Prolog
Prolog
Na dalekiej Północy, tak dalekiej, że żaden
człowiek z Południa tam nie trafił, rosła Zaklęta Puszcza. Granic tego
cudownego miejsca strzegły potężne duchy żywiołów: Duch Powietrza, Duch
Ognia, Duch Wody i Duch Ziemi. A w niezbadanych leśnych ostępach żył
tajemniczy lud zwany Northuldrami. Byli to wędrowcy bez ziemi,
podążający za stadami reniferów. A ponieważ żyli w zgodzie i harmonii z naturą, wieść głosiła, że byli obdarzeni magicznymi mocami.
Nadszedł jednak dzień, kiedy do fiordu na południe od granic Zaklętej
Puszczy wpłynęły statki. Były to drewniane łodzie pełne ludzi, którzy
pragnęli właśnie w tym miejscu, blisko wody, osiedlić się i zadomowić. Z biegiem lat wyrosło tam królestwo Arendelle z majestatycznym zamkiem -
siedzibą króla.
Nowych przybyszów powitał władca Northuldrów, który spotkał się z ich
królem na klifie o zachodzie słońca. Uścisnęli sobie mocno dłonie, choć
pozostali widzieli tylko ich zamglone sylwetki, rzucające na ziemię
długi, szary cień.
W dowód przyjaźni i dobrej woli Arendelczycy wybudowali w Zaklętej
Puszczy potężną tamę na rzece, która miała ujście w fiordzie Aren. Nad
majestatycznymi, błękitnymi wodami fiordu wznosił się zamek Arendelle.
Tama niczym klamra łączyła rozległe ziemie po obu brzegach rzeki i ułatwiała Northuldrom oraz stadom reniferów ich coroczne wędrówki. Król
Runeard, władca Arendelle, ofiarował ją sąsiadom jako symbol pokoju i współpracy między ich narodami.
Gdy budowa została ukończona, Arendelczycy wyprawili wielkie przyjęcie.
Northuldrowie z daleka i bliska zebrali się u stóp tamy, by bratać się i ucztować wspólnie z mieszkańcami Arendelle. Młody książę Agnarr, syn
króla Runearda, po raz pierwszy był tak daleko od domu. Obserwował
wszystko z ogromną ciekawością i ekscytacją... póki nie zwróciło to uwagi
jego ojca.
Król Runeard chwycił syna pod brodę i zgromił go wzrokiem. Książę dobrze
wiedział, że lepiej nie prowokować ojca, który kazał mu stać prosto i z godnością, i zachowywać się jak na przyszłego monarchę przystało.
- Pamiętaj, Agnarze, reprezentujesz Arendelle - oznajmił i doradził mu
jeszcze: - Trzymaj się porucznika Mattiasa.
Młody człowiek w mundurze stanął na baczność, kiedy król przeszedł przed
nim wraz ze swoją strażą. Porucznik dostrzegł cień rozczarowania w spojrzeniu Agnarra. I nie było to tylko rozżalenie, że ojciec kazał mu
się zachowywać po królewsku, jak przystało na prawdziwego dyplomatę, a nie rozkapryszonego chłopca. Był to również żal, że znów go odsunął na
boczny tor z dala od rozmów ze starszyzną i wodzem Northuldrów.
Mattias wiedział, co należy uczynić.
- Robisz się coraz wyższy, no, no - mruknął, stanąwszy za Agnarrem. -
Może już przestań. - Wesoło szturchnął księcia łokciem. Agnarr
uśmiechnął się i oddał mu kuksańca. - Żartowałem. Chodź, przejdziemy
się.
Razem powędrowali w stronę zastawionych stołów, przepychając się w przyjacielskich zapasach.
A tymczasem Arendelczycy i Northuldrowie na dobre już zbratani, jedli,
pili, śmiali się wspólnie i gawędzili, jakby znali się od zawsze.
Gospodarze dali nawet pokaz akrobatyki na grzbietach reniferów.
Nagle uwagę Agnarra przykuło coś ukrytego w głębi mrocznego lasu. Było
to tak cudowne, że chyba nie mogło być prawdziwe. Wydawało mu się, że
dostrzega sylwetkę dziewczyny w swoim wieku, wirującej w powietrzu,
niczym niesione wiatrem liście. Nie huśtała się na gałęzi drzewa ani nie
bujała na pnączach, po prostu unosiła się, jakby ważyła tyle co nic.
Zapatrzony Agnarr postąpił kilka kroków w jej kierunku. Chwilę później
usłyszał szczęk oręża, trzask zderzających się tarcz i otrząsnął się z transu. Odwrócił się i zobaczył, że jego ludzie są atakowani!
Przychylność Northuldrów była tylko sprytnym wybiegiem. Agnarr rzucił
ostatnie spojrzenie na dziewczynę, lecz tajemnicza istota zniknęła. O ile w ogóle kiedykolwiek istniała.
Strzała ze świstem przeleciała tuż obok jego twarzy, więc zamarł w panice. Nigdy dotąd nie otarł się tak blisko o śmierć.
- Stań za mną! - zawołał Mattias i zdążył odciągnąć księcia na bok,
zanim kolejna strzała przeszyła miejsce, w którym sekundę wcześniej
znajdowała się jego głowa.
Agnarr trwał w odrętwieniu i mógł tylko przyglądać się brutalnej walce,
która toczyła się tuż przed nim, śledzić wzrokiem latające we wszystkie
strony strzały i słuchać szczęku broni. Zadrżał, widząc, jak jego ojciec
z mieczem w ręku stawia czoło władcy Northuldrów. Mattias trzymał
Agnarra ze wszystkich sił, kiedy książę krzyczał w desperacji. Pragnął
pobiec ojcu na pomoc, lecz jego słowa utonęły w bitewnym zgiełku.
Książę w końcu zdołał się oswobodzić, lecz w tym momencie król i władca
Northuldrów zniknęli za krawędzią klifu.
- Ojcze! - ryknął Agnarr i pognał przez pole bitwy, by jak najszybciej
dopaść skraju przepaści i szukać króla. Nagle buchnęły przed nim
płomienie. Potężny wybuch przetoczył się przez puszczę. Northuldrowie i Arendelczycy uciekali co sił w nogach, kiedy w tamę, grzmiąc jak burza,
uderzyła masa spienionej wody. Zerwał się wicher, a z nieba runęły głazy
niby gigantyczny grad. Jeden spadł tuż obok Agnarra. Siła uderzenia
wyrzuciła chłopca w powietrze, po czym cisnęła o ziemię. Książę uderzył
głową w skałę. Zanim stracił przytomność, z żalem zobaczył, że całe
magiczne piękno Magicznej Puszczy uległo zniszczeniu.
Wtedy posłyszał nieznany głos, jakby przesiąknięty smutkiem wieków.
Agnarr zastygł wsłuchany w żałosną pieśń. Przypomniał sobie, że
Northuldrowie wspominali o duchach zamieszkujących tamę, jej
budowniczych. "Czy to głos ducha? Czy on jest zły?", zastanawiał się
książę.
Niewidzialna siła uniosła Agnarra ponad lasem, ponad toczącą się na
ziemi bitwą. A później ogłuszający jęk ustał, jakby wściekłe duchy
przerwały zawodzenie. Puszczę spowiły cisza i nieprzenikniona jak skała
gęsta mgła, która rozdzieliła ludzi. Jednych zamknęła wewnątrz, a innych
zostawiła na zewnątrz...
Rozdział 1
Rozdział 1
Tamtej nocy wróciłem do domu jako władca
Arendelle - zakończył Agnarr.
Płomień świecy, którą trzymał, rzucał na jego twarz chybotliwe cienie,
kiedy król opowiadał tę historię swoim córkom na dobranoc. Obie
dziewczynki leżały na łóżku Elsy ciasno przytulone do matki, królowej
Iduny, i z szeroko otwartymi oczami i buziami chłonęły każde słowo ojca.
Matka przytuliła je do siebie, a one czuły się bezpiecznie, schowane pod
jej bordowym szalem.
- Ojejku, tato, to było nieziemskie - westchnęła Anna, wyobrażając sobie
wszystkie te wydarzenia, jakby osobiście w nich uczestniczyła. -
Kimkolwiek był ten, kto cię ocalił, to ja bardzo go kocham.
Król uśmiechnął się do swojej małej córeczki.
- I ja chciałbym wiedzieć, kto to był.
- A czy Northuldrowie naprawdę byli magiczni? - zastanawiała się Elsa.
Nie chciała wcale być taka jak oni. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby
skrzywdzić swojego przyjaciela. - Tak jak ja?
- Nie - zapewnił ją król Agnarr. - Nie byli magiczni. Po prostu
korzystali z magii lasu.
- A co się stało z duchami? I co się dzieje teraz w tamtym lesie? - Elsa
była ciekawa, czy ktokolwiek w ogóle się tym zainteresował po tym, gdy
duchy wpadły we wściekłość i obróciły się przeciwko wszystkim.
- Nie wiem - przyznał król. - W Zaklętej Puszczy wciąż unosi się mgła.
Nikt nie może tam wejść. Nikomu też od tamtego czasu nie udało się
stamtąd wyjść.
Królowa Iduna popatrzyła na męża znacząco, prosząc go wzrokiem, by
uważał na słowa. Nie chciała, by przestraszył dziewczynki.
- A zatem jesteśmy bezpieczni - powiedziała stanowczo.
- Tak - zgodził się król Agnarr. - Lecz pewnego dnia Zaklęta Puszcza
może się obudzić, a my musimy być przygotowani na każde płynące z niej
niebezpieczeństwo.
Królowa Iduna dostrzegła niepokój na twarzy Elsy.
- Nadszedł czas, by powiedzieć tatusiowi dobranoc - rzekła. Obie
dziewczynki były o wiele za młode, by myśleć o jakiejkolwiek walce,
zwłaszcza przed snem.
Król Agnarr wstał i skruszony spojrzał na żonę.
- O niee... A ja mam jeszcze tyle pytań - jęknęła Anna. Z nachmurzoną miną
patrzyła, jak ojciec całuje Elsę w czoło na dobranoc.
- Zachowaj je na inny dzień, Anno - poprosił król.
- Uch! - westchnęła. - Dobrze wiesz, że nie jestem taka cierpliwa.
Zerknęła na Elsę, która tylko pokiwała głową, przyznając siostrze rację.
Anna zacisnęła usta i zmarszczyła brwi. Ojciec wiedział, że bardzo stara
się być cierpliwa. Czule pocałował ją w czoło, a potem wyszedł z komnaty. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Anna zarzuciła mamę pytaniami:
- A tak właściwie to dlaczego Northuldrowie nas zaatakowali? Jeśli ktoś
ci daje prezenty, to raczej go bardzo lubisz!
- Czy myślisz, że las naprawdę kiedyś się obudzi? I co duchy sądzą o mojej magii? - wtórowała jej Elsa, zerkając niepewnie na matkę.
Spojrzenie Iduny zasnuła mgła, kiedy wspomniała własną przeszłość.
- Chciałabym to wiedzieć - przyznała po chwili. - Niestety, odpowiedź
zna tylko Ahtohallan.
- A-to... co?! - zawołała Anna.
Królowa zaśmiała się i pogłaskała twarzyczkę młodszej córki.
- W dzieciństwie mama śpiewała mi piosenkę o niezwykłej rzece
Ahtohallan. która ponoć kryje odpowiedzi na wszystkie zagadki
przeszłości, zna całe nasze dzieje - wyjaśniła. - Na zagadki świata,
którego jesteśmy częścią.
Zaintrygowane siostry spojrzały po sobie, a potem dwie pary dużych
błękitnych oczu wpatrzyły się w twarz królowej.
- Mamo, zaśpiewaj nam! - poprosiły chórem Anna i Elsa.
Iduna zerknęła w stronę drzwi, niepewna, czy spełnić prośbę córek.
Wreszcie doszła do wniosku, że nie ma nic złego w tym, by dziewczynki
usłyszały starą kołysankę i skinęła głową.
- No dobrze. Chodźcie, ale najpierw wtulanko i przytulasy - powiedziała,
przygarniając do siebie Annę i Elsę i starannie okrywając je szalem.
Głos królowej był niski i ciepły. Słowa kołysanki śpiewanej niegdyś
przez jej matkę popłynęły kojącym strumieniem. W uszach dziewczynek
brzmiały jak dźwięki najczystszej miłości. Anna zasnęła, jeszcze zanim
pieśń dobiegła końca. Królowa wzięła ją na ręce i, lekko kołysząc w ramionach, zaniosła w głąb komnaty do drugiego łóżeczka. Delikatnie
ułożyła córeczkę i troskliwie otuliła kołdrą. Potem wróciła do Elsy wraz
z ostatnimi słowami pieśni.
- A teraz śpij, moja mała śnieżynko - powiedziała i ucałowała obie
dłonie córki.
Poprawiła jej poduszki, pogładziła długie włosy i zabrała ze stolika
przy łóżku migoczącą świecę.
- Mamo? - odezwała się Elsa, kiedy Iduna już sięgała klamki.
- Czy myślisz, że rzeka Ahtohallan wie, skąd wzięła się moja moc?
Królowa z namysłem szukała właściwych słów.
- Sądzę, że Ahtohallan zna odpowiedź na to i na wiele innych pytań -
przyznała po chwili.
Elsa z westchnieniem opadła na poduszki.
- Ktoś powinien ją odnaleźć - oświadczyła.
Uśmiech na twarzy królowej Iduny był słodko-gorzki, kiedy wyszła na
korytarz i zamknęła za sobą drzwi sypialni córek.
Z echem pieśni śpiewanej przez matkę Elsa odpłynęła do krainy snów.
Śniła o odnalezieniu Ahtohallan, a także o poznaniu odpowiedzi na
wszystkie pytania, które kiedykolwiek ją nurtowały... oraz na kilka pytań
siostry.
Całe Arendelle spowijała cisza, noc była spokojna - nawet na zamku - gdy
Anna na paluszkach przebiegła po rozłożonych na podłodze dywanach.
Trochę trwało, zanim pięcioletni szkrab wgramolił się na wysokie łóżko
starszej siostry. Kiedy wreszcie jej się udało, podpełzła bliżej Elsy i potrząsnęła ją za ramię.
- Elsa! - powiedziała głosem, który w zamierzeniu miał być szeptem, lecz
teraz zabrzmiał jak odgłos trąby. - Psst! Elsa, obudź się! Obudź się!
Obudź się!
Elsa nie lubiła, kiedy ktoś wyrywał ją ze snu. Wpadała wtedy w bardzo
zły humor.
- Anno! - burknęła, odwróciła się do siostry plecami i nakryła kołdrą po
uszy. - Wracaj do łóżka.
- Nie mogę - poskarżyła się Anna i rzuciła się na pościel jak
rozkapryszone dziecko... które nie zamierza ustąpić. - Niebo nie śpi. Ja
też bardzo nie śpię. Chodź, pobawimy się!
Zapatrzyła się w okno, za którym rozgrywał się przepiękny spektakl
tańczącej zielononiebieskiej zorzy polarnej. Jej blask rozpromieniał
całe niebo. Potem zerknęła na zakopaną pod okryciami siostrę. Postukała
palcem w jej plecy. Potem szturchnęła mocniej. A na koniec zabrała się
do zdzierania z niej kołdry.
- Jeśli pobawię się z tobą przez chwilę, to pozwolisz mi potem spać, ile
zapragnę?! - Spod sterty koców dobiegł stłumiony głos.
- Tak! - zawołała Anna i z zapałem pokiwała głową.
Mimo tej szczerej obietnicy Elsa wlokła się niechętnie, kiedy Anna
ciągnęła ją w stronę Wielkiej Sali. A potem obudziła się jej lodowa moc,
która odmieniła życie obu dziewcząt.
Rozdział 2
Rozdział 2
Wiele lat później, kiedy siostry były już
dorosłe, ich rodzicie zginęli na morzu, a Elsa została królową
Arendelle, słońce świeciło wesoło ponad stromymi brzegami fiordu Aren.
Elsa wyszła na balkon, czekając na spotkanie z zagranicznymi
dygnitarzami, których miała pożegnać przed ich podróżą powrotną do domu.
Wcześniej rozmawiała z nimi o handlu i eksporcie, a także o mieszkańcach
Arendelle oraz ich potrzebach. Anna zwykła mawiać, że jej siostra była
pełna godności i mądrości ponad swój wiek.
- Wasza Wysokość, goście czekają.
Elsa aż podskoczyła na dźwięk głosu Kaja, jednego ze swoich najbardziej
zaufanych doradców. Kaj znał Elsę od dnia jej narodzin. Widział
wyraźnie, że jest zdenerwowana, ale dyskretnie zachował tę obserwację
dla siebie. Królowa trzymała się balustrady, a jej nerwowy ruch w jednej
chwili zmienił poręcz w lód. Pokryła zmieszanie śmiechem.
- Och, wybacz, już idę - powiedziała.
Przywróciła balustradzie zwykły wygląd i ruszyła za Kajem do zamku,
kiedy nagle zatrzymał ją w miejscu śpiewny głos, nawołujący z oddali.
Był piękny, a jednocześnie przepojony bezbrzeżnym smutkiem. Odwróciła
się w stronę horyzontu.
- Słyszałeś to? - spytała Kaja.
- Co takiego? - zdziwił się Kaj.
- Ten głos - wyjaśniła Elsa.
Kaj zmarszczył brwi.
- Nic nie słyszę...
Głos umilkł równie nagle, jak wcześniej się pojawił. Elsa obróciła się i dostrzegła niepokój na twarzy swojego doradcy. Uśmiechnęła się do niego,
próbując otrząsnąć z nieprzyjemnego uczucia, które nią owładnęło.
- Nieważne - bąknęła i udała się do zamku. W sali audiencyjnej Kristoff
właśnie pokazywał gościom sztuczki ze Svenem. Wcześniej podzielił się z nimi kilkoma ciekawostkami na temat reniferów, które mogły pomóc im w wydajniejszej uprawie zbóż i sprawniejszym przemieszczaniu się po
Arendelle. Kiedy Kristoff skończył, Elsa wyszła na środek sali, by
oficjalnie pożegnać delegację.
"Wszystko idzie świetnie", myślała, powoli odzyskując równowagę i spokój, choć wciąż czuła napięcie i silną potrzebę uwolnienia swojej
magii.
- Jeszcze raz dziękuję za wizytę - żegnała się z każdym delegatem po
kolei. - To było owocne spotkanie.
Po spełnieniu tego obowiązku czym prędzej opuściła salę, przemierzyła
korytarze i wyszła z zamku przez główną bramę. W drodze nad brzeg fiordu
pozdrawiała mieszkańców miasta i przyjezdnych. Minęła łódki i ogromne
statki zacumowane w porcie, wędrowała wzdłuż brzegu, póki nie znalazła
się zupełnie sama, bez otaczających ją ludzi. To tutaj zwykle
przychodziła, kiedy dopadała ją potrzeba wyrzucenia z siebie nadmiaru
magicznej mocy. Kimkolwiek lub czymkolwiek był głos, który przemawiał do
niej melodią bez słów, wypełnił ją energią potężniejszą niż wszystko, co
dotychczas czuła.
Elsa wyciągnęła przed siebie ramiona i pozwoliła magii z pełną mocą
wystrzelić z dłoni. Lód i śnieg wypełniły powietrze, a potem opadły na
wody fiordu, rozbryzgując fale. Elsa odwróciła się i osłoniła twarz,
chichocząc radośnie, kiedy woda rozpryskiwała się wszędzie dookoła niej.
Rozdział 3
Rozdział 3
Anna spacerowała skrajem miasteczka. Pełną
piersią oddychała rześkim jesiennym powietrzem. Tuż obok niej przeleciał
niesiony wiatrem jaskrawoczerwony liść. To był idealny dzień na
znalezienie idealnej dyni. Nagle ujrzała swojego przyjaciela i szeroki
uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- Cieszysz się swoim małym prywatnym zlodowaceniem, Olafie? - zapytała
bałwanka, który właśnie opalał się w ogródku pomiędzy dyniami,
zadowolony i zrelaksowany.
- To jest jak cudowny sen, Anno - powiedział i złapał tańczący
jaskrawoczerwony liść. - Bardzo bym chciał, żeby to trwało wiecznie.
Anna zamknęła na chwilę oczy i wystawiła twarz w stronę ciepłych
promieni słońca.
- Mhmm - zamruczała. A potem przypomniała sobie o swoim celu i zaczęła
się rozglądać za najlepszą dynią. Taką bez żadnych dziur i wgnieceń. I żeby miała ładną zieloną łodyżkę. No i żeby nie była krzywa ani koślawa.
Pochyliła się i postukała w jedną kostkami palców. Dynia wydała głuchy
dźwięk. Anna nie pamiętała, czy to znaczy, że dynia jest dobra, ale
uważała, że to naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia, skoro i tak nie
zamierzali jej jeść. Na razie więc kontynuowała poszukiwania.
- A jednak zmiana zwodzi nas złudnym pięknem... - odezwał się Olaf.
- Co? - zaśmiała się Anna, która wciąż uważnie oglądała każdą mijaną
dynię. Jedna miała otworek po robaku. A kolejnej zdecydowanie brakowało
idealnego pomarańczowego koloru.
- Wybacz. Dojrzałem i stałem się poetyczny - zadumał się Olaf. - Powiedz
mi, w końcu jesteś starsza i wszystko już wiesz, czy nie martwi cię
czasami to całe przemijanie?
- Nie, jakoś nie - odparła Anna, słuchając jednym uchem.
Idealna dynia okazała się bardzo trudna do znalezienia.
- Naprawdę? - upewnił się bałwanek. - Raaany, chciałbym być już taki
sędziwy jak ty i nie martwić się, co będzie...
Anna przerwała poszukiwania i skupiła się na rozmowie z Olafem.
- Nie o to mi chodziło - wyjaśniła. - Nie martwię się, bo no... bo mam
ciebie i Elsę, i Kristoffa, i Svena, a bramy zamku są znów szeroko
otwarte i już nie jestem sama... - Położyła się obok bałwanka, oparła
wygodnie głowę na ramionach i zapatrzyła się w czyste błękitne niebo.
Zastanawiała się, jak wytłumaczyć Olafowi, co miała na myśli. Wpadła na
pomysł, usiadła i wskazała gnijącą dynię. - Pewnego dnia użyźni ziemię i pomoże rosnąć innym dyniom, a więc tak całkiem nie przemijamy.
Anna złapała Olafa za rękę i pomogła mu wstać. Wyszli z ogródka i tuż
przy furtce natknęli się na idealną dynię. Anna chwyciła ją pod pachę,
po czym ruszyła z bałwankiem w kierunku miasta. Idąc, próbowała mu
wyjaśnić, że jedne rzeczy się zmieniają, podczas kiedy inne pozostają
niezmienne. Tak już po prostu jest.
Z ulgą położyła swoją dynię na wózku ciągniętym przez siwego konia i powożonym przez białowłosego woźnicę. Pomachała im wesoło, kiedy
odjeżdżali w stronę rynku.
Jakaś duża rodzina - dziadkowie, rodzice, maluchy i starsze dzieci -
pozdrowiła Annę i Olafa. Bałwanek chciał podzielić się spostrzeżeniem,
że ludzie w tej rodzinie także podlegali zmianom - niektórzy już się
zestarzeli i narodziły się nowe dzieci - ale zanim się odezwał, Anna
pociągnęła go do właśnie remontowanego budynku.
- Podoba ci się ten kolor? - zapytała. I podczas gdy ona wypytywała
malarza o nazwę tego odcienia błękitu, Olaf chciał powiedzieć, że dom
był kiedyś biały, a teraz będzie niebieski, więc także podlega zmianom.
Anna nie słuchała.
- Widzisz, Olafie?! - zawołała z uśmiechem. - Niektóre rzeczy wcale się
nie zmieniają.