Kraina łagodności - Agnieszka Olejnik

-
Proszę czekać

* * *

To nie były wysokie, strzeliste szczyty, lecz wzgórza o łagodnie zaokrąglonych grzbietach, które zaczynały już przybierać jesienne barwy. Wijąca się między nimi szosa przypominała popielatą tasiemkę rzuconą niedbale na misternie utkaną kolorową narzutę. Wśród melanżu zieleni, złota oraz brązu tu i ówdzie kraśniały czerwone łatki dachów.

Bogusia nigdy wcześniej nie odwiedzała tych stron. Owszem, zdarzało jej się rekreacyjnie jeździć w góry, ale zawsze wybierała między Karkonoszami a Kotliną Kłodzką, ponieważ tam miała najbliżej z Wrocławia. Region, przez który właśnie jechała, był dla niej zupełnie nieznanym lądem, zwłaszcza że gubiła się w nazwach. Nie odróżniała Beskidu Niskiego od Żywieckiego, Wyspowego od Śląskiego... I mówiąc szczerze, niezbyt ją to interesowało.

Nawigacja odezwała się znienacka po długiej ciszy, aż Bogusia drgnęła z zaskoczenia.

- Skręć w lewo.

- W lewo? Serio? - mruknęła. - To wygląda jak ścieżka rowerowa. Oby tylko nic nie jechało z naprzeciwka, bo się nie wyminiemy.

Linda milczała. Skuliła się na przednim siedzeniu, zdjęła buty i podciągnęła nogi tak, że kolana miała niemal pod brodą. W tej pozycji, zwinięta niczym embrion i zwrócona twarzą do szyby, jakby chciała znaleźć się jak najdalej od matki, spędziła ostatnie trzy godziny. Bogusia nie rozumiała, skąd ta obcość, czym sobie na nią zasłużyła, ale odpuściła próby rozgryzienia tej zagadki. Dociekanie przyczyn zostawiała na lepsze czasy - teraz najważniejsze było, żeby usunąć skutki. Ratować córkę za wszelką cenę.

Wiedziała, że Zula mieszka na odludziu, lecz nie spodziewała się, że będzie to zupełny koniec świata. Minęły ostatnie miejscowości. Z mapy wynikało, że asfalt za chwilę się skończy, a GPS wciąż pokazywał cztery kilometry. Bogusię ogarnęło złe przeczucie, które rychło stało się faktem: dalej dojechać się po prostu nie dało. Równa nawierzchnia ustąpiła kocim łbom, te przeistoczyły się w szutrową drogę polną, aż w końcu droga stała się zwykłą ścieżką.

Trzeba będzie chwycić bagaże w garść i po prostu pójść pieszo. Na szczęście nawigacja w telefonie informowała, że zostało tylko osiemset metrów. Bogusia zatrzymała auto, zgasiła silnik i przez chwilę wpatrywała się w zarośla, między którymi nikła dróżka. Dobrze, że nie dotarłyśmy tu po zmroku, pomyślała, na siłę szukając pozytywów, by dodać sobie otuchy.

Spojrzała na Lindę, która ani drgnęła. Nie zmieniła nawet pozycji ani wyrazu twarzy. Jej wzrok wydawał się martwy, jakby zamiast oczu miała szklane kulki.

- Wysiadamy - powiedziała znękana Bogusia. - Dalej trzeba maszerować.

Nic.

Westchnęła ciężko. Kamień, który od wielu tygodni zalegał na jej piersi, zdawał się teraz jeszcze cięższy. Rozpięła pasy i wysiadła. Wiedziała, że córka w końcu zrozumie, co się dzieje, tyle że z opóźnieniem. Tak reagowała na leki - jakby jej ciało znajdowało się w kokonie, który wygłuszał bodźce albo sprawiał, że docierały do niej wolniej, dużo słabsze, niejako stłumione.

Czy auto może tu zostać do jutra? Bogusia obeszła samochód i przyjrzała się spłachetkowi trawy, na którym się zatrzymała. Przyzwyczaiła się do ceregieli z parkowaniem, bo przed blokiem na wrocławskim Biskupinie był z tym wieczny problem. Ale tutaj nikomu nie powinno przeszkadzać, jeśli jej Peugeot zastawi ścieżkę. Chyba żeby ktoś jechał rowerem, odpowiedziała samej sobie - dlatego jednak wsiadła ponownie i przeparkowała, by nie blokować drogi ewentualnym cyklistom.

Linda nadal nie reagowała, więc jej matka zajęła się bagażami. Dla siebie zabrała z domu jedynie małą torbę: z bielizną na kolejny dzień, podstawowymi kosmetykami i koszulą nocną. Córkę spakowała jednak w wielką walizkę, bo nie potrafiła przewidzieć, na jak długo zostawi ją w tym miejscu. Oby jak najkrócej.

- Wysiądź, córuś!

Otworzyła drzwi od strony pasażera i położyła dłoń na ramieniu Lindy. Leciutko, żeby jej nie przestraszyć. Wiedziała, że dziewczynie zdarza się drzemać z otwartymi oczami. No, może nie była to drzemka w dosłownym znaczeniu, raczej rodzaj letargu, zawieszenia - jak komputer pozostawiony w trybie stand by. Niby w tle toczą się jakieś procesy, ale zasadniczo wygląda, jakby nic nie działało. W takich sytuacjach należało postępować z córką ostrożnie, "uruchamiać" ją powoli i delikatnie, żeby nie zareagowała atakiem paniki.

Udało się - coś drgnęło. Spojrzenie stało się przytomniejsze, twarz przestała przypominać woskową maskę, pojawił się na niej sztuczny półuśmiech. W głębi ducha Bogusię irytowało, że Linda próbuje się uśmiechać, choć nie czuje ani odrobiny wesołości. Nie było w tym niczego pozytywnego - po prostu wyuczony grymas, ułożenie warg w taki, a nie inny sposób. Jakby uznała, że świat oczekuje tego od niej, toteż posłusznie unosiła kąciki ust, niezależnie od tego, co działo się w jej duszy.

Co się porobiło z tą dziewczyną? - zadawała sobie pytanie jej matka. Jakim cudem człowiek aż tak się może zmienić? Przecież zawsze była niezależna, robiła tylko to, co uważała za słuszne, nie przyjmowała pouczeń ani rad. Dlaczego stała się taka potulna?

Bogusia z wysiłkiem pociągnęła walizkę, której kółka zahaczały o nierówną nawierzchnię. Przez lewe ramię przewiesiła sobie torbę.

- Proszę, wstań - poprosiła córkę, bardzo się starając, by w jej tonie nie zabrzmiała nawet najcichsza nuta udręczenia. - Nie dam rady cię holować za rękę.

Linda powoli odwróciła głowę i posłała jej ospałe, nieco zdziwione spojrzenie. Potem z wysiłkiem, jakby jej ciało ważyło kilka ton, spróbowała dźwignąć się z fotela.

- Jesteś przypięta - podpowiedziała Bogusia.

Dziewczyna w ślimaczym tempie rozpięła pasy bezpieczeństwa i wygramoliła się z pojazdu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, zaciekawienia czy niezadowolenia. Zupełnie nic. Nawet nie zadrżała od chłodu, choć było wyraźnie zimniej niż we Wrocławiu, a ona miała rozpiętą bluzę.

Bogusia namacała w kieszeni kluczyki i zamknęła samochód.

- W drogę! - rzuciła z udawaną werwą, starając się ukryć, jak bardzo chce jej się płakać. - Idziemy do ciotki Zuli.

Ruszyły powoli, starsza przodem, za nią zaś - wciąż w nienaturalnie zwolnionym tempie - młodsza. Kółka walizki nieustannie blokowały się na kamieniach i pecynach trawy, było więc oczywiste, że nieprędko dotrą do celu. To nic, powtarzała sobie w duchu matka, dam radę, wytrzymam. Nie mogę się poddać. Obie musimy wykrzesać z siebie resztkę sił.

Ścieżka, początkowo wiodąca po w miarę płaskim terenie, teraz zaczęła piąć się pod górę. Bogusia dyszała ciężko, łomotało jej w piersiach i skroniach. Zatrzymała się, by sprawdzić, jak radzi sobie Linda; wykorzystała tę przerwę na wyrównanie oddechu. Przypomniało jej się, że obiecała zadzwonić, gdy dojedzie, wybrała więc numer Cyryla. Przyjaciel odebrał natychmiast, jakby czekał przy telefonie.

- No, gdzie jesteś? - zapytał.

- W chaszczach - odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Poza cywilizacją. Droga się skończyła, więc zostawiłam auto przy ścieżce i dalej ruszyłyśmy na piechotę.

- W każdym razie dojechałaś szczęśliwie - podsumował pogodnie.

- Dojechałam. No, musimy iść. Do zobaczenia pojutrze. Cześć.

Skończyła rozmowę i odczekała, aż córka, która właśnie do niej dołączyła, odsapnie. Potem znów podjęły marsz.

Mniej więcej po kwadransie mozolnej wędrówki dotarły do rozwidlenia. Odnoga ścieżki wiodąca w lewo była szersza i wydawała się wygodniejsza z powodu równej nawierzchni. Niestety drewniana tabliczka z nieco zatartym napisem "Dobrodzieje 0,5 km" wskazywała tę prawą, bardziej stromą, kamienistą i ginącą w gęstych zaroślach.

Uszu Bogusi dobiegły szelest i trzask gałązek. Zatrzymała się, wystraszona. To musi być jakieś duże stworzenie, pomyślała. Może jeleń albo łoś? Czy w Beskidach żyją łosie? Nie wiedziała; słyszała natomiast o wilkach. Oby Linda nie dostała ataku paniki, bo to tylko pogorszy sprawę.

Na szczęście zza zakrętu dróżki wyłonił się człowiek, nie zwierz. Potężny mężczyzna, ze dwa metry wzrostu, szeroki w barach i zarośnięty jak sam diabeł, w wytartych na kolanach dżinsach oraz grubym swetrze, który wyglądał, jakby od kilku lat nie miał kontaktu z wodą.

Nieznajomy posłał kobietom nieufne spojrzenie, za którym kryło się coś dziwnego. Bogusia nie zdążyła jednak zastanowić się, co to takiego. Może miał lekkiego zeza? W każdym razie jego wzrok budził niepokój. Mężczyzna maszerował w dół szybkim, równym tempem. Mijając je, mruknął niewyraźnie - równie dobrze mogło to być pozdrowienie, jak przekleństwo - po czym zniknął za zakosem szlaku.

Bogusia zaczerpnęła głęboki haust powietrza. Już tylko pół kilometra, pomyślała, chowając teleskopowy uchwyt walizki. Używanie kółek w takich okolicznościach nie miało sensu - nie dało się ani ciągnąć bagażu, ani go pchać. Poradzę sobie, powtórzyła w duchu kilka razy, jakby to była mantra, po czym chwyciła rączkę i podźwignęła z wysiłkiem walizkę.

* * *

Dom był drewniany, lecz wcale nie przypominał skromnej leśnej chatki - raczej posiadłość bogatych górali. Gdyby nie to, że ściany z bali poczerniały już ze starości, można by go wziąć za nowobogacką rezydencję udającą tradycyjny dom, a w rzeczywistości będącą willą z sauną, jacuzzi i kortem tenisowym.

No i gdyby nie otoczenie. Nowobogackie wille, niezależnie od tego, z czego je zbudowano, stawia się przeważnie na działkach zadbanych i wypielęgnowanych. Ta posesja taka nie była. Przeciwnie - odnosiło się wrażenie, że tym miejscem niepodzielnie włada natura. Jesienne kwiaty rosły równie bujnie jak chwasty, zamiast ogrodzenia ogród okalały gęste chaszcze, a gałęzie buków zdawały się zaglądać do okien domu.

Bogusia postawiła walizkę na podjeździe, na którym chyba rzadko parkował jakikolwiek samochód, bo wszędzie rozpanoszyły się marcinki w kilku odcieniach fioletu. Obejrzała się; Linda szła za nią powoli, ale wytrwale. Przynajmniej tyle dobrego, że nie trzeba jej było pchać ani ciągnąć.

Kiedy znalazły się przed domem, matka mocno chwyciła dziewczynę za rękę, jakby w obawie, że mogłaby jej uciec.

- Jesteśmy! - powiedziała pogodnie, choć tak naprawdę wszystko w niej drżało z ogromnego napięcia niczym naprężone struny gitary pod palcami muzyka. - Śmiało. Poznasz moją siostrę.

Spodziewała się, że Zula wyjdzie im na spotkanie, tak się jednak nie stało. Może powinnam była wysłać wiadomość, że dojeżdżamy, pomyślała. Ponieważ jednak teraz nie miało to już sensu, leciutko pociągnęła apatyczną córkę w stronę ganku.

- Miejmy to za sobą - mruknęła tak cicho, żeby Linda nie słyszała.

Schody były kamienne, podobnie jak cała podmurówka. Kolejny dowód na to, że Zula nie mieszkała w nowoczesnej podróbce góralskiego domu, lecz w oryginalnej, zapewne dość starej chałupie beskidzkiej. Tyle że dobrze utrzymanej i okazałej, być może należącej kiedyś do jakiegoś bogatego bacy.

Linda zatrzymała się przed pierwszym stopniem. Bogusia spodziewała się tego - choć brzmiało to dziwnie, jednym z objawów zaburzeń u jej córki była niechęć do schodów. A może zresztą nie chodziło o same schody, lecz o drzwi? Kiedy po wypisie ze szpitala zabrała dziewczynę do jej mieszkania w Głogowie, Linda dostała ataku paniki właśnie przed wejściem do budynku. Więc może szło raczej o klatkę schodową?

Umysł ludzki to wielka zagadka. Nawet psychiatra tak się wyraził: że w gruncie rzeczy nie ma wglądu w to, co dzieje się w głowach jego pacjentów. Jedyna szansa, że tutaj, w tej beskidzkiej głuszy, uda się chorej dojść do siebie, powtarzała Bogusia w myślach, cierpliwie ciągnąc Lindę, by pokonała kolejny stopień schodów. I jeszcze jeden. I następny.

Zanim dotarły do drzwi, była już zziajana. Nadal trzymała córkę za rękaw. Poprawiła torbę na ramieniu, po czym wzięła głęboki wdech, jak przed skokiem na główkę - i mocno zastukała w ciężkie drewniane drzwi.

Przez kilkanaście sekund nic się nie działo. Bogusia zapukała ponownie, tym razem głośniej. Znowu nic. Może powinna nacisnąć klamkę i po prostu wejść? Spojrzała na Lindę, jakby oczekiwała od niej jakiejś sugestii. Dziewczyna stała bezradnie, ze zwieszonymi ramionami i powiekami opuszczonymi w taki sposób, jakby lada moment miała zasnąć.

Wtem wewnątrz dał się słyszeć odgłos kroków - miarowy, dudniący, coraz głośniejszy. Musi mieć drewniane podłogi, zdążyła pomyśleć Bogusia, zanim drzwi stanęły otworem.

Westchnęła. Już zapomniała, jak piękną kobietą jest jej siostra. Nadal, mimo upływu lat, mimo siwych pasm w kruczoczarnych niegdyś włosach oraz kurzych łapek rozchodzących się promieniście od zewnętrznych kącików oczu ku skroniom, Zula wyglądała zjawiskowo.

- Dlaczego od tej strony? - zapytała, blokując ciałem przejście, jakby niewerbalnie chciała przekazać informację, że nie życzy sobie gości. - Prędko, do środka, bo Watson wycieknie.

Ostatnie zdanie zabrzmiało tak nielogicznie, że przez chwilę Bogusia czuła się oszołomiona - jak wtedy, gdy ogląda się komedię z absurdalnymi gagami, następującymi jeden po drugim. Ale ledwo gospodyni zamknęła drzwi za przybyłymi, padło wyjaśnienie:

- Watson to jeden z moich kotów. Potrafi nie wiedzieć kiedy czmychnąć, a przeciska się nawet przez najwęższe szczeliny, dlatego mówię, że wycieka. Dosłownie przesiąka między nogami jak woda, a potem, przerażony wielkim światem, włazi na drzewo i nie umie zejść. - Urwała, widząc, że Bogusia przestała słuchać. - No, to witajcie...

Rozłożyła ramiona, ale siostra przerwała jej chłodnym tonem:

- Muszę wrócić po walizkę. Lindi, zdejmij buty.

Linda ani drgnęła. Nadal stała z opuszczonymi ramionami, co nadawało jej wygląd zepsutej marionetki. Na twarzy Zuli zastygł uśmiech, który stopniowo bladł. Bogusia zsunęła z ramienia torbę i położywszy ją na podłodze, wyszła.

Niech wie, że między nami nic się nie naprawiło i nigdy nie naprawi, powiedziała sobie w duchu. Przywiozłam tu Lindę, bo nie widziałam innego wyjścia. Zula powiedziała kiedyś, że zrobiłaby dla mojej córki wszystko, niech więc udowodni prawdziwość tych słów. Tyle. I tylko tyle, nic więcej. Bliskości ani zaufania między nami nie będzie.

Szarpnęła wściekle rączkę bagażu, jakby to była jego wina, że relacje między nią a siostrą tak się pokomplikowały. Z wysiłkiem pociągnęła walizkę po nierównym gruncie. Jak w ogóle można tak zaniedbać otoczenie domu? Gdzie Zula parkuje?! Bogusia rozejrzała się po obejściu i dopiero wówczas wróciło do niej zadane przez siostrę pytanie: "Dlaczego od tej strony?". Zapewne za budynkiem znajdował się właściwy podjazd. Znając moje pieskie szczęście, okaże się, że mogłam komfortowo podjechać pod sam dom, pomyślała. Wszystko przez to, że nie przeanalizowałam tras, które proponował mi GPS. Wybierając najkrótszą, czasem strzela się kulą w płot.

- Pomóc ci z tą walizą? - Dobiegający zza uchylonego okna głos siostry wyrwał ją z zadumy.

Widocznie Zula pomyślała, że Bogusia nie może sobie dać rady i dlatego tak długo nie wraca.

- Nie trzeba. Idę.

Wtaszczyła bagaż i już bez pukania wkroczyła do pachnącego drewnem wnętrza. Zaczerpnęła powietrza, jakby czekało ją trudne wyzwanie. Dlaczego tak się denerwuję? - przemknęło jej przez głowę. Skąd ten wewnętrzny dygot jak przed egzaminem? To tylko moja podła siostra. Przypadkiem się składa, że ma to, czym ja nie dysponuję: dom na wsi, święty spokój, ciszę, świeże powietrze, jakieś tam (nawet jeśli ocierające się o szamaństwo) umiejętności leczenia - i czas. Dużo czasu. Tego najbardziej potrzebuje moja córka. I tylko dlatego ją tu przywiozłam.

Godzinę później siedziały we dwie w kuchni. Linda spała; ostatnio w ogóle przesypiała większość doby, co było kolejnym skutkiem ubocznym leków.

Za oknem zapadł już zmrok. Z zewnątrz nie wpadało nawet najlichsze światło. Gdyby zgasiły lampę, pogrążyłyby się w zupełnej ciemności. Bogusia, od zawsze mieszkająca w centrum miasta, nie przywykła do takich nocy. Odzwyczaiła się także od rozmów z siostrą, dlatego czuła się nieswojo. Kark sztywniał jej od ciągłego odwracania głowy, bo nie chciała patrzeć Zuli w oczy.

Gospodyni postawiła na stole kubek aromatycznej herbaty, na powierzchni której unosiła się suszona gałązka lawendy.

- Jeszcze nie! - ostrzegła, widząc, że siostra bierze łyżeczkę i sięga po słoiczek z miodem. - Zaczekaj, aż przestygnie, bo zabijesz wszystko, co miód ma w sobie cennego. Stanie się zwyczajnym cukrem.

Bogusia odczuła pokusę, by zignorować te słowa i ostentacyjnie "zabić" Bogu ducha winny miód, ale powstrzymała ją świadomość, jak bardzo byłoby to dziecinne. Mogła być wściekła na siostrę, lecz zachowania w stylu "na złość babci odmrożę sobie uszy" były przecież poniżej godności.

- No dobrze, to teraz rozluźnij się, bo widzę, że jesteś spięta. To szkodzi na wątrobę. Schowaj kolce jadowe i zacznij opowiadać - odezwała się Zula z lekką kpiną w głosie. - Nie obawiaj się, już rozumiem twoją mowę ciała: jesteś tu tylko dlatego, że czegoś ode mnie potrzebujesz. Nie ma to nic wspólnego z nami jako siostrami.

Podniosła ręce, widząc wrogą minę Bogusi.

- Spokojnie! Nie mówię tego, żeby się kłócić. Naprawdę rozumiem. Ale jeśli mam pomóc Lindzie, muszę znać całą historię. Więc od samiuśkiego początku: Kiedy to się zaczęło? Kiedy pojawiły się pierwsze symptomy, że dzieje się coś złego?

Bogusia westchnęła. Mogłaby wymyślić jakąś kąśliwą ripostę na temat kolców jadowych, lecz była zbyt zmęczona, by wdawać się w potyczki słowne.

- Nie wiem, kiedy się zaczęło. Nie mieszkamy razem od kilku lat. Linda kupiła kawalerkę w Głogowie. Wiesz, jak to jest z dorosłą córką: przyjeżdżała na święta, wpadała z kwiatami na urodziny, imieniny czy Dzień Matki, ale nie miałyśmy zbyt częstego kontaktu. Jest bardzo samodzielna, taka osobna, raczej skryta. Nigdy się nie zwierzała, nawet jako nastolatka, a co dopiero teraz. Dzwoniła od wielkiego dzwonu, na ogół po to, żeby zapytać o jakieś sprawy kulinarne, bo lubiła sobie coś specjalnego ugotować. - Bogusia zamyśliła się na moment, po czym podjęła: - Sporadycznie zdarzało się, że przysyłała na WhatsAppie swoje zdjęcia w dwóch różnych stylizacjach. Pisała: "Idę na randkę, w której lepiej?". No więc doradzałam. Ale naprawdę nie było w tych naszych kontaktach żadnej regularności. Dlatego nie zauważyłam tego "samiuśkiego początku", jak to ujęłaś. Gdybyśmy telefonowały do siebie codziennie i nagle przestałaby się odzywać, to co innego.

- Rozumiem.

- Myślę, że jej problemy musiały się zacząć jakiś rok temu, latem.

- A ten wniosek stąd, że...?

- Że tamte wakacje po raz pierwszy od lat spędziła u mnie. Całe dwa miesiące. Nie wychodziła z domu, choć proponowałam kino, spacer, teatr, koncert... Leżała ze słuchawkami na uszach albo zamykała się w łazience. Dorosła kobieta, która nie ma żadnych znajomych, zainteresowań, pomysłów na urlop? Nie wyraża na nic ochoty? Trochę mnie to niepokoiło. Ale ilekroć pytałam, odpowiadała, że wszystko dobrze, jest po prostu okropnie zmęczona, rok szkolny dał jej popalić, chce tylko porządnie odpocząć. Takie ogólniki... Pomyślałam sobie wtedy, że może przeżyła nieszczęśliwą miłość. Zawsze była ogromnie tajemnicza w tych sprawach, nie lubiła opowiadać o uczuciach. Kiedy pytałam, czy ma kogoś, odpowiadała ze śmiechem, żebym się nie martwiła, na pewno uprzedzi mnie, zanim wyjdzie za mąż. Wiedziałam jedynie, że chodzi na randki, no bo przecież dobierała te stylizacje... Ale nie zwierzała się ze spraw damsko-męskich.

Zula pokiwała głową. Bogusia pomyślała ze złośliwą satysfakcją, że najwyraźniej nie chce ciągnąć tego tematu.

- W połowie sierpnia musiała wrócić do Głogowa. W szkołach mają wtedy "dni gotowości". Nigdy nie dociekałam, co właściwie robią w tym czasie, chyba jakieś szkolenia, rady pedagogiczne... W każdym razie Linda zawsze kończyła urlop na dwa tygodnie przed rozpoczęciem roku szkolnego - kontynuowała. - No więc pojechała. Zwykle zostawiała po sobie wysprzątany pokój, pościel odkładała do prania... A wtedy nie. Pamiętam, że po powrocie z pracy zastałam w jej sypialni kompletny bajzel. Pomyślałam, że musiała wyjeżdżać w pośpiechu albo wielkim stresie. Zdziwiło mnie tylko, że nie napisała żadnych przeprosin czy choćby wyjaśnienia. To było do niej takie niepodobne... Sama nie wiem. Pewnie właśnie wtedy coś przegapiłam.

Umilkła, sięgnęła po kubek i długo sączyła herbatę.

Na stół wskoczył biały kot. Na czółku miał dwie pionowe pręgi, które nadawały jego pyszczkowi zafrasowany wyraz. Podszedł i ostrożnie powąchał rękę Bogusi, po czym odwrócił się jakby z niesmakiem, machnął ogonem i zeskoczył na podłogę. Po chwili już go nie było.

- I co dalej? - zapytała Zula, gdy cisza się przedłużała. - Jakieś inne symptomy, że coś było nie tak?

Jej siostra rozłożyła bezradnie ręce.

- Czy ja wiem? Może rzadziej dzwoniła? Nie pamiętam. Kiedy pojechałyśmy do Bydgoszczy na Wszystkich Świętych, wydawała się smutna, ale uznałam, że to przecież taki czas: zaduma, nostalgia, jesień, krótkie dni...

Zniecierpliwiły ją własne myśli. Nie miało sensu się teraz biczować, lecz prawda była taka, że owszem, przegapiła pierwsze oznaki kiepskiego stanu psychicznego córki - a przegapiła je, bo była nadmiernie skupiona na pracy. Rozpoczęła wówczas nowy projekt i całkowicie pochłonęły ją badania nad możliwościami wykorzystania metabolitów grzyba leczniczego Ganoderma lucidum jako dodatku do żywności. Nic innego się nie liczyło. Nawet Cyryl zwracał jej uwagę, że zaniedbuje życie prywatne. Ech, gdyby tylko można było cofnąć czas!

- Nie wiem, czy nie szukam dziury w całym - dodała. - Może na siłę dopatruję się czegoś nienormalnego w jej zachowaniu. Bałagan w pokoju, rzadsze telefony, jesienny spadek nastroju... To przecież nie musi o niczym świadczyć.

- Dobrze, ale załóżmy, że o czymś świadczy. Mianowicie o tym, że już wtedy działo się coś niepokojącego. Cokolwiek to było, zaczęło się nieco ponad rok temu. To ważne, bo oznacza, że mamy do czynienia z sytuacją trwającą od dłuższego czasu, a nie z jakimś nagłym, traumatycznym wydarzeniem. W grę wchodzi raczej przewlekłe napięcie, chroniczny stres. Dobrze to rozumiem? - uściśliła Zula.

- Nie mam pewności. Ale tak właśnie myślę.

- W porządku. Mów dalej.

- Przez dwa miesiące nie przyjeżdżała, zobaczyłyśmy się dopiero w Boże Narodzenie. Było zwyczajnie, bez fajerwerków, ale też bez spięć czy kłótni. Tak jak zawsze. Mamy luźny stosunek do celebracji. Żadna z nas nigdy nie obchodziła świąt z jakimś szczególnym nabożeństwem. Traktowałyśmy je jak urlop i okazję do najedzenia się pyszności. Tylko tyle. Potem sylwester. Linda nigdzie się nie wybierała, ale to akurat mnie nie zaniepokoiło, dwa poprzednie też spędziła w domu. Jej przyjaciółki z czasów studenckich powychodziły za mąż, przyjaźń im się rozlazła. Jedna miała dziecko, druga była w ciąży...

- Jasne.

- I wreszcie ta data: szósty stycznia... Wtorek, święto Trzech Króli. Ostatni dzień wyjątkowo długiej przerwy świątecznej w szkołach. Linda powinna była powoli szykować się do pracy, pakować. Zwykle przywoziła też jakieś testy i końcówkę ferii spędzała zakopana po uszy w ich poprawianiu, a tym razem nie robiła nic. Cały dzień przeleżała w łóżku.

Dopiero teraz, opowiadając o tym wszystkim, Bogusia zauważyła, że z jej opisu wyłania się niewesoły obrazek. Jakby w ich dwuosobowej rodzinie od dawna zupełnie brakowało miłości, ciepła i bliskości. A przecież córka zajmowała w jej sercu centralne miejsce. Wiedziała, że i ona jest dla Lindy ważna. Miały tylko siebie. Ich życie jeszcze do niedawna wydawało się szczęśliwe. No, może bez wielkich słów, poprawiła się w myślach. Ale w każdym razie na pewno nie nazwałaby go nieszczęśliwym.

- To w sumie nie było takie dziwne. Zwykle każda z nas spędzała czas w taki sposób, na jaki miała ochotę... - mruknęła, zła na siebie, że tłumaczy się przed siostrą. - Odpoczywałyśmy, słuchałyśmy muzyki, czytałyśmy albo oglądałyśmy coś w telewizji. Nigdy nie byłyśmy typem psiapsiółek, które nie mogą się nagadać.

- Rozumiem. Czyli nawet jeśli wydarzyło się coś złego, na przykład w życiu osobistym Lindy, to by ci się nie zwierzyła?

- Raczej nie.

- A jak to oceniasz z perspektywy czasu? Według ciebie to prawdopodobne, że na przykład ktoś złamał jej serce? Albo zakochała się bez wzajemności?

Bogusia westchnęła. Czuła się śmiertelnie zmęczona domysłami. Od pamiętnego dnia na początku stycznia, kiedy jej córka przeszła załamanie nerwowe, nieustannie próbowała dociec przyczyn. Czy miało związek z pracą? Z życiem osobistym? Czy ktoś Lindę zdradził, oszukał, źle potraktował? Czy raczej to ona zrobiła coś, z czym teraz psychicznie sobie nie radzi, za co się obwinia?

- Nie mam pojęcia.

- Nie udało ci się nic z niej wyciągnąć?

- Jak miałabym to zrobić?! Na początku prawie nie było z nią kontaktu. Cierpiała na mutyzm traumatyczny, tak to nazwali w szpitalu. Zachowywała się tak, jakby wcale nie umiała mówić. Na dokładkę podobno nie pamięta, co się wydarzyło. Nie wiem, może rzeczywiście dostała jakiegoś rodzaju amnezji. Lekarz powiedział, że to może być taki mechanizm obronny. Albo pamięta, tylko zwyczajnie nie chce o tym opowiadać?

Tym razem to Zula westchnęła głęboko i z wysiłkiem, jakby na jej piersi spoczywał ogromny ciężar.

- Rozumiem. A ten mutyzm minął, tak?

- Owszem, zaczęła mówić, choć posługuje się raczej pojedynczymi słowami niż zdaniami. Ale według mnie wynika to z tego, że jest bardzo senna po lekach. Natomiast pogorszyły się parametry fizyczne. Zaczęła wymiotować.

- Cóż, tendencje ma, zdaje się, po tobie.

- Nie mówimy o mnie! - warknęła Bogusia. - I nie będziemy wracać do przeszłości.

Zula patrzyła na nią spokojnie, lecz usta jej zadrgały, jakby zaraz miała się rozpłakać. Opanowała się jednak i skomentowała, jak gdyby nigdy nic:

- Więc dlatego jest taka chudziutka.

- Tak. Od razu uprzedzę pytanie: to nie jest anoreksja czy bulimia. Linda nie miała jadłowstrętu ani napadów wilczego głodu. Przeciwnie, jadła normalnie, może nie rzucała się na posiłki, ale zwyczajnie siadała do stołu, brała kęs i nagle... Podchodziło jej do gardła, biegła do łazienki. Raz, drugi, trzeci, nic nie mogła utrzymać w żołądku, a potem już nawet przełknąć. Dlatego ponownie włączyli leki uspokajające. Problem polega na tym, że nie wolno ich stosować długotrwale. Wszystkie należy odstawić po paru dniach, tak twierdzi lekarz. Tylko jak je odstawić, skoro wtedy natychmiast wracają torsje? Jakby ktoś wciskał jakiś przełącznik: pstryk, i jedzenie dosłownie rośnie jej w ustach. Brała Metoklopramid, Zofran, Polfergan, potem Setronon i już nie pamiętam, co jeszcze... Na zmianę. Teraz przyjmuje Diphergan, dlatego ciągle śpi.

- Okej, ale te wymioty to potem, tak? Już w szpitalu? Kiedy minął mutyzm, tak zrozumiałam.

- Tak. Wcześniej w domu jadła normalnie.

- Jesteś pewna?

- No wiesz, na święta napiekłam, nagotowałam... Zauważyłabym, gdyby coś było nie w porządku. Tak, jestem pewna, że miała normalny apetyt.

- Rozumiem. Jakieś inne objawy poza wymiotami? Bóle brzucha? Gorąco albo zimno w stopach? Obrzęki? Palpitacje? Zaburzenia menstruacji?

- Przestała miesiączkować. Pewnie przez to, że tak straciła na wadze. O pozostałych nic mi nie wiadomo.

- A jak wyglądało samo załamanie? Opowiedz jeszcze o tym, co dokładnie się stało tamtego dnia. Kiedy, mówiłaś? Na początku stycznia?

- Szóstego, w Trzech Króli. No więc weszłam do niej do pokoju, żeby zapytać, czy ma plany na ferie. Pomyślałam, że mogłybyśmy wybrać się gdzieś razem. Kolega z pracy... - Tu Bogusia zawahała się leciutko. - Polecał mi wycieczkę objazdową po Bałkanach. Sugerował, żeby jechać w lutym, bo latem panuje tam koszmarny upał. Ale Linda tylko się uśmiechnęła na moją propozycję, tak jakoś blado, smutno. I oznajmiła, że jedyne, co zamierza robić podczas ferii, to spać. Wtedy zwróciłam uwagę, że miała poranione palce. Zapytałam o przyczynę, ale nie potrafiła wyjaśnić, jak to się stało. Jakby naderwane paznokcie.

- Krótko obgryzione? - upewniła się Zula.

- Nie, nie były obgryzione. Tylko miała pod nimi obwódki z krwi. - Bogusia aż się wzdrygnęła na wspomnienie tamtego widoku. - To było dziwne, bo przecież nie wychodziła z domu, nie zajmowała się niczym... Owszem, poprzedniego dnia byłam w pracy i poprosiłam, żeby coś ugotowała, bo jedzenie świąteczne już się kończyło. Zrobiła rosół. Więc rozumiałabym, gdyby zacięła się nożem. Ale przecież nie mogła sobie naderwać paznokci, obierając marchewkę albo porcjując kurczaka?

- Raczej nie mogła - przyznała Zula.

- No więc te paznokcie były pierwszym sygnałem, że coś jest mocno nie w porządku. Oraz to, że nie pojechała do pracy. Zapytałam, dlaczego się nie pakuje, a ona mi na to, że nigdzie się nie wybiera. I żebym jej nie przeszkadzała, bo słucha muzyki.

Z trudem pohamowała łzy. Opowiadanie o tym sporo ją kosztowało.

- Sprawiła mi przykrość, więc sobie poszłam. Wiesz... Że ta muzyka ważniejsza niż rozmowa ze mną.

- Ale nie zaniepokoiło cię, że nie jedzie do szkoły?

W pierwszej chwili Bogusia się obruszyła, ale szybko przywołała się do porządku. To tylko pytanie, nie zarzut, pomyślała.

- Człowiek sobie takie rzeczy racjonalizuje - wyjaśniła. - Uznałam, że widocznie w środę zaczyna później lekcje, z Wrocławia do Głogowa blisko, niecałe dwie godzinki jazdy... Ale następnego ranka też się nie szykowała. Obudziłam ją, zanim wyszłam do pracy. Siedziała na łóżku i kiwała się leciutko, a mnie przyszło do głowy, że musiała chyba pół nocy słuchać tej muzyki, bo wyglądała na zupełnie nieprzytomną.

Zula poruszyła się niespokojnie.

- Słuchaj, a może ona coś zażywała? - zapytała ostrożnie.

- Zbadali ją. Zrobili analizę toksykologiczną. Nic nie brała, niczego nie piła, żadnych substancji psychoaktywnych.

- No dobrze. I co było dalej?

- Kiedy wróciłam z pracy, leżała na zakrwawionej poduszce. Miała paskudne rozcięcie nad brwią... Nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co się stało, czy się przewróciła... W panice pobiegłam po wodę utlenioną i plastry, a kiedy wróciłam... - Bogusia zaszlochała, nie potrafiła dłużej powstrzymywać łez. - Kiedy wróciłam do jej pokoju, zobaczyłam...

Minęła chwila, zanim zdołała się opanować na tyle, by mówić dalej. Zula czekała cierpliwie.

- Ona się okaleczała, rozumiesz? Uderzała głową w szafkę. Kołysała się tak jakoś... Jakby postradała zmysły. Zadzwoniłam do jej dyrektorki, że córka źle się czuje i nie przyjedzie do szkoły. Chciałam ją zapisać do psychiatry, bo sprawdziłam w internecie, że nie trzeba mieć skierowania, ale pierwszy wolny termin był dopiero za tydzień. Nie wiedziałam, czy jechać na SOR. Człowiek jest w takich sprawach zupełnie bezradny... Ostatecznie zamówiłam na następny dzień wizytę domową naszej lekarki rodzinnej. Siedziałam przy Lindzie non stop. Nawet nocowałam w jej pokoju, rozłożyłam sobie posłanie na podłodze i czuwałam... Bałam się, że zrobi sobie krzywdę. Wzięłam wolne, nie poszłam do pracy. Ale nad ranem mocniej przysnęłam. Budzę się, a ona siedzi na łóżku nagusieńka, zakrwawiona, opuszki zdarte do żywego mięsa... A w ścianie, rozumiesz, w tynku... kilkucentymetrowe rowki. I tak... popiskiwała. Jak zwierzątko.

Rozkleiła się na dobre. Wrócił tamten lodowaty chłód przerażenia, który ogarnął ją, gdy zrozumiała, że Linda oszalała. Nie zamierzała się tak obnażać przy siostrze, płacz był przyznaniem się do bezradności i słabości, a ona bardzo nie chciała wydać się słaba. Ale wspomnienie wciąż było zbyt świeże, za bardzo bolało.

- A potem? - zagadnęła po kilku minutach Zula, cierpliwie odczekawszy, aż siostra się uspokoi. - W końcu zajął się nią psychiatra, jak rozumiem?

- Oczywiście, wzięli ją na oddział. Orzekli, że to załamanie nerwowe. Miała mutyzm, milczała, nie odpowiadała na pytania, nie reagowała na bodźce. Nieruchoma jak lalka. Dawali jej leki przeciwpsychotyczne. Nie zapamiętałam wszystkich, ale na pewno Haloperidol i Kwetiapinę. Testowali różne, bo źle na nie reagowała: dostawała drgawek, swędziała ją skóra, miała okropne obrzęki i kołatanie serca. Wreszcie dobrali taki, który w miarę dobrze tolerowała. Do tego terapia, jakieś tam prądy czy coś...

Urwała. Przez chwilę panowała cisza, tylko zegar tykał miarowo gdzieś w ciemnym wnętrzu domu. Zula błądziła wzrokiem po półce, na której równym rządkiem stały słoiczki z ziołami. Bogusia zbierała siły do dalszej opowieści.

- Wreszcie zaczęła mówić, choć specjalnie rozmowna nie jest i ma znaczne luki w pamięci. Ale pojawiły się uporczywe torsje, więc znów włączyli farmakoterapię. O tym już wspominałam. Taką właśnie mi ją oddali. Ospałą, apatyczną, słabiutką. Na lekach uspokajających, żeby powstrzymać wymioty i nie dopuścić do odwodnienia. Wszystko dociera do niej z opóźnieniem, jakby była owinięta grubą warstwą waty. Czasem budzi się z tego dziwnego stuporu i dla odmiany wpada w panikę. Może tak zareagować na nagły dźwięk: budzik, telefon. I chyba boi się schodów. Albo ganków? Klatek schodowych? Drzwi? Nie zdołałam tego rozwikłać.

Urwała, by doprowadzić do ładu emocje. Nie chciała znowu płakać, to w niczym nie pomagało.

- Kazali z wolna odstawiać farmaceutyki, bo one są przeznaczone do stosowania krótkotrwałego. Zmniejszam jej dawkę stopniowo, w przeciwnym razie mogą wrócić wymioty. Kazali też zapisać Lindę na psychoterapię. Więc zapisałam, tylko że ona w tym fotelu natychmiast zasypiała. Siadała posłusznie, uśmiechała się grzecznie i nic. Nie mówiła ani słowa, powieki coraz niżej i niżej... A chwilę później spała. Po trzech sesjach terapeutka zadzwoniła do mnie i powiedziała, że nie podejmuje się czegoś takiego. Że szkoda jej cennego czasu.

Bogusia mówiła teraz gniewnie. Wolała złość od rozpaczy, ponieważ wydawała się przejawem siły. Tamtego dnia, gdy padły te okrutne słowa: "szkoda czasu", trzasnęła telefonem o stół. Bez sensu, bo terapeutka zdążyła się rozłączyć, więc jedynym skutkiem wybuchu był pęknięty wyświetlacz i to Bogusia, sfrustrowana, bezsilna, musiała ponieść koszt wymiany szybki.

Zula pokiwała głową. Wstała i zakrzątnęła się przy kocich miskach: nałożyła dwie porcje mokrej karmy, postawiła na podłodze czyste kubeczki ze świeżą wodą. Siostra śledziła ją wzrokiem.

- Masz dwa koty? - zapytała, choć w gruncie rzeczy niewiele ją to obchodziło.

- Tak, Holmesa i Watsona.

- A ten, którego widziałam, to...?

- Watson. Holmes jest bardzo nieufny. Obserwuje cię, ale tak, żebyś ty go nie widziała.

Bogusia skinęła głową. Sama nie wiedziała, po co zapytała. Chyba po prostu usiłowała zagadać ciszę. Czuła się dziwnie zestresowana, jakby czekała na wyrok.

- Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? - zapytała Zula, siadając ponownie przy stole.

- Spełnienia obietnicy. Kiedyś powiedziałaś, że zrobiłabyś dla Lindy wszystko.

- Pamiętam.

Bogusia odwróciła wzrok.

- Więc zrób, co możesz, żeby jej pomóc - szepnęła.

Zapadło milczenie. Zula wyglądała, jakby zbierała się na odwagę, by coś wyznać, wytłumaczyć, ostatecznie jednak nie powiedziała nic.

- Obiecaj, że spróbujesz uzdrowić moją córkę - odezwała się znowu młodsza z sióstr.

- Jak? - Zula rozłożyła ręce. - Jestem ginekolożką, to nie moja specjalizacja. Dlaczego sądzisz, że uda mi się to, co nie udało się psychiatrom?

- Ponieważ... - Bogusia nie chciała przyznać, że od dawna obserwuje profil siostry na Instagramie. - Ponieważ wiem, że twój syn był chory, a ty wyprowadziłaś go na prostą. Chociaż lekarze rozkładali ręce.

- Nie ja go leczyłam, a terapeutka medycyny chińskiej z Gdańska.

- Ale słyszałam, że teraz ty również jesteś terapeutką. Niespecjalnie wierzę we wszystkie te czary-mary, ajurwedę i tak dalej, ale skoro konwencjonalna psychiatria zawiodła... Zresztą nawet lekarz zasugerował akupunkturę. Nie mam wyjścia. Tonący brzytwy się chwyta.

Zula wyglądała na zaskoczoną.

- Od kogo słyszałaś, że zajmuję się medycyną chińską? - zapytała cicho.

Bogusia zignorowała to pytanie. Wpatrywała się w białego kota, który znów pojawił się w kuchni. Podszedł do jednej miseczki, potem do drugiej, obwąchał ich zawartość, po czym zabawnie strząsnął prawą łapkę i zakołysał ogonem. Wreszcie, jakby łaskawie, wziął do pyszczka kąsek mięsa i zaczął jeść, cichutko mlaskając i co jakiś czas potrząsając głową.

Gospodyni odchyliła się na krześle. Młodsza z sióstr czuła na sobie jej natarczywy wzrok.

- No dobrze - odezwała się po chwili Zula. - Nazywasz medycynę Wschodu jakimiś "czary-mary", a jednak przywiozłaś córkę do mnie. Nie patrzysz mi w oczy, twardo mówisz, że nie będziemy rozmawiały o przeszłości, niczego sobie nie wyjaśnimy. W porządku, jestem w stanie to zaakceptować. Ale powiedz mi jedno: Co, jeśli Lindzie się pogorszy? Czy będziesz mnie wtedy obwiniać? Znowu trzaśniesz drzwiami i obrazisz się na trzydzieści lat?

Bogusię prawie krew zalała. "Obrazisz się"?! Co to w ogóle znaczy? Że strzeliłam focha?! - pomyślała ze wzburzeniem. Źle ją potraktowałam, ukarałam zbyt surowo? Jak należało obliczyć, ile odpowiedzialności powinna była ponieść, gdy mnie zdradziła? Kiedy zniszczyła mi życie, odebrała miłość, podeptała szanse na szczęście? I w czym to się właściwie liczy? W procentach?

- Jeśli nie chcesz nam pomóc, jutro rano zabiorę Lindę - powiedziała zimno.

- Przestań, Boguśka.

Ale ona nie słuchała. Całe te nerwy, które towarzyszyły jej podczas jazdy i później, zanim przekroczyła próg tego domu - teraz połączyły się, skumulowały w potężną falę. Wstała gwałtownie i wsunęła krzesło pod stół. Spłoszony kot natychmiast czmychnął.

- Nie, naprawdę! - oznajmiła gniewnie i zdecydowanie zbyt głośno. - Właśnie sobie uświadomiłam, że masz rację. Musiałam chyba doznać zaćmienia umysłu, przyjeżdżając do ciebie i oczekując...

- Uspokój się i usiądź! - przerwała ostro Zula. - Nie masz ochoty tu być, rozumiem to i akceptuję. Wciąż żywisz do mnie żal, nie szukasz pojednania i najchętniej nigdy więcej byś się do mnie nie odezwała. Ale chyba już wiesz, że czasem robimy rzeczy, przed którymi się wzbraniamy, w imię czegoś ważniejszego. Prawda?

Bogusia stała nadal, czując się tak niekomfortowo, że najchętniej po prostu by zniknęła. Nie chodziło o to, że przyznawała rację starszej siostrze - ależ skąd. Raczej o to, jak głupio postąpiła, przywożąc tu Lindę. Sama mogłaby po prostu wyjść, trzasnąwszy drzwiami. Rzecz w tym, że wybudzenie córki było niemal niewykonalne. Nawet w dzień zajmowało jej sporo czasu, by zrozumieć, co się dzieje, a co dopiero o tej porze.

- Hej! - odezwała się znowu Zula. - Zakopiemy topór wojenny? Tymczasowo. Nie śmiałabym prosić, żeby na zawsze.

- Tak - odpowiedziała Bogusia, gdy udało jej się ochłonąć i zapanować nad wewnętrznym dygotem. - Tylko chcę, żeby to było jasne: nie chodzi o mnie. Przyjechałam do ciebie wyłącznie dlatego, że moja córka rozpaczliwie potrzebuje wsparcia. Gdyby nie ta bezradność, gdybym nie poczuła, że nie mam innego wyjścia...

Urwała, bo doskonale wiedziała, że kręci się w kółko. "Nie potrzebuję cię, nie chcę pamiętać o twoim istnieniu, ale zarazem błagam cię o ratunek, ponieważ nie wiem, co robić, by pomóc Lindzie". Sprzeczność goni nielogiczność. Jakie to żałosne!

Bogusia oklapła, straciła energię. Pragnienie, by obrócić się na pięcie i wyjść, minęło tak samo nagle, jak się pojawiło. Prawda była taka, że miotała się jak ryba w sieci. Nie miała nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić. Wyczerpała wszystkie możliwości.

- Nie szkoda ci życia na chowanie w sercu urazy? - zapytała cicho Zula.

O nie. Bogusia nie zamierzała wdawać się w dyskusję o tym, czy po tylu latach powinna zapomnieć, wybaczyć albo zobojętnieć. Chodziło tylko o Lindę. Jej siostra powinna to wreszcie zrozumieć.

- Pomogłaś swojemu dziecku, teraz zrób to samo dla mojego - rzuciła. - Franek to był beznadziejny przypadek, tak? A jednak się udało...

- Mój syn miał chore ciało, a nie duszę - przerwała ostro Zula. - To zupełnie inna sytuacja. Cierpiał na astmę i nietolerancje pokarmowe, był niedożywiony i nie przybierał na wadze. Przyczyny były czysto fizyczne. Jestem z tobą szczera: naprawdę nie wiem, czy zdołam pomóc Lindzie. Nie znam się na psychiatrii. Boję się, że jeśli całkiem odstawimy leki...

- To nie mój wymysł, lecz zalecenie lekarza, żeby odstawić. Stopniowo. Zmniejszamy dawkę, już ci mówiłam.

Zula długo patrzyła w czerń nocy za oknem. Wreszcie westchnęła głęboko i skierowała na Bogusię spojrzenie ciemnych oczu. To było mądre, spokojne spojrzenie, ale czaiło się w nim także mnóstwo zwątpienia.

- Dobrze, spróbuję - odezwała się wreszcie. - Mówiłam wtedy prawdę. Rzeczywiście zrobiłabym dla niej wszystko. Dla niej, dla ciebie. Dla was. I zrobiłam. To, co wtedy uważałam za najsłuszniejsze. Posłuchaj...

- Nie, o tamtym nie będziemy rozmawiać! - przerwała jej Bogusia stanowczo. - Przeszłość to zamknięty rozdział. Nie interesujesz mnie ani ty, ani twoje motywacje, przeszłe czy obecne. Patrzę w przyszłość. Konkretnie w przyszłość mojej córki. Tylko na tym mi zależy. Po prostu spełnij obietnicę.

Zula długo milczała, zanim w końcu zdołała opanować emocje na tyle, by szepnąć:

- Zgoda. Zrobię, co w mojej mocy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej