Rozdział 1
Lekcje muzyki odbywały się zawsze na przemian: o świcie, kiedy na dworze było jeszcze szaro lub późnym popołudniem. Dlatego w sali od muzyki zawsze panował półmrok. Darcey podejrzewała, że nawet gdyby zajęcia odbywały się w środku dnia, przez maleńkie okno i tak nie dostałoby się zbyt wiele światła. Zastanawiała się, czy to przypadek, czy nauczycielka celowo wybierała godziny swojej pracy w taki sposób, by nie być narażoną na kontakt ze światłem słonecznym. Pani Marion była trupioblada i pomarszczona tak bardzo, że wydawała się wręcz zasuszona niczym starożytna mumia. W powłóczystych, czarnych ubraniach sprawiała wrażenie, jakby przed chwilą wydostała się z grobowca.
Dzisiejszy dzień nie stanowił wyjątku. W pomieszczeniu paliła się tylko jedna stojąca na pianinie lampka. Darcey podejrzewała, że gdyby nie musiały czytać nut, nauczycielka pozbyłaby się nawet tego źródła światła. Kiedy Darcey weszła do sali, pani Marion stała przy biurku, przekładając kartki z nutami. Miała upiorny zwyczaj - podczas lekcji nie siedziała na swoim miejscu, tylko stała za plecami Darcey, od czasu do czasu pochylając się nad klawiszami.
- Dziś nie będzie zajęć - oznajmiła na powitanie.
Darcey ugryzła się w język, żeby nie zapytać z wyrzutem dlaczego w takim razie kazała jej przyjść na szóstą rano, skoro i tak zamierzała odwołać lekcję. Powstrzymała się od komentarza tylko dlatego, że już kiedyś doszło do podobnej sytuacji i wtedy odważyła się wyrazić swoje zdanie na ten temat. Za karę otrzymała dodatkowe zadania domowe. Nie chcąc popełnić tego samego błędu, stała w milczeniu, oczekując na dalsze słowa Marion:
- Na przyszły tydzień masz nauczyć się tego na pamięć. - To powiedziawszy, nauczycielka podała Darcey niewielką książeczkę. Całość okazała się jednym, długim na trzynaście stron utworem zatytułowanym: La Vida.
- Całego? - Darcey wytrzeszczyła oczy. Zdarzało się, że w ramach pracy domowej otrzymywała zadanie rozszyfrowania nut nowych utworów, ale miały one zazwyczaj dwie, maksymalnie trzy strony.
Marion pokiwała twierdząco głową.
- Tak. To twój utwór zaliczeniowy.
- Ale przecież już dała mi pani utwór na zaliczenie - zaczęła protestować Darcey, lecz nauczycielka przerwała jej złowrogim spojrzeniem.
- Tamten był dla ciebie zbyt prosty. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu - oznajmiła i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź wyszła z klasy.
Darcey przez sekundę, wpatrywała się w książkę z rosnącym niedowierzaniem, a potem wybiegła z sali zdeterminowana, by dogonić nauczycielkę i oznajmić, że nie zgadza się na to rozwiązanie. Otworzyła drzwi, lecz mimo iż od wyjścia pani Marion minęły zaledwie sekundy, korytarz był całkowicie pusty.
- Jakby rozpłynęła się w powietrzu - mruknęła sama do siebie, ruszając przez pogrążony w mroku korytarz.
Mimo że Darcey - jak jej się wydawało - sprawdziła wszystkie miejsca, w których mogła zastać panią Marion, nie udało jej się znaleźć nauczycielki. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań, wściekła udała się do klasy, w której miała odbywać się lekcja angielskiego. Usiadła z tyłu, zerkając na zegarek. Do zajęć pozostało jeszcze ponad dwadzieścia minut. Położyła głowę na ławce, żeby uciąć sobie drzemkę, choć bieganie po szkole skutecznie ją rozbudziło. W tym momencie do klasy weszła Emma - najlepsza przyjaciółka Darcey.
- A ty co tutaj robisz o tak wczesnej godzinie? - zdziwiła się, zajmując sąsiednie krzesło.
- Przecież miałam fortepian - przypomniała, zirytowana pytaniem koleżanki. Owszem, zazwyczaj spóźniała się na pierwszą lekcję, ale tylko dlatego, że pani Marion przetrzymywała ją dłużej, niż powinna. - Albo raczej miałam mieć, ale szanowna pani zołza nie raczyła mi powiedzieć wcześniej, że nie muszę dzisiaj przychodzić - dodała.
Emma pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Ta kobieta jest jakaś dziwna. Nie możesz poprosić, żeby uczył cię ktoś inny?
Darcey się skrzywiła.
- Już próbowałam i to nie raz - mruknęła.
Kiedy podczas przydziału nauczycieli na lekcje indywidualne trafiła na panią Marion była zdruzgotana - nauczycielka jako jedyna żądała zjawiania się na zajęcia o godzinie siódmej, a czasem nawet szóstej rano, zostawania do późnych godzin popołudniowych i zadawała przynajmniej trzy razy więcej niż inni. Kiedy po wielu namowach, rodzice Darcey udali się do dyrektora szkoły celem zmiany nauczycielki, usłyszeli, że jest to niemożliwe. Wszyscy inni nauczyciele mieli już komplet uczniów i nie mogli przyjąć kolejnego.
- I pewnie znowu zadała ci jakiś długi utwór? - zgadła Emma.
- Na trzynaście stron. Na przyszły tydzień - oznajmiła Darcey. Wcale nie miała ochoty o tym opowiadać, bo jeszcze bardziej irytowała się, że nauka zabierze jej czas, który przecież mogła spożytkować zdecydowanie ciekawiej niż siedząc przy pianinie. Darcey lubiła grać, ale tylko swoje ulubione utwory, a nie te, które zostały jej narzucone przez irytującą nauczycielkę.
- Przecież to niewykonalne - oburzyła się Emma.
Darcey wzruszyła ramionami. Przyzwyczaiła się już, że Marion zadawała jej coś, co wymagało naprawdę dużego zaangażowania. Czasy, kiedy próbowała się temu sprzeciwiać dawno minęły - zazwyczaj potrafiła skutecznie przekonywać nauczycieli, żeby szli na ustępstwa. Zdawała sobie jednak sprawę, że w przypadku tej jednej nauczycielki negocjacje były niemożliwe i przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego.
Przyjaciółki rozmawiały, dopóki nie rozległ się dzwonek. Do klasy weszła Ritta Suarez i rozpoczęła zajęcia. Darcey otworzyła podręcznik od angielskiego na odpowiedniej stronie. Następnie upewniła się, że nauczycielka nie patrzy w jej kierunku, wyjęła zeszyt z nutami, ukryła go za podręcznikiem i zaczęła czytać zapis na pięciolinii. Z doświadczenia wiedziała, że gra pójdzie szybciej i prościej, jeśli wcześniej odpowiednią ilość razy przeczyta nuty. Na angielskim i tak nie działo się nic godnego uwagi.
Po ciągnących się w nieskończoność lekcjach, Darcey wyszła ze szkoły. Odpięła swój stary, odrapany rower i krętymi uliczkami ruszyła w stronę domu. Zazwyczaj jechała dłuższą trasą - lubiła jeździć na rowerze. Dawało jej to poczucie wolności, tym większe, im szybciej jechała. Tym razem wybrała najkrótszą możliwą drogę. Dziś przypadały imieniny babci, dlatego od razu po zajęciach wybierali się całą rodziną do jej położonego na przedmieściach domu. Darcey lubiła rodzinne spotkania: to dawało jej okazję do testowania nowych pomysłów na żarty. Zazwyczaj ofiarą dowcipów padała jej młodsza siostra Leila, ale o wiele zabawniej było robić je komuś, kto się ich nie spodziewał.
Zatrzymała się przed furtką, zerkając na zegarek. Trasę pokonała w zaledwie siedem minut. Prawie pobiłam rekord - pomyślała. Wprowadziła rower do środka, zostawiając go na klatce schodowej. Wbiegła po schodach na ostatnie piętro i kilka razy pod rząd nacisnęła dzwonek. Drzwi otworzyła jej mama.
- Dobrze, że jesteś. Przygotuj się szybko, bo musimy już wychodzić.
Darcey nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Weszła do środka, przywitała się z tatą, który siedział w ulubionym fotelu, jak zwykle czytając gazetę, i udała się do swojego pokoju. Rzuciła torbę na biurko i szybko wyjęła z niej wszystkie niepotrzebne szkolne przybory. W ich miejsce włożyła inne, zdecydowanie bardziej przydatne rzeczy, z których zamierzała zrobić dziś dobry użytek.
Kiedy ponownie pojawiła się w korytarzu, gotowa do wyjścia, ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak.
- Co ty masz na sobie? - zapytała oskarżycielsko Darcey, patrząc na Leilę. Siostra ubrana była w żółto-zieloną, letnią sukienkę.
- Nie podoba ci się? - zapytała z miną niewiniątka.
- To moja ulubiona sukienka! Zdejmij ją natychmiast! - rozkazała.
Doskonale zdawała sobie sprawę, dlaczego Leila wybrała akurat tą kreację - nie dlatego, że jej się podobała. Jej siostra nie lubiła ani zielonego koloru, ani żółtego, ani tym bardziej nie przepadała za sukienkami. Po prostu doskonale wiedziała, że jeśli ją założy, Darcey nie będzie mogła zrobić jej żadnego głupiego żartu w obawie o zniszczenie stroju.
- Nie mamy już na to czasu - odezwała się mama, popychając siostry w stronę wyjścia.
Darcey ugryzła się w język, żeby nie zacząć protestować. I tak nic by nie wskórała, a tylko dostarczyła siostrze satysfakcję. Odnotowała w myślach, żeby przy najbliższej okazji jej się za to odpłacić.
-------------
Dom położony był na przedmieściach. W okolicy znajdowało się zaledwie kilka rozrzuconych w niewielkich odległościach od siebie budynków. Za płotem rozciągał się las, a od najbliższej drogi szybkiego ruchu dzieliło ich kilka kilometrów, dzięki czemu panowała tu cisza i spokój. Kiedy Darcey była młodsza, często tutaj przyjeżdżała. Siedziała razem z dziadkiem w garażu, kiedy pracował nad swoimi nowymi wynalazkami. Zawsze wierzyła, że potrafił skonstruować absolutnie wszystko. Ona sama nie przejawiała chęci do majsterkowania, jednak kiedy dziadek naprawiał lub konstruował różnego rodzaju sprzęty, Darcey tworzyła coraz to nowsze pomysły na żarty, które mogła wycinać swoim znajomym i sąsiadom. Zapewne działałoby to w ten sposób do dziś, gdyby nie fakt, że dziadek zaginął. Gdy Darcey miała dziewięć lat, wyszedł z domu i już do niego nie wrócił. Anthony Mendez kochał podróże i spontaniczne wyjazdy, dlatego początkowo wszyscy sądzili, że znów udał się na jedną ze swoich wypraw. Kolejne dni płynęły, a on nie wracał. Od tamtej pory minęło sześć lat. Cała rodzina już dawno uznała go za zmarłego, tracąc nadzieję na ponowne spotkanie. Cała, z wyjątkiem Darcey. Ona jako jedyna nie potrafiła zaakceptować faktu, że jej dziadek nie żyje. Wydawało jej się to niemożliwe, żeby tak pomysłowa osoba nie dała rady uniknąć śmierci. Ilekroć jednak zaczynała dyskusję na ten temat, wszyscy tylko posyłali jej współczujące spojrzenia, więc z czasem przestała się wypowiadać. Nadal jednak wierzyła, że żyje i kiedyś, tak nagle jak zniknął, pojawi się ponownie.
Na miejsce przybyli jako ostatni. W ogrodzie siedzieli już wszyscy zaproszeni sąsiedzi i kuzyni. Darcey przywitała się, po czym usiadła na chwilę do stołu. Zmusiła się, by przez jakiś czas odpowiadać na grzecznościowe pytania, po czym wymknęła się do kuchni. Grillowane szaszłyki - specjalność babci - w żadnym wypadku nie przypadły jej do gustu, dlatego ruszyła poszukać czegoś innego do jedzenia. W domu panował półmrok - na zewnątrz słońce powoli zaczynało zachodzić.
Weszła do kuchni, odruchowo szukając ręką włącznika. Gdy pokój zalało jasne światło, zobaczyła swojego kuzyna Miquela odskakującego od lodówki.
- A ty co tu robisz? - zapytała podejrzliwie.
- Nic, nic - odparł, przywołując na twarz wyraz niewiniątka.
- Akurat - mruknęła sarkastycznie, podchodząc do lodówki i zabierając się do przeszukiwania zawartości.
- Dam ci tylko dobrą radę: nie pij soku porzeczkowego - dodał Miquel.
Darcey pokiwała głową, wdzięczna za ostrzeżenie. Wolała nawet nie wiedzieć, czego jej kuzyn tam dolał.
- A ty nie włączaj wiatraka w przedpokoju - ostrzegła. Niespełna godzinę wcześniej osobiście wysypała na niego pokaźną garść popiołu, który po włączeniu pokryłby niewinną ofiarę.
Miquel uśmiechnął się zadowolony z wymiany informacji. Kiedyś to właśnie on był największym przeciwnikiem Darcey. Ubiegłego lata oboje uznali, że zdecydowanie bezpieczniej i prościej będzie zawrzeć sojusz, i tak też zrobili. Usiedli przy stole, dyskutując o tym, co działo się u nich przez ostatni czas. W końcu nie widzieli się kilka miesięcy.
W pewnym momencie drzwi kuchni stanęły otworem. W progu pojawiła się Yola, pięcioletnia córka sąsiadów.
- Idziecie z nami pograć w piłkę? - zapytała.
Darcey, jako że nie miała na to najmniejszej ochoty, pokręciła przecząco głowa, licząc, że mała zaraz sobie pójdzie.
- Zapytaj Leilę, ona pewnie chętnie z tobą zagra - zaproponowała, doskonale wiedząc, że jej siostra nie cierpi jakiejkolwiek sportowej aktywności.
- Ale ja już u niej byłam i wysłała mnie do ciebie - zaprotestowała mała.
Zołza - pomyślała Darcey o swojej młodszej siostrze.
- No chodźcie - poprosiła Yola po raz kolejny.
- Kiedy my nie możemy, bo jesteśmy zajęci - wtrącił się Miquel. - Właśnie wywołujemy ducha.
Zapewne chciał w ten sposób przestraszyć Yolę, ale tylko rozbudził jej ciekawość.
- Jakiego ducha?
- Naszego dziadka - skłamał Miquel.
Darcey posłała mu oburzone spojrzenie.
- Nieprawda, wywołujemy kogoś innego. Dziadek żyje.
- Nie żyje. Sam widziałem, jak przechodził do Krainy Duchów przez drzwi w szopie - oznajmił Miquel.
Darcey miała wrażenie, że tym razem nie kierował tych słów do Yoli.
- Nie widziałeś - zaprotestowała.
- Widziałem - upierał się, niezwykle poważnym tonem.
Niedługo po zniknięciu dziadka, Miquel opowiedział Darcey, że widział go przechodzącego przez tajemne przejście w szopie. Darcey jako mała dziewczynka słuchała opowieści dziadka o Krainie Duchów, dlatego uwierzyła Miquelowi. Sprawdziła jednak dokładnie całą szopę i nie znalazła tam żadnego tajemnego przejścia. Zwykły składzik pełen pajęczyn, w którym leżały same mało przydatne lub wcale niepotrzebne rzeczy.
Spierali się jeszcze przez dłuższą chwilę, aż doszli do tego samego wniosku co zwykle: że dyskusja na ten temat nie ma absolutnie żadnego sensu. Wielokrotnie prowadzili podobną rozmowę i za każdym razem oboje próbowali postawić na swoim.
Darcey miała już dość jego towarzystwa i wróciła do ogrodu.
-------------
- Masz godzinę. Za godzinę chcę to dostać - te słowa odbijały się echem w jej głowie, jeszcze długo po odejściu upiora. Zyskała czas. Marne sześćdziesiąt minut, lecz była gotowa przyjąć każdą sekundę, która odwlekała jej wyrok. Mimo tykającego zegara, jeszcze przez długi czas bała się poruszyć. Nie wiedziała, ile czasu stała przyciśnięta do kolumny. Wydawało jej się, że trwało to całą wieczność zanim oprawca się oddalił. Nie usłyszała jego kroków. Poczuła moment, gdy atmosfera zrobiła się lżejsza. Towarzyszące jej do tej pory napięcie stopniowo zaczęło maleć. Dopiero wtedy ostrożnie zrobiła krok przed siebie i wychyliła się zza kolumny. Odetchnęła z ulgą, gdy komnata okazała się pusta. Spojrzała na szklane drzwi, zastanawiając się, co teraz zrobić. Na zewnątrz burza i mrok zdawały się jeszcze bardziej nieprzeniknione niż wcześniej. Wyjście oznaczałoby niechybną śmierć. Z kolei zostanie w środku... mogło się skończyć jeszcze gorzej. Z dwojga złego, lepsza śmierć na lodowym pustkowiu niż wieczność z tym upiorem - pomyślała.
Podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę. Ta ani drgnęła. Nie - pomyślała. Nie nie nie nie! To się nie może tak skończyć - myślała, coraz bardziej przerażona. Szarpała dalej, a gdy to nie pomogło, uderzyła pięścią w szybę. Po sali rozeszło się głuche echo. Z przestrachem obejrzała się za siebie, ale nikogo nie dostrzegła. Zdawała sobie sprawę, że oprawca znał jej położenie, lecz nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że dźwięk ponownie go tutaj zwabi. Musiała stąd uciekać.
Szklane drzwi wyglądały na bardzo delikatne, lecz czuła, że nie dałaby rady tak łatwo ich zbić, o ile w ogóle byłoby to możliwe. Musiała znaleźć klucz albo inną drogę ucieczki. Odwróciła się, i ruszyła korytarzem w prawo, modląc się, by znaleźć wyjście zanim skończy jej się czas.
W progu potknęła się o mały, kanciasty przedmiot. Był biały, z narysowanymi różowymi, lekko startymi kwiatami. W środku widniała złota tarcza przypominająca zegar. Przyjrzała się dokładniej i doszła do wniosku, że był to stoper. Pokazywał 38 minut i 9 sekund. Patrzyła na niego, w przerażeniu słuchając, jak tykają wskazówki. On dał mi go celowo, tylko po to, żebym bardziej się bała - pomyślała, czując, jak rośnie jej determinacja. Chciała wyrzucić przedmiot byle dalej od siebie, ale powstrzymała się. Może i był mały, ale wystarczająco ciężki, w ostateczności użyć go jako broni.
37 minut i 54 sekundy.
Zdążę - zapewniła sama siebie i rzuciła się biegiem. Jej buty w zetknięciu ze szkłem wywoływały taki hałas, że przez moment chciała je zdjąć, doszła jednak do wniosku, że po znalezieniu wyjścia nie da rady się bez nich poruszać. Starała się zapamiętywać trasę, lecz wszystkie korytarze wyglądały niemal identycznie. Dam radę - powtarzała sobie, choć tykające wskazówki zegara wcale nie pomagały jej pozbyć się napięcia. Wręcz przeciwnie, tylko potęgowały presję.
Gdy stoper wskazywał 26 minut i 9 sekund, zatrzymała się w pustej przestronnej komnacie, identycznej jak wszystkie poprzednie. Różniła się od innych tylko jednym drobiazgiem. Na ścianie wisiał duży, szklany klucz. W sam raz do drzwi wyjściowych - pomyślała. Tylko czy to nie było za proste? Niemal czuła, jak postać w czerni namawia ją, by chwyciła przedmiot. Upiór nie zostawiłby czegoś tak ważnego na widoku. To musiała być pułapka.
24 minuty i 21 sekund.
Pułapka czy nie, nie miała już czasu na rozważania. Ten klucz był jej jedyną nadzieją i szansą na wyjście. Podbiegła do niego i jednym szybkim ruchem zerwała go ze ściany. Gdy tylko to zrobiła, dookoła niej powietrze zaczęło falować. Na ścianie, suficie i podłodze zaczęły pojawiać się setki, jeśli nie tysiące kluczy. Różniły się kształtem, wielkością i kolorem. Zerknęła na ten, który trzymała w rękach. Teraz, w otoczeniu tylu innych, wcale nie miała pewności, że pasuje do drzwi. Tylko jak sprawdzić, który jest właściwy? - pomyślała. Nie dałaby rady przecież zabrać ze sobą wszystkich. Zrobiła krok do przodu. Jeden z kluczy pod jej stopami pękł. Przestraszyła się myśląc, że zniszczyła ten właściwy, lecz zaraz zdała sobie sprawę, że było wręcz przeciwnie. Skoro szyby wydawały się niezniszczalne, to klucz do nich pasujący musiał mieć podobną wytrzymałość.
Spojrzała na klucz, który trzymała w rękach, po czym cisnęła nim o ścianę. Szkło rozprysło się w drobny mak.
20 minut 47 sekund.
Zaczęła zrzucać wiszące na ścianach klucze. Szklane odłamki latały na wszystkie strony. Gdy oczyściła już całą ścianę, zabrała się za te leżące pod jej stopami. Podnosiła je garściami i rzucała najmocniej, jak potrafiła. Po chwili cała podłoga pokryta była odłamkami do tego stopnia, że pośród morza zbitego szkła dziewczyna ledwo dawała radę wyłowić niezniszczone przedmioty.
Wreszcie go dostrzegła. Był mały, wyglądał na bardzo delikatny i kruchy. Mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Gdy pochyliła się, by go podnieść zobaczyła w nim swoje odbicie. Znała materiał, z którego był wykonany. Dokładnie tak wyglądała substancja, która nazywana była płynnym lustrem. Wyglądem przypominała szkło i była niemal niezniszczalna. Dziewczyna rzuciła kluczem o ścianę. Odbił się od niej i spadł na podłogę tuż pod jej stopy. Nie miał nawet zadrapania.
To ten - pomyślała, zaciskając na nim palce.
Zerknęła na stoper. Została niecała minuta. Nie czekając dłużej, wypadła z komnaty i pobiegła do wyjścia. Dostanie się do drzwi przed upływem czasu wydawało się niewykonalne, lecz musiała spróbować. Zresztą, wątpiła, by upiór wypuścił ją, nawet gdyby przed upływem wyznaczonego czasu dała radę wyjść. I tak by ją ścigał.
Stoper zagrał żywą wesołą melodię, która w tym momencie wydawała jej się bardziej upiorna niż jakikolwiek inny dźwięk. Biegła jednak dalej, nie zatrzymując się.
- Czas minął... - usłyszała. Wydawało jej się, że głos dochodził z każdej strony. Zdesperowana nawet nie próbowała ustalić skąd dobiegał. Jeszcze bardziej przyspieszyła. - Czas minął... - rozległo się ponownie.
Wesoła melodia na stoperze grała dalej. Cisnęła go za siebie, nie mogąc dłużej znieść tego dźwięku.
- Dokąd się tak spieszysz? I tak stąd nie wyjdziesz. Odpocznij, póki jeszcze możesz...
On był coraz bliżej. Czuła to. Nie widziała go, ale czuła, jak z każdą sekundą się przybliża. Nie wiedziała dokąd biegła. Już dawno zgubiła się w plątaninie korytarzy. Kątem oka dostrzegła drzwi. Inne niż te, którymi weszła ale w tym momencie była gotowa przyjąć każde, które tylko zdoła otworzyć. Dopadła do nich i wsadziła klucz do zamka. Zaczęła nim kręcić, ale ręce tak bardzo jej się trzęsły, że ledwo dawała radę go utrzymać.
Na korytarzu pojawił się cień. Do jej uszu dobiegał stukot butów.
Szybciej - pomyślała, ponaglając sama siebie.
- Za późno.... - usłyszała.
Ale wcale nie było za późno. Przekręciła klucz, otworzyła drzwi i wypadła na zewnątrz. Wrota zatrzasnęły się za jej plecami. Zatrzymała się tak gwałtownie, jak wybiegła. Znajdowała się na szklanym tarasie. Dookoła niej szalała burza. Śnieg wirował, wiatr wył, ale najgorsze było to, że nie miała już dokąd uciec. Podbiegła do krawędzi. Widok z tak dużej wysokości był niesamowity, ale ona nie miała teraz czasu na zachwycanie się nim. Wychyliła się w dół, patrząc na drugi taras położony niżej. W ciemności nie potrafiła dokładnie oszacować, jak daleko się znajdował, ale wydawało jej się to kosmicznie wielką odległością. Czy mam szansę przeżyć, jeśli skoczę? - pomyślała. Pomysł wydawał jej się beznadziejny. Nawet gdyby przeżyła, to co, jeśli się połamie i nie będzie mogła uciekać dalej? Ta wizja wydawała jej się nawet gorsza niż śmierć. Coraz bardziej spanikowana, rzuciła spojrzenie w stronę drzwi. Gałka zaczęła się obracać. Nie miała czasu do stracenia.
-------------
Późnym wieczorem, kiedy wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia, sąsiadka ze zdumieniem zdała sobie sprawę, że jej córka zniknęła.
- A gdzie jest Yola? - zapytała, rozglądając się za dziewczynką. Podobnie uczynili wszyscy pozostali, obecni przy stole, ale małej nigdzie nie było widać. Gdy zaniepokojeni goście rozeszli się, by szukać dziewczynki, Darcey, tchnięta jakimś dziwnym przeczuciem, odciągnęła Miquela na bok.
- Słuchaj, a co, jeśli ona poszła do szopy? - zapytała szeptem.
- Niby po co miałaby tam iść? - zdziwił się.
- Żeby szukać magicznego przejścia, o którym jej nakłamałeś. - Darcey przewróciła oczami.
Miquel posłał jej oburzone spojrzenie.
- Wcale nie kłamałem... Ale możesz mieć rację.
Spojrzeli na siebie i ruszyli na tył ogrodu. Furtka była lekko uchylona, co oznaczało, że teoria Darcey robiła się coraz bardziej prawdopodobna. Zazwyczaj lubiła mieć rację i rozwiązywać wszelkiego rodzaju zagadki, ale taki obrót sprawy wcale jej się nie podobał. Żeby dostać się do szopy, trzeba było przejść kilkadziesiąt metrów drogi w głąb lasu. Nietrudno byłoby zgubić się tam pięcioletniej dziewczynce i to jeszcze po ciemku. Trzeba było jak najszybciej rozpocząć poszukiwania. Nie czekając dłużej, Darcey wyszła z ogrodu.
Ruszyła przed siebie energicznie, choć nie było to takie proste. Wąska ścieżka już dawno zarosła tak bardzo, że ledwo było ją widać. Na szczęście było stosunkowo jasno: księżyc w pełni wisiał wysoko na niebie, oświetlając trasę.
- Ale tu upiornie... - odezwał się Miquel. W ciszy jego szept zabrzmiał niemal niczym krzyk.
- Nawet nie zaczynaj - ostrzegła Darcey. Bardzo starała się nie dopuścić do siebie strachu. Nic się nie dzieje, to tylko las, byłaś tu setki razy - powtarzała sobie w myślach, choć nie brzmiało to zbyt przekonująco. Wydawało jej się tu jakoś dziwnie cicho, wręcz nienaturalnie. Zazwyczaj w lesie wieczorami dało się słyszeć szelest liści i pohukiwanie sów. Teraz panowała kompletna cisza, jakby poza nią i kuzynem nie było tu żywej duszy.
- Może jednak zawrócimy po kogoś jeszcze? - zasugerował Miguel, jakby myślał dokładnie o tym samym, co Darcey. Była z siebie naprawdę zadowolona, że to nie ona pierwsza przyznała się do strachu, proponując to rozwiązanie. Chciała się zgodzić. Jedynym, na co miała ochotę, to odwrócić się i co sił w nogach pobiec z powrotem do ogrodu, ale nie mogła przecież teraz się cofnąć.
- Wtedy szansa, że znajdziemy Yolę będzie naprawdę niewielka. Poza tym, co im powiesz? Przyznasz się, że to twoja wina, że sama wymknęła się w nocy do lasu?
Miquel wymamrotał pod nosem przekleństwo, ale nie zaprotestował.
Niedługo potem przed nimi ukazała się stara, drewniana szopa. Otoczona krzakami sprawiała bardzo odpychające wrażenie. Niczym domek wiedźmy zjadającej dzieci - pomyślała Darcey, i aż się wzdrygnęła na myśl o tym, co może czaić się w środku. Wsunęła głębiej ręce do kieszeni i uchwyciła rękojeść niewielkiego sprężynowego noża. Dostała go kiedyś w prezencie od dziadka i mimo że rodzice sprzeciwiali się, by dziecko nosiło przy sobie tak niebezpieczne narzędzie, nie rozstawała się z nim odkąd skończyła siedem lat. Jej palce zacisnęły się na metalowej rękojeści, a kciuk oparł się mocno o zatrzask otwierający ostrze. Gotowa do jego naciśnięcia czekała na to, co się wydarzy. W tym momencie drzwi uchyliły się ze złowrogim skrzypieniem.
- Yola? - zapytała Darcey.
- Yola, chodź tu, wracamy do domu - powiedział Miquel.
Drzwi zatrzymały się na sekundę, po czym otworzyły szerzej, ukazując ciemne wnętrze. Darcey poczuła, jak po plecach przebiegają jej ciarki. Za nimi rozległ się trzask łamanej gałęzi. Obróciła się gwałtownie, ale dostrzegła jedynie puste pole.
- Jej tu chyba nie ma. Może wracajmy - zaproponowała przerażona.
- A drzwi by się same otworzyły, tak? - odparł Miquel, podchodząc bliżej. Drzwi szopy zawsze były zamknięte na skobel i nie istniała szansa, by wiatr tak po prostu nimi poruszył, gdyby ktoś wcześniej nie zapomniał ich zamknąć.
- Masz latarkę albo chociaż telefon? - zapytał Miquel, zatrzymując się w progu i zaglądając do wnętrza. Żarówka wisząca pod sufitem zapłonęła bladym światłem. Przez chwilę oboje spoglądali na nią w milczeniu.
- Przestań się wygłupiać - prychnęła w końcu Darcey, przerywając pełną napięcia ciszę.
- Ale to nie ja - zaprotestował. - Sama się zapaliła. Mówiłem, ci, że to miejsce jest nawiedzone.
- Yoli tu nie ma - powiedziała Darcey, usiłując zachować spokój. Z tej odległości dokładnie widziała, że szopa jest pusta. - Wracamy - zarządziła.
Miquel przytaknął i zawrócił. Odszedł zaledwie kilka kroków, gdy z szopy dobiegł ich dźwięk tłuczonego szkła i światło zgasło. Gdzieś z głębi lasu rozległ się kolejny dźwięk łamanych gałęzi.
Oboje jak na komendę spojrzeli na siebie, a potem biegiem rzucili się w stronę domu.
Gdy Darcey i Miquel wrócili do ogrodu, okazało się, że sąsiedzi zdążyli już zadzwonić na policję. Przyjechała ekipa ratowników, którzy rozpoczęli przeszukiwanie terenu. Niestety, bezskutecznie. Po kolejnych kilku godzinach po dziewczynce nadal nie było nawet śladu. Obok szopy znaleziono jedynie różową wstążkę, którą Yola miała wplecioną we włosy. To potwierdziło przypuszczenia Darcey, że dziewczynka wydostała się z ogrodu. W okolicach trzeciej nad ranem rodzice uznali, że czas wracać do domu. Darcey nie podzielała ich zdania: uważała, że powinni zostać i pomóc, lecz gdy to zaproponowała, spotkała się ze stanowczą odmową. Przez całą drogę powrotną Darcey, podobnie jak Leila, siedziała w ciszy, patrząc przez szybę. Tylko rodzice wymieniali między sobą uwagi i komentarze odnośnie do zaistniałej sytuacji.
Po dotarciu do domu Darcey od razu skierowała się pod prysznic i do łóżka, chociaż wcale nie chciało jej się spać. Gdy tylko zamykała oczy, przypominała sobie wszystkie wydarzenia z całego dnia, analizując, co tak naprawdę stało się z Yolą. Kiedy w końcu udało jej się zasnąć, śniła jej się stara, stojąca pośrodku lasu nawiedzona szopa.
Resztę weekendu Darcey spędziła przy pianinie. Muzyka dobrze na nią działała, a poza tym musiała przecież nauczyć się grać La Vidę. Wątpiła, by pani Marion zaakceptowała jej nieprzygotowanie, nawet gdyby usłyszała o ostatnich wydarzeniach. Nauka utworu szła jej nad wyraz szybko. Mimo że był trudny i bardzo długi, nie pamiętała, żeby kiedykolwiek tak przyjemnie jej się czegoś uczyło. Zupełnie jakby już go kiedyś grała, a teraz tylko sobie przypominała, co, rzecz jasna, było niemożliwe.
W niedzielę po południu zadzwoniła babcia. Opowiedziała, że udało się znaleźć Yolę całą i zdrową, zaledwie kilka minut drogi od domu. Była tylko lekko podrapana od gałęzi i mocno zmarznięta. Na pytanie co się działo, kręciła tylko przecząco głową i uparcie milczała. Badał ją nawet psychiatra, ale stwierdził, że to przejściowe. Umysł bronił się przed traumatycznymi wspomnieniami. Za kilka dni wszystko powinno wrócić do normy. Darcey, podobnie jak reszta rodziny, odetchnęła z ulgą. Cała sprawa wydawała jej się jednak mocno podejrzana i nie dawała spokoju. Skoro dziewczynka została znaleziona tak blisko miejsca, w którym się zgubiła, to dlaczego aż dobę zajęło służbom ratunkowym jej odszukanie? Głowiła się nad tym cały wieczór, ale nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia. Przy najbliższej okazji spróbuje wypytać Yolę, co się tak naprawdę wydarzyło.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki