Kraina Lodu II. Biblioteczka przygody. Disney - David Blaze

Kup ebooka

22.50 zł
19.13 zł (18,35 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Na dale­kiej Pół­nocy, tak dale­kiej, że żaden czło­wiek z Połu­dnia tam nie tra­fił, rosła Zaklęta Pusz­cza. Gra­nic tego cudow­nego miej­sca strze­gły potężne duchy żywio­łów: Duch Powie­trza, Duch Ognia, Duch Wody i Duch Ziemi. A w nie­zba­da­nych leśnych ostę­pach żył tajem­ni­czy lud zwany Nor­thul­drami. Byli to wędrowcy bez ziemi, podą­ża­jący za sta­dami reni­fe­rów. A ponie­waż żyli w zgo­dzie i har­mo­nii z naturą, wieść gło­siła, że byli obda­rzeni magicz­nymi mocami.

Nad­szedł jed­nak dzień, kiedy do fiordu na połu­dnie od gra­nic Zaklę­tej Pusz­czy wpły­nęły statki. Były to drew­niane łodzie pełne ludzi, któ­rzy pra­gnęli wła­śnie w tym miej­scu, bli­sko wody, osie­dlić się i zado­mo­wić. Z bie­giem lat wyro­sło tam kró­le­stwo Aren­delle z maje­sta­tycz­nym zam­kiem - sie­dzibą króla.

Nowych przy­by­szów powi­tał władca Nor­thul­drów, który spo­tkał się z ich kró­lem na kli­fie o zacho­dzie słońca. Uści­snęli sobie mocno dło­nie, choć pozo­stali widzieli tylko ich zamglone syl­wetki, rzu­ca­jące na zie­mię długi, szary cień.

W dowód przy­jaźni i dobrej woli Aren­del­czycy wybu­do­wali w Zaklę­tej Pusz­czy potężną tamę na rzece, która miała ujście w fior­dzie Aren. Nad maje­sta­tycz­nymi, błę­kit­nymi wodami fiordu wzno­sił się zamek Aren­delle. Tama niczym klamra łączyła roz­le­głe zie­mie po obu brze­gach rzeki i uła­twiała Nor­thul­drom oraz sta­dom reni­fe­rów ich coroczne wędrówki. Król Rune­ard, władca Aren­delle, ofia­ro­wał ją sąsia­dom jako sym­bol pokoju i współ­pracy mię­dzy ich naro­dami.

Gdy budowa została ukoń­czona, Aren­del­czycy wypra­wili wiel­kie przy­ję­cie. Nor­thul­dro­wie z daleka i bli­ska zebrali się u stóp tamy, by bra­tać się i uczto­wać wspól­nie z miesz­kań­cami Aren­delle. Młody książę Agnarr, syn króla Rune­arda, po raz pierw­szy był tak daleko od domu. Obser­wo­wał wszystko z ogromną cie­ka­wo­ścią i eks­cy­ta­cją... póki nie zwró­ciło to uwagi jego ojca.

Król Rune­ard chwy­cił syna pod brodę i zgro­mił go wzro­kiem. Książę dobrze wie­dział, że lepiej nie pro­wo­ko­wać ojca, który kazał mu stać pro­sto i z god­no­ścią, i zacho­wy­wać się jak na przy­szłego monar­chę przy­stało.

- Pamię­taj, Agna­rze, repre­zen­tu­jesz Aren­delle - oznaj­mił i dora­dził mu jesz­cze: - Trzy­maj się porucz­nika Mat­tiasa.

Młody czło­wiek w mun­du­rze sta­nął na bacz­ność, kiedy król prze­szedł przed nim wraz ze swoją strażą. Porucz­nik dostrzegł cień roz­cza­ro­wa­nia w spoj­rze­niu Agnarra. I nie było to tylko roz­ża­le­nie, że ojciec kazał mu się zacho­wy­wać po kró­lew­sku, jak przy­stało na praw­dzi­wego dyplo­matę, a nie roz­ka­pry­szo­nego chłopca. Był to rów­nież żal, że znów go odsu­nął na boczny tor z dala od roz­mów ze star­szy­zną i wodzem Nor­thul­drów.

Mat­tias wie­dział, co należy uczy­nić.

- Robisz się coraz wyż­szy, no, no - mruk­nął, sta­nąw­szy za Agnar­rem. - Może już prze­stań. - Wesoło szturch­nął księ­cia łok­ciem. Agnarr uśmiech­nął się i oddał mu kuk­sańca. - Żar­to­wa­łem. Chodź, przej­dziemy się.

Razem powę­dro­wali w stronę zasta­wio­nych sto­łów, prze­py­cha­jąc się w przy­ja­ciel­skich zapa­sach.

A tym­cza­sem Aren­del­czycy i Nor­thul­dro­wie na dobre już zbra­tani, jedli, pili, śmiali się wspól­nie i gawę­dzili, jakby znali się od zawsze.

Gospo­da­rze dali nawet pokaz akro­ba­tyki na grzbie­tach reni­fe­rów.

Nagle uwagę Agnarra przy­kuło coś ukry­tego w głębi mrocz­nego lasu. Było to tak cudowne, że chyba nie mogło być praw­dziwe. Wyda­wało mu się, że dostrzega syl­wetkę dziew­czyny w swoim wieku, wiru­ją­cej w powie­trzu, niczym nie­sione wia­trem liście. Nie huś­tała się na gałęzi drzewa ani nie bujała na pną­czach, po pro­stu uno­siła się, jakby ważyła tyle co nic.

Zapa­trzony Agnarr postą­pił kilka kro­ków w jej kie­runku. Chwilę póź­niej usły­szał szczęk oręża, trzask zde­rza­ją­cych się tarcz i otrzą­snął się z transu. Odwró­cił się i zoba­czył, że jego ludzie są ata­ko­wani! Przy­chyl­ność Nor­thul­drów była tylko spryt­nym wybie­giem. Agnarr rzu­cił ostat­nie spoj­rze­nie na dziew­czynę, lecz tajem­ni­cza istota znik­nęła. O ile w ogóle kie­dy­kol­wiek ist­niała.

Strzała ze świ­stem prze­le­ciała tuż obok jego twa­rzy, więc zamarł w panice. Ni­gdy dotąd nie otarł się tak bli­sko o śmierć.

- Stań za mną! - zawo­łał Mat­tias i zdą­żył odcią­gnąć księ­cia na bok, zanim kolejna strzała prze­szyła miej­sce, w któ­rym sekundę wcze­śniej znaj­do­wała się jego głowa.

Agnarr trwał w odrę­twie­niu i mógł tylko przy­glą­dać się bru­tal­nej walce, która toczyła się tuż przed nim, śle­dzić wzro­kiem lata­jące we wszyst­kie strony strzały i słu­chać szczęku broni. Zadrżał, widząc, jak jego ojciec z mie­czem w ręku sta­wia czoło władcy Nor­thul­drów. Mat­tias trzy­mał Agnarra ze wszyst­kich sił, kiedy książę krzy­czał w despe­ra­cji. Pra­gnął pobiec ojcu na pomoc, lecz jego słowa uto­nęły w bitew­nym zgiełku.

Książę w końcu zdo­łał się oswo­bo­dzić, lecz w tym momen­cie król i władca Nor­thul­drów znik­nęli za kra­wę­dzią klifu.

- Ojcze! - ryk­nął Agnarr i pognał przez pole bitwy, by jak naj­szyb­ciej dopaść skraju prze­pa­ści i szu­kać króla. Nagle buch­nęły przed nim pło­mie­nie. Potężny wybuch prze­to­czył się przez pusz­czę. Nor­thul­dro­wie i Aren­del­czycy ucie­kali co sił w nogach, kiedy w tamę, grzmiąc jak burza, ude­rzyła masa spie­nio­nej wody. Zerwał się wicher, a z nieba runęły głazy niby gigan­tyczny grad. Jeden spadł tuż obok Agnarra. Siła ude­rze­nia wyrzu­ciła chłopca w powie­trze, po czym cisnęła o zie­mię. Książę ude­rzył głową w skałę. Zanim stra­cił przy­tom­ność, z żalem zoba­czył, że całe magiczne piękno Magicz­nej Pusz­czy ule­gło znisz­cze­niu.

Wtedy posły­szał nie­znany głos, jakby prze­siąk­nięty smut­kiem wie­ków. Agnarr zastygł wsłu­chany w żało­sną pieśń. Przy­po­mniał sobie, że Nor­thul­dro­wie wspo­mi­nali o duchach zamiesz­ku­ją­cych tamę, jej budow­ni­czych. "Czy to głos ducha? Czy on jest zły?", zasta­na­wiał się książę.

Nie­wi­dzialna siła unio­sła Agnarra ponad lasem, ponad toczącą się na ziemi bitwą. A póź­niej ogłu­sza­jący jęk ustał, jakby wście­kłe duchy prze­rwały zawo­dze­nie. Pusz­czę spo­wiły cisza i nie­prze­nik­niona jak skała gęsta mgła, która roz­dzie­liła ludzi. Jed­nych zamknęła wewnątrz, a innych zosta­wiła na zewnątrz...

Rozdział 1

Roz­dział 1

Tamtej nocy wró­ci­łem do domu jako władca Aren­delle - zakoń­czył Agnarr.

Pło­mień świecy, którą trzy­mał, rzu­cał na jego twarz chy­bo­tliwe cie­nie, kiedy król opo­wia­dał tę histo­rię swoim cór­kom na dobra­noc. Obie dziew­czynki leżały na łóżku Elsy cia­sno przy­tu­lone do matki, kró­lo­wej Iduny, i z sze­roko otwar­tymi oczami i buziami chło­nęły każde słowo ojca. Matka przy­tu­liła je do sie­bie, a one czuły się bez­piecz­nie, scho­wane pod jej bor­do­wym sza­lem.

- Ojejku, tato, to było nie­ziem­skie - wes­tchnęła Anna, wyobra­ża­jąc sobie wszyst­kie te wyda­rze­nia, jakby oso­bi­ście w nich uczest­ni­czyła. - Kim­kol­wiek był ten, kto cię oca­lił, to ja bar­dzo go kocham.

Król uśmiech­nął się do swo­jej małej córeczki.

- I ja chciał­bym wie­dzieć, kto to był.

- A czy Nor­thul­dro­wie naprawdę byli magiczni? - zasta­na­wiała się Elsa. Nie chciała wcale być taka jak oni. Nie wyobra­żała sobie, że mogłaby skrzyw­dzić swo­jego przy­ja­ciela. - Tak jak ja?

- Nie - zapew­nił ją król Agnarr. - Nie byli magiczni. Po pro­stu korzy­stali z magii lasu.

- A co się stało z duchami? I co się dzieje teraz w tam­tym lesie? - Elsa była cie­kawa, czy kto­kol­wiek w ogóle się tym zain­te­re­so­wał po tym, gdy duchy wpa­dły we wście­kłość i obró­ciły się prze­ciwko wszyst­kim.

- Nie wiem - przy­znał król. - W Zaklę­tej Pusz­czy wciąż unosi się mgła. Nikt nie może tam wejść. Nikomu też od tam­tego czasu nie udało się stam­tąd wyjść.

Kró­lowa Iduna popa­trzyła na męża zna­cząco, pro­sząc go wzro­kiem, by uwa­żał na słowa. Nie chciała, by prze­stra­szył dziew­czynki.

- A zatem jeste­śmy bez­pieczni - powie­działa sta­now­czo.

- Tak - zgo­dził się król Agnarr. - Lecz pew­nego dnia Zaklęta Pusz­cza może się obu­dzić, a my musimy być przy­go­to­wani na każde pły­nące z niej nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kró­lowa Iduna dostrze­gła nie­po­kój na twa­rzy Elsy.

- Nad­szedł czas, by powie­dzieć tatu­siowi dobra­noc - rze­kła. Obie dziew­czynki były o wiele za młode, by myśleć o jakiej­kol­wiek walce, zwłasz­cza przed snem.

Król Agnarr wstał i skru­szony spoj­rzał na żonę.

- O niee... A ja mam jesz­cze tyle pytań - jęk­nęła Anna. Z nachmu­rzoną miną patrzyła, jak ojciec całuje Elsę w czoło na dobra­noc.

- Zacho­waj je na inny dzień, Anno - popro­sił król.

- Uch! - wes­tchnęła. - Dobrze wiesz, że nie jestem taka cier­pliwa.

Zer­k­nęła na Elsę, która tylko poki­wała głową, przy­zna­jąc sio­strze rację. Anna zaci­snęła usta i zmarsz­czyła brwi. Ojciec wie­dział, że bar­dzo stara się być cier­pliwa. Czule poca­ło­wał ją w czoło, a potem wyszedł z kom­naty. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Anna zarzu­ciła mamę pyta­niami:

- A tak wła­ści­wie to dla­czego Nor­thul­dro­wie nas zaata­ko­wali? Jeśli ktoś ci daje pre­zenty, to raczej go bar­dzo lubisz!

- Czy myślisz, że las naprawdę kie­dyś się obu­dzi? I co duchy sądzą o mojej magii? - wtó­ro­wała jej Elsa, zer­ka­jąc nie­pew­nie na matkę.

Spoj­rze­nie Iduny zasnuła mgła, kiedy wspo­mniała wła­sną prze­szłość.

- Chcia­ła­bym to wie­dzieć - przy­znała po chwili. - Nie­stety, odpo­wiedź zna tylko Ahto­hal­lan.

- A-to... co?! - zawo­łała Anna.

Kró­lowa zaśmiała się i pogła­skała twa­rzyczkę młod­szej córki.

- W dzie­ciń­stwie mama śpie­wała mi pio­senkę o nie­zwy­kłej rzece Ahto­hal­lan. która ponoć kryje odpo­wie­dzi na wszyst­kie zagadki prze­szło­ści, zna całe nasze dzieje - wyja­śniła. - Na zagadki świata, któ­rego jeste­śmy czę­ścią.

Zain­try­go­wane sio­stry spoj­rzały po sobie, a potem dwie pary dużych błę­kit­nych oczu wpa­trzyły się w twarz kró­lo­wej.

- Mamo, zaśpie­waj nam! - popro­siły chó­rem Anna i Elsa.

Iduna zer­k­nęła w stronę drzwi, nie­pewna, czy speł­nić prośbę córek. Wresz­cie doszła do wnio­sku, że nie ma nic złego w tym, by dziew­czynki usły­szały starą koły­sankę i ski­nęła głową.

- No dobrze. Chodź­cie, ale naj­pierw wtu­lanko i przy­tu­lasy - powie­działa, przy­gar­nia­jąc do sie­bie Annę i Elsę i sta­ran­nie okry­wa­jąc je sza­lem.

Głos kró­lo­wej był niski i cie­pły. Słowa koły­sanki śpie­wa­nej nie­gdyś przez jej matkę popły­nęły koją­cym stru­mie­niem. W uszach dziew­czy­nek brzmiały jak dźwięki naj­czyst­szej miło­ści. Anna zasnęła, jesz­cze zanim pieśń dobie­gła końca. Kró­lowa wzięła ją na ręce i, lekko koły­sząc w ramio­nach, zanio­sła w głąb kom­naty do dru­giego łóżeczka. Deli­kat­nie uło­żyła córeczkę i tro­skli­wie otu­liła koł­drą. Potem wró­ciła do Elsy wraz z ostat­nimi sło­wami pie­śni.

- A teraz śpij, moja mała śnie­żynko - powie­działa i uca­ło­wała obie dło­nie córki.

Popra­wiła jej poduszki, pogła­dziła dłu­gie włosy i zabrała ze sto­lika przy łóżku migo­czącą świecę.

- Mamo? - ode­zwała się Elsa, kiedy Iduna już się­gała klamki.

- Czy myślisz, że rzeka Ahto­hal­lan wie, skąd wzięła się moja moc?

Kró­lowa z namy­słem szu­kała wła­ści­wych słów.

- Sądzę, że Ahto­hal­lan zna odpo­wiedź na to i na wiele innych pytań - przy­znała po chwili.

Elsa z wes­tchnie­niem opa­dła na poduszki.

- Ktoś powi­nien ją odna­leźć - oświad­czyła.

Uśmiech na twa­rzy kró­lo­wej Iduny był słodko-gorzki, kiedy wyszła na kory­tarz i zamknęła za sobą drzwi sypialni córek.

Z echem pie­śni śpie­wa­nej przez matkę Elsa odpły­nęła do kra­iny snów. Śniła o odna­le­zie­niu Ahto­hal­lan, a także o pozna­niu odpo­wie­dzi na wszyst­kie pyta­nia, które kie­dy­kol­wiek ją nur­to­wały... oraz na kilka pytań sio­stry.

Całe Aren­delle spo­wi­jała cisza, noc była spo­kojna - nawet na zamku - gdy Anna na palusz­kach prze­bie­gła po roz­ło­żo­nych na pod­ło­dze dywa­nach. Tro­chę trwało, zanim pię­cio­letni szkrab wgra­mo­lił się na wyso­kie łóżko star­szej sio­stry. Kiedy wresz­cie jej się udało, pod­peł­zła bli­żej Elsy i potrzą­snęła ją za ramię.

- Elsa! - powie­działa gło­sem, który w zamie­rze­niu miał być szep­tem, lecz teraz zabrzmiał jak odgłos trąby. - Psst! Elsa, obudź się! Obudź się! Obudź się!

Elsa nie lubiła, kiedy ktoś wyry­wał ją ze snu. Wpa­dała wtedy w bar­dzo zły humor.

- Anno! - burk­nęła, odwró­ciła się do sio­stry ple­cami i nakryła koł­drą po uszy. - Wra­caj do łóżka.

- Nie mogę - poskar­żyła się Anna i rzu­ciła się na pościel jak roz­ka­pry­szone dziecko... które nie zamie­rza ustą­pić. - Niebo nie śpi. Ja też bar­dzo nie śpię. Chodź, poba­wimy się!

Zapa­trzyła się w okno, za któ­rym roz­gry­wał się prze­piękny spek­takl tań­czą­cej zie­lo­no­nie­bie­skiej zorzy polar­nej. Jej blask roz­pro­mie­niał całe niebo. Potem zer­k­nęła na zako­paną pod okry­ciami sio­strę. Postu­kała pal­cem w jej plecy. Potem szturch­nęła moc­niej. A na koniec zabrała się do zdzie­ra­nia z niej koł­dry.

- Jeśli poba­wię się z tobą przez chwilę, to pozwo­lisz mi potem spać, ile zapra­gnę?! - Spod sterty koców dobiegł stłu­miony głos.

- Tak! - zawo­łała Anna i z zapa­łem poki­wała głową.

Mimo tej szcze­rej obiet­nicy Elsa wlo­kła się nie­chęt­nie, kiedy Anna cią­gnęła ją w stronę Wiel­kiej Sali. A potem obu­dziła się jej lodowa moc, która odmie­niła życie obu dziew­cząt.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Wiele lat póź­niej, kiedy sio­stry były już doro­słe, ich rodzi­cie zgi­nęli na morzu, a Elsa została kró­lową Aren­delle, słońce świe­ciło wesoło ponad stro­mymi brze­gami fiordu Aren. Elsa wyszła na bal­kon, cze­ka­jąc na spo­tka­nie z zagra­nicz­nymi dygni­ta­rzami, któ­rych miała poże­gnać przed ich podróżą powrotną do domu. Wcze­śniej roz­ma­wiała z nimi o han­dlu i eks­por­cie, a także o miesz­kań­cach Aren­delle oraz ich potrze­bach. Anna zwy­kła mawiać, że jej sio­stra była pełna god­no­ści i mądro­ści ponad swój wiek.

- Wasza Wyso­kość, goście cze­kają.

Elsa aż pod­sko­czyła na dźwięk głosu Kaja, jed­nego ze swo­ich naj­bar­dziej zaufa­nych dorad­ców. Kaj znał Elsę od dnia jej naro­dzin. Widział wyraź­nie, że jest zde­ner­wo­wana, ale dys­kret­nie zacho­wał tę obser­wa­cję dla sie­bie. Kró­lowa trzy­mała się balu­strady, a jej ner­wowy ruch w jed­nej chwili zmie­nił poręcz w lód. Pokryła zmie­sza­nie śmie­chem.

- Och, wybacz, już idę - powie­działa.

Przy­wró­ciła balu­stra­dzie zwy­kły wygląd i ruszyła za Kajem do zamku, kiedy nagle zatrzy­mał ją w miej­scu śpiewny głos, nawo­łu­jący z oddali. Był piękny, a jed­no­cze­śnie prze­po­jony bez­brzeż­nym smut­kiem. Odwró­ciła się w stronę hory­zontu.

- Sły­sza­łeś to? - spy­tała Kaja.

- Co takiego? - zdzi­wił się Kaj.

- Ten głos - wyja­śniła Elsa.

Kaj zmarsz­czył brwi.

- Nic nie sły­szę...

Głos umilkł rów­nie nagle, jak wcze­śniej się poja­wił. Elsa obró­ciła się i dostrze­gła nie­po­kój na twa­rzy swo­jego doradcy. Uśmiech­nęła się do niego, pró­bu­jąc otrzą­snąć z nie­przy­jem­nego uczu­cia, które nią owład­nęło.

- Nie­ważne - bąk­nęła i udała się do zamku. W sali audien­cyj­nej Kri­stoff wła­śnie poka­zy­wał gościom sztuczki ze Sve­nem. Wcze­śniej podzie­lił się z nimi kil­koma cie­ka­wost­kami na temat reni­fe­rów, które mogły pomóc im w wydaj­niej­szej upra­wie zbóż i spraw­niej­szym prze­miesz­cza­niu się po Aren­delle. Kiedy Kri­stoff skoń­czył, Elsa wyszła na śro­dek sali, by ofi­cjal­nie poże­gnać dele­ga­cję.

"Wszystko idzie świet­nie", myślała, powoli odzy­sku­jąc rów­no­wagę i spo­kój, choć wciąż czuła napię­cie i silną potrzebę uwol­nie­nia swo­jej magii.

- Jesz­cze raz dzię­kuję za wizytę - żegnała się z każ­dym dele­ga­tem po kolei. - To było owocne spo­tka­nie.

Po speł­nie­niu tego obo­wiązku czym prę­dzej opu­ściła salę, prze­mie­rzyła kory­ta­rze i wyszła z zamku przez główną bramę. W dro­dze nad brzeg fiordu pozdra­wiała miesz­kań­ców mia­sta i przy­jezd­nych. Minęła łódki i ogromne statki zacu­mo­wane w por­cie, wędro­wała wzdłuż brzegu, póki nie zna­la­zła się zupeł­nie sama, bez ota­cza­ją­cych ją ludzi. To tutaj zwy­kle przy­cho­dziła, kiedy dopa­dała ją potrzeba wyrzu­ce­nia z sie­bie nad­miaru magicz­nej mocy. Kim­kol­wiek lub czym­kol­wiek był głos, który prze­ma­wiał do niej melo­dią bez słów, wypeł­nił ją ener­gią potęż­niej­szą niż wszystko, co dotych­czas czuła.

Elsa wycią­gnęła przed sie­bie ramiona i pozwo­liła magii z pełną mocą wystrze­lić z dłoni. Lód i śnieg wypeł­niły powie­trze, a potem opa­dły na wody fiordu, roz­bry­zgu­jąc fale. Elsa odwró­ciła się i osło­niła twarz, chi­cho­cząc rado­śnie, kiedy woda roz­pry­ski­wała się wszę­dzie dookoła niej.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Anna spa­ce­ro­wała skra­jem mia­steczka. Pełną pier­sią oddy­chała rześ­kim jesien­nym powie­trzem. Tuż obok niej prze­le­ciał nie­siony wia­trem jaskra­wo­czer­wony liść. To był ide­alny dzień na zna­le­zie­nie ide­al­nej dyni. Nagle ujrzała swo­jego przy­ja­ciela i sze­roki uśmiech roz­ja­śnił jej twarz.

- Cie­szysz się swoim małym pry­wat­nym zlo­do­wa­ce­niem, Ola­fie? - zapy­tała bał­wanka, który wła­śnie opa­lał się w ogródku pomię­dzy dyniami, zado­wo­lony i zre­lak­so­wany.

- To jest jak cudowny sen, Anno - powie­dział i zła­pał tań­czący jaskra­wo­czer­wony liść. - Bar­dzo bym chciał, żeby to trwało wiecz­nie.

Anna zamknęła na chwilę oczy i wysta­wiła twarz w stronę cie­płych pro­mieni słońca.

- Mhmm - zamru­czała. A potem przy­po­mniała sobie o swoim celu i zaczęła się roz­glą­dać za naj­lep­szą dynią. Taką bez żad­nych dziur i wgnie­ceń. I żeby miała ładną zie­loną łodyżkę. No i żeby nie była krzywa ani koślawa. Pochy­liła się i postu­kała w jedną kost­kami pal­ców. Dynia wydała głu­chy dźwięk. Anna nie pamię­tała, czy to zna­czy, że dynia jest dobra, ale uwa­żała, że to naprawdę nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia, skoro i tak nie zamie­rzali jej jeść. Na razie więc kon­ty­nu­owała poszu­ki­wa­nia.

- A jed­nak zmiana zwo­dzi nas złud­nym pięk­nem... - ode­zwał się Olaf.

- Co? - zaśmiała się Anna, która wciąż uważ­nie oglą­dała każdą mijaną dynię. Jedna miała otwo­rek po robaku. A kolej­nej zde­cy­do­wa­nie bra­ko­wało ide­al­nego poma­rań­czo­wego koloru.

- Wybacz. Doj­rza­łem i sta­łem się poetyczny - zadu­mał się Olaf. - Powiedz mi, w końcu jesteś star­sza i wszystko już wiesz, czy nie mar­twi cię cza­sami to całe prze­mi­ja­nie?

- Nie, jakoś nie - odparła Anna, słu­cha­jąc jed­nym uchem.

Ide­alna dynia oka­zała się bar­dzo trudna do zna­le­zie­nia.

- Naprawdę? - upew­nił się bał­wa­nek. - Raaany, chciał­bym być już taki sędziwy jak ty i nie mar­twić się, co będzie...

Anna prze­rwała poszu­ki­wa­nia i sku­piła się na roz­mo­wie z Ola­fem.

- Nie o to mi cho­dziło - wyja­śniła. - Nie mar­twię się, bo no... bo mam cie­bie i Elsę, i Kri­stoffa, i Svena, a bramy zamku są znów sze­roko otwarte i już nie jestem sama... - Poło­żyła się obok bał­wanka, oparła wygod­nie głowę na ramio­nach i zapa­trzyła się w czy­ste błę­kitne niebo. Zasta­na­wiała się, jak wytłu­ma­czyć Ola­fowi, co miała na myśli. Wpa­dła na pomysł, usia­dła i wska­zała gni­jącą dynię. - Pew­nego dnia użyźni zie­mię i pomoże rosnąć innym dyniom, a więc tak cał­kiem nie prze­mi­jamy.

Anna zła­pała Olafa za rękę i pomo­gła mu wstać. Wyszli z ogródka i tuż przy furtce natknęli się na ide­alną dynię. Anna chwy­ciła ją pod pachę, po czym ruszyła z bał­wan­kiem w kie­runku mia­sta. Idąc, pró­bo­wała mu wyja­śnić, że jedne rze­czy się zmie­niają, pod­czas kiedy inne pozo­stają nie­zmienne. Tak już po pro­stu jest.

Z ulgą poło­żyła swoją dynię na wózku cią­gnię­tym przez siwego konia i powo­żo­nym przez bia­ło­wło­sego woź­nicę. Poma­chała im wesoło, kiedy odjeż­dżali w stronę rynku.

Jakaś duża rodzina - dziad­ko­wie, rodzice, malu­chy i star­sze dzieci - pozdro­wiła Annę i Olafa. Bał­wa­nek chciał podzie­lić się spo­strze­że­niem, że ludzie w tej rodzi­nie także pod­le­gali zmia­nom - nie­któ­rzy już się zesta­rzeli i naro­dziły się nowe dzieci - ale zanim się ode­zwał, Anna pocią­gnęła go do wła­śnie remon­to­wa­nego budynku.

- Podoba ci się ten kolor? - zapy­tała. I pod­czas gdy ona wypy­ty­wała mala­rza o nazwę tego odcie­nia błę­kitu, Olaf chciał powie­dzieć, że dom był kie­dyś biały, a teraz będzie nie­bie­ski, więc także pod­lega zmia­nom.

Anna nie słu­chała.

- Widzisz, Ola­fie?! - zawo­łała z uśmie­chem. - Nie­które rze­czy wcale się nie zmie­niają.