Rozdział trzeciSafiria
Meyrot obudziła się na polanie pełnej białych kwiatów. Wschodzące słońce nieśmiało zaglądało przez korony drzew. Królewna rozejrzała się. Obok niej stał Śnieżny Wicher, a niedaleko w trawie smacznie spali Lux i Mrox.
"Gdzie ja jestem?" - pomyślała, ale po chwili miała już pewność, że znajduje się w kolejnej krainie, czyli w Safirii. Przecież w Zorlandii kwiaty i ptaki były fioletowe, a tu rosło pod dostatkiem konwalii, margaretek, hortensji, narcyzów, zawilców, sasanek i wiele innych białych kwiatów, zaś w górze można było zobaczyć mnóstwo białych ptaków.
Królewna odetchnęła z ulgą. Udało się, jakoś wydostała się z mocy Koszmariona. Na razie jest bezpieczna. Jednak po chwili zmartwiła się: "Przecież jestem o dziesięć lat starsza!"
- Dzień dobry Meyrot! - wtem usłyszała głosy przebudzonych smartgoustów.
- Dzień dobry kochani! Jak dobrze was widzieć w zwyczajnych okolicznościach!
Smartgousty podleciały do królewny, spojrzały na nią i nagle zamarły.
- Wyglądasz jakoś dziwnie - powiedział Mrox.
- To znaczy jak?! - zmartwiła się Meyrot.
- Ładniej! - odezwał się z uśmiechem Lux. - Jesteś jakaś taka... dostojniejsza.
- Chciałeś powiedzieć: starsza - poprawiła go zasmucona Meyrot.
- Nie martw się! To tylko dziesięć lat - próbował ją pocieszyć.
- No trudno - westchnęła królewna, podeszła do Śnieżnego Wichra i zarządziła: - ruszamy w dalszą drogę. Na południe, kochani!
Kraina była piękna. Zielonobiała sceneria miała swój niepowtarzalny urok. Do tego jeziora i strumyki, które przyjaciele mijali po drodze, połyskiwały odbijając promienie słoneczne.
Nagle ich uwagę przyciągnął cudowny kolorowy most przecinający głęboką, rwącą rzekę. Był różnokolorowy i misternie wykonany.
- W życiu nie widziałam tak wspaniałego dzieła! To aż niemożliwe, żeby ten most zbudował człowiek. A może to zaczarowane miejsce? - wykrzyknęła w zachwycie królewna. - Wjedźmy na niego - zwróciła się do Śnieżnego Wichra. Ale rumak zatrzymał się przed mostem i zarżał ostrzegawczo. - Co jest, Śnieżny Wichrze? Dlaczego nie chcesz wjechać na most? - niecierpliwiła się.
- Polecimy sprawdzić - odezwał się Lux i razem z Mroxem wzbili się ponad most i odlecieli. Meyrot czekała cierpliwie aż wrócą i rozmyślała. Skoro Śnieżny Wicher ją ostrzegł, to widać miał swoje powody.
Smartgousty bardzo długo nie wracały, aż w końcu nadleciały, bardzo przejęte.
- Ten most to jest zwykła ściema, niby jest, a wszak go nie ma! - wyrecytował Mrox, ale Meyrot nie zrozumiała co konkretnie miał na myśli. Po chwili jednak nieco sprawę rozjaśnił Lux, który powiedział:
- Dziwny jest ten kraj sasanki, bo most to mydlane bańki!
Meyrot aż zbladła z przerażenia.
- Dziękuję ci Śnieżny Wichrze, że nas ocaliłeś - powiedziała drżącym głosem i pogłaskała konia po grzywie. - Masz rację Lux, to bardzo dziwna kraina - dodała. - W takim razie jedźmy dalej inną drogą.
Śnieżny Wicher znalazł inną, bezpieczną drogę. I tak przyjaciele wędrowali przez kilka kolejnych dni, aż dotarli do niewielkiego miasteczka. Domy w nim jednak były szare i sprawiały wrażenie zaniedbanych. Wtem uwagę królewny przykuło targowisko. Oto bowiem na straganach niesympatyczne, pokraczne duchy - prawdopodobnie lostgousty sprzedawały ludziom tajemnicze paczuszki.
- Zatrzymaj się Śnieżny Wichrze - powiedziała Meyrot. - Chciałabym nieco poobserwować to dziwne zjawisko. - A wy, kochani, zróbcie rozeznanie wśród swoich koleżanek i kolegów. Tak więc Lux z Mroxem odlecieli, a Meyrot zsiadła z konia i wtopiła się w tłum ludzi. Obawiała się, że swoim królewskim strojem będzie się wyróżniać i ludzie będą się jej przyglądać, ale jej obawy okazały się niepotrzebne - kupujący w ogóle na nią nie spoglądali. Tak więc spokojnie mogła obserwować stworki, które najwyraźniej miały inne zadanie do wykonania: sprzedać ludziom jak najwięcej tego "czegoś" niezwykłego.
Najbardziej zaciekawiło ją to, że ludzie w zamian za otrzymanie towaru pozbywali się cennych przedmiotów. "Cóż to takiego - rozmyślała Meyrot - że ludzie gotowi są się zrujnować, byleby to mieć?!"
Królewna wróciła do Śnieżnego Wichra i tam zaczekała na smartgousty. Była bardzo zaintrygowana całą tą sprawą. Niebawem oba nadleciały i zdały jej rymowaną relację:
- Ludzie tutaj śnią na jawie, marzeniami żyją prawie! Wiodą życie w zaniedbaniu, byle bańki mieć mydlane - powiedział Lux, a nabuzowany Mrox dodał:
- Zwariowana to kraina, nic tu sensu się nie trzyma!
- To niebywałe - zamyśliła się królewna. - Wolą żyć w ubóstwie, byle tylko zdobyć bańki mydlane... Po co im te mydliny? Dlaczego bez nich nie potrafią żyć? Lux, mówiłeś, że ludzie w tej krainie żyją jakby we śnie... O co w tym wszystkim chodzi?... - Ale duch wzruszył ramionami w bezradnym geście.
Przyjaciele ruszyli w dalszą drogę. Na skraju miasta spotkali młodą kobietę. Odziana była ubogo, a na jej twarzy gościł smutek. Królewna zsiadła z konia, podeszła do kobiety i przywitała się z nią.
- Jestem Meyrot z Królestwa Północy.
- A ja nazywam się Lila i mieszkam tu niedaleko - przedstawiła się kobieta.
- Mam wrażenie, że jesteś czymś przygnębiona - powiedziała nieśmiało Meyrot próbując tym samym zachęcić Lilę do zwierzenia się.
- Tak, Meyrot. Dobrze zauważyłaś. Jestem bardzo zasmucona.
- Chętnie cię wysłucham - zapewniła Lilę królewna.
- W takim razie wszystko ci opowiem. Chodź, zapraszam cię do domu na sok porzeczkowy.
- Dobrze - zgodziła się Meyrot, poprosiła Śnieżnego Wichra i smartgousty, żeby na nią poczekały, po czym obie z Lilą ruszyły w stronę pobliskiego, bardzo zaniedbanego domu. Już w drodze kobieta zaczęła swą opowieść:
- Mam męża o imieniu Ollo. Pobraliśmy się z wielkiej miłości i wyobrażałam sobie, że będziemy bardzo szczęśliwi do końca naszych dni. Niestety, szczęście nie trwało długo. Ollo zaczął chodzić na targowisko i zamiast kupować rzeczy potrzebne nam do życia, przynosił paczuszki z bańkami mydlanymi. Mówił, że to największe szczęście, jakie go spotkało w życiu... - Lila zaszlochała. - Rozumiesz? Nie nasza miłość, tylko jakieś mydlane bańki...
Kobiety weszły do domu. Lila wskazała Meyrot miejsce przy stole, zaś sama poszła do komórki po butelkę z sokiem. Po chwili już obie popijały słodki czerwonawy płyn.
- A co takiego jest w tych mydlanych bańkach, że Ollo tak twierdzi? - wróciła do tematu Meyrot.
- Można z nich wznosić przepiękne budowle. Wszystko cokolwiek się tylko zamarzy.
- Widzieliśmy po drodze taki piękny most nad rzeką - skojarzyła szybko Meyrot. - Rzeczywiście był prześliczny.
- No właśnie. Jak Ollo wróci z targowiska, to zobaczysz, jaką budowlę wzniesie zamiast tej naszej rudery - rzekła z krzywym uśmiechem Lila. - Te budowle dają niebywałe szczęście tym, którzy je wznoszą. To dlatego Ollo już mnie nie potrzebuje.
- Musi ci być z tego powodu bardzo przykro - powiedziała Meyrot z troską w głosie, a Lila skinęłą głową.
Przez chwilę obie milczały.
- A dlaczego teraz nie widać tej budowli? - zdziwiła się naraz Meyrot.
- Bo o północy wszystkie cudowne budowle znikają. Dlatego następnego dnia znowu trzeba iść na targowisko i kupić nowe bańki - wyjaśniła Lila, a po chwili dodała: - Ale to jeszcze nie wszystko. Po naszej krainie grasują okropne stwory. Nazywają się własnościaki. Porywają stałych bywalców targowiska i zabierają do swojej siedziby w wąwozie. Tam każą sobie służyć. Wiesz, mamy w Safirii dobrą wróżkę, Ennę i ona próbuje ratować ludzi złapanych przez własnościaki, ale nie wszystkich udaje się jej ocalić.
- To bardzo smutna historia - podsumowała Meyrot, a po chwili zapytała: - A dlaczego ty nie dałaś się nabrać na te mydlane bańki?
- Posłuchałam smartgousta, który powiedział mi prawdę o działaniu baniek. Szkoda, że Ollo nie chciał go posłuchać...
- Szkoda - powtórzyła Meyrot, po czym dodała: - Widzę, że Safiria to Kraina Nieprawdziwego Szczęścia... Bardzo chciałabym ci pomóc, ale nie wiem jak... Chyba że... - naraz uśmiechnęła się - pojadę do wróżki Enny i poproszę ją o poradę w twoim imieniu - zakończyła z uśmiechem. Lila podniosła na nią wzrok.
- Dziękuję ci, Meyrot. Masz bardzo dobre serce.
Królewna podziękowała Lili za gościnę i spytała ją o drogę do wróżki Enny. Lila słyszała tylko, że wróżka mieszka gdzieś na Białym Wzgórzu.
- Dziękuję, to wystarczy. O szczegóły dopytam ludzi po drodze - odparła na to Meyrot i wróciła do swoich przyjaciół. Następnie wszyscy wyruszyli w dalszą drogę.
W sąsiedniej wiosce królewna dowiedziała się od jej mieszkańców gdzie się udać, aby trafić do Białego Wzgórza. Okazało się, że trzeba nadal iść na południe, ale jest to daleko, nawet kilka dni drogi stąd.
Tak więc nazajutrz Meyrot i przyjaciele udali się w dalszą drogę. Lux był wyraźnie oczarowany krajobrazem, nawet sobie podśpiewywał pod nosem, czym bardzo drażnił Mroxa. Meyrot uśmiechała się tylko. Naraz ich oczom ukazał się tak piękny widok, że aż Meyrot zsiadła z konia i zarządziła postój. Królewna przechadzała się po łące, podziwiała płynący nieopodal strumyczek z niewielkim, ale bardzo malowniczym wodospadem. Nie mogła się nacieszyć widokiem i wonią kwitnących kwiatów. Tęskniła bardzo za swoją ojczyzną i swoją rodziną, ale takie krajobrazy pozwalały jej odzyskiwać siły do dalszej drogi.
- Jedziemy dalej - zawołała po dłuższej chwili, lecz wtem jej uszu dobiegło przejmujące wołanie: