Rozdział 1
Pod koniec listopada Józef Pawłowski z czułością przesunął miękką ściereczką po sosnowej ladzie, po czym oparł się o nią i potoczył zachwyconym wzrokiem po sklepiku. Postanowił, że w tym roku otworzy Krainę Zeszłorocznych Choinek już teraz, by mieszkańcy z wyprzedzeniem mogli nabyć świąteczne ozdoby i upominki. Od rana pucował, szorował i porządkował swoje małe królestwo. Chciał wykorzystać zaskakująco ciepły listopadowy dzień, a także fakt, że jego bliźniaczka Józefina pojechała do Krakowa na wizytę u okulisty.
Józef nie wątpił w to, że gdyby była na miejscu, nie szczędziłaby mu dobrych rad i wskazówek. Zakomunikowała mu to zresztą przy niedzielnym śniadaniu.
- Mam kilka znakomitych pomysłów. Myślę, że warto je wykorzystać w Krainie Zeszłorocznych Choinek - wygłosiła Józefina, uderzając łyżeczką w jajko.
Józef rozkoszował się jajkiem na miękko, skupiając na tym całą swoją uwagę. To był błąd. Powinien wiedzieć, że jeśli Józefina ma jakiś pomysł, należy mieć się na baczności, a co dopiero przy kilku pomysłach! Puścił mimo uszu paplaninę siostry i pozwolił, by jego myśli powędrowały ku Helenie, z którą umówił się na popołudniową przechadzkę po miasteczku. Tymczasem Józefina skończyła obierać jajko, odłożyła łyżeczkę, wytarła dłonie w lnianą serwetkę i dalej rozwodziła się nad swoimi pomysłami, a kiedy powiedziała już wszystko, spojrzała na Józefa wyczekująco.
- I co o tym myślisz? - zapytała.
- O czym? - Józef wyrwał się z zamyślenia.
- O moim pomyśle.
Mężczyzna poczuł uderzenie gorąca i w duchu skarcił się za bujanie w obłokach. Powinien wysłuchać, co takiego wymyśliła siostra, ale szczerze powiedziawszy, przez lata nauczył się wpuszczać jej paplaninę jednym uchem, a wypuszczać drugim. Była osobą, która na każdy temat miała coś do powiedzenia, on zaś miał spokojną, wręcz flegmatyczną naturę i nade wszystko cenił spokój oraz ciszę. Dlatego żyjąc pod jednym dachem z Józefiną, przyswoił bezcenną zdolność wyłączania się na zawołanie. Teraz był skłonny przyznać, że być może ta umiejętność okaże się dla niego zgubną.
Starsza pani chrząknęła ponaglająco, a zdjęty nagłą paniką Józef zorientował się, że entuzjastycznie kiwa głową.
- To znakomity pomysł, Józefino!
- Tak? - Bliźniaczka lekko przechyliła głowę i przyjrzała mu się podejrzliwie. - A który?
- Każ... każdy - wykrztusił, zagłębiając łyżeczkę w miękkim jajku.
- Naprawdę? - Józefina uśmiechnęła się promiennie, wyprostowała się dumnie i sięgnęła po filiżankę. - Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że podejdziesz do tego tak entuzjastycznie, Józefie. Spodziewałam się raczej... czegoś zgoła odmiennego. Dobrze wiedzieć, że masz jeszcze odrobinę zdrowego rozsądku - powiedziała zadowolona i wróciła do śniadania.
Dłoń Józefa znieruchomiała. Pomyślał, że oddałby ten cudowny posiłek z chrupiącymi bułeczkami i obłędnie pachnącą kawą, byle tylko cofnąć się w czasie o pięć minut. Wtedy na pewno uważnie by wysłuchał, co takiego wymyśliła siostra. Teraz ogarnął go niepokój.
- Mam nadzieję, że rozumiesz, że kwestia cen nie podlega dyskusji? - rzucił pospiesznie.
- Tak, tak... - Józefina machnęła ręką bagatelizująco. - Przecież wiem, że masz na punkcie tych swoich skorup bzika...
- O, przepraszam!
- Pardon, pardon, bracie... unikatowych ozdób choinkowych. Pogodziłam się już z twoją zabawą w świętego mikołaja. Poza tym sam słyszałeś, że moje pomysły wprowadzą zaledwie zmiany kosmetyczne, subtelnie, ale z klasą. Znakomicie, nie spodziewałam się aż takiego uznania, Józefie!
- Ehem, tak...
- Wiesz, tak sobie myślę... - Kobieta pochyliła się w stronę brata. - Skoro będziemy pracować w sklepiku razem, chyba powinnam zostać twoją wspólniczką.
Łyżeczka w ręku Józefa wykonała gwałtowny ruch, a zawartość poszybowała w górę i z miękkim plaśnięciem przylgnęła do sufitu. Pawłowscy powoli unieśli głowy i wbili oszołomione spojrzenia w na wpół płynny kawałek żółtka, który wyraźnie zamierzał poddać się prawu grawitacji. Po chwili opadł na stół i wylądował na talerzu Józefiny.
Siostra ocknęła się jako pierwsza.
- Nic nie powiesz?
- Przecież jesteś... poniekąd... moją... ehem, wspólniczką.
- Ale ja nie chcę poniekąd! Chcę oficjalnie!
- Oficjalnie nie potrzebuję wspólnika! - zaprotestował Józef.
- Warsztat świętej pamięci tatusia należy też do mnie! - przypomniała.
- Mam płacić czynsz?
- A na cóż mi pieniądze?
- Nie interesujesz się ozdobami choinkowymi. Nawet ich... nie lubisz!
- Ale lubię ciebie. Choć przyznaję, że z każdym rokiem spędzonym pod jednym dachem z takim upartym starym osłem trochę mniej...
- Nie potrzebuję wspólnika! - powtórzył Józef. - Możesz przychodzić do sklepiku, kiedy tylko ci się podoba, i zrzędzić ze swojego fotela, ale Kraina Zeszłorocznych Choinek należy do mnie i świetnie sobie radzę!
- Wybacz szczerość, bracie, ale muszę ci przypomnieć, że w ubiegłym roku sprzedałeś dwie, powtarzam, DWIE ozdoby choinkowe! Gdyby w naszym kraju wręczano nagrodę dla najmniej przedsiębiorczego biznesmena roku, niechybnie zgarnąłbyś pierwszą nagrodę! Ba, zdeklasyfikowałbyś konkurencję przed startem! Oczywiście, że potrzebujesz mojego wsparcia. - Józefina podniosła się zza stołu i spojrzała znacząco na resztkę jajka, które zleciało z sufitu. - A teraz, gdy widzę, że z trudem panujesz nad swoimi rękami, wiem, że jeszcze bardziej, niż podejrzewałam!
Kilka dni po tej rozmowie Józef krzątał się po swoim przytulnym sklepiku i cieszył się w duchu, że siostra wyjechała na cały dzień. Otworzył drzwi, przewietrzył ciasne pomieszczenie, starł kurz z regałów, a następnie wyeksponował na półkach i w wiklinowych koszach delikatne bombki, misternie wykonane figurynki oraz inne cudowne ozdoby świąteczne.
Był dumny ze swojej wystawy. Tyle trudu i czasu poświęcił, by zgromadzić piękne i niepowtarzalne okazy. Bardzo długo zachowywał swój skarb w ukryciu, tylko dla siebie, rok temu coś w nim jednak pękło. Uświadomił sobie, że nie chce, by po jego śmierci kolekcja bombek i ozdób choinkowych skończyła zapomniana na jakimś zakurzonym strychu. Powinna dawać ludziom radość i wlewać w ich serca ducha świąt! I tak powstała Kraina Zeszłorocznych Choinek - sklepik z unikatowymi ozdobami, zainspirowany opowieścią o magicznym miejscu, do którego po Bożym Narodzeniu odchodzą świąteczne drzewka. Historię tę opowiedział Józefowi Bonifacy, a ten pielęgnował ją w pamięci przez te wszystkie lata, podobnie jak wspomnienie najlepszego przyjaciela i jedynej miłości. W ten sposób tłumił tęsknotę i żal do najbliższych mu osób. Teraz, gdy Helena wróciła do miasteczka, nie potrzebował już Krainy Zeszłorocznych Choinek, ale nie potrafił zrezygnować ze sklepiku. Tyle radości sprawiło mu stworzenie tego miejsca! I cóż z tego, że - jak wypominała mu Józefina - rok temu sprzedał tylko dwie bombki? Na widok zachwytu klientów serce Józefa biło szybciej. Po cichu zresztą liczył, że po wywiadzie, którego mimo wcześniejszych oporów udzielił jednemu z krajowych dzienników, sklepik stanie się swoistą atrakcją miasteczka i przyciągnie kupujących, którzy docenią piękno ozdób choinkowych, a wtedy Józef spełni swoje marzenie o podróżach... I kto wie, może namówi Helenę, by mu towarzyszyła!
Mężczyzna się rozmarzył, lecz gdy rzucił okiem w lustro ozdobione dębową ramą, które przed paroma dniami Józefina zawiesiła na ścianie, odchrząknął zakłopotany. Ech, czemu twarz mężczyzny przybiera tak głupawy wyraz, gdy tylko pomyśli o pięknej kobiecie?
Wyobraził sobie, co na ten temat powiedziałaby jego bliźniaczka, i się skrzywił. Jego rozmyślania przerwało głośne tupanie dobiegające sprzed wejścia. Wyprostował się dumnie i wyczekująco popatrzył na drzwi. W progu pojawił się zziajany listonosz.
- Uszanowanie, panie profesorze! - Uchylił czapkę.
- Dzień dobry, panie Pawle. - Właściciel sklepiku skinął lekko głową.
- Dla pana profesora to może rzeczywiście dobry... - Listonosz przyjrzał się badawczo Józefowi. - Na emeryturze, z własnym biznesem, za próg nosa nie musi wyściubiać w taki ziąb...
- Przecież dziś prawie piętnaście stopni! - Józef otworzył szeroko oczy. - W listopadzie to niemal tropiki!
- ...a teraz jeszcze list z zagranicy odbiera - ciągnął niezrażony listonosz, nurkując dłonią w przepastnej torbie opartej o prawe udo. - Nie dziwota, że profesor szczerzy się jak głupi do sera! Za przeproszeniem...
Józef ponownie spojrzał w lustro. Wydawało mu się, że jego mina jest całkiem zwyczajna.
- Nie wiadomo, czy ma się człowiek cieszyć... - bąknął niepewnie.
- List z zagranicy to list z zagranicy! - stwierdził listonosz i wzruszył ramionami. Potarł zaczerwienione policzki i zroszone potem czoło, po czym z zaciekawieniem rozejrzał się po wnętrzu sklepiku.
Józef - widząc, że mężczyzna zerknął ochoczo na fotel Józefiny - szybko wskazał mu miejsce. Franik uśmiechnął się z wdzięcznością i już miał się rozsiąść... gdy Pawłowski w ostatniej chwili wybiegł zza lady i porwał w objęcia kota, który smacznie tam drzemał.
- Hmmm, doprawdy nie wiem, kto mógłby do mnie napisać z zagranicy... - Potrząsnął głową i postawił na podłodze fukające z oburzeniem zwierzę.
Listonosz delikatnie pogładził podłokietnik, po czym ułożył na nim wilgotną czapkę i wrócił do przeszukiwania torby.
- Może dostał pan profesor spadek? Albo na loterii wygrał?
- Och, szczerze wątpię!
- Albo odnalazł profesor zaginionego syna?
- Nic nie wiem o żadnym synu! - sarknął oburzony Józef. - Nigdy nie byłem w obcych krajach, więc doprawdy nie rozumiem, skąd miałby się tam wziąć mój syn!
- No wie, pan profesor... - Paweł zaśmiał się rubasznie. - Dziecko to nie kapusta, żeby rosło tam, gdzie ziarenko się zasieje. Może pan profesor nie pamięta wszystkich grządek, które oporządzał...
- Dobrze, dobrze! - Zakłopotany Józef uciekł spojrzeniem w bok. - Ze mnie taki ogrodnik jak z pana baletnica!
- A może... - Listonosz podrapał się po brodzie, z namysłem przyglądając się Józefowi.
- Może po prostu sprawdzimy? - zasugerował z ironią i westchnął zniecierpliwiony.
- A tak, tak... - Franik się zreflektował.
Zaszeleściły koperty i druczki, mignęły kolorowe kartki okolicznościowe, wreszcie Paweł wydał z siebie okrzyk triumfu i pomachał wydobytym listem. Józef już nie mógł się doczekać, aż otworzy list - jego również zaintrygowała przesyłka.
Wyciągnął rękę w stronę listonosza, ale ten szybko schował list za siebie.
- Niepokwitowane nietrzymane - wyjaśnił. - Zaraz dopełnimy formalności i pan profesor dostanie swój list.
Józef miał ochotę powiedzieć Franikowi, by skończył już z tym całym profesorowaniem. Taki był z niego profesor jak ogrodnik, ale w miasteczku zakorzenił się zwyczaj zwracania się w ten sposób do wszystkich przedstawicieli kadry nauczycielskiej - oczywiście, jeśli przekroczyli pewien wiek. I na nic zdały się protesty! Profesor to profesor, i kropka!
Pawłowski zadał sobie w duchu pytanie, kto zaadresował kopertę. Jeszcze rok temu na wieść o niespodziewanym liście jego serce zabiłoby szybciej, pomyślałby zapewne, że napisała go Helena, ale ona wróciła do Świerczynek i poniekąd również do życia Józefa. Najchętniej rozerwałby kopertę i sprawdził, co się w niej kryje, listonosz jednak nadal się guzdrał: grzebał w torbie w poszukiwaniu Bóg wie czego i spoglądał co chwilę nieufnie na właściciela sklepiku, jakby ten miał się nań rzucić i ukraść niepokwitowaną przesyłkę.
- Może mógłbym...?
- Nie ma mowy! - Listonosz zacisnął wargi i obrócił się lekko w bok, aby własnym ciałem osłonić torbę i kopertę. - Zaraz pan profesor dostanie, tylko wydobędę co trzeba i pokwitujemy. To zajmie sekundkę!
Starszy pan pomyślał, że to bardzo długa sekundka. Pan Franik najwidoczniej nie dostrzegł jego zniecierpliwienia: powoli zapiął jedną przegródkę torby, potem mocował się z opornym zamkiem drugiej kieszeni, w końcu udało mu się szarpnąć suwak i wydobyć urządzenie. Teraz nieśpiesznie uniósł kopertę, odczytał nazwisko, zerknął przelotnie na Pawłowskiego, jakby chciał sprawdzić, czy to na pewno on, westchnął i stuknął palcem w ekran. Urządzenie najwyraźniej pogrążyło się w smacznej drzemce, bo ani myślało odpowiadać. Listonosz uderzył więc mocniej, po czym na widok otwierających się rubryczek gwizdnął wesoło i zaczął szukać w rejestrze przesyłki Józefa.
- Kiedyś wystarczyła kartka... - Starszy pan z nostalgią pomyślał o dawnych czasach, gdy otrzymany list kwitowało się na papierze i zajmowało to dosłownie chwileczkę.
Franik obrzucił go karcącym spojrzeniem.
- A teraz zrobili tablety, żeby było wygodniej i szybciej!
- To się im udało - zakpił Józef.
Na jego szczęście Paweł nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w tym momencie otworzyło się okienko do pokwitowania listu i listonosz skupił uwagę na swoim elektronicznym pomocniku. Wskazał adresatowi odpowiednie miejsce na ekranie i podał rysik.
- Nie za mocno i nie za lekko - pouczył.
- To jak?
- W sam raz!
Józef złożył podpis i w końcu otrzymał swój list. Obracał kopertę w dłoniach, mrużył oczy, próbując odczytać adres nadawcy i główkując, czy jest znajomy. W duchu nie mógł się doczekać chwili, gdy zostanie sam i będzie mógł sprawdzić, co znajduje się w środku. Listonosz jednak nie zamierzał jeszcze wychodzić. Obrzucił lekko rozbawionym spojrzeniem wnętrze sklepiku i zamarł w pozie wyczekiwania.
- Nie otworzy pan profesor? - zapytał po chwili.
- Ależ oczywiście!
- Zatem...? - Franik wychylił się z fotela, a Józef odruchowo cofnął się o krok, uśmiechnął się blado i lekko uderzył trzymaną kopertą o kontuar.
- Nie teraz. Mam coś do zrobienia.
Listonoszowi zrzedła mina. Zaczął się gramolić, ostentacyjnie i głośno przy tym wzdychając. Poprawił na ramieniu pasek torby, rękoma wygładził granatową kurtkę, po czym naciągnął na głowę wciąż wilgotną czapkę i po raz ostatni obrzucił kopertę rozczarowanym spojrzeniem.
- Na naszą pocztę nieczęsto trafiają listy z zagranicy - zauważył.
- Hmmm, doprawdy?
- No tak. Ostatnio chyba do Kowalczyków niosłem. Okazało się, że ciotka z Francji im zmarła i zawiadomienie dostali. U Leszczyńskich kiedyś córka widokówkę z wakacji im przysłała, nie uwierzy pan, z Wysp Kanadyjskich! Wiedział pan profesor, że oni tam w tej Kanadzie wyspy mają?
- Naprawdę? Nie wiedziałem... - Stropiony Józef podrapał się po głowie i pomyślał o geograficznej pomyłce listonosza, ale również o tym, że do wieczora całe miasteczko usłyszy, że otrzymał przesyłkę z zagranicy i zyskał spadek albo syna. Westchnął w duchu.
Franik ociężałym krokiem ruszył do wyjścia. W progu jednak przystanął i spojrzał na Józefa z nadzieją, że ten zmieni zdanie i zachęci do asystowania przy otwieraniu listu. W końcu dotknął czubkiem palca świerkowej gałązki w wąskim okienku.
- Ładny ma pan profesor ten sklepik - przyznał. - Jak z bajki. - Zaśmiał się z własnego żartu.
Józef pokiwał tylko głową z powagą.
- O tak, jak z bajki! - potwierdził.
Gdy wreszcie zawiedziony listonosz zniknął za drzwiami, Pawłowski cienkim nożykiem otworzył list, wydobył złożone na pół kartki papieru i zaczął czytać. Potem powoli odłożył list na blat i z oszołomieniem rozejrzał się po Krainie Zeszłorocznych Choinek. Nie mógł uwierzyć w to, co przeczytał.
Już prędzej spodziewałby się spadku lub syna.