Rozdział III
Obejście wyspy dookoła
Zdecydowano, że odtąd każdego dnia, kiedy tylko pozwoli na to pogoda, sprawdzane będzie położenie Wyspy Wiktorii, tak jak czyni się to na pokładzie statku. Czyż w istocie nie była teraz uszkodzonym statkiem zdanym wyłącznie na łaskę losu, płynącym bez żagli i steru?
Następnego dnia Jasper Hobson, ustaliwszy położenie, przekonał się, że wyspa nie zmieniła swojej szerokości geograficznej, ale znalazła się kilka mil dalej na zachód. Cieśla Mac Nap otrzymał od niego rozkaz przystąpienia do budowy dużej łodzi. Jako pretekst porucznik podał chęć zbadania następnego lata wybrzeża aż do Ameryki rosyjskiej. Cieśli to wyjaśnienie wystarczyło i zajął się wybieraniem drzew na statek, który zamierzał zbudować na plaży leżącej u podnóża przylądka Bathurst, skąd będzie mógł bez trudu go zwodować.
Także tego dnia porucznik Hobson chciał wprowadzić w życie powzięty zamiar zbadania terenu, na którym został uwięziony wraz ze swoimi towarzyszami. Mogły przecież nastąpić spore zmiany w ukształtowaniu tej wyspy z lodu, podatnej na wpływy niestałych temperatur wody, dlatego ważne było rozpoznanie jej obecnego kształtu, rozmiarów, a nawet grubości w niektórych miejscach. Należało dokładnie zbadać miejsce pęknięcia, jakie najprawdopodobniej nastąpiło na przesmyku, gdyż na tym wciąż świeżym przełamaniu uda się być może dostrzec nakładające się na siebie warstwy lodu i ziemi, z których zbudowana była wyspa.
W owym jednak dniu nagle pojawiły się chmury, a po południu zerwała się mocna wichura, której towarzyszyło lekkie zamglenie. Wkrótce niebo zasnuły opary i potokami spadał z niego deszcz. Wielkie bryłki gradu waliły z trzaskiem w dach domu, a nawet dobiegło z oddali kilka grzmotów, będących zjawiskiem rzadko występującym na tak wysokich szerokościach geograficznych.
Porucznik Hobson musiał zatem przełożyć na później rozpoczęcie wyprawy i zaczekać, aż uspokoją się szalejące żywioły. Pogoda nie zmieniała się jednak w dniu dwudziestego, dwudziestego pierwszego i dwudziestego drugiego lipca. Burza była gwałtowna, niebo mocno zasnute chmurami, a fale z ogłuszającym rykiem uderzały w brzeg. Płynne lawiny spadały na przylądek Bathurst z taką siłą, że istniała obawa o jego przetrwanie, bardzo teraz niepewne, gdyż to skupisko wyłącznie gleby i piasku nie spoczywało na żadnej niewzruszonej podstawie. Straszny musiał być los statków, które borykały się wtedy na morzu z owymi przerażającymi podmuchami wichury! Pływająca bez steru wyspa nie cierpiała jednak wcale wskutek wzburzenia wód, ponieważ ogromna masa uodparniała ją na wściekłe ataki oceanu.
W nocy z dwudziestego drugiego na dwudziesty trzeci lipca sztorm nagle minął. Silny wiatr z północnego wschodu przegnał skupione na horyzoncie ostatnie chmury. Barometr podniósł się o kilka kresek, wszystko wskazywało na to, że w tym stanie pogody porucznik Hobson będzie mógł odbyć swoją wyprawę.
Rekonesans ten postanowił przeprowadzić w towarzystwie Mrs Pauliny Barnett i sierżanta Longa. Ich nieobecność miała potrwać jeden lub dwa dni, co nie mogło wzbudzić zdumienia mieszkańców faktorii. Z tego względu wyruszający zabrali z sobą pewną ilość suszonego mięsa, sucharów i kilka butelek brandy, które nie obciążyły zbytnio plecaków zwiadowców. Dni były wówczas bardzo długie, a słońce znikało poza horyzontem tylko na kilka godzin.
Przypuszczalnie zbędne były wszelkie obawy, że natkną się na jakieś groźne zwierzęta. Wiedzione instynktem niedźwiedzie zapewne opuściły Wyspę Wiktorii, gdy jeszcze była ona półwyspem. Pomimo to Jasper Hobson, sierżant i nawet Mrs Paulina Barnett z przezorności uzbroili się w strzelby. Ponadto porucznik i podoficer zabrali z sobą siekierę i nóż do śniegu, z którymi podróżujący po obszarach polarnych nigdy się nie rozstają.
W czasie nieobecności porucznika Hobsona i sierżanta Longa dowódcą fortu miał zgodnie z rangą zostać kapral Joliffe, czyli jego drobna żona, na której można było polegać, o czym porucznik dobrze wiedział. Nie należało natomiast spodziewać się współpracy Thomasa Blacka, choćby chodziło jedynie o dołączenie do prowadzących rozpoznanie. Astronom obiecał jednak, że podczas nieobecności porucznika będzie starannie obserwował północny horyzont i zapisze wszelkie zmiany, do jakich być może dojdzie czy to na morzu, czy w położeniu wyspy.
Mrs Paulina Barnett próbowała odwoływać się do rozumu nieszczęsnego uczonego, ale on nie chciał o niczym słyszeć. Uważał, i miał po temu podstawy, że został oszukany przez przyrodę, której takiego oszustwa nigdy nie wybaczy.
Podróżniczka i dwaj jej towarzysze pożegnali się kilkoma mocnymi uściskami ręki, a potem opuścili budynek fortu, minęli jego bramę i ruszyli na zachód, idąc wzdłuż rozciągniętego łuku linii brzegowej, sięgającego od przylądka Bathurst do Przylądka Eskimosa.
Była ósma rano. Padające ukośnie promienie słońca zalewały wybrzeże płowym światłem, co je ożywiało. Powoli zamierały ostatnie wzburzone fale. Rozpędzone przez sztorm ptaki: pardwy, nurzyki, nawałniki i petrele, powracały całymi tysiącami. Stada kaczek zdążały pośpiesznie na brzegi jeziora Barnett, nie wiedząc, że trafią stamtąd do garnka Mrs Joliffe. Kilka zajęcy polarnych, kun, piżmaków i gronostajów uciekało przed idącymi, ale nie śpieszyły się nadmiernie. Instynkt wyraźnie skłaniał zwierzęta do szukania towarzystwa człowieka, ponieważ wyczuwały grożące wszystkim wspólne niebezpieczeństwo.
- Wiedzą, że są otoczone przez morze - powiedział Jasper Hobson - i że nie mogą teraz opuścić wyspy!
- Czy te zające i inne gryzonie - zapytała Mrs Paulina Barnett - nie mają zwyczaju przenosić się przed zimą na południe, aby szukać tam łagodniejszego klimatu?
- Mają, proszę pani - odparł Jasper Hobson - ale tym razem, jeśli nie zdołają uciec po polach lodowych, pozostaną uwięzione tak samo jak my i można się obawiać, że w zimie zginą w większości z zimna lub głodu.
- Wolę uznać - powiedział sierżant Long - że te zwierzęta będą łaskawe oddać nam przysługę, stając się jedzeniem, a kolonia ma wielkie szczęście, że instynkt nie nakazał im ucieczki, zanim doszło do przerwania przesmyku.
- Za to ptaki na pewno nas opuszczą? - wysunęła domysł Mrs Paulina Barnett.
- Tak, szanowna pani - potwierdził Jasper Hobson. - Wszyscy przedstawiciele gatunków latających uciekną wraz z pierwszymi mrozami. Są w stanie pokonywać bez zmęczenia wielkie odległości i mają od nas więcej szczęścia, bo zdołają powrócić na stały ląd.
- Właśnie, czy nie możemy uczynić z nich naszych posłańców? - zapytała podróżniczka.
- Dobra myśl, szanowna pani, a nawet doskonała - powiedział porucznik Hobson. - Bez większego trudu zdołamy złapać kilkaset ptaków i przywiązać im do szyi skrawki papieru, na których napiszemy o naszym położeniu. W 1848 roku John Ross10 uciekł się do tego sposobu, aby powiadomić ocalałych z wyprawy Franklina o obecności na morzach polarnych swoich statków "Enterprise"11 i "Investigatora"12. Schwytał w pułapki kilkaset białych lisów, przyczepił im do szyi miedziane obroże z wygrawerowanymi koniecznymi wiadomościami, a potem wypuścił, aby rozeszły się we wszystkich kierunkach.
- Czy jest możliwe, że któryś z tych posłańców wpadł w ręce rozbitków? - zapytała Mrs Paulina Barnett.
- Możliwe - odpowiedział Jasper Hobson. - W każdym razie pamiętam, że jednego z tych lisów, starego już, złapał podczas swojej podróży odkrywczej kapitan Hatteras13. Ów lis nadal nosił na szyi na wpół przetartą obrożę, ukrytą w jego białym futrze. My zaś to, czego nie możemy zrobić z czworonogami, uczynimy z ptakami!
Podczas gdy tak rozmawiali i snuli plany na przyszłość, dwaj zwiadowcy i ich towarzyszka posuwali się wzdłuż brzegu wyspy. Nie zauważali w nim żadnych zmian. Wybrzeże pozostało takie samo, bardzo poszarpane, pokryte ziemią i piaskiem, ale nie było widać żadnych jego nowych pęknięć, które wskazywałyby na niedawne przekształcenia obwodu wyspy. Należało się wszakże obawiać, że ten ogromny lodowiec, porwany przez cieplejsze prądy, będzie nadgryzany u podstawy i zacznie zmniejszać swoją grubość. Jasper Hobson bardzo słusznie z dużą troską rozważał tę hipotezę.
Do jedenastej rano odkrywcy pokonali osiem mil dzielących przylądek Bathurst od Przylądka Eskimosa. Znaleźli tam resztki obozowiska, w którym zatrzymała się rodzina Kalumah. Oczywiście nie zachowały się żadne ślady po śnieżnych domach, ale zimne popioły i kości fok wciąż świadczyły o pobycie Eskimosów.
Mrs Paulina Barnett, Jasper Hobson i sierżant Long urządzili tam krótki tylko postój, gdyż nieliczne godziny nocy zamierzali spędzić w Zatoce Morsów, do której mieli dotrzeć za kilka godzin. Usiedli na niewielkim wzniesieniu porośniętym rzadką i nędzną trawą, gdzie zjedli śniadanie. Przed oczami mieli piękny morski horyzont, widoczny bardzo wyraźnie. Niezmiernego, pustego przestworu wód nie zakłócał ani jeden żagiel, ani jedna góra lodowa.
- Czy mocno by się pan zdziwił, poruczniku - zapytała Mrs Paulina Barnett - gdyby w tej chwili przed naszym wzrokiem pojawił się jakiś statek?
- Mocno to nie, szanowna pani - odpowiedział porucznik Hobson - ale przyznam, że miło. W ciepłej porze roku zdarza się wcale nie tak rzadko, że statki wielorybnicze z Morza Beringa dopływają aż do tej szerokości geograficznej, zwłaszcza odkąd Ocean Arktyczny stał się stawem hodowlanym kaszalotów i wielorybów. Mamy już jednak dwudziesty trzeci lipca i lato niedługo się skończy. Cała flota łowiecka na pewno znajduje się teraz w Zatoce Kotzebuego14, u wejścia do cieśniny. Wielorybnicy wolą unikać, i mają po temu podstawy, niemiłych niespodzianek Morza Arktycznego. Obawiają się lodów i starają się, żeby ich nie uwięziły. Ich wielki strach budzą właśnie te gór lodowe, te ice streams15, te ławice, czyli te lody, których my tak żarliwie oczekujemy!
- Przybędą, panie poruczniku - zapewnił sierżant Long. - Miejmy cierpliwość, a zanim miną dwa miesiące, fale otwartego morza przestaną uderzać w Przylądek Eskimosa.
- Przylądek Eskimosa! - rzuciła z uśmiechem Mrs Paulina Barnett. - Przecież ta nazwa, to miano, podobnie jak wszystkie nadane przez nas zatoczkom i cyplom półwyspu, mogą być odrobinę niepewne! Straciliśmy już przystań Barnett i Rzekę Pauliny, a kto wie, czy z kolei nie znikną także Przylądek Eskimosa i Zatoka Morsów?
- Znikną także, szanowna pani - przyznał Jasper Hobson - a po nich cała Wyspa Wiktorii, ponieważ nic już nie łączy jej z lądem i jest nieodwołalnie skazana na zagładę! Nie może uniknąć takiego losu, a my niepotrzebnie włożyliśmy wiele wysiłku w tworzenie nomenklatury geograficznej! Przynajmniej jednak naszych nazw nie zatwierdziło jeszcze Towarzystwo Królewskie i szanowny Roderick Murchison16 nie będzie musiał wymazywać ze swoich map żadnej z nich.
- Będzie musiał jedną! - powiedział sierżant.
- Jaką? - zapytał Jasper Hobson.
- Przylądek Bathurst - odparł sierżant.
- Rzeczywiście, macie rację, przylądek Bathurst należy obecnie wykreślić z map krain polarnych!
Dwie godziny wypoczynku wystarczyło zwiadowcom. O pierwszej po południu byli już gotowi do odbycia następnej części wyprawy.
Tuż przed wyruszeniem w drogę Jasper Hobson po raz ostatni spojrzał z wierzchołka Przylądka Eskimosa na okoliczne morze. Kiedy nie dostrzegł na nim niczego, co zwróciłoby jego uwagę, zszedł ze szczytu i dołączył do Mrs Pauliny Barnett, która czekała na niego obok sierżanta.
- Szanowna pani nie zapomniała zapewne o rodzinie tubylców, którą jakiś czas przed końcem zimy napotkaliśmy tutaj? - zapytał.
- Nie zapomniałam, panie poruczniku - odpowiedziała podróżniczka. - Doskonale pamiętam miłą, drobną Kalumah. Obiecała nawet, że przybędzie odwiedzić nas raz jeszcze w Forcie Nadzieja, lecz teraz nie zdoła dotrzymać złożonej obietnicy. Jaki jest jednak powód pańskiego pytania?
- Taki, szanowna pani, że przypomniałem sobie o jednej rzeczy, która wtedy wydała mi się mało ważna, a teraz zaprząta moje myśli.
- O jakiej?
- Czy pamięta pani zdziwienie i zaniepokojenie Eskimosów, kiedy zobaczyli, że postawiliśmy faktorię u podnóża przylądka Bathurst?
- Pamiętam doskonale, panie poruczniku.
- Nie zapomniała pani zapewne również, jak usilnie starałem się zrozumieć powód tego zachowania tubylców, ale nie udało mi się tego osiągnąć.
- Owszem.
- No cóż - powiedział porucznik Hobson - pojmuję teraz, co wyrażali, kręcąc głowami. Ci Eskimosi wiedzieli, z tradycji, z doświadczenia, czy też z jakiegoś innego powodu, jaki jest charakter i pochodzenie Półwyspu Wiktorii. Wiedzieli, że nie wznieśliśmy fortu na mocnym gruncie. Skoro jednak od stuleci nic się nie zmieniało, to na pewno nie podejrzewali rychłego nadejścia niebezpieczeństwa, i z tego właśnie powodu nie wyrazili swoich obaw wprost.
- Musiało tak być, panie poruczniku - przyznała mu rację Mrs Paulina Barnett. - Ale Kalumah z całą pewnością nie posiadała wiedzy swoich towarzyszy, bo inaczej to biedne dziecko bez wahania podzieliłoby się nią z nami.
W tej sprawie porucznik Hobson zgadzał się z Mrs Pauliną Barnett.
- Trzeba przyznać - powiedział wtedy sierżant - że los sprzysiągł się przeciwko nam, skoro przybyliśmy zamieszkać na tym półwyspie tuż przedtem, gdy miał się odłączyć od lądu i błąkać po morzu! Przecież, panie poruczniku, jego stan trwał niezmiennie bardzo, ale to bardzo długi czas! Być może przez wieki!
- Możecie śmiało powiedzieć, sierżancie Long, że przez tysiąclecia - odrzekł Jasper Hobson. - Pomyślcie tylko, że żyzną glebę, po której teraz stąpamy, przyniósł tutaj wiatr, cząsteczka po cząsteczce, a ten piasek ziarnko po ziarnku! Pomyślcie tylko, ile czasu musiało upłynąć, aby nasiona jodeł, brzóz i madrone rozmnożyły się i aby wyrosły z nich krzewy i drzewa! Być może ten podtrzymujący nas lodowiec powstał i zespolił się z kontynentem wcześniej nawet, niż pojawił się na ziemi człowiek!
- No cóż - zawołał sierżant Long - ten niestały lodowiec mógł jeszcze kilka wieków zaczekać, zanim miał zacząć dryfować! Zaoszczędziłoby nam to wielu obaw, i być może wielu niebezpieczeństw!
Owa wielce trafna uwaga sierżanta Longa zakończyła rozmowę i prowadzący ją ruszyli w dalszą drogę.
Od Przylądka Eskimosa do Zatoki Morsów linia brzegowa biegła niemal dokładnie z północy na południe, wzdłuż sto dwudziestego siódmego południka17. Za nią, w odległości czterech lub pięciu mil, widoczny był zwężający się skraj laguny, która migotała w promieniach słońca, a nieco dalej ostatnie zalesione zbocza, okalające swą zielenią wody. Powietrze przecinało swym lotem kilka mocno bijących skrzydłami orłów gwiżdżących18. Idącym przyglądały się liczne zwierzęta futerkowe, jak kuny, norki i gronostaje, które chowały się za niskimi piaszczystymi wzniesieniami lub ukrywały pomiędzy rzadkimi krzewami madrone i wierzbami. Zdawały się wiedzieć, że nie grożą im żadne strzały z broni palnej. Jasper Hobson zobaczył także kilka bobrów, które błąkały się bez celu i na pewno nie mogły znaleźć sobie miejsca, odkąd zniknęła rzeczka. Nie mając już żeremi, w których mogłyby się schronić, nie znajdując strumieni, na których mogłyby zbudować swoją osadę, nie zdołają uniknąć śmierci z zimna, kiedy tylko dadzą się odczuć mrozy. Sierżant Long dojrzał również biegnącą po równinie watahę wilków.
Należało wyciągnąć stąd wniosek, że wszystkie zwierzęta należące do menażerii polarnej stały się więźniami pływającej wyspy, a drapieżniki, którym zima przyniesie głód, bo stracą możliwość szukania pożywienia w stronach o łagodniejszym klimacie, będą niewątpliwie ogromnie groźne dla mieszkańców Fortu Nadzieja.
Wszystko wskazywało na to, że w faunie wyspy brakowało tylko niedźwiedzi polarnych, czego trudno było żałować. Sierżant odniósł wszakże wrażenie, że za kępą brzóz dojrzał poruszającą się powoli jakąś białą, ogromną masę. Przyjrzawszy się jednak uważniej, uznał, że się pomylił.
Odcinek wybrzeża biegnący do Zatoki Morsów przeważnie dość mało wznosił się nad poziom morza. Miejscami nie przekraczał nawet wysokością powierzchni wodą, a ostatnie spienione wypustki fal biegły po nim, jak gdyby docierały na plażę. Widok ten budził obawy, że w tej części wyspy do obniżenia się gruntu doszło niewiele wcześniej, ale brakowało tu jakichkolwiek punktów odniesienia, a to uniemożliwiało ustalenie, co dokładnie się zmieniło, i określenie, w jakim zakresie. Jasper Hobson żałował, że przed wyruszeniem nie rozmieścił w okolicach przylądka Bathurst reperów, dzięki którym byłby w stanie rozpoznać miejsca obniżenia się i osiadania linii brzegowej. Obiecał sobie, że po powrocie zajmie się tymi sposobami pomiaru.
Badania terenu nie pozwalały porucznikowi, sierżantowi i podróżniczce posuwać się w szybkim tempie. Robili częste postoje, przyglądali się glebie i wypatrywali, czy na wybrzeżu nie nastąpiło jakieś zagrażające wyspie pęknięcie, a niekiedy zapuszczali się aż na pół mili w głąb terenu. W pewnych miejscach sierżant dla ostrożności zatykał gałęzie wierzby lub brzozy, które w przyszłości miały pełnić funkcję wskaźników, zwłaszcza tam, gdzie grunt zapadł się najbardziej, a zatem sprawiał wrażenie najmniej solidnego. Później ułatwi to rozpoznawanie tych zmian, do których być może dojdzie.
Pomimo to cała trójka posuwała się naprzód i około trzeciej po południu znalazła się tylko trzy mile na północ od Zatoki Morsów. Jasper Hobson mógł już wskazać Mrs Paulinie Barnett, jakie skutki wywołało przerwanie przesmyku, a były one rzeczywiście bardzo poważne.
Wcześniej południowo-zachodni horyzont przesłaniała bardzo długa, lekko wygięta linia brzegowa, tworząca zarys rozległej zatoki Liverpool19. Teraz do tego horyzontu rozciągała się wyłącznie woda. Kontynent przepadł. Wyspę Wiktorii kończył tam ostry występ, widniejący dokładnie w miejscu, gdzie musiało dojść do pęknięcia. Wszystko wskazywało na to, że kiedy miną ten występ, ich oczom pokaże się ogromne morze, oblewające południową część wyspy na całej lądowej ongiś linii, biegnącej od Zatoki Morsów do zatoki Washburn.
Mrs Paulina Barnett odczuwała pewne wzruszenie, przyglądając się temu nowemu widokowi. Spodziewała się go, lecz mimo to serce biło jej szybciej. Wypatrywała brakującego na horyzoncie kontynentu, owego kontynentu, który teraz pozostał za nimi w tyle w odległości przeszło dwustu mil, i nabrała pewności, że nie chodzi już po amerykańskiej ziemi. Wszyscy ludzie o czułej duszy bez trudu zrozumieją podróżniczkę, i należy dodać, że Jasper Hobson, a nawet sierżant podzielali jej emocje.
Wszyscy troje przyspieszyli, aby dotrzeć do ostrego występu, ciągle jeszcze zamykającego widok na południe. Teren wznosił się trochę w tej części wybrzeża. Warstwa ziemi i piasku była tam grubsza, co wynikało z sąsiedztwa z tą częścią prawdziwego kontynentu, która ongiś graniczyła z wyspą i tworzyła z nią jedną krainę. Grubość lodowej skorupy i warstwy ziemi na tym złączu, najpewniej wzrastająca wraz z upływem stuleci, wyjaśniała przyczyny niewzruszonego trwania przesmyku, dopóki zjawisko geologiczne nie wywołało jego przerwania. Trzęsienie ziemi z ósmego stycznia doświadczyło jedynie kontynent amerykański, ale było na tyle silne, aby odłamać półwysep, podległy teraz wszelkim kaprysom oceanu.
Wreszcie, o czwartej po południu, osiągnęli występ. Zatoka Morsów, będąca wcięciem stałego lądu, zniknęła. Połączona z kontynentem pozostała w tyle.
- Daję słowo, proszę pani - z powagą zapewnił podróżniczkę sierżant Long - ma pani szczęście, że nie nazwaliśmy jej Zatoką Pauliny Barnett!
- To prawda - odpowiedziała Mrs Barnett - i zaczynam sądzić, że przy nadawaniu terminów geograficznych okazuję się pechową matką chrzestną!
10 John Ross - pomyłka J. Verne'a, wyprawą w roku 1848, w której brały udział wspomniane niżej statki, dowodził James Clark Ross, bratanek Johna.
11 Enterprise - bark o nośności 471 ton, zwodowany w roku 1846, brak udział w wyprawach arktycznych Jamesa Rossa (1848-1849) i Richarda Collisona (1850-1854), potem statek handlowy do roku 1903.
12 Investigator - bark o nośności 480 ton, statek handlowy, brak udział w wyprawie arktycznej Jamesa Rossa (1848-1849), uwięziony w lodach przy Wyspie Banksa w roku 1849, porzucony w 1853, odnaleziony w 2010.
13 Hatteras - tytułowy bohater dwutomowej powieści Jules'a Verne'a Podróże kapitana Hatterasa, napisanej w latach 1863-1864, wydanej przez wydawnictwo JAMAKASZ w roku 2017, odkrywca polarny chcący dotrzeć do bieguna północnego; epizod ze znalezieniem lisa z obrożą znajduje się w rozdziale XXV tomu pierwszego, Anglicy na biegunie północnym; Hobson nie mógł o nim wiedzieć, gdyż w tej powieści zdarzył się w roku 1860.
14 Zatoka Kotzebuego - zatoka w północno-zachodniej Alasce, pomiędzy półwyspami Baldwina i Sewarda, we wschodniej części Cieśniny Beringa; ma 160 km długości i 110 km szerokości.
15 Ice streams (ang.) - u J. Verne'a: icestreams; strumienie lodowe, potoki lodu szybko płynącego po lądolodzie.
16 Był wtedy prezesem Towarzystwa [przypis autora]; Roderick Murchison (1792-1871), szkocki geolog, prezesem Królewskiego Towarzystwa Geograficznego był w latach 1843-1845, 1851-1853. 1856-1859 i 1862-1871, w latach, gdy rozgrywa się akcja powieści, prezesem był George Robinson.
17 Jest to dawne położenie przylądka Bathurst, zanim oderwał się od lądu, w czasie opisanego tutaj zwiadu znajdował się około 30 stopni dalej na zachód.
18 Orły gwiżdżące - w oryginale aigles-siffleurs, jedna z francuskich nazw kani złotawej (Haliastur sphenurus), dużego ptaka drapieżnego, ale występuje on jedynie w Australii i na Nowej Gwinei.
19 Liverpool - zatoka w północno-wschodniej części Morza Beauforta, na zachód od półwyspu Bathurst, estuarium rzeki Anderson; wcina się na ok. 120 km w wybrzeże północno-zachodniej Kanady.