Kraina Duchów Darcey - Weronika Kowalska

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (29,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lek­cje mu­zyki od­by­wały się za­wsze na prze­mian: o świ­cie, kiedy na dwo­rze było jesz­cze szaro lub póź­nym po­po­łu­dniem. Dla­tego w sali od mu­zyki za­wsze pa­no­wał pół­mrok. Dar­cey po­dej­rze­wała, że na­wet gdyby za­ję­cia od­by­wały się w środku dnia, przez ma­leń­kie okno i tak nie do­sta­łoby się zbyt wiele świa­tła. Za­sta­na­wiała się, czy to przy­pa­dek, czy na­uczy­cielka ce­lowo wy­bie­rała go­dziny swo­jej pracy w taki spo­sób, by nie być na­ra­żoną na kon­takt ze świa­tłem sło­necz­nym. Pani Ma­rion była tru­pio­blada i po­marsz­czona tak bar­dzo, że wy­da­wała się wręcz za­su­szona ni­czym sta­ro­żytna mu­mia. W po­włó­czy­stych, czar­nych ubra­niach spra­wiała wra­że­nie, jakby przed chwilą wy­do­stała się z gro­bowca.

Dzi­siej­szy dzień nie sta­no­wił wy­jątku. W po­miesz­cze­niu pa­liła się tylko jedna sto­jąca na pia­ni­nie lampka. Dar­cey po­dej­rze­wała, że gdyby nie mu­siały czy­tać nut, na­uczy­cielka po­zby­łaby się na­wet tego źró­dła świa­tła. Kiedy Dar­cey we­szła do sali, pani Ma­rion stała przy biurku, prze­kła­da­jąc kartki z nu­tami. Miała upiorny zwy­czaj - pod­czas lek­cji nie sie­działa na swoim miej­scu, tylko stała za ple­cami Dar­cey, od czasu do czasu po­chy­la­jąc się nad kla­wi­szami.

- Dziś nie bę­dzie za­jęć - oznaj­miła na po­wi­ta­nie.

Dar­cey ugry­zła się w ję­zyk, żeby nie za­py­tać z wy­rzu­tem dla­czego w ta­kim ra­zie ka­zała jej przyjść na szó­stą rano, skoro i tak za­mie­rzała od­wo­łać lek­cję. Po­wstrzy­mała się od ko­men­ta­rza tylko dla­tego, że już kie­dyś do­szło do po­dob­nej sy­tu­acji i wtedy od­wa­żyła się wy­ra­zić swoje zda­nie na ten te­mat. Za karę otrzy­mała do­dat­kowe za­da­nia do­mowe. Nie chcąc po­peł­nić tego sa­mego błędu, stała w mil­cze­niu, ocze­ku­jąc na dal­sze słowa Ma­rion:

- Na przy­szły ty­dzień masz na­uczyć się tego na pa­mięć. - To po­wie­dziaw­szy, na­uczy­cielka po­dała Dar­cey nie­wielką ksią­żeczkę. Ca­łość oka­zała się jed­nym, dłu­gim na trzy­na­ście stron utwo­rem za­ty­tu­ło­wa­nym: La Vida.

- Ca­łego? - Dar­cey wy­trzesz­czyła oczy. Zda­rzało się, że w ra­mach pracy do­mo­wej otrzy­my­wała za­da­nie roz­szy­fro­wa­nia nut no­wych utwo­rów, ale miały one za­zwy­czaj dwie, mak­sy­mal­nie trzy strony.

Ma­rion po­ki­wała twier­dząco głową.

- Tak. To twój utwór za­li­cze­niowy.

- Ale prze­cież już dała mi pani utwór na za­li­cze­nie - za­częła pro­te­sto­wać Dar­cey, lecz na­uczy­cielka prze­rwała jej zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Tam­ten był dla cie­bie zbyt pro­sty. Do zo­ba­cze­nia w przy­szłym ty­go­dniu - oznaj­miła i nie cze­ka­jąc na ja­ką­kol­wiek od­po­wiedź wy­szła z klasy.

Dar­cey przez se­kundę, wpa­try­wała się w książkę z ro­sną­cym nie­do­wie­rza­niem, a po­tem wy­bie­gła z sali zde­ter­mi­no­wana, by do­go­nić na­uczy­cielkę i oznaj­mić, że nie zga­dza się na to roz­wią­za­nie. Otwo­rzyła drzwi, lecz mimo iż od wyj­ścia pani Ma­rion mi­nęły za­le­d­wie se­kundy, ko­ry­tarz był cał­ko­wi­cie pu­sty.

- Jakby roz­pły­nęła się w po­wie­trzu - mruk­nęła sama do sie­bie, ru­sza­jąc przez po­grą­żony w mroku ko­ry­tarz.

Mimo że Dar­cey - jak jej się wy­da­wało - spraw­dziła wszyst­kie miej­sca, w któ­rych mo­gła za­stać pa­nią Ma­rion, nie udało jej się zna­leźć na­uczy­cielki. Po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach po­szu­ki­wań, wście­kła udała się do klasy, w któ­rej miała od­by­wać się lek­cja an­giel­skiego. Usia­dła z tyłu, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. Do za­jęć po­zo­stało jesz­cze po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut. Po­ło­żyła głowę na ławce, żeby uciąć so­bie drzemkę, choć bie­ga­nie po szkole sku­tecz­nie ją roz­bu­dziło. W tym mo­men­cie do klasy we­szła Emma - naj­lep­sza przy­ja­ciółka Dar­cey.

- A ty co tu­taj ro­bisz o tak wcze­snej go­dzi­nie? - zdzi­wiła się, zaj­mu­jąc są­sied­nie krze­sło.

- Prze­cież mia­łam for­te­pian - przy­po­mniała, zi­ry­to­wana py­ta­niem ko­le­żanki. Ow­szem, za­zwy­czaj spóź­niała się na pierw­szą lek­cję, ale tylko dla­tego, że pani Ma­rion prze­trzy­my­wała ją dłu­żej, niż po­winna. - Albo ra­czej mia­łam mieć, ale sza­nowna pani zołza nie ra­czyła mi po­wie­dzieć wcze­śniej, że nie mu­szę dzi­siaj przy­cho­dzić - do­dała.

Emma po­krę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Ta ko­bieta jest ja­kaś dziwna. Nie mo­żesz po­pro­sić, żeby uczył cię ktoś inny?

Dar­cey się skrzy­wiła.

- Już pró­bo­wa­łam i to nie raz - mruk­nęła.

Kiedy pod­czas przy­działu na­uczy­cieli na lek­cje in­dy­wi­du­alne tra­fiła na pa­nią Ma­rion była zdru­zgo­tana - na­uczy­cielka jako je­dyna żą­dała zja­wia­nia się na za­ję­cia o go­dzi­nie siód­mej, a cza­sem na­wet szó­stej rano, zo­sta­wa­nia do póź­nych go­dzin po­po­łu­dnio­wych i za­da­wała przy­naj­mniej trzy razy wię­cej niż inni. Kiedy po wielu na­mo­wach, ro­dzice Dar­cey udali się do dy­rek­tora szkoły ce­lem zmiany na­uczy­cielki, usły­szeli, że jest to nie­moż­liwe. Wszy­scy inni na­uczy­ciele mieli już kom­plet uczniów i nie mo­gli przy­jąć ko­lej­nego.

- I pew­nie znowu za­dała ci ja­kiś długi utwór? - zga­dła Emma.

- Na trzy­na­ście stron. Na przy­szły ty­dzień - oznaj­miła Dar­cey. Wcale nie miała ochoty o tym opo­wia­dać, bo jesz­cze bar­dziej iry­to­wała się, że na­uka za­bie­rze jej czas, który prze­cież mo­gła spo­żyt­ko­wać zde­cy­do­wa­nie cie­ka­wiej niż sie­dząc przy pia­ni­nie. Dar­cey lu­biła grać, ale tylko swoje ulu­bione utwory, a nie te, które zo­stały jej na­rzu­cone przez iry­tu­jącą na­uczy­cielkę.

- Prze­cież to nie­wy­ko­nalne - obu­rzyła się Emma.

Dar­cey wzru­szyła ra­mio­nami. Przy­zwy­cza­iła się już, że Ma­rion za­da­wała jej coś, co wy­ma­gało na­prawdę du­żego za­an­ga­żo­wa­nia. Czasy, kiedy pró­bo­wała się temu sprze­ci­wiać dawno mi­nęły - za­zwy­czaj po­tra­fiła sku­tecz­nie prze­ko­ny­wać na­uczy­cieli, żeby szli na ustęp­stwa. Zda­wała so­bie jed­nak sprawę, że w przy­padku tej jed­nej na­uczy­cielki ne­go­cja­cje były nie­moż­liwe i przy­no­siły efekt od­wrotny do za­mie­rzo­nego.

Przy­ja­ciółki roz­ma­wiały, do­póki nie roz­legł się dzwo­nek. Do klasy we­szła Ritta Su­arez i roz­po­częła za­ję­cia. Dar­cey otwo­rzyła pod­ręcz­nik od an­giel­skiego na od­po­wied­niej stro­nie. Na­stęp­nie upew­niła się, że na­uczy­cielka nie pa­trzy w jej kie­runku, wy­jęła ze­szyt z nu­tami, ukryła go za pod­ręcz­ni­kiem i za­częła czy­tać za­pis na pię­cio­li­nii. Z do­świad­cze­nia wie­działa, że gra pój­dzie szyb­ciej i pro­ściej, je­śli wcze­śniej od­po­wied­nią ilość razy prze­czyta nuty. Na an­giel­skim i tak nie działo się nic god­nego uwagi.

Po cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność lek­cjach, Dar­cey wy­szła ze szkoły. Od­pięła swój stary, odra­pany ro­wer i krę­tymi ulicz­kami ru­szyła w stronę domu. Za­zwy­czaj je­chała dłuż­szą trasą - lu­biła jeź­dzić na ro­we­rze. Da­wało jej to po­czu­cie wol­no­ści, tym więk­sze, im szyb­ciej je­chała. Tym ra­zem wy­brała naj­krót­szą moż­liwą drogę. Dziś przy­pa­dały imie­niny babci, dla­tego od razu po za­ję­ciach wy­bie­rali się całą ro­dziną do jej po­ło­żo­nego na przed­mie­ściach domu. Dar­cey lu­biła ro­dzinne spo­tka­nia: to da­wało jej oka­zję do te­sto­wa­nia no­wych po­my­słów na żarty. Za­zwy­czaj ofiarą dow­ci­pów pa­dała jej młod­sza sio­stra Le­ila, ale o wiele za­baw­niej było ro­bić je ko­muś, kto się ich nie spo­dzie­wał.

Za­trzy­mała się przed furtką, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. Trasę po­ko­nała w za­le­d­wie sie­dem mi­nut. Pra­wie po­bi­łam re­kord - po­my­ślała. Wpro­wa­dziła ro­wer do środka, zo­sta­wia­jąc go na klatce scho­do­wej. Wbie­gła po scho­dach na ostat­nie pię­tro i kilka razy pod rząd na­ci­snęła dzwo­nek. Drzwi otwo­rzyła jej mama.

- Do­brze, że je­steś. Przy­go­tuj się szybko, bo mu­simy już wy­cho­dzić.

Dar­cey nie trzeba było tego po­wta­rzać dwa razy. We­szła do środka, przy­wi­tała się z tatą, który sie­dział w ulu­bio­nym fo­telu, jak zwy­kle czy­ta­jąc ga­zetę, i udała się do swo­jego po­koju. Rzu­ciła torbę na biurko i szybko wy­jęła z niej wszyst­kie nie­po­trzebne szkolne przy­bory. W ich miej­sce wło­żyła inne, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­datne rze­czy, z któ­rych za­mie­rzała zro­bić dziś do­bry uży­tek.

Kiedy po­now­nie po­ja­wiła się w ko­ry­ta­rzu, go­towa do wyj­ścia, ze zdu­mie­niem zdała so­bie sprawę, że coś jest nie tak.

- Co ty masz na so­bie? - za­py­tała oskar­ży­ciel­sko Dar­cey, pa­trząc na Le­ilę. Sio­stra ubrana była w żółto-zie­loną, let­nią su­kienkę.

- Nie po­doba ci się? - za­py­tała z miną nie­wi­niątka.

- To moja ulu­biona su­kienka! Zdej­mij ją na­tych­miast! - roz­ka­zała.

Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, dla­czego Le­ila wy­brała aku­rat tą kre­ację - nie dla­tego, że jej się po­do­bała. Jej sio­stra nie lu­biła ani zie­lo­nego ko­loru, ani żół­tego, ani tym bar­dziej nie prze­pa­dała za su­kien­kami. Po pro­stu do­sko­nale wie­działa, że je­śli ją za­łoży, Dar­cey nie bę­dzie mo­gła zro­bić jej żad­nego głu­piego żartu w oba­wie o znisz­cze­nie stroju.

- Nie mamy już na to czasu - ode­zwała się mama, po­py­cha­jąc sio­stry w stronę wyj­ścia.

Dar­cey ugry­zła się w ję­zyk, żeby nie za­cząć pro­te­sto­wać. I tak nic by nie wskó­rała, a tylko do­star­czyła sio­strze sa­tys­fak­cję. Od­no­to­wała w my­ślach, żeby przy naj­bliż­szej oka­zji jej się za to od­pła­cić.

-------------

Dom po­ło­żony był na przed­mie­ściach. W oko­licy znaj­do­wało się za­le­d­wie kilka roz­rzu­co­nych w nie­wiel­kich od­le­gło­ściach od sie­bie bu­dyn­ków. Za pło­tem roz­cią­gał się las, a od naj­bliż­szej drogi szyb­kiego ru­chu dzie­liło ich kilka ki­lo­me­trów, dzięki czemu pa­no­wała tu ci­sza i spo­kój. Kiedy Dar­cey była młod­sza, czę­sto tu­taj przy­jeż­dżała. Sie­działa ra­zem z dziad­kiem w ga­rażu, kiedy pra­co­wał nad swo­imi no­wymi wy­na­laz­kami. Za­wsze wie­rzyła, że po­tra­fił skon­stru­ować ab­so­lut­nie wszystko. Ona sama nie prze­ja­wiała chęci do maj­ster­ko­wa­nia, jed­nak kiedy dzia­dek na­pra­wiał lub kon­stru­ował róż­nego ro­dzaju sprzęty, Dar­cey two­rzyła co­raz to now­sze po­my­sły na żarty, które mo­gła wy­ci­nać swoim zna­jo­mym i są­sia­dom. Za­pewne dzia­ła­łoby to w ten spo­sób do dziś, gdyby nie fakt, że dzia­dek za­gi­nął. Gdy Dar­cey miała dzie­więć lat, wy­szedł z domu i już do niego nie wró­cił. An­thony Men­dez ko­chał po­dróże i spon­ta­niczne wy­jazdy, dla­tego po­cząt­kowo wszy­scy są­dzili, że znów udał się na jedną ze swo­ich wy­praw. Ko­lejne dni pły­nęły, a on nie wra­cał. Od tam­tej pory mi­nęło sześć lat. Cała ro­dzina już dawno uznała go za zmar­łego, tra­cąc na­dzieję na po­nowne spo­tka­nie. Cała, z wy­jąt­kiem Dar­cey. Ona jako je­dyna nie po­tra­fiła za­ak­cep­to­wać faktu, że jej dzia­dek nie żyje. Wy­da­wało jej się to nie­moż­liwe, żeby tak po­my­słowa osoba nie dała rady unik­nąć śmierci. Ile­kroć jed­nak za­czy­nała dys­ku­sję na ten te­mat, wszy­scy tylko po­sy­łali jej współ­czu­jące spoj­rze­nia, więc z cza­sem prze­stała się wy­po­wia­dać. Na­dal jed­nak wie­rzyła, że żyje i kie­dyś, tak na­gle jak znik­nął, po­jawi się po­now­nie.

Na miej­sce przy­byli jako ostatni. W ogro­dzie sie­dzieli już wszy­scy za­pro­szeni są­sie­dzi i ku­zyni. Dar­cey przy­wi­tała się, po czym usia­dła na chwilę do stołu. Zmu­siła się, by przez ja­kiś czas od­po­wia­dać na grzecz­no­ściowe py­ta­nia, po czym wy­mknęła się do kuchni. Gril­lo­wane szasz­łyki - spe­cjal­ność babci - w żad­nym wy­padku nie przy­pa­dły jej do gu­stu, dla­tego ru­szyła po­szu­kać cze­goś in­nego do je­dze­nia. W domu pa­no­wał pół­mrok - na ze­wnątrz słońce po­woli za­czy­nało za­cho­dzić.

We­szła do kuchni, od­ru­chowo szu­ka­jąc ręką włącz­nika. Gdy po­kój za­lało ja­sne świa­tło, zo­ba­czyła swo­jego ku­zyna Mi­qu­ela od­ska­ku­ją­cego od lo­dówki.

- A ty co tu ro­bisz? - za­py­tała po­dejrz­li­wie.

- Nic, nic - od­parł, przy­wo­łu­jąc na twarz wy­raz nie­wi­niątka.

- Aku­rat - mruk­nęła sar­ka­stycz­nie, pod­cho­dząc do lo­dówki i za­bie­ra­jąc się do prze­szu­ki­wa­nia za­war­to­ści.

- Dam ci tylko do­brą radę: nie pij soku po­rzecz­ko­wego - do­dał Mi­quel.

Dar­cey po­ki­wała głową, wdzięczna za ostrze­że­nie. Wo­lała na­wet nie wie­dzieć, czego jej ku­zyn tam do­lał.

- A ty nie włą­czaj wia­traka w przed­po­koju - ostrze­gła. Nie­spełna go­dzinę wcze­śniej oso­bi­ście wy­sy­pała na niego po­kaźną garść po­piołu, który po włą­cze­niu po­kryłby nie­winną ofiarę.

Mi­quel uśmiech­nął się za­do­wo­lony z wy­miany in­for­ma­cji. Kie­dyś to wła­śnie on był naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem Dar­cey. Ubie­głego lata oboje uznali, że zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej i pro­ściej bę­dzie za­wrzeć so­jusz, i tak też zro­bili. Usie­dli przy stole, dys­ku­tu­jąc o tym, co działo się u nich przez ostatni czas. W końcu nie wi­dzieli się kilka mie­sięcy.

W pew­nym mo­men­cie drzwi kuchni sta­nęły otwo­rem. W progu po­ja­wiła się Yola, pię­cio­let­nia córka są­sia­dów.

- Idzie­cie z nami po­grać w piłkę? - za­py­tała.

Dar­cey, jako że nie miała na to naj­mniej­szej ochoty, po­krę­ciła prze­cząco głowa, li­cząc, że mała za­raz so­bie pój­dzie.

- Za­py­taj Le­ilę, ona pew­nie chęt­nie z tobą za­gra - za­pro­po­no­wała, do­sko­nale wie­dząc, że jej sio­stra nie cierpi ja­kiej­kol­wiek spor­to­wej ak­tyw­no­ści.

- Ale ja już u niej by­łam i wy­słała mnie do cie­bie - za­pro­te­sto­wała mała.

Zołza - po­my­ślała Dar­cey o swo­jej młod­szej sio­strze.

- No chodź­cie - po­pro­siła Yola po raz ko­lejny.

- Kiedy my nie mo­żemy, bo je­ste­śmy za­jęci - wtrą­cił się Mi­quel. - Wła­śnie wy­wo­łu­jemy du­cha.

Za­pewne chciał w ten spo­sób prze­stra­szyć Yolę, ale tylko roz­bu­dził jej cie­ka­wość.

- Ja­kiego du­cha?

- Na­szego dziadka - skła­mał Mi­quel.

Dar­cey po­słała mu obu­rzone spoj­rze­nie.

- Nie­prawda, wy­wo­łu­jemy ko­goś in­nego. Dzia­dek żyje.

- Nie żyje. Sam wi­dzia­łem, jak prze­cho­dził do Kra­iny Du­chów przez drzwi w szo­pie - oznaj­mił Mi­quel.

Dar­cey miała wra­że­nie, że tym ra­zem nie kie­ro­wał tych słów do Yoli.

- Nie wi­dzia­łeś - za­pro­te­sto­wała.

- Wi­dzia­łem - upie­rał się, nie­zwy­kle po­waż­nym to­nem.

Nie­długo po znik­nię­ciu dziadka, Mi­quel opo­wie­dział Dar­cey, że wi­dział go prze­cho­dzą­cego przez ta­jemne przej­ście w szo­pie. Dar­cey jako mała dziew­czynka słu­chała opo­wie­ści dziadka o Kra­inie Du­chów, dla­tego uwie­rzyła Mi­qu­elowi. Spraw­dziła jed­nak do­kład­nie całą szopę i nie zna­la­zła tam żad­nego ta­jem­nego przej­ścia. Zwy­kły skła­dzik pe­łen pa­ję­czyn, w któ­rym le­żały same mało przy­datne lub wcale nie­po­trzebne rze­czy.

Spie­rali się jesz­cze przez dłuż­szą chwilę, aż do­szli do tego sa­mego wnio­sku co zwy­kle: że dys­ku­sja na ten te­mat nie ma ab­so­lut­nie żad­nego sensu. Wie­lo­krot­nie pro­wa­dzili po­dobną roz­mowę i za każ­dym ra­zem oboje pró­bo­wali po­sta­wić na swoim.

Dar­cey miała już dość jego to­wa­rzy­stwa i wró­ciła do ogrodu.

-------------

- Masz go­dzinę. Za go­dzinę chcę to do­stać - te słowa od­bi­jały się echem w jej gło­wie, jesz­cze długo po odej­ściu upiora. Zy­skała czas. Marne sześć­dzie­siąt mi­nut, lecz była go­towa przy­jąć każdą se­kundę, która od­wle­kała jej wy­rok. Mimo ty­ka­ją­cego ze­gara, jesz­cze przez długi czas bała się po­ru­szyć. Nie wie­działa, ile czasu stała przy­ci­śnięta do ko­lumny. Wy­da­wało jej się, że trwało to całą wiecz­ność za­nim oprawca się od­da­lił. Nie usły­szała jego kro­ków. Po­czuła mo­ment, gdy at­mos­fera zro­biła się lżej­sza. To­wa­rzy­szące jej do tej pory na­pię­cie stop­niowo za­częło ma­leć. Do­piero wtedy ostroż­nie zro­biła krok przed sie­bie i wy­chy­liła się zza ko­lumny. Ode­tchnęła z ulgą, gdy kom­nata oka­zała się pu­sta. Spoj­rzała na szklane drzwi, za­sta­na­wia­jąc się, co te­raz zro­bić. Na ze­wnątrz bu­rza i mrok zda­wały się jesz­cze bar­dziej nie­prze­nik­nione niż wcze­śniej. Wyj­ście ozna­cza­łoby nie­chybną śmierć. Z ko­lei zo­sta­nie w środku... mo­gło się skoń­czyć jesz­cze go­rzej. Z dwojga złego, lep­sza śmierć na lo­do­wym pust­ko­wiu niż wiecz­ność z tym upio­rem - po­my­ślała.

Po­de­szła do drzwi i na­ci­snęła klamkę. Ta ani drgnęła. Nie - po­my­ślała. Nie nie nie nie! To się nie może tak skoń­czyć - my­ślała, co­raz bar­dziej prze­ra­żona. Szar­pała da­lej, a gdy to nie po­mo­gło, ude­rzyła pię­ścią w szybę. Po sali ro­ze­szło się głu­che echo. Z prze­stra­chem obej­rzała się za sie­bie, ale ni­kogo nie do­strze­gła. Zda­wała so­bie sprawę, że oprawca znał jej po­ło­że­nie, lecz nie po­tra­fiła oprzeć się wra­że­niu, że dźwięk po­now­nie go tu­taj zwabi. Mu­siała stąd ucie­kać.

Szklane drzwi wy­glą­dały na bar­dzo de­li­katne, lecz czuła, że nie da­łaby rady tak ła­two ich zbić, o ile w ogóle by­łoby to moż­liwe. Mu­siała zna­leźć klucz albo inną drogę ucieczki. Od­wró­ciła się, i ru­szyła ko­ry­ta­rzem w prawo, mo­dląc się, by zna­leźć wyj­ście za­nim skoń­czy jej się czas.

W progu po­tknęła się o mały, kan­cia­sty przed­miot. Był biały, z na­ry­so­wa­nymi ró­żo­wymi, lekko star­tymi kwia­tami. W środku wid­niała złota tar­cza przy­po­mi­na­jąca ze­gar. Przyj­rzała się do­kład­niej i do­szła do wnio­sku, że był to sto­per. Po­ka­zy­wał 38 mi­nut i 9 se­kund. Pa­trzyła na niego, w prze­ra­że­niu słu­cha­jąc, jak ty­kają wska­zówki. On dał mi go ce­lowo, tylko po to, że­bym bar­dziej się bała - po­my­ślała, czu­jąc, jak ro­śnie jej de­ter­mi­na­cja. Chciała wy­rzu­cić przed­miot byle da­lej od sie­bie, ale po­wstrzy­mała się. Może i był mały, ale wy­star­cza­jąco ciężki, w osta­tecz­no­ści użyć go jako broni.

37 mi­nut i 54 se­kundy.

Zdążę - za­pew­niła sama sie­bie i rzu­ciła się bie­giem. Jej buty w ze­tknię­ciu ze szkłem wy­wo­ły­wały taki ha­łas, że przez mo­ment chciała je zdjąć, do­szła jed­nak do wnio­sku, że po zna­le­zie­niu wyj­ścia nie da rady się bez nich po­ru­szać. Sta­rała się za­pa­mię­ty­wać trasę, lecz wszyst­kie ko­ry­ta­rze wy­glą­dały nie­mal iden­tycz­nie. Dam radę - po­wta­rzała so­bie, choć ty­ka­jące wska­zówki ze­gara wcale nie po­ma­gały jej po­zbyć się na­pię­cia. Wręcz prze­ciw­nie, tylko po­tę­go­wały pre­sję.

Gdy sto­per wska­zy­wał 26 mi­nut i 9 se­kund, za­trzy­mała się w pu­stej prze­stron­nej kom­na­cie, iden­tycz­nej jak wszyst­kie po­przed­nie. Róż­niła się od in­nych tylko jed­nym dro­bia­zgiem. Na ścia­nie wi­siał duży, szklany klucz. W sam raz do drzwi wyj­ścio­wych - po­my­ślała. Tylko czy to nie było za pro­ste? Nie­mal czuła, jak po­stać w czerni na­ma­wia ją, by chwy­ciła przed­miot. Upiór nie zo­sta­wiłby cze­goś tak waż­nego na wi­doku. To mu­siała być pu­łapka.

24 mi­nuty i 21 se­kund.

Pu­łapka czy nie, nie miała już czasu na roz­wa­ża­nia. Ten klucz był jej je­dyną na­dzieją i szansą na wyj­ście. Pod­bie­gła do niego i jed­nym szyb­kim ru­chem ze­rwała go ze ściany. Gdy tylko to zro­biła, do­okoła niej po­wie­trze za­częło fa­lo­wać. Na ścia­nie, su­fi­cie i pod­ło­dze za­częły po­ja­wiać się setki, je­śli nie ty­siące klu­czy. Róż­niły się kształ­tem, wiel­ko­ścią i ko­lo­rem. Zer­k­nęła na ten, który trzy­mała w rę­kach. Te­raz, w oto­cze­niu tylu in­nych, wcale nie miała pew­no­ści, że pa­suje do drzwi. Tylko jak spraw­dzić, który jest wła­ściwy? - po­my­ślała. Nie da­łaby rady prze­cież za­brać ze sobą wszyst­kich. Zro­biła krok do przodu. Je­den z klu­czy pod jej sto­pami pękł. Prze­stra­szyła się my­śląc, że znisz­czyła ten wła­ściwy, lecz za­raz zdała so­bie sprawę, że było wręcz prze­ciw­nie. Skoro szyby wy­da­wały się nie­znisz­czalne, to klucz do nich pa­su­jący mu­siał mieć po­dobną wy­trzy­ma­łość.

Spoj­rzała na klucz, który trzy­mała w rę­kach, po czym ci­snęła nim o ścianę. Szkło roz­pry­sło się w drobny mak.

20 mi­nut 47 se­kund.

Za­częła zrzu­cać wi­szące na ścia­nach klu­cze. Szklane odłamki la­tały na wszyst­kie strony. Gdy oczy­ściła już całą ścianę, za­brała się za te le­żące pod jej sto­pami. Pod­no­siła je gar­ściami i rzu­cała naj­moc­niej, jak po­tra­fiła. Po chwili cała pod­łoga po­kryta była odłam­kami do tego stop­nia, że po­śród mo­rza zbi­tego szkła dziew­czyna le­dwo da­wała radę wy­ło­wić nie­znisz­czone przed­mioty.

Wresz­cie go do­strze­gła. Był mały, wy­glą­dał na bar­dzo de­li­katny i kru­chy. Mie­nił się wszyst­kimi ko­lo­rami tę­czy. Gdy po­chy­liła się, by go pod­nieść zo­ba­czyła w nim swoje od­bi­cie. Znała ma­te­riał, z któ­rego był wy­ko­nany. Do­kład­nie tak wy­glą­dała sub­stan­cja, która na­zy­wana była płyn­nym lu­strem. Wy­glą­dem przy­po­mi­nała szkło i była nie­mal nie­znisz­czalna. Dziew­czyna rzu­ciła klu­czem o ścianę. Od­bił się od niej i spadł na pod­łogę tuż pod jej stopy. Nie miał na­wet za­dra­pa­nia.

To ten - po­my­ślała, za­ci­ska­jąc na nim palce.

Zer­k­nęła na sto­per. Zo­stała nie­cała mi­nuta. Nie cze­ka­jąc dłu­żej, wy­pa­dła z kom­naty i po­bie­gła do wyj­ścia. Do­sta­nie się do drzwi przed upły­wem czasu wy­da­wało się nie­wy­ko­nalne, lecz mu­siała spró­bo­wać. Zresztą, wąt­piła, by upiór wy­pu­ścił ją, na­wet gdyby przed upły­wem wy­zna­czo­nego czasu dała radę wyjść. I tak by ją ści­gał.

Sto­per za­grał żywą we­sołą me­lo­dię, która w tym mo­men­cie wy­da­wała jej się bar­dziej upiorna niż ja­ki­kol­wiek inny dźwięk. Bie­gła jed­nak da­lej, nie za­trzy­mu­jąc się.

- Czas mi­nął... - usły­szała. Wy­da­wało jej się, że głos do­cho­dził z każ­dej strony. Zde­spe­ro­wana na­wet nie pró­bo­wała usta­lić skąd do­bie­gał. Jesz­cze bar­dziej przy­spie­szyła. - Czas mi­nął... - roz­le­gło się po­now­nie.

We­soła me­lo­dia na sto­pe­rze grała da­lej. Ci­snęła go za sie­bie, nie mo­gąc dłu­żej znieść tego dźwięku.

- Do­kąd się tak spie­szysz? I tak stąd nie wyj­dziesz. Od­pocz­nij, póki jesz­cze mo­żesz...

On był co­raz bli­żej. Czuła to. Nie wi­działa go, ale czuła, jak z każdą se­kundą się przy­bliża. Nie wie­działa do­kąd bie­gła. Już dawno zgu­biła się w plą­ta­ni­nie ko­ry­ta­rzy. Ką­tem oka do­strze­gła drzwi. Inne niż te, któ­rymi we­szła ale w tym mo­men­cie była go­towa przy­jąć każde, które tylko zdoła otwo­rzyć. Do­pa­dła do nich i wsa­dziła klucz do zamka. Za­częła nim krę­cić, ale ręce tak bar­dzo jej się trzę­sły, że le­dwo da­wała radę go utrzy­mać.

Na ko­ry­ta­rzu po­ja­wił się cień. Do jej uszu do­bie­gał stu­kot bu­tów.

Szyb­ciej - po­my­ślała, po­na­gla­jąc sama sie­bie.

- Za późno.... - usły­szała.

Ale wcale nie było za późno. Prze­krę­ciła klucz, otwo­rzyła drzwi i wy­pa­dła na ze­wnątrz. Wrota za­trza­snęły się za jej ple­cami. Za­trzy­mała się tak gwał­tow­nie, jak wy­bie­gła. Znaj­do­wała się na szkla­nym ta­ra­sie. Do­okoła niej sza­lała bu­rza. Śnieg wi­ro­wał, wiatr wył, ale naj­gor­sze było to, że nie miała już do­kąd uciec. Pod­bie­gła do kra­wę­dzi. Wi­dok z tak du­żej wy­so­ko­ści był nie­sa­mo­wity, ale ona nie miała te­raz czasu na za­chwy­ca­nie się nim. Wy­chy­liła się w dół, pa­trząc na drugi ta­ras po­ło­żony ni­żej. W ciem­no­ści nie po­tra­fiła do­kład­nie osza­co­wać, jak da­leko się znaj­do­wał, ale wy­da­wało jej się to ko­smicz­nie wielką od­le­gło­ścią. Czy mam szansę prze­żyć, je­śli sko­czę? - po­my­ślała. Po­mysł wy­da­wał jej się bez­na­dziejny. Na­wet gdyby prze­żyła, to co, je­śli się po­ła­mie i nie bę­dzie mo­gła ucie­kać da­lej? Ta wi­zja wy­da­wała jej się na­wet gor­sza niż śmierć. Co­raz bar­dziej spa­ni­ko­wana, rzu­ciła spoj­rze­nie w stronę drzwi. Gałka za­częła się ob­ra­cać. Nie miała czasu do stra­ce­nia.

-------------

Póź­nym wie­czo­rem, kiedy wszy­scy za­częli zbie­rać się do wyj­ścia, są­siadka ze zdu­mie­niem zdała so­bie sprawę, że jej córka znik­nęła.

- A gdzie jest Yola? - za­py­tała, roz­glą­da­jąc się za dziew­czynką. Po­dob­nie uczy­nili wszy­scy po­zo­stali, obecni przy stole, ale ma­łej ni­g­dzie nie było wi­dać. Gdy za­nie­po­ko­jeni go­ście ro­ze­szli się, by szu­kać dziew­czynki, Dar­cey, tchnięta ja­kimś dziw­nym prze­czu­ciem, od­cią­gnęła Mi­qu­ela na bok.

- Słu­chaj, a co, je­śli ona po­szła do szopy? - za­py­tała szep­tem.

- Niby po co mia­łaby tam iść? - zdzi­wił się.

- Żeby szu­kać ma­gicz­nego przej­ścia, o któ­rym jej na­kła­ma­łeś. - Dar­cey prze­wró­ciła oczami.

Mi­quel po­słał jej obu­rzone spoj­rze­nie.

- Wcale nie kła­ma­łem... Ale mo­żesz mieć ra­cję.

Spoj­rzeli na sie­bie i ru­szyli na tył ogrodu. Furtka była lekko uchy­lona, co ozna­czało, że teo­ria Dar­cey ro­biła się co­raz bar­dziej praw­do­po­dobna. Za­zwy­czaj lu­biła mieć ra­cję i roz­wią­zy­wać wszel­kiego ro­dzaju za­gadki, ale taki ob­rót sprawy wcale jej się nie po­do­bał. Żeby do­stać się do szopy, trzeba było przejść kil­ka­dzie­siąt me­trów drogi w głąb lasu. Nie­trudno by­łoby zgu­bić się tam pię­cio­let­niej dziew­czynce i to jesz­cze po ciemku. Trzeba było jak naj­szyb­ciej roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia. Nie cze­ka­jąc dłu­żej, Dar­cey wy­szła z ogrodu.

Ru­szyła przed sie­bie ener­gicz­nie, choć nie było to ta­kie pro­ste. Wą­ska ścieżka już dawno za­ro­sła tak bar­dzo, że le­dwo było ją wi­dać. Na szczę­ście było sto­sun­kowo ja­sno: księ­życ w pełni wi­siał wy­soko na nie­bie, oświe­tla­jąc trasę.

- Ale tu upior­nie... - ode­zwał się Mi­quel. W ci­szy jego szept za­brzmiał nie­mal ni­czym krzyk.

- Na­wet nie za­czy­naj - ostrze­gła Dar­cey. Bar­dzo sta­rała się nie do­pu­ścić do sie­bie stra­chu. Nic się nie dzieje, to tylko las, by­łaś tu setki razy - po­wta­rzała so­bie w my­ślach, choć nie brzmiało to zbyt prze­ko­nu­jąco. Wy­da­wało jej się tu ja­koś dziw­nie ci­cho, wręcz nie­na­tu­ral­nie. Za­zwy­czaj w le­sie wie­czo­rami dało się sły­szeć sze­lest li­ści i po­hu­ki­wa­nie sów. Te­raz pa­no­wała kom­pletna ci­sza, jakby poza nią i ku­zy­nem nie było tu ży­wej du­szy.

- Może jed­nak za­wró­cimy po ko­goś jesz­cze? - za­su­ge­ro­wał Mi­guel, jakby my­ślał do­kład­nie o tym sa­mym, co Dar­cey. Była z sie­bie na­prawdę za­do­wo­lona, że to nie ona pierw­sza przy­znała się do stra­chu, pro­po­nu­jąc to roz­wią­za­nie. Chciała się zgo­dzić. Je­dy­nym, na co miała ochotę, to od­wró­cić się i co sił w no­gach po­biec z po­wro­tem do ogrodu, ale nie mo­gła prze­cież te­raz się cof­nąć.

- Wtedy szansa, że znaj­dziemy Yolę bę­dzie na­prawdę nie­wielka. Poza tym, co im po­wiesz? Przy­znasz się, że to twoja wina, że sama wy­mknęła się w nocy do lasu?

Mi­quel wy­mam­ro­tał pod no­sem prze­kleń­stwo, ale nie za­pro­te­sto­wał.

Nie­długo po­tem przed nimi uka­zała się stara, drew­niana szopa. Oto­czona krza­kami spra­wiała bar­dzo od­py­cha­jące wra­że­nie. Ni­czym do­mek wiedźmy zja­da­ją­cej dzieci - po­my­ślała Dar­cey, i aż się wzdry­gnęła na myśl o tym, co może czaić się w środku. Wsu­nęła głę­biej ręce do kie­szeni i uchwy­ciła rę­ko­jeść nie­wiel­kiego sprę­ży­no­wego noża. Do­stała go kie­dyś w pre­zen­cie od dziadka i mimo że ro­dzice sprze­ci­wiali się, by dziecko no­siło przy so­bie tak nie­bez­pieczne na­rzę­dzie, nie roz­sta­wała się z nim od­kąd skoń­czyła sie­dem lat. Jej palce za­ci­snęły się na me­ta­lo­wej rę­ko­je­ści, a kciuk oparł się mocno o za­trzask otwie­ra­jący ostrze. Go­towa do jego na­ci­śnię­cia cze­kała na to, co się wy­da­rzy. W tym mo­men­cie drzwi uchy­liły się ze zło­wro­gim skrzy­pie­niem.

- Yola? - za­py­tała Dar­cey.

- Yola, chodź tu, wra­camy do domu - po­wie­dział Mi­quel.

Drzwi za­trzy­mały się na se­kundę, po czym otwo­rzyły sze­rzej, uka­zu­jąc ciemne wnę­trze. Dar­cey po­czuła, jak po ple­cach prze­bie­gają jej ciarki. Za nimi roz­legł się trzask ła­ma­nej ga­łęzi. Ob­ró­ciła się gwał­tow­nie, ale do­strze­gła je­dy­nie pu­ste pole.

- Jej tu chyba nie ma. Może wra­cajmy - za­pro­po­no­wała prze­ra­żona.

- A drzwi by się same otwo­rzyły, tak? - od­parł Mi­quel, pod­cho­dząc bli­żej. Drzwi szopy za­wsze były za­mknięte na sko­bel i nie ist­niała szansa, by wiatr tak po pro­stu nimi po­ru­szył, gdyby ktoś wcze­śniej nie za­po­mniał ich za­mknąć.

- Masz la­tarkę albo cho­ciaż te­le­fon? - za­py­tał Mi­quel, za­trzy­mu­jąc się w progu i za­glą­da­jąc do wnę­trza. Ża­rówka wi­sząca pod su­fi­tem za­pło­nęła bla­dym świa­tłem. Przez chwilę oboje spo­glą­dali na nią w mil­cze­niu.

- Prze­stań się wy­głu­piać - prych­nęła w końcu Dar­cey, prze­ry­wa­jąc pełną na­pię­cia ci­szę.

- Ale to nie ja - za­pro­te­sto­wał. - Sama się za­pa­liła. Mó­wi­łem, ci, że to miej­sce jest na­wie­dzone.

- Yoli tu nie ma - po­wie­działa Dar­cey, usi­łu­jąc za­cho­wać spo­kój. Z tej od­le­gło­ści do­kład­nie wi­działa, że szopa jest pu­sta. - Wra­camy - za­rzą­dziła.

Mi­quel przy­tak­nął i za­wró­cił. Od­szedł za­le­d­wie kilka kro­ków, gdy z szopy do­biegł ich dźwięk tłu­czo­nego szkła i świa­tło zga­sło. Gdzieś z głębi lasu roz­legł się ko­lejny dźwięk ła­ma­nych ga­łęzi.

Oboje jak na ko­mendę spoj­rzeli na sie­bie, a po­tem bie­giem rzu­cili się w stronę domu.

Gdy Dar­cey i Mi­quel wró­cili do ogrodu, oka­zało się, że są­sie­dzi zdą­żyli już za­dzwo­nić na po­li­cję. Przy­je­chała ekipa ra­tow­ni­ków, któ­rzy roz­po­częli prze­szu­ki­wa­nie te­renu. Nie­stety, bez­sku­tecz­nie. Po ko­lej­nych kilku go­dzi­nach po dziew­czynce na­dal nie było na­wet śladu. Obok szopy zna­le­ziono je­dy­nie ró­żową wstążkę, którą Yola miała wple­cioną we włosy. To po­twier­dziło przy­pusz­cze­nia Dar­cey, że dziew­czynka wy­do­stała się z ogrodu. W oko­li­cach trze­ciej nad ra­nem ro­dzice uznali, że czas wra­cać do domu. Dar­cey nie po­dzie­lała ich zda­nia: uwa­żała, że po­winni zo­stać i po­móc, lecz gdy to za­pro­po­no­wała, spo­tkała się ze sta­now­czą od­mową. Przez całą drogę po­wrotną Dar­cey, po­dob­nie jak Le­ila, sie­działa w ci­szy, pa­trząc przez szybę. Tylko ro­dzice wy­mie­niali mię­dzy sobą uwagi i ko­men­ta­rze od­no­śnie do za­ist­nia­łej sy­tu­acji.

Po do­tar­ciu do domu Dar­cey od razu skie­ro­wała się pod prysz­nic i do łóżka, cho­ciaż wcale nie chciało jej się spać. Gdy tylko za­my­kała oczy, przy­po­mi­nała so­bie wszyst­kie wy­da­rze­nia z ca­łego dnia, ana­li­zu­jąc, co tak na­prawdę stało się z Yolą. Kiedy w końcu udało jej się za­snąć, śniła jej się stara, sto­jąca po­środku lasu na­wie­dzona szopa.

Resztę week­endu Dar­cey spę­dziła przy pia­ni­nie. Mu­zyka do­brze na nią dzia­łała, a poza tym mu­siała prze­cież na­uczyć się grać La Vidę. Wąt­piła, by pani Ma­rion za­ak­cep­to­wała jej nie­przy­go­to­wa­nie, na­wet gdyby usły­szała o ostat­nich wy­da­rze­niach. Na­uka utworu szła jej nad wy­raz szybko. Mimo że był trudny i bar­dzo długi, nie pa­mię­tała, żeby kie­dy­kol­wiek tak przy­jem­nie jej się cze­goś uczyło. Zu­peł­nie jakby już go kie­dyś grała, a te­raz tylko so­bie przy­po­mi­nała, co, rzecz ja­sna, było nie­moż­liwe.

W nie­dzielę po po­łu­dniu za­dzwo­niła bab­cia. Opo­wie­działa, że udało się zna­leźć Yolę całą i zdrową, za­le­d­wie kilka mi­nut drogi od domu. Była tylko lekko po­dra­pana od ga­łęzi i mocno zmar­z­nięta. Na py­ta­nie co się działo, krę­ciła tylko prze­cząco głową i upar­cie mil­czała. Ba­dał ją na­wet psy­chia­tra, ale stwier­dził, że to przej­ściowe. Umysł bro­nił się przed trau­ma­tycz­nymi wspo­mnie­niami. Za kilka dni wszystko po­winno wró­cić do normy. Dar­cey, po­dob­nie jak reszta ro­dziny, ode­tchnęła z ulgą. Cała sprawa wy­da­wała jej się jed­nak mocno po­dej­rzana i nie da­wała spo­koju. Skoro dziew­czynka zo­stała zna­le­ziona tak bli­sko miej­sca, w któ­rym się zgu­biła, to dla­czego aż dobę za­jęło służ­bom ra­tun­ko­wym jej od­szu­ka­nie? Gło­wiła się nad tym cały wie­czór, ale nie po­tra­fiła zna­leźć wy­tłu­ma­cze­nia. Przy naj­bliż­szej oka­zji spró­buje wy­py­tać Yolę, co się tak na­prawdę wy­da­rzyło.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
-------------

Ciem­ność wy­glą­dała pa­skud­nie. Ota­cza­jące ją mo­rze lodu, cieni i wia­tru sku­tecz­nie znie­chę­cało do wę­drówki. Wiele by dała, żeby zna­leźć się te­raz w cie­płym i przy­tul­nym domu, z dala od tego po­twor­nego miej­sca. Nie­stety, nie było to moż­liwe. Lo­do­waty wiatr co­raz bar­dziej przy­bie­rał na sile. Otu­liła się moc­niej sta­rym, brą­zo­wym płasz­czem, choć nie­wiele to dało. Ma­te­riał był zde­cy­do­wa­nie zbyt cienki, by ochro­nić przed zim­nem. Z czar­nego jak smoła nieba spa­dały co­raz więk­sze płatki śniegu, po­kry­wa­jąc skały grubą war­stwą pu­chu. Z od­dali do­bie­gło ją prze­cią­głe wy­cie wil­ków. Ob­ró­ciła się ze stra­chem, ale ni­czego nie do­strze­gała. Ciem­ność była tak gę­sta, że wi­działa tylko to, co znaj­do­wało się bez­po­śred­nio przed nią.

Mogą mnie oto­czyć, a ja zo­ba­czę ich do­piero, gdy bę­dzie za późno - po­my­ślała.

Mu­siała wy­do­stać się stąd jak naj­szyb­ciej. Przy­spie­szyła, choć jej stopy grzę­zły w śniegu. Mo­kre no­gawki spodni przy­le­gały do ciała, jesz­cze bar­dziej je wy­chła­dza­jąc. Wy­cie roz­le­gło się po­now­nie.

Nie dam się zła­pać, nie po­zwolę im się za­bić - po­wta­rzała w my­ślach, zmu­sza­jąc się do mak­sy­mal­nego wy­siłku.

Pod­daj się - usły­szała głos do­cho­dzący z od­dali. - I tak nie uciek­niesz. Ni­g­dzie nie doj­dziesz - prze­ko­ny­wał. Miał ra­cję. Nie wie­działa, jak długa wę­drówka ją czeka. Nie wie­działa na­wet, do­kąd wła­ści­wie szła. Wie­działa tylko, że nie może się pod­dać.

Gdy wy­cie po­wtó­rzyło się po raz trzeci, w od­dali za­ma­ja­czyło świa­tło. Przed nią, na sa­mym szczy­cie góry, czę­ściowo za­to­piony w skale, wzno­sił się po­tężny pa­łac. Była prze­ko­nana, że ni­gdy wcze­śniej nie wi­działa tak wiel­kiej i wspa­nia­łej bu­dowli. Może to wła­śnie w niej znaj­dzie schro­nie­nie. Świa­tło prze­bi­jało się z wnę­trza, zu­peł­nie jakby cały pa­łac zro­biono ze szkła. Za­raz jed­nak od­rzu­ciła tę myśl - prze­cież szkło nie prze­trwa­łoby ta­kiej wi­chury. Gdy po­de­szła do wrót, wy­cią­gnęła drżącą rękę i zła­pała za klamkę. Czuła przez skórę, że to zły po­mysł. Nie wie­działa, co cze­kało na nią w środku. W końcu kto nor­malny bu­do­wał tak wielki i piękny pa­łac na ta­kim od­lu­dziu? Od­po­wiedź brzmiała: nikt. A przy­naj­mniej nikt, kto miał czy­ste in­ten­cje. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo złym po­my­słem wy­da­wało się wej­ście do środka, ona i tak mu­siała to zro­bić. Do wy­boru po­zo­sta­wało jej za­mar­z­nąć lub dać się roz­szar­pać na ka­wałki przez wy­głod­niałe stwo­rze­nia.

Co­kol­wiek tam jest, nie zginę. Nie dzi­siaj - po­wie­działa sama do sie­bie, na­ci­ska­jąc klamkę. Skost­nia­łymi pal­cami le­dwo udało jej się tego do­ko­nać. Uchy­liła drzwi, które oka­zały się nie­praw­do­po­dob­nie cięż­kie i wśli­zgnęła się do środka.

Od razu po wej­ściu od­czuła zmianę tem­pe­ra­tury. Być może było to tyko złu­dze­nie spo­wo­do­wane bra­kiem wia­tru i śniegu ale nie mo­gła za­prze­czyć, że po­czuła się le­piej. W środku nie od­czu­wała mrozu ani wil­goci. Jedno ma­rze­nie na dziś - nie za­mar­z­nąć - miało szansę się zi­ścić. Dru­gie - nie dać się po­żreć zwie­rzę­tom - także, po­my­ślała, za­my­ka­jąc drzwi. Po­zo­sta­wało jesz­cze trze­cie, na­dal nie­znane jej za­gro­że­nie. To które cze­kało we­wnątrz zamku. Rzecz ja­sna, mo­gło się oka­zać, że pa­łac był opusz­czony lub miesz­kali w nim do­brzy lu­dzie, ale ona w to nie wie­rzyła. Już wiele lat temu wy­czer­pała swój li­mit szczę­ścia, dla­tego nie łu­dziła się, że spo­tka ją tu coś po­zy­tyw­nego. Poza tym, wy­czu­wała w tym miej­scu dziwną, ta­jem­ni­czą ener­gię, która bu­dziła grozę.

Nie mo­gła jed­nak za­prze­czyć, że pa­łac wy­glą­dał prze­pięk­nie. Po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wała było wiel­kie, okrą­głe, o wy­so­kim skle­pie­niu. W ca­ło­ści wy­ko­nano je z pół­prze­zro­czy­stego szkła. Zer­k­nęła w dół. Pod jej sto­pami roz­cią­gała się prze­paść. Za­mek wy­bu­do­wano w taki spo­sób, że tylko jego nie­wielka część opie­rała się na ziemi. Reszta wi­siała nad prze­pa­ścią. Pod pod­łogą do­strze­gała je­dy­nie frag­menty skał. Zde­cy­do­wana więk­szość gi­nęła w mroku.

Je­śli to się za­rwie, zo­sta­nie ze mnie je­dy­nie plama - po­my­ślała, ro­biąc kilka ostroż­nych kro­ków do przodu.

Szkło za­trzesz­czało pod jej sto­pami, ale nie do­strze­gła na nim żad­nego pęk­nię­cia. Szła przed sie­bie, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Było tu dziw­nie ci­cho. Wręcz nie­na­tu­ral­nie ci­cho. Przez okna są­czyło się ró­żo­wo­fio­le­towe świa­tło, co także wy­da­wało jej się nie­moż­liwe, przy za­ło­że­niu, że na dwo­rze pa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność. Zu­peł­nie jakby blask bił bez­po­śred­nio ze ścian - uświa­do­miła so­bie.

Kor­ciło ją, by za­wo­łać: jest tu kto?! Po­wstrzy­mała się w ostat­niej chwili. Bała się zmą­cić ci­szę i zwró­cić na sie­bie uwagę na wy­pa­dek, gdyby jej po­dej­rze­nia o za­gro­że­niu ze strony miesz­kańca zamku oka­zały się praw­dziwe.

Na­gle do jej uszu do­le­ciało stu­ka­nie. Ro­zej­rzała się spa­ni­ko­wana, bo­jąc się, że szkło za­częło pę­kać, lecz za­raz zdała so­bie sprawę, że ten od­głos to stu­ka­nie bu­tów o pod­łogę. Ktoś tu szedł. Strach za­lał jej umysł.

Gdzie on jest? - my­ślała, roz­glą­da­jąc się na wszyst­kie strony.

Do sali pro­wa­dziło przy­naj­mniej kilka wejść. Je­śli po­bie­gnie do nie­wła­ści­wego, wpad­nie pro­sto w ręce nie­zna­jo­mego. Miała wra­że­nie, że dźwięk do­biega z każ­dej strony. Do­piero gdy u szczytu spi­ral­nych scho­dów po­ja­wił się cień, zo­rien­to­wała się gdzie był. Do­my­ślała się także, kto to był i że nie ma szans na ucieczkę. Wszyst­kie ko­ry­ta­rze znaj­do­wały się zbyt da­leko, by do nich do­biec. Zde­spe­ro­wana scho­wała się za ko­lumną pod­trzy­mu­jącą skle­pie­nie. Przy­warła ple­cami do zim­nego ma­te­riału, na­słu­chu­jąc przy­bli­ża­ją­cych się kro­ków.

Niech tylko przej­dzie i pój­dzie da­lej - mo­dliła się w du­szy. W ci­szy prze­ry­wa­nej mia­ro­wym stu­ka­niem sły­szała na­wet bi­cie swo­jego serca. Wy­da­wało jej się tak gło­śne, jak ni­gdy do­tąd. Kroki na­gle uci­chły. Wstrzy­mała od­dech, na­dal nie ma­jąc od­wagi się po­ru­szyć. Po­szedł? Czy za­trzy­mał się na środku sali i cze­kał, aż ona opu­ści kry­jówkę? A może, co gor­sza, stał tuż obok... ciarki prze­szły jej po ple­cach, gdy wy­obra­ziła so­bie odzianą w czerń upiorną po­stać cza­jącą się za jej ple­cami. Z tru­dem zmu­siła się, by nie za­cząć szyb­ciej od­dy­chać. Może to coś nie sły­szało wa­le­nia jej serca, ale da­łaby so­bie głowę uciąć, że wy­czu­łoby jej przy­spie­szony od­dech.

Na­pię­cie po­woli sta­wało się nie­zno­śne. Nie ma go tu, po­szedł so­bie - my­ślała, choć na­dal nie po­tra­fiła zmu­sić się do ru­chu.

Mi­jały se­kundy, a nie­zno­śne uczu­cie, że ja­kaś mroczna siła znaj­duje się tuż obok nie zni­kało. Za­ci­snęła pię­ści, wbi­ja­jąc pa­znok­cie w skórę. W tym mo­men­cie do jej uszu do­le­ciał głos:

- Ostrze­ga­łem, że nie uciek­niesz.

Dziew­czyna wzdry­gnęła się mi­mo­wol­nie. To był ten sam głos, który sły­szała w le­sie. Ten sam, od któ­rego usi­ło­wała się uwol­nić. Zer­k­nęła na drzwi wyj­ściowe. Dzie­liła ją od nich spora od­le­głość, ale może gdyby się po­sta­rała, da­łaby radę...

- To nic nie da. Na­wet je­śli wyj­dziesz na ze­wnątrz i tak cię znajdę.

Miała wra­że­nie, że głos do­cho­dził z każ­dej strony. Zu­peł­nie jakby wy­do­by­wał się z wnę­trza jej umy­słu.

- Od­daj, co ukra­dłaś. Albo spę­dzisz ze mną wiecz­ność.

Spa­ra­li­żo­wana stra­chem, nie od­wa­żyła się po­ru­szyć, cze­ka­jąc na to, co się wy­da­rzy.