7
Jak to się mogło stać? Wpatrywałam się sceptycznie w swoją szafę. W środku wisiały dwie sukienki i marynarka. Reszta ubrań znajdowała się w dwóch wypełnionych do połowy torbach z Ikei, które stały w garderobie obok sypialni. Od ostatniego prania nawet ich nie rozpakowałam. Jedna z toreb się przewróciła, a jej zawartość wypadła na podłogę. Rzuciłam okiem na zegarek w sypialni. Jeśli miałam być na czas, do wyjścia zostało mi piętnaście minut. Prawie cały czwartek pracowałyśmy z Emelie w Infosecu i sporządziłyśmy naprawdę dobry, szczegółowy raport. Dziś natomiast był piątek, a my miałyśmy się spotkać z przedstawicielami banku. Co na siebie włożyć? Stanęło na koszuli w kolorze królewskiego błękitu i czarnych spodniach. Przez dziesięć minut usiłowałam wygładzić swoje niesforne włosy i spleść je w jako taki poważny węzeł opadający na kark. W końcu się poddałam. Zawsze zostawał jakiś mały wystający lok. Tak po prostu było. A na zakończenie tego koszmarnego poranka pociągnięcie zalotką, odrobina tuszu do rzęs i trochę błyszczyku. Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze i jeszcze trochę podniosłam kołnierzyk koszuli, próbując zakryć długą bliznę, która zaczynała się w okolicach lewego obojczyka i biegła nad prawą piersią. Pamiątka po napadzie w Nowym Jorku. Miałam nadzieję, że po roku blizna się rozjaśni i nie będzie już taka wypukła, ale nic na to nie wskazywało. Zanotowałam w pamięci, żeby się dowiedzieć, czy można coś z nią zrobić, i wypadłam przez drzwi z torebką i płaszczem w ręce. W windzie posłałam swojej garderobie nienawistną myśl.
Że znajdowała się w tak kiepskim stanie, było winą Emelie, chociaż nie, raczej wyłącznie moją własną. To, co wydawało się na początku naprawdę dobrym pomysłem, okazało się bardzo złym. Od kiedy pamiętam, w kwestii ubioru byłam beznadziejna. Chyba nigdy nie wyjęłam z szuflady pary rajstop, które byłyby całe. Ubrania w mojej obecności jakby się rozpadały. Puszczały szwy. W przeciwieństwie do plam. Swetry z dzianiny zmieniały się w zmechacone nieszczęścia. Za nic nie potrafiłam zadbać o własną garderobę, co mnie zawstydzało, lecz z czym mimo wszystko się pogodziłam. Za każdym razem jednak, kiedy czekało mnie ważne spotkanie, byłam na siebie równie mocno zła. Pewnego listopadowego wieczoru po tego typu spotkaniu, kiedy to chodziłam w dziurawych rajstopach i z brzegiem spódnicy zacerowanym agrafką, siedziałyśmy u mnie z Emelie i piłyśmy wino. Rozmawiałyśmy o moim odzieżowym kalectwie i Emelie zaproponowała środek zaradczy.
- Masz po prostu za dużo starych, zniszczonych ubrań. Musimy ci zrobić w szafie czystkę. Gdybyś miała mniej ciuchów, dbałabyś o nie lepiej.
- Ale ja je tak lubię.
Nic nie powiedziała, tylko spojrzała znacząco na czerwony sweter z dzianiny, który miałam na sobie. Był znoszony i rozciągnięty we wszystkie strony, aż trudno go było rozpoznać.
- Okej, może powinnyśmy w takim razie trochę powyrzucać - przyznałam.
- Trochę! Zobaczmy. - Wstała i poszła w stronę garderoby.
- Teraz?
- A jak! Najwyższy czas.
Emelie powyrzucała z toreb z Ikei i szuflad wszystkie moje ubrania. Następnie usiadłyśmy na podłodze z kieliszkami wina. Nadal nie byłam do końca pewna, czy podoba mi się ten pomysł.
- A te? Moim zdaniem do wyrzucenia. - Emelie podniosła parę czarnych spodni z popsutym zamkiem.
- Nie... Przecież by się nadały, gdybym je naprawiła...
- Akurat to zrobisz! Ale okej, odłóżmy je na kupkę "Może", a ja w przyszłym tygodniu wezmę ze sobą igłę i nitkę.
- Nigdy nie będzie mnie stać, żeby kupić tyle nowych ubrań - stwierdziłam ponuro, wpatrując się w wielki stos "Do wyrzucenia".
- Chodzi o to, żebyś nie miała tylu ubrań. Nikt nie potrzebuje sześciu par czarnych spodni. Wystarczą dwie, o które będziesz naprawdę dbać. I rzadziej pierzesz.
- No tak, chyba masz rację.
- Poza tym większość potrzebnych rzeczy możemy kupić w lumpeksie. To ci się na pewno spodoba - powiedziała, wyrzucając jednocześnie z niesmakiem niesamowicie sprany biustonosz.
Skończyłyśmy dopiero około północy.
- Kupka "Zostawić" wydaje mi się niepokojąco mała - odezwałam się.
- Tak, ale reszta to same szmaty. - Wstała i rozciągnęła plecy. - A teraz na śmietnik!
- W środku nocy?
- Owszem. Teraz. Bo inaczej założę się, że kiedy przyjdę następnym razem, połowa tych ubrań w jakiś tajemniczy sposób znajdzie się z powrotem w szafie. - Wzięła się pod boki i wbiła we mnie wzrok.
Przewróciłam oczami. I poczułam się winna.
Do śmietnika na odpady wielkogabarytowe spółdzielni mieszkaniowej zaniosłyśmy cztery pełne papierowe torby z ubraniami. Później, kiedy już pożegnałam się z Emelie, wślizgnęłam się tam i wykradłam z powrotem trzy swetry zrobione na drutach i ukochany, najbardziej wyświechtany dres.
Po tym wieczorze moja garderoba była niemal pusta. Zupełnie niespodziewanie możliwe kombinacje stały się bardzo ograniczone. Ale Emelie miała rację. Te wszystkie odzieżowe opcje były w zasadzie całe i czyste, nawet jeśli jeszcze niewyprasowane. Szkopuł oczywiście w tym, że nigdy nie przyszło mi do głowy, by wybrać się na zakupy, skompletować garderobę i przywrócić ją do stanu używalności.
Na spotkanie z Emelie zdążyłam z zaledwie dwuminutowym zapasem. Widziałam, jak chodzi tam i z powrotem przed wejściem do domu towarowego NK i stuka w swojego blackberry. Ma na sobie rozpięty, szyty na miarę płaszcz w kremowym kolorze, szary kostium i szare lakierki na wysokim obcasie. Lśniły jej obcięte na pazia włosy. Kurde, ależ ona jest ładna. Uśmiechnęłam się, podeszłam do niej i ją przytuliłam. Zrobiło mi się jej żal. Emelie nie lubiła przegrywać, a to włamanie odebrała bardzo osobiście.
- Pospałaś chociaż trochę?
- Eee tam... Pospać mogę kiedy indziej. Najważniejsze jest ratowanie firmy.
- A jadłaś?
Emelie wyglądała poważnie.
- I tak muszę schudnąć. - Zaczęła iść w kierunku placu Norrmalmstorg.
- Nie idziemy do banku? - spytałam.
- Idziemy do jakiegoś małego prywatnego klubu premium, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Na Jakobsbergsgatan, przecznicy od Biblioteksgatan - wyjaśniła. - Nie chcieli się spotkać w biurze, bo nie chcieli, żeby ludzie zaczęli pytać, dlaczego biegamy tam tak często. - Emelie prychnęła.
Na Jakobsbergsgatan zapukałyśmy do niepozornych drzwi i zostałyśmy wpuszczone przez mężczyznę w czarnym garniturze. Wprowadził nas do dużego pomieszczenia pogrążonego w absolutnej ciszy. Tu i tam stały grupki mocno wypchanych foteli obitych bordową skórą. Z sufitu zwisał ogromny kryształowy żyrandol. Dwie grupy sof były zajęte. Sami mężczyźni, wszyscy w ciemnych garniturach. Rozmawiali ściszonymi głosami. Część z nich czytała gazetę. Stałyśmy przy drzwiach i nie do końca wiedziałyśmy, dokąd powinnyśmy się skierować, kiedy z innych drzwi wyszedł do nas Hesslow. Miał dziś na sobie szarą koszulę zapiętą pod szyję, fioletowy krawat i czarny garnitur, a jego kucyk był związany równie schludnie jak ostatnio. Uśmiechnął się do nas uprzejmie i uścisnął najpierw dłoń Emelie, a potem moją. Wyjątkowo Emelie się myliła. Facet był do niej zdecydowanie pozytywnie nastawiony, dało się to wyczytać w jego oczach.
- Witamy - powiedział stłumionym głosem. - Tędy.
Przeszliśmy przez salę jadalną zastawioną okrągłymi stolikami, na których leżały białe obrusy sięgające podłogi, i znaleźliśmy się na długim korytarzu z nieoznaczonymi drzwiami. Hesslow otworzył trzecie i wpuścił nas do środka. W okrągłym piecu kaflowym trzaskał ogień. Siadłyśmy naprzeciwko w skórzanych fotelach. Carl Lindstein już tu czekał.
- Zobaczmy, do czego doszłyście - odezwał się Hesslow.
- Z przyjemnością - odpowiedziała Emelie, chociaż wiedziałam, że w rzeczywistości się tak nie czuje. - Pracowałyśmy nad tym problemem z dwóch różnych perspektyw. Częściowo w tym celu, aby sporządzić całościową analizę tego, co się stało w systemie, a częściowo aby w kilku punktach wzmocnić bezpieczeństwo. Wszystko jest w pisemnym raporcie, który otrzymacie.
Carl Lindstein pokiwał głową. Złączył opuszki palców i odchylił się na oparcie fotela.
- Co znalazłyście? - Hesslow sprawiał wrażenie zniecierpliwionego. Zauważył, że na niego patrzę, i niemal demonstracyjnie spojrzał na zegarek.
Westchnęłam niesłyszalnie.
Emelie rozłożyła dłonie.
- Znalazłyśmy niemal genialny program do niezauważalnego wysysania pieniędzy z banku. Niestety nie mogę jeszcze ocenić, jak długo to trwało ani o jakie kwoty chodzi, ale obstawiałabym, że odbywało się to od trzech lat, a klienci banku stracili co najmniej dziesięć milionów koron.
Żaden z mężczyzn nie zmienił wyrazu twarzy. Byli jednak znacznie bledsi niż kilka chwil temu.
- Odkryłyście jakieś poszlaki, kto dokonał włamania? - spytał Hesslow.
- Nie, niestety nie. Ślad kończy się na kilku zagranicznych kontach numerycznych, których jako firma nie mamy możliwości wyśledzić. Lecz przy pomocy policji...
- Nie ma mowy! - wykrzyknął Carl. Hesslow odchylił się ciężko na oparcie. - Czy to nie ten technik dokonał włamania? - Lindstein wyglądał sceptycznie.
- Nie, przeciwnie - odkrył włamanie i groził, że zgłosi je na policję.
- Chodzi więc o to, że dokonał tego ktoś inny z banku czy to złodziej z zewnątrz?
- Tego nie wiemy, ale jesteśmy raczej pewni, że to ktoś z zewnątrz, ponieważ nie mogliśmy znaleźć ani jednego logowania na to konto z banku. Zawsze logował się z zewnątrz.
- "Raczej pewni", co to ma być za odpowiedź, do cholery? - Carl zamachał ręką. - Robisz za eksperta w tym temacie i jesteś zatrudniana za ciężkie pieniądze, żeby to się nigdy nie zdarzało. A kiedy już się zdarza, nawet nie potrafisz mi podać jednoznacznej informacji. Jestem głęboko rozczarowany.
- Jestem równie rozczarowana, że do tego doszło, ale będziemy mogli się dowiedzieć, co się stało, i odzyskać pieniądze klientów. Razem z policją...
- Sądziłem, że jest jasne jak słońce, iż nie będziemy w to mieszać żadnych organów. Chyba to rozumiesz, moja panno? Nasze notowania giełdowe poleciały w dół, ale i tak mniej niż innych banków. Takiego kryzysu jednak nie wytrzymamy. Tu wchodzi w grę istnienie całej firmy. Dziesięć milionów to dla nas drobna suma, zwłaszcza w porównaniu z wartością naszej reputacji.
- Tak, ale klienci mają przecież prawo wiedzieć. To ostatecznie ich pieniądze zniknęły.
- To pieniądze banku! - ryknął. - I wydaje mi się, że to ja nim kieruję. Żadnego zgłaszania na policję! - Podniósł sękaty palec i wbił wzrok w Emelie.
- Tak, ale...
- I mam nadzieję, że jesteś objęta bardzo dobrym ubezpieczeniem. Spodziewaj się pozwu. Drogo cię to będzie kosztowało.
- Chcę tylko zaznaczyć, że nie byłam odpowiedzialna za ten obszar bezpieczeństwa banku. W trakcie całej naszej współpracy odmawialiście mi do niego dostępu. Poza tym w umowie jest zapisane czarno na białym, że pod żadnym pozorem nie mogę być pociągnięta do odpowiedzialności za...
- Bzdury. Odpowiadasz za to. Chcę, abyś w ciągu dwóch tygodni znalazła osobę, która to zrobiła, i wymyśliła rozwiązanie, jak odzyskać pieniądze, które straciliśmy. Wtedy się ewentualnie zastanowimy, czy zostawić ci to zlecenie. Chyba zdajesz sobie sprawę, że kiedy przestaniemy być twoim klientem, trudno ci będzie potem znaleźć innych, nieprawdaż?
Emelie siedziała z założonymi rękami i tylko się w niego wpatrywała. Była blada jak ściana.
- Dobrze. W takim razie dzisiaj nie mamy już sobie nic do powiedzenia. Zostaw tu raport.
- Mam nadzieję, że nie istnieje więcej kopii - odezwał się Hesslow.
- Nie, tylko te dwie - potwierdziła Emelie.
Skinął krótko, wyszedł za nami, delikatnie zamykając za sobą drzwi, i powiedział:
- Przepraszam, że Carl był taki niemiły. Pomówię z nim o tym pozwie. Chyba mogę go nakłonić, żeby dał sobie spokój.
- Tak, o ile nie chce, żeby to się dostało do wiadomości publicznej, niełatwo mu będzie napisać pozew, no nie? - spytałam, nie mniej wściekła niż Emelie.
Hesslow się uśmiechnął. Z zakłopotaniem. Serdecznie odwzajemniłam uśmiech. Nie wątpiłam ani przez chwilę w to, że jego zdaniem Carl postąpił niewłaściwie.
- Trudno się nie zgodzić. Emelie, skontaktujmy się za tydzień i wtedy zobaczymy, co robimy dalej z dochodzeniem.
Emelie krótko skinęła i uścisnęła jego wyciągniętą dłoń. W milczeniu przeszłyśmy przez klub. Kiedy znalazłyśmy się na ulicy, drzwi ciężko się za nami zamknęły. Z oczu Emelie sypały się iskry wściekłości. Zapięłam płaszcz pod samą szyję i wsadziłam ręce głęboko do kieszeni.
- Carl Lindstein to kompletny idiota, największy, jakiego spotkałam - powiedziałam z naciskiem.
- Tak. Althea, co ja mam, do cholery, zrobić?
- Idziemy się napić po dużej filiżance mocnej kawy. - Włożyłam jej rękę pod ramię. - Damy sobie radę.
Wyglądała, jakby nie była tego równie pewna. Szczerze mówiąc, ja też nie, ale nie miałam zamiaru tego tak od razu przyznawać. W milczeniu przeszłyśmy po Biblioteksgatan i przez Norrmalmstorg i minęłyśmy wysokie, kanciaste filary z granitu pośrodku placu, mające stanowić coś w rodzaju fontanny, otoczone przez wielką, płytką kałużę pełną niedopałków papierosów, liści i skrawków papieru. Kawałek dalej szedł jakiś mężczyzna i grzebał w koszach na śmieci. Typowa starsza pani z dzielnicy Östermalm w różowej garsonce o splocie matelassé i kapeluszu oraz z papierosem w rozczapierzonych palcach siedziała na sąsiedniej ławce i patrzyła na poszukiwacza z niesmakiem. Skręciłyśmy w Hamngatan i w końcu dotarłyśmy do kafejki obok księgarni w NK. Siedziałyśmy tam, w tej twierdzy zbytku, popijałyśmy cappuccino i patrzyłyśmy na ludzi. Gadałyśmy o urządzaniu wnętrz. I o książkach. Kawa była dobra, a największy szok po chwili minął, więc odważyłyśmy się porozmawiać o spotkaniu z przedstawicielami banku. Musiałyśmy przyznać, że umowa mimo wszystko mocno wiązała Emelie. Najlepszym, co mogła zrobić, było kontynuowanie dochodzenia, aby znaleźć trochę więcej informacji, które zadowoliłyby Carla, a potem spróbowałaby zrezygnować ze zlecenia tak szybko, jak tylko na to pozwalały zapisy umowy.
- Nie chcę mieć nic wspólnego z tym wstrętnym typem dłużej, niż to konieczne. A ja myślałam, że mu zależy na klientach. Idiotka ze mnie. Zależy mu wyłącznie na jego pieprzonym szwajcarskim koncie!
- Dobrze rozumiem, że nie chcesz się z nim zadawać. Ale nie stracisz tego zlecenia, o tym jestem absolutnie przekonana.
- Jak możesz być tego taka pewna?
- Jeżeli wypowie ci umowę, to przecież skończą się też jego możliwości, by tobą kierować, kontrolować, co robisz, i dbać o to, że trzymasz buzię na kłódkę, prawda?
- I tu możesz mieć rację. - Emelie chwilę się zastanawiała. - Olać go. A teraz idziemy zrobić zakupy na pocieszenie. Nie mam siły wracać do biura.
- Idealnie. Jak wiemy, mam w szafie tylko echo.
Niespiesznie podążyłyśmy przez miasto. Kupiłam w Stadium wiatrówkę i parę rękawiczek, a do tego obszerny golf w H&M. W Beyond Retro na Drottninggatan znalazłam przy pomocy Emelie prześliczne rzeczy. Ten sklep był absolutnie niewiarygodny. Nigdy wcześniej nie byłam w lumpeksie takich rozmiarów. Mnóstwo ciuchów z lat pięćdziesiątych i kolejnych dekad. Klienci od nastolatków po starsze panie. Szybko doszłam do wniosku, że to od dzisiaj mój ulubiony sklep.
Po południu, po tym jak na Centralstationen przekazałam rozwścieczoną Kisse w podróżnej klatce Tilly, mamie Rickarda, wsiadłam do pociągu jadącego do Flen razem z nowymi nabytkami w wielkiej torbie i resztą bagażu. Wtaszczyłam dwie torby na półkę i usiadłam przy oknie. Kiedy pociąg nabierał prędkości, czułam, jak moje tętno się obniża. Wyjrzałam za okno. Zatoka Riddarfjärden była ciemna i wyglądała na zimną i nieprzyjazną, ale surowa bryła ratusza Stadshuset była ładna w każdą pogodę. Nie było na świecie drugiego miasta tak pięknego, tak zróżnicowanego, tak dopracowanego w szczegółach. Manhattan i Flushing, dwa pozostałe miejsca, w których mieszkałam, nie były ani trochę tak ładne jak Sztokholm. Nie poruszały mnie surowa czarno-biała kolorystyka Manhattanu ani jego pokaźny obszar prostych jak struna ulic i błyszczących drapaczy chmur. Moje serce skradła niska, kompaktowa zabudowa Sztokholmu z matowymi otynkowanymi fasadami w całej skali kolorów - od najjaśniejszego beżu po najciemniejszą ceglastą czerwień, podkreślonych niebieskoszarym blaskiem wody. I tak było od zawsze.
Ale miałam jeszcze jedną miłość - rodzinny domek letniskowy w Sörmlandzie. Bujnie porośnięte dębami zbocza wokół budynku i połysk jeziora były tak piękne, że działały jak balsam na duszę. Na święta dostałam w tym roku domek od mamy i taty w prezencie i to tam teraz jechałam. Wracając ze swojego wyjazdu dla twardzieli, Rickard miał wylądować na Skavście, zabrać stamtąd samochód i do mnie dołączyć. Domek dostałam prawdopodobnie dlatego, że rodzice wiedzieli, jak bardzo Rickard też go lubił. Kiedy byliśmy dziećmi, nasze rodziny wiele razy świętowały tam nadejście lata. Zarówno mama, jak i tata byli przeszczęśliwi, że związałam się z Rickardem. Miał wszystko, czego oczekiwali od zięcia. Roztaczał poczucie bezpieczeństwa, był dobrze wychowany i układała mu się kariera. To mnie trochę niepokoiło. Może ich zdaniem domek stanowił gwarancję, że mnie nie zostawi. Mama straciła rozum do tego stopnia, by sądzić, że coś takiego miałoby jakiekolwiek znaczenie. Sama była niemal kompletnie oderwana od rzeczywistości. Nie gdy dotyczyło to życia towarzyskiego, przeciwnie, uwielbiała ludzi i przyjęcia, ale w głowie miała jedynie fotografowanie. To było jej życie, jej pasja. Finanse, relacje rodzinne, uczucia innych czy ziemskie dobra... Wszystkie te sprawy jawiły się jej jako obce i niezrozumiałe. Była uznaną fotografką, ale nigdy nie dostałaby nagrody dla matki roku.
Zawsze miałyśmy, delikatnie mówiąc, trudną relację. Co prawda po napadzie się poprawiła, ale tylko nieznacznie. Jesienią pojechałam do Nowego Jorku, żeby obejrzeć jej wystawę w muzeum PS1. Jak zwykle ta sama historia. Na dzień wcześniej zarezerwowałyśmy stolik, żeby zjeść lunch, i umówiłyśmy się, że wpadnę do jej pracowni we Flushing. Kiedy zadzwoniłam, drzwi otworzył młody chłopak z ciemnym makijażem i grzywką tak długą, że nie było widać jednego oka. Pewnie nowy asystent. Wyjaśniłam, kim jestem. Wpuścił mnie i poinformował, że Sun Hi pracuje, i spytał, czy on tymczasem może zaproponować mi latte. Zgodziłam się i stanęłam pod ścianą na samym końcu dużej pracowni, żeby nie przeszkadzać. Światło wewnątrz było naprawdę zachwycające. Pomalowane na biało pomieszczenie miało niemal pięć metrów wysokości, a z krótszej strony okna od podłogi po sufit.
Wzdłuż ściany stało na statywach kilka wielkich reflektorów. Duży, biały rulon papieru na stojaku był rozwinięty aż do podłogi. Pośrodku całej tej bieli znajdowało się jaskrawoczerwone futurystyczne krzesło obrotowe. Siedziała na nim rzeczniczka Izby Reprezentantów, której nazwiska nie pamiętałam. Przed nią stała moja maleńka koreańska mama, niższa niż ja, lecz o takiej aurze i z takim głosem, które dominowały w całym pomieszczeniu. W jej dłoniach aparat wyglądał na surrealistycznie duży. Przyglądałam się im przez chwilę. Mama naprawdę znała się na rzeczy. Udało się jej sprawić, że rzeczniczka skupiła się tylko na niej, chociaż w lokalu nieustannie kręcili się ludzie. Doliczyłam się co najmniej sześciu osób. Od przypominającego pandę asystenta dostałam swoją kawę. Powiedział, że sesja skończy się za kwadrans.
- Mina-ya, wspaniale cię widzieć! - Mama w końcu do mnie podeszła i krótko mnie przytuliła, nadal trzymając aparat w jednej dłoni.
- Cześć, umma. Dużo pracy? - spytałam cierpko. Najwidoczniej zapomniała o naszym lunchu.
Przewróciła oczami, nie słysząc sarkazmu w moim głosie.
- Nie wyobrażasz sobie! Końca nie widać. Nie mam teraz nawet czasu na własne projekty, ciągle tylko portrety! Widzę, że dostałaś kawę. - Spojrzała na zegarek.
Oszczędziłam jej konieczności przyznawania, że zapomniała o naszym spotkaniu.
- Lunch? - spytałam.
Rozpromieniła się.
- Otóż to! Zaraz wyślę Jeana.
- Pandę?
- Pandę? - Przez sekundę wyglądała na zdezorientowaną, ale po chwili jej twarz się ożywiła. - Ach, no tak, tak, on. Co chcesz do jedzenia?
Nie wchodziło w grę, żeby wyszła z pracowni bez wcześniejszego obejrzenia i zaakceptowania cyfrowych zdjęć, które właśnie zrobiła.
- Coś koreańskiego? Z Arirang?
Zaśmiała się. W Arirang jedliśmy, odkąd pamiętam. Kuchnia mamy nie należała do najlepszych, podobnie jak moja, nawet jeśli ona miała więcej entuzjazmu dla domowego jedzenia.
- Oczywiście. Jean! - wykrzyknęła jego imię tak, że było słychać w całym pomieszczeniu.
Podczas lunchu mama wiele razy odbierała telefon. Kiedy rozmawiała, gestykulując, patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek uda nam się ze sobą pomówić szczerze. I w spokoju. Jest tyle kwestii, które musimy poruszyć. Tyle starych spraw, których nie wyjaśniłyśmy.
Konduktor, który chciał zobaczyć mój bilet, przywrócił mnie do rzeczywistości. Kiedy poszedł, sprawdziłam godzinę i zorientowałam się, że jeszcze tylko piętnaście minut. Wyjęłam kosmetyczkę i poprawiłam makijaż. Rickard miał się ze mną spotkać na stacji, a ja nie chciałam wyglądać niechlujnie.