Kraina poza prawem - Håkan Östlundh

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Deszcz, który od wcze­snego ranka szem­rał w ko­ro­nach drzew, wresz­cie ustał - chwilę przed tym, jak Jo­se­fin Bro­berg wy­sia­dła z sa­mo­chodu przed wieżą ci­śnień w Alvie. Pod­nio­sła wzrok na li­sto­pa­dowe niebo. Na jego tle, po­nad wierz­choł­kami drzew, wzno­sił się cy­lin­dryczny bu­dy­nek wy­soki na trzy­dzie­ści trzy me­try. Brudna smuga na fa­sa­dzie spra­wiała wra­że­nie, że zbior­nik prze­cieka, ale tak na­prawdę było to tylko od­bar­wie­nie be­tonu przez desz­czówkę z da­chu.

Lu­dzie wy­sy­łali do nich skargi na ja­kość wody - nie było w tym nic wy­jąt­ko­wego. Co ty­dzień ktoś zwra­cał uwagę na dziwny ko­lor czy zbyt silny za­pach chloru, cza­sem rów­nież na woń i smak stę­chli­zny. Wy­ja­śnie­nie naj­czę­ściej było pro­ste - abo­nent miesz­ka­jący da­leko od punktu pod­łą­cze­nia wró­cił do domu po dłuż­szej nie­obec­no­ści, ale za­po­mniał o tym, że w ta­kiej sy­tu­acji, za­nim za­cznie się ko­rzy­stać z wody, na­le­żało od­krę­cić kurki i po­cze­kać, aż ciecz, która przez ja­kiś czas za­le­gała w ru­rach, spły­nie do ka­na­li­za­cji. Jed­nak w ostat­nim cza­sie uwag było wię­cej, dla­tego jej szef wy­słał ją na do­dat­kową kon­trolę.

Jo­se­fin Bro­berg otwo­rzyła drzwi znaj­du­ją­cej się u pod­stawy wy­so­kiej wieży ma­łej przy­bu­dówki w ko­lo­rze czer­wieni fa­luń­skiej. Znaj­do­wały się tam po­krę­tła wody wy­pły­wa­ją­cej i wpły­wa­ją­cej, pompa do­zu­jąca chlor oraz beczki ze skon­cen­tro­wa­nym chlo­rem. Przed do­da­niem do zbior­nika pompy na­le­żało go roz­cień­czyć. Jo­se­fin od­sta­wiła czarny ple­cak, któ­rego nie opła­cała jej się dźwi­gać z sa­mo­chodu, i wy­pa­ko­wała z niego po­trzebne rze­czy. Kom­pu­ter, pla­sti­kowy ku­bek i kilka bu­te­lek na próbki wody.

Uru­cho­miła kom­pu­ter, na­peł­niła ku­bek wodą ze zbior­nika i trzy­ma­jąc go pod świa­tło emi­to­wane przez por­ce­la­nową ża­rówkę, po­wą­chała wodę. Na ko­niec spró­bo­wała, jak sma­kuje. Nie było to czę­ścią pro­ce­dury, ale uwa­żała, że to pro­sty i do­bry spo­sób na spraw­dze­nie, czy wszystko jest w po­rządku. Na ra­zie wy­da­wało się, że tak. Wy­niki zdal­nego od­czytu na ekra­nie kom­pu­tera też nie wska­zy­wały na żadną ano­ma­lię.

Po­tem jesz­cze raz spraw­dziła prze­pływy i zmie­rzyła za­war­tość chloru. Nie od­kryła ni­czego dziw­nego. Zlała wię­cej wody, na­peł­niła dwie ste­rylne bu­telki na próbki, które za­mie­rzała wy­słać do ana­lizy, i scho­wała je do ple­caka ra­zem z kom­pu­te­rem.

Zga­siła świa­tło w bu­dynku z pompą i za­mknęła drzwi na klucz. Pod­nio­sła wzrok na szczyt wieży. Po­my­ślała, że już wkrótce na­dej­dzie czas na po­sta­wie­nie cho­inki na szczy­cie - ro­bili to dla roz­rywki, od­kąd za­częła tam pra­co­wać. Usta­wiali mały świerk ozdo­biony świą­tecz­nymi lamp­kami. Ład­nie wy­glą­dał od strony jezdni.

Czy po­winna wejść na górę? Zwy­kle tego nie ro­biła, ale skoro przy­je­chała na do­dat­kowe oglę­dziny, uznała, że za­ła­twi i to. Zo­sta­wiła ple­cak w sa­mo­cho­dzie, uznaw­szy, że nie ma sensu dźwi­gać kom­pu­tera i pró­bek wody po wy­so­kich na trzy­dzie­ści me­trów krę­tych scho­dach, i otwo­rzyła drzwi klatki scho­do­wej.

Za­pa­liła świa­tło i pu­ściła drzwi, by się za­mknęły za jej ple­cami. Dziar­sko ru­szyła po scho­dach. Alu­mi­niowe kratki po­dzwa­niały pod bu­tami. Nie chciało jej się wie­rzyć, że coś jest nie w po­rządku. Pra­co­wała dla gminy od pię­ciu lat i tylko raz się zda­rzyło, że skarga od klienta miała po­ważne pod­stawy. Wtedy cho­dziło o pod­wyż­szoną z ja­kie­goś po­wodu za­war­tość że­laza. Zja­wi­sko samo w so­bie było nie­groźne, ale po­wo­do­wało, że woda sma­ko­wała jak krew.

Do­tarła na samą górę i znaj­do­wała się mię­dzy su­fi­tem a zbior­ni­kiem. W okrą­głym be­to­no­wym po­miesz­cze­niu o go­łych ścia­nach, o dłu­go­ści nieco więk­szej niż dzie­sięć me­trów. Je­śli nie li­czyć zie­lo­nej me­ta­lo­wej szafki i ma­łego chy­bo­tli­wego sto­lika, ta duża po­wierzch­nia była pu­sta. Wzdłuż jed­nego boku bie­gły me­ta­lowe schody do drzwi, za któ­rymi znaj­do­wał się zbior­nik. Jo­se­fin ze­szła po scho­dach, trzy­ma­jąc dłoń na me­ta­lo­wej czar­nej po­rę­czy.

Za­pa­liła świa­tło nad zbior­ni­kiem i spoj­rzała przez szybę na lu­strzaną ta­flę wody. W za­sa­dzie wcho­dzili do zbior­nika tylko wtedy, kiedy wieżę wy­łą­czano do czysz­cze­nia. Z oczy­wi­stych wzglę­dów kon­takt zbior­nika z oto­cze­niem po­wi­nien być jak naj­mniej­szy. Jo­se­fin i tym ra­zem nie za­mie­rzała wcho­dzić do środka, po­sta­no­wiła je­dy­nie zaj­rzeć przez okienko słu­żące do in­spek­cji, skoro i tak już przy­je­chała na miej­sce. Od­gar­nęła z twa­rzy czarne pu­kle wło­sów i upięła je w kok, a po­tem zna­la­zła klucz. Otwo­rzyła drzwi, przy­sta­nęła za nimi, by wło­żyć ochra­nia­cze na buty, i po­szła da­lej wą­skim przej­ściem. Na jego końcu była po­ręcz, a za nią znaj­do­wał się zbior­nik. Kroki roz­brzmie­wały echem mię­dzy be­to­nem a wodą, naj­mniej­szy sze­lest fo­lii na bu­tach od­bi­jał się od ścian, a dach jesz­cze go po­tę­go­wał. Lu­biła ten dźwięk - jed­no­cze­śnie przy­jemny i tro­chę prze­ra­ża­jący.

Woda była bli­sko. Na pra­wie mak­sy­mal­nym po­zio­mie. O tej po­rze roku było to nor­malne. Tylko w mie­sią­cach let­nich, gdy przy­jeż­dżali urlo­po­wi­cze, a lu­dzie pod­le­wali ro­śliny w ogro­dzie, po­ziom opa­dał.

Za­pa­liła silne górne re­flek­tory i omio­tła wzro­kiem zbior­nik. Lu­stro wody było nie­zmą­cone, ale od­bi­ja­jące się świa­tło re­flek­to­rów utrud­niało wi­dze­nie. Jo­se­fin przy­kuc­nęła i wsu­nęła głowę pod po­ręcz. Od dna dzie­liło ją aż dwa­dzie­ścia sześć me­trów, ściany zbior­nika były ciemne, ale sama woda prze­zro­czy­sta jak po­wie­trze.

Czy tam na dole coś leży? - za­sta­no­wiła się. Wy­su­nęła tu­łów jesz­cze da­lej i wy­chy­liła się tak, że pra­wie do­ty­kała no­sem po­wierzchni wody. Tak wła­śnie wy­gląda pro­sze­nie się o pro­blemy, prze­mknęło jej przez głowę. Taką jed­nak miała pracę. Nie in­te­re­so­wa­łaby się czymś, co jej nie do­ty­czy.

Na­brała prze­ko­na­nia, że na dole coś jest.

Za­chwiała się, prze­ra­żona cof­nęła głowę i ude­rzyła nią o me­ta­lową po­ręcz.

- Kurwa! - za­klęła gło­śno i się po­chy­liła.

Przy­ło­żyła dłoń do obo­la­łej głowy i za­mknęła oczy. A gdy­bym tam wpa­dła? - po­my­ślała.

Naj­gor­szy ból po­woli ustę­po­wał. Otwo­rzyła oczy i znów spoj­rzała na ta­flę wody. Na dnie zbior­nika coś le­żało, była tego ab­so­lut­nie pewna. Jak mo­gło się tam zna­leźć? To nie po­winno być moż­liwe. Do­stęp do wieży mieli tylko pra­cow­nicy gminy. Nie było w niej na­wet alarmu, ale gdyby ktoś się do­stał do środka bez klu­cza, pew­nie by to za­uwa­żyli.

Po­woli wstała i po­tarła po­ty­licę. Co ta­kiego mo­gło le­żeć na dnie? Po­szła po spe­cjalną lor­netkę prze­cho­wy­waną w me­ta­lo­wej szafce pię­tro wy­żej. Po­tem znowu ostroż­nie wy­su­nęła głowę pod po­rę­czą i przy­ło­żyła lor­netkę w kształ­cie lejka do po­wierzchni wody.

Wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie, by zo­ba­czyć, co się znaj­duje dwa­dzie­ścia sześć me­trów pod nią. Na dnie zbior­nika le­żało ciało czło­wieka o bla­dej, na­brzmia­łej twa­rzy.

10

- Wi­dać, kto jest ka­wa­le­rem - stwier­dził Gu­stav.

Miesz­ka­nie znaj­do­wało się w bu­dynku z drew­nia­nymi pa­ne­lami w ko­lo­rze fa­luń­skiej czer­wieni, przy Ha­ga­ga­tan w Hemse. Za­le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od wieży ci­śnień, w któ­rej zna­le­ziono mar­twego Pon­tusa Hel­l­berga. Za­rządca nie­ru­cho­mo­ści wpu­ścił ich do środka i upo­mniał, by za­mknęli za sobą drzwi, gdy skoń­czą pracę.

- Jest ba­ła­gan, ale nie chlew - stwier­dził Fre­drik.

Ro­zej­rzał się po po­koju. W środku pa­no­wał za­duch. Nic dziw­nego - miesz­ka­nie przez sześć ty­go­dni stało pu­ste. Fre­drik zro­bił kilka zdjęć, żeby udo­ku­men­to­wać, jak wy­glą­dało wnę­trze, za­nim cze­go­kol­wiek do­tknęli.

Przed ni­skim owal­nym sto­li­kiem ze szkła stała nie­wielka skó­rzana sofa z lat sześć­dzie­sią­tych. Po dru­giej stro­nie stołu - znaj­do­wały się obity ak­sa­mi­tem fo­tel i dwie ni­skie skó­rzane pufy. Przy oknie umiej­sco­wiono łóżko. Nieco oso­bli­wie, ale przy­naj­mniej nikt nie mógł zaj­rzeć do środka. Przy prze­ciw­le­głej ścia­nie stał ni­ski re­gał z za­le­d­wie kil­koma książ­kami na krzyż i dwiema za­baw­ko­wymi fi­gur­kami. Fre­drik roz­po­znał Ho­mera Simp­sona, ale dru­giej po­staci nie. Oprócz tego do­strzegł dwie me­ta­lowe puszki i mi­skę z orze­cho­wego drewna. Na gór­nej półce re­gału stały pła­ski te­le­wi­zor i fajka wodna.

Fre­drik pod­szedł i po­wą­chał fajkę.

- Co byś po­wie­dział? - za­py­tał, pod­su­wa­jąc ją Gu­sta­vowi.

- Nie­wąt­pli­wie cięż­sze niż ty­toń, me­lasa czy co tam lu­dzie w tym palą. Pew­nie się prze­ko­namy, gdy pa­to­log skoń­czy pracę.

Fre­drik od­sta­wił fajkę i do­piero wtedy za­uwa­żył, że pła­ski ekran to nie od­bior­nik te­le­wi­zyjny tylko mo­ni­tor. Z tyłu wi­siało kilka nie­pod­łą­czo­nych ka­bli.

- Nie ma sprzętu ste­reo, te­le­wi­zora, od­twa­rza­cza DVD. Wszystko to mógłby za­ła­twić kom­pu­ter, ale kom­pu­tera tu też nie ma.

- Może miał służ­bowy i mu­siał go od­dać, kiedy za­koń­czył pracę - pod­su­nął Gu­stav.

Uniósł kilka schlud­nych sto­sów ubrań uło­żo­nych na pa­ra­pe­cie.

- Chyba za­czął się pa­ko­wać.

- Hm - mruk­nął Fre­drik. - A może jego kom­pu­ter za­gi­nął?

Gu­stav pod­niósł wzrok znad sto­sów ubrań.

- Na­wią­żemy kon­takt z przed­się­bior­stwem wo­do­cią­go­wym.

Fre­drik po­szedł do kuchni. Miesz­ka­nie oka­zało się duże jak na ka­wa­lerkę. Drzwi sza­fek były brą­zowe i miały białe wklę­słe gałki z pla­stiku, w stylu lat sie­dem­dzie­sią­tych. Z kranu z dłu­gimi prze­rwami ska­py­wały cięż­kie kro­ple. Na ła­wie przy drzwiach le­żały ga­zety, pa­piery i ro­ze­rwane ko­perty, a po­środku stał szary sta­ro­modny te­le­fon z okrą­głą tar­czą. Kiedy Fre­drik pod­niósł słu­chawkę, nie usły­szał sy­gnału. Albo Pon­tus Hel­l­berg zre­zy­gno­wał z abo­na­mentu, albo apa­rat w ogóle nie był pod­łą­czony.

Fre­drik za­czął otwie­rać i sor­to­wać prze­syłki, które pod­niósł z dy­wa­nika w przed­po­koju, a po­tem za­jął się pa­pie­rami na ła­wie. Ga­zety i cza­so­pi­sma uło­żył na jed­nym sto­sie, na dru­gim li­sty, ra­chunki i ulotki re­kla­mowe, a na trze­cim pu­ste ko­perty.

Za­sta­na­wiał się, co za­mie­rzał po­wie­dzieć Göran, kiedy im prze­rwano. Wy­dział kry­mi­nalny miał zo­stać po­dzie­lony na cztery czę­ści. Czy za­tem chciał mu za­pro­po­no­wać nową po­sadę? Nie za­szko­dzi­łoby mieć kilka ty­sięcy wię­cej do pen­sji. Jed­nak nowe sta­no­wi­sko ozna­cza­łoby rów­nież nową funk­cję. Od wy­padku miał obawy, że zmu­szą go do pracy za biur­kiem. Wpraw­dzie nic mu nie do­le­gało, ale nie­po­kój nie chciał od­pu­ścić.

Wśród ostat­nich pa­pie­rów na ła­wie zna­lazł coś cie­ka­wego. Wy­druk z biura po­dróży.

- Za­re­zer­wo­wał lot do Bang­koku na dwu­dzie­stego ósmego wrze­śnia! - za­wo­łał do Gu­stava. - W jedną stronę.

Ostat­nia in­for­ma­cja była in­te­re­su­jąca.

- Brzmi, jakby zro­bił coś sza­lo­nego i chciał zwiać - od­krzyk­nął Gu­stav.

Ostat­nim dniem Pon­tusa Hel­l­berga w pracy był dwu­dzie­sty szó­sty wrze­śnia. Cze­go­kol­wiek ten czło­wiek się do­pu­ścił, mu­siał być pewny sie­bie, ina­czej nie za­wra­całby so­bie głowy przy­cho­dze­niem do pracy. A on spo­koj­nie zło­żył wy­po­wie­dze­nie. To, że ktoś go ściga, mu­siało być kom­plet­nym za­sko­cze­niem. Co ta­kiego zro­bił? Oszu­kał ko­goś fi­nan­sowo? Okradł?

Fre­drik uważ­nie się ro­zej­rzał. Jego wzrok padł na ku­chenkę. Coś nie da­wało mu spo­koju, już od­kąd wszedł do środka, ale do­piero te­raz zro­zu­miał, co to ta­kiego. Na naj­więk­szym pal­niku le­żała ga­zeta "Göte­borgs-Tid­nin­gen". Na­wet ba­ła­ga­niarz nie zo­sta­wia ga­zet na ku­chence. Czyż nie?

Klu­czy Hel­l­berga nie było. Czło­wiek, który go za­strze­lił, bez pro­blemu do­stał się do środka. Bra­ko­wało też te­le­fonu ko­mór­ko­wego. I kom­pu­tera, o ile wła­ści­ciel miesz­ka­nia go po­sia­dał. Fre­drik był prze­ko­nany, że sprawca był w miesz­ka­niu i je prze­szu­kał. Za­tarł po so­bie ślady albo za­brał coś, co do niego na­le­żało.

11

Nadja le­żała w łóżku z za­mknię­tymi oczami. Sły­szała mamę krzą­ta­jącą się pię­tro ni­żej. Nio­sące się po po­ko­jach zde­cy­do­wane kroki w drew­nia­kach ze zło­tymi klam­rami, któ­rych stu­kot było sły­chać przez ściany. Daw­niej ko­chała te piękne drew­niaki i sama chciała ta­kie mieć, ale te­raz ich nie­na­wi­dziła, bo zło­śliwe kroki matki pa­no­wały nad ca­łym do­mem. W za­sa­dzie przy­da­łyby jej się ta­kie, ale po tym wszyst­kim na pewno ich nie kupi.

Roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi. Nadja otwo­rzyła oczy. Na dwo­rze pa­no­wał mrok. Pra­wie zu­pełny. Kiedy usia­dła, wi­działa nie­spo­kojne fale za­toki Au­ste­rvi­ken. Nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć na pu­ka­nie, bo drzwi po­woli się otwo­rzyły i do środka we­szła jej sio­stra Erika.

Bez słowa po­de­szła do biurka, usia­dła i za­lo­go­wała się na Fa­ce­bo­oka.

- Halo. Ja tu je­stem.

- Wiem - od­parła Erika i za­pa­liła lampkę na biurku.

Nadja jęk­nęła. Po po­nad go­dzi­nie spę­dzo­nej w gęst­nie­ją­cym mroku ostre świa­tło ośle­piało. Po­woli usia­dła i za­częła zdej­mo­wać spinki, a po­tem po­trzą­snęła głową, tak by włosy opa­dły jej na ra­miona.

- O co cho­dzi? - spy­tała Erika, nie od­ry­wa­jąc wzroku od ekranu.

- Ech...

Odło­żyła sto­sik spi­nek na szafkę nocną.

- O tego Vik­tora?

- Mhm. A wła­ści­wie nie.

- O mamę?

- Tak.

Kla­wi­sze kom­pu­tera stu­kały pod pal­cami Eriki. Miała w po­koju swój kom­pu­ter, ale i tak czę­sto przy­cho­dziła przed po­łu­dniem i je­śli Nadja była w domu, sia­dała u niej.

Była od niej trzy lata młod­sza, cho­dziła do dzie­wią­tej klasy.

- Ona chyba zwa­rio­wała. Szkoda, że jej nie wi­dzia­łaś. Cał­kiem osza­lała.

W świe­tle wi­dać było uśmiech Eriki.

- Z tobą też so­bie po­zwala na ta­kie rze­czy?

- Ta­kie rze­czy? - po­wtó­rzyła Erika.

Nadja naj­chęt­niej by nie wy­ja­śniała, żeby znów się nie na­krę­cać, bo go­dziny spę­dzone w ciem­no­ści, pod­czas któ­rych tro­chę ochło­nęła, po­szłyby na marne. Mimo to wy­ja­śniła:

- Nie - od­po­wie­działa Erika, gdy już zro­zu­miała. - Ale ja się nie spo­ty­kam z nie­grzecz­nymi chło­pa­kami.

- Nie wiesz, o czym mó­wisz, smar­ka­czu.

Nadja po­czuła, że znów się w niej go­tuje. Nie przez głup­ko­waty ko­men­tarz Eriki - po­trzeba było znacz­nie wię­cej, by na­prawdę się zde­ner­wo­wała na sio­strę. Cho­dziło o mamę. Tę durną ko­bietę, przez którą miała ochotę wsiąść na prom i ni­gdy już nie wró­cić. I może wła­śnie tak zrobi.

- A je­śli ona ma ra­cję? - za­py­tała Erika w ten de­ner­wu­jąco swo­bodny spo­sób wła­ściwy tylko jej.

Cza­sami by­wała zim­nym do­ro­słym po­two­rem w ciele pięt­na­sto­latki.

- Słu­cham?

- Nie bro­nię mamy. Wiem, że to wa­riatka.

Jej palce żyły wła­snym ży­ciem na kla­wia­tu­rze. Mó­wiąc, nie prze­sta­wała ko­men­to­wać sta­tu­sów i wrzu­cać zdjęć.

- Ale spójrz na to z jej punktu wi­dze­nia: je­steś w ostat­niej kla­sie szkoły śred­niej. Wkrótce bę­dziesz mo­gła ro­bić, co bę­dziesz chciała. A ty chcesz się prze­spać z gang­ste­rem w le­sie w Rums.

- Za­mknij mordę.

Tym ra­zem Nadja na­prawdę za­czy­nała być zła.

- Uwa­żam, że to brzmiało jak obrona. Jak obrona obłą­ka­nej matki chro­nią­cej swoje małe dziecko.

- No sama po­wiedz, czy oni nie są gang­ste­rami? On i ten jego kum­pel. Ten cały Raffa. Ile on ma ko­mó­rek mó­zgo­wych?

Wi­działa, że za­czepny uśmiech Eriki robi się co­raz szer­szy.

- Mama gówno wie o Vik­to­rze. Tak samo jak ty.

Nadja od­wró­ciła się z wście­kło­ścią, wy­cią­gnęła z torby kilka pa­pie­rów i pu­stym wzro­kiem za­częła prze­glą­dać no­tatki z bio­lo­gii, żeby po­ka­zać, jak mało ją ob­cho­dzi zda­nie sio­stry.

Chcia­łaby, by Erika i mama nie miały ra­cji. My­liły się, to oczy­wi­ste, ale nie cał­kiem. Vik­tor nie był żad­nym ban­dytą ani nie­udacz­ni­kiem z lasu w Rums. To prawda, miesz­kał z ku­zy­nem w roz­wa­la­ją­cej się le­śnej cha­łu­pie. Tym­cza­sowo. Ale w tym wła­śnie tkwił cały urok. Vik­tor miał wszystko prze­my­ślane. Zda­wała so­bie sprawę, że to, czym się zaj­mo­wał, nie jest może stu­pro­cen­towo le­galne, ale wkrótce miał z tym skoń­czyć. A wszystko to było tak mą­drze po­my­ślane, że wła­śnie dla­tego po­winno być do­zwo­lone. Może zresztą na­wet nie ła­mali prawa. Prze­cież nie wszystko jest ure­gu­lo­wane w ko­dek­sie, a za­tem to tylko kwe­stia opi­nii. Tych zaś jej matce nie bra­ko­wało.

Za­mie­rzała wy­trzy­mać do lata, bo obie­cała jej to w du­chu. Być grzeczną dziew­czynką i skoń­czyć ogól­niak, choć to głów­nie przez szkołę miała wra­że­nie, że jest sa­mo­bi­czu­jącą się za­kon­nicą za­mkniętą w ja­skini. No do­brze, bez ce­li­batu. Przy­naj­mniej gdy uda­wało jej się omi­nąć prze­ory­szę stą­pa­jącą w drew­nia­kach pię­tro ni­żej.

Po­de­szła do Eriki, a ta na krótko pod­nio­sła wzrok, wy­czu­wa­jąc jej obec­ność przy łóżku. Błę­kitne oczy sio­stry były oko­lone blond fa­lami, które Erika za wszelką cenę sta­rała się pro­sto­wać. Poza tym miała ide­alną cerę, białe zęby. Przy­po­mi­nała dziecko, ale nie była tak nie­winna, na jaką wy­glą­dała. Tak na­prawdę ra­dziła so­bie z mamą znacz­nie le­piej niż star­sza sio­stra. No i nie przy­cią­gała aż tylu spoj­rzeń. Erika spryt­nie się cho­wała w jej cie­niu. Uni­kała walki.

Nadja wie­działa, że je­śli za czymś bę­dzie tę­sk­nić, to wła­śnie za tymi chwi­lami.

- Po wa­ka­cjach się wy­pro­wa­dzam.

Stu­ka­nie w kla­wi­sze ustało.

- Do­kąd? - za­py­tała z po­wąt­pie­wa­niem Erika, nie­mal szy­der­czo, jakby chciała zde­ma­sko­wać jej blef.

- Nie wiem. Stąd. Z Go­tlan­dii.

Erika mil­czała wpa­trzona w ekran. Nadja od­wró­ciła wzrok. Ni­gdy przed­tem nie my­ślała o tym, że jej po­kój jest taki mały, ale na­prawdę była to za­le­d­wie klitka z miej­scem na łóżko, biurko i szafę. Wszystko, co się znaj­do­wało w środku - me­ble, ozdoby - było jej obo­jętne. Mo­głaby je pod­pa­lić bez mru­gnię­cia okiem. Ubra­nia nie. Z ubra­niami było ina­czej. Mama ich nie lu­biła. To do­piero nie­spo­dzianka.

Po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu Eriki opar­tym na kra­wę­dzi biurka.

- Za trzy lata do mnie do­łą­czysz.

Erika spoj­rzała jej w oczy. Były po­ważne, może na­wet tro­chę smutne.

- Na­prawdę?

- Oczy­wi­ście, że tak

- Trzy lata to długo.

- Bę­dziemy utrzy­my­wać kon­takt na Fa­ce­bo­oku.

Erika za­ci­snęła zęby, a jej oczy na­brały su­ro­wego wy­razu.

- To był żart. Poza tym trzy lata w li­ceum mi­jają bar­dzo szybko. Zu­peł­nie ina­czej niż w pod­sta­wówce.

Wi­dząc mrok w oczach sio­stry, Nadja po­czuła nie­po­kój.

- Chyba nic nie po­wiesz?

- Osza­la­łaś? Ja­sne, że nie.

Erika się nie uśmiech­nęła.

- Ale po­tem, kiedy do cie­bie przy­jadę, bę­dziemy już miesz­kały ra­zem?

- Tak - od­parła Nadja. - Pew­nie, że tak.

12

Drzwi sto­ją­cego na dzie­dzińcu sa­mo­chodu trza­snęły, sil­nik ru­szył. Deszcz od­bie­rał wy­ra­zi­stość wszel­kim dźwię­kom, w dziwny spo­sób spra­wia­jąc, że brzmiały bar­dziej su­cho. Vik­tor i Raffa ga­pili się na sie­bie w mil­cze­niu, aż war­kot sil­nika prze­stał być sły­szalny.

- Kurwa! - za­klął Raffa.

Wes­tchnął tak głę­boko, jakby wstrzy­my­wał od­dech, od­kąd Mu­rarz prze­kro­czył próg ich miesz­ka­nia.

Vik­tor wstał z sofy, wresz­cie uwol­niony z ka­ftana bez­pie­czeń­stwa, który sam na so­bie za­wią­zał. Ka­ftan miał do­wieść, że nie czuje ani odro­biny stra­chu przed Mu­ra­rzem. Tu­taj nikt się nie lęka Mu­ra­rza, prze­mknęło mu przez głowę. Prych­nął w re­ak­cji na wła­sną myśl, a prych­nię­cie prze­ro­dziło się w krótki, sza­leń­czy śmiech.

- Co to miało być? Czy on zwa­rio­wał?

Raffa też za­czął się śmiać i krę­cić głową. Obaj śmiali się z Mu­ra­rza jak z ko­goś na­prawdę głu­piego i nie­zna­czą­cego. Vik­tor uświa­do­mił so­bie jed­nak, że to coś jesz­cze. Śmiech ze stra­chu.

Czy te­raz wszystko się spie­przy? To, o co wal­czyli i co on tak spryt­nie zbu­do­wał? Nie pie­nią­dze sta­no­wiły główny pro­blem. Vik­tor bał się, że Mu­rarz wszystko znisz­czy. A mógł to zro­bić, na­wet gdyby do­stał każdą rzecz, na któ­rej mu za­le­żało. Na­wet nie­świa­do­mie.

Spoj­rzał na kar­teczkę z nu­me­rem te­le­fonu ko­mór­ko­wego Alexa, którą na­dal trzy­mał mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym. Nie za­mie­rzał tak sie­dzieć z nu­me­rem ja­kie­goś nie­udacz­nego gang­stera, gdy po­li­cja wy­waży drzwi. Wpi­sał nu­mer w te­le­fon, uży­wa­jąc dzie­cin­nie pro­stego szy­fro­wa­nia, za­pi­sał kon­takt jako Jo­hannę i spu­ścił kar­teczkę w to­a­le­cie.

- Chyba nic ni­komu nie mó­wi­łeś? - za­py­tał. W jego gło­sie nie było już ani śladu śmie­chu.

Raffa wle­pił w niego wzrok.

- Co? Nie! Kurde, ja...

Vik­tor zbył wła­sne py­ta­nie mach­nię­ciem ręki.

- Jak to moż­liwe, że się do­wie­dział? - wy­szep­tał ochry­ple Raffa.

- No wła­śnie.

Vik­tor po­tarł kark, pod­szedł do okien i wyj­rzał na dzie­dzi­niec, przez dzie­się­cio­le­cia tak za­sta­wiany cięż­kimi trak­to­rami, że na­tych­miast two­rzyły się na nim wiel­kie ka­łuże. Od­wró­cił się do Raffy.

- Alf chyba nic nie po­wie­dział?

Raffa po­krę­cił głową. Vik­tor pa­trzył w pod­łogę, za­sta­na­wiał się. Es­toń­czycy na pewno nie syp­nęli. Chyba że za­częli ro­bić in­te­resy z Mu­ra­rzem i w ja­kiś spo­sób chcieli... Nie, to było zbyt głu­pie, zbyt za­gma­twane, za­la­ty­wało teo­rią spi­skową.

- Mange - po­wie­dział Vik­tor, pod­no­sząc wzrok.

- Co? Mange Ryba?

- A przy­cho­dzi ci do głowy ktoś inny?

Raffa mu­siał przy­znać, że nie.

- Czy ktoś mógł nas wi­dzieć? - spy­tał.

- Ja­sne, że tak, ale żeby zro­zu­mieć, co ro­bimy... nie, to nie może być ktoś, kto przy­pad­kowo nas zo­ba­czył.

Vik­tor za­czął roz­my­ślać o tym, co mó­wił Mu­rarz. Wszystko było bar­dzo mętne poza jed­nym: że sprze­dają am­fe­ta­minę. W ja­kiś spo­sób tamci mu­sieli się do­wie­dzieć, że ku­zyni ku­pują duże ilo­ści, i wy­cią­gnęli oczy­wi­sty wnio­sek, że sprze­dają je da­lej. Ale jak?

- Czy na po­kła­dzie mógł być ktoś jesz­cze? - za­py­tał Raffa.

Vik­tor prze­szedł się po po­koju. Usły­szał deszcz bęb­niący o bla­szany dach i zer­k­nął na za­ciek w kuchni, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy znów od­pad­nie tam tynk.

- A czy na­ra­żał­byś się zu­peł­nie sam?

- Prze­cież też w tym je­ste­śmy - od­parł Vik­tor.

- Ale bez ko­goś, komu na­prawdę ufasz.

Vik­tor sze­roko się uśmiech­nął.

- Czyli nam nie można ufać.

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

- Że na miej­scu Man­gego za­brał­bym cię ze sobą i gdzieś scho­wał, byś w ra­zie czego mógł wy­biec ze strzelbą?

- Coś w tym ro­dzaju.

Vik­tor wes­tchnął i usiadł na opar­ciu sofy. Tak czy ina­czej, już się stało i na­wet je­śli nie na­stą­pił ich ko­niec, to po­czą­tek końca. Nad­szedł czas, by po­wie­dzieć so­bie dość.

- Damy mu kasę? - za­py­tał Raffa, jakby ten wa­riant był bar­dzo ni­sko na jego li­ście.

- Nie do­sta­nie ani gro­sza.

Z su­fitu w kuchni spa­dła pierw­sza kro­pla, duża i ciężka. Z gło­śnym pla­śnię­ciem wy­lą­do­wała na zle­wo­zmy­waku i roz­chla­pała się na wszyst­kie strony.

Raffa pod­sta­wił tam wia­dro ze szmatą na dnie. Jak za­wsze gdy przez ja­kiś czas pa­dało, dom wy­peł­nił się wo­nią ple­śni i sta­rej piw­nicy.

- Co za cho­lerny żart - mruk­nął Vik­tor.

- Mu­rarz?! - od­krzyk­nął z kuchni Raffa.

- On też, ale cho­dziło mi o dom.

Nie­długo bę­dziemy mieli z głowy to gówno, po­my­ślał. Je­śli nic nie sta­nie nam na prze­szko­dzie. I je­śli tylko bę­dziemy mo­gli kon­ty­nu­ować we­dług planu.

- Na wszelki wy­pa­dek po­dejmę jesz­cze sto ty­sięcy. Mogę po­je­chać ju­tro za­miast w czwar­tek, to ża­den pro­blem. Za pół­tora ty­go­dnia mo­żemy już być w dro­dze. Je­śli zdą­żymy, nie bę­dziemy mu­sieli się mar­twić o pie­nią­dze dla Mu­ra­rza.

Vik­tor za­mie­rzał po­je­chać w czwar­tek do Zu­ry­chu, żeby za­ła­twić płat­ność za ostat­nią do­stawę. Nie było po­wodu in­for­mo­wać o tym pla­nie Mu­ra­rza. Wie­dział, że je­śli po­je­dzie na­za­jutrz, zy­skają dwa dni.

- Co? Mamy dać so­bie spo­kój?

- Od­bę­dziemy ostat­nią po­dróż z Man­gem, tego nie unik­niemy. Ale po­tem ole­wamy in­te­res. Sam sły­sza­łeś. On chce dzie­sięć ty­sięcy mie­sięcz­nie. Je­śli po­czuje, że to działa, za­żąda dwu­dzie­stu pię­ciu albo pięć­dzie­się­ciu. Po­za­mia­tane.

Raffa otwo­rzył usta, żeby za­pro­te­sto­wać, ale Vik­tor na­wet nie po­zwo­lił mu za­cząć.

- To nie pro­po­zy­cja. Tak bę­dzie. Nie chcę sie­dzieć, ro­zu­miesz?

Raffa wy­trzesz­czył oczy.

- A kto chce?

- Poza tym mamy tyle, że so­bie po­ra­dzimy.

- Czyli ostat­nia po­dróż? - za­py­tał Raffa.

- Tak. Nie mo­żemy tego od­wo­łać. Tak czy ina­czej mu­simy spła­cić Es­toń­czy­ków.

Vik­tor umilkł. Czy mo­gli ufać Man­gemu? Nie czuł się do­brze na myśl o po­now­nym wy­jeź­dzie z nim, za­nim się do­wie­dzą.

- Co zro­bimy z Man­gem? - za­py­tał Raffa.

- Mu­simy się do­wie­dzieć, z kim ga­dał. Je­śli nie tylko z Mu­ra­rzem... to nie wiem. Wtedy może mimo wszystko bę­dziemy mu­sieli wszystko od­wo­łać.

Raffa spoj­rzał na niego zszo­ko­wany.

- Tak, ale chyba ro­zu­miesz sy­tu­ację. Już i tak jest wy­star­cza­jąco zła. Je­śli się do­wie wię­cej osób, wszystko może się zda­rzyć. To by­łoby jak błą­dze­nie w ciem­no­ści po­śród lu­dzi z nok­to­wi­zo­rami, któ­rzy wi­dzą każdy nasz ruch.

- Jak w Mil­cze­niu owiec - za­uwa­żył Raffa.

Zdzi­wiony Vik­tor za­wie­sił głos.

- Hm... Do­kład­nie jak w Mil­cze­niu owiec - od­po­wie­dział po chwili.

- Cho­ciaż ona w końcu go do­rwała - do­dał Raffa.

Uło­żył dło­nie w kształt pi­sto­letu i od­dał strzał, prze­sad­nie mar­ku­jąc od­rzut.

- Może i za­ła­twimy tego pie­przo­nego Mu­ra­rza.

Vik­tor utkwił wzrok w Raf­fie. Głę­boko w żo­łądku miał ja­kieś obce do­zna­nie. Nie po­tra­fił po­wie­dzieć, czy ze stra­chu, czy z zu­peł­nie in­nego po­wodu.

- Żar­to­wa­łem - za­re­cho­tał Raffa i go szturch­nął. - My­ślisz, że cał­kiem zwa­rio­wa­łem?

Cof­nął się o dwa kroki i znów wy­buch­nął śmie­chem.

- Ta twoja mina. Szkoda, że jej nie wi­dzia­łeś.

Vik­tor pró­bo­wał wró­cić do po­przed­niego wy­razu twa­rzy, żeby spraw­dzić, jak wy­glą­dał chwilę wcze­śniej, ale to oczy­wi­ście było nie­moż­liwe.

13

- To nie­po­jęte.

Fe­lix Kjel­l­ström sie­dział na fio­le­towo-ró­żo­wej na­roż­nej so­fie, wpa­trzony we Fre­drika i Gu­stava.

- Pon­tus nie żyje. To...

Jego usta po­zo­stały otwarte.

Fe­lix i jego dziew­czyna wy­naj­mo­wali dwa po­koje z kuch­nią w przy­bu­dówce go­spo­dar­stwa na pół­noc od Hemse. Z kuchni, do któ­rej się wy­co­fała dziew­czyna, do­cho­dził za­pach je­dze­nia. Je­śli węch cał­kiem go nie za­wo­dził, było to da­nie z ka­pu­stą. Czy na­prawdę dwu­dzie­sto­latki ja­dły ta­kie po­trawy?

- Czy by­li­ście bli­skimi przy­ja­ciółmi?

- Tak. W szkole trzy­ma­li­śmy się ra­zem jako naj­lepsi kum­ple. Pon­tus, ja i Janne Dah­lin.

Spoj­rze­nie Fe­lixa Kjel­l­ströma było sztywne i kon­tro­lo­wane, jakby się pil­no­wał. Nie był prze­ciwko nim, lecz prze­ciwko so­bie i uczu­ciom, które obu­dziła w nim wia­do­mość o śmierci. Przez chwilę od­chy­lał krótko ostrzy­żoną głowę i pa­trzył w su­fit.

Fre­drik i Gu­stav sie­dzieli na żół­tych pla­sti­ko­wych krze­słach z ramą z me­ta­lo­wych ru­rek. Gu­stav odło­żył cie­płą za­mszową kurtkę i roz­piął ma­ry­narkę we wzór jo­dełki. Słu­cha­jąc, z na­my­słem gła­dził kciu­kiem krótko przy­strzy­żoną brodę.

- A jak to było w póź­niej­szych la­tach? - cią­gnął Fre­drik.

- Nie wi­dy­wa­li­śmy się rów­nie czę­sto, ale Pon­tus to za­wsze Pon­tus.

Fe­lix po­krę­cił głową, a jego wzrok po­wę­dro­wał gdzieś w dal.

- Nie, to się nie mie­ści w gło­wie.

- Kiedy się pan z nim wi­dział po raz ostatni?

- To mu­siało być ze dwa mie­siące temu.

- Czyli dość dawno. Nie za­sta­na­wiało pana, dla­czego nie na­wią­zał kon­taktu?

- Nie wi­du­jemy się za czę­sto, ale po ja­kimś cza­sie... Za­dzwo­ni­łem do Agnes, jego sio­stry, ale mó­wiła, że po­dró­żuje.

- A on sam o tym nie wspo­mi­nał? - za­py­tał Fre­drik, pro­stu­jąc plecy.

Ką­tem oka za­uwa­żył, że Gu­stav też się zmaga z twar­dym krze­słem.

- Nie. Cza­sami mó­wił, że faj­nie by­łoby wy­je­chać w długą po­dróż, ale nie, że do­kądś je­dzie. Nic ta­kiego nie mó­wił. Wręcz tro­chę się ob­ra­zi­łem. Po­my­śla­łem, że to dziwne tak wy­je­chać bez słowa. Nie od­bie­rał te­le­fonu, nie od­po­wia­dał na ma­ile ani wia­do­mo­ści na Fa­ce­bo­oku. Pra­wie my­śla­łem, że coś się stało. Cza­sem czło­wiek ma ta­kie my­śli, ale nie są­dzi, że rze­czy­wi­ście coś się wy­da­rzy. Dziw­nie się czuję, zna­jąc fi­nał.

Po­cie­rał dło­nią kark i pa­trzył w stół.

- Wie pan, czy oprócz pracy w wo­do­cią­gach zaj­mo­wał się czymś jesz­cze?

Fe­lix spoj­rzał na te­le­wi­zor. Po bo­kach stały dwa białe szklane wa­zony, w każ­dym znaj­do­wała się czer­wona ka­lia. Wy­da­wało się, że za wy­strój wnę­trza od­po­wia­dała jego dziew­czyna. Fre­drik po­my­ślał, że jest coś wzru­sza­ją­cego w tym krótko ostrzy­żo­nym męż­czyź­nie w pro­stej blu­zie z kap­tu­rem i zno­szo­nych ro­bo­czych spodniach, uwię­zio­nym w dam­skiej sce­ne­rii, na którą ewi­dent­nie nie miał wpływu.

- Nie - od­parł.

- Nie zaj­mo­wał się czymś, dzięki czemu mógł zdo­być do­dat­kowe środki na tę po­dróż?

- Nie.

- A czy mógł o tym panu nie po­wie­dzieć?

Fe­lix chwilę mil­czał.

- Przez ostat­nie pół roku albo na­wet rok był cho­ler­nie za­jęty. Kiedy mie­li­śmy się spo­tkać, za­wsze trudno było umó­wić ter­min. Nie są­dzę, by nie chciał, ale...

- Jak pan my­śli, z czego to wy­ni­kało?

- Nie mam po­ję­cia. Ale coś tam się działo.

- Przy­cho­dzi panu do głowy ktoś, kto mógłby chcieć go skrzyw­dzić? Może był ko­muś winny pie­nią­dze albo z kimś się po­kłó­cił?

- Nie, nic mi o tym nie wia­domo. Pon­tus był do­brym chło­pa­kiem. Nie przy­po­mi­nam so­bie, by kie­dy­kol­wiek z kimś się kłó­cił.

- A długi? Zdaje się, że przez ja­kiś czas po­zo­sta­wał bez pracy.

- Po­ży­czał to tu, to tam, ale to było dawno i do­ty­czyło nie­wiel­kich sum. Żadne długi, za które mo­głoby go spo­tkać coś złego.

- A jak z nar­ko­ty­kami?

- Słu­cham? - Fe­lix spoj­rzał na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

Fre­drik nie po­tra­fił po­wie­dzieć dla­czego, ale z ja­kie­goś po­wodu po­my­ślał, że to zdzi­wie­nie jest prze­sa­dzone.

- Chyba sły­szał pan py­ta­nie.

- O nar­ko­tyki?

- Tak. Brał nar­ko­tyki? Pa­lił trawkę, brał coś in­nego? - pod­su­nął dla przy­kładu Fre­drik.

- Nie. A przy­naj­mniej nie są­dzę.

- Ale nie jest pan pewny?

Fe­lix nie od­po­wie­dział.

- Je­śli mamy roz­wią­zać tę sprawę, mu­simy się do­wie­dzieć jak naj­wię­cej na te­mat Pon­tusa.

Fe­lix rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie w kie­runku kuchni, a po­tem od­po­wie­dział:

- Raz czy drugi może coś tam za­pa­lił, ale to były tylko po­je­dyn­cze przy­padki. Nie zwy­czaj.

- W po­rządku - od­parł Fre­drik.

Uznał, że na tym po­prze­sta­nie. Fe­lix Kjel­l­ström wy­da­wał się szczery, na­wet je­śli zła­go­dził kilka kwe­stii. Lu­dzie za­wsze to ro­bili, gdy cho­dziło o al­ko­hol i nar­ko­tyki.

- Z kim zwy­kle spę­dzał czas? - spy­tał Gu­stav, pusz­cza­jąc czu­bek brody.

- Chyba głów­nie z daw­nymi ko­le­gami ze szkoły.

Fe­lix za­padł się głę­biej w sofę.

- Chcą pa­no­wie znać ich na­zwi­ska?

- Tak, przy­da­łyby się nam.

- O Dah­li­nie już mó­wi­łem. Czę­sto wi­dy­wa­li­śmy się we trzech. Była też Ve­ro­nika An­ders­son. Z nami nie spę­dzała czasu, ale z nim spo­ty­kała się do­syć czę­sto.

Gu­stav za­no­to­wał na­zwi­sko.

- Ale to nie była jego dziew­czyna?

- Nie. Kilka lat temu byli ze sobą, ale po­tem zmie­niło się to w ko­le­żeń­stwo. Może ona zna wię­cej osób, z któ­rymi się spo­ty­kał.

- Nie ma ni­kogo wię­cej? - spy­tał Gu­stav.

- Jest wiele osób, ale naj­bliżsi byli ci, któ­rych wy­mie­ni­łem. Przy­naj­mniej spo­śród tych, któ­rych znam - od­parł Fe­lix i po­ło­żył ręce na opar­ciu ka­napy. Wy­glą­dał, jakby co­raz le­piej się czuł w roli prze­słu­chi­wa­nego.

- Nic panu nie wia­domo o jego no­wych zna­jo­mo­ściach?

Fe­lix po­my­ślał przez krótką chwilę.

- Tak. Jest ktoś, o kim kilka razy wspo­mi­nał. Alex... Alex Gu­sta­fs­son.

- Wie pan, kto to taki?

- Tak. Mieszka gdzieś w Hemse. Ale go nie znam. Kilka razy wi­dzia­łem go z Pon­tu­sem i tyle.

W kuchni roz­legł się brzęk po­krywki ron­dla.

- Od jak dawna utrzy­my­wał kon­takt z tym Ale­xem?

- Po­wie­dział­bym, że od roku.

Po wyj­ściu ze śmier­dzą­cego ka­pu­stą domu Fe­lixa Kjel­l­ströma zna­leźli się w zim­nym świe­tle la­tarni ulicz­nej.

- Mu­szę coś zjeść - oznaj­mił Gu­stav. - A ty?

Fre­drik spoj­rzał na ze­ga­rek. Zro­biło się późno. Sam po­wrót sa­mo­cho­dem do Visby, a po­tem do­tar­cie do domu za­ję­łoby pół­to­rej go­dziny.

- Ja też. Za­ła­twimy ja­kieś żar­cie, a po­tem spo­rzą­dzimy ra­port.

Po­szli do sa­mo­chodu. Gu­stav otwo­rzył i usiadł za kie­row­nicą.

- A wła­śnie - ode­zwał się Fre­drik, gdy za­piął pas. - Roz­ma­wia­łem z Ninni o piątku. Nie da się, mają w szkole im­prezę dla per­so­nelu. Za­po­mnia­łem.

- Okej, a so­bota?

Fre­drik zro­bił nie­pewną minę.

- Nie wiem. Po po­przed­niej im­pre­zie dla per­so­nelu była, de­li­kat­nie mó­wiąc, zmę­czona.

W oczach Gu­stava po­ja­wiły się ra­do­sne bły­ski.

- Im­prezy w szkole Högby są ta­kie sza­lone?

- Naj­wy­raź­niej. Może naj­le­piej bę­dzie to prze­ło­żyć na na­stępny week­end. Oczy­wi­ście je­śli wam pa­suje.

- Jak naj­bar­dziej. Po­wiedzmy: so­bota za ty­dzień.

Fre­drik nie lu­bił, gdy Ninni przy­cho­dziła pod­pita z im­prez. Do­szedł do wnio­sku, że to coś w ro­dzaju za­zdro­ści. My­śli, że nie jest sobą. Że jest poza kon­trolą. Wła­sną kon­trolą.

Gu­stav za­wró­cił wo­kół la­tarni przed bu­dyn­kiem i do­je­chał do drogi.

14

Mange Ryba miesz­kał w Ham­rze. Skrę­cili już w oko­licy Fi­de­näs. Z gło­śni­ków znów do­bie­gał Pas­cal.

- A je­śli aku­rat jest na ry­bach? - za­py­tał Raffa. - Czy ry­bacy nie ło­wią no­cami?

- A nie rano? - od­parł Vik­tor, zer­ka­jąc na Raffę.

Tak na­prawdę nie miał po­ję­cia. Coś mu mó­wiło, że Mange nie ło­wił ryb zbyt czę­sto. A przy­naj­mniej nie pięć dni w ty­go­dniu. Wy­da­wało się, że naj­czę­ściej prze­sia­dy­wał w knaj­pie. Może przez wy­czer­pa­nie kwot po­ło­wów, nie­opła­cal­ność ry­bo­łów­stwa, a może z ja­kie­goś in­nego po­wodu. Miał przed oczami na­stę­pu­jący ob­ra­zek: Mange Ryba sie­dzi w rogu Fol­ke­ryds i gęba mu się nie za­myka. Po pię­ciu pi­wach fa­cet ma ochotę im­po­no­wać, być kimś waż­nym.

Na samą myśl prze­szedł go dreszcz.

- W so­botę prze­szu­kasz łódź, a ja będę z nim cze­kał w ka­bi­nie ster­nika.

- Po ta­kich od­wie­dzi­nach ra­czej nie prze­myci ni­kogo na po­kład.

- Wiem, ale mimo wszystko.

Raffa trzy­mał nogi na de­sce roz­dziel­czej i nu­cił tekst pio­senki. - Trzy­maj mnie, ko­cha­nie, trzy­maj mnie mocno - na­śla­do­wał de­spe­racką i roz­dzie­ra­jącą wer­sję grupy Pas­cal. Per­ku­sja brzmiała jak w ka­wał­kach Sio­uxsie and the Ban­shees. Jak na pły­tach, które odzie­dzi­czył po ojcu. Od jego śmierci mi­nęło pięt­na­ście lat. Za­bił się, pro­wa­dząc po pi­jaku. Oj­ciec Raffy żył, ale w pew­nym sen­sie można było po­wie­dzieć, że jest mar­twy jesz­cze dłu­żej. Dał nogę z wy­spy, gdy Raffa miał sześć lat. Kilka lat póź­niej tra­fił do wię­zie­nia i wszelki słuch po nim za­gi­nął. Je­śli wie­rzyć jego matce, nie była to wielka strata.

Z umiar­ko­waną pręd­ko­ścią je­chali przez Hamrę, a drogi były tak kręte, że re­flek­tory omia­tały oko­licę od le­wej do pra­wej i z po­wro­tem. Vik­tor za­je­chał przed go­spo­dar­stwo Man­gego Ryby.

- Cho­lera. A co, je­śli go nie ma? Może trzeba było naj­pierw spraw­dzić Fol­ke­ryds?

- "Scho­waj moje dło­nie, ukryj moje ślady" - za­wo­dził Raffa.

- Uspo­kój się - uci­szył go Vik­tor.

Na­gle świa­tła na­tra­fiły na wielki, ciem­no­ró­żowy dom z ka­mie­nia. Mange odzie­dzi­czył go po ro­dzi­cach. Vik­tor wy­łą­czył sil­nik i zro­biło się czarno. W domu jed­nak pa­liło się świa­tło.

Jed­no­cze­śnie wy­sie­dli z sa­mo­chodu i za­trza­snęli drzwi. Mange pew­nie ich usły­szał. Chyba że on też sie­dział przy swoim sprzę­cie gra­ją­cym i wył.

Ru­szyli w stronę domu. Wy­da­wało się, że są bli­sko mo­rza. Po­wie­trze było bar­dziej wil­gotne, a wiatr zim­niej­szy niż u nich w Rums. Nie pa­liło się żadne świa­tło na ze­wnątrz. Raffa wpadł na coś w ciem­no­ści i za­klął. Vik­tor otwo­rzył drzwi i zna­leźli się w prze­stron­nym po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym, w któ­rym stał stary ko­cioł cen­tral­nego ogrze­wa­nia i żarł pel­let. Z każ­dym kę­sem w ru­rze do­pro­wa­dza­ją­cej drew­niane gra­nulki roz­le­gał się zgrzyt. Vik­tor wszedł pro­sto w ka­łużę - naj­wi­docz­niej woda pod­cie­kła pod drzwiami. Prze­su­nął się w bok.

- Mange! - krzyk­nął.

Mocno za­pu­kał do drzwi miesz­ka­nia.

- Mange!

Pa­no­wała ab­so­lutna ci­sza. Vik­tor spoj­rzał na Raffę. Ten wzru­szył ra­mio­nami, a po­tem się ro­zej­rzał. Na stole obok pralki le­żało brudne pra­nie, a na bla­cie w głębi po­miesz­cze­nia znaj­do­wała się roz­ło­żona na ka­wałki piła me­cha­niczna.

- Może mimo wszystko jest na ry­bach - ode­zwał się Raffa. - Albo czy­ści sieci czy coś ta­kiego.

- W środku nocy?

- Jest do­piero dwu­dzie­sta druga.

Vik­tor znów za­pu­kał do drzwi. A ra­czej tym ra­zem za­ło­mo­tał.

- Mange!

Po dru­giej stro­nie wresz­cie coś się po­ru­szyło. Usły­szeli trzask i drzwi zo­stały otwarte.

- Cześć. Wy tu­taj? - Mange Ryba pa­trzył na nich zdzi­wiony. Vik­tor pró­bo­wał oce­nić, czy męż­czy­zna wy­gląda na nie­spo­koj­nego lub zde­ner­wo­wa­nego, ale nie umiał tego stwier­dzić. Mange miał około czter­dziestki, ja­sno­rude krę­cone włosy, które ster­czały we wszyst­kie strony, duże, nie­winne oczy i po­bruż­dżoną ogo­rzałą twarz, która do­stała za swoje za­równo na mo­rzu, jak i pod­czas dłu­gich wie­czo­rów w knaj­pach.

- Chce­cie wejść? - za­py­tał i szybko spoj­rzał za sie­bie.

Vik­tor po­czuł się na­gle jak Mu­rarz. Nie­pro­szony gość, który włazi do ko­goś z bu­tami, chcąc za­ła­twić nie­przy­jemną sprawę. Wła­śnie w ta­kiej sy­tu­acji nie chciał się zna­leźć. Nie chciał stać i ga­dać. Jego spe­cjal­no­ścią były prze­my­ślane sce­na­riu­sze, które dzia­łały bez za­rzutu. Trzy­mać się usta­leń, a po do­tar­ciu do celu wy­ga­sić wszystko, za­brać pie­nią­dze i wiać. Za­trzeć po so­bie ślady. Nie kła­pać dzio­bem z Man­gem Rybą o dwu­dzie­stej dru­giej w jego ko­tłowni.

Duża chło­dziarka sto­jąca za ich ple­cami za­kasz­lała i za­częła bur­czeć.

- Mamy pro­blem.

Wiel­kie oczy Man­gego stały się jesz­cze więk­sze i bar­dziej nie­winne.

- Do na­szego domu przy­szedł Mu­rarz.

Mange drgnął.

- A to gnój - po­wie­dział. - Ro­bi­cie z nim in­te­resy?

- Nie. A przy­naj­mniej tak nam się wy­da­wało.

Mange spra­wiał wra­że­nie, jakby nie na­dą­żał, ale z tego nie na­le­żało wy­cią­gać żad­nych wnio­sków. Tak po pro­stu wy­glą­dał - jak ktoś tro­chę za­gu­biony.

- On wie - oznaj­mił Raffa.

Vik­tor usły­szał za sobą, jak prze­stę­puje z nogi na nogę.

- Co ta­kiego? O...

- Kilka go­dzin temu przy­szedł do nas do domu - uści­ślił Vik­tor. - I... wie cał­kiem sporo.

Mange wy­glą­dał, jakby nie miał po­my­słu, co zro­bić z rę­kami. Vik­tor zo­ba­czył, że drżą. Mil­czeli, na­dal sto­jąc w ko­tłowni. Lo­dówka upar­cie bur­czała za ich ple­cami.

- Wejdź­cie - po­wie­dział wresz­cie Mange. - Mu­si­cie opo­wie­dzieć, co się stało.

Cof­nął się o krok, ro­biąc im miej­sce. Vik­tor się za­wa­hał. Nie przy­szli na ko­le­żeń­ską roz­mowę o wspól­nym wrogu. Za­mie­rzali usta­lić, skąd, u dia­bła, Mu­rarz mógł wie­dzieć, czym się zaj­mują. W końcu się zgo­dził.

Vik­tor i Raffa we­szli pierwsi do sfa­ty­go­wa­nej kuchni z lat sie­dem­dzie­sią­tych. Miała ni­ski su­fit i szafki, któ­rych drzwi były ja­skra­wo­po­ma­rań­czowe. Zlew był za­wa­lony na­rzę­dziami i za­tłusz­czo­nymi czę­ściami sil­ni­ków, ale pra­wie nie było tam na­czyń. Pod dwiema ośle­pia­ją­cymi ja­rze­niów­kami znaj­do­wał się kwa­dra­towy dę­bowy stół, a na nim stała nie­otwarta puszka piwa. Na po­duszce sofy na­prze­ciwko puszki dało się za­uwa­żyć wy­raźny od­cisk po­ślad­ków.

Dla­czego otwar­cie drzwi za­jęło mu tyle czasu, skoro tam sie­dział? Czyżby był w ki­blu? Vik­tor szybko prze­szu­kał wzro­kiem po­miesz­cze­nie. Na sa­mym skraju blatu z imi­ta­cji orze­cha stał mały te­le­wi­zo­rek.

- Bro­warka? - za­py­tał Mange, otwie­ra­jąc lo­dówkę.

- Nie, dzięki - od­parł Vik­tor.

Miał wra­że­nie, że Mange się do niego wy­szcze­rzył. Wy­brał zły mo­ment.

Mange spoj­rzał na Raffę. Ten ski­nął głową i do­stał puszkę piwa Nor­r­lands Guld. Na­tych­miast ją otwo­rzył i upił dwa wiel­kie łyki.

- Sia­daj­cie - za­pro­sił Mange i wpa­so­wał ty­łek w ślad na po­duszce.

Raffa bek­nął i usiadł na so­fie obok Man­gego. Vik­tor nie­chęt­nie za­jął miej­sce na­prze­ciwko i po­czuł, że krze­sło się za­chy­bo­tało.

- Siądź na tym. - Mange wska­zał inne.

Vik­tor zmie­nił krze­sło. Za­czy­nał się de­ner­wo­wać. Prze­cież Mange na pewno wie­dział, że Vik­tor za­raz usią­dzie na po­psu­tym krze­śle. Ża­ło­wał, że zgo­dził się wejść. Przy­pusz­czał, że wła­śnie tak to bę­dzie wy­glą­dało. Że jak tylko Mange po­czuje się bez­piecz­nie w swo­jej za­pier­dzia­łej kuchni, za­cznie ko­za­czyć.

- Mu­rarz wie - oznaj­mił.

- Nie­do­brze - od­parł Mange ze zmar­twioną miną.

Po ak­cji z krze­słem Vik­tor miał wra­że­nie, że wszystko, co mówi Mange, jest uda­wane i ma w so­bie nutę szy­der­stwa.

- Nie­do­brze. Poza tym to cho­ler­nie dziwne - stwier­dził Vik­tor.

- Czego chciał?

- A jak my­ślisz?

- Kasy?

Vik­tor nie od­po­wie­dział, pa­trzył tylko na Man­gego.

- A to skur­wiel. Co mu po­wie­dzie­li­ście?

- Ważne, skąd wie. Je­śli tego nie usta­limy, mo­żemy rów­nie do­brze olać cały in­te­res.

Vik­tor na­chy­lił się nad sto­łem i za­czął mó­wić jak do ko­goś opóź­nio­nego umy­słowo - po­woli i prze­sad­nie wy­raź­nie.

- Mu­simy usta­lić, kto jesz­cze wie. Kto po­wie­dział o tym Mu­ra­rzowi. - Od­chy­lił się z po­wro­tem na opar­cie i szyb­ciej, wręcz non­sza­lancko, kon­ty­nu­ował: - Je­śli nie, to ko­niec. Dla nas i dla cie­bie. Ja w każ­dym ra­zie nie pla­nuję sie­dzieć za kra­tami pięć czy sześć lat. Ty do­stał­byś pew­nie wię­cej.

Te­raz Mange wy­glą­dał na na­prawdę zmar­twio­nego. Już kie­dyś sie­dział, więc nie mógł się spo­dzie­wać zła­go­dze­nia kary z ra­cji mło­dego wieku.

- Jak więc się o tym do­wie­dział?

Vik­tor wle­pił wzrok w Man­gego. Raffa był wpa­trzony w puszkę piwa przed sobą i wy­glą­dał na nie­szczę­śli­wego. Jego ciemne oczy były nie­prze­nik­nione, na czoło opadł ko­smyk wło­sów, a usta przy­po­mi­nały sze­roką kre­skę.

- Mogę tro­chę roz­py­tać Es­toń­czy­ków, mam wśród nich kum­pla - stwier­dził Mange.

- Es­toń­czy­ków? - po­wtó­rzył Raffa z pi­wem w ustach.

- Dla­czego któ­ryś z nich miałby ga­dać z Mu­ra­rzem? - za­py­tał Vik­tor. - Je­śli chcą ro­bić z nim in­te­resy, wy­star­czy od nas odejść.

- Może któ­ryś z nich zro­bił to za ple­cami po­zo­sta­łych - pod­su­nął Mange.

Vik­tor w mil­cze­niu za­sta­na­wiał się nad jego teo­rią - zwłasz­cza w tej czę­ści o dzia­ła­niu za ple­cami reszty. Na­gle Raffa huk­nął obu­rącz w stół.

- Kurwa mać!

Z pu­szek chlap­nęło piwo. Mange pod­sko­czył i z prze­ra­że­niem spoj­rzał na Raffę.

- Gdyby czło­wiek wie­dział, kto to zro­bił, za­biłby skur­wy­syna. Na­cią­gnął mu fo­liowy wo­rek na głowę, usiadł na nim i tak sie­dział, do­póki wszystko by się nie za­koń­czyło.

Raffa po­woli wstał z sofy. Oczy Man­gego po­dą­żały za nim jak przy­kle­jone, usta były otwarte.

- Mu­szę się wy­szczać - za­ko­mu­ni­ko­wał Raffa.

Wy­szedł tą samą drogą, która wcze­śniej przy­szedł, zo­sta­wia­jąc otwarte drzwi. Sły­szeli chlu­pot na tra­wie. Vik­tor pa­trzył w stół, za­ci­ska­jąc zęby, by unik­nąć na­padu hi­ste­rycz­nego śmie­chu.

- Ja nic nie po­wie­dzia­łem - za­pew­nił Mange.

Kiedy Vik­tor po­czuł pew­ność, że uda mu się nad sobą za­pa­no­wać, pod­niósł wzrok na Man­gego i zro­bił po­ważną minę.

- Prze­cież po­mo­głem wam wy­star­to­wać, za­ła­twi­łem kon­takt z Al­fem - po­wie­dział Mange. - Dla­czego miał­bym coś mó­wić Mu­ra­rzowi?

Vik­tor mógł so­bie wy­obra­zić różne po­wody. Może na przy­kład Mange uznał, że nie do­stał wy­star­cza­jąco du­żego ka­wałka tortu. W końcu mó­wił jak ktoś, kto uważa się w za­sa­dzie za mózg ca­łej ope­ra­cji. Rze­czy­wi­ście, bez Man­gego nie na­wią­za­liby kon­taktu z Es­toń­czy­kami, ale on ni­gdy nie po­ra­dziłby so­bie z tym sam. Nie po­zbyłby się to­waru. W każ­dym ra­zie nie zro­biłby tego jak trzeba. Pew­nie mu­siałby sprze­da­wać go sam na wy­spie. W ta­kim wy­padku już sie­działby w pier­dlu. Albo sprze­dał całą par­tię da­lej i pew­nie by go oszu­kano. Czy­sto teo­re­tycz­nie. W praw­dzi­wym ży­ciu Mange był zbyt tchórz­liwy, by zro­bić jedno lub dru­gie. Bez Vik­tora i Raffy nic by z tego nie wy­szło.

- Nie czuję się zbyt do­brze, kiedy je­stem oskar­żany - po­wie­dział szorstko Mange.

- W po­rządku, spo­koj­nie, wie­rzę ci - od­parł Vik­tor.

Kła­mał.

15

Kiedy Fre­drik skrę­cił ku do­mowi, przez po­dwó­rze su­nął czer­wony mo­to­ro­wer cre­scent com­pact z po­chy­lo­nym nad kie­row­nicą Si­mo­nem. Po­je­chał jego śla­dem po mo­krej tra­wie, sły­sząc chlu­pot pod ko­łami, i za­par­ko­wał tuż za nim. Kro­ple desz­czu spły­wały po czar­nym ka­sku i żół­tym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym do ko­lan. Fre­drik uwa­żał, że re­flek­tor mo­to­ro­weru roz­pra­sza mrok o wiele za słabo.

- Cześć.

- Cześć.

Si­mon pod­niósł wi­zjer w ka­sku.

- Skąd je­dziesz?

- By­łem u Gre­gera.

A za­tem sześć ki­lo­me­trów od Ha­vdhem w desz­czu i po ciemku. Na dro­gach z umiar­ko­wa­nie trzeź­wymi kie­row­cami. La­tem, kiedy ku­po­wali ten mo­to­ro­wer, spo­dzie­wał się, że Si­mo­nowi zna­cze­nie ła­twiej bę­dzie się po­ru­szać po tych dro­gach sa­mo­dziel­nie.

- Za­sta­na­wiam się, czy nie jest tak, że ten mo­to­ro­wer już zro­bił swoje w tym roku - stwier­dził Fre­drik.

- Może i tak.

Fre­drik są­dził, że Si­mon za­pro­te­stuje, ale on tylko de­li­kat­nie się uśmiech­nął i na­prawdę wy­glą­dał, jakby był tego sa­mego zda­nia.

- Ja mogę cię pod­wieźć.

- Dziś wie­czo­rem nie mo­głeś.

- To prawda. Ale mama też może z tobą po­je­chać. Po­roz­ma­wiamy o tym.

- W po­rządku.

Si­mon otwo­rzył drzwi ga­rażu, wje­chał mo­to­ro­we­rem i usta­wił go tak, by Fre­drik bez pro­blemu mógł zmie­ścić sa­mo­chód. Nie uda­łoby się to, gdyby nie przy­szli jed­no­cze­śnie.

Za­mknęli drzwi i po­bie­gli z po­wro­tem do domu. Bujny traw­nik chlu­po­tał im pod sto­pami, bie­gło się po nim jak po ma­ka­ro­nie z zupki chiń­skiej. Po­wi­nien był przy­strzyc trawę wcze­śniej, je­sie­nią, gdy po­goda na­dal na to po­zwa­lała. Mi­nęło sta­now­czo zbyt wiele czasu.

W gę­stej li­sto­pa­do­wej ciem­no­ści wzno­sił się przed nim wy­soki ka­mienny dom. Po­trzeba było wiele pie­nię­dzy i wy­siłku, by prze­kształ­cić za­pusz­czone stare go­spo­dar­stwo w przy­tulne miej­sce dla czte­rech osób. Na ra­zie uwa­żał, że było warto. Ale po­trze­bo­wał no­wego od­pływu za mi­ni­mum sie­dem­dzie­siąt pięć ty­sięcy, wy­miany da­chó­wek i da­chu w przy­bu­dów­kach, za­nim ten stary się za­wali. Li­sta ni­gdy się nie koń­czyła.

Kiedy idąc, pa­trzył na dach, w gło­wie sły­szał pio­senkę. Od wy­padku po­ja­wiała się nie­re­gu­lar­nie. Wy­śpie­wy­wana me­lo­dia była piękna i brzmiała w niej pustka. Ale kiedy już się przy­zwy­czaił, była bar­dziej uspo­ka­ja­jąca niż prze­ra­ża­jąca. Przy­po­mi­nała ra­czej dźwięk niż głos, ale po­sta­no­wił na­zy­wać to pie­śnią.

Gdy usły­szał ją po raz pierw­szy, po­nad rok po wy­padku, ogar­nął go strach, że coś jest nie tak, ale z cza­sem się przy­zwy­czaił. Ni­komu nie mó­wił o pie­śni w gło­wie, na­wet Ninni, a tym bar­dziej le­ka­rzowi. Tego bar­dzo uni­kał.

Nie miał po­ję­cia, czym na­prawdę jest ta pieśń, więc uznał, że to za­awan­so­wana forma szu­mów usznych w efek­cie urazu czaszki.

Kiedy wszedł po scho­dach i otwo­rzył drzwi, po­woli uci­chła.

- Cześć, przy­szli­ście ra­zem?

Ninni wstała z sofy przed te­le­wi­zo­rem, na któ­rej sie­działa z pli­kiem uczniow­skich wy­pra­co­wań. Fre­drik nie po­tra­fił stwier­dzić, czy przede wszyst­kim po­pra­wia spraw­dziany, a le­ni­wie pa­trzy na ekran czy od­wrot­nie.

- Tak - do­bie­gła zdu­szona od­po­wiedź spod płasz­cza prze­ciw­desz­czo­wego, który Si­mon usi­ło­wał zdjąć.

Ninni spoj­rzała na Fre­drika. Nie mu­siała nic mó­wić - i tak było wi­dać, że się cie­szy z jego po­wrotu do domu. On zaś po­my­ślał, że ta­kie spoj­rze­nie ma wielką war­tość.

- Ja­dłeś coś? - spy­tała.

- Tak. Z Gu­sta­vem je­dli­śmy w Visby.

Ninni we­szła głę­biej do kuchni. Fre­drik zdjął płaszcz i ru­szył za nią.

- Masz może ochotę na coś in­nego? Na przy­kład na her­batę? - za­py­tała.

- Duży ko­niak byłby w sam raz.

- Tego nie­stety nie mo­żemy za­ser­wo­wać, więc pew­nie po­prze­sta­niemy na her­ba­cie.

Ninni na­sta­wiła wodę w ron­delku.

- Też masz ochotę na her­batę?! - krzyk­nęła do Si­mona.

- Nie! - roz­le­gła się od­po­wiedź z po­koju na pię­trze.

Fre­drik otwo­rzył szafkę nad lo­dówką. Prze­biegł wzro­kiem jej za­war­tość, pró­bu­jąc zna­leźć coś do prze­gry­zie­nia. Może nada­łoby się po­zo­sta­wione na pa­stwę losu pier­ni­kowe cia­steczko? Trudno jed­nak o to, gdy w domu mieszka na­sto­la­tek.

- Uwa­żam, że w tym roku wy­star­czy już jazdy mo­to­ro­we­rem. Zimą bę­dziemy mu­sieli go pod­wo­zić.

- Wiem - od­parła Ninni. - Dziś chcia­łam to zro­bić, ale kiedy we­szłam do domu, już go nie było. Znaj­dziesz tam coś dla sie­bie?

- Naj­bar­dziej ku­szące z tego wszyst­kiego jest chyba pie­czywo Finn Crisp.

- Słu­chaj...- ode­zwała się Ninni nie­całą go­dzinę póź­niej, gdy za­mie­rzali się po­ło­żyć.

Fre­drik już wszedł pod koł­drę. Ninni stała przy brzegu łóżka i ścią­gała dżinsy. Miała to zmar­twione, in­ten­sywne spoj­rze­nie, które ozna­czało, że to bę­dzie po­ważna roz­mowa.

- Wiem, że już późno, nie­od­po­wiedni mo­ment i tak da­lej, ale chcę tylko za­sy­gna­li­zo­wać pro­blem. Nie mu­simy dziś roz­ma­wiać na ten te­mat, je­śli nie chcesz.

Fre­drik po­woli usiadł.

- Wiem, co po­wiesz - do­dała, od­kła­da­jąc dżinsy na fo­tel, który w ich sy­pialni peł­nił funk­cję wie­szaka.

- Na jaki te­mat?

Po­de­szła do łóżka i usia­dła.

- Długo my­śla­łam i uwa­żam, że na­prawdę po­win­ni­śmy po­ga­dać.

- Na jaki te­mat? - po­wtó­rzył Fre­drik.

Za­czy­nało go to de­ner­wo­wać. Spra­wiała wra­że­nie, jakby chciała się wy­co­fać z roz­mowy.

Ninni wcią­gnęła po­wie­trze i spoj­rzała na niego sta­now­czo.

- Nie wiem, czy mogę tu dłu­żej miesz­kać.

Fre­drik wes­tchnął i zro­bił zmę­czoną minę.

- Nie patrz w taki spo­sób. Wie­dzia­łam, że tak za­re­agu­jesz.

Dys­ku­sja na ten te­mat zwy­kle po­ja­wiała się raz do roku. Naj­czę­ściej wtedy, gdy lato dawno było tylko wspo­mnie­niem, dni za­czy­nały być krót­sze, a na­stro­szone ga­łę­zie bez­list­nych drzew ster­czały na tle sza­rego, a nie błę­kit­nego nieba.

- Mó­wię po­waż­nie - do­dała Ninni.

- Okej, wy­bacz. Po pro­stu mę­czy mnie, że ten te­mat co ja­kiś czas wraca.

- Wiem, ale chcę, by­śmy o tym po­roz­ma­wiali. Ra­zem. By nie wy­szło na to, że tylko ja sie­dzę i ma­ru­dzę. To coś wię­cej niż li­sto­pa­dowy dół.

Przy ostat­nim zda­niu za­drżał jej głos. Słowa mocno go ugo­dziły. Zo­ba­czył po­wagę w jej oczach i zro­zu­miał, że jest na­prawdę smutna. Jak mógł wcze­śniej tego nie za­uwa­żyć?

Wy­cią­gnął rękę nad koł­drą w czer­wono-białą kratę, która przy­po­mi­nała fran­cu­ski ob­rus. Ści­snęła mu palce.

- Prze­pra­szam, wiem, że ze mną jest trudno - po­wie­działa.

- Nie prze­pra­szaj. Mów te­raz.

- Nie. Ale na­prawdę nie mu­simy o tym roz­ma­wiać dziś wie­czo­rem. Chcia­łam tylko, abyś wie­dział.

- No do­brze, te­raz wiem. Ale chcę o tym po­roz­ma­wiać, bo ina­czej bę­dzie po pro­stu dziw­nie. Daj spo­kój.

Może wła­śnie na to li­czyła - po­my­ślał nieco kon­spi­ra­cyj­nie. Dla za­chęty ści­snął jej dłoń. Znowu wes­tchnęła.

- Mam wra­że­nie, że wszystko się koń­czy.

Umil­kła, a Fre­drik za­sta­na­wiał się z nie­po­ko­jem, czy "wszystko" obej­muje rów­nież ich.

- Zwal­niają lu­dzi w szkole, klas jest co­raz mniej - kon­ty­nu­owała, a w jej oczach wi­dać było za­gu­bie­nie. - Dawni ko­le­dzy prze­no­szą się do Visby albo na kon­ty­nent. Wkrótce w na­szym domu nie bę­dzie już dzieci. Chcę czuć, że ist­nieje ja­kiś po­wód mo­jej obec­no­ści tu­taj. Coś jest nie tak, skoro czuję się jak eme­rytka, ma­jąc do­piero czter­dzie­ści sie­dem lat.

Kiedy po­da­wała swój wiek, jej głos był wy­jąt­kowo pi­skliwy, wręcz de­spe­racki.

- Ale ty chyba je­steś bez­pieczna? - za­py­tał.

Spoj­rzała na niego nie­cier­pli­wie.

- Nie boję się, że stracę pracę, nie o to cho­dzi.

Fre­drik wie­dział, że nie w tym rzecz, ale uznał, że nie za­szko­dzi pod­kre­ślić po­zy­tyw­nego aspektu.

- Nie wiem, czy dłu­żej dam radę - po­wie­działa.

Fre­drik pu­ścił jej dłoń.

- Co su­ge­ru­jesz? Że te lata były ta­kim wiel­kim po­świę­ce­niem?

- Tego nie po­wie­dzia­łam.

Za­ci­snął rękę, która na­dal le­żała na koł­drze.

- Ale wła­śnie o to cho­dzi, tak? Czy o co?

- Już nie czuję się do­brze. Po pro­stu.

- Aha. I nic nie mo­żemy na to po­ra­dzić?

My­śli wi­ro­wały mu w gło­wie. W stre­sie szu­kał roz­wią­za­nia, wła­ści­wych słów, które po­mogą.

- Ale czy to ma zwią­zek z pracą, czy z tym, co jest mię­dzy nami? A może my­ślisz o tym, że dzieci... dla mnie też to trudne, że wy­je­chały z domu, ale na­sza wy­pro­wadzka z Go­tlan­dii nic by na to nie po­mo­gła.

- Po­mo­głaby, je­śli oni też by się wy­pro­wa­dzili z Go­tlan­dii.

Sam rów­nież o tym my­ślał. Ist­niało duże praw­do­po­do­bień­stwo, że Jo­akim po skoń­cze­niu edu­ka­cji zo­sta­nie na kon­ty­nen­cie. Nie bę­dzie już nie­dziel­nych obia­dów z dziećmi. Będą im mu­siały wy­star­czyć Boże Na­ro­dze­nie i mid­som­mar. Ale kto po­wie­dział, że Jo­akim na­dal bę­dzie miesz­kał w Sztok­hol­mie, je­śli i oni tam się prze­niosą? Może skoń­czy w Malmö albo w Lon­dy­nie.

- Zo­stało jesz­cze kilka lat, za­nim na­dej­dzie ko­lej Si­mona.

- Tak.

Na chwilę ton jej głosu zła­god­niał, jakby się za­sta­na­wiała nad swo­imi sło­wami, ale po­tem na­brał su­ro­wo­ści.

- Ale to nie tylko dzieci. Cho­dzi o wszystko... o ca­ło­kształt. - Skrzy­żo­wała ręce. - Może po pro­stu mam wszyst­kiego do­syć.

Znów to samo. Ma do­syć. Już nie wy­trzy­muje. Chciał być otwarty i wy­ro­zu­miały, ale te słowa go za­mknęły i spra­wiły, że w ustach po­czuł oło­wiany po­smak.

- W ta­kim ra­zie naj­le­piej się prze­pro­wa­dzić. Skoro to dla cie­bie ta­kie mę­czące.

- Cho­lera ja­sna - po­wie­działa, wsta­jąc. - Ty mnie w ogóle nie słu­chasz.

16

Idąc do sali ze­brań, Fre­drik czuł zmę­cze­nie w no­gach. Dys­ku­sja, któ­rej Ninni wcale nie za­mie­rzała roz­po­czy­nać, którą chciała je­dy­nie za­sy­gna­li­zo­wać, spra­wiła, że przez pół nocy nie zmru­żył oka. Wczo­raj­sze zmar­twie­nia do­ty­czące po­zwo­le­nia na od­pływ wy­da­wały się wręcz bajką.

Zdą­żył w ostat­niej chwili, tak jak Ove i Gu­stav, któ­rzy na­de­szli z prze­ciw­nych stron ko­ry­ta­rza.

- Rześko wy­glą­dasz - po­wie­dział Ove.

- To faj­nie - rzu­cił Fre­drik.

- No co? - od­parł Ove z au­ten­tycz­nym zdzi­wie­niem.

Nie po raz pierw­szy, gdy czuł się jak gówno, ktoś stwier­dził, że wy­gląda rześko i świeżo. Czuł się przez to jak sy­mu­lant. Albo ktoś, kto po­trafi ro­bić do­brą minę do złej gry.

- Nie ro­zu­miesz mnie - wy­mam­ro­tał do ple­ców Ovego.

Ove miał na so­bie wy­miętą ko­szulę cia­sno opi­na­jącą brzuch. Rę­kawy były nie­dbale pod­wi­nięte. Gdy cho­dziło o ubiór, Ove był do­kład­nym prze­ci­wień­stwem Gu­stava. Okrą­żył stół i usiadł obok Sary - je­dy­nej osoby w sali, która wy­glą­dała na na­prawdę zmę­czoną. Cie­nie pod oczami miała nie­mal rów­nie czarne jak włosy.

Fre­drik wy­su­nął je­den z wy­sie­dzia­nych fo­teli z tka­niną w li­ścia­sty wzór. Sie­dział obok Gu­stava, na­prze­ciwko Evy. Ona z ko­lei wy­glą­dała na ra­do­sną i wy­spaną. Ja­sne włosy miała sta­ran­nie ucze­sane, a spoj­rze­nie by­stre. Choć może i to były tylko po­zory.

Sie­dzieli w mniej­szym po­miesz­cze­niu o bia­łych ścia­nach, z wy­so­kim su­fi­tem i z drew­nianą pod­łogą, która przy­wo­dziła na myśl po­kład ło­dzi.

- Pon­tus Hel­l­berg - za­czął Göran, gdy tylko wszy­scy wresz­cie się zja­wili.

Wska­zał po­więk­szone zdję­cie pasz­por­towe na ta­blicy. Wy­glą­dało na nowe.

Nie­dawno za­ła­twiony pasz­port, za­re­zer­wo­wany bi­let, ubra­nia w sta­ran­nych sto­sach. Wszystko było przy­go­to­wane.

- Dwa­dzie­ścia sześć lat, czy­sta kar­to­teka, także w przy­padku krew­nych i przy­ja­ciół, któ­rych do tej pory na­mie­rzy­li­śmy. W jego ży­ciu nie było żad­nego z ro­dzi­ców. Późno mieli dzieci i wcze­śnie zmarli. Sio­stra stu­diuje w Visby. Hel­l­berg od trzech lat mieszka w ka­wa­lerce w Hemse. Do­ko­na­li­ście re­wi­zji?

Göran spoj­rzał na Fre­drika, po­tem na Gu­stava, a ten ski­nął twier­dząco głową.

- Jest ope­ra­to­rem ma­szyn, miał kło­pot ze zna­le­zie­niem pracy, ale od po­nad roku pra­co­wał w wo­do­cią­gach. Zło­żył wy­po­wie­dze­nie dwu­dzie­stego trze­ciego sierp­nia. Ostat­nim dniem jego pracy był dwu­dzie­sty szó­sty wrze­śnia.

Göran odło­żył no­tatki i wle­pił wzrok w Evę.

- Więk­szość fak­tów prze­ma­wia za tym, że wła­śnie wtedy zo­stał za­strze­lony i zna­lazł się w zbior­niku z wodą w Alvie. Evo, opo­wiesz da­lej?

- Za­cznę od tego, co wiemy na pewno - za­częła, prze­su­wa­jąc się na krze­śle mak­sy­mal­nie do tyłu. - Zo­stał za­strze­lony z pi­sto­letu albo re­wol­weru, ka­li­ber dzie­więć mi­li­me­trów. Zna­la­złam po­cisk na po­sadzce po­miesz­cze­nia nad zbior­ni­kiem. Prze­szył ciało na wy­lot i od­bił się ry­ko­sze­tem od ściany. Da się okre­ślić miej­sce, w któ­rym stał Pon­tus, z do­kład­no­ścią mniej wię­cej me­tra.

Eva po­ło­żyła na stole szkic wieży ci­śnień. Fre­drik się na­chy­lił, żeby le­piej wi­dzieć. Zer­k­nął za sie­bie, chcąc się upew­nić, że ni­komu nie za­sła­nia. Na szkicu był krzyż w punk­cie tra­fie­nia po­ci­sku w ścianę i owal ozna­cza­jący miej­sce, w któ­rym Pon­tus Hel­l­berg mu­siał się znaj­do­wać w mo­men­cie strzału. Stał bli­sko ściany.

- Zo­stał tra­fiony w klatkę pier­siową i naj­praw­do­po­dob­niej zgi­nął na miej­scu - cią­gnęła Eva. - Sprawca po­tem za­piął jego kurtkę, pew­nie po to, by ła­twiej było go prze­nieść. Można chwy­cić za koł­nierz i dół kurtki.

Po­pchnęła szkic w stronę Görana. Pod­niósł go i przy­cze­pił do ta­blicy.

- Nie po­wi­nien mocno krwa­wić? - spy­tała Sara.

- Tak, ale my­ślę, że dużo krwi wsią­kło w kurtkę. Ma grubą pod­pinkę. Może też dla­tego zo­stała za­pięta. Zna­la­złam ślady krwi na pod­ło­dze, ale tylko po­je­dyn­cze plamy na scho­dach. Nie po­tra­fię tego wy­tłu­ma­czyć ina­czej niż ocie­ka­jącą krwią kurtką.

Ove opu­ścił ręce, które wcze­śniej krzy­żo­wał na piersi, i je wy­cią­gnął.

- Sprawca mu­siał chyba do­kład­nie po so­bie po­sprzą­tać - stwier­dził.

- Z całą pew­no­ścią tak. Za­bójca Hel­l­berga za­dał so­bie wiele trudu, by ukryć za­bój­stwo.

I cał­kiem do­brze mu się udało - do­dał w my­ślach Fre­drik. Ma­giczna gra­nica sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzin zo­stała prze­kro­czona, i to ze spo­rym okła­dem.

- Może cho­dzić o za­bój­stwo na tle ra­bun­ko­wym albo zda­rze­nie o przy­pad­ko­wym cha­rak­te­rze - stwier­dził Göran. - Za­bójca w ja­kiś spo­sób znał Hel­l­berga.

Fre­drik po­chwy­cił spoj­rze­nie Görana i za­uwa­żył, że ten chce coś do­dać.

- Uwa­żamy, że ktoś był w miesz­ka­niu już po za­bój­stwie - stwier­dził. - Na miej­scu zbrodni bra­ko­wało klu­czy Hel­l­berga. I jego te­le­fonu ko­mór­ko­wego. Wy­gląda też na to, że Hel­l­berg po­zbył się swo­jego kom­pu­tera. Dziś rano spraw­dzi­łem u pra­co­dawcy. Pra­cow­nicy mają do­stęp do służ­bo­wych lap­to­pów, ale te są prze­cho­wy­wane w fir­mie. Po­wi­nien mieć jesz­cze swój pry­watny kom­pu­ter.

Göran skwi­to­wał słowa Fre­drika po­wol­nym ski­nie­niem.

- Czyli ktoś prze­szu­kał miesz­ka­nie i za­brał wszystko, co mo­głoby po­móc go wy­ty­po­wać. To chcesz po­wie­dzieć?

- Tak. Albo chciał wejść w po­sia­da­nie ja­kichś in­nych in­for­ma­cji. Jed­nak za­cie­ra­nie śla­dów jest naj­bar­dziej praw­do­po­dobne. Nie wi­dzę in­nego wy­tłu­ma­cze­nia.

Fre­drik po­wiódł wzro­kiem po sie­dzą­cych przy stole. Nikt nie za­pro­te­sto­wał.

- Jest jesz­cze coś - za­częła Sara, ale prze­rwała i od­chrząk­nęła.

Kilka razy za­kasz­lała. Reszta cier­pli­wie cze­kała.

- Prze­pra­szam - wy­chry­piała. - Nie mogę tego po­skła­dać w ca­łość, ale je­śli zo­stał za­bity ostat­niego dnia pracy, jak wła­ści­wie do­tarł do wieży ci­śnień?

Jej głos nie brzmiał zbyt cie­ka­wie. Może da­wały o so­bie znać pierw­sze ob­jawy grypy.

- Pra­cow­nicy wo­do­cią­gów mają sa­mo­chody służ­bowe, ale ża­den z nich nie zo­stał w Alvie - cią­gnęła Sara. - Ani służ­bowy, ani pry­watny sa­mo­chód Hel­l­berga. Można by po­my­śleć, że wziął pry­watne auto, by móc po­je­chać pro­sto do sie­bie, je­śli zrobi się późno, ale to nie jest roz­wią­za­nie za­gadki. Prze­cież sa­mo­chód Hel­l­berga stoi za­par­ko­wany przed jego do­mem w Hemse.

- Ktoś mu­siał nim tam po­je­chać - stwier­dził Gu­stav.

- Otóż to. Mu­siał to zro­bić sprawca - spre­cy­zo­wała Sara. - Może na­wet do­tarł do wieży ra­zem z Hel­l­ber­giem. W każ­dym ra­zie nie można tego wy­klu­czyć.

- Brzmi, jakby to było do­kład­nie prze­my­ślane - ode­zwał się sie­dzący przy krót­szym boku stołu Göran. - Pon­tus Hel­l­berg zo­stał wy­eli­mi­no­wany, za­bój­stwo ukryto, a ślady za­tarto.

- Py­ta­nie, czy za­bójca wie­dział, że Hel­l­berg za­mie­rza wy­je­chać - od­parła Sara. - Je­śli wie­dział, to zda­wał so­bie sprawę, że ni­komu nie bę­dzie go bra­ko­wało. Przy­naj­mniej nie tak jak w wy­padku in­nych osób.

- A je­śli znał Hel­l­berga, to pew­nie wie­dział o pla­nach wy­jazdu - do­dał Göran.

- Choć jego ko­lega z dzie­ciń­stwa, Fe­lix Kjel­l­ström, nie miał o tym po­ję­cia - za­uwa­żył Gu­stav, po­chy­la­jąc się nad sto­łem. - A ko­le­dzy z wo­do­cią­gów do­wie­dzieli się do­piero na krótko przed za­koń­cze­niem przez niego pracy. Mo­głoby to wska­zy­wać, że Pon­tus, wy­jeż­dża­jąc, przed czymś ucie­kał.

- Ale czy je­śli czło­wiek musi uciec, za­prząta so­bie głowę skła­da­niem wy­po­wie­dze­nia w pracy? - spy­tała ochry­ple Sara.

- Moim zda­niem to brzmi, jakby pla­no­wał uciec z czymś, co nie na­le­żało do niego... pie­niędzmi albo in­nymi kosz­tow­no­ściami - stwier­dził Fre­drik. - Mu­siał czuć się pewny, że nie zo­sta­nie od­kryty, ale krótko przed wy­jaz­dem go przy­ła­pano.

- To sen­sowna teo­ria - przy­znał Göran.

Po­pra­wił oku­lary i spoj­rzał na współ­pra­cow­ni­ków w spo­sób, który ozna­czał, że spo­tka­nie wkrótce do­bie­gnie końca.

- Za tym za­bój­stwem naj­praw­do­po­dob­niej ukrywa się inna zbrod­nia. Je­śli ją od­kry­jemy, od­kry­jemy mor­dercę. Może cho­dzić o pie­nią­dze, nar­ko­tyki, skra­dzione przed­mioty, o to, że Hel­l­berg na ko­goś do­niósł albo w inny spo­sób go skrzyw­dził. Za­czniemy od naj­bliż­szych zna­jo­mych i bę­dziemy za­ta­czać co­raz szer­sze kręgi. Spraw­dzimy oczy­wi­ście rów­nież współ­pra­cow­ni­ków, na­wet je­śli twier­dzą, że nie znali go zbyt do­brze.

17

Przy­po­mi­na­jący chatkę do­mek, w któ­rym do­ra­stał Vik­tor, był usy­tu­owany przy ciem­nej ścia­nie roz­ło­ży­stych świer­ków. Płyty da­chowe były za­rdze­wiałe, ale drew­niane pa­nele lśniły in­ten­sywną żółtą barwą. Vik­tor prze­ma­lo­wał je ze­szłego lata. Wy­siadł z sa­mo­chodu. Wiatr upar­cie szu­miał w tle, po­śród wy­so­kich drzew.

Za­dzwo­nił do Nadji i po­in­for­mo­wał o na­głej spra­wie w Visby. Usta­lili, że się zo­ba­czą po jego po­wro­cie. Miał spę­dzić poza do­mem dwie noce. Zwy­kle zo­sta­wał dłu­żej, fun­du­jąc so­bie do­dat­kowy dzień w Ber­li­nie, ale tym ra­zem chciał zy­skać tro­chę czasu.

Z domu, który wy­naj­mo­wali z Raffą, nie było tu da­leko, ale też nie tak bli­sko. Ze­gar wska­zy­wał pięt­na­ście po dwu­na­stej, a Raffa miał go za­wieźć na sa­mo­lot o czter­na­stej. Vik­tor wszedł do przed­po­koju i za­mknął za sobą drzwi. Po­czuł za­pach kieł­basy.

- Halo! - krzyk­nął.

- Cześć! To ty? Zjesz coś? - do­bie­gło z kuchni wo­ła­nie mamy.

Nie­dawno jadł śnia­da­nie, ale i tak się zgo­dził. Zdjął buty i pal­cami u nóg do­su­nął je do ściany.

Znów się przy­wi­tali, kiedy wszedł do kuchni.

- Ja już ja­dłam, ale tro­chę zo­stało - po­wie­działa mama. - Na­dal cie­płe.

Na wszelki wy­pa­dek mimo wszystko włą­czyła pal­nik i po­sta­wiła na nim pa­tel­nię. Vik­tor wy­su­nął krze­sło i usiadł. Kuch­nia była dość cia­sna jak na tego typu domy, ale za­wsze mu się to po­do­bało. Czuł się bez­piecz­nie, jakby sie­dział w przy­tul­nej chatce.

- Nie do­sta­łeś żad­nych li­stów. Były tylko re­klamy, ale już je wy­rzu­ci­łam.

- Okej.

Na­dal był za­mel­do­wany w tym domu. Raffa też. Im mniej osób wie­działo, czym się zaj­mo­wali, tym le­piej.

- Jest Mar­tina? - za­py­tał, wska­zu­jąc dwa brudne ta­le­rze na bla­cie.

- Tak, tro­chę źle się czuła. Te­raz chyba śpi.

Vik­tor tylko po­ki­wał głową. Mar­tina cho­dziła do dru­giej klasy li­ceum, czyli za­szła da­lej w edu­ka­cji, niż to się udało jemu. Py­ta­nie, czy do­trwa do klasy trze­ciej, po­zo­sta­wało otwarte. Vik­tor miał wra­że­nie, że ostro wa­ga­ro­wała. Kiedy mama ostat­nio była na kon­ty­nen­cie, któ­re­goś dnia wpadł po coś do domu. Mar­tina sie­działa w swoim po­koju z dwiema ko­le­żan­kami. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że wszyst­kie trzy są upa­lone, choć kiedy o to za­py­tał, za­prze­czyły. Już wię­cej nic nie po­wie­dział i nie po­wtó­rzył ma­mie. Nie był ka­pu­siem.

Tro­chę jed­nak go to do­tknęło. Za­wsze uwa­żał za pewne, że Mar­tina któ­re­goś dnia wyj­dzie w świat i do­kona cze­goś wiel­kiego. Za­trza­śnie za sobą drzwi domu z za­rdze­wia­łym da­chem i już ni­gdy do niego nie wróci. Za­wsze była jak wschód słońca. Na­tu­ralna, piękna, pełna we­wnętrz­nej siły.

Mama po­sta­wiła na stole szklanki i sztućce i prze­mie­szała za­war­tość pa­telni. Kiedy szła od stołu do blatu, sły­chać było skwier­cze­nie. Wło­żyła na sie­bie cienką spor­tową kurtkę. Dom miał kiep­ską izo­la­cję i mimo ma­łego me­trażu ogrze­wa­nie było kosz­towne.

- Co ser­wu­jesz?

- Stro­go­now z kieł­basy. Z ry­żem. Lu­bisz go.

- Za­wsze.

Wy­ło­żyła da­nie na ta­lerz, po­dała i usia­dła przy stole.

- Jak twój ku­zyn?

Vik­tor prze­żu­wał po­woli. Je­dze­nie było go­rące.

- Do­brze - od­parł, na­le­wa­jąc so­bie mleka do szklanki.

- Ma­cie taką ro­botę, że so­bie ra­dzi­cie?

- Tak. Bez pro­blemu.

Sporo pra­co­wali. Nie dużo, ale wy­star­cza­jąco, by za­cho­wać po­zory i żeby nikt nie za­czął się za­sta­na­wiać, z czego wła­ści­wie żyją. Po­cząt­kowo byli bez­ro­botni, ale uznali, że z bie­ga­niem do biura po­śred­nic­twa pracy i sta­ra­niem się o idio­tyczne sta­no­wi­ska na tyle nie­osią­galne, by było ja­sne, że i tak ich nie do­staną, było wię­cej za­chodu niż z rze­czy­wi­stym wy­ko­na­niem prost­szej ro­boty - po­sta­wie­niem płotu, za­ję­ciem się zwie­rzę­tami ja­kie­goś rol­nika, który chciał po­je­chać na ty­dzień na Ka­nary - za­wsze się coś zna­la­zło. Nie pła­cili do­brze, ale uzna­wał to za kwe­stię dru­go­rzędną.

Jego matka przez pra­wie dwa lata była bez­ro­botna. Z mie­sza­niną cie­ka­wo­ści i de­spe­ra­cji za­pi­sała się na kurs ope­ra­tora dźwigu. Od tam­tej pory nie na­rze­kała na brak pracy. Jed­nak więk­szość zle­ceń była na kon­ty­nen­cie. Zni­kała na kilka mie­sięcy, cza­sem na pół roku, miesz­kała w ba­raku lub w ho­telu i wra­cała do domu na je­den week­end w mie­siącu. Nieco czę­ściej, je­śli była bli­sko, i po­wrót do domu dużo nie kosz­to­wał.

- Czy Raffa od­wie­dza swoją sio­strę?

Vik­tor wziął duży kęs i wzru­szył ra­mio­nami.

- Chyba nie.

- Raffa może tu przy­cho­dzić, je­śli chce. To zna­czy spo­ty­kać się z nią tu­taj. Dziew­czyna przy­cho­dzi co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu. Za­gląda do Mar­tiny, kiedy nie ma mnie w domu.

Vik­tor prze­stał prze­żu­wać i wpa­try­wał się w nią bez słowa.

- No co? - za­py­tała matka. - Chyba do­brze, że Mar­tina nie zo­staje zu­peł­nie sama. Ty prze­cież nie przy­jeż­dżasz za czę­sto.

- Byle tylko Steffe tu nie przy­jeż­dżał.

- Nie przy­jeż­dża. Po co miałby to ro­bić?

- Nie mam po­ję­cia, ale on nie może się tu krę­cić, kiedy Mar­tina jest sama.

- Ja­sne, że tego nie robi. Dla­czego go o to po­dej­rze­wasz? - po­wie­działa znowu mama. - Mar­tina da­łaby znać.

Vik­tor wy­buch­nął su­chym śmie­chem.

- Na pewno.

- Skoro się mar­twisz, przy­jeż­dżaj czę­ściej.

Vik­tor mil­czał. Słu­chał ty­ka­nia ku­chen­nego ze­gara, który był gło­śniej­szy niż wiatr wśród świer­ków. Mama wpa­try­wała się w niego, ale na­gle ucie­kła wzro­kiem.

- Boże je­dyny - wes­tchnęła. - Te­raz to mnie za­nie­po­ko­iłeś.

- Mar­tina nic nie mó­wiła?

Mama po­krę­ciła głową.

- Mogę z nią po­roz­ma­wiać - po­wie­dział Vik­tor. - Za­py­tam ją.

Uśmiech­nęła się i ski­nęła.

Steffe - fa­cet ciotki Emmy - po­ja­wił się, gdy Raffa miał dwa­na­ście lat. Przez pierw­sze pół roku było we­dług Raffy w po­rządku. Do­piero po­tem, gdy wpro­wa­dził się na do­bre, wszystko się za­częło. Po ja­kimś cza­sie Raffa wy­ro­bił so­bie szó­sty zmysł po­zwa­la­jący prze­wi­dzieć, kiedy czeka go la­nie. Przy­bie­gał wtedy do Vik­tora. Steffe co­raz czę­ściej zo­sta­wał u nich na noc, aż w końcu pra­wie tu za­miesz­kał. Wy­da­wało się to naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Vik­tor się cie­szył. To było coś wię­cej niż po­sia­da­nie brata. Mama i Mar­tina nie miały nic prze­ciwko, a Steffe był za­do­wo­lony, że się go po­zbył. Vik­tor był za­do­wo­lony, czuł się jakby miał brata, a na­wet le­piej, mama i Mar­tina nie miały nic prze­ciwko temu, że do nich przy­cho­dził, a Steffe się cie­szył, że miał go z głowy, bo Raffa ucie­kał z domu do Vik­tora.

Ni­gdy nie zro­zu­miał, co Emmy miała w gło­wie. Były nie­zli­czone szanse na po­sa­dze­nie Stef­fego za krat­kami, po­zby­cie się go, ale jak tylko sy­tu­acja ro­biła się na­pięta, Emmy sta­wała po jego stro­nie. Przy­cho­dziła do matki Vik­tora z pła­czem i po­si­nia­czoną twa­rzą, pro­sząc, by nie szła na po­li­cję, a mama nie po­tra­fiła po­stą­pić wbrew sio­strze. To by­łaby cho­lerna zdrada.

Kiedy Raffa i Vik­tor mieli sie­dem­na­ście lat, po­bili Stef­fego do nie­przy­tom­no­ści pię­ściami i po­okła­dali od­po­wied­nio długą de­ską. Po czymś ta­kim Raffa oczy­wi­ście nie mógł już da­lej miesz­kać w domu. Steffe by go za­bił przy pierw­szej oka­zji. A przy­naj­mniej Raffa był o tym prze­ko­nany.

Vik­tor wstał od stołu, wziął ta­lerz, szklankę oraz sztućce i na­lał wody do zlewu.

- Nie mu­sisz tego ro­bić - ode­zwała się mama za jego ple­cami.

- Nie ma pro­blemu.

Wło­żył ta­le­rze mamy i Mar­tiny do go­rą­cej wody i psik­nął na nie pły­nem Yes. Kiedy wło­żył dło­nie do wody, po­czuł przy­jemne szczy­pa­nie. Na­czyń nie było dużo. Skoń­czył w dwie mi­nuty.

Ro­leta u Mar­tiny była za­cią­gnięta. Ciem­ność roz­pra­szała tylko lampka na noc­nym sto­liku. Mar­tina le­żała w łóżku od­wró­cona ple­cami i czy­tała grubą książkę. W taki spo­sób spę­dzała czas. Vik­tor uwa­żał, że skoro i tak leży i czyta książki, mo­głaby cho­dzić do szkoły. Sam ni­gdy nie czy­tał ta­kich ksią­żek jak Mar­tina. Nie prze­czy­tał ani jed­nej po­wie­ści. Nie żeby nie umiał. Po pro­stu mu­siał mieć z cze­goś ko­rzyść, ina­czej nie był w sta­nie się tym zaj­mo­wać.

- Nie je­steś chyba chora? - za­py­tał, przy­sia­da­jąc w no­gach łóżka.

- Ej, prze­stań, kurde - jęk­nęła Mar­tina.

Cof­nęła stopę, za którą ją zła­pał.

- Prze­pra­szam - po­wie­dział, choć nie mo­gło jej to za­bo­leć.

Mar­tina da­lej czy­tała książkę, jakby go tam nie było.

- Cie­bie też do­brze wi­dzieć.

Wes­tchnęła i za­mknęła książkę, ale le­żała w tej sa­mej po­zy­cji co przed­tem. Trą­cił ją. Po­cząt­kowo nie za­re­ago­wała, ale po­tem się uśmiech­nęła i unio­sła na łok­ciach.

- Bę­dziesz ju­tro w domu?

- Nie - od­parł.

- A wie­czo­rem?

- Też nie. Dla­czego py­tasz?

- Za­sta­na­wia­łam się, czy mo­gli­by­śmy obej­rzeć ja­kiś film.

Uśmie­chała się nieco sze­rzej, prze­krzy­wia­jąc głowę.

- Ja­sne, ale nie ju­tro. Nie mo­żesz przy­je­chać w week­end?

Opa­dła z po­wro­tem na po­duszkę.

- Nie wiem.

Spoj­rzał na nią py­ta­jąco.

- Nie wiem, czy dam radę.

- Nie ro­zu­miem. Skąd wiesz, że dasz radę ju­tro, a w week­end nie?

Za­mknęła oczy.

- No, ga­daj. Co z tobą? - za­py­tał, szar­piąc ją za nogę.

Mar­tina jęk­nęła i po­tarła twarz dłońmi.

- A może wtedy też za­mie­rzasz być chora?

- Nie. Pew­nie, że mogę przy­je­chać w week­end.

Pod­cią­gnęła się, usia­dła po tu­recku i oparła plecy o ścianę. Miała na so­bie spodnie dre­sowe, T-shirt i grube skar­pety.

- Ja­sne, że mogę.

- Nie czuj się zmu­szona. Po pro­stu py­ta­łem.

- Przy­jadę - za­pew­niła Mar­tina i wy­glą­dała na prze­ko­naną.

Zer­kała na niego, mnąc w pal­cach koł­drę.

- Co ta­kiego waż­nego bę­dziesz ro­bił przez cały ty­dzień?

- E..., po pro­stu pra­co­wał.

W za­sa­dzie nie był za­chwy­cony, że Mar­tina chce przy­je­chać. Cho­ciaż nie. Lu­bił jej od­wie­dziny, ale nie chciał, by stały się zwy­cza­jem. By się u nich krę­ciła. Wpraw­dzie ni­gdy nie trzy­mali ni­czego w domu, ale i tak wo­lał ją trzy­mać z dala od wszyst­kiego. Nie chciał, by py­tała, co ro­bili wie­czo­rem, gdy pu­kała i nie za­stała ich w domu. Nie miał ochoty jej okła­my­wać bar­dziej, niż to było ko­nieczne.

Mar­tina wstała z łóżka i po­de­szła do sta­rego se­kre­ta­rzyka, który prze­ma­lo­wy­wała tyle razy, że szu­flad nie dało się już za­mknąć. Ak­tu­al­nie miał ko­lor czer­wony, ale daw­niej ró­żowy, biały, a po­przed­niego Vik­tor już nie pa­mię­tał. W jed­nej z szu­flad zna­la­zła gumkę, od­gar­nęła z twa­rzy dłu­gie włosy i spięła je z tyłu w kitkę.

- Słu­chaj... Steffe tu przy­cho­dził?

- Steffe? Jaki Steffe?

- A jak ci się wy­daje?

- Ten od Emmy?

- Tak.

Po­krę­ciła głową, wró­ciła do łóżka i usia­dła.

- Na pewno?

- Tak. Dla­czego miałby tu przy­cho­dzić?

- Mógł przyjść z Emmy. Nie by­łoby to chyba ta­kie dziwne?

- By­łoby - od­parła z na­ci­skiem i spoj­rzała na niego, jakby bra­ko­wało mu klepki.

- To zna­czy... dziwne, ale i tak...

Mar­tina wes­tchnęła. Wy­glą­dała, jakby chciała wejść z po­wro­tem pod koł­drę.

- Gdyby się po­ja­wił, daj mi znać.

- Ja­sne - od­parła ra­czej obo­jęt­nie.

- Obie­caj.

Chwy­cił ją za rękę.

- Tak. Boże... Obie­cuję.

- On nie ma tu czego szu­kać.

- Prze­cież po­wie­dzia­łam, że obie­cuję.

Wy­szarp­nęła ra­mię z jego uści­sku i po­słała mu dziwne spoj­rze­nie. Dla­czego tak na­prawdę jej nie wie­rzył?

18

Kiedy Sara i Ove wy­sie­dli z sa­mo­chodu, mię­dzy ni­skimi sze­re­gow­cami przy Smiss­ga­tan wiał wiatr. Alex Gu­sta­fs­son miesz­kał w domu z bla­do­czer­wo­nej ce­gły.

Zimne, wil­gotne po­dmu­chy pro­sto w twarz były do­kład­nie tym, czego Sara po­trze­bo­wała do orzeź­wie­nia. Miała za sobą ciężką, pra­wie nie­prze­spaną noc.

Micke miał przy­je­chać na week­end, ale kiedy usły­szał, że Sara ma na gło­wie śledz­two w spra­wie za­bój­stwa, po­sta­no­wił zo­stać w domu. "I tak nie zdą­żymy się zo­ba­czyć", stwier­dził.

Nie pro­te­sto­wała. Miał ra­cję. Cze­kała ją praca przez cały week­end. De­cy­zja o po­zo­sta­niu w Kär­r­torp była lo­giczna. Roz­sądna. Kiedy jed­nak Sara się roz­łą­czyła po tej do­ro­słej i wy­wa­żo­nej roz­mo­wie po­czuła cię­żar roz­cza­ro­wa­nia i smutku. Na­wet wie­dząc, że nie bę­dzie miała do dys­po­zy­cji wiele czasu mię­dzy snem a pracą, czuła wy­jąt­kowo mocno, że po­trze­buje jego obec­no­ści, że chce za­sy­piać i bu­dzić się przy nim i pa­trzeć na niego za­spa­nym wzro­kiem znad fi­li­żanki kawy, za­nim po­pę­dzi do ko­mi­sa­riatu.

Jed­nak za­miast do niego za­dzwo­nić, by za­chę­cać i pro­sić lub po­wie­dzieć wprost, co czuje, wy­brała bez­sen­ność i roz­my­śla­nie, czy to wszystko ma ja­kiś sens. Ży­cie mo­men­tal­nie za­częło się wy­da­wać pu­ste, nudne i wy­jąt­kowo do­łu­jące. W końcu nie wie­działa, czy za­snęła, oglą­da­jąc film późno w nocy, czy też go włą­czyła, bo nie mo­gła za­snąć.

Drzwi miesz­ka­nia Alexa Gu­sta­fs­sona znaj­do­wały się na­prze­ciwko sie­dziby go­tlandz­kiego przed­się­bior­stwa ener­ge­tycz­nego GEAB, z cha­rak­te­ry­stycz­nym za­rdze­wia­łym ko­mi­nem pod­trzy­my­wa­nym przez dwie sta­lowe liny. Przy śle­pej uliczce Smiss­ga­tan nie było wi­dać ży­wego du­cha. Przy drzwiach są­sied­niej klatki scho­do­wej le­żał prze­wró­cony cho­dzik.

We­szli do bu­dynku. Alex Gu­sta­fs­son miesz­kał na par­te­rze. Sara długo przy­trzy­mała pa­lec na przy­ci­sku dzwonka. Mu­sieli za­cze­kać do­brą chwilę, ale w końcu zza drzwi do­bie­gło nie­wy­raźne: "Kto tam?".

- Po­li­cja. Mu­simy za­dać kilka py­tań.

- Na jaki te­mat?

Sara spoj­rzała na Ovego, a ten zro­bił kwa­śną minę.

- Na te­mat Pon­tusa Hel­l­berga - wy­ja­śniła. - Czy może pan otwo­rzyć drzwi?

Roz­le­gło się po­brzę­ki­wa­nie, a po­tem drzwi otwo­rzyła wy­soka po­stać o wy­pro­sto­wa­nych ple­cach, wręcz od­chy­lona do tyłu. Sara już trzy­mała w gó­rze od­znakę.

- Sara Oskars­son, po­li­cja kry­mi­nalna. A to jest Ove Gahn­ström.

- Dzień do­bry - po­wie­dział Ove i ski­nął głową.

Alex Gu­sta­fs­son nie­pew­nie prze­no­sił spoj­rze­nie z jed­nego na dru­gie. Miał błę­kitne oczy i lekko wy­su­niętą dolną szczękę. Zbyt dłu­gie blond włosy utwo­rzyły swo­istą pseu­do­fry­zurę i za­sła­niały prawe oko. Na ostat­nim zdję­ciu pasz­por­to­wym był krótko ostrzy­żony.

- Mo­żemy wejść?

- Ja­sne - mruk­nął Alex i się od­su­nął.

W miesz­ka­niu pa­no­wał za­duch, a Alex wy­glą­dał, jakby chwilę wcze­śniej wstał z łóżka. Był wpraw­dzie ubrany, ale Sara po­dej­rze­wała, że spał, gdy cze­kali przy drzwiach.

- Mo­żemy usiąść? - za­py­tała.

- Ee... chyba w ta­kim ra­zie w kuchni.

Alex wska­zał otwarte drzwi po pra­wej.

- Do­brze - od­parła Sara i ru­szyła przo­dem.

Usły­szała, że Ove grzecz­nie, lecz sta­now­czo po­pchnął Alexa w kie­runku kuchni, za­nim sam tam wszedł. Zlew w kuchni był wy­peł­niony po brzegi, ale Alex Gu­sta­fs­son nie wy­glą­dał na pa­sjo­nata go­to­wa­nia. Były tam głów­nie fi­li­żanki, szklanki i może je­den ta­lerz. Żad­nych po­kry­tych ple­śnią ron­dli czy form do pie­cze­nia. Nad sto­łem wi­siała duża czer­wona me­ta­lowa lampa. Sara po­my­ślała, że sama mo­głaby so­bie taką ku­pić. Poza tym jed­nak w miesz­ka­niu Gu­sta­fs­sona nie było wielu ele­men­tów, które przy­pa­dły jej do gu­stu.

Przy stole stały tylko dwa krze­sła, ale Ove za­pew­nił, że może stać.

- Co za pa­skudna hi­sto­ria z tym Pon­tu­sem - po­wie­dział Alex.

Usiadł na­prze­ciwko Sary i ner­wowo zer­kał na Ovego, który sta­nął ple­cami do zle­wo­zmy­waka. Sara nie była zdzi­wiona, że już wie. Po prze­słu­cha­niu Fe­lixa Kjel­l­ströma po­przed­niego wie­czoru te­le­fony lu­dzi z kręgu jego zna­jo­mych było roz­grzane do czer­wo­no­ści.

- Skąd znał pan Pon­tusa? - spy­tała Sara.

Po­ło­żyła na stole cy­frowy dyk­ta­fon. Na­dal nie mo­gła się do niego przy­zwy­czaić i za każ­dym ra­zem się bała, że dźwięk się nie za­re­je­struje, choć do tej pory tak się nie stało.

- Ech... cho­dzi o to, jak go po­zna­łem? - za­py­tał Alex i do­no­śnie od­chrząk­nął.

- Mo­żemy chyba od tego za­cząć.

- Po­zna­łem go na ja­kiejś im­pre­zie. Nie pa­mię­tam u kogo. To było ja­kiś czas temu.

- Kiedy?

- Dwa lata temu. Może pół­tora roku.

- To nie tak dawno - stwier­dziła Sara.

- Im­prez jest dość dużo - od­parł Alex i prze­lot­nie się uśmiech­nął.

- Czyli nie pa­mięta pan do­kład­nie, gdzie go po­znał ani przez kogo?

- Nie.

- Jak wy­glą­dała wa­sza re­la­cja?

Alex Gu­sta­fs­son wy­buch­nął śmie­chem, a po­tem rzu­cił lekko zmar­twione spoj­rze­nie Sa­rze, jakby za­su­ge­ro­wała coś nie­sto­sow­nego.

- Co zwy­kle ro­bi­li­ście, kiedy się spo­ty­ka­li­ście? Jak czę­sto się wi­dy­wa­li­ście? - Sara sta­rała się go na­pro­wa­dzić.

- To, co się zwy­kle robi. Wy­pi­ja­li­śmy parę pi­wek, cho­dzi­li­śmy na im­prezy, raz czy dwa po­je­cha­li­śmy do Visby. A co? Dla­czego chcą pań­stwo wie­dzieć to wszystko?

Spoj­rzał na nią sze­roko otwar­tymi oczami, a po­tem rzu­cił spoj­rze­nie Ovemu.

- Pon­tus nie zmarł śmier­cią na­tu­ralną. Żeby usta­lić, co się stało, mu­simy wie­dzieć jak naj­wię­cej o tym, kim był i z ja­kimi ludźmi się za­da­wał.

- Okej.

Alex umilkł. Może był zszo­ko­wany wia­do­mo­ścią. Może już wcze­śniej o tym wie­dział. Może to on za­strze­lił Pon­tusa Hel­l­berga.

- Bli­sko się pa­no­wie za­przy­jaź­nili?

- Nie... Fajny był z niego chło­pak, ale nie by­li­śmy jak przy­ja­ciele z dzie­ciń­stwa, nic z tych rze­czy.

- Jaki on był?

- Dość spo­kojny. Czło­wiek wie­dział, czego się po nim spo­dzie­wać, nie od­sta­wiał żad­nych dziw­nych ak­cji. Faj­nie się z nim spę­dzało czas. Był we­soły.

- Kiedy ostat­nio miał pan z nim kon­takt?

- Z pięć, może sześć ty­go­dni temu. Po­tem jesz­cze parę razy dzwo­ni­łem i nie od­bie­rał, ale... tak... -Zro­bił za­kło­po­taną minę i wyj­rzał przez okno.

- Co pan my­ślał, kiedy on się nie od­zy­wał?

Alex się prze­cią­gnął i chwilę my­ślał.

- Było to tro­chę po­dej­rzane - od­parł po chwili i znowu od­chrząk­nął.

- Po­dej­rzane? - po­wtó­rzyła Sara.

- Nie w taki spo­sób. Po pro­stu dziw­nie tak znik­nąć.

- Py­tał pan ko­goś, do­kąd on wy­je­chał?

- Nie. Nie by­li­śmy na tyle bli­sko zwią­zani, bym za­czął dzwo­nić i roz­py­ty­wać lu­dzi.

W ką­ciku jego ust na krótko za­grał uśmiech.

- Nie sły­szał pan nic o tym, że Pon­tus za­mie­rza po­dró­żo­wać?

- Nie.

Alex wes­tchnął ci­cho i przy­ci­snął długi tu­łów do opar­cia.

- Po­trze­bo­wa­li­by­śmy pań­skiego nu­meru te­le­fonu - rzekł Ove i pod­su­nął swój no­tat­nik.

Alex spoj­rzał na niego py­ta­jąco.

- Żeby go ze­sta­wić z li­stami po­łą­czeń - wy­ja­śnił Ove i nie­cier­pli­wie mach­nął ręką.

- Do­brze, do­brze, w po­rządku.

Alex po­dał nu­mer, a Ove za­pi­sał cy­fry.

- Co ro­bił pan po po­łu­dniu dwu­dzie­stego szó­stego wrze­śnia? - spy­tała Sara.

Alex tym ra­zem nie za­py­tał, dla­czego po­li­cjantka chce to wie­dzieć. Był na tyle by­stry, by zro­zu­mieć, do czego dąży.

- Nie po­tra­fię tak z mar­szu po­wie­dzieć, co ro­bi­łem pół­tora mie­siąca temu.

Jedną ręką po­woli prze­cze­sy­wał dłu­gie włosy.

- Może by­łoby panu ła­twiej, gdyby pan zaj­rzał do ka­len­da­rza.

Alex Gu­sta­fs­son na­wet nie spró­bo­wał wstać, więc Sara za­ło­żyła, że nie uży­wał ka­len­da­rza.

- Co to był dzień?

- Pią­tek - od­parła Sara.

Alex my­ślał do­brą chwilę, po­tem jego spoj­rze­nie po­wę­dro­wało na czer­woną lampę.

- Chyba by­łem z Mią w Visby. Po­je­cha­li­śmy w po­rze lun­chu, a wró­ci­li­śmy około szes­na­stej, sie­dem­na­stej i przez resztę wie­czoru by­li­śmy tu­taj.

- Z Mią?

- Z Ma­rią Ny­man.

- To pań­ska part­nerka?

- Nie. Tylko ko­le­żanka. To mo­gło być ty­dzień póź­niej, ale je­stem pra­wie pewny. Za­py­taj­cie jej.

- Tak zro­bimy - od­parł Ove.

19

Raffa pod­je­chał do kra­węż­nika przy ter­mi­nalu lot­ni­ska i za­trzy­mał się przed łu­ko­wa­tym wej­ściem z na­pi­sem "Od­loty". Vik­tor pod­niósł z pod­łogi czer­wono-czarną ny­lo­nową torbę.

- Okej - po­wie­dział. - Do zo­ba­cze­nia w czwar­tek. Trzy­maj się.

- Ty też - od­parł Raffa i uniósł dłoń.

Przy­bili piątkę i chwilę póź­niej Vik­tora nie było już w sa­mo­cho­dzie. Raffa szybko rzu­cił okiem w lewe lu­sterko i wy­je­chał.

Po­woli opu­ścił te­ren lot­ni­ska, skrę­cił w lewo i po­je­chał da­lej w kie­runku po­łu­dnio­wym - z po­wro­tem do Rums.

Jeź­dził za­wsze Vik­tor i to on za­ła­twiał kasę. Raffa ufał mu w stu pro­cen­tach. Kilka mie­sięcy wcze­śniej Vik­tor opo­wie­dział mu, jak to wszystko prze­biega. Za­le­żało mu, by też znał pro­ce­dury. Co prawda Raffa nie mu­siał je­chać, na­wet nie chciał, ale po­wi­nien być na to go­towy, na wy­pa­dek gdyby Vik­tor z ja­kie­goś po­wodu nie mógł. Wąt­pił jed­nak, by dał so­bie radę. Nie pa­mię­tał wszyst­kich szcze­gó­łów.

"Gdyby coś się stało" - po­wie­dział Vik­tor.

"Co mia­łoby się stać?" - za­py­tał wtedy Raffa, ale Vik­tor nie od­po­wie­dział.

Gdyby coś się stało, po pro­stu nie miałby nic. Nie do­stałby pie­nię­dzy. To jed­nak nie sta­no­wiło dla niego żad­nego pro­blemu. I tak by­łoby po wszyst­kim. Prze­cież cała rzecz opie­rała się na współ­pracy ich dwóch. Raffy i Vik­tora.

Zo­sta­wiw­szy za sobą Visby, do­dał gazu. Po­ko­ny­wał ki­lo­metr za ki­lo­me­trem. Niebo nad drogą miało jed­no­li­cie szarą barwę. Sa­motne prze­by­wa­nie w domu na pewno było smutne. Po­my­ślał, że może po­wi­nien do ko­goś za­dzwo­nić. Za­py­tać, czy szy­kuje się ja­kaś im­preza. Za­czął się wić na sie­dze­niu i w końcu z kie­szeni spodni wy­cią­gnął te­le­fon. Za­nim jed­nak zde­cy­do­wał, do kogo za­dzwo­nić, znów po­my­ślał o Mu­ra­rzu. Vik­tor za­mie­rzał pod­jąć dla niego pie­nią­dze - na wszelki wy­pa­dek. Pie­nią­dze, które uzbie­rali, bo byli by­strzy, ciężko pra­co­wali i wiele ry­zy­ko­wali. Co zro­bił Mu­rarz? Na­wet nie kiw­nął pal­cem. Tylko sie­dział w ich fo­telu, ma­chał swoją śmieszną cza­peczką, kła­pał ja­daczką, jakby się w czym­kol­wiek li­czył. Na ki­lo­metr wi­dać, że to nie­udacz­nik. Stary pier­dziel. I ko­muś ta­kiemu mieli da­wać pie­nią­dze?

Plan nie za­kła­dał prze­ka­za­nia mu pie­nię­dzy, ale sam fakt, że fa­cet sta­wiał żą­da­nia, był nie­po­ko­jący.

Mi­nął zjazd na Rums i je­chał da­lej na po­łu­dnie. Kiedy przy­spie­szył, spod ma­ski wy­do­był się po­mruk. Tu i tak nie ma dro­gówki, po­my­ślał Vik­tor.

2

Po raz pierw­szy od po­nad ty­go­dnia można było do­strzec słońce przez za­słonę chmur, która za­wi­sła nad Go­tlan­dią i nie chciała ustą­pić. Do­cho­dziła pięt­na­sta. Au­to­bus z Nadją miał przy­je­chać pięć po.

Vik­tor do­jeż­dżał do Hemse od strony Ro­ne­hamn. Wielka biała kula z lo­go­ty­pami OK i Lant­män­nen, która daw­niej wy­sta­wała nad da­chami i ko­ro­nami drzew, kilka lat wcze­śniej zo­stała zde­mon­to­wana. Więk­szość lu­dzi być może nie zwra­cała uwagi na ta­kie szcze­góły, ale dla niego to coś zna­czyło. Nie sama kula, ona nie była ważna. Cho­dziło o zmianę. Wła­śnie ta­kie drob­nostki po­ka­zy­wały upływ czasu i przy­po­mi­nały mu, że nie ma już pięt­na­stu lat i jest do­ro­sły.

Dwa­dzie­ścia trzy lata. Był cho­ler­nie stary. Pięć lat temu osią­gnął peł­no­let­niość i zro­bił prawo jazdy. Wieki temu. Za­czął od­czu­wać nie­po­kój. Czas. Więk­szość lu­dzi po pro­stu po­zwala mu pły­nąć. Aż w końcu się orien­tują, że stoją na Stor­ga­tan po­wy­krę­cani, siwi i pod­pie­rają się la­ską. Spo­ty­kają się przed pie­kar­nią Ba­garns i ga­dają: "Pa­mię­tasz, jak usu­nęli ten si­los z kulą, tam, przy Lant­män­nen? - Tak, to mu­siało być z pięć­dzie­siąt lat temu.

Vik­tor za­drżał. To, co się nie wy­da­rzy te­raz, nie wy­da­rzy się ni­gdy. Czy nie tak wła­śnie mó­wili ci wszy­scy sta­rusz­ko­wie, któ­rzy za­wsze ra­dzą: "Ko­rzy­staj z ży­cia. Póki masz czas, póki je­steś młody".

"Licz się z jego upły­wem".

Kiedy skrę­cił w stronę przy­stanku au­to­bu­so­wego, z prze­ciw­nej strony wolno nad­je­chał sa­mo­chód z za­in­sta­lo­wa­nym ogra­ni­cze­niem pręd­ko­ści do trzy­dzie­stu ki­lo­me­trów na go­dzinę, któ­rym w Szwe­cji wolno się było po­ru­szać oso­bom nie­peł­no­let­nim. Vik­tor za­uwa­żył nad kie­row­nicą białą brodę Tippa i szybko po­ma­chał. Nie znał go zbyt do­brze. Parę lat wcze­śniej kilka razy ku­pił od niego sa­mo­gon.

Tipp stra­cił prawo jazdy za pro­wa­dze­nie pod wpły­wem al­ko­holu, a po­tem nie zdał no­wego eg­za­minu. Dla­tego jeź­dził czymś ta­kim. Mógł się cie­szyć, że nie sie­dział za pro­duk­cję i dys­try­bu­cję al­ko­holu. Nie­wielu lu­dzi w Su­dret przej­mo­wało się tym, że jeż­dżą nie­le­gal­nie. Kon­trole zda­rzały się naj­wy­żej w week­endy i cza­sami la­tem, gdy na wy­spę przy­jeż­dżali lu­dzie z kon­ty­nentu. Do­piero ja­dąc do Visby, na­le­żało za­cho­wać ostroż­ność. Jed­nak Tipp był na cen­zu­ro­wa­nym. Poza tym w Hemse otwarto ko­mi­sa­riat po­li­cji. Przy­kre. Przy­naj­mniej dla ta­kich jak on.

Vik­tor ni­gdy nie jeź­dził pi­jany ani na kacu. Uwa­żał, że nie warto ry­zy­ko­wać. Po­trze­bo­wał prawa jazdy, mu­siał być w sta­nie do­trzeć sa­mo­cho­dem do Visby i na kon­ty­nent. Nie chciał tra­fić do żad­nych re­je­strów.

Pod­je­chał do ja­sno­żół­tego bu­dynku dworca i za­trzy­mał fur­go­netkę na jed­nym z miejsc par­kin­go­wych. Wy­łą­czył sil­nik, ale zo­stał w sa­mo­cho­dzie. Wy­biła pięt­na­sta. Na przy­stanku au­to­bu­so­wym ni­kogo nie było.

Spo­kojny dzień. Aku­rat nie szedł do pracy. Miał czas na spo­tka­nie z Nadją. Ju­tro też mieli wolne, naj­wy­żej tro­chę po­pra­cują przy kom­pu­te­rze.

Po­bęb­nił pal­cami w kie­row­nicę, prze­krę­cił klu­czyk, żeby włą­czyć ra­dio, zmie­niał sta­cje, ale nie zna­lazł nic, co by mu się po­do­bało. Włą­czył płytę, wie­dząc, że w od­twa­rza­czu jest Pas­cal. Aku­rat gdy w ka­bi­nie kie­rowcy roz­brzmiały głosy Ma­nu­eli De Gou­vei i Isaka Sund­ströma, w lu­sterku wstecz­nym zo­ba­czył au­to­bus. Po­zwo­lił du­etowi do­koń­czyć zwrotkę, prze­krę­cił klu­czyk i wy­siadł z sa­mo­chodu. Spo­koj­nym kro­kiem pod­szedł do wiaty, a i tak zdą­żył przed au­to­bu­sem.

Pró­bo­wał wy­pa­trzyć Nadję wśród pa­sa­że­rów, któ­rzy za szy­bami wy­glą­dali jak cie­nie. Po­my­ślał, że przy­naj­mniej po­winny mu wpaść w oko jej rude włosy, ale ni­g­dzie jej nie do­strzegł. Tak na­prawdę włosy miała ciem­no­kasz­ta­nowe, ale far­bo­wała je na bor­dowo. A do­kład­nie na ko­lor przy­po­mi­na­jący barwę wina. Była w ostat­niej kla­sie szkoły Säve w Visby. On nie cho­dził do li­ceum. Za­czął, ale zre­zy­gno­wał po roku. Ra­dził so­bie cał­kiem nie­źle, przy­naj­mniej z przed­mio­tów, które go in­te­re­so­wały - nie to sta­no­wiło pro­blem. Cho­dziło o czas. O to, że tyle tam prze­by­wał. Tyle czasu na nic. Miał wra­że­nie, że mo­gliby zro­bić to samo o po­łowę szyb­ciej, gdyby tylko chcieli. De­ner­wo­wało go, że wszystko się to­czy tak wolno. W ta­kich chwi­lach chciał tylko wyjść. Uciec.

Au­to­bus sta­nął przy wia­cie i drzwi się otwo­rzyły z prze­cią­głym sy­kiem. W tej sa­mej chwili za Vik­to­rem sta­nęło zie­lone błysz­czące vo­lvo. Z miej­sca kie­rowcy wy­sia­dła ko­bieta około czter­dziestki. Matka Nadji.

Po­słała mu su­rowe spoj­rze­nie i mi­ja­jąc go, pod­bie­gła do tyl­nych drzwi au­to­busu. Vik­tor po­sta­no­wił się nie ru­szać.

Nadja wy­sia­dła za dwoma chło­pa­kami w czar­nych par­kach i czap­kach z dasz­kiem.

- Cześć, ko­cha­nie, mój sa­mo­chód jest tam - do­tarł do niego głos matki Nadji.

Ko­bieta ro­biła co mo­gła, by go za­sło­nić, ale Nadja była od niej wyż­sza.

- Wsia­daj do sa­mo­chodu.

Nadja nie ru­szała się z miej­sca i pa­trzyła na Vik­tora. Zro­bił py­ta­jącą minę i wy­cią­gnął ręce. Pró­bo­wała do niego po­dejść, ale matka ją za­trzy­mała.

- Rób, co mó­wię.

- Ale mamo...

Głos ko­biety na­brał ostro­ści:

- Wsia­daj do sa­mo­chodu. Słu­chaj, co mó­wię. Ko­niec dys­ku­sji.

Nadja po­słała Vik­to­rowi zmę­czone spoj­rze­nie. Nie umknęło to uwa­dze jej matki, bo ta się ob­ró­ciła i zro­biła trzy zde­cy­do­wane kroki w jego kie­runku.

- A ty! - do­dała, uno­sząc pa­lec wska­zu­jący pra­wej dłoni przed jego klatkę pier­siową i pra­wie do­ty­ka­jąc poły roz­pię­tej kurtki. - Uwa­żam, że je­śli choć tro­chę sza­nu­jesz Nadję, po­wi­nie­neś dać jej spo­kój. Ma do­piero osiem­na­ście lat i na­dal cho­dzi do szkoły. Nie po­trze­buje żad­nego ban­dziora z Rums.

Mó­wiła z każ­dym zda­niem co­raz gło­śniej, a koń­cówkę z pew­no­ścią dało się sły­szeć w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu me­trów. Vik­tora aż zmro­ziło.

Nie z po­wodu ob­razy czy sa­mego oskar­że­nia, tylko dla­tego, że przez kilka mrocz­nych se­kund był naj­zu­peł­niej pe­wien, że ona coś wie. Czy krą­żyły o nim ja­kieś plotki? Po chwili się uspo­koił. Nie­moż­liwe. Gdyby lu­dzie ga­dali i gdyby po­gło­ski na­prawdę do­tarły do matki Nadji, tra­fiłby za kratki. Nic nie wie­działa. Po pro­stu tak go po­strze­gała. Jako ban­dziora. Bo po­cho­dził z Rums, nie ukoń­czył szkoły śred­niej, dla niej był ni­kim.

- Gdy­byś choć tro­chę po­my­ślał, sam byś na to wpadł - do­dała nieco bar­dziej opa­no­wa­nym to­nem.

Oczy Nadji znów na­brały ży­cia. Pa­trzyła na matkę wście­kła i ura­żona, ale wy­glą­dała, jakby po­rzu­ciła myśl o kłótni. Pod­bie­gła do vo­lva i otwo­rzyła tylne drzwi. Jej gło­śny okrzyk "Cho­lerne bab­sko!" zo­stał ucięty w po­ło­wie, gdy za­my­kała drzwi, a dwie ostat­nie sy­laby były już tylko szme­rem zza szyby.

Matka jesz­cze przez chwilę stała nie­ru­chomo, jakby chciała wy­pa­lić na nim piętno czymś w ro­dzaju la­se­ro­wego spoj­rze­nia. Jej włosy były gę­ste i kasz­ta­nowe, tak samo jak włosy Nadji, gdy ich nie far­bo­wała, ale fry­zurę miała inną, znacz­nie prost­szą. Zęby miała białe i równe, je­śli nie li­czyć ma­łej szpary mię­dzy je­dyn­kami, a nos pro­sty i tylko odro­binę za­darty. Nadja była w za­sa­dzie bar­dzo do matki po­dobna i przy odro­bi­nie do­brej woli można je było uznać za sio­stry. Ro­biło mu się nie­do­brze, kiedy wi­dział je ra­zem. Dwie nie­mal iden­tyczne ko­biety, z któ­rych jedna go ko­chała, a druga naj­wy­raź­niej nie­na­wi­dziła.

Matka Nadji ode­rwała od niego wzrok, szyb­kim, gniew­nym kro­kiem po­szła do sa­mo­chodu i ru­szyła z im­pe­tem. Vik­tor od­pro­wa­dzał wzro­kiem sa­mo­chód skrę­ca­jący w lewo, w Ro­ne­vägen. Ban­dzior z Rums. Ja­sne, wy­wo­dził się od ka­mie­nia­rzy i pa­rob­ków, a może na­wet od śmie­cia­rza. Ale czy cho­lerny rol­nik z När jest kimś znacz­nie lep­szym?

Kiedy był z po­wro­tem w fur­go­netce, znów włą­czył płytę. Po­gło­śnił i wy­słu­chał Księ­życa nad F?rösund aż do sa­mego końca, a po­tem jesz­cze raz prze­krę­cił klu­czyk i wy­co­fał. Po­woli po­ko­nał krótki od­ci­nek dzie­lący go od sklepu Kon­sum. Nie miał ochoty na spo­tka­nie z kimś, kogo by nie unik­nął, gdyby po­szedł do Ica. Tam, w cen­trum Hemse, krę­ciła się więk­szość oko­licz­nych ban­dy­tów. Z Rums, ze St?ngi albo z Grötlingbo. Ban­dyci to może za dużo po­wie­dziane. Drobni kom­bi­na­to­rzy, za­ła­twia­jący w ra­zie po­trzeby ro­bot­ni­ków na czarno z wy­spy albo z Pol­ski, han­dlu­jący bim­brem lub pa­pie­ro­sami z prze­mytu, przyj­mu­jący za­mó­wie­nia na ta­nie ze­stawy kina do­mo­wego, po­tra­fiący do­star­czyć zioło albo do­ra­dzić, gdzie można mieć dziew­czynę na jedną noc.

Czy był ban­dytą, je­śli za­miast trak­to­wać ich jak nieco ogo­rzałe po­staci z mar­gi­nesu - jak na przy­kład ro­bi­łaby to matka Nadji - wi­dział w nich Tippa Bim­brow­nika, Go­ścia od Pe­tów, Tele-Las­sego albo Di­lera Dup? Nie li­cząc wszyst­kich zna­nych mu pi­ja­ków i ćpu­nów, z któ­rymi nie chciał mieć nic wspól­nego, ale i tak, można po­wie­dzieć, byli w pa­kie­cie. Czy czy­niło go to ban­dzio­rem?

Jed­nak bez względu na to wszystko rze­czy­wi­ście nim był. Na­wet je­śli nikt o tym nie wie­dział. Albo wie­działo bar­dzo nie­wielu.

Przej­rzał się w lu­sterku wstecz­nym. Był świeżo ogo­lony, nie­dawno umył włosy. Jakby to sta­no­wiło ja­kąś róż­nicę. Cho­lerna baba. Co go w ogóle łą­czyło z tymi ludźmi? Nadja, jak stwier­dziła jej matka, miała osiem­na­ście lat. Była peł­no­let­nia. Sama de­cy­do­wała o swoim ży­ciu. Za­ci­snął pięść i dwa razy mocno ude­rzył w sie­dze­nie. Nie bar­dzo po­mo­gło. Kiedy się roz­glą­dał za czymś, co można by roz­wa­lić, te­le­fon za­sy­gna­li­zo­wał nową wia­do­mość.

Wy­cią­gnął go z kie­szeni. Ese­mes od Nadji:

Od­bierz mnie ju­tro z Visby.

Koń­czę o 14.50

XOX

20

Ninni odło­żyła na biurko stos ksią­żek i spraw­dzia­nów. Wcze­śniej, za­raz po obie­dzie, miała an­giel­ski, te­raz pół go­dziny wol­nego, a po­tem cze­kały ją dwie lek­cje szwedz­kiego, które trzeba było przy­go­to­wać.

Dzie­liła ga­bi­net na pierw­szym pię­trze z dwójką in­nych na­uczy­cieli z tego sa­mego ze­społu. Był po­kaźny, bo urzą­dzony w sali lek­cyj­nej. Ze względu na mniej li­czebne rocz­niki nie wszyst­kie sale były po­trzebne.

Za drzwiami roz­le­gło się po­dzwa­nia­nie klu­czy i po chwili do ga­bi­netu wszedł bo­kiem Jo­na­than, lekko zgar­biony pod cię­ża­rem ksią­żek.

- Cześć - po­wie­dział. - Co sły­chać?

- Do­brze. A u cie­bie?

- Su­per jak cho­lera - od­parł i mru­gnął.

Po­tem jęk­nął i z hu­kiem opu­ścił stos ksią­żek na ni­ską szafkę za biur­kiem. Jego ciemne włosy były nie­ucze­sane. Miał na­tu­ral­nie wy­sty­li­zo­waną fry­zurę śpio­cha. Jo­na­than West­man jako je­dyny z na­uczy­cieli w szkole miał od­wagę wejść do klasy, nie przej­rzaw­szy się naj­pierw w lu­strze. A nie do­ro­bił się na­wet jed­nego prze­zwi­ska.

- Po­wi­nie­neś mieć przy so­bie wó­zek na książki - stwier­dziła Ninni.

- Tak.

Było wi­dać, że nie przy­swoił rady. Jego od­po­wiedź twier­dząca ozna­czała tylko ocze­ki­wa­nie. Miała za­py­tać, co ta­kiego jest su­per jak cho­lera. Więc za­py­tała.

- Wczo­raj wie­czo­rem za­re­zer­wo­wa­łem wy­cieczkę do RPA. Nie bę­dzie mnie przez całą prze­rwę świą­teczną.

Ninni po­czuła ukłu­cie za­zdro­ści. Pró­bo­wała zwal­czyć je w so­bie, ale nie­spe­cjal­nie się udało.

- Ja też chcia­ła­bym po­dró­żo­wać - oznaj­miła, po­zwa­la­jąc so­bie na ma­rzy­ciel­ski ton.

- To za­cznij. Wy­star­czy się ru­szyć.

Jo­na­tha­nowi ła­two było o taki bez­pro­ble­mowy en­tu­zjazm. Nie miał part­nerki ani dzieci, za które mu­siałby pła­cić. Choć Jo­akim wy­pro­wa­dził się z domu, byłby pew­nie zdzi­wiony, gdyby Ninni i Fre­drik wy­je­chali na Boże Na­ro­dze­nie, nie py­ta­jąc, czy chce je­chać z nimi. A Si­mon za­cząłby pro­te­sto­wać. Wi­gi­lię mieli spę­dzić w domu na Go­tlan­dii, a drugi dzień świąt z bab­cią i dziad­kiem. Po­winni jed­nak mieć moż­li­wość po­je­chać gdzieś w Nowy Rok. Ra­czej bę­dzie ich stać. Oczy­wi­ście nie na wy­jazd do RPA, ale może na Wy­spy Ka­na­ryj­skie. Boże, co za nuda.

Jo­na­than pod­su­nął swoje krze­sło do biurka Ninni i usiadł.

- To bę­dzie ty­dzień sło­necz­nych wa­ka­cji za­koń­czony dwoma dniami sa­fari po­li­tycz­nego, że tak to tro­chę lek­ce­wa­żąco ujmę. Ro­ben­ne­iland, wi­zyta w lo­kal­nym biu­rze Afry­kań­skiego Kon­gresu Na­ro­do­wego w Jo­han­nes­burgu, wy­cieczka po dziel­nicy slum­sów. Zo­ba­czymy mnó­stwo miejsc, do któ­rych zwy­kły czło­wiek nie trafi albo nie od­waży się po­je­chać.

- Mu­szę się wkrótce wy­brać do ja­kie­goś an­glo­ję­zycz­nego kraju - wes­tchnęła. - Już za długo ni­g­dzie nie by­łam.

Mó­wiła prawdę. To nie było do­bre. Je­śli miała utrzy­mać zdol­ność ko­mu­ni­ka­cji po agniel­sku, mu­siała raz na ja­kiś czas po­ga­dać w tym ję­zyku z kimś in­nym niż czter­dzie­sto­lat­ko­wie z Hemse. Tak samo jak na­uczy­ciel wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie po­trze­bo­wał po­li­tycz­nego sa­fari.

- Po­jedź ze mną do RPA - po­wie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem Jo­na­than. - W Kapsz­ta­dzie mó­wią po an­giel­sku.

Ninni też się uśmiech­nęła.

Jo­na­than flir­to­wał z nią, od­kąd się po­znali trzy lata temu. Mu­siała przy­znać, że jej się to po­do­bało, choć nie była nim za­in­te­re­so­wana ina­czej niż jako przy­ja­cie­lem i ko­legą z pracy. Ni­gdy nie prze­kro­czył gra­nicy, nie wy­gła­szał żad­nych pro­po­zy­cji ani ko­men­ta­rzy, które można by było źle zin­ter­pre­to­wać.

- Mo­że­cie po­je­chać wszy­scy - do­dał, tym ra­zem na wszelki wy­pa­dek. - Po­zo­stali mogą się ką­pać, gdy ty bę­dziesz pra­co­wała. Tam te­raz jest lato.

- Nie, przy mo­ich za­rob­kach mogę so­bie po­zwo­lić naj­wy­żej na letni kurs w ja­kiejś dziu­rze na an­giel­skiej pro­win­cji.

- Jest mnó­stwo sty­pen­diów, o które można się ubie­gać - po­wie­dział to­nem za­chęty. - Zwłasz­cza dla na­uczy­cieli ję­zy­ków.

Wie­działa o tym i na­wet spraw­dzała, ale nie wy­słała do­tąd żad­nego po­da­nia. Po­czuła wy­rzuty su­mie­nia.

- Jo­na­than - oznaj­miła - mu­szę przy­go­to­wać na­stępną lek­cję.

- Ja też - od­parł. - A sie­dzę i glę­dzę. Prze­pra­szam.

Za­czął się prze­su­wać z krze­słem w stronę swo­jego miej­sca.

- Nie mu­sisz prze­pra­szać, ale na­prawdę nie mam wyj­ścia, je­śli to nie ma być naj­gor­sza lek­cja szwedz­kiego w tym se­me­strze.

- Trudno mi to so­bie wy­obra­zić. Ocza­ru­jesz ich już po wej­ściu do klasy.

- Na pewno - od­parła z bar­dzo scep­tyczną miną. - Bądź już ci­cho.

- Je­stem. Ci­cho, ci­chu­teńko - od­parł i od­wró­cił się do niej ple­cami.

Ninni po­wstrzy­mała śmiech i się­gnęła po książki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

3

In­spek­tor kry­mi­nalny Fre­drik Bro­man przej­rzał bro­szurę gmin­nej ad­mi­ni­stra­cji bu­dynku i do­tarło do niego, że for­mu­larz na­le­żało wy­peł­nić i zło­żyć po­nad dwa ty­go­dnie wcze­śniej.

Za­sta­na­wiał się, jak mógł to prze­oczyć, ale już znał od­po­wiedź - nie­do­kład­nie prze­czy­tał ko­mu­ni­kat. Kiedy mniej wię­cej pół roku temu gruba bro­szura wy­lą­do­wała w jego skrzynce na li­sty, tylko szybko prze­biegł wzro­kiem pierw­szą stronę i odło­żył bro­szurę na półkę w kuchni. Tam prze­le­żała aż do te­raz.

Po za­po­zna­niu się z in­struk­cjami zro­zu­miał, że aby wnio­sek był kom­pletny, na­leży do niego do­łą­czyć plan nie­ru­cho­mo­ści w skali je­den do pię­ciu­set. W bro­szu­rze od gminy zna­lazł nu­mer Urzędu Geo­de­zyj­nego. Za­dzwo­nił i usły­szał, że jest czter­na­sty w ko­lejce. Gdy awan­so­wał na ósme, na stole za­czął brzę­czeć te­le­fon. Dzwo­nił Göran Eide.

- Halo.

- Masz chwilę? - za­py­tał Göran.

Spra­wiał wra­że­nie, jakby mu się spie­szyło.

- Ja­sne, już idę.

Po krót­kim wa­ha­niu Fre­drik za­koń­czył po­łą­cze­nie, re­zy­gnu­jąc ze swo­jego miej­sca w ko­lejce.

Mo­głem po­wie­dzieć, że je­stem za­jęty - po­my­ślał, idąc ko­ry­ta­rzem. Nie mu­siał wy­ja­śniać, że zaj­muje go po­da­nie o nowy od­pływ. A tak, za­nim bę­dzie miał czas za­dzwo­nić znowu, li­nia Urzędy Geo­de­zyj­nego pew­nie bę­dzie już nie­czynna.

Bez pu­ka­nia otwo­rzył drzwi ga­bi­netu Görana.

- Cześć! - za­wo­łał ra­do­śnie Göran. - Wchodź i sia­daj.

Fre­drik na­tych­miast po­czuł, że szef chce prze­dys­ku­to­wać coś in­nego niż trwa­jące śledz­twa. Göran za­pra­sza­ją­cym ge­stem wska­zał nowy ze­staw wy­po­czyn­kowy, usta­wiony w jego ga­bi­ne­cie kilka ty­go­dni wcze­śniej. Ze­staw skła­dał się z czte­rech du­żych fo­teli obi­tych błę­kit­nym ma­te­ria­łem. Spra­wiał wra­że­nie nieco zbyt szpa­ner­skiego i lu­zac­kiego. Ko­le­dzy z wy­działu kry­mi­nal­nego nie­chęt­nie sia­dali na nim pod­czas im­pro­wi­zo­wa­nych spo­tkań w ga­bi­ne­cie szefa. Po pro­stu uwa­żali, że przed­tem było le­piej.

Göran uśmiech­nął się do niego, zło­żył oku­lary do czy­ta­nia i z na­my­słem po­tarł ły­sinę. Tę, która była za­le­d­wie nie­wiel­kim plac­kiem, gdy Fre­drik za­czy­nał pracę w go­tlandz­kiej po­li­cji.

- Chcia­łem coś z tobą omó­wić - za­czął Göran.

Fre­drik po­my­ślał, że w ta­kim ra­zie się nie my­lił.

- Czeka nas re­or­ga­ni­za­cja wy­działu kry­mi­nal­nego.

Fre­drik ski­nął głową. Czyli wszystko po sta­remu.

- Za­mysł jest taki, by po­dzie­lić wy­dział na cztery czę­ści, z któ­rych każda bę­dzie miała osob­nego szefa. Czę­ściowo bę­dzie to oparte na na­szym do­tych­cza­so­wym sys­te­mie, tyle że z bar­dziej kon­kretną struk­turą. Jedna z tych czę­ści bę­dzie w za­sa­dzie taka sama jak ta, w któ­rej obec­nie pra­cu­jesz, od­dział do walki z prze­stęp­czo­ścią...

Prze­rwał mu dzwo­nek te­le­fonu. Göran wstał z wes­tchnie­niem i pod­szedł do biurka.

- Po­wi­nie­nem go prze­łą­czyć - stwier­dził, zer­ka­jąc na wy­świe­tlacz apa­ratu sta­cjo­nar­nego. - Prze­pra­szam.

Wy­cią­gnął rękę po słu­chawkę. Fre­drik się uśmiech­nął i ski­nie­niem dał do zro­zu­mie­nia, że nic się nie stało.

- Tu Göran.

Szef wy­działu kry­mi­nal­nego za­milkł i słu­chał. Za­dał kilka krót­kich py­tań. Jego twarz się wy­gła­dziła, jakby li­czyło się tylko to, o czym wła­śnie usły­szał. Fre­drik roz­po­znał ten wy­raz twa­rzy.

- Przy­je­dziemy - za­po­wie­dział Göran.

Za­koń­czył po­łą­cze­nie i spoj­rzał na Fre­drika.

- W wieży ci­śnień w Alvie leży ciało męż­czy­zny.

- W wieży? W wo­dzie czy...

- Tak. Wy­gląda na to, że na dnie zbior­nika. Mo­gło dojść do nie­szczę­śli­wego wy­padku, ale za­trud­niona przez gminę tech­niczka, która go tam zna­la­zła, nie mo­gła po­jąć, jak się tam do­stał.

Fre­drik ru­szył po swoją kurtkę. Göran wy­szedł za nim na ko­ry­tarz.

- O tej dru­giej kwe­stii po­roz­ma­wiamy naj­szyb­ciej jak się da. Ale do tam­tego czasu po­sta­raj się za­cho­wać dys­kre­cję, je­śli cho­dzi o... - Göran ro­zej­rzał się po ko­ry­ta­rzu i za­koń­czył szep­tem: - Re­or­ga­ni­za­cję.

4

Fre­drik, Göran i Eva Kar­lén stali przy po­rę­czy są­sia­du­ją­cej ze zbior­ni­kiem i, na ile to było moż­liwe, śle­dzili po­czy­na­nia nur­ków na głę­bo­ko­ści dwu­dzie­stu sze­ściu me­trów. Zbior­nik na­le­żało opróż­nić, ale wy­pusz­cze­nie trzech ty­sięcy me­trów sze­ścien­nych wody nie było czymś, co można zro­bić ot tak. Ani na co mo­gliby cze­kać.

- Przed wy­do­by­ciem ciała włożą je do worka. Dla­tego to wy­maga czasu - wy­ja­śniła Kar­lén. - Te­raz zresztą my­ślę, że ciało jest w cał­kiem nie­złym sta­nie. W tak zim­nej wo­dzie pro­ces roz­kładu prze­biega wy­jąt­kowo wolno. Zmie­nia się przede wszyst­kim skóra. Mniej wię­cej jak wtedy, gdy się leży za długo w wan­nie.

- Pra­cow­nica gminy mó­wiła, że do­sta­wali skargi na ja­kość wody - od­parł Fre­drik.

Eva spoj­rzała na niego i szybko prze­cią­gnęła pal­cem po no­sie, wy­krzy­wia­jąc jego czu­bek.

- Na­prawdę? - od­parła zdzi­wiona. - Na po­czątku mo­gło oczy­wi­ście dojść do opróż­nie­nia je­lita. I krwa­wie­nia, je­śli jest ranny. Mimo wszystko trudno mi uwie­rzyć, że to miało wpływ na aż tak wielką ilość wody.

Przez chwilę się za­sta­na­wiała.

- Chyba że zwłoki leżą tuż przy od­pły­wie.

Göran się skrzy­wił.

- Dzię­kuję. Wła­śnie to chcia­łem usły­szeć - od­parł Fre­drik.

Czuł, że prze­wraca mu się w żo­łądku. Nie przez mar­twego czło­wieka na dnie zbior­nika, tylko dla­tego, że sam pił tę wodę. On, Ninni i Si­mon ją pili, go­to­wali na niej, brali w niej prysz­nic i ką­piele w wan­nie.

Wy­cią­gnął te­le­fon, by ukrad­kiem wy­słać ese­mesa: "Nie ko­rzy­staj z bie­żą­cej wody!", ale Eva była szyb­sza:

- Już odłą­czyli wieżę. Woda pły­nie bez­po­śred­nio ze sta­cji pomp w St?n­dze.

Fre­drik scho­wał te­le­fon i po­pa­trzył na Evę, a ona od­wró­ciła wzrok z po­wro­tem na ta­flę wody. Na wą­skim wy­stę­pie przy zbior­niku było cia­sno. Po­chy­la­jąc się nad po­rę­czą, otarła się o jego bok ja­skra­wo­po­ma­rań­czo­wym kom­bi­ne­zo­nem. Nie był to stan­dar­dowy ko­lor po­li­cji. Uznał, że ten strój za­mó­wiła spe­cjal­nie. To by­łoby w jej stylu.

Od­su­nął się nieco. Mi­nęło już kilka lat od burz­li­wych wio­sen­nych mie­sięcy, gdy mieli ro­mans. Mimo wszystko nie opusz­czało go wra­że­nie, że kiedy tylko znaj­duje się w jed­nym po­miesz­cze­niu z Evą, ko­le­dzy i ko­le­żanki z pracy z za­cie­ka­wie­niem śle­dzą każdy ich ruch. Jakby mieli na­dzieję, że w ja­kiś spo­sób sami się zde­ma­skują. I że na­dal bę­dzie te­mat do plo­tek.

Eva pod­nio­sła głowę i na chwilę ich spoj­rze­nia się spo­tkały, ale on szybko uciekł wzro­kiem.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej nur­ko­wie wy­do­stali ciało męż­czy­zny na po­wierzch­nię. Eva i Fre­drik po­mo­gli wy­cią­gnąć za­wi­nięte zwłoki z wody i uło­żyć na wy­stę­pie. Fre­drik wo­lałby mieć bar­dziej od­po­wiedni strój. Spodnie prze­mo­kły mu od ko­lan w dół, a do nie­bie­skich ochra­nia­czy na buty wlała się woda.

Wnie­śli wo­rek wy­żej i ostroż­nie po­ło­żyli na be­to­no­wej po­sadzce. Eva otwo­rzyła go i roz­su­nęła górną war­stwę, jakby otwie­rała wielką torbę. Przy­kuc­nęła przy bia­łej jak kreda, spuch­nię­tej twa­rzy. Ciemne włosy tak przy­lgnęły do głowy, że wy­glą­dały jak na­ma­lo­wane. Ostroż­nie unio­sła głowę zmar­łego i obej­rzała ją z każ­dej strony.

- Z tego co wi­dzę, nie ma żad­nych ob­ra­żeń głowy. Może je­dy­nie w tym miej­scu. Je­śli po­ja­wiła się krew, woda pew­nie ją roz­cień­czyła, więc może być trudno zna­leźć ranę, zwłasz­cza je­śli ten czło­wiek tra­fił do wody krótko po śmierci. Naj­bar­dziej praw­do­po­dobne jest jed­nak, że po pro­stu uto­nął.

- Albo ktoś go uto­pił - do­dał Fre­drik.

- No tak.

Eva dłońmi w rę­ka­wicz­kach szybko prze­szu­kała ubra­nia męż­czy­zny i z jed­nej z kie­szeni kurtki wy­cią­gnęła port­fel. Po­dała go Göra­nowi. Ocie­ka­jąca wodą skóra była roz­mięk­czona i nie chciała uwol­nić swo­jej za­war­to­ści. Jed­nak po chwili zma­gań Göran wy­cią­gnął prawo jazdy.

- Pon­tus Hel­l­berg - od­czy­tał.

Po­ka­zał do­ku­ment Evie i Fre­dri­kowi. Twarz ze zdję­cia była zu­peł­nie inna niż ta, którą mieli przed sobą - chuda, o wy­raź­nie za­zna­czo­nych ry­sach. Jed­nak ko­lor wło­sów się zga­dzał.

5

- Nie ro­zu­miem, jak to się stało. To nie po­winno być moż­liwe.

Jo­se­fin Bro­berg w bła­gal­nym ge­ście wy­cią­gnęła drżące dło­nie do in­spek­tora Gu­stava Wal­lina, który stał obok zszo­ko­wa­nego ope­ra­tora ma­szyn.

- Drzwi były do­kład­nie za­mknięte?

- Tak. Boże, wszystko było za­mknięte jak trzeba. W ogóle nie wi­dzia­łam żad­nych oznak, że coś może być nie tak. Z wodą lub czym­kol­wiek in­nym.

- Ale nie ma alarmu?

- Nie. Alarmu prze­ciw­wła­ma­nio­wego tu nie ma.

Gu­stav nie wie­dział, czy aku­rat wieża ci­śnień w Alvie jest obiek­tem chro­nio­nym, ale wiele wież ci­śnień było mo­ni­to­ro­wa­nych, za­ło­żył więc, że może tak być i w tym wy­padku.

- Są alarmy i sys­temy au­to­ma­tycz­nego wy­łą­cza­nia w wy­padku wy­stą­pie­nia prze­cieku albo kiedy za­war­tość chloru prze­kra­cza okre­ślone normy - wy­ja­śniła Jo­se­fin Bro­berg, jakby się do­my­ślała, ja­kim to­rem bie­gną jego my­śli.

Stali mię­dzy cy­wil­nym pas­sa­tem, któ­rym przy­je­chał Gu­stav, a czer­wo­nym sa­mo­cho­dem nur­ków. Nie­bie­sko-biała po­li­cyjna ta­śma po­wie­wała na de­li­kat­nym, lecz mroź­nym wie­trze z pół­nocy.

Jo­se­fin wsu­nęła drżące dło­nie do kie­szeni kurtki. Oczy­wi­ście to było tylko złu­dze­nie, ale wy­da­wało mu się, że jej ciemne loki za­częły się trząść, jakby drże­nie dłoni prze­no­siło się do in­nego miej­sca w ciele. Gu­stav sam chęt­nie wło­żyłby dło­nie do kie­szeni cie­płej kurtki, ale uznał, że to nie­sto­sowne pod­czas prze­słu­cha­nia. Poza tym mu­siał no­to­wać.

W dro­dze do Alvy ru­ty­nowo spraw­dził Jo­se­fin Bro­berg. Miała trzy­dzie­ści sześć lat i miesz­kała w Fide ze swoim ró­wie­śni­kiem. Mieli pię­cio­let­nią córkę. Ich kar­to­teki były czy­ste jak łza.

- Ale teo­re­tycz­nie ktoś mógłby się do­stać do zbior­nika, wpaść do niego i uto­nąć nie­zau­wa­żony przez was?

- Mu­siałby mieć klucz, a skąd by go wziął? Prze­cież drzwi nie zo­stały wy­wa­żone. Z zam­kami też wszystko w po­rządku. Alarm, na­wet gdyby był, mógłby się nie włą­czyć.

Jo­se­fin wy­jęła z kie­szeni prawą dłoń i starła z po­liczka kro­plę desz­czu, która spa­dła z drzewa.

- Wiem jed­nak, że są plany, by go za­ło­żyć - od­parła z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem.

- To świet­nie - rzekł Gu­stav i otwo­rzył no­tat­nik na pu­stej stro­nie.

- Jak czę­sto ktoś tu przy­cho­dzi do­glą­dać urzą­dzeń?

- To ru­ty­nowy nad­zór dwa razy w ty­go­dniu. Cza­sami czę­ściej, je­śli przy­cho­dzą skargi i uzna­jemy, że mogą mieć coś wspól­nego ze zbior­ni­kiem.

- Czy te czyn­no­ści były ru­ty­nowe?

- Nie. Do­sta­li­śmy sporo uwag. W su­mie nic kon­kret­nego, ale kiedy przy­cho­dzi ich nieco wię­cej niż zwy­kle, mu­simy prze­pro­wa­dzić kon­trolę. Te­raz trzeba oczy­wi­ście do­ko­nać de­zyn­fek­cji, opróż­nić całą wieżę i ją wy­czy­ścić.

Szybko się od­wró­ciła i spoj­rzała na wieżę ci­śnień. Gu­stav oce­nił, że dno zbior­nika musi się znaj­do­wać tuż nad po­zio­mem ziemi.

- Lu­dzie ra­czej nie będą za­do­wo­leni, kiedy to wyj­dzie na jaw - do­dała, od­wra­ca­jąc się z po­wro­tem do niego.

- To prawda, ale może przy­spie­szy sprawę z alar­mem.

A w po­łu­dnio­wej Go­tlan­dii wzro­śnie po­pyt na wodę mi­ne­ralną, do­dał w my­ślach.

Jo­se­fin Bro­berg wbiła w niego wzrok, aż za­czął się za­sta­na­wiać, czy po­trak­to­wała jego uwagę o alar­mie jako oskar­że­nie. Oczy­wi­ście nie za­mie­rzał kry­ty­ko­wać tech­niczki za brak alarmu w wieży ci­śnień. Za­nim zdą­żył po­wie­dzieć coś na ten te­mat, otwo­rzyły się drzwi wieży i wy­szedł z niej Fre­drik. Wy­glą­dał, jakby było mu zimno. Scho­wał głowę w ra­mio­nach, a no­gawki miał prze­mo­czone.

- Mogę na chwilę prze­rwać? - za­py­tał i prze­niósł wzrok z Gu­stava na Jo­se­fin.

- Pro­szę - ze­zwo­lił Gu­stav.

Fre­drik pod­szedł dwa kroki bli­żej i od­wró­cił do Jo­se­fin.

- Zna pani nie­ja­kiego Pon­tusa Hel­l­berga?

Nie od­po­wie­działa od razu, naj­pierw wy­jęła ręce z kie­szeni.

- Tak, znam. A dla­czego pan pyta?

- Kim on jest?

- To mój ko­lega z pracy.

- Z wo­do­cią­gów?

- Tak. Ale już tam nie pra­cuje. Dla­czego pan o niego pyta?

- Kiedy prze­stał pra­co­wać w wo­do­cią­gach?

Gu­stav za­uwa­żył, że Fre­drik trzyma coś w pra­wej dłoni i trąca to ma­łym pal­cem le­wej dłoni. Za­czął się za­sta­na­wiać, czy Jo­se­fin Bro­berg też to za­uwa­żyła.

- Mniej wię­cej pół­tora mie­siąca temu.

Nie do­py­ty­wała, skąd to py­ta­nie. Pew­nie zro­zu­miała, że i tak nie udzieli jej od­po­wie­dzi, do­póki sam nie uzna tego za sto­sowne.

- Dla­czego prze­stał tam pra­co­wać?

- Zło­żył wy­po­wie­dze­nie. Po­wie­dział, że chce wy­je­chać.

Fre­drik wy­cią­gnął przed sie­bie to, co trzy­mał w ręce. Było to prawo jazdy.

- Zna­leź­li­śmy ten do­ku­ment w port­felu zmar­łego. Czy to pani ko­lega?

Jo­se­fin Bro­berg spoj­rzała na do­ku­ment, zmru­żyła oczy i wy­cią­gnęła rękę. Fre­drik po­dał jej prawo jazdy. Do­kład­nie je obej­rzała, a po­tem znów po­pa­trzyła na niego.

- Czyli to on...

- Prawdę mó­wiąc, trudno nam jed­no­znacz­nie stwier­dzić, ale wiele na to wska­zuje. Prawo jazdy, fakt, że tu pra­co­wał...

Jo­se­fin mocno ści­snęła ra­mię Gu­stava. Pew­nie na­wet nie była świa­doma, że to robi.

- To... straszne.

- Bar­dzo mi przy­kro.

- Pra­co­wał u nas rok. Nie zna­łam go do­brze, ale...

- Wiem, że to trudne, ale mimo wszystko za­py­tam: czy mo­głaby pani po­móc nam go zi­den­ty­fi­ko­wać?

Jo­se­fin ga­piła się na niego bez słowa i jesz­cze moc­niej ści­snęła ra­mię Gu­stava. Za­sta­na­wiał się, czy zrobi mu się od tego si­niak. Albo kilka.

- To zna­czy, że... mia­ła­bym pa­trzeć na...

- Oczy­wi­ście, po­stąpi pani, jak bę­dzie chciała, ale bar­dzo by nam to po­mo­gło. Pani chyba ła­twiej bę­dzie go roz­po­znać. My do po­rów­na­nia mamy tylko prawo jazdy.

- My­ślę, że mogę spró­bo­wać - od­po­wie­działa szep­tem.

Gu­stav uznał, że musi iść z nimi, bo nie za­no­siło się, by Jo­se­fin Bro­berg pu­ściła jego rękę.

Fre­drik nie za­zdro­ścił pra­cow­nicy wo­do­cią­gów. Wi­dział wielu mar­twych lu­dzi, za­równo ofiary za­bójstw jak i wy­pad­ków, ale ni­gdy nie mu­siał iden­ty­fi­ko­wać mar­twego ko­legi.

Jo­se­fin wska­zała ru­chem głowy le­żą­cego na po­sadzce de­nata.

- To Pon­tus. Wy­gląda ina­czej, ale to on.

- Jest pani pewna? - za­py­tał Fre­drik.

- Tak.

Ro­zej­rzała się po współ­pra­cow­ni­kach Fre­drika.

- Bar­dzo pani dzię­kuję - rzekł Fre­drik. - To wszystko.

- Od­pro­wa­dzę pa­nią na dół - po­wie­dział Gu­stav.

Gdy wcho­dził do klatki scho­do­wej, Fre­drik za­wie­sił wzrok na za­mszo­wej kurtce z pod­pinką. Ża­ło­wał, że sam nie ma cze­goś po­dob­nego. W po­miesz­cze­niu było nie­zbyt cie­pło. A wręcz zim­niej niż na ze­wnątrz. To pew­nie przez wodę.

Kiedy echo kro­ków na spi­ral­nych scho­dach uci­chło, Eva znów po­de­szła do zmar­łego. W kie­sze­niach nie zna­la­zła nic oprócz port­fela. Męż­czy­zna nie miał przy so­bie klu­czy ani te­le­fonu ko­mór­ko­wego.

- Jak do­stał się do środka bez klu­czy? - my­ślał na głos Fre­drik.

Göran spoj­rzał na wodę.

- Na pewno nie spa­dły na dno zbior­nika? - za­py­tał.

- Nur­ko­wie to spraw­dzili - od­parła Eva. - Prze­pro­wa­dzili też te­sty, które po­twier­dziły, że nie znik­nęły w od­pły­wie.

Znów przy­kuc­nęła i kon­ty­nu­owała ba­da­nie. Zsu­nęła su­wak kurtki. Pod­pinka była na­siąk­nięta wodą i ciężka. Kiedy Eva ją od­cze­piła, ma­te­riał ciężko opadł wzdłuż ciała.

- Tu coś mamy.

Fre­drik za­uwa­żył to samo już wcze­śniej, Göran z pew­no­ścią także. W gru­bej ciem­nej ba­weł­nia­nej blu­zie wid­niała dziura o po­strzę­pio­nych kra­wę­dziach. Eva pod­nio­sła mo­kry ma­te­riał, od­sła­nia­jąc brzuch i po­łowę klatki pier­sio­wej. Jesz­cze wię­cej bla­dej po­marsz­czo­nej od wody skóry. Mniej wię­cej tam, gdzie koń­czył się mo­stek, była wy­raźna rana wlo­towa z kil­koma pla­mami krwi, któ­rych nie roz­cień­czyła woda pod bluzą.

- Za­kła­dam, że wy­pa­dek mo­żemy wy­klu­czyć - ode­zwał się Göran.

- Tak. - Eva ski­nęła głową, nie pod­no­sząc wzroku. - To rana po kuli.

6

Jo­se­fin Bro­berg pę­dziła w dół po scho­dach, jakby chciała jak naj­szyb­ciej opu­ścić wieżę ci­śnień.

Bę­dąc już na ze­wnątrz, ode­tchnęła i tro­chę opu­ściła za­mek bły­ska­wiczny kurtki. Gu­stav, który do­trzy­my­wał ko­bie­cie kroku, roz­piął je­den gu­zik.

- Okrop­ność. Jak pan my­śli, co mo­gło się stać? Wpadł tam przez przy­pa­dek? - za­py­tała lekko zdy­szana.

- Nie wiem - od­parł szcze­rze Gu­stav. - Ale zro­bimy, co w na­szej mocy, by usta­lić, jak się tam zna­lazł.

- Miał do­piero dwa­dzie­ścia sześć lat.

Pod­nio­sła wzrok na czu­bek wieży.

- Nie wiem, czy mam ochotę tu jesz­cze przy­cho­dzić. A zwłasz­cza sama.

- Ro­zu­miem to - od­parł Gu­stav. - Wkrótce bę­dzie pani wolna, ale naj­pierw chciał­bym za­dać kilka py­tań o Pon­tusa Hel­l­berga.

Jo­se­fin w dal­szym ciągu od­dy­chała z wy­sił­kiem. Ner­wowo dra­pała się w czoło i pa­trzyła na Gu­stava przez dło­nie.

- Tak jak mó­wi­łam, nie zna­łam go zbyt do­brze.

- Pro­szę tylko, by pani od­po­wia­dała, na ile po­trafi.

- W po­rządku.

Sły­szeli sa­mo­chody, które z dużą pręd­ko­ścią mknęły drogą nu­mer 142, po dru­giej stro­nie za­gaj­nika, a da­lej - po­stu­ki­wa­nie trak­tora.

- Jak dawno temu prze­stał tu pra­co­wać? Zna pani do­kładną datę?

- Nie. To mu­siało być... - za­częła Jo­se­fin.

Za­wie­siła głos. Kiedy się za­sta­na­wiała, spu­ściła wzrok na żwir i uschnięte igli­wie.

- To mu­siało być sześć ty­go­dni temu, ale nie po­tra­fię po­dać kon­kret­nego dnia... Oczy­wi­ście mogę się tego do­wie­dzieć. Chyba że pan sam za­dzwoni do działu kadr.

- Zro­bię to. Czy mo­głaby pani tro­chę opo­wie­dzieć o Pon­tu­sie? Ja­kim był czło­wie­kiem?

- Był ode mnie o dzie­sięć lat młod­szy, więc nie mie­li­śmy wiele wspól­nych te­ma­tów, ale wy­da­wał mi się sym­pa­tyczny, można po­wie­dzieć, że bez­tro­ski. Może na­wet tro­chę dzie­cinny.

- Po­wie­działa pani, że zre­zy­gno­wał, bo chciał po­dró­żo­wać?

- Tak mó­wił. Za­trud­niony był tylko rok. O ile do­brze zro­zu­mia­łam, ope­ra­to­rem ma­szyn był od kilku lat, ale nie miał zbyt wiele pracy. A kiedy wresz­cie do­stał szansę...

Unio­sła brwi i po­krę­ciła głową.

- Nie wiem, co za­mie­rzał. Czy chciał wy­je­chać w ja­kąś długą po­dróż...

- Nie mó­wił?

- Nie. Tro­chę klu­czył w kwe­stii tego, do­kąd się wy­biera. Do­piero w ostat­nim ty­go­dniu wspo­mniał o po­dróży. Tro­chę na­ci­ska­li­śmy, pró­bu­jąc się do­wie­dzieć, dla­czego zło­żył wy­po­wie­dze­nie i tak da­lej.

- Nie sta­rał się o urlop?

- Wspo­mnia­łam mu o urlo­pie. Oczy­wi­ście to trudne z tak krót­kim sta­żem pracy, ale spró­bo­wać za­wsze można. A on nie... zło­żył wy­po­wie­dze­nie.

- A w pracy? Jak się za­cho­wy­wał?

Jo­se­fin prze­krzy­wiła głowę i wy­dała ci­chy po­mruk.

- By­wał tro­chę nie­dbały. Ro­bił wszystko, co do niego na­le­żało, ale zda­rzało mu się spóź­niać albo nie przy­cho­dzić do pracy i za­po­mnieć zgło­sić, że jest chory. Tego typu kwe­stie.

- Ale zło­żył wy­po­wie­dze­nie w samą porę, prawda?

- Tak, to rze­czy­wi­ście tro­chę dziwne. Cho­ciaż z dru­giej strony...

Za­wa­hała się.

- Co ta­kiego?

- Po za­koń­cze­niu pracy nie od­dał klu­czy. Nie zło­żył też żad­nego ra­portu z ostat­niej kon­troli. Kilka razy dzwo­ni­li­śmy do niego w tej spra­wie, ale nie od­bie­rał, więc uzna­li­śmy, że już wy­je­chał. "Cały Pon­tus", po­my­śle­li­śmy i by­li­śmy na niego tro­chę ob­ra­żeni.

Wes­tchnęła i od­wró­ciła wzrok.

- Ale to wszystko miało wy­tłu­ma­cze­nie.

7

Przez zimno i wil­goć Vik­tor aż za­drżał, kiedy wy­sko­czył z pick-upa przed do­mem. Otwo­rzył za­ci­na­jące się drzwi i nie zdjąw­szy bu­tów, po­szedł pro­sto do kuchni. Po­sta­wił na stole torbę ze sklepu Kon­sum. W sa­lo­nie był włą­czony te­le­wi­zor.

- Co się stało? - za­py­tał Raffa. W tle sły­chać było ame­ry­kań­ską sta­cję.

- A co się miało stać?

- No... nie mia­łeś spo­tka­nia z Nadją?

Po ese­me­sie od niej jego złość i roz­cza­ro­wa­nie osła­bły, ale te­raz po­now­nie dały o so­bie znać.

- Ech, ta jej matka. Ma nie po ko­lei w gło­wie.

- No mów. Co się stało? - za­py­tał za­cie­ka­wiony Raffa, ale dzie­lił uwagę mię­dzy niego a te­le­wi­zor.

Vik­tor opo­wie­dział wszystko, choć nie było tego wiele, jed­no­cze­śnie wy­pa­ko­wu­jąc ku­pione pro­dukty. Mleko, kawę, kilka mro­żo­nych pizz, pięć awo­kado i dzie­sięć kiwi.

- To słabo - skwi­to­wał od nie­chce­nia Raffa. Jego za­in­te­re­so­wa­nie pro­ble­mami Vik­tora już z całą pew­no­ścią było mniej­sze niż pro­gra­mem te­le­wi­zyj­nym.

Vik­tor scho­wał mleko do lo­dówki, a pizze do za­mra­żarki. Resztę zo­sta­wił na po­pie­la­tym bla­cie ich sta­rego stołu.

Awo­kado i kiwi były dla Raffy. Co prawda Vik­tor też je jadł, ale to Raffa ubz­du­rał so­bie, że je­dząc tylko awo­kado i kiwi, czło­wiek może być zdrowy. - A poza tym po awo­kado ci staje - do­da­wał zwy­kle.

Le­żał te­raz wy­cią­gnięty na czar­nej skó­rza­nej ka­na­pie i wbi­jał wzrok w ekran te­le­wi­zora. Miał po­cią­głą twarz i krzywy nos. Trudno go było na­zwać atrak­cyj­nym, ale wiele dziew­czyn le­ciało na jego wy­gląd, uwa­ża­jąc go za cie­kawy. Vik­tor i Raffa teo­re­tycz­nie byli ku­zy­nami, ale prak­tycz­nie kimś wię­cej. Ba­wili się ze sobą, od­kąd na­uczyli się cho­dzić, a przez ostat­nie sześć lat miesz­kali pod jed­nym da­chem. Raffa był dla niego ku­zy­nem i naj­lep­szym przy­ja­cie­lem.

Vik­tor usiadł w wy­słu­żo­nym krze­śle ob­ro­to­wym ze sta­lo­wych ru­rek i brą­zo­wej sztucz­nej skóry. Pod­ło­kiet­niki były uszko­dzone i przez dziury wy­sta­wała bru­nat­no­żółta gąbka.

Po du­żym ekra­nie snuły się po­wolne zom­biaki. To był wła­ści­wie je­dyny luk­sus, na który so­bie po­zwo­lili. Każdy kre­tyn miał w domu pła­ski te­le­wi­zor, więc wie­dzieli, że nie bę­dzie to ni­kogo ra­ziło. Prze­ciw­nie: lu­dzie wła­śnie tego się spo­dzie­wali. Dwóch nie­udacz­ni­ków z Rums le­dwo było stać na czynsz, ale oczy­wi­ście wy­wa­lili kasę na pła­ski te­le­wi­zor. By­łoby wręcz po­dej­rzane, gdyby tego nie zro­bili.

- Co oglą­dasz? - za­py­tał.

- The Wal­king Dead.

Ko­lejny ścią­gnięty z in­ter­netu se­rial, któ­rym Raffa sza­leń­czo się odu­rzał. Le­żał na brzu­chu, trzy­ma­jąc głowę i jedną rękę na pod­ło­kiet­niku sofy. Wy­glą­dało to tak, jakby chciał z niej zejść, ale zmie­nił zda­nie w trak­cie ru­chu. Po­tra­fił tak le­żeć przez kilka go­dzin.

Raffa i Vik­tor miesz­kali w tym domu od po­przed­niej wio­sny. Wy­na­jęli go z ume­blo­wa­niem na rok, ale w maju prze­dłu­żyli umowę na ko­lejny. Był to przy­zwo­ity, duży pię­trowy dom z drewna, z ga­ra­żem i sto­dołą. Więk­szość żół­tej farby po­zła­ziła z drew­nia­nych pa­neli, więc był ra­czej szary, je­śli nie li­czyć miejsc, w któ­rych drewno za­czy­nało bu­twieć, co nada­wało mu ciemny, bru­nat­no­czarny ko­lor.

Vik­tor za­trzy­mał wzrok na ekra­nie. Ja­kiś fa­cet pró­bo­wał się prze­drzeć przez te­ren opa­no­wany przez zom­bie, bo szu­kał żony. Świeżo po­znani lu­dzie sta­rali mu się to wy­per­swa­do­wać. Wcho­dze­nie tam było rów­no­znaczne z sa­mo­bój­stwem. Fa­cet wrzesz­czał na nich roz­wście­czony. Nie za­mie­rzał jej zo­sta­wić na pa­stwę losu.

Raffa był po­chło­nięty kon­flik­tem na ekra­nie. Vik­tor po­czuł mro­wie­nie w ciele. Szybko się ro­zej­rzał, za­uwa­żył zie­loną za­pal­niczkę le­żącą na stole, pod­niósł ją i rzu­cił w Raffę. Tra­fił w ucho.

- Au - po­wie­dział apa­tycz­nie Raffa.

Po­dra­pał się, jakby strzą­sał owada. Na­wet ból nie był w sta­nie go ode­rwać od świata zom­bie.

Vik­tor wes­tchnął nie­cier­pli­wie, zro­bił pół ob­rotu na krze­śle i wstał. Kiedy szedł po wy­słu­żo­nej ma­cie kor­ko­wej, pia­sek i drobne ka­myki chrzę­ściły mu pod no­gami. Za drzwiami swo­jego po­koju zrzu­cił buty, usiadł przy biurku i włą­czył kom­pu­ter.

Na sa­mym po­czątku otwo­rzył tu­nel VPN, dzięki któ­remu wy­glą­dało na to, że jest gdzieś w Sta­nach. Ślady, które zo­sta­wiał, nie mo­gły więc do­pro­wa­dzić do jego szwedz­kiego ad­resu IP.

Także i tym ra­zem był mile za­sko­czony, kiedy spraw­dził wpłaty. Było co­raz le­piej - od lata wciąż ro­sły. Suk­ces go odu­rzał. Haj spo­wo­do­wany pie­niędzmi był lep­szy od więk­szo­ści in­nych, które znał. Ale jed­no­cze­śnie prze­ra­żał. Im był więk­szy, tym bar­dziej ro­sło po­czu­cie, że są na wi­doku. Klien­tów przy­by­wało, wkrótce za­cznie się ga­da­nie, a po­tem, pew­nego pięk­nego dnia, zo­staną zde­ma­sko­wani.

Jed­nak obawy te były nie­uza­sad­nione. To nie oni byli wy­sta­wieni. Nie on i Raffa. Tylko ano­ni­mowe coś, in­ter­fejs użyt­kow­nika. Strony i konta, któ­rych nie da się na­mie­rzyć. Nie ist­niał spo­sób, by do nich do­trzeć. O ile ni­czego nie prze­ga­pił - a wie­dział, że tak się nie stało - nie było żad­nego związku mię­dzy po­wo­dze­niem przed­się­wzię­cia a ry­zy­kiem, że zo­staną zde­ma­sko­wani. Przy­naj­mniej do­póki cho­dziło o tę część ich dzia­łal­no­ści, która to­czyła się w sieci. Sła­bym punk­tem była ko­perta z to­wa­rem. Prę­dzej czy póź­niej ktoś na po­czcie może się za­cząć za­sta­na­wiać. Dla­tego uznali, że będą po­dró­żo­wać na kon­ty­nent. Cza­sem do Ny­näshamn, cza­sami do Oskar­shamn. A stam­tąd da­lej.

Roz­wa­żał, czy nie zmie­nić ser­wera albo nie prze­nieść któ­re­goś z kont, ale po­sta­no­wił za­cze­kać. Ostroż­ność miała klu­czowe zna­cze­nie, ale nie wolno było po­paść w pa­ra­noję.

Gdy usły­szał sa­mo­chód pod­jeż­dża­jący na dzie­dzi­niec, wyj­rzał przez okno i do­strzegł frag­ment bia­łej ka­ro­se­rii. Od strony pa­sa­żera wy­siadł nie­znany mu męż­czy­zna.

Vik­tor szybko uru­cho­mił wcze­śniej przy­go­to­wane ma­kro, które czy­ściło wszelką ak­tyw­ność prze­glą­darki, usu­wało wszyst­kie pliki ścią­gnięte na kom­pu­ter i oczysz­czało twardy dysk tak, by nie dało się od­zy­skać nic z tego, co zo­stało usu­nięte. Na ko­niec au­to­mat otwie­rał cze­ską stronę porno, taka wi­sienka na tor­cie.

Roz­le­gło się pu­ka­nie. Szyby w drzwiach po­dzwa­niały. Vik­tor wstał i po­szedł do sa­lonu. Raffa pod­niósł się z ka­napy. Wyj­rzał przez okno i się od­wró­cił, kiedy Vik­tor do niego pod­szedł.

- Czy to nie ten Mu­rarz? - za­py­tał szep­tem.

- Mu­rarz?

Vik­tor zbli­żył się do okna i sam spoj­rzał. Sły­szał sporo o Mu­ra­rzu, ale wi­dział go tylko raz, na Hemse. Mimo to miał pew­ność. Za drzwiami stał wła­śnie ten czło­wiek.

- Dla­czego tu przy­szedł? - syk­nął do Raffy.

- Nie mam po­ję­cia.

Znów usły­szeli pu­ka­nie. Tym ra­zem moc­niej­sze.

- Otwórz­cie, chło­paki. Wiem, że tam je­ste­ście.

Szyba grze­cho­tała jesz­cze moc­niej, gdy Mu­rarz za­czął szar­pać za klamkę.

- Co te­raz? - wy­szep­tał Raffa.

Vik­tor nie ro­zu­miał, czego Mu­rarz od nich chce. Nie znali go, ni­gdy z nim nie roz­ma­wiali, wi­dzieli go tylko ten je­den raz na Hemse, gdy prze­cho­dził z jed­nym ze swo­ich chło­pa­ków.

O Mu­ra­rzu krą­żyły wła­śnie ta­kie po­gło­ski. Że za­wsze ktoś mu to­wa­rzy­szy. Jako swego ro­dzaju ochro­niarz. Nie­ła­two było usta­lić, co jest prawdą. Choć może aku­rat to się zga­dzało. Bo tym ra­zem też ktoś z nim był.

8

Po­cie­ra­jąc dło­nią o dłoń, żeby się roz­grzać, Ove Gahn­ström szedł z Sarą Oskars­son z par­kingu do dwu­pię­tro­wego bu­dynku przy Tje­lva­rvägen 26, w pół­noc­nej czę­ści Visby.

- Zimno - po­skar­żył się.

- Nie­na­wi­dzę li­sto­pada - przy­znała Sara. Była na tyle prze­wi­du­jąca, by wło­żyć rę­ka­wiczki.

Ove wy­dał po­mruk na znak zgody.

- Dwu­dzie­stego pią­tego je­dziemy do Bu­enos Aires - po­in­for­mo­wał. - Na dwa ty­go­dnie. Tam jest wio­sna. Albo po­czą­tek lata.

- Nie chcę tego słu­chać.

Do­szli do bu­dynku. Ove otwo­rzył, wszedł do środka i przy­trzy­mał drzwi Sa­rze.

- Hel­l­berg, dru­gie pię­tro - od­czy­tał z ta­bliczki.

Po­wle­kli się po scho­dach. A wła­ści­wie to Ove się wlókł. Sara szła lek­kim kro­kiem i bez wy­siłku, pod­czas gdy on od­dy­chał z co­raz więk­szym tru­dem.

- Mu­szę wró­cić do tre­nin­gów - wy­dy­szał.

- No wła­śnie, co się stało? Taki by­łeś do­bry w uni­ho­keju, w piłce noż­nej, we wszyst­kim.

- To się stało - od­parł Ove i z sze­ro­kim uśmie­chem po­kle­pał brzuch. Ni­gdy nie był szczu­pły, ale w ciągu ostat­niego roku przy­tył o kilka roz­mia­rów. - A tak na­prawdę to nie bar­dzo wiem - do­dał. - Chyba się za­pu­ści­łem, od­kąd do­łą­czyła do nas wy­czy­nowa spor­t­smenka.

Sara przy­sta­nęła na naj­wyż­szym stop­niu.

- Chcesz po­wie­dzieć, że to moja wina?

- Żar­to­wa­łem. To tu­taj.

Wska­zał drzwi z na­pi­sem "Hel­l­berg" na klapce otworu na li­sty i przy­ło­żył pa­lec do przy­ci­sku dzwonka. Po dru­giej stro­nie roz­brzmiało po­je­dyn­cze "pling". Było sły­chać głosy dwóch mło­dych ko­biet, po­tem zgrzyt zamka, aż w końcu drzwi się otwo­rzyły.

Agnes, sio­stra Pon­tusa Hel­l­berga - o ile to ona przed nimi stała - była jego naj­bliż­szą krewną. Oboje ro­dzice nie żyli. Młoda ko­bieta o ciem­nych, krótko ostrzy­żo­nych wło­sach pa­trzyła na nich py­ta­jąco. Miała na so­bie dżinsy i roz­pięty czarny swe­te­rek. Trzy­mała w ręce żółty ołó­wek.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Ove Gahn­ström i je­stem z po­li­cji - oznaj­mił męż­czy­zna, po­ka­zu­jąc le­gi­ty­ma­cję. - To moja współ­pra­cow­niczka Sara Oskars­son.

Sara przy­wi­tała się z ko­bietą, a ta przy­jaź­nie od­po­wie­działa na po­wi­ta­nie.

- Czy to pani Agnes Hel­l­berg? - za­py­tał Ove.

- Tak - od­parła. - Czy coś się stało?

- Mo­żemy na chwilę wejść?

- Tak... my­ślę, że tak.

Kiedy na nich pa­trzyła, w jej oczach były nie­po­kój i dez­orien­ta­cja. Ove i Sara prze­kro­czyli próg, szybko roz­sz­nu­ro­wali mo­kre buty i po­szli da­lej w głąb miesz­ka­nia. Wy­glą­dało na dwu­po­ko­jowe.

- To jest Hilma - po­in­for­mo­wała Agnes, kiedy we­szli do kuchni. - Też tu mieszka.

Za sto­łem przy oknie sie­działa ko­bieta w wieku Agnes. Miała na so­bie ja­skra­wo­czer­wony weł­niany swe­ter, a jej ja­sne włosy były spięte w cia­sny kok. Kuch­nia była biała, a szafki miały ko­lor błę­kit­nego nieba. Cały stół był za­wa­lony książ­kami i no­tat­ni­kami. W tym ła­god­nym cha­osie zna­la­zło się też miej­sce na dwie fi­li­żanki kawy i paczkę cia­ste­czek Sin­go­alla.

- Uczymy się do eg­za­mi­nów - wy­ja­śniła nie­po­trzeb­nie Agnes.

Pa­pier w kratkę i kal­ku­la­tory wska­zy­wały na ja­kiś przed­miot ści­sły.

- Pań­stwo są z po­li­cji - wy­ja­śniła, zwra­ca­jąc się do Hilmy. Przy­szli, bo... Nie wiem wła­ści­wie.

- Sły­sza­łam - od­parła Hilma.

- Może usiądźmy - za­pro­po­no­wał Ove.

- Oczy­wi­ście.

Hilma wstała, ale nie ru­szyła się z miej­sca. Wy­raź­nie nie była pewna, czego się od niej ocze­kuje.

- Chcą pań­stwo po­roz­ma­wiać spo­koj­nie?

Ove i Sara wy­mie­nili spoj­rze­nia.

- Pro­szę na ra­zie za­cze­kać na ze­wnątrz, ale się nie od­da­lać - od­po­wie­działa Sara.

- W po­rządku.

Hilma zgar­nęła jedną książkę, wy­szła i za­mknęła za sobą drzwi. Agnes pa­trzyła na nich z nie­po­ko­jem, a jej twarz była biała jak kreda.

- Przy­kro mi, że mu­simy prze­ka­zać taką in­for­ma­cję - za­czął Ove - ale pani brat zo­stał zna­le­ziony mar­twy w swoim miej­scu pracy.

Agnes Hel­l­berg spra­wiała wra­że­nie, jakby nie za­re­ago­wała na jego słowa. Wpa­try­wała się w niego, nic nie mó­wiąc. Czy rze­czy­wi­ście zro­zu­miała?

- Wiemy, że ja­kiś czas temu za­koń­czył pracę w wo­do­cią­gach, ale wła­śnie tam go zna­le­ziono. A do­kład­nie w wieży ci­śnień w Alvie.

Agnes na­dal się nie od­zy­wała.

- Zo­stał zi­den­ty­fi­ko­wany przez ko­le­żankę z pracy, a poza tym miał przy so­bie port­fel z pra­wem jazdy, więc je­ste­śmy pewni, że to on.

- Ale... - za­częła Agnes i urwała. - Czy Pon­tus nie żyje? - za­py­tała po chwili.

- Tak, pani brat, Pon­tus, nie żyje - po­twier­dził Ove. - Bar­dzo nam przy­kro.

Agnes drgnęła i unio­sła dło­nie do ust.

- Do­brze, że jest u pani ko­le­żanka - stwier­dziła Sara. - A może wo­la­łaby pani, by przy­je­chał tu ktoś inny?

- Nie, nie - mruk­nęła Agnes, za­kry­wa­jąc usta.

Po­woli opu­ściła ręce na ko­lana.

- W swoim miej­scu pracy? Prze­cież Pon­tus jest w po­dróży.

- Wy­gląda na to, że ni­g­dzie nie wy­je­chał - od­parła Sara.

- Ale prze­cież po­le­ciał do Bang­koku. Skoń­czył pra­co­wać w wo­do­cią­gach po­nad mie­siąc temu.

Agnes Hel­l­berg nie­uf­nie pa­trzyła na Sarę.

- Przy­znaję, że to brzmi dziw­nie, ale ro­bimy co w na­szej mocy, by usta­lić, co tak na­prawdę się stało.

Agnes na­brała po­wie­trza i wyj­rzała przez okno.

- Nie wie­rzę. To musi być ja­kaś po­myłka.

Na­gle jakby coś przy­szło jej do głowy, bo gwał­tow­nie się od­wró­ciła do Ovego, który sie­dział naj­bli­żej.

- Czy ktoś nie mógł ukraść jego port­fela?

- Roz­po­znała go jedna ze współ­pra­cow­nic - po­wtó­rzył spo­koj­nie Ove.

- A która? - od­parła Agnes. - Bo może... - za­częła i sama so­bie prze­rwała wes­tchnie­niem.

- Kiedy po raz ostatni miała pani kon­takt z bra­tem?

- To było... ach, sama nie wiem.

Unio­sła ko­niuszki pal­ców do skroni.

- Nie mie­li­śmy bli­skiego kon­taktu. To było, za­nim... miał wy­je­chać. Ze dwa mie­siące temu.

- Co wtedy mó­wił?

- Za­re­zer­wo­wał bi­let do Bang­koku. Chciał od­być po­dróż po Azji.

- Po­dał kon­kretną trasę?

- Nie. Chyba tego nie pla­no­wał. Wiem tylko o Bang­koku.

- Ja­kie spra­wiał wra­że­nie?

- Może tro­chę ze­stre­so­wa­nego.

- Jak to się ob­ja­wiało?

- Wy­da­wał się na­krę­cony. A to nie do końca w jego stylu. Ra­czej prze­ciw­nie.

- Czy po­wie­dział coś, co mo­głoby to wy­tłu­ma­czyć?

- Nie.

- Pra­co­wał w wo­do­cią­gach tylko przez rok, a wcze­śniej miał pewne pro­blemy ze zna­le­zie­niem pracy. Mimo to za­osz­czę­dził pie­nią­dze na dłuż­szą po­dróż po Azji. Miał odło­żoną ja­kąś kasę?

- O ile wiem, to nie. My­ślę, że żył dość oszczęd­nie. Można po­wie­dzieć, że stało się to jego zwy­cza­jem.

- Wie pani, z kim się za­da­wał?

Oczy Agnes na­gle za­szły łzami.

- Kiedy pań­stwo za­dają mi te py­ta­nia, do­ciera do mnie, jak nie­wiele wiem o swoim bra­cie. Jak to moż­liwe, że nie żyje?

- Nie zna pani na­wet jego przy­ja­ciół?

Ko­bieta po­cią­gnęła no­sem.

- Jest ich kilku, dwaj jesz­cze z dzie­ciń­stwa, ale nie wiem, jak czę­sto się obec­nie spo­ty­kają. Na­zy­wają się Janne i Fe­lix.

- Zna pani ich na­zwi­ska? - spy­tał Ove.

Agnes nie od­po­wie­działa. Gwał­tow­nie wstała i wy­bie­gła z po­koju.

- Pon­tus nie żyje - za­brzmiał jej prze­ni­kliwy głos.

Reszta znik­nęła, za­głu­szona przez szloch.

9

Drzwi znowu za­grze­cho­tały.

- Otwórz­cie, chło­paki. Po­ga­damy. Wiem, że tam je­ste­ście - roz­legł się ni­ski, nieco po­wolny głos Mu­ra­rza.

Vik­tor ski­nął głową w stronę drzwi.

- Otwórz.

- Na pewno?

- Tak.

Sta­wia­nie oporu by­łoby głu­potą. Mu­rarz na pewno nie chciał ich skrzyw­dzić. Nic mu nie zro­bili. W ogóle nie mieli z nim nic wspól­nego.

Raffa wzru­szył ra­mio­nami, wy­szedł na ko­ry­tarz, włą­czył lampę i prze­krę­cił klucz. Drzwi otwo­rzyły się na­tych­miast - ruch był szybki, lecz kon­tro­lo­wany. Mu­rarz zna­lazł się w sła­bym, sza­ro­nie­bie­skim świe­tle ener­go­osz­częd­nej ża­rówki.

Vik­tor za­pa­lił lampę pod­ło­gową obok ka­napy i tę nad sto­łem, a po­tem usiadł. Le­piej by się czuł, sto­jąc, ale za­le­żało mu, by Mu­rarz zo­ba­czył, że jego wi­zyta go nie stre­suje, choć było wręcz prze­ciw­nie.

Mu­rarz wszedł do po­koju, sta­wia­jąc bez­wstyd­nie dłu­gie kroki. Miał na so­bie dżinsy, gra­na­towy weł­niany swe­ter i wy­słu­żoną brą­zową za­mszową kurtkę z czar­nym koł­nie­rzem. Za nim wszedł jego pa­cho­łek - wy­soki blon­dyn w dżin­so­wej kurtce z pod­pinką i w czar­nych spodniach dre­so­wych. Nie wy­glą­dał, jakby mógł wiele zdzia­łać, gdyby wy­bu­chła awan­tura. Cho­ciaż Vik­tor wi­dy­wał chu­dziel­ców wal­czą­cych z za­ja­dło­ścią, która re­kom­pen­so­wała brak du­żej masy mię­śnio­wej. Raffa był jed­nym z nich.

Mu­rarz się ro­zej­rzał. Był wy­soki i ży­la­sty, miał ciemne włosy pra­wie bez śladu si­wi­zny, choć mu­siał li­czyć po­nad pięć­dzie­siąt lat. Jego twarz była mocno po­bruż­dżona i opa­lona. Vik­tor od­niósł wra­że­nie, że opa­le­ni­zna jest mie­sza­niną ni­ko­tyny i zło­śli­wo­ści wy­do­sta­ją­cej się przez pory skóry. Miał długą, na­stro­szoną i siwą brodę, trzy­mał w ręce mały kow­boj­ski ka­pe­lusz z ja­sno­brą­zo­wej skóry.

Za cho­lerę nie wy­glą­dał na nor­mal­nego.

- No pro­szę. Wy­gląda na to, że do­brze się ba­wi­cie we dwóch.

Spoj­rzał na Vik­tora.

- Vik­tor, prawda?

Za­py­tany le­dwo za­uwa­żal­nie ski­nął głową.

- I Ra­fael, tak? - spy­tał Mu­rarz, spo­glą­da­jąc na Raffę.

Vik­tor od cza­sów szkol­nych nie sły­szał, by ktoś zwra­cał się do jego ko­legi peł­nym imie­niem. A i wtedy ro­bili to tylko na­uczy­ciele. Na ape­lach.

- To jest Alex - oznaj­mił Mu­rarz, pa­trząc na blon­dyna w dżin­so­wej kurtce.

Alex przy­wi­tał się krót­kim ski­nie­niem w kie­runku Vik­tora i Raffy. Był w ich wieku, może ze dwa lata star­szy.

Mu­rarz znów się ro­zej­rzał.

- Na­prawdę ład­nie. Bra­kuje tylko la­sek. Ale może je­ste­ście z tych, któ­rzy ich nie po­trze­bują?

Alex wy­szcze­rzył zęby. Vik­tor mil­czał. Mógł coś po­wie­dzieć o tym pe­dziu Mu­ra­rza w ga­ciach od pi­żamy, ale uznał, że nie ma co strzę­pić ję­zyka. Ani ry­zy­ko­wać.

- Czyli wiem, kim je­ste­ście, a wy wie­cie, kim ja je­stem. To do­brze.

Mu­rarz usiadł w sfa­ty­go­wa­nym ob­ro­to­wym krze­śle, w któ­rym chwilę wcze­śniej sie­dział Vik­tor.

- Na pewno wie­cie, dla­czego tu je­stem.

Spoj­rzał na Vik­tora, a póź­niej na Raffę bacz­nie ob­ser­wu­ją­cego wy­so­kiego fa­ceta o twa­rzy ko­nia.

- Tak się składa, że nie - od­parł zgod­nie z prawdą Vik­tor.

Nie miał bla­dego po­ję­cia. Jak do­tąd nie za­mie­nił z Mu­ra­rzem ani słowa.

- Wy­sil się tro­chę - rzekł Mu­rarz. - Wy­glą­dasz na łeb­skiego chło­paka. To na pewno nie ta­kie trudne.

Kiedy otwo­rzył usta, roz­niósł się za­pach ni­ko­tyny i ście­ków. Mu­siało to mieć zwią­zek z jego ze­psu­tymi zę­bami. Vik­tor zwal­czył od­ruch na­ka­zu­jący od­wró­cić twarz. Nic nie po­wie­dział.

Mu­rarz uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej, uka­zu­jąc szczerby. Jego po­bruż­dżone po­liczki do­dat­kowo się po­marsz­czyły.

- Wiem, czym się tu zaj­mu­je­cie i ile mniej wię­cej na tym za­ra­bia­cie. Mu­szę po­wie­dzieć: brawo. Do­bra ro­bota.

Wy­ko­nał bez­gło­śny gest aplauzu, ude­rza­jąc ko­niusz­kami pal­ców o wnę­trze dłoni.

Vik­tor spo­koj­nie sie­dział na swoim miej­scu i na niego pa­trzył, choć w środku wszystko się w nim go­to­wało. Co się dzieje, do cho­lery? - my­ślał. Wszyst­kie sztuczki, drogi na­około, prze­myślne la­bi­rynty ma­jące spra­wić, by byli bez­pieczni, a ten pa­jac włazi tu z bu­tami, twier­dząc, że do­sko­nale wie, czym się zaj­mują.

Kto syp­nął? Na pewno nie Raffa. Nie był to naj­by­strzej­szy ani naj­bar­dziej ostrożny fa­cet, ale gdy cho­dziło o ich in­te­resy... nie, po pro­stu nie­moż­liwe.

Pró­bo­wał się uspo­koić. Mu­siał my­śleć ja­sno. Mu­rarz na ra­zie nie po­wie­dział, co ta­kiego wie. Vik­tor nie za­mie­rzał mu w tym po­ma­gać. Może był to tylko je­den wielki blef, choć nie po­tra­fił zro­zu­mieć, po co to wszystko.

- Okej - po­wie­dział su­cho - ale mimo to nie bar­dzo ro­zu­miem, czego chcesz. Naj­pro­ściej by było, gdy­byś po­wie­dział.

Mu­rarz wy­szcze­rzył zęby. Raffa z nie­po­ko­jem spoj­rzał na Vik­tora. Czyżby uznał te słowa za zbyt śmiałe? Po tych wszyst­kich wy­sił­kach zmie­rza­ją­cych do utrzy­ma­nia ich po­czy­nań w ta­jem­nicy nie mo­gli tak po pro­stu po­dać Mu­ra­rzowi prawdy na tacy. Mu­siał zda­wać so­bie z tego sprawę.

Je­śli Mu­rarz na­prawdę coś wie­dział, nie­trudno było zgad­nąć, czego chce. Chciał się przy­łą­czyć. Albo tylko do­stać pie­nią­dze za mil­cze­nie, albo w taki czy inny spo­sób uczest­ni­czyć w ich dzia­ła­niach. Jedno i dru­gie było kom­plet­nie sza­lone.

- Okej, okej - po­wie­dział Mu­rarz, chu­cha­jąc w jego stronę. Han­dlu­je­cie dra­gami. To żadna ta­jem­nica.

Vik­tor był prze­ko­nany, że serce sta­nęło mu na kilka se­kund. Wszystko się za­trzy­mało, nie od­dy­chał, pa­trzył tylko przed sie­bie pu­stym wzro­kiem. Po chwili jego my­śli za­częły pę­dzić jak sza­lone. Pla­no­wał ucieczkę: jak opusz­czą Go­tlan­dię i prze­do­staną się na kon­ty­nent, ile pie­nię­dzy będą mo­gli ze sobą wziąć.

- To dla mnie żadna ta­jem­nica - do­dał z uśmie­chem Mu­rarz. - Mo­że­cie wy­lu­zo­wać. Nie mam po­wodu ro­bić wam pod górkę. Dwóch mło­dych chło­pa­ków, któ­rzy so­bie ra­dzą. Lu­bię ta­kich. Ale chcę mieć w tym swój udział.

Udział. Chyba go po­wa­liło. Za kogo on się uwa­żał, za lo­kalny od­po­wied­nik Tony'ego So­prano? Vik­tor miał ochotę się ro­ze­śmiać, ale uznał, że nie byłby to naj­lep­szy po­mysł.

- W Su­dret nic nie sprze­da­jemy.

Po­twier­dził w ten spo­sób cha­rak­ter ich dzia­łal­no­ści, ale po­czuł, że nie ma wy­boru. Mu­siał przed­sta­wić ja­kiś ar­gu­ment, a zdra­dze­nie Mu­ra­rzowi aku­rat tego szcze­gółu nie było ta­kie groźne.

- Nie pro­wa­dzimy sprze­daży na Go­tlan­dii. Czym­kol­wiek się zaj­mu­jesz, nie bę­dziemy prze­szka­dzać. Całe Su­dret mo­żesz mieć dla sie­bie.

Mu­rarz od­wró­cił wzrok i kilka razy po­ru­szył szczęką, a po­tem po­wie­dział:

- Je­ste­ście tu, co nie? W Su­dret.

Zro­bił prze­rwę, cze­kał na od­po­wiedź.

- Tak - od­parł zmę­czo­nym gło­sem Vik­tor.

- I sprze­da­je­cie am­fe­ta­minę?

Vik­tor nie od­po­wie­dział. Tego było już za wiele. Nie był głupi. Sy­tu­acja była tak oso­bliwa, że wcale by się nie zdzi­wił, gdyby Mu­rarz był na usłu­gach po­li­cji i miał pod ko­szulą przy­cze­piony mi­kro­fon. Cho­ciaż nie: bar­dzo by go to zdzi­wiło, ale nie mógł tego wy­klu­czyć.

Mu­rarz wska­zał go czapką i mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo, jakby do­ce­niał jego mil­cze­nie.

- A dla mnie równa się to sprze­daży w Su­dret - po­wie­dział po chwili, jakby mimo wszystko do­stał od­po­wiedź.

- Skoro tak mó­wisz.

Roz­le­gło się stuk­nię­cie o pa­ra­pet. Znów się roz­pa­dało. Było mo­kro, szaro i wkrótce miał za­paść mrok. Vik­tor cze­kał. Za­uwa­żył, że Raffa za­czyna tra­cić nad sobą pa­no­wa­nie - zro­bił kilka nie­spo­koj­nych kro­ków w bok, co wy­raź­nie zde­ner­wo­wało Alexa. Prze­niósł wzrok z Raffy na Vik­tora, a po­tem za­trzy­mał go na Mu­ra­rzu, jakby cze­kał na ja­kiś znak albo de­cy­zję. Mu­rarz ba­wił się czapką i z krzy­wym uśmie­chem wy­glą­dał przez okno. Wy­pu­ścił po­wie­trze no­sem.

- Nie wiem, co po­wie­dzieć - przy­znał Vik­tor. - Ty tu przy­sze­dłeś. Po­dej­rze­wam, że masz ja­kąś pro­po­zy­cję.

Rów­nie do­brze mógł od razu spy­tać, co Mu­rarz so­bie umy­ślił, za­miast kon­ty­nu­ować idio­tyczną dys­ku­sję o sprze­daży w Su­dret. Przy­naj­mniej mie­liby punkt za­cze­pie­nia.

Mu­rarz zro­bił efek­towną pauzę, a po­tem wstał i zbli­żył się na kilka kro­ków do Vik­tora. W tle Raffa po­ru­szał się ni­czym Fred Asta­ire. Ner­wowo ste­po­wał w miej­scu i wy­ko­ny­wał nie­kon­tro­lo­wane ru­chy ręką.

- Spo­koj­nie - ode­zwał się Vik­tor, omi­ja­jąc spoj­rze­niem Mu­ra­rza.

Nie wpły­nęło to zbyt­nio na Raffę, a Vik­tor wi­dział po jego oczach, że utrzyma nerwy na wo­dzy.

Vik­tor po­sta­no­wił za­ufać in­tu­icji. Uznał, że Mu­rarz przy­szedł pro­sić ich o pie­nią­dze. Nie miał po­wodu ro­bić im krzywdy. Nie w ta­kiej chwili. To by­łoby głu­pie. Gdyby jed­nak Raffa nie wy­trzy­mał, nie wia­domo, jak by to się skoń­czyło.

Mu­rarz usiadł na noc­nej szafce ple­cami do Alexa i Raffy, jakby to była sprawa wy­łącz­nie mię­dzy nim a Vik­to­rem. Na­chy­lił się i otwo­rzył usta.

- Dzie­więć­dzie­siąt ty­sięcy za to, co było do tej pory. Po­tem chcę dzie­sięć ty­sięcy mie­sięcz­nie.

Z bli­ska jego od­dech jesz­cze bar­dziej śmier­dział zgni­li­zną - mógł wręcz utkwić roz­mówcy w gar­dle. Vik­tor pró­bo­wał uda­wać, że tego nie czuje.

- Uwa­żam, że tu nie ma o co się spie­rać. Ma­cie ty­dzień, od dzi­siaj.

Vik­tor le­dwo usły­szał sumy, tak po­ra­żał jego zmy­sły smród z po­zba­wio­nej wielu zę­bów gęby Mu­ra­rza. Dla niego to, że Mu­rarz w ogóle cze­goś się do­maga, sta­no­wiło spory pro­blem. I że się po­słu­żył czy­stym szan­ta­żem. Nie miał im nic do za­pro­po­no­wa­nia w za­mian, to było pewne.

- A co z tego bę­dziemy mieli? - za­py­tał Vik­tor, by tro­chę zy­skać na cza­sie.

Mu­rarz prych­nął.

- Bę­dzie­cie mo­gli dzia­łać jak do tej pory.

Jak do tej pory. Do­bre so­bie. Mu­rarz miał ze­rowe po­ję­cie o tym, co ro­bili. Oprócz tego, że miało to coś wspól­nego z am­fe­ta­miną.

- Pro­blem w tym, że nie mamy pie­nię­dzy. Przy­naj­mniej tu­taj. Na­sze pie­nią­dze są... gdzie in­dziej.

- Skoro tak mó­wisz - od­parł z iro­nią Mu­rarz. - Ale po­dej­rze­wam, że pła­ci­cie za to­war, więc mu­si­cie mieć do­stęp do pie­nię­dzy.

- Oczy­wi­ście, ale tego nie spo­sób za­ła­twić tak po pro­stu. Mu­sie­li­by­śmy wyjść i się prze­mie­ścić. W dość od­le­głe miej­sce.

Vik­tor zdra­dził znacz­nie wię­cej, niż po­wi­nien, ale chciał zy­skać na cza­sie. Wie­dział, że im bar­dziej opóź­nią datę spłaty, tym le­piej.

- A może chcesz do­stać te pie­nią­dze na konto? - do­dał.

Mu­rarz nie za­dał so­bie trudu, by od­po­wie­dzieć.

- No to w ta­kim ra­zie bę­dzie­cie mu­sieli się ru­szyć i tam po­je­chać - stwier­dził, wsta­jąc i wkła­da­jąc czapkę.

- Ale...

- Do­sta­nie­cie kilka do­dat­ko­wych dni za fa­tygę - prze­rwał mu Mu­rarz. - Dzie­więć­dzie­siąt ty­sięcy w ko­lejny pią­tek. Za­dzwoń­cie do Alexa dzień wcze­śniej, to otrzy­ma­cie go­dzinę i miej­sce.

Alex na­gry­zmo­lił nu­mer na kar­teczce i po­dał ją Vik­to­rowi.

- To mnó­stwo za­ła­twia­nia. Dwa ty­go­dnie...

- Pią­tek - uciął Mu­rarz.

Alex po­ma­chał kar­teczką, a Vik­tor ją wziął. Co in­nego mógł zro­bić?

- Albo od razu po­wiedzmy sto ty­sięcy. Bo dzie­sięć mie­sięcz­nie obo­wią­zuje od dzi­siaj.