Kraina duchów - E L James

Kup ebooka

50.00 zł
39.99 zł (50,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZYStraszne, okrutne teraz

Sierpień tego roku

To był piękny dzień, by spocząć w grobie. Słońce świeciło jasno i bezczelnie, a po najbłękitniejszym błękicie nieba dryfował niczym kłąb waty pojedynczy biały obłoczek, odciągając mój wzrok od zebranych nad mogiłą żałobników.

Hmm... Pojedyncza chmura. Na wielkim, pustym niebie. Sama.

Tak jak ja.

Jęk nylonowych pasów, na których opuszczano do grobu drugą trumnę, wrzucił mnie z powrotem w straszne teraz.

Nie.

Nie.

Nie mogłam tego znieść, więc skupiłam wzrok na majestatycznym dębie wieńczącym odległe wzgórze. Wyglądał przepięknie ze swoimi szeroko rozpostartymi gałęziami i liśćmi, które drżały w powietrzu, mieniąc się barwami od szmaragdu po głęboką leśną zieleń. Pragnęły światła, a nie mroku, którego obraz miałam przed sobą.

Drzewo. Skup się na drzewie.

Musi być bardzo stare.

Czy rosło tu jeszcze przed powstaniem cmentarza?

Sto lat temu? Dwieście?

Trudno stwierdzić.

Zapach świeżo skoszonej trawy i wilgotnej, kredowej ziemi wypełniał moje nozdrza, walcząc z mdląco słodkim zapachem kwiatów, które otaczały ziejącą czeluść grobu barwnym kobiercem. Lekki wietrzyk poruszał płatkami, listkami i karteczkami tej kaskady kwietnych hołdów.

Dla nich.

Mojej rodziny.

Całej mojej rodziny.

Odwróciłam wzrok i znów spojrzałam na chmurę, która się rozciągnęła i przypominała teraz opasłego krokodyla, sennie dryfującego po niebie.

Billy! Chmura!

O mały włos się nie odwróciłam, żeby mu ją pokazać.

O mały włos.

Oboje kochaliśmy dopatrywać się w chmurach różnych stworzeń. On zawsze widział najbardziej niezwykłe istoty - olbrzymy, smoki czy potwory - podczas gdy mi wyobraźnia podsuwała bardziej zwyczajne, przyziemne obrazy: śpiącego psa albo galopującego konia. Ale oczywiście Billy'ego nie było obok mnie. Leżał przede mną, zimny i martwy, zamknięty w drewnianym pudle. I już nigdy nie będziemy razem patrzeć w chmury.

Wielebny O'Connell zakaszlał i się zająknął, a ja po raz kolejny zostałam wyrwana z zamyślenia i wrzucona w straszne, okrutne teraz. Właśnie opuszczano ostatnią, mniejszą - zbyt małą - trumnę. Tym razem pasy milczały. Ten ciężar nie wystawiał nylonu na próbę.

Billy.

Patrzyłam, jak odbywa swoją ostatnią, krótką podróż.

W dół. W dół. W dół.

A potem jego trumna zniknęła w grobie, dołączając do trumien moich rodziców.

Powinnam być tam z nimi.

Zbliżyłam się do grobu. Tylko jeden mały krok, ale wystarczył, bym znalazła się nad krawędzią. Wpatrywałam się w wielką dziurę w ziemi, która miała być ostatecznym miejscem spoczynku moich rodziców i małego braciszka.

Wszyscy razem nawet w śmierci.

Trzy oddzielne trumny. Dwie duże. Jedna mała. Mała leżąca na dużej.

Powinnam być z nimi.

Wszyscy, których kochałam.

Wszyscy.

Odeszli.

Jedyne, co mi zostało, to pustka w sercu. Pustka była moją nową najlepszą przyjaciółką, która bezustannie mi towarzyszyła, a ja kurczowo się jej trzymałam. Była moim ratownikiem, utrzymującym mnie na powierzchni i niepozwalającym mi utonąć w otchłani bólu i tęsknoty. Stałam pośród odzianych w czerń żałobników. Było ich tak wielu. Uczniowie, koledzy z pracy. Przyjaciele. Sąsiedzi. Większość naszej wsi zgromadziła się tego dnia na cmentarzu komunalnym w Canterbury. W tłumie dało się słyszeć ciche pociąganie nosem, ale ja nie płakałam.

Nie potrafiłam.

Od chwili, kiedy dotarła do mnie straszna wieść o wypadku, nie uroniłam ani jednej łzy.

Wielebny O'Connell zbliżał się do końca ceremonii pogrzebowej.

- ...ponieważ upodobało się wszechmocnemu Bogu odwołać duszę naszego drogiego brata, naszej siostry i Twego dziecięcia z życia doczesnego. I składamy więc ich ciała do ziemi, ziemia ziemi - popiół popiołowi - proch prochom: w niepłonnej nadziei zmartwychwstania do żywota wiecznego, przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego, który przemieni poniżone ciało nasze, aby się stało podobnem chwalebnemu ciału Jego...1

Trudno mi było skupić się na mowie pogrzebowej. Nie pierwszy raz pożałowałam, że nie jestem bardziej religijna. Może to pomogłoby mi przetrwać ten... kryzys. Ale moi rodzice nigdy nie przywiązywali wagi do religii. Byli ateistami, choć niewojującymi. A teraz odeszli. Naprawdę odeszli. Czy czekało ich jakieś życie po śmierci? Czy też może ich ciała po prostu użyźnią ziemię, na której stoję, i to będzie koniec ich historii?

Odepchnęłam od siebie tę ponurą myśl, a skąpany w słońcu odległy dąb znów przyciągnął moją uwagę.

Nagle wszyscy wokół mnie wymamrotali "amen", wyrywając mnie z objęć mojej przyjaciółki - Pustki.

Nie.

Nie.

Wracaj tu. Nie opuszczaj mnie teraz.

Znów rozbrzmiały szepty:

- Jest taka dzielna...

- ...teraz całkiem sama...

- ...radzić sobie sama, w tak młodym wieku...

- Tylko szesnaście? Siedemnaście?

- ...mieszkać u jakichś odległych krewnych...

- Biedne dziecko.

Ignorowałam ich bez większego trudu, choć zarazem byłam wdzięczna za wielkie okulary przeciwsłoneczne mojej matki, zasłaniające mi prawie całą twarz. Czułam na sobie dziesiątki współczujących spojrzeń, śledzących każdy mój ruch. Zawsze nienawidziłam być w centrum uwagi, ale teraz odkryłam, że mnie to nie obchodzi. Pustka pomagała. Dzięki niej mogłam stać z wysoko uniesioną głową i z godnością pożegnać moich rodziców. Nie chciałam załamać się na oczach tych wszystkich ludzi. Nie chciałam wchodzić z nimi w interakcje. Nie potrafiłam. Byłam całkowicie obojętna.

Tłum zaczął się rozchodzić.

Wszyscy wracali do domu moich rodziców - mojego domu - na stypę. Znów spojrzałam na potężny, samotny dąb.

Taki jak ja teraz. Sama. Ale nie tak potężna.

Sama, jeśli nie brać pod uwagę doktora Dylana Knightleya, który stał nieopodal i ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku. Mój opiekun miał na sobie doskonale skrojony czarny garnitur, a z jego lodowato błękitnych oczu wyzierał bezbrzeżny smutek.

- Co chcesz teraz zrobić, Emily? - zapytał zdławionym głosem. - Chcesz wrócić do domu czy zostać tu jeszcze trochę?

Przełknęłam ślinę.

- Zostać - wyszeptałam, z trudem przeciskając to pojedyncze słowo przez zaciśnięte boleśnie gardło.

Dylan skinął głową.

- Poczekam przy samochodzie. Możesz tu zostać tak długo, jak potrzebujesz. - To powiedziawszy, odwrócił się i odszedł w stronę ciemnoszarego BMW, którym przyjechaliśmy na miejski cmentarz.

Spuściłam wzrok na trzy trumny. Największa, należąca do mojego ojca, spoczywała obok trumny mamy, a na nich leżała trumna Billy'ego. Była mała i biała... Miał dopiero siedem lat.

Nagle świat zawirował mi przed oczami, a moje serce ścisnęło się boleśnie, kiedy dotarło do mnie, że to moje ostatnie pożegnanie.

Jedyne pożegnanie, jakie miałam.

Nie pozwolono mi ich zobaczyć.

Opadłam na miękką, suchą trawę i zerwałam trzy róże z najbliższego wieńca.

- Żegnaj, tato. Żegnaj, mamo. Żegnaj, Billy - szeptałam, kolejno wrzucając róże do grobu.

W jednej chwili moja ochronna tarcza się rozpadła, stałam się bezbronna i obnażona. Czułam się, jakbym miała dziurę w piersi - potworną, ziejącą otchłań rozpaczy. Przeszył mnie rozdzierający ból, niemający nic wspólnego z poobijanymi żebrami - jedynym urazem, jakiego doznałam w wyniku wypadku. Ten ból był straszliwy. Nic nie mogło przygotować mnie na to uczucie, na ten okropny, druzgocący ból straty.

Tę... nicość.

Zachłysnęłam się powietrzem, rozpaczliwie próbując zaczerpnąć tchu. Nogi ugięły się pode mną, osunęłam się na kolana i w końcu się rozpłakałam. Tama odgradzająca mnie od mojej żałoby runęła, a ja zaniosłam się głośnym, rozpaczliwym szlochem, który wstrząsał ciałem i rozdzierał duszę.

Powinnam być z nimi. Powinnam być z nimi. Powinnam być z nimi.

Chcę umrzeć.

*

Obudziłam się w moim łóżku. Szumiało mi w uszach, a oczy były opuchnięte i piekące. Wciąż miałam na sobie te same ubrania co na pogrzebie, nie licząc butów. Nie pamiętałam, żebym kładła się spać. Właściwie ostatnim, co pamiętałam, było stanie przy grobie mojej rodziny.

A, tak. Nie żyją.

Wszyscy.

Każdego dnia ta świadomość uderzała we mnie dokładnie z tą samą siłą co za pierwszym razem, niczym kula wyburzeniowa. Moje życie legło w gruzach przez jakiegoś pijanego idiotę. Mojej rodziny już nie było.

Została zdmuchnięta jak płomień świecy. Przestała istnieć.

Moja różowa lampka nocna ze srebrnym materiałowym abażurem była zapalona. W jej miękkim świetle widziałam Dylana, który siedział zgarbiony w fotelu na biegunach i zdawał się drzemać. Wciąż ubrany w drogi garnitur i buty, w jakiś sposób sprawiał, że mój pokój wydawał się jeszcze mniejszy i bardziej zagracony. A do tego miał na sobie trencz. W sierpniu.

Wyglądał dziwnie w moim fotelu na biegunach; był na niego po prostu za duży. To właśnie z tego fotela matka niegdyś czytała mi bajki na dobranoc, lekko kołysząc się w przód i w tył. Opowiadałam jej, jak minął mi dzień w szkole, a ona mówiła, jak minął jej. Była nauczycielką, tak jak tata.

Dwoje nauczycieli, którzy już nigdy nie przeprowadzą lekcji.

Dylan się poruszył.

- Obudziłaś się - mruknął. Powoli podniósł się z fotela i wyprostował zesztywniałe kończyny, krzywiąc się. Z ponurą miną podszedł i usiadł obok mnie na łóżku.

- Dałem ci lek na uspokojenie. Byłaś bardzo roztrzęsiona. Nie mogłem cię uspokoić, więc ci go podałem.

To by wyjaśniało, dlaczego szumi mi w głowie.

- Wszyscy już poszli. Przez jakiś czas nie będziesz musiała się z nikim spotykać. Jest już po dwudziestej trzeciej, więc najlepiej by było, gdyby udało ci się z powrotem zasnąć. Mogę dać ci coś na sen, jeśli potrzebujesz.

- Tak - szepnęłam.

Dylan skinął głową i wyszedł z pokoju. Kilka minut później wrócił, niosąc szklankę wody i dwie tabletki nasenne.

- Proszę - powiedział. - Czy mogę ci jeszcze w jakikolwiek sposób pomóc, Emily?

Potrząsnęłam głową. Połknęłam tabletki, popiłam je wodą i z powrotem się położyłam.

Dylan spojrzał na mnie z góry. Ze wszystkich sił starałam się ignorować malującą się na jego twarzy troskę.

- No dobrze. Idę spać. Zobaczymy się rano. - Przymknął oczy i potarł dwoma palcami czoło w geście zdradzającym smutek i wyczerpanie, a potem odwrócił się i wyszedł.

On też cierpiał, oczywiście. Stracił przyrodnią siostrę i chrześniaka. Na samą myśl o tym pękało mi serce. Biedny doktor Dyl. Był utalentowanym, choć rzadko widywanym młodszym bratem mojej matki i to ona pierwsza zaczęła używać tego pieszczotliwego zdrobnienia. To właśnie doktor Dyl siedział przy mnie, kiedy obudziłam się po wypadku, nie pamiętając, co się stało; to on przekazał mi tę straszną wiadomość; to z nim miałam teraz zamieszkać. Był lekarzem pracującym na oddziale ratunkowym jednego z londyńskich szpitali. Miałam przeprowadzić się z nim do wielkiego miasta, z dala od domu, w którym dorastałam, z dala od wszystkiego, co znajome. Miałam zostawić za sobą wspomnienie brata i rodziców i zamieszkać z moim młodym wujem.

Co moi rodzice sobie myśleli?

Był zaledwie... ile? Dziewięć, może dziesięć lat starszy ode mnie. Ledwie go znałam, a mimo to postanowili, że jeśli coś im się stanie, to właśnie on powinien zostać moim opiekunem. Ale kto inny miałby się mną zająć? Był moim jedynym żyjącym krewnym, który teoretycznie mógłby się mną zaopiekować - mimo że tak naprawdę nie byliśmy spokrewnieni. Dylan był adoptowany.

Moja mama ma... Gwałtownie wciągnęłam powietrze, kiedy ból przeszył moją pierś. Moja mama miała skomplikowaną sytuację rodzinną.

Mamo... Mamusiu.

Tabletki zaczynały działać. Moje myśli się rozmyły, a ja zapadłam w sen.

ROZDZIAŁ DRUGIZapach

Doktor Dyl zaparkował BMW na podjeździe, odetchnął głęboko i rzucił mi swoje zwykłe, uważne spojrzenie.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział.

Mieszkał w wielkim, eleganckim starym domu w Chiswick w zachodnim Londynie. Budynek wyglądał na świeżo wyremontowany, pomalowano go na kolor złamanej bieli, i był zupełnym przeciwieństwem naszego ciasnego, chaotycznego, ale przytulnego wiejskiego domku w Bekesbourne w hrabstwie Kent. Wydawał się stanowczo za duży dla jednej osoby.

- Cały dom? - zapytałam.

Mój opiekun skinął głową.

- Tak. W całości mój.

- Wow. - Spróbowałam się uśmiechnąć, co okazało się łatwiejsze, niż sądziłam. Wystarczyło się skupić na uniesieniu kącików ust, a one na moment naprawdę się podniosły.

Dylan wysiadł z samochodu, najwyraźniej usatysfakcjonowany tą mizerną próbą.

Westchnęłam z ulgą. Odkąd załamałam się na pogrzebie, pilnował mnie jak kwoka pisklęcia, choć przecież wydarzyło się to ponad tydzień temu i jak do tej pory się nie powtórzyło. Moja najlepsza przyjaciółka, Pustka, wróciła, przynosząc ze sobą znajome odrętwienie i tłumiąc mój ból do poziomu cichego brzęczenia w tle - jednostajnego, monotonnego białego szumu, który zagłuszał wszystko inne. Chroniła mnie, trzymając wszelkie uczucia na dystans, choć zarazem sprawiała, że skupienie się na czymkolwiek wymagało ogromnego wysiłku. Ale dawałam sobie radę i choć czułam się krucha i bezbronna, nie pozwalałam sobie na załamanie - dla Dylana. Chciałam oszczędzić mu mojego cierpienia. To nie tak, że zgłosił się na ochotnika do opieki nad pogrążoną w żałobie nastolatką. Został postawiony przed faktem dokonanym.

Nie idź tą drogą, Emily.

Wysiadłam za doktorem Dylem, który zdążył już wyjąć z bagażnika moje dwie sfatygowane walizki i swoją torbę podróżną. Bez wysiłku zaniósł to wszystko pod drzwi frontowe, otworzył je i ruchem głowy dał znać, żebym weszła za nim. Wspięłam się po schodkach, zdążyłam dostrzec przestronny hol i mnóstwo polerowanego drewna... a potem się zatrzymałam, gdy dobiegło mnie głośne, nieustające wycie alarmu. Było nieznośne, przeszywało moją czaszkę na wylot i zagłuszało biały szum.

Ten hałas! Nie!

Dylan wszedł do środka, nieświadomy, że wciąż stoję na progu, mocno zaciskając powieki i hiperwentylując.

Niech ktoś to wyłączy! Proszę! Niech to się skończy!

Słowa obijały się bezładnie o wnętrze mojej czaszki. Wreszcie usłyszałam elektroniczne pikanie wpisywanego kodu i piekielny jazgot ucichł. Kiedy otworzyłam oczy, Dylan stał przy małym panelu sterowania zamontowanym na ścianie u podnóża bogato zdobionych dębowych schodów.

- Za głośno? - zapytał.

Skinęłam głową, nie ufając własnemu głosowi.

- Przepraszam - mruknął.

Zmarszczyłam brwi. To nie jego wina, że przestraszyłam się alarmu. Weszłam do środka, wzięłam głęboki, uspokajający oddech i rozejrzałam się ostrożnie, próbując oswoić się z nowym miejscem. Przestronny hol wejściowy był urządzony minimalistycznie, z wysokimi sufitami, oślepiająco białymi ścianami i lśniącymi dębowymi parkietami. Wszystko to wyglądało bardzo elegancko, ale w porównaniu z moim zagraconym, pełnym barw i dźwięków domem rodzinnym było tu dziwnie pusto. Tamten dom był wypełniony muzyką, hałaśliwymi odgłosami zabawy mojego brata, a przede wszystkim śmiechem; śmiechem moich wesołych, wiecznie przekomarzających się rodziców i Billy'ego.

Mój dom. Utracony na zawsze.

Dotarło do mnie, że domu nie tworzą cegły i zaprawa, lecz ludzie. Ludzie, którzy cię kochają. Pustka na moment ustąpiła, a na jej miejsce wlała się fala udręki. Moja żałoba znowu była tuż pod powierzchnią.

Nie! Muszę wziąć się w garść. Dla doktora Dyla.

On tymczasem odstawił moje walizki u podnóża schodów, po czym potarł dłonią czoło. Sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, co powiedzieć. Czułam się taka mała, stojąc obok tego mężczyzny, którego ledwo znałam. Jako tajemniczy, rzadko widywany przyrodni brat mojej matki zawsze pozostawał gdzieś na obrzeżach mojego dzieciństwa. Kiedy byłam dzieckiem, uczył się w szkole z internatem, potem przeskoczył rok edukacji i został od razu przyjęty na studia na Oksfordzie. W rezultacie widywaliśmy się jedynie na nielicznych rodzinnych uroczystościach i, jeszcze rzadziej, na święta. Moja matka nie wychowywała się razem z nim i tak naprawdę zbliżyli się do siebie dopiero po narodzinach Billy'ego.

Dylan wciąż patrzył na mnie ostrożnie, z obawą malującą się w chłodnych, szaroniebieskich jak zimowe niebo oczach. Jego usta były zaciśnięte w wąską linię. W swoim białym T-shircie i dżinsach wyglądał za młodo jak na lekarza i stanowczo za młodo, żeby obarczyć go rolą mojego opiekuna. Przeczesał dłonią jasne włosy, stawiając je na sztorc. W ciągu ostatnich paru tygodni zdążyłam zauważyć, że doktor Dyl robi to wtedy, kiedy albo jest głęboko zamyślony, albo sfrustrowany. Wrzucił kluczyki od samochodu do miseczki na konsoli pod ścianą - jedynym meblu, jaki stał w wielkim holu - i spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał, że coś powiem.

- Ładnie tu. Czysto.

Moje słowa zawisły w powietrzu, puste i banalne, ale nie potrafiłam powiedzieć nic więcej o tym sterylnym wnętrzu. Kącik jego ust drgnął w czymś, co prawie było uśmiechem, ale nie do końca.

- Dziękuję - powiedział. - Dom bardzo się zmienił od czasu, kiedy był squatem.

- Squatem?

- Tak. Mieliśmy problem ze squattersami. Ludźmi, którzy nielegalnie zajmują budynki i czasem doprowadzają je do ruiny. Tak jak ten.

- Squattersi? - Próbowałam jakoś pogodzić to słowo z nieskazitelną przestrzenią, która mnie otaczała, ale nie potrafiłam wyobrazić sobie tego holu jako brudnej, zrujnowanej nory. Był zbyt czysty, zbyt idealny, zbyt nienaganny. Podobnie jak sam doktor Dyl.

- Wiem, trudno w to uwierzyć. Ale przez kilka lat to naprawdę był squat. Moja ciotka, do której należał ten dom, zupełnie o niego nie dbała. Nigdy tak dobrze się nie bawiłem jak wtedy, kiedy trzeba było ich eksmitować. - Skrzywił się, dając do zrozumienia, że było dokładnie na odwrót. - Chodź, pokażę ci, co jest na górze.

Znów podniósł moje walizki, a ja ruszyłam za nim po szerokich schodach z polerowanego dębu, które skrzypiały przy każdym kroku, dając wyraz swojemu niezadowoleniu. Na półpiętrze zauważyłam, że podłogę pokrywa piaskowa wykładzina. Wyglądała na nową, ale była tak szorstka, jakby uszyto ją ze starych worków.

Dylan wskazał pokój od strony ulicy.

- Tu jest moja sypialnia. Pomieszczenie obok dalej stoi niewyremontowane. - Machnął ręką w stronę korytarza, wzdłuż którego ciągnął się szereg drzwi. - Możesz wybrać którykolwiek z tych pokoi, tylko najpierw będzie go trzeba urządzić. - Wskazał jedne z bliższych drzwi. - Na razie możesz spać tu, w sypialni dla gości. Pozostałe trzy pokoje i te na drugim piętrze nadal stoją puste. Jeśli wolałabyś któryś z nich, to, jak mówiłem, urządzimy go wedle twojego gustu.

- To bardzo miłe z twojej strony.

Dylan zmarszczył brwi.

- To nie jest kwestia bycia miłym, Emily. Chcę, żebyś zrozumiała, że od teraz to jest twój dom. Mi casa es su casa.

Znów wytężyłam siłę woli, żeby się uśmiechnąć, i jakimś cudem kąciki moich ust uniosły się o parę milimetrów.

- Tak czy owak, wybierz sobie pokój, a ja zrobię nam coś na kolację. - Sposępniał. - Prawie nic nie jadłaś.

Wcale nie jadłam i na samą myśl o kolacji żołądek podszedł mi do gardła.

- Nie jestem głodna.

Twarz Dylana się zmieniła. Teraz wyrażała współczujące zrozumienie - jego typowa lekarska mina, którą zdążyłam już całkiem dobrze poznać.

- To może chociaż trochę zupy?

Skinęłam głową, by uniknąć konfrontacji, na którą nie miałam siły. Uprzejmość, zachowywanie pozorów - tylko to pozwalało mi jakoś funkcjonować.

Dylan postawił moje walizki w sypialni dla gości i się oddalił, a ja zostałam sama, wpatrując się w jej drzwi pośrodku oślepiająco białego korytarza.

W środku przywitała mnie jeszcze większa ilość bezlitosnej, klinicznej bieli.

Zaczynam dostrzegać pewien schemat.

Pokój był jasny i przestronny, z wysokim sufitem, który nadawał mu wrażenie lekkości. Jedyne umeblowanie stanowiło dwuosobowe drewniane łóżko, pasujący stolik nocny, komoda i duże lustro w ciemnej drewnianej ramie wiszące nad łóżkiem. Pościel oczywiście była biała, podobnie jak żaluzje.

Podeszłam do okna i wyjrzałam przez żaluzje na ogród za domem, który okazał się dziką, soczyście zieloną, nieposkromioną dżunglą. Po raz pierwszy w tym domu poczułam cień zainteresowania. Może później mogłabym tam zajrzeć? Przyjrzałam się uważniej i z rozczarowaniem stwierdziłam, że dostępu do ogrodu broni gęstwina kolczastych jeżyn. Nie widziałam nawet ścieżki. Albo talenty doktora Dyla nie obejmowały ogrodnictwa, albo jeszcze nie zdążył zapanować nad tą częścią posesji. Podejrzewałam, że raczej to drugie. Dylan zdawał się dobry we wszystkim, za co się zabrał.

Odwracając się z powrotem w stronę drzwi, kątem oka zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Zatrzymałam się jak wryta. Nie poznawałam tej obcej dziewczyny, która patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Jej ogniście rude włosy jak zwykle były zaplecione w gruby warkocz, ale wielkie, ciemnoniebieskie oczy ostro kontrastowały z chorobliwie bladą skórą. Wyglądały na... zaszczute. Malował się w nich smutek, znużenie i apatia. W dżinsach i workowatej bluzie, drobna i skulona, ta dziewczyna nie mogła budzić nic prócz litości.

Nagle usłyszałam w głowie śpiewny głos mojej matki, a moją pierś przeszyła świeża fala ostrego bólu.

Głowa do góry, aniołku. Jesteś taka piękna. Nie musisz się chować.

Nieśmiałość sprawiała, że często nieświadomie próbowałam wtopić się w tło. Muzyka była jedynym miejscem, w którym nie bałam się zajmować przestrzeni - grając na wiolonczeli, zawsze siedziałam prosto i pewnie. Potrząsnęłam głową, czując, że żałoba, którą Pustka trzymała pod kluczem, jest bliska wydostania się na zewnątrz.

Rzeczywistość wreszcie zaczynała do mnie docierać.

To już.

Nie ma odwrotu.

To było moje nowe życie - w oślepiająco białym, sterylnym otoczeniu, pod jednym dachem z kimś, kto był dla mnie praktycznie obcym człowiekiem.

Co moi rodzice sobie myśleli?

Dlaczego wyznaczyli Dylana na mojego opiekuna? Dlaczego młody facet miałby chcieć użerać się z pogrążoną w żałobie nastolatką?

Pewnie nigdy tego porządnie nie przemyśleli.

Typowe.

Moi rodzice zawsze żyli chwilą. Nie zastanawiali się, co będzie, jeśli zostanę sama. Zostanę sierotą.

Odsunęłam od siebie tę myśl. Nie idź tą drogą, Emily.

Zresztą z kim innym miałabym zamieszkać? Moja jedyna żyjąca babcia cierpiała na chorobę Alzheimera i przebywała w domu opieki, a żadne z rodziców nie miało rodzeństwa. W odróżnieniu od większości moich rówieśników nie miałam kuzynów ani kuzynek. Tak naprawdę z Dylanem również nie łączyły mnie więzy krwi - był synem z poprzedniego małżeństwa drugiej żony mojego dziadka czy kimś w tym rodzaju. Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy mają duże rodziny, a teraz ta zazdrość stała się silniejsza niż kiedykolwiek.

Jesteśmy... byliśmy - cholera, Emily, byliśmy! - małą, samowystarczalną rodziną. Moi rodzice zerwali z rodzinną tradycją, decydując się na więcej niż jedno dziecko, a teraz Billy był zimny i martwy, pogrzebany razem z nimi głęboko w kredowej ziemi.

Myśl o moim braciszku, z jego kędzierzawymi włosami i buzią małego aniołka, była jak cios prosto w żołądek. Z trudem łapiąc oddech, ścisnęłam obiema rękami brzuch, jakby to mogło powstrzymać mój ból i zgrozę. Musiałam go zobaczyć. Tęskniłam za nim. Tak bardzo za nim tęskniłam.

Billy!

Rzuciłam torbę na łóżko i zaczęłam w niej gorączkowo grzebać, rozrzucając dookoła moje rzeczy. Wreszcie udało mi się namacać telefon.

Cholera. Kompletnie rozładowany.

Znów sięgnęłam do torby i wyciągnęłam ramkę z rodzinnym zdjęciem, którą zabrałam z domu, mojego prawdziwego domu. Postawiłam ją na stoliku nocnym, a twarze rodziców uśmiechnęły się do mnie. Mama obejmowała Billy'ego, który odrzucił swoją blond główkę do tyłu i zanosił się śmiechem. Ja śmiałam się z Billy'ego, a tata stał obok w swobodnej pozie, lekko obejmując mnie ramieniem.

Jesteśmy... byliśmy... normalną, szczęśliwą rodziną. Czy w ogóle zdawałam sobie z tego sprawę? Czy to doceniałam?

Obrysowałam palcem postaci na zdjęciu, wygłodniale chłonąc każdy szczegół ich twarzy. Nie chciałam zapomnieć, jak wyglądali, jak brzmiały ich głosy.

Powinnam być z nimi.

Tych troje ludzi było tym, co trzymało mnie jak kotwica w moim zwyczajnym, szczęśliwym życiu, a ja nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz zaś, kiedy ich zabrakło, dryfowałam bez celu, niczym pusta łódź na oceanie żałoby. Ich śmierć pozostawiła w mojej piersi ogromną, niemożliwą do zasypania dziurę o poszarpanych, ostrych brzegach.

Biały szum w mojej głowie się nasilił i wiedziałam, że nie mogę dłużej siedzieć w bezruchu. Jeszcze chwila i rozsypię się na kawałki. Nie miałam siły zabrać się za rozpakowywanie, ale wiedziałam, że muszę się ruszyć. Tylko w ten sposób mogłam choć trochę wyciszyć to brzęczenie. Musiałam wydostać się z tego zimnego, sterylnego pokoju. Może mniej białe pomieszczenie by pomogło.

Postanowiłam, że zajmę się zwiedzaniem reszty domu. Wyszłam na korytarz i spojrzałam w górę schodów. Drugie piętro ginęło w ciemności i nigdzie nie widziałam włącznika. Wobec tego zostawiłam zwiedzanie go na później i ruszyłam przed siebie korytarzem. Natrafiłam na schowek ze starannie poskładanymi białymi ręcznikami i pościelą, a potem łazienkę - stylową, nowoczesną i oczywiście całkowicie białą.

Czy w życiu Dylana istnieją w ogóle jakieś kolory?

Pierwszy pokój, do którego weszłam, był mały i pusty, z podłogą z drewnianych desek i starą beżową farbą na ścianach. Okno wychodziło na ceglany mur sąsiedniego budynku. Kolejny pokój był podobny, tylko mniejszy, i również niczym szczególnym się nie wyróżniał.

Na końcu korytarza otworzyłam ostatnie drzwi i ostrożnie zajrzałam do środka. Moją uwagę natychmiast przyciągnęły trzy ogromne okna ze szprosami - najbardziej charakterystyczny element pokoju - wychodzące na ogród za domem. Zajmowały całą ścianę naprzeciwko drzwi, a przez ich zakurzone szybki wpadało ciepłe, przyćmione światło późnopopołudniowego słońca. Tutaj na podłodze również był drewniany parkiet, ściany pokrywała wyblakła farba w waniliowym kolorze, a po lewej stronie, pośrodku ściany, znajdował się żeliwny kominek. Był piękny, z małymi, ręcznie malowanymi różowymi różyczkami na kafelkach. Przydałoby się je wyczyścić, ale stanowiły uroczy akcent kolorystyczny w tym przesadnie białym domu.

Natychmiast poczułam się tu dobrze i, po raz pierwszy od początku tego koszmaru, spokojnie. Nieznośne brzęczenie ucichło do poziomu odległego szumu i dopiero jego brak sprawił, że uświadomiłam sobie, jak bardzo mnie wyczerpywało. Czułam... spokój. I gdy tak stałam pośrodku tego dużego pokoju, chłonąc jego spokojną ciszę, poczułam dziwny, delikatny zapach. Nie był nieprzyjemny, ale nie potrafiłam go rozpoznać. Może ziemisty, może mydlany, ale jeśli już, to mydła dla mężczyzn. Wydawał się rozproszony w powietrzu, bez konkretnego źródła. Przeszłam się po pomieszczeniu, węsząc po kątach, ale niczego nie odkryłam.

Jakie to dziwne!

Okna były zamknięte, więc zapach nie dolatywał z zewnątrz. Wzięłam głęboki wdech, ignorując protest poobijanych żeber. Od czasu wypadku ani razu nie odetchnęłam pełną piersią, ale teraz moje płuca rozszerzyły się bez trudu. Uczucie było niemal przyjemne. Ale źródło i natura tego zapachu wciąż pozostawały tajemnicą.

Co to jest?

Obok kominka znajdowała się zabudowana wnęka. Otwierając ją, spodziewałam się znaleźć źródło tego zapachu, ale okazała się pusta: jedynie półki pomalowane na waniliową żółć, pokryte warstwą kurzu. Przez moment wpatrywałam się w nie zaintrygowana i zdezorientowana. Znów wzięłam głęboki wdech, delektując się tą przyjemną, lekką wonią. Obeszłam pokój jeszcze raz, tym razem wodząc opuszkami palców po każdej powierzchni i zostawiając ślady w kurzu. Znów wzięłam głęboki wdech. Zapach nadal był ledwie wyczuwalny, ale zdecydowanie przyjemny.

I wtedy nagle zniknął.

Przepadł. Rozpłynął się. Jakby nigdy go nie było.

Czy ja go sobie wyobraziłam?

W tym momencie drzwi się otworzyły.

- Tu jesteś - powiedział Dylan. Wszedł do pokoju, ale po kilku krokach się zatrzymał. - Co się stało?

- Nic takiego. Wydawało mi się, że poczułam dziwny zapach, ale był bardzo delikatny.

Brwi Dylana powędrowały ku górze. Miał prawo być zaskoczony - to było najdłuższe zdanie, jakie wypowiedziałam do niego przez ostatnie kilka tygodni. Uniósł głowę i z namysłem powąchał powietrze.

- Pokój jest trochę zakurzony, ale nie wyczuwam niczego niezwykłego.

- Nie. Już go nie ma. Właśnie zniknął. Ale nie był nieprzyjemny. Tak właściwie to był wręcz bardzo przyjemny. Nie potrafiłam dojść, co tak pachniało.

Dylan nie zdołał ukryć zaskoczenia - może dlatego, że niespodziewanie wypowiedziałam aż tyle słów naraz? - ale ostatecznie tylko wzruszył ramionami.

- Niczego nie czuję. Twoja zupa jest gotowa. Chodź, zjedz chociaż trochę.

Nie. Nie jedzenie.

Skrzywiłam się.

On skrzywił się bardziej.

- No dobrze - mruknęłam i wyszłam za nim z pokoju. W progu po raz ostatni obejrzałam się na okna, zastanawiając się nad tajemniczym zapachem.

Na dole przeszliśmy przez salon - biały, jakżeby inaczej - którego największą ozdobą były wysokie, przeszklone drzwi ze szprosami prowadzące do ogrodu. Kuchnia okazała się duża i przestronna; była też jedynym jak dotąd pomieszczeniem, w którym Dylan niemal porzucił swoje upodobanie do klinicznej estetyki. Minimalistyczne nowoczesne szafki miały jasnoszary kolor, blaty były wykonane z biało-szarego marmuru, a pośrodku pomieszczenia stała duża wyspa z blatem śniadaniowym, przy którym ustawiono białe drewniane krzesła barowe. Pomiędzy wyspą a kolejnymi przeszklonymi drzwiami wychodzącymi na zdziczały ogród stał stół ze szklanym blatem, otoczony przez osiem przezroczystych krzeseł. Ta kuchnia mogłaby spokojnie trafić na okładkę ekskluzywnego magazynu o urządzaniu wnętrz, a przystojny Dylan idealnie uzupełniałby aranżację.

Doktor Dyl wyjął dwie białe miski z głębokiej szafki, w której starannie ułożono naczynia, nalał do nich zupy ze stojącego na kuchence garnka, a następnie ustawił je na czystych szarych podkładkach rozłożonych na blacie śniadaniowym.

On naprawdę ma jakąś obsesję na punkcie porządku.

- Usiądź - polecił.

Zawahałam się. Na samą myśl o jedzeniu mój żołądek stanowczo zaprotestował.

- Proszę, Emily. Musisz coś zjeść - nalegał.

Usiadłam i zamieszałam łyżką w zupie.

Zupa jarzynowa. Hmmm.

Wyjęłam łyżkę z miski i ostrożnie ją polizałam.

Niezła.

Jako że Dylan wciąż stał, patrząc na mnie wyczekująco, zdobyłam się na ogromny wysiłek i zjadłam łyżkę zupy. Dopiero wtedy usiadł obok mnie i zjedliśmy w niezręcznej ciszy. Pomimo protestującego żołądka udało mi się do połowy opróżnić miskę.

Dylan odwrócił się do mnie na krześle.

- Czyli rozumiem, że wybrałaś sypialnię z tyłu domu? - To było jednocześnie pytanie i stwierdzenie.

Czując na sobie jego uważne spojrzenie, zastanowiłam się nad odpowiedzią. Przypomniałam sobie panujący tam spokój, ciepłe promienie słońca przeświecające przez zakurzone okna, to, że w atmosferze tego pokoju było coś niezwykle kojącego.

Tak. Chcę tamten pokój. Potwierdziłam nieznacznym skinieniem głowy.

Dylan odchylił się do tyłu i uśmiechnął.

- W takim razie zastanów się, jak chciałabyś go urządzić, a ja zajmę się resztą. - Zauważył moje zdziwione spojrzenie. - Zadzwonię do naszego miejscowego bułgarskiego fachowca od remontów i wykończeń. Może się tym zająć.

- Bułgarskiego?

- Tak. On i jego ekipa są naprawdę świetni. Wyremontowali cały parter, wymienili instalację elektryczną i hydraulikę w całym domu.

- Dobrze. - Uśmiechnęłam się i tym razem wcale nie musiałam się do tego zmuszać.

- Dokończysz zupę?

- Nie dam rady.

Dylan westchnął, ale nie naciskał. Wstał z krzesła, zabrał moją miskę, wylał resztę zawartości do zlewu i włożył naczynia do zmywarki.

Ma zmywarkę.

Moja mama dałaby się pokroić za zmywarkę.

Ale kuchnia w naszym domu była za mała, żeby wstawić do niej nawet najmniejszą zmywarkę, a zresztą zmywaniem i tak zajmowaliśmy się w większości ja z tatą.

A teraz to już i tak nie miało znaczenia.

- Chcesz zobaczyć resztę domu? - zapytał Dylan, przerywając moje ponure rozmyślania. - Żebyś wiedziała, gdzie co jest?

Skinęłam głową - bardziej z grzeczności niż rzeczywistej ochoty - i poszłam za nim do salonu, na który wcześniej zdążyłam tylko przelotnie rzucić okiem. Podobnie jak reszta domu był przestronny, niemal ascetyczny i sprawiał wrażenie, jakby nikt tak naprawdę w nim nie mieszkał. Stały w nim jasnoszara narożna sofa, na której zmieściłoby się co najmniej siedem osób, ogromny telewizor i nowoczesny stalowy piecyk opalany drewnem, ustawiony we wnęce po dawnym kominku.

Po co jednemu człowiekowi aż tyle miejsca?

Na ścianie za sofą wisiał wielki, ręcznie malowany pejzaż przedstawiający kłębiące się burzowe chmury na tle niebieskiego nieba. Robił ogromne wrażenie, ale zarazem był chłodny i bezosobowy, i moim zdaniem nieco ponury. Na pozostałej części ściany znajdowały się przeszklone drzwi, które już wcześniej zauważyłam, prowadzące na niewielki drewniany taras. Dalej zaczynała się dzika, zielona dżungla ogrodu.

- Ogród jeszcze czeka na swoją kolej. - Doktor Dyl wyglądał na nieco zakłopotanego, jakbym przyłapała go na jakimś osobistym niedociągnięciu.

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc milczałam. Po chwili odwrócił się i ruszył dalej, a ja podążyłam za nim.

- Tu jest schowek na płaszcze. - Wskazał drzwi obok salonu. - A to moje ulubione pomieszczenie. Mój gabinet. - Uśmiechnął się i przez moment wyglądał niemal chłopięco. Jego rysy złagodniały, a w oczach zatańczyły wesołe iskierki. Wbrew wszystkiemu zrobiło mi się ciepło na sercu.

Jego gabinet nie przypominał żadnego innego pomieszczenia w domu. Przede wszystkim dwie z czterech ścian były pomalowane na głęboką, krwistą czerwień - zupełne przeciwieństwo wszechobecnej bieli - nadającą wnętrzu atmosferę gotyckiej komnaty, zwłaszcza w półmroku zapadającego zmierzchu. Całą jedną ścianę zajmował regał wypełniony podręcznikami medycznymi, powieściami kryminalnymi i najrozmaitszymi bibelotami, włączając w to ludzką czaszkę. Centralne miejsce pod dużym oknem wykuszowym zajmowało zabytkowe mahoniowe biurko, na którym stał nowoczesny iMac i lampka vintage w stylu logo Pixara, będąca jedynym źródłem światła w pomieszczeniu. Stanowisko pracy uzupełniał sfatygowany fotel kapitański obity wytartą czerwoną skórą. W rogu dojrzałam jeszcze zabytkowy fotel na biegunach, ale moją uwagę najbardziej zwróciły cztery gitary ustawione na stojakach wzdłuż jednej ze ścian.

- Grasz na gitarze? - zapytałam zaskoczona. Muzyka była całym moim życiem, a mimo to moja mama nigdy nie wspomniała, że doktor Dyl gra na gitarze.

- Kiedy tylko mam okazję. - To powiedziawszy, uśmiechnął się od ucha do ucha, a mi na moment zabrakło tchu. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała na jego twarzy tak szeroki, radosny uśmiech. Przez krótką chwilę wyglądał na niewiele starszego ode mnie. - Muzyka mnie uratowała - powiedział. - Nigdy nie chciałem zostać lekarzem. To był pomysł mojego ojczyma. - Zmarszczył brwi, ale zaraz złagodniał. - To zawód przynoszący wielką satysfakcję i z czasem polubiłem moją pracę, ale tak samo kochałem występować na scenie z moim zespołem.

- Grasz w zespole?

- Grałem.

Z wrażenia aż opadła mi szczęka. Ja też zawsze uważałam, że muzyka mnie uratowała, choć teraz nie potrafiłam jej słuchać. Wiedziałam, że zmusiłaby mnie do zmierzenia się z moimi uczuciami - a na to nie byłam jeszcze gotowa.

- Od jakiegoś czasu nie grałem - mruknął.

Oczywiście, że nie. Przecież musiał się mną zajmować - lub może, podobnie jak ja, po prostu nie miał teraz na to przestrzeni.

- Nie miałem na to siły. Tak jak ty - dodał.

Przez kilka ostatnich, stresujących tygodni zdążył dość dobrze mnie poznać. Odkąd straciłam rodzinę, wszelkie intensywne bodźce - muzyka, telewizja, radio - były nie do zniesienia. Nie byłam w stanie nawet czytać. Biały szum był zbyt głośny, zbyt rozpraszający. Normalnie odnajdywałam ukojenie w książkach, sztuce i mojej wiolonczeli, ale ostatnio nie byłam w stanie robić niczego, co wywołałoby jakąkolwiek reakcję emocjonalną. Moją jedyną pociechą była Pustka, a ja trzymałam się jej kurczowo niczym koła ratunkowego, którym w istocie była. A w tej chwili miałam wrażenie, że ona trzyma się mnie z równą siłą.

Jedyną czynnością, jaką byłam w stanie znieść, było chodzenie. Stawianie stóp jedna przed drugą wymagało akurat tyle skupienia, ile byłam w stanie z siebie wykrzesać, dzięki czemu mogłam choć na chwilę odetchnąć od ponurych myśli. Zawsze lubiłam włóczyć się godzinami po lesie, ale teraz, po wypadku, po prostu przemierzałam bez końca ulice mojej wioski. Unikałam moich ulubionych miejsc. W jakiś sposób nie chciałam skazić ich tragedią; wolałam, by na zawsze pozostały takie, jakie zachowałam w pamięci.

- Czy mogę pójść na spacer? - zapytałam, kiedy wyszliśmy z gabinetu.

Dylan zmarszczył brwi, wahając się.

Nie. Dylan. Proszę, błagałam go w myślach.

- Eee... Nie jestem pewien...

- Przejdę się tylko w tę i z powrotem ulicą - przerwałam mu. - Tylko tyle.

- No cóż... - zaczął, wciąż brzmiąc na niezdecydowanego.

- Proszę - wyszeptałam zdesperowana.

- No dobrze. Ale musisz uważać. Nie jesteś już w Bekesbourne. Zachodni Londyn to nie to samo co senne miasteczko. Zachowaj czujność, dobrze?

Skinęłam głową. Raz, stanowczo, przekonująco.

- Poczekaj, dam ci klucze. Tylko nie wracaj zbyt późno. Będę się martwił. - Zamilkł na chwilę. - Chcesz, żebym poszedł z tobą?

To ostrożne spojrzenie wróciło, a chłopięcy Dylan zniknął bez śladu.

Potrząsnęłam głową, być może nieco zbyt pospiesznie. Ostatnie, czego chciałam, to żeby mi towarzyszył. On przytaknął, sprawiając wrażenie, jakby na to właśnie liczył, po czym zniknął w swoim gabinecie, by po chwili powrócić z pękiem kluczy. Wzięłam je od niego i ruszyłam w stronę drzwi wejściowych.

- Uważaj na siebie - powiedział.

- Jasne. Cześć. - Czym prędzej wyszłam, zanim zdążył zmienić zdanie.

Chodnik przed domem był zalany miękkim, złotym światłem, przesączającym się przez liście rosnących wzdłuż ulicy potężnych klonów. Pod wpływem impulsu skręciłam w lewo i zaczęłam iść przed siebie, mimochodem rejestrując otoczenie. Mijałam kolejne duże domy, podobne do domu doktora Dyla, każdy z przynajmniej jednym drogim samochodem stojącym na podjeździe. Wcześniej nie przyszło mi do głowy, że Dylan może być bogaty, ale teraz zdałam sobie sprawę, że niewiele ludzi może sobie pozwolić na mieszkanie w dużym, zabytkowym domu w zamożnej dzielnicy Londynu, i to w tak młodym wieku. Nie wiedziałam, że lekarze aż tyle zarabiają. Nie rozmawialiśmy dotąd o pieniądzach. Może mogłabym znaleźć jakąś pracę? Przecież nie mogę oczekiwać, że będzie mnie utrzymywał, prawda? Opuściłam głowę i wbiłam wzrok w swoje stopy, starając się skupić na stawianiu jednej nogi przed drugą. Prawa. Lewa. Prawa. Lewa. Szłam, szłam, szłam i szłam.

Zanim wróciłam, zmierzch zdążył przeistoczyć się w noc. Dylan czekał na mnie przed domem, nerwowo chodząc w tę i z powrotem. Na mój widok znieruchomiał.

- Do diabła, Emily, gdzie ty się podziewałaś?! - zawołał. - Zamartwiałem się o ciebie. Nie było cię przez dwie godziny! Właśnie miałem wsiąść do samochodu i pojechać cię szukać. - Przeczesał dłonią włosy, patrząc na mnie swoimi lodowato błękitnymi oczami. Widać było, że z trudem panuje nad złością.

Niech to szlag. Doktor Dyl był ostatnią osobą na świecie, którą chciałabym zmartwić.

- Przepraszam. Straciłam poczucie czasu.

Odpowiedziało mi ciężkie, poirytowane westchnienie.

- Dzwoniłem do ciebie, ale nie odbierałaś. Włączała się tylko poczta głosowa. Swoją drogą jest zapełniona, więc nie mogłem zostawić wiadomości.

- Przepraszam. Zapomniałam wziąć go ze sobą.

Doktor Dyl zacisnął usta.

- No cóż, najważniejsze, że wróciłaś. Ale będziemy musieli ustalić kilka zasad.

- Okej.

- To był długi dzień, jest późno, a ja mam za sobą dwie bardzo długie godziny. Na razie myślę, że powinniśmy spróbować się przespać. Chodź. - Otworzył drzwi, a ja weszłam za nim do holu, dręczona wyrzutami sumienia.

- Naprawdę bardzo przepraszam - wyszeptałam. - Nie chciałam, żebyś się o mnie martwił.

Doktor Dyl potarł czoło i zmarszczył brwi, jakby nie wiedział, co ma robić. Pewnie miał ochotę opieprzyć mnie z góry na dół, ale jak zwykle się opanował i tylko westchnął znowu.

- Chcesz coś na sen?

- Poproszę.

Dylan znów westchnął.

- Bierzesz tabletki codziennie od prawie dwóch tygodni. Jeszcze jedna noc, a jutro spróbuj może zasnąć bez nich. Jeśli bierze się je codziennie, z czasem przestają działać.

Skinęłam głową. Byłam pewna, że dalej ich potrzebuję, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że miałam spędzić pierwszą noc w nowym domu.

Dylan posłał mi lekki uśmiech, który szybko zamienił się w grymas niezadowolenia, kiedy jego telefon zawibrował. Patrzyłam, jak odbiera i znika w kuchni.

Po chwili wrócił ze szklanką wody i dwiema tabletkami w rękach, wciąż rozmawiając przez telefon:

- Nie, Lulu, nie dzisiaj. Może jutro... Posłuchaj, zadzwonię do ciebie, dobrze? - W jego głosie pobrzmiewało napięcie. Podał mi wodę i tabletki, po czym wrócił do kuchni, żeby dokończyć rozmowę. - Nie... To niemożliwe. Skarbie, przepraszam. Wiem. Ja też za tobą tęsknię... Dobranoc.

Rozmawiali o mnie - to oczywiste. Wiedziałam, że Lulu jest jego dziewczyną, choć nigdy jej nie poznałam i nigdy o niej nie rozmawialiśmy. Właściwie to w ogóle niewiele rozmawialiśmy... a przynajmniej ja mało się odzywałam. On mówił o różnych rzeczach - głównie kwestiach praktycznych - ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, ile musiał poświęcić, kiedy przyjechał do Kent, żeby się mną zaopiekować.

Dziwnie było myśleć o tym, że ma dziewczynę. Przez te wszystkie lata, ilekroć widywaliśmy się na rodzinnych spotkaniach, zawsze przychodził sam. Nie zająknął się o niej ani słowem. To od mamy dowiedziałam się o jej istnieniu.

Mamo. Mamusiu.

Przestań, Emily.

Połknęłam tabletki, popiłam je wodą i odniosłam szklankę do kuchni, gdzie Dylan właśnie nalewał sobie kieliszek czerwonego wina. Wkładając szklankę do zmywarki, czułam na sobie jego wzrok, co było dość niepokojące.

Czy on dalej jest na mnie zły?

- Dobranoc - powiedziałam.

- Dobranoc, Emily. Śpij dobrze.

Sypialnia dla gości była zbyt biała, nawet w nocy. Zasunęłam żaluzje, by nie widzieć ciemności za oknem, i zapaliłam lampkę nocną. Wyjęłam z torby ładowarkę do telefonu i podłączyłam go do gniazda USB w kontakcie obok łóżka.

Kontakty mają tu wbudowane porty USB. Tata byłby pod wrażeniem.

Ekran telefonu wyświetlił ikonę rozładowanej baterii, a ja przesunęłam palcem po niewielkim pęknięciu na wyświetlaczu - kolejnej pamiątce po wypadku. Za każdym razem, kiedy brałam telefon do ręki, za każdym razem, kiedy przeglądałam zdjęcia, pęknięcie tam było. Przecinało każde cenne zdjęcie i film, będąc zarówno namacalnym przypomnieniem, jak i metaforą tego, co się stało.

Tego, jak moje życie zostało nieodwracalnie odmienione i okaleczone.

Tego, że wszystkich straciłam.

Emily. Przestań. Nie myśl o tym.

Odłożyłam telefon ekranem do dołu na stolik nocny, a mój wzrok powędrował ku rodzicom uśmiechającym się do mnie ze zdjęcia w ramce. Zdjęłam trampki, usiadłam na łóżku i wzięłam zdjęcie do ręki. Kiedy tak wpatrywałam się w moją szczęśliwą rodzinę, znów wyczułam ślad tego dziwnego zapachu. Powrócił, tym razem odrobinę silniejszy; cudowna, kusząca woń, która wydawała się w jakiś sposób znajoma.

Co to, u licha, jest?

Skąd się bierze?

I dlaczego wydaje mi się znajome?

Odetchnęłam głęboko i rozejrzałam się, zbita z tropu. To nie miało sensu. Może to sobie uroiłam? Potrząsnęłam głową, zirytowana na siebie, i jeszcze raz nabrałam powietrza. Zapach był naprawdę przyjemny i kojący. Samo jego wdychanie wydawało się mnie uspokajać. Położyłam się, wdychając go, i wkrótce spałam głębokim snem.

ROZDZIAŁ TRZECISiedemnastka

Kiedy obudziłam się następnego ranka, po raz pierwszy od bardzo dawna czułam się naprawdę wypoczęta. Otworzyłam oczy, przeciągnęłam się i rozejrzałam po moim białym, sterylnym otoczeniu.

Gdzie ja jestem?

Ach, tak. U Dylana. Przecież mojej rodziny już nie ma.

Żałoba uderzyła we mnie z siłą rozpędzonego pociągu towarowego. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech, walcząc, by zapanować nad ogromem mojej rozpaczy. Odwróciłam się, by spojrzeć na rodzinne zdjęcie, i widok roześmianych twarzy moich rodziców i brata pomógł mi się uspokoić.

- Cześć - szepnęłam. - Tęsknię za wami. - Gardło znów mi się ścisnęło; znak, że moja żałoba znalazła się niebezpiecznie blisko powierzchni.

Gdzie jest Pustka, kiedy jej potrzebuję?

Żeby odwrócić uwagę od tych myśli, odrzuciłam kołdrę, pospiesznie wygramoliłam się z łóżka i podeszłam chwiejnie do okna, by otworzyć okiennice. Był piękny letni dzień. Słońce świeciło mi prosto w oczy, więc odruchowo spuściłam wzrok... tylko po to, by odkryć, że nie mam na sobie spodni. Nadal byłam ubrana w ten sam T-shirt i bieliznę co poprzedniego dnia, ale moje dżinsy tajemniczo zniknęły. Zdezorientowana rozejrzałam się po pokoju i dostrzegłam je starannie złożone u stóp łóżka.

Ale dziwnie!

Nie pamiętałam, żebym je zdejmowała. Właściwie to byłam przekonana, że zasnęłam w dżinsach.

O nie!

Czy Dylan... nie!

Myśl, że doktor Dyl mógł mnie rozebrać, była zbyt krępująca, żeby w ogóle ją rozważać, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił, więc było to mało prawdopodobne. Może sama zdjęłam dżinsy i zapomniałam o tym przez tabletki nasenne? Odpędziłam to uczucie dyskomfortu i zawstydzenia i spojrzałam na wciąż nierozpakowane walizki. Zadanie wydawało się przytłaczające, ale lepsze to niż rozmyślanie nad kwestią dżinsów. Wobec tego zabrałam się za wyjmowanie z walizek reszty ubrań i układanie ich w komodzie.

Wkrótce stało się jasne, że jest za mała, żeby pomieścić wszystkie moje rzeczy. Porzuciłam drugą, rozpakowaną do połowy walizkę i poszłam do łazienki.

Po prysznicu owinęłam się wielkim białym ręcznikiem, umyłam zęby, a potem ostrożnie wyjrzałam na korytarz i przebiegłam z powrotem do sypialni. Nie chciałam, żeby doktor Dyl zobaczył mnie na korytarzu w samym ręczniku; to byłoby zdecydowanie zbyt krępujące. Wytarłam się, po czym założyłam moje starannie złożone dżinsy, czysty T-shirt, bluzę i trampki. Suszenie włosów zajęłoby mi wieczność, więc tylko zaplotłam je w mój zwykły ciasny warkocz i pozwoliłam mu opaść na plecy.

Kiedy wychodziłam z pokoju, żeby stawić czoła doktorowi Dylowi, znów wyczułam delikatną nutę tego dziwnego zapachu.

Co to jest, u licha?

Uznałam, że wyobraźnia płata mi figle. To było jedyne sensowne wyjaśnienie. Ten zapach był kolejnym objawem żałoby. Mój mózg robił mnie w balona.

Kiedy weszłam do kuchni, Dylan siedział przy blacie śniadaniowym, pił kawę i czytał na iPadzie coś, co z daleka wyglądało na gazetę. Na dźwięk moich kroków podniósł głowę i zdobył się na lekki uśmiech. W szarym T-shircie, dżinsowych szortach i czarnych Birkenstockach znów wyglądał jak młody chłopak, ale jego twarz nie zdradzała ani odrobiny beztroski.

- Wyglądasz na wypoczętą - powiedział ostrożnie.

- Dobrze spałam. Dziękuję. - Zmusiłam się, żeby odwzajemnić jego uśmiech, a on widocznie się odprężył.

- To dobrze. Twoje rzeczy powinny dzisiaj dotrzeć.

Kiwnęłam głową, po czym odwróciłam się w stronę blatu i zajęłam robieniem herbaty, marszcząc brwi i próbując zrozumieć, jakie właściwie uczucia wywołała we mnie ta wiadomość. Dylan spędził mnóstwo czasu, skrupulatnie pakując zawartość mojej sypialni w Kent: wiolonczelę, książki i wszystkie inne rzeczy. Ja tymczasem siedziałam w fotelu na biegunach, wpatrując się w pustkę. Jako wykonawca testamentu moich rodziców przejrzał wszystkie ich dokumenty z drobiazgową pieczołowitością. Napisał dziesiątki maili i listów, a także odbył niezliczone rozmowy telefoniczne, by uporządkować ich sprawy. Musiałam podpisać jakieś dokumenty i pamiętam, że wyjaśniał mi wtedy, czego dotyczyły, ale jego słowa po prostu zawisały w powietrzu, po czym rozpływały się w nicości. Kiedy on pracował, ja siedziałam w salonie i bezmyślnie patrzyłam w okno albo chodziłam na długie spacery po wiosce. To wszystko, na co byłam w stanie się wtedy zdobyć.

Nie ruszyliśmy reszty domu. "To będzie długoterminowy projekt", mruknął ponuro doktor Dyl, kiedy pierwszy raz zobaczył panujący w domu chaos i bałagan. Półki uginały się od książek, zdjęć i pamiątek, a szafki były pełne... rzeczy. Rzeczy, które gromadzili przez lata. Cały dorobek ich życia leżał teraz nieużywany w moim dawnym domu w Kent.

Ta myśl zabolała, ale zarazem uświadomiła mi, jak musiał się czuć Dylan. Widząc, jak uporządkowany i minimalistyczny był jego dom, mogłam tylko się domyślać, jak bardzo musiał go przerazić panujący u mnie chaos.

Nagle zabrzmiał dzwonek do drzwi, wyrywając mnie z zamyślenia.

- To pewnie firma przeprowadzkowa. - Dylan zerwał się, żeby otworzyć, ale po chwili wrócił, trzymając jedynie paczkę i kilka listów.

- Tylko poczta. Przyszło kilka listów i kartek do ciebie. Przekierowałem korespondencję z adresu twoich rodziców. Dlatego w piątek nic nie przyszło... - Urwał i zmarszczył brwi, patrząc na trzymany w ręce list. Nagle poderwał głowę i spojrzał na mnie z paniką w oczach.

Wypełniająca mnie Pustka się cofnęła, a strach ścisnął mój żołądek.

- Co?

- Są twoje urodziny - szepnął.

Moje urodziny. Moje urodziny? Obracałam te słowa w głowie, próbując zrozumieć, co oznaczają.

- Twoje siedemnaste urodziny. Są dzisiaj.

- Proszę. Nie... nie mów... - wykrztusiłam, gorączkowo potrząsając głową. Biały szum gwałtownie narastał, zamieniając się w ogłuszający ryk.

Nie dam rady.

Urodziny były rodzinnymi wydarzeniami. Krucha równowaga, którą zdołałam osiągnąć przez ostatnie dni, zachwiała się, a potem rozsypała w pył. Ciężar straty przygniótł moje serce, wyciskając łzy z oczu.

Nie. Nie to. Nie teraz.

Dylanowi wystarczyło jedno spojrzenie na moją twarz, by domyślić się, co się dzieje. Uniósł dłoń w uspokajającym geście.

- Dobrze, pomyślmy o czymś innym - powiedział nagląco. Jego twarz już rozmazywała mi się przed oczami od łez.

- Chyba muszę się czymś zająć. Nie chcę się załamać... - wykrztusiłam ochryple przez zaciskające się coraz mocniej gardło.

Moje urodziny. Miałyśmy iść z mamą na zakupy... Nie! Mieli zacząć uczyć mnie jeździć samochodem!

- Dobrze. Co ty na to, żeby urządzić twój pokój?

Mamusiu...

- Dzisiaj. - Dylan rzucił pocztę na stół i klasnął w dłonie, aż podskoczyłam.

Co? Urządzać pokój? Dzisiaj?

- Och - szepnęłam.

Kochanie, zabiorę cię na zakupy i kupimy ci coś ładnego, potem możesz pójść z koleżankami do kina, a potem wszyscy razem zjemy dobry obiad w restauracji. Co ty na to? - głos mojej matki rozbrzmiał w mojej głowie.

- Chyba że wolisz sobie popłakać? - szepnął.

Gorączkowo potrząsnęłam głową. Nie wiedziałam, czy byłabym w stanie się z powrotem pozbierać, gdybym teraz pozwoliła sobie na załamanie.

- Dobrze. - Dylan przeczesał ręką włosy i sięgnął po przewieszoną przez oparcie krzesła kurtkę. - Jedźmy na zakupy.

- Zakupy? - Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że powiedziałam to na głos.

- Tak. Farba, meble, dekoracje. Potrzebujemy wszystkiego.

Z wolna przestałam płakać. Zamrugałam, a jego twarz z powrotem się wyostrzyła. Urządzić pokój? Obróciłam te słowa w myślach, co pomogło mi skupić się na czymś innym niż ból.

- Zrobimy to. Dzisiaj. - Twarz Dylana była obrazem cierpliwości i współczucia. Zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w niego tępo, ale jemu nie wydawało się to przeszkadzać. - Masz jakiś pomysł, co chciałabyś z nim zrobić?

Co? Będę musiała podejmować decyzje!

Czy na pewno dam sobie radę?

Od kilku tygodni nie podjęłam żadnej decyzji. Odkąd...

Przestań. Proszę.

Wciąż wpatrywałam się w niego, tonąc.

- Jak chciałabyś urządzić swój pokój? - sprecyzował.

Potrząsnęłam głową, nie potrafiąc zdobyć się na jakąkolwiek odpowiedź. Po chwili jednak coś przyszło mi do głowy.

- Nie na biało - mruknęłam.

Dylan parsknął śmiechem, wyraźnie się odprężając. Radość zmieszana z ulgą złagodziła jego rysy i poczułam, jak zaciśnięta na moim sercu żelazna pięść rozpaczy się rozluźnia. Po raz pierwszy od bardzo dawna ja również się zaśmiałam.

- Zobaczmy, co uda się znaleźć w internecie. - Zdjął kurtkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła.

W swoim gabinecie Dylan pochylił się nad komputerem.

- Myślę, że musimy zakasać rękawy i pojechać do Ikei. Możemy kupić wszystkie potrzebne meble i jeszcze dzisiaj zabrać je do domu albo zamówić dostawę. Nie będziemy musieli czekać na nie tygodniami. A ty możesz zdecydować, na jaki kolor chcesz pomalować ściany. Po farbę pojedziemy do B&Q.

Skinęłam głową, bo wydawało mi się, że tak będzie najgrzeczniej.

Dylan wstał od biurka i wskazał mi swoje krzesło.

- Proszę. Popatrz, co ci się podoba. Będziesz potrzebowała łóżka, komody, szafy, szafek nocnych... hmm... toaletki i biurka. Krzeseł. Półek. Cokolwiek uznasz za stosowne. Kupimy wszystko za jednym razem. Po prostu dodawaj do koszyka to, co wpadnie ci w oko. Potem wykorzystamy go jako listę zakupów, a ja będę mógł sprawdzić, czy wszystko jest dostępne w sklepie w Wembley. Kiedy ty będziesz oglądać meble, ja zrobię nam herbatę. Chcesz coś na śniadanie?

O nie.

- Tosta - wymamrotałam, żeby go udobruchać, choć nie wierzyłam, że zdołam przełknąć przez ściśnięte gardło choćby jeden kęs.

Dylan zmrużył oczy.

- Jednego?

Skinęłam głową i odwróciłam się z powrotem do jego iMaca.

- Och, i jeszcze jedno, Emily. Nie martw się ceną, dobrze? To twój prezent na urodziny. Weź wszystko, na co masz ochotę. Ikea nie jest droga.

Zmarszczyłam brwi, patrząc, jak wychodzi z pokoju. Jak to miało między nami działać? Problem w tym, że nie miałam pojęcia, od czego zacząć taką rozmowę.

Skupiłam uwagę na stronie Ikei i otworzyłam dział z meblami do sypialni. Prawie na chybił trafił wybrałam bladoróżowe tapicerowane łóżko pasujące kolorem do różyczek na kominku, a potem zaczęłam dobierać do tego resztę mebli. Wkrótce całkowicie mnie to pochłonęło. Wybrałam trochę białych mebli, wiedząc, że pomaluję sypialnię na kolor pasujący do łóżka. Może pudrowy róż i może jedna ściana w kolorze bardziej nasyconego malinowego różu? I mogłabym ją ozdobić kwiatami albo pnączami... Moja wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach i zobaczyłam przed oczami gotowy pokój - różową, pozłacaną przystań pozwalającą odpocząć od sterylnej bieli domu Dylana.

Kiedy uznałam moje zadanie za skończone, wróciłam do kuchni.

- Wszystkie meble są już w koszyku, jeśli chcesz je obejrzeć.

Dylan wydawał się pod wrażeniem.

- Wow. Szybko ci poszło.

Naprawdę?

Wzruszyłam ramionami i zauważyłam, że sterta listów i kartek urodzinowych, którą zostawił wcześniej na stole, zniknęła.

- Proszę, herbata i tost. Pójdę sprawdzić, czy sklep w Wembley ma to wszystko na stanie.

- Ma. Wszystko jest dostępne.

- Dobrze, w takim razie wydrukuję listę.

Usiadłam i upiłam łyk herbaty. W tym momencie znów rozległ się dzwonek do drzwi. Moje rzeczy właśnie dotarły.

Moje rzeczy. Z domu!

Czy na pewno chcę je zobaczyć?

Czy zniosę to po tym, co wydarzyło się tego ranka?

Ciekawa, czy skończy się to kolejnym załamaniem, powoli wyszłam do holu. Dwóch rosłych pracowników firmy przeprowadzkowej wniosło cztery pudła z moimi rzeczami oraz wiolonczelę i zaniosło je na górę. Potem, sapiąc i stękając, wtoczyli do holu czarne pianino taty. Zgodnie ze wskazówkami Dylana ustawili je pod przeciwległą ścianą, gdzie pasowało idealnie. Jeden z mężczyzn wsunął pod nie stołek mojego ojca.

Pianino mojego taty. Było trochę sfatygowane, ale zadbane i często używane. Sam jego widok tutaj, zamiast na swoim miejscu pod ścianą naszej jadalni, z wiekiem zasłanym papierami i książkami, sprawił, że łzy znowu zapiekły mnie w oczy. Pospiesznie otarłam je rękawem.

Nie. Żadnego płakania. Nie teraz.

Jakimś cudem moje emocje mnie posłuchały, a przytłaczająca potrzeba płaczu ustąpiła, zamieniając się w zwykłe ściskanie w gardle.

Dylan podpisał potwierdzenie dostawy i dał mężczyznom napiwek. Kiedy wyszli, odwrócił się do mnie.

- Wszystkie meble są dostępne w sklepie w Wembley. Jeśli skończyłaś już śniadanie, możemy tam jechać. Czujesz się na siłach, żeby pojechać na zakupy?

Przytaknęłam, choć w duchu zirytowałam się, że sam sprawdził listę. Przecież już powiedziałam, że wszystko jest dostępne! Ale to nie był dobry moment na pretensje. Chciałam jak najszybciej wyjść z domu, uciec od widoku pianina taty. To wszystko było zbyt trudne.

Dylan zniknął w kuchni, po czym prawie natychmiast wrócił, trzymając talerz z moim tostem.

- Emily, musisz jeść - powiedział. W jego głosie po raz pierwszy usłyszałam zniecierpliwienie.

- Nie jestem głodna.

- Nigdzie nie jedziemy, dopóki tego nie zjesz.

Jego gniewny ton mnie zaskoczył, ale nie potrafiłam się nim przejąć. Mówił do mnie tak, jakbym była dzieckiem.

Ale ja nie byłam dzieckiem.

A on nie był moim ojcem.

- Zjedz! - rozkazał głośniej, a w jego oczach błysnęła lodowata determinacja.

Przez chwilę mierzyliśmy się poirytowanym wzrokiem. Ostatecznie przypomniałam sobie, że miałam go nie denerwować, więc z najwyższą niechęcią podniosłam tost i odgryzłam duży kęs. Mój żołądek omal się nie zbuntował, ale dla Dylana zignorowałam go, przełknęłam z trudem i ugryzłam kolejny kęs.

- Zadowolony? - zapytałam gniewnie z pełnymi ustami.

Kąciki jego ust uniosły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.

- Na razie wystarczy.

Zabrał ode mnie talerz i wrócił do kuchni, zostawiając mnie w holu walczącą z mdłościami.

Nagle zapach powrócił. Dotąd ani razu nie wyczułam go na dole. Wciągnęłam powietrze głęboko do płuc, zapominając o buntującym się żołądku.

Co to jest?

Czemu pachnie tak przyjemnie?

I czemu aż tak mi się podoba?

Zamknęłam oczy i w pełni skupiłam się na tym zapachu, próbując go rozpoznać. Całkowicie mu się poddałam; czułam, jak przenika moje płuca i rozlewa się po żyłach. Był silniejszy niż wcześniej, a teraz wyczuwałam w nim też kwiatową i ziemistą nutę. Nie przypominał niczego, co znałam, a jednocześnie sam stawał się coraz bardziej znajomy. Wręcz kojący.

Kiedy otworzyłam oczy, Dylan stał w progu kuchni i wpatrywał się we mnie. Jego oczy dziwnie pociemniały. Czułam się... oszołomiona. Patrzyłam, jak marszczy brwi i spuszcza wzrok na swoje ręce; wyglądał na zmieszanego i zakłopotanego.

- Co się stało? - zapytaliśmy jednocześnie.

- Nic - odparł Dylan, ale zabrzmiało to jakoś dziwnie.

- Znowu ten zapach - wymamrotałam.

Dylan przeczesał włosy dłonią, stawiając je na sztorc, i zmarszczył brwi.

- Naprawdę go nie czujesz? - zapytałam.

- Nie, Emily, nic nie czuję - odparł szorstko, poirytowany. - Chodźmy.

Otworzył mi drzwi frontowe i się odsunął, a ja wyszłam, zastanawiając się, co go napadło.

Choć dzień dopiero się zaczynał, słońce już prażyło. Na wpół oślepiona, musiałam zmrużyć oczy, żeby cokolwiek widzieć. Czułam się bardziej oszołomiona i zdezorientowana niż kiedykolwiek wcześniej.

Dylan wrócił do domu, żeby włączyć alarm, a ja szybko odeszłam w stronę samochodu, by nie słyszeć tego okropnego piszczenia. Po chwili z powrotem wyszedł i otworzył auto pilotem. Czym prędzej wskoczyłam na fotel pasażera i zatrzasnęłam drzwi, z ulgą witając ciszę.

Wciąż nieco zagubiona patrzyłam, jak Dylan zamyka drzwi wejściowe. Byłam pewna, że coś mi umknęło, kiedy rozproszył mnie ten dziwny zapach w holu, ale nie miałam bladego pojęcia, co to mogło być. Próba jasnego myślenia była zbyt wyczerpująca. Biały szum całkowicie zagłuszał moją intuicję.

Dylan nasunął na nos parę lustrzanych pilotek i usiadł za kierownicą. Znów miał neutralny wyraz twarzy, z którego nie dało się nic wyczytać.

- Pogoda aż się prosi o jazdę z otwartym dachem, nie sądzisz? - powiedział bardziej do siebie niż do mnie i nacisnął guzik. Dach powoli się złożył, a kabinę zalało słońce. - W schowku są okulary przeciwsłoneczne i czapka z daszkiem. Pewnie ci się przydadzą.

Pochyliłam się, żeby pogrzebać w schowku. Doktor Dyl tymczasem wrzucił wsteczny bieg i ostrożnie wycofał na ulicę.

- Czy myślisz, że byłoby dla ciebie w porządku, gdybym puścił muzykę? - zapytał.

W odpowiedzi wzruszyłam ramionami. Przed tym koszmarem kochałam muzykę. Każdą muzykę. Moi rodzice nią żyli - mama była znakomitą wiolonczelistką, a tata utalentowanym pianistą, ja zaś odziedziczyłam po nich tę pasję. Jednak na samą myśl o słuchaniu czegokolwiek poza białym szumem w mojej głowie poczułam ucisk w piersi.

Dylan nacisnął przycisk na kierownicy i z głośników popłynęła energiczna rockowa piosenka. Moje serce szarpnęło się boleśnie. Wzdrygnęłam się i skuliłam w fotelu, próbując uciec przed dźwiękiem. To było nie do zniesienia. Łzy napłynęły mi do oczu.

Dylan natychmiast wyłączył odtwarzacz.

- To nie był dobry pomysł - mruknął. - Przepraszam - dodał głośniej, zwracając się do mnie.

Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Starałam się głęboko oddychać i kiedy pół godziny później wjechaliśmy na parking ogromnej Ikei w północno-zachodnim Londynie, zdążyłam już odzyskać jako taką równowagę.

- O Jezu, jakie tłumy. Jesteś pewna, że dasz radę, Emily?

Przytaknęłam skinieniem głowy i otworzyłam drzwi samochodu, zanim Dylan zdążył zmienić zdanie.

- No dobrze - mruknął, wysiadając.

Powlokłam się za nim przez parking i weszłam do sklepu. Od czasu pogrzebu ani razu nie znalazłam się w tłumie, a tutaj ludzie byli dosłownie wszędzie. Byłam jednak zdeterminowana, by dokończyć to zadanie, zamiast myśleć o moich utraconych urodzinach. Biały szum cicho brzęczał w mojej głowie, kiedy jechaliśmy ruchomymi schodami w górę, pomagając mi zachować emocjonalny dystans.

*

- Dobra robota - powiedział Dylan, kiedy po zakupach wsiedliśmy do samochodu. Meble miały zostać dostarczone następnego dnia, a mnie udało się wybrać zasłony, kilka obrazów na ściany oraz pościel w uroczy kwiatowy wzór. Dylan włączył silnik i ruszyliśmy w drogę powrotną do Chiswick. - Świetnie sobie poradziłaś - dodał.

Na zakupach był aż nazbyt hojny.

- Zaszalej, Emily. To jest teraz twój dom i chcę, żeby twoja sypialnia wyglądała dokładnie tak, jak sobie zamarzysz.

Teraz, kiedy siedziałam już w samochodzie, dopadło mnie wyczerpanie. Odkryłam, że nie potrafię sklecić nawet jednego sensownego zdania. Daleko mi było do "wyjątkowo dobrze". Kiwanie głową, wskazywanie palcem i wydawanie z siebie właściwych odgłosów we właściwych momentach kosztowało mnie każdy gram energii, jaki jeszcze miałam, podczas gdy w środku nie czułam nic. Przemierzałam sklep jak w transie, jak odwrotność ducha, żywa ciałem, ale martwa w środku.