17
Przypominający chatkę domek, w którym dorastał Viktor, był usytuowany przy ciemnej ścianie rozłożystych świerków. Płyty dachowe były zardzewiałe, ale drewniane panele lśniły intensywną żółtą barwą. Viktor przemalował je zeszłego lata. Wysiadł z samochodu. Wiatr uparcie szumiał w tle, pośród wysokich drzew.
Zadzwonił do Nadji i poinformował o nagłej sprawie w Visby. Ustalili, że się zobaczą po jego powrocie. Miał spędzić poza domem dwie noce. Zwykle zostawał dłużej, fundując sobie dodatkowy dzień w Berlinie, ale tym razem chciał zyskać trochę czasu.
Z domu, który wynajmowali z Raffą, nie było tu daleko, ale też nie tak blisko. Zegar wskazywał piętnaście po dwunastej, a Raffa miał go zawieźć na samolot o czternastej. Viktor wszedł do przedpokoju i zamknął za sobą drzwi. Poczuł zapach kiełbasy.
- Halo! - krzyknął.
- Cześć! To ty? Zjesz coś? - dobiegło z kuchni wołanie mamy.
Niedawno jadł śniadanie, ale i tak się zgodził. Zdjął buty i palcami u nóg dosunął je do ściany.
Znów się przywitali, kiedy wszedł do kuchni.
- Ja już jadłam, ale trochę zostało - powiedziała mama. - Nadal ciepłe.
Na wszelki wypadek mimo wszystko włączyła palnik i postawiła na nim patelnię. Viktor wysunął krzesło i usiadł. Kuchnia była dość ciasna jak na tego typu domy, ale zawsze mu się to podobało. Czuł się bezpiecznie, jakby siedział w przytulnej chatce.
- Nie dostałeś żadnych listów. Były tylko reklamy, ale już je wyrzuciłam.
- Okej.
Nadal był zameldowany w tym domu. Raffa też. Im mniej osób wiedziało, czym się zajmowali, tym lepiej.
- Jest Martina? - zapytał, wskazując dwa brudne talerze na blacie.
- Tak, trochę źle się czuła. Teraz chyba śpi.
Viktor tylko pokiwał głową. Martina chodziła do drugiej klasy liceum, czyli zaszła dalej w edukacji, niż to się udało jemu. Pytanie, czy dotrwa do klasy trzeciej, pozostawało otwarte. Viktor miał wrażenie, że ostro wagarowała. Kiedy mama ostatnio była na kontynencie, któregoś dnia wpadł po coś do domu. Martina siedziała w swoim pokoju z dwiema koleżankami. Nie miał wątpliwości, że wszystkie trzy są upalone, choć kiedy o to zapytał, zaprzeczyły. Już więcej nic nie powiedział i nie powtórzył mamie. Nie był kapusiem.
Trochę jednak go to dotknęło. Zawsze uważał za pewne, że Martina któregoś dnia wyjdzie w świat i dokona czegoś wielkiego. Zatrzaśnie za sobą drzwi domu z zardzewiałym dachem i już nigdy do niego nie wróci. Zawsze była jak wschód słońca. Naturalna, piękna, pełna wewnętrznej siły.
Mama postawiła na stole szklanki i sztućce i przemieszała zawartość patelni. Kiedy szła od stołu do blatu, słychać było skwierczenie. Włożyła na siebie cienką sportową kurtkę. Dom miał kiepską izolację i mimo małego metrażu ogrzewanie było kosztowne.
- Co serwujesz?
- Strogonow z kiełbasy. Z ryżem. Lubisz go.
- Zawsze.
Wyłożyła danie na talerz, podała i usiadła przy stole.
- Jak twój kuzyn?
Viktor przeżuwał powoli. Jedzenie było gorące.
- Dobrze - odparł, nalewając sobie mleka do szklanki.
- Macie taką robotę, że sobie radzicie?
- Tak. Bez problemu.
Sporo pracowali. Nie dużo, ale wystarczająco, by zachować pozory i żeby nikt nie zaczął się zastanawiać, z czego właściwie żyją. Początkowo byli bezrobotni, ale uznali, że z bieganiem do biura pośrednictwa pracy i staraniem się o idiotyczne stanowiska na tyle nieosiągalne, by było jasne, że i tak ich nie dostaną, było więcej zachodu niż z rzeczywistym wykonaniem prostszej roboty - postawieniem płotu, zajęciem się zwierzętami jakiegoś rolnika, który chciał pojechać na tydzień na Kanary - zawsze się coś znalazło. Nie płacili dobrze, ale uznawał to za kwestię drugorzędną.
Jego matka przez prawie dwa lata była bezrobotna. Z mieszaniną ciekawości i desperacji zapisała się na kurs operatora dźwigu. Od tamtej pory nie narzekała na brak pracy. Jednak większość zleceń była na kontynencie. Znikała na kilka miesięcy, czasem na pół roku, mieszkała w baraku lub w hotelu i wracała do domu na jeden weekend w miesiącu. Nieco częściej, jeśli była blisko, i powrót do domu dużo nie kosztował.
- Czy Raffa odwiedza swoją siostrę?
Viktor wziął duży kęs i wzruszył ramionami.
- Chyba nie.
- Raffa może tu przychodzić, jeśli chce. To znaczy spotykać się z nią tutaj. Dziewczyna przychodzi co najmniej dwa razy w tygodniu. Zagląda do Martiny, kiedy nie ma mnie w domu.
Viktor przestał przeżuwać i wpatrywał się w nią bez słowa.
- No co? - zapytała matka. - Chyba dobrze, że Martina nie zostaje zupełnie sama. Ty przecież nie przyjeżdżasz za często.
- Byle tylko Steffe tu nie przyjeżdżał.
- Nie przyjeżdża. Po co miałby to robić?
- Nie mam pojęcia, ale on nie może się tu kręcić, kiedy Martina jest sama.
- Jasne, że tego nie robi. Dlaczego go o to podejrzewasz? - powiedziała znowu mama. - Martina dałaby znać.
Viktor wybuchnął suchym śmiechem.
- Na pewno.
- Skoro się martwisz, przyjeżdżaj częściej.
Viktor milczał. Słuchał tykania kuchennego zegara, który był głośniejszy niż wiatr wśród świerków. Mama wpatrywała się w niego, ale nagle uciekła wzrokiem.
- Boże jedyny - westchnęła. - Teraz to mnie zaniepokoiłeś.
- Martina nic nie mówiła?
Mama pokręciła głową.
- Mogę z nią porozmawiać - powiedział Viktor. - Zapytam ją.
Uśmiechnęła się i skinęła.
Steffe - facet ciotki Emmy - pojawił się, gdy Raffa miał dwanaście lat. Przez pierwsze pół roku było według Raffy w porządku. Dopiero potem, gdy wprowadził się na dobre, wszystko się zaczęło. Po jakimś czasie Raffa wyrobił sobie szósty zmysł pozwalający przewidzieć, kiedy czeka go lanie. Przybiegał wtedy do Viktora. Steffe coraz częściej zostawał u nich na noc, aż w końcu prawie tu zamieszkał. Wydawało się to najlepszym rozwiązaniem. Viktor się cieszył. To było coś więcej niż posiadanie brata. Mama i Martina nie miały nic przeciwko, a Steffe był zadowolony, że się go pozbył. Viktor był zadowolony, czuł się jakby miał brata, a nawet lepiej, mama i Martina nie miały nic przeciwko temu, że do nich przychodził, a Steffe się cieszył, że miał go z głowy, bo Raffa uciekał z domu do Viktora.
Nigdy nie zrozumiał, co Emmy miała w głowie. Były niezliczone szanse na posadzenie Steffego za kratkami, pozbycie się go, ale jak tylko sytuacja robiła się napięta, Emmy stawała po jego stronie. Przychodziła do matki Viktora z płaczem i posiniaczoną twarzą, prosząc, by nie szła na policję, a mama nie potrafiła postąpić wbrew siostrze. To byłaby cholerna zdrada.
Kiedy Raffa i Viktor mieli siedemnaście lat, pobili Steffego do nieprzytomności pięściami i pookładali odpowiednio długą deską. Po czymś takim Raffa oczywiście nie mógł już dalej mieszkać w domu. Steffe by go zabił przy pierwszej okazji. A przynajmniej Raffa był o tym przekonany.
Viktor wstał od stołu, wziął talerz, szklankę oraz sztućce i nalał wody do zlewu.
- Nie musisz tego robić - odezwała się mama za jego plecami.
- Nie ma problemu.
Włożył talerze mamy i Martiny do gorącej wody i psiknął na nie płynem Yes. Kiedy włożył dłonie do wody, poczuł przyjemne szczypanie. Naczyń nie było dużo. Skończył w dwie minuty.
Roleta u Martiny była zaciągnięta. Ciemność rozpraszała tylko lampka na nocnym stoliku. Martina leżała w łóżku odwrócona plecami i czytała grubą książkę. W taki sposób spędzała czas. Viktor uważał, że skoro i tak leży i czyta książki, mogłaby chodzić do szkoły. Sam nigdy nie czytał takich książek jak Martina. Nie przeczytał ani jednej powieści. Nie żeby nie umiał. Po prostu musiał mieć z czegoś korzyść, inaczej nie był w stanie się tym zajmować.
- Nie jesteś chyba chora? - zapytał, przysiadając w nogach łóżka.
- Ej, przestań, kurde - jęknęła Martina.
Cofnęła stopę, za którą ją złapał.
- Przepraszam - powiedział, choć nie mogło jej to zaboleć.
Martina dalej czytała książkę, jakby go tam nie było.
- Ciebie też dobrze widzieć.
Westchnęła i zamknęła książkę, ale leżała w tej samej pozycji co przedtem. Trącił ją. Początkowo nie zareagowała, ale potem się uśmiechnęła i uniosła na łokciach.
- Będziesz jutro w domu?
- Nie - odparł.
- A wieczorem?
- Też nie. Dlaczego pytasz?
- Zastanawiałam się, czy moglibyśmy obejrzeć jakiś film.
Uśmiechała się nieco szerzej, przekrzywiając głowę.
- Jasne, ale nie jutro. Nie możesz przyjechać w weekend?
Opadła z powrotem na poduszkę.
- Nie wiem.
Spojrzał na nią pytająco.
- Nie wiem, czy dam radę.
- Nie rozumiem. Skąd wiesz, że dasz radę jutro, a w weekend nie?
Zamknęła oczy.
- No, gadaj. Co z tobą? - zapytał, szarpiąc ją za nogę.
Martina jęknęła i potarła twarz dłońmi.
- A może wtedy też zamierzasz być chora?
- Nie. Pewnie, że mogę przyjechać w weekend.
Podciągnęła się, usiadła po turecku i oparła plecy o ścianę. Miała na sobie spodnie dresowe, T-shirt i grube skarpety.
- Jasne, że mogę.
- Nie czuj się zmuszona. Po prostu pytałem.
- Przyjadę - zapewniła Martina i wyglądała na przekonaną.
Zerkała na niego, mnąc w palcach kołdrę.
- Co takiego ważnego będziesz robił przez cały tydzień?
- E..., po prostu pracował.
W zasadzie nie był zachwycony, że Martina chce przyjechać. Chociaż nie. Lubił jej odwiedziny, ale nie chciał, by stały się zwyczajem. By się u nich kręciła. Wprawdzie nigdy nie trzymali niczego w domu, ale i tak wolał ją trzymać z dala od wszystkiego. Nie chciał, by pytała, co robili wieczorem, gdy pukała i nie zastała ich w domu. Nie miał ochoty jej okłamywać bardziej, niż to było konieczne.
Martina wstała z łóżka i podeszła do starego sekretarzyka, który przemalowywała tyle razy, że szuflad nie dało się już zamknąć. Aktualnie miał kolor czerwony, ale dawniej różowy, biały, a poprzedniego Viktor już nie pamiętał. W jednej z szuflad znalazła gumkę, odgarnęła z twarzy długie włosy i spięła je z tyłu w kitkę.
- Słuchaj... Steffe tu przychodził?
- Steffe? Jaki Steffe?
- A jak ci się wydaje?
- Ten od Emmy?
- Tak.
Pokręciła głową, wróciła do łóżka i usiadła.
- Na pewno?
- Tak. Dlaczego miałby tu przychodzić?
- Mógł przyjść z Emmy. Nie byłoby to chyba takie dziwne?
- Byłoby - odparła z naciskiem i spojrzała na niego, jakby brakowało mu klepki.
- To znaczy... dziwne, ale i tak...
Martina westchnęła. Wyglądała, jakby chciała wejść z powrotem pod kołdrę.
- Gdyby się pojawił, daj mi znać.
- Jasne - odparła raczej obojętnie.
- Obiecaj.
Chwycił ją za rękę.
- Tak. Boże... Obiecuję.
- On nie ma tu czego szukać.
- Przecież powiedziałam, że obiecuję.
Wyszarpnęła ramię z jego uścisku i posłała mu dziwne spojrzenie. Dlaczego tak naprawdę jej nie wierzył?