Grzech Pierworodny
Dzień dobry, poproszę kupon na te liczby. Cyfry. Poproszę kupon - Grzech Moczymorda zaplątał się odrobinę przy okienku kiosku Dużego Lotka. Od trzech lat brał udział w każdej dużej kumulacji i za każdym razem liczył, że będzie to jego ostatni, bo zwycięski kupon.
- 3, 5, 11, 18, 23, 28 - przeczytała na głos kasjerka.
- Zgadza się. To mój system. Zawsze stawiam na te cyfry. Liczby. Zawsze na te same.
- I co jak rezultaty? - kpiąco spytała kasjerka, opierając łokieć o blat przy okienku.
- Nooo jeszcze bez powodzenia, ale przecież trzeba próbować.
- Pan da znać jak wygra. Się hajtniemy. - Kasjerka zarechotała wrednie.
Grzech poczuł się obrażony i potraktowany niekulturalnie, a tego nie znosił nade wszystko.
- Słuchaj, głupia ruro, nie tknąłbym cię, nawet jakby za to była cała pula z tej kumulacji. Nie tknie cię też nikt, kto ma trochę oleju w głowie i do końca życia będziesz pracowała w tym zasranym kiosku. A potem sobie zdechniesz i nikogo to nie obejdzie.
Kasjerkę zamurowało. Nie spodziewała się takiego obrotu zdarzeń.
- Miłego dnia - uśmiechnął się Grzech jak gdyby nigdy nic i ruszył radośnie chodnikiem.
Franz
Szare bloki, szare niebo. Nawet ta kawa nie jest do końca czarna... tylko szara jakaś - Franz dumał lekko zirytowany obecnością dzieci, które na chwilę wyrwały się spod opieki rodziców i ganiały z wrzaskiem wokół jego stolika w niewielkiej kawiarni.
- Przynajmniej coś się dzieje - pociągnął łyk swojej szarej kawy.
Był mężczyzną w sile wieku, przed trzydziestką. Modna fryzura i zachodnie ubrania wyróżniały go z tłumu ówczesnej stolicy. Cechowała go natomiast pewność siebie, a w sumie wiara w siebie samego. Bardziej niż w swoją osobę wierzył tylko w brata. Był młodszym z dwójki rodzeństwa, a jego brat właśnie tak pięknie oprawił kasjerkę z kiosku, choć Franz wiedzieć o tym w tej chwili nie mógł.
Był ex emigrantem, Polska Ludowa przyjęła go z powrotem po jego przygodzie za oceanem. Stąd Franz, bo jego koledzy na obczyźnie nie potrafili powtórzyć za nim kiedy przedstawiał się Franciszek. Skrócili mu więc imię do pierwszego członu i tak zostało nawet po powrocie do kraju. .
Wyjechał dzięki wujowi, któremu udało się wyemigrować i po pewnym czasie zaoferował, że weźmie chłopaków pod swoje skrzydła w lepszej rzeczywistości. Rodzice nie wahali się długo. Grzech jednak nie chciał wyjeżdżać. Franz pojechał sam.
Cały wyjazd dodał mu polotu, podziałał na wyobraźnię. Po skończeniu liceum miał dwa wyjścia: pójść na studia albo do pracy. Na uczelnię się nie dostał, a po pewnym czasie nie została mu przedłużona wiza pracownicza. Musiał wrócić do kraju. Kontrast rzeczywistości nie pozwalał mu się zaaklimatyzować. Jednak szybko odkrył co go uwiera, a były to niedostatki. Nie przeszkadzała mu bieda ogółu tylko jego własna. Kiedy spostrzegł, że ta przywara nie ima się jego brata zwrócił się do niego z prośbą o radę jak i on mógłby zasmakować lepszego życia. Okazało się, że w tym świecie, świecie w którym przyszło żyć dwóm braciom duże pieniądze można było albo wygrać albo ukraść, a Grzech zdecydował się na to drugie rozwiązanie. Od tej pory Franz kroczył raźnie po śladach brata i musiał przyznać, że nic go więcej nie uwierało.
- Ciekawe jak jutro zaświeci słońce. Z fartem czy może przeciwnie? - spojrzał w kierunku okna kawiarni, za którym jesienny wiatr podrywał w powietrze opadłe liście. Kawy zostało mu na dwa łyki, ale nie zamierzał jej dopijać.
Minima, maksima
Blady Maks siedział w ciemnym kącie baru i patrzył, jak jego ręka kręci szklanką, jakby prowadziła ją w tylko im znanym tańcu. Na jego bladej twarzy, od której wzięło się jego przezwisko, malował się nienajlepszy humor. Zazwyczaj nie pijał alkoholu w samotności. Decyzja o wejściu do lokalu była spontaniczna, powodowana smutnym roztargnieniem i okazała się równie błędna, co szybka. Siedział więc i marnował czas nad nietkniętym trunkiem, którego wcale nie miał ochoty pić. Czekał. Nie wiedział na co. Na szczęście? Na śmierć, na miłość, kłopoty? Nie wiedział, ale czekał.
Miał niedużo lat, jak na kogoś z jego możliwościami. Tak myślał. Co rozumiał przez możliwości? Pieniądze i perspektywy. Miał je. Nie należał jednak do świata ludzi ciężko pracujących. Choć wszystko, co dotąd zostało o nim powiedziane, mogło podlegać polemice, to niezaprzeczalnie jednak był typem melancholika, któremu zdarzały się niewypowiedziane ataki przygnębienia, powszechnie niezrozumiane w otoczeniu. Dlatego lubił czasem wałęsać się samotnie, tak jak tamtego wieczora.
- Coś jeszcze? - usłyszał nad sobą pytanie. Podniósł mętny wzrok.
- Czy podać coś jeszcze? - spytała ponownie młoda kelnerka.
- Coś jeszcze? Przecież nie upiłem nawet odrobiny - pomyślał.
Spojrzał w oczy dziewczynie i dotarło do niego, że nie pyta go o to przez gorliwość z jaką poświęcała się pracy. Stała tam i chciała by ją zauważył.
- Czyli jednak kłopoty - przemknęło mu przez myśl, a na jego twarzy wymalował się słodko kwaśny uśmiech. - Dobrze, że chociaż nie moje.
Po dłuższej chwili powiedział.
- Pani dziś zamyka?
- Kończę o pierwszej - szepnęła zmieszana, nie wiedząc czy dobrze rozumie jego słowa.
- Pozwoli pani, że poczekam.
Moc ignorancji siłą nieuczciwych
W poniedziałki rano ludzie nie zauważają się jeszcze bardziej niż w pozostałe dni tygodnia. Wszyscy myślami jeszcze wśród błogich niedzielnych zajęć idą smutni tam, dokąd muszą.
- Obrzydlistwo - pomyślał Grzech.
Siedział w jednej z kawiarni na Nowym Świecie i obserwował tłum.
- Cienie nie ludzie. Przygarbieni, puste spojrzenia... i jak oni są w ogóle ubrani? - obejrzał się za jakimś mężczyzną, którego kreacja wydała mu się nad wyraz niegustowna. - Paryż wschodu... ha! Psia mać. Może przed wojną.
- Czy szanowny pan życzy sobie jeszcze jedną filiżankę kawy? - zapytał kelner.
- Tak. Czy mógłbym skorzystać z telefonu?
- Oczywiście, proszę szanownego pana. Zaprowadzę.
Obaj weszli z ogródka kawiarni do jej wnętrza, skąd Moczymorda mógł zatelefonować. Ale zamiast podnieść słuchawkę, wyjął kieszonkowy zegarek i obserwował coś przez szybę. Po drugiej stronie ulicy znajdował się sklep jubilerski. Pomimo wczesnej pory do sklepu właśnie weszli pierwsi klienci. Byli to dwaj mężczyźni w szarych garniturach, jesiennych płaszczach i kapeluszach pod kolor.. Grzech nie mógł słyszeć słów, które zaraz padną, ale doskonale znał charakter rozmowy. Ponadto domyślał się, jak rozegra to jego brat. Włączył stoper.
- Witam, witam pierwszych klientów - powiedział zadowolony ekspedient. - Czym mogę służyć? Pierścionek dla ukochanej? Kolia, kolczyki? Mam wszystko, czego może pan pragnąć. A właściwie czego może pragnąć kobieta, a czym pan może ją uszczęśliwić.
- Dzień dobry. Widzę - duży asortyment! A zegarek pan ma? - spytał Franz.
- Oczywiście, szeroki wybór męskich i damskich.
- Nie, nie. Chodzi mi o godzinę. Która jest teraz godzina?
- Ach, dokładnie ósma trzydzieści.
- Dokładnie? - zapytał Franz uśmiechając się do ekspedienta.
- Co do minuty.
- A jeśli pan taki zorientowany w rachubie, to może mi powie, dokładnie, ile kul jest w tym pistolecie? - rzucił Franz wyciągając na ladę czarnego PSM-a.
Ekspedient zbladł patrząc na broń, po czym oderwał od niej wzrok i przeniósł go na mężczyzn. Franz nie liczył na odpowiedź, więc rozmowa przeszła w monolog.
- Pan nie wie? Jedenaście! - popatrzył z uznaniem na pistolet, jakby sam był pod jego wrażeniem. - I w pana interesie jest, żeby one wszystkie tam zostały. Tak? Dobrze, to teraz my weźmiemy sobie parę drobiazgów, a potem nigdy więcej się nie spotkamy. Maks, worki! - rzucił do swojego towarzysza.
Drugi z mężczyzn podał jeden worek Franzowi, a sam wszedł za ladę. Grzech cały czas obserwował akcję, która rozgrywała się po drugiej stronie ulicy, niekiedy tylko spoglądając na wskazówkę stopera. Kiedy ta zatoczyła trzeci pełny obrót wybrał numer jubilera i czekał na połączenie. W sklepie rozległ się dzwonek. Blady ekspedient popatrzył na telefon.
- Spokojnie to do mnie - uśmiechnął się Franz. - Halo?
- Czas - powiedział Grzech.
Franz odłożył słuchawkę i wyrwał kabel ze ściany.
- Teraz będzie pan łaskaw udać się na zaplecze i zrobić sobie herbaty. Pan strasznie zbladł. Może pan coś przekąsi? I proszę się nie przepracowywać! - powiedział Franz, po czym wyszedł na ulicę i razem z Maksem wsiedli do czarnego Volvo. Samochód odjechał i płynnie włączył się do ruchu ulicznego.
Grzech popatrzył jak odjeżdżają i wrócił do swojego stolika. Całość trwała chwilę i nikt nie zwrócił uwagi na to, co się stało.
- W poniedziałki rano ludzie nie zauważają się jeszcze bardziej niż w pozostałe dni tygodnia, nie uważa pan? - powiedział z uśmiechem do kelnera, który właśnie przyniósł mu zamówioną kawę.
*
Czarne Volvo szybko oddalało się z miejsca zdarzenia. Cisza panująca w aucie znamionowała skupienie i świadomość, że coś się jeszcze może wydarzyć. Samochodem kierował niski mężczyzna w wieku Franza, z przerzedzonymi włosami i w okularach. Mówili na niego Dziedzic z powodu zamożnej rodziny na prowincji. Jednak tu w Warszawie nie dodawało mu to estymy. Wysłany przez rodziców do stolicy na studia, zakończył edukację na pierwszym semestrze. Od tamtej pory trwonił pieniądze, które przychodziły na opłacenie szkoły i jego pobyt w Warszawie. Kiedy jednak wyszło na jaw, iż nie studiuje, rodzice przestali przysyłać pieniądze. Zaczął więc szukać pracy, ale niechętnie, bo z natury był leniwy. W końcu zatrudnił się jako taksówkarz i zaczął jeździć taryfą. W ten sposób poznał Franza. Po prostu wiózł go pewnego razu. Dalej historia potoczyła się tak, że teraz Dziedzic siedział za kółkiem samochodu należącego do warszawskiej szajki. Podlegał pod młodszego z braci, bo Grzech go nie znosił i lubił mu to okazywać przy każdej możliwej okazji. Franz natomiast darzył go niewytłumaczalną sympatią.
- Gładko idzie. Jeszcze chwila i będziemy na miejscu - powiedział kierowca.
Samochód zmierzał w kierunku kamienicy na Mokotowie, w której mieściło się biuro służące szajce jako kwatera główna. Tam planowane były skoki, tam zwożono łupy i zbierano się, aby rozwijać złodziejski interes.
Kiedy auto wtoczyło się na podwórko Maks głęboko odetchnął. Odczuwał ulgę za każdym razem po udanej akcji. Miał takie swoje powiedzenie, że najlepsze w dniu skoku jest to, że się kończy. Odwrotnie niż Franz. On rozkoszował się każdą chwilą podczas napadów czy rabunków. Uwielbiał moment, kiedy wreszcie wyjeżdżali na kolejną akcję.
Była chwila po dziesiątej rano. Mężczyźni rozstali się na placu przed kamienicą. Każdy poszedł w inną stronę. Franz z łupami na górę zaczekać na Grzecha, a Maks i Dziedzic rozeszli się do domów. Była to odgórnie narzucona zasada, że po skoku przez kilka dni nie pokazywali się w swoim towarzystwie.
*
Maks szedł żwawym krokiem. Był umówiony z Lidią, dziewczyną z baru, którą poznał poprzedniego wieczora. Czuł jeszcze efekty działania adrenaliny po skoku, a dodatkowo przyjemne podniecenie towarzyszące pierwszym spotkaniom z nową panną. Dotarł pod adres i pokonując szybko kilka pięter znalazł się pod właściwymi drzwiami. Dzwonek mógłby obudzić umarłego. Z wewnątrz po chwili dobiegły odgłosy otwieranego zamka. W progu stanęła rudowłosa dziewczyna. Miała na sobie mini, która podkreślała jej smukłe nogi dodatkowo ozdobione podkolanówkami. Buty na koturnach wynosiły ją do wzrostu osoby wysokiej tak, że prawie dorównywała Maksowi, a biała bluzka opinała się na jej wąskiej talii. Maks był pod wrażeniem. Dziewczyna, spostrzegłszy efekt jaki osiągnęła, uśmiechnęła się i skrzyżowała ręce na piersi.
- Pan do kogo? - zapytała z szelmowskim uśmiechem.
Maks nawet nie odpowiedział tylko postąpił naprzód i pocałował ją. Nie przystanął kiedy ich usta się spotkały, ale szedł dalej wpychając dziewczynę do środka mieszkania i zatrzaskując za sobą drzwi. Pachniała słodką przygodą. Źle ją ocenił poprzedniego wieczoru. Nie była niewinna i nieśmiała, jak sądził. Miała charyzmę i charakter, o czym dała mu już znać pomimo tylko kilku spędzonych razem godzin.
Oddała pocałunek, po czym kładąc dłonie na policzkach Maksa, delikatnie odsunęła głowę.
- To bardzo miłe przywitanie, ale muszę wychodzić.
Maks walczył z niedoborem krwi w mózgu.
- Wychodzić dokąd?
- Do pracy, głuptasie. Swoją drogą dlaczego ty nie pracujesz? Jest za piętnaście jedenasta w poniedziałek.
- Ja? Ja już skończyłem - powiedział Maks, szykując się na niewygodne pytania.
- Za piętnaście jedenasta w poniedziałek - popatrzyła na niego, jakby z niej żartował.
- Dociekliwa jak mój braciszek - odparł łapiąc ją w pasie i podnosząc jakby nic nie ważyła. Lidia wydała z siebie krótki pisk i roześmiała się. Przycisnął ją do ściany i popatrzył na nią z uśmiechem. - Ale dużo ładniejsza.
Po kilku próbach nakłonienia dziewczyny do pozostania tego dnia w domu i jej skutecznej obronie przeciw jego perswazji wyszli w końcu z mieszkania. Szli spacerowym tempem i rozmawiali na każdy temat, jaki przyszedł im do głowy. Zwłaszcza Lidia była ciekawa różnych aspektów z życia Maksa. On starał się odpowiadać jak najbardziej wymijająco, ale czasami musiał po prostu kłamać w żywe oczy. Finalnie dziewczyna dostała historię, jaka jego zdaniem powinna ją ukontentować, aczkolwiek nie do końca pokrywała się z rzeczywistością. Nie mógł jej powiedzieć prawdy na swój temat. Nie miał również ochoty się przed nią otwierać.
Kiedy dotarli na miejsce szepnęła mu coś do ucha, dając później szybkiego buziaka w policzek, po czym zniknęła w głębi lokalu, w którym pracowała. Maks z uśmiechem ruszył wzdłuż chodnika, po warszawsku kołysząc barkami. W tym momencie jego życie bardzo mu się podobało.
*
Tymczasem Franz siedział w pustym biurze i wciąż czekał na brata. Łup wcześniej włożył do sejfu, znajdującego się w drewnianej szafie, stojącej w rogu gabinetu. Wyjął butelkę i nalał alkohol do dwóch szklanek. Z jednej uraczył się sam, druga była przeznaczona dla Grzecha.
Po pewnym czasie Moczymorda pojawił się na miejscu. Odwiesił płaszcz na stojący przy wejściu wieszak i popatrzył na przygotowany poczęstunek. Podszedł do biurka, przystawił sobie krzesło i przysiadł się do brata. Zmierzył wzrokiem ilość alkoholu w szklance po czym wziął butelkę i dolał sobie przynajmniej drugie tyle.
- Nieźle poszło - powiedział Franz.
- Zgodnie z planem - odpowiedział Grzech, nie zwracając na niego uwagi, a będąc skoncentrowanym na wysokoprocentowym bursztynowym płynie.
- Dziwi mnie, że zawsze gdy robimy jakąś akcję, to w pobliżu nie ma żadnych patroli milicji? Zauważyłeś?
- Tak - Grzech wychylił łyk alkoholu. - Ale nie dziwi mnie to, ponieważ to nie jest przypadek.
- Nie?
- Nie.
Franz wzruszył ramionami, godząc się z podaną mu prawdą.
Na chwilę w powietrzu zawisła cisza.
- Masz na dzisiaj jakieś plany? - zapytał Franz z lekkim niepokojem.
Grzech narkotycznie wpatrywał się w butelkę, jakby umysłem znajdując się poza granicami swojej świadomości.
- Tak - powiedział. - Teraz już mam.
*
Ze wszystkich ludzi, którzy otaczali Grzecha Moczymordę, bezsprzecznie najbliższą mu osobą oraz tym, który znał go najlepiej, był Franz. Niosło to ze sobą przywileje, ale też piętno. Grzech nie był ideałem człowieka, a fakt że kierował jednym z największych nielegalnych procederów w kraju nie ułatwiał mu życia. Odbiło się to na słabościach Moczymordy. Przydomek ten nie wziął się znikąd. Grzech miał skłonności do picia i skłonność ta z czasem przerodziła się w nawyk, a nawyk w nałóg. Trzymał on jednak swojego demona na smyczy, którą sam mu nałożył. Nie pozwalał żeby alkohol odbijał się na jego życiu zawodowym. Oznaczało to, że nie było po nim nigdy widać, że pił lub pije. Odporność na trunki wypracował sobie z czasem, a symptomy spożycia zawsze zwalczał na wszelkie dostępne sposoby. I nigdy o tym nie mówił. Nie mówili też inni. Nigdy nie narzekał, że ma kaca, nie marudził z niewyspania. Po prostu nie. Jednak nie dało się trzymać fasonu przez cały czas przy takim rodzaju uzależnienia. I to było właśnie owo piętno.
Po powrocie ze Stanów Franz nie miał praktycznie nic. Nic oprócz brata. Zatrzymał się więc u Grzecha, który i tak mieszkał sam. Przez to miał okazję, żeby poznać ciemną stronę jego natury. Tę, której nie pokazywał publicznie. Nie raz i nie dwa w tym czasie widział Grzecha upijającego się naprawdę dużymi ilościami alkoholu. Do tego robił to praktycznie co dzień, rzadko wtrącając przerwy, które nigdy nie trwały dłużej niż dzień. I choć na pozór Grzech nie upijał się w sposób ordynarny, czyli nie tracił świadomości, nie robił awantur ani bałaganu, to częstotliwość i ilość spożywanej trucizny stopniowo popychała go w kierunku niewolnictwa. Trzęsące się ręce po kilku godzinach bez kieliszka, rozdrażnienie. Kwestią czasu było tylko, kiedy granice, postawione przez niego samego, zaczną się stopniowo przesuwać, później zacierać, aż w końcu całkowicie znikną, doprowadzając do upadku człowieka i przywódcy. Obserwując to Franza ogarniał smutek. Z prostego powodu - zależało mu na bracie, martwił się. Nie mógł jednak za wiele zrobić. Grzech był dorosły. Nie sposób było go ograniczyć bez jego woli, a każda próba wyperswadowania problemu kończyła się awanturą. Sytuacja więc trwała i zostawiała ciche piętno na swojej ofierze.
Franz stracił możliwość obserwowania brata w momencie kiedy wyprowadził się od Grzecha. Wiedział jednak, że sam problem nie zniknął, a w tym przypadku nie działało przysłowie "czego oczy nie widzą..."
Prezydium
Gwar, harmider, dym papierosowy, mało światła i dużo pieniędzy. Tak w skrócie prezentowało się Warszawskie Kasyno Prezydium - główny interes Grzecha Moczymordy. Pieniądze z napadów trzeba było gdzieś lokować, a myśląc przyszłościowo podejmowanie stałego ryzyka czynnej kradzieży mogło kiedyś przynieść stratę. Było to idealne połączenie biznesu, który przynosił stały dochód i spełnienie megalomańskich aspiracji jego właściciela. Hazard w tych czasach był przedsięwzięciem nielegalnym, co stanowiło dodatkowy magnes przyciągający klientelę. Dreszczyk podniecenia związany z przebywaniem w miejscu, którego samo istnienie było sprzeczne z obowiązującym porządkiem prawa, powodował u mieszkańców stolicy, a także jej gości pragnienie regularnego odwiedzania kasyna.
Kobiety tam zabierane pociągała myśl, że zadają się z niegrzecznymi chłopcami. Wczepiały się więc paznokciami w ich ramiona, gdy ci obstawiali ruletkę, sprawdzali w pokerze lub pociągali za wajchę jednorękiego bandyty. Chuchały na kości i dawały całusy na szczęście.
Mężczyźni ze wszystkich sił chcieli zaimponować swoim partnerkom, więc licytowali wysoko, grali odważnie, a przegraną przyjmowali ze śmiechem, jak gdyby tracili nieprawdziwe pieniądze. Bo gra tak naprawdę nie toczyła się o fortunę.
Do kasyna nie można było wejść sobie ot tak. Po pierwsze trzeba było wiedzieć, gdzie się znajduje. Po drugie trzeba było mieć wprowadzającego, czyli kogoś, kto był wcześniej w kasynie i miał gwarantować, że nowy gość nie jest szpiclem. Oba te warunki były ze sobą związane i zazwyczaj ten, kto reklamował kasyno, wprowadzał potem nowych gości.
To była namiastka Makau, Londynu, Paryża, ta sama atmosfera, ale realia Polski Ludowej. Ludzi nigdy nie brakowało. Do dyspozycji graczy było kilkanaście stolików, na których można było uprawiać hazard w czystej postaci. Do tego bogato zaopatrzony bar i przekąski. Takie wyposażenie pozwalało bawić się gościom przez długie godziny. Grzech chciał, żeby tak to wyglądało.
Grono gości było raczej stałe. Klientela była głównie polska, ale orientalności miejscu dodawali rzadcy goście z zagranicy, którzy przewijali się epizodycznie przez lokal. Był tylko jeden wyjątek - Pan Bo. Pan Bo był Azjatą pochodzenia chińskiego, który mieszkał w Warszawie na stałe i miał słabość do hazardu. Tak naprawdę był od niego uzależniony każdą komórką swojego ciała. Co miesiąc odkładał sobie minimalną kwotę, która pozwalała mu nie umrzeć z głodu, a resztę wydawał w kasynie. Pan Bo dużo rozumiał po polsku, ale stanowczo gorzej mówił. Często można było zobaczyć scenkę, jak ku uciesze całej klienteli ktoś zagadywał Azjatę o to jak mu idzie dzisiejszego wieczora.
- Głowa probliem, głowa probliem! - zaczynał wtedy wykrzykiwać. - Ooo... głowa probliem! Nie mogę wyjść!
Nikt nie wiedział dokładnie, o co chodziło Azjacie, skąd nie mógł wyjść i jaki dokładnie miał problem z głową, jednak wszyscy darzyli go sympatią i traktowali jak dodatkową atrakcję.
Pan Bo nie był najlepszym graczem i prawie zawsze przegrywał. Stał się w końcu ozdobą kasyna i nawet po kolejnym hazardowym fiasku dostawał kolejkę gratis na uspokojenie, bo bardzo przeżywał swoje porażki. Po pewnym czasie przerzucił się na automaty. Jednoręki bandyta jednak również nie znał litości dla utrapionego Chińczyka i regularnie pozbawiał go pieniędzy. Azjata szeptał wtedy do siebie jak w transie i rwał sobie włosy z głowy:
- Maszin bandit...maszin bandit... - po czym wrzucał kolejne monety w mechaniczną otchłań swojego największego wroga i zarazem najukochańszego przyjaciela.
Po pewnym czasie nawet na ulicach zaczęto opowiadać anegdoty o zwariowanym Chińczyku w polskim kasynie. Anegdoty zaczynały żyć swoim życiem aż w końcu urastały do rangi legend. Dziedzic zawsze mówił o znajomym Azjacie: "Najsławniejszy Chińczyk na całym świecie, a przynajmniej na Mokotowie!"
Po dwóch stronach barykady
Następnego dnia po skoku na jubilera Grzech w okolicy godzin obiadowych wybrał się do dobrze mu znanej restauracji, mieszczącej się na dachu Centralnego Domu Towarowego. Kiedyś często tam bywał i wciąż lubił to miejsce, pomimo że restauracja utraciła wiele ze swego pierwotnego charakteru po pożarze w 1975. Po dwuletniej absencji na gastronomicznej mapie Warszawy lokal otworzono powtórnie. Jednak tego dnia Grzech nie wybierał się tam w celach rozrywkowych, a zawodowych.
Na sali było całkiem sporo ludzi, jednak zważywszy na wielkość restauracji i tak mnóstwo miejsc było wolnych. Moczymorda skierował się prosto do konkretnego stolika przy ścianie w końcu sali, gdzie siedział zwalisty, łysy mężczyzna. Miał surowy wyraz twarzy, z którego można było wyczytać brak empatii i wyrozumiałości. Grzech dosiadł się do niego i bezceremonialnie, nie witając się nawet, przeszedł od razu do powodu tego spotkania. Położył swoją teczkę na stoliku i wyjął z niej kopertę z grubego brązowego papieru. Przesunął ją w kierunku mężczyzny, który obserwowałpodróż pakunku, po czym złapał za górną część papieru i zgarnął wyraźnie czymś obciążony karton. Położył go sobie na kolanach i włożył do środka dłoń. To, co wyjął, było całkiem pokaźnym plikiem banknotów, które były zapłatą za pomoc w rabunku z dnia poprzedniego.
- Skoro to jest moja dola, to ciekawe, ile wam zostaje - rzucił porucznik Chełmicki.
- Za usługi się płaci - powiedział Grzech obserwując mężczyznę.
- Wolę określenie przysługa. W końcu koordynowanie patroli tak, żeby akurat nie kręciły się w danym miejscu, w danym czasie nie jest powszechnie dostępną, jak pan powiedział?
- Usługą.
- Właśnie. Podobne słowa, a jak różny wydźwięk.
- Pan się chyba nie chce tu zaprzyjaźniać, co?
- Skąd. Było by to niewskazane dla naszego ogólnie pojętego interesu. Nawet nie wiem, jak się pan nazywa.
- I może niech tak zostanie.
- W porządku - porucznik oderwał ręce, które dotąd trzymał na kolanach w geście konwersacyjnej spolegliwości. - Czy mogę jeszcze czymś służyć?
- Jeżeli będzie potrzeba, odezwę się, jak zwykle. Na razie to wszystko.
Grzech wstał, ale ku jego zdumieniu mężczyzna zrobił to samo i wyciągnął do niego rękę. Moczymorda zlustrował go szybko i nieufnie i z pewną podejrzliwością podał mu dłoń. W tym momencie porucznik nachylił się do ucha Grzecha tak, żeby jego słowa miały jak najkrótszą drogę do pokonania.
- Kiedyś takich skurwysynów jak ty załatwiało się o świcie jednym strzałem, bo nie warto było marnować więcej naboi.
Grzech zastygł na sekundę. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale nie stracił rezonu.
- Ja bym nie wstał dla pana o świcie - powiedział ściskając mocniej dłoń porucznika, po czym odchylił się, żeby spojrzeć mu w oczy i uśmiechnął się sztucznie.
Obaj wiedzieli, że to ich ostatnie spotkanie w tak przyjaznych stosunkach. Puścili sobie dłonie, a Grzech odwrócił się i skierował do wyjścia. Porucznik śledził go wzrokiem, aż ten zniknął za drzwiami restauracji, po czym usiadł z powrotem na półokrągłej kanapie za stolikiem. Odpalił papierosa i przywołał kogoś ręką. Mężczyzna, siedzący dotąd w przeciwległym końcu sali, szybko podszedł do stolika Chełmickiego. Porucznik wyłożył mu jego zadanie gestykulując ręką z odpalonym papierosem, pozostawiającym smugi dymu w powietrzu. Kiedy skończył mówić mężczyzna kiwnął głową i pospiesznie wyszedł z restauracji.
Zapomniane dziecko
Od skoku u jubilera minęły dwa dni i dla szajki nadeszła pora żeby się spotkać. Dzień był pogodny, a słońce ogrzewało przechodniów ciepłymi promieniami, prezentując warszawiakom złotą polską jesień w pełnej krasie. Opadłe liście tworzyły żółto-czerwony dywan zaściełający chodniki parków, które dozorcy bez większego powodzenia starali się odgarnąć. Wiatr miał bowiem swoją wizję wystroju stołecznych ulic i rozwiewał zgrabione kupki we wszystkie strony.
Maks postanowił skorzystać z tak rzadkiej ostatnio ładnej pogody i przespacerować się Polami Mokotowskimi w drodze na spotkanie . Szedł rozglądając się po przerzedzonym już z grubsza listowiu drzew. Bardzo lubił szwendać się po parkach, zwłaszcza kiedy nie było w nich ludzi. Spokój, jaki wtedy panował pośród wysokich pni, napawał go wewnętrznym zadowoleniem z życia. Ten poranek też sprawiał mu wiele przyjemności.
Spoglądał na dzieci, które biegałby w morzu opadłych liści, podrzucając ich garście do góry. Patrząc na nie wydawało się, że nie ma na świecie lepszej zabawy. Maks zatrzymał się przepuszczając trzyosobowy korowód roześmianych urwisów. Przypomniał sobie swoje dzieciństwo, kiedy on sam harcował z kolegami po parku. Jak mieli swoją bandę i długie godziny spędzali na zabawach, które z perspektywy innej niż dziecięca nie były wyszukane, ale ich pochłaniały bez reszty. Zbieganie z górki, przedzieranie się przez krzaki, wchodzenie na drzewa. To były pozycje obowiązkowe każdej wizyty w parku. Do dzisiaj Maks starał się od czasu do czasu urządzać sobie spacer, choć już nie zbiegał z górki i nie właził na drzewa. Cenił sobie jednak to, w jakim otoczeniu się wychował i uważał okolice swojego domu rodzinnego za małą ojczyznę. Choć większość dzieciństwa spędził w nowo wtedy powstałym parku Szczęśliwickim, to pola Mokotowskie też znał nie najgorzej. Z rozmyślania wyrwał go pisk jednego z dzieci bawiących się pod drzewami. W zaciśniętej pięści trzymało ono coś, co wprawiło je w euforię, która udzieliła się pozostałej dwójce. Zaczęły biegać w kółko krzycząc i śmiejąc się, aż w końcu zebrały się przy chodniku w zwartej grupce i skupiły na tym co leżało na dłoni jednego z nich. Maks, zaintrygowany drogocennym znaleziskiem, zapuścił szybkiego żurawia nad trójką urwisów w momencie kiedy ich mijał. To co zobaczył wprawiło go w zrezygnowaną pretensję do siebie. Przyspieszył kroku i mocniej wpuszczając głowę między ściany swojego kołnierza pomknął wprost do biura.
Kiedy dotarł na miejsce, wbiegając po schodach zdjął czapkę, rękawiczki i zaczął odwijać się z szalika. Wpadł do pokoju, gdzie Franz siedział z rozłożoną gazetą i pociągał z kubka gorącą kawę, unosząc przy tym brwi, jak gdyby miało go to uchronić przed oparzeniem. Maks wepchnął szalik z rękawiczkami w głąb czapki i położył takie zawiniątko na stole. Franz widząc, że młody jest poirytowany, obserwował go chwilę.
- Co się stało?
Maks rozłożył ręce i klepnął się po bokach w geście bezsilności.
- Nic się nie stało. Zapomniałem iść na kasztany w tym roku.
Żywa relikwia
No nieważne! W każdym razie...yyy... wtrąciłeś się i wątek zgubiłem...
- To pijemy!
- Morda Dziedzic!
- Ale szefie...już nalane...
- Dobrze, to zdrowie!
- Zdrowie! - chórem odpowiedzieli zebrani. Siedzieli w pięciu w ulubionej knajpie i świętowali udany spacer do jubilera sprzed kilku dni.
- To na czym to ja... A! - Franz pacnął się otwartą dłonią w czoło. - Miecio Zaspa, ogrodnik we Włoszech. Coś mu tutaj nie wyszło, więc wyjechał. Pracował sobie i nawet dobrze mu się wiodło. Pewnego dnia pracodawca zapytał się go, czy chciałby zarobić coś ekstra i jeśli tak, to żeby przyszedł do niego następnego dnia w południe. Miecio w swojej słowiańskiej fantazji myślał, że chodzi o handel narkotykami czy przynajmniej lewym winem.
- Frajerzy makaroniarze. Tatuś mówił, że chłop jest tak mocny jak alkohol, który pije - znowu wtrącił się Dziedzic.
- Ty to pijesz trzy kieliszki i cała moc z ciebie ulatuje - zakpił z kierowcy Grzech.
- Nieważne! - krzyknął Franz. Miecio Zaspa, dom, ogród, fucha.
- Zdrowie!
Wypili.
- Zmiecio Zaspa. Opowiadam dalej. Hyp! - Franz czknął coraz bardziej zamroczony alkoholem podobnie jak każdy z jego towarzyszy. - Poszedł na tą dwunastą, hyp!, gotowy na jakieś nielegalne interesy. Wchodzi do gabinetu, a tu gospodarz się go pyta, czy chciałby zarobić sto dolarów ekstra. No to ten, że mowa! Ale stary makaroniarz na to, żeby poczekał, bo sprawa jest nietypowa. Zaprowadził go na piętro, otwiera drzwi, a tam leży w łóżku całkiem przystojna babeczka. Miecio oczy na starego, a on, że to jego siostra.
- Nie... - zaczęli po cichu przeżywać zgromadzeni, domyślając się finału.
- ...i że nie może chodzić...
- Nieee...
- ...i że dostanie Franklina jak ją porządnie wymłóci, bo siostra ma potrzeby, ale ciężko jej poznać kawalera.
- Nieee!!! - ryczeli wszyscy, zasłaniając sobie oczy i rechocząc na całą salę.
- Wiecie jacy są Włosi! - przekrzykiwał wrzawę Franz.
- Temperaturni! - dopowiedział Dziedzic.
- Temperamentni się mówi, kretynie - nie krygując się wytknął mu Grzech.
- No przecież wiem...
- Gówno tam wiesz.
- Ale słuchajcie! To jeszcze nie wszystko! - kontynuował Franz, niesiony na fali entuzjastycznego odbioru jego opowieści.
- Mietek, że żadnej pracy się nie bał to i ptaka Włoszce sprzedał! A-a-a w sumie wypożyczył. He-he, a ponoć miał dużo do zaoferowania - tu, ku uciesze obecnych Franz z hukiem wyłożył na stół rękę mającą imitować "narzędzie", którym pracował Mieczysław Zaspa.
- W każdym razie po wszystkim Miecio zainkasował honorarium i wrócił do swoich zajęć. Następnego dnia jak zawsze przyszedł rano do pracy. Zaczął się trochę oporządzać, a tu nagle widzi, że leci do niego ten pracodawca z lokajem. To myśli "no w mordę cara, pewnie jej jeszcze miednicę przetrąciłem czy co i teraz jest już całkiem niegramotna!". A ci do niego wołają:
- Sante! Sante! Ty jesteś cudotwórca! Siostra zaczęła nogami ruszać!
W tym momencie zgromadzeni ryknęli gromkim śmiechem . Trzymali się za brzuchy, ktoś tłukł ręką w stół, a Dziedzic zaniósł się kaszlem.
- Resztę historii streszczę szybko. Jak się wieść rozniosła, to Mietek nie miał łatwego życia. Waliły do niego kaleki z całego miasta, nawet chłopy. Ale miarka się przebrała, jak Miecio usłyszał, że mafia sycylijska chce go porwać i zrobić z niego żywą relikwię do użytku publicznego! Odpłatnego oczywiście. To zwiał w podskokach z powrotem do ojczyzny. Siedzi teraz na swoim i nie rozpuszcza już ptaka, bo mówi, że więcej z tym kłopotu, niż to warte.
Historia przypadła wszystkim zgromadzonym do gustu i wprawiła towarzystwo w wyśmienity humor.
- To zażyjmy naszej relikwii! - powiedział Grzech, unosząc kieliszek. - Również dla zdrowotności!
- Zdrowie! - ryknęli wszyscy.
Paser
Dzień po popijawie nie należy do dni łatwych, prostych i przyjemnych. Dziedzic stał przy drzwiach, patrzył tępo w podłogę i trzymając się za brzuch wyglądał tak, jakby usilnie walczył żeby nie udać się w podróż do Rygi. Franz starał się robić dobrą minę do złej gry, ale też zmagał się ze wspomnieniami dnia poprzedniego.
- Powtarzam ci, Dziedzic, jak mi się... jak mi się spaskudzisz na podłogę... to własną koszulą będziesz wycierał.
- Mhm... - mruknął kierowca, na którym groźby szefa nie robiły w tym momencie wrażenia. Wpatrywał się dalej w jeden punkt i dyszał z wysiłkiem.
Wyłącznie Władysław Mąciwoda, piąty uczestnik wczorajszej libacji, siedział w rogu pokoju pochylony nad garnkiem podróżnym i spokojnie spożywał posiłek. Szajkowy wykidajło, a oficjalnie szef ochrony, zwany potocznie Zadrą, ewidentnie był wolny od symptomów poalkoholowych. Jego zwalista sylwetka wypełniała przestrzeń wokół, a meble i naczynia, których używał wyglądały jakby nie były do końca wymiarowymi wyrobami. Zadra miał ponad dwa metry wzrostu i wielką krzepę, drzemiącą w imponujących rozmiarów ciele. Był więc cennym członkiem szajki, zwłaszcza w zadaniach nie wymagających pomyślunku.
- Jak ty możesz jeść jak gdyby nigdy nic? - krzywił się Franz. - Mnie na sam widok skręca.
- Mhm... - przytakiwał otępiały Dziedzic.
Zadra wpakował kolejną porcję do ust i przeżuwając łypał na obecnych.
- A co, nie wolno?
- Wolno. Tylko...masz apetyt w ogóle?
- Zawsze jem o tej porze.
- A jedz sobie - Franz machnął ręką, odpuszczając temat.
Władysław Mąciwoda bacznie przyglądał się Franzowi, nie przerywając żucia.
- Ale że co?
- Zadra, wydoiłeś wczoraj ze dwie flaszki sam, a teraz sobie wsuwasz obiadek. Mnie mdli na sam widok, ot co. Dziwuję się.
- Picie jest picie, a jeść trzeba. Najpierw śniadanie, potem drugie, a teraz obiad. Jak Bóg przykazał - powiedział Zadra.
Dziedzic po usłyszeniu planu żywieniowego Zadry pozieleniał. Walczył jeszcze przez chwilę, ale w końcu zakrył sobie usta dłonią i z paniką w oczach wybiegł z pokoju.
- Gdzie jest teraz twój Bóg? - powiedział Franz.
Dziedzic minął wchodzącego właśnie Grzecha.
- Temu co? - zapytał.
- Wspomnień czar - Franz trzymał się za głowę.
- Gdzie Maks?
- Jeszcze nie przyszedł. Ogólnie ciężki poranek.
- Francuskie pieski z was.
- Ja nie narzekam - pochwalił się Zadra.
Dziedzic wrócił z toalety sprawiając wrażenie, jakby stoczył tam ciężką walkę.
- Szefie, ja dziś nie dam rady jeździć - zakomunikował.
- Taki z was właśnie pożytek, psia mać. Zadra, w takim razie ty dzisiaj robisz za kółkiem.
Władysław Mąciwoda rzadko przejmował rolę szofera. Nie pozwalano mu prowadzić czarnego Volvo w obawie o auto. Na Dziedzicu można było wieszać różne psy, ale kierowcą był dobrym i tylko on mógł prowadzić reprezentacyjny samochód szajki. A Zadra prawo jazdy zdobył, strasząc egzaminatora śmiercią, a przynajmniej ciężkim pobiciem. Na potrzeby takie jak dziś było inne auto. Stara czerwona Warszawa. Franz wygrał ją kiedyś w karty, a że sam nie prowadził, samochód wszedł do majątku firmy jako auto zadaniowe.
Warszawa miała dwie znaczące zalety. Po pierwsze niewielu wiedziało o tym, że silnik w polskim krążowniku został wymieniony na jeden z niemieckich flagowców motoryzacji. Po drugie była niepozorna. Ile razy milicja siedziała im na ogonie, tyle razy auto wprawiało funkcjonariuszy w osłupienie. Kiedy wydawało się, że radiowóz już ich dogania, czerwony samochód dawał popis swojej zaimplementowanej, zachodniej mocy.
W roku 1978 Warszawy nie były już produkowane. Ich osiągi znał każdy, kto motoryzacją interesował się na tyle, żeby zastanawiać się nad zakupem takiej maszyny. Powszechnie było wiadomo, że nie jest to auto wyścigowe. Błyskawica Grzecha Moczymordy obrosła więc miejską legendą i rzuciła piętno podejrzeń na wszystkie czerwone modele Warszawy.
Samochód szajki był jedyny w swoim rodzaju. Tak jak jedyny w swoim rodzaju był widok Zadry, prowadzącego ten samochód. Olbrzym ledwo się mieścił na fotelu kierowcy i wyglądał, jakby siedział w zabawce, na którą jest już za duży. Do tego był krótkowidzem, więc gdy miał jechać zakładał grube okulary, przez co jeszcze zyskiwał na groteskowości.
- Trzeba upłynnić nasz ostatni łup - powiedział Grzech. - Czeka was wycieczka.
- Do pasera? - zapytał Franz.
- Do pasera - potwierdził z uśmiechem Moczymorda.
*
Czekali jeszcze chwilę, aż w biurze pojawi się Maks. Kiedy przyszedł, zeszli we trzech do garażu przylegającego do budynku kamienicy. Dziedzic został na miejscu, ponieważ nie nadawał się tego dnia do niczego. Zadra otworzył szufladę regału i wyjął z niej dwie nowe tablice rejestracyjne, po czym zaczął je mocować do zderzaków. Jako że samochód miał niechlubną przeszłość, zawsze, gdy wyjeżdżali na miasto, zaopatrywali go w nowe blachy.
Auto wytoczyło się z podwórza i skierowało na Wolę. W środku panowała cisza, ponieważ Zadra bardzo się skupiał podczas jazdy. Pomimo, że olbrzym wielokrotnie padał ofiarą żartów swoich towarzyszy, to żaden z nich nie chciał stać się podmiotem jego złości. Nie prowokowali więc sytuacji.
Zatrzymali się przy jednej ze starych obdrapanych kamienic. Wysiedli i zniknęli w bramie budynku. Franz szedł pierwszy i niósł czarny neseser, którego zawartość była powodem wizyty.
Na drugim piętrze dla dobrze poinformowanych mieściła się dziupla najlepszego pasera w mieście. Eliasz Goldstein był warszawskim cwaniakiem najwyższego sortu. Pochodził z żydowskiej rodziny, więc miał smykałkę do pieniędzy we krwi. Nie było rzeczy, której nie umiałby upłynnić na czarnym rynku. Potrafił wyciągnąć forsę z każdego fantu. Walili więc do niego wszyscy, którzy mieli gorące kartofle czyli rzeczy łatwo rozpoznawalne, które niedawno zginęły ich prawowitym właścicielom. Był pewniakiem dla warszawskich szopenfeldziarzy, propagujących rozbój i kradnących biżuterię, obrazy, zegarki oraz najróżniejsze rzeczy, które potem trzeba było zamienić na gotówkę.
Jednak prawdziwy rozbój zaczynał się dopiero u niego, na Woli. Eliasz Goldstein kroił swoich klientów na sześćdziesiąt pięć procent wartości fantów, które złodzieje mu przynosili. Wypłacał im tylko pozostałą część. Korzystający z jego usług przeklinali go za to, ale wciąż wracali, bo wiedzieli, że nikt inny nie weźmie od nich skradzionych dóbr. Tym sposobem paser nigdy nie narzekał na brak klientów.
Franz zastukał do drzwi. Po chwili dało się słyszeć dźwięk otwieranych rygli. Trwało to dłuższy moment, ponieważ Żyd zamykał się na kilka zamków antywłamaniowych. Wreszcie w progu stanął mężczyzna średniego wzrostu i w średnim wieku.
- Witam pana Franza - uśmiechnął się mężczyzna . - Co sprowadza?
- Interesy - odparł Franz podnosząc neseser.
- To całe szczęście, bo zaniepokoiłbym się, gdyby pan przyszedł towarzysko.
Franz polecił Zadrze zostać na korytarzu i wszedł do mieszkania razem z Maksem. Obraz starej kamienicy zupełnie nie pokrywał się z tym, jak wyglądało mieszkanie Goldsteina. Gęsto wiszące obrazy, drogie dywany i kunsztowne żyrandole - to na początku rzucało się w oczy jego gościom. Potem uwagę przyciągały niepasujące do wystroju kasy pancerne, które wartością swojej zawartości mogłyby konkurować z niejednym depozytem bankowym. Całość wyglądała trochę jak połączenie muzeum i magazynu. Maks oglądał wszystko z wielkim zainteresowaniem. Był tam pierwszy raz i zastanawiał się tylko, czemu tak bogaty człowiek mieszka w takiej obskurnej kamienicy. Odpowiedź była prosta. Nikomu nigdy nie przyszło do głowy szukać drogocennych rzeczy w tym budynku, a może i w tej okolicy. Eliasz Goldstein uważał, że chować złoto w gnoju to najlepsze zabezpieczenie i do tej pory jego strategia go nie zawiodła.
Przeszli do pokoju, w którym stało wielkie biurko. Porozrzucane na nim papiery z ciągami cyfr i nazwisk świadczyły o tym, że pomimo nielegalnego charakteru działalności Żyd zachowywał księgową skrupulatność przy prowadzeniu swojego interesu. Całe mieszkanie było bardzo ciemne przez fakt, iż wszystkie okna były zaciągnięte ciężkimi bordowymi kotarami. W powietrzu unosił się kurz przemieszany z dymem papierosowym.
- Służę panom uprzejmie - Eliasz wskazał klientom krzesła i sam opadł na skórzany fotel. - Czy mogę zerknąć? Przyznam się, że jestem niezmiernie ciekawy - pokazał na neseser, który wciąż znajdował się w posiadaniu Franza. Ten podał mu go bez słowa.
Żyd otworzył walizkę, po czym szybko przymknął ją, uśmiechając się do dwójki jegomości.
- Ulala panowie! - wykrzyknął podekscytowany, po czym wrócił do zawartości nesesera. Wyciągnął z niego jedną z brylantowych bransoletek i przyjrzał się jej pod słabe światło lampy.
- Pan wie, ile to jest warte? - zapytał Franza.
- Normalnie, czy u pana?
Żyd uniósł oczy i uśmiechnął się jak gdyby do własnej renomy.
- Powiem coś panom - zaczął. - Pieniądze się zarabia i wydaje. Normalna rzecz. Ale jak się zamacha taką błyskotką przed nosem jakiejś damulki... to dzieją się rzeczy niesłychane!
- Ja macham panu i podaje cenę. Pięćdziesiąt procent.
- Zaraz, zaraz! Pan mnie masz za dziwkę? - roześmiał się Żyd.
- A chodzi pan na dziwki?
- Nie. Wolę, jakby to powiedzieć, entuzjastki tego sportu niż profesjonalne zawodniczki.
- Pięćdziesiąt procent, panie Goldstein.
Eliasz myślał, kołysząc się na krześle. Zetknął opuszkami palce swoich dłoni i przyglądał się Franzowi. Siedzieli tak chwilę, prowadząc jakby nieme negocjacje, po czym Żyd klepnął otwartą dłonią w kolano.
- Stoi! - powiedział i podniósł się z fotela. Skierował się do szafy stojącej za nim i rozchylając jej drzwi ukazał swoim klientom kwadratowy sejf w ciemnozielonym kolorze.
- Czy mogliby panowie...? - Żyd zawiesił głos i wykonał dłonią gest sugerujący, że Franz z Maksem mają się odwrócić. Zrobili to, a on w tym momencie szybko wybrał szyfr obracając kilkukrotnie pokrętło. Słysząc szczęknięcie obaj odwrócili się z powrotem twarzą do biurka.
Żyd wyjął z sejfu kilka plików gotówki, które zamienił miejscami z leżącą w neseserze biżuterią. Zamknął go i podał Franzowi.
- Przyjemność - powiedział Żyd, wyciągając rękę do pożegnania.
- Również - odparł Franz. - Do wyjścia sami trafimy.
- Proszę uprzejmie, ale i tak muszę iść z panami, żeby zamknąć drzwi.
Przeszli we trzech przez korytarz, po czym Franz z Maksem opuścili mieszkanie pasera. Drzwi huknęły za nimi z ciężkim łomotem, który odbił się echem po klatce schodowej.
- Nie przeliczyłeś? - zapytał go Maks, gdy już byli na zewnątrz.
- Nie musiałem. Widzisz w niektórych przypadkach trzeba wykazać się złodziejskim savoir-vivrem. Zresztą, jak coś się nie będzie zgadzać, to mamy jego adres, nie? - Franz puścił oko do Bladego.
Wsiedli z Zadrą do samochodu i ruszyli z powrotem w kierunku Mokotowa.
Na tym kończy się fragment. Aby poznać dalszą część historii, kup pełną wersję.