury.
Jennishi przewróciła kartki. Jej wzrok od razu zatrzymał się na jasnym
salonie z otwartą, w pełni wyposażoną kuchnią. Panował w nim idealny
porządek. Na blacie stały toster, czajnik elektryczny i pojemnik na
noże. Meble w salonie wykonano z bambusa. Na stoliku kawowym ułożono
stosik czasopism, a na ścianie wisiał pokaźny telewizor z płaskim
ekranem. W Tondze nikt takiego nie miał.
- Obawiam się, że nas na to nie stać - oznajmiła Jenny, na co mężczyzna
machnął ręką.
- O to proszę się nie martwić. Współtwórcy projektu z ligvańskiej strony
dysponują budżetem potrzebnym na poprawę wizerunku uczestników.
Sporządzimy umowę najmu, ale nie oczekujemy zapłaty pieniężnej.
- A czego oczekujecie? - zapytała Nisha.
- Dyskrecji. Zależy nam na utrzymaniu narracji, że pani dostała to
mieszkanie wcześniej jako żona zmarłego generała. Nie chcemy, żeby ktoś
pomyślał, że wasza rodzina przeniosła się tam jedynie na potrzeby
realizacji projektu.
Jenny spojrzała na matkę. Chociaż bandaże skutecznie zasłaniały mimikę
jej twarzy, potrafiła odczytać pewne emocje na podstawie detali. Kiedy
kobieta się denerwowała, spinała mięśnie i zaciskała dłonie w pięści.
Teraz jej ciało wyglądało na zrelaksowane.
- Oczywiście. Państwo przydzieliło mi mieszkanie jako żonie zmarłego
generała - powtórzyła takim tonem, że trudno było odgadnąć, czy
ironizuje, czy też nie. - A wzięto pod uwagę, że mieszka z nami także
moja matka, babcia Jenny?
- Naturalnie.
Raki wyciągnął dłoń, aby kobieta podała mu ulotkę. Szybko odnalazł
ilustrację przedstawiającą wizualizację mieszkania z góry. Miało dwie
sypialnie, obszerny salon połączony z kuchnią, balkon i osobne łazienkę
oraz toaletę.
- To dokładnie to mieszkanie. Pięćdziesiąt metrów w eleganckiej
dzielnicy Golden City. Jeśli zgodzi się pani dzielić z matką sypialnię,
myślę, że nie będzie problemu. Wstawimy dwa pojedyncze łóżka.
Siedzący na materacu mężczyźni prychnęli. Ledwo słyszalnie, a jednak
Jenny wychwyciła tę szyderczą nutę. Trudno było udawać, że nie czuje się
ciasnoty ich aktualnego lokum, nie widzi biedy i nie słyszy okrutnego
warkotu wentylatora.
- Oczywiście, jest też klimatyzacja - podkreślił Raki.
- Dziękujemy za hojność. Po prostu nasza rodzina liczy trzy osoby i chciałam wiedzieć, czy w takiej sytuacji możemy przeprowadzić się razem
- powiedziała Nisha.
- To już znacie odpowiedź. Widzicie notatkę w dolnym rogu? Tam zapisałem
dokładny adres i godzinę. Proszę się jutro stawić o wyznaczonej porze.
- A co z naszym obecnym mieszkaniem? - zapytała Jenny.
- Państwo nie ingeruje w kwestie mieszkaniowe Tongi. Chyba nic mu się
nie stanie, jeżeli postoi trochę puste, prawda? - Puścił jej oczko.
Jennishi pokiwała głową. Nie potrafiła jednoznacznie wyjaśnić dlaczego,
ale radość mieszała się u niej z niepokojem. W świecie, który znała,
nikt nie rozdawał rzeczy za darmo. I chociaż teoretycznie włożyła dużo
pracy, aby zakwalifikowano ją do programu, rządowi mogło to nie
wystarczyć. Musiała znać pełne oczekiwania państwa.
- Bardzo dziękujemy. Wciąż nie mogę uwierzyć, że mnie wybrano. Mam
mętlik w głowie i sporo pytań dotyczących głównie poszczególnych etapów
projektu.
- Niech się pani nie martwi. To naturalne. Przygotowaliśmy specjalne
indywidualne szkolenia dla przewodników wybranych w projekcie OpenWorld.
Proszę stawić się jutro o dwunastej pod wyznaczonym adresem po odbiór
kluczy. Będę dostępny na miejscu wraz z panią z administracji osiedla.
To bardzo ważne, żebyście przyzwyczaiły się do nowego domu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki