Kradzione róże - Anna Łacina

Reflow text when sidebars are open.
Piątek, 29 września 2006
1.
Pierwszy raz zobaczyła go w pociągu. Wysoki, ciemnowłosy, o oczach tak intensywnie niebieskich, że aż się zdziwiła. Przy takim kolorze bujnej czupryny spodziewałaby się raczej brązowych.
Zajrzał do jej przedziału i zapytał, czy nie mógłby tu wstawić plecaka, bo zawadza przechodzącym. Wrzucił go na półkę bez wysiłku, jakby to było kartonowe pudełko, wyjął z bocznej kieszeni książkę i znowu wyszedł na korytarz.
Oparł się barkiem o okno i zatopił w lekturze. Ze swego miejsca nie mogła dostrzec, co czyta, ale chyba coś zabawnego, bo chwilami lekko się uśmiechał. Wtedy na jego policzku pojawiało się takie intrygujące wgłębienie.
Sądząc po wyładowanym plecaku, też student. Ciekawe, na jakim jest kierunku.
2.
Romek zauważył ją wcześniej, bo jeszcze na peronie. Od razu wpadła mu w oko. Niezbyt wysoka, w eleganckich okularach, wyglądała na osobę, która dobrze wie, czego chce, poukładaną i zasadniczą, a przy tym nie brakowało jej ekstrawagancji. Krótko ostrzyżona, ale jak! Z prawej strony fryzura odsłaniała zgrabne uszko i podkreślała linię szyi, a potem tak jakoś to było przycięte, że włosy stawały się coraz dłuższe, by z lewej strony niemal sięgać ramienia. A jednak nieznajoma nie wyglądała ani dziwnie, ani niestosownie... No, co tu dużo mówić, spodobała mu się.
Wydawała się tak różna od dziewczyn, które znał. Jakby przyszła z innej bajki. Ale nie jako zagubiona w obcym świecie sierotka Marysia, o nie! Ten świat był jej obcy, lecz z pewnością się go nie bała. Miał wrażenie, że gdyby teraz na peronie pojawił się smok, popatrzyłaby mu w oczy bez lęku, a potwór zacząłby łasić się do niej jak pies. Ech, taką dziewczynę zdobyć, to dopiero coś! Bo że kazałaby się zdobywać, to pewne. Ale nagroda zapowiadała się słodka.
Nie była sama. Towarzyszyła jej elegancka kobieta o władczej postawie, mężczyzna w przedpotopowym tureckim sweterku i jeszcze cztery dziewczyny. Siostry? Kuzynki? Raczej nie koleżanki, bo dawało się dostrzec podobieństwo między nimi. Wszystkie miały włosy w identycznym kolorze miodowego blondu, różniące się tylko nasyceniem barwy: jaśniejszej u młodszych, a ciemniejszej u dwóch najstarszych. Miały też coś podobnego w wykroju ust, kształcie nosa... Nie ulegało wątpliwości - rodzina. I wszyscy jakby trochę nie pasowali do tego świata. Na czym ta inność polegała? Nie umiał powiedzieć.
Romek lubił bawić się w detektywa, zgadywać, kim są obserwowani przez niego ludzie. Zwykle trafiał. Jednak ta grupa... Czy to możliwe, by mieć aż pięć córek?
Mężczyzna przytrzymywał wyładowany plecak na stelażu, obok stała pękata reklamówka. A więc wyjeżdża tylko jedna osoba, reszta to odprowadzający. Kobieta przechadzała się w tę i z powrotem, jak po klasie podczas sprawdzianu. Wyprostowana, spokojna, nieustannie uważająca na każdy ruch powierzonej jej gromadki. Pewnie nauczycielka.
- I pamiętaj, zadzwoń, jak tylko się zakwaterujesz - rzuciła. Głośno i wyraźnie.
"Bingo! - ucieszył się Romek. - Nauczycielka. Odprowadza córkę studentkę na pociąg". Ale którą z nich? Tę, która wpadła mu w oko, czy raczej tę w postrzępionych dżinsach, najwyższą z całej piątki? "Spodobałaby się Bartkowi - pomyślał o koledze, z którym dzielił etnograficzne pasje. Miał dojechać następnego dnia. Ubrana w luźny workowaty sweter, nieco przygarbiona, z burzą loków zasłaniających twarz. Zupełne przeciwieństwo tamtej. - A może jadą obie? Z jednym plecakiem? Niemożliwe".
Trzecia z dziewcząt, delikatna blondynka o porcelanowej urodzie, z pewnością nie wybierała się na studia. Nie mogła być starsza od Patrycji, jego młodszej siostry. Ani dwie najmłodsze, na oko siedmio- czy ośmioletnie, skaczące po peronie jak wróbelki i jak one rozćwierkane.
Megafon brzęknął, przerywając detektywistyczne dywagacje, i zapowiedział pociąg do Warszawy. Tłumek na peronie zafalował, starając się zająć strategiczne pozycje. Romek ustawił się niedaleko osobliwej rodziny, tak by dostać się do tego samego wagonu. Był strasznie ciekawy, czy jego hipotezy są słuszne.
Nadjechał pociąg. Romek przepychał się w masie łokci, kolan, plecaków i toreb. Pierwszy przedział - szczelnie wypełniony. Drugi to samo. Trzeci też, ale właśnie w trzecim wśród kłębiących się osób wypatrzył tę, która tak go zaintrygowała.
Facet w tureckim sweterku pomógł jej uporać się z tobołami, potem ona objęła go, cmoknęła w policzek i mężczyzna opuścił przedział. Dziewczyna wyszła za nim na korytarz i przepchnęła się do okna, by pożegnać stojącą na peronie rodzinę.
Bardzo ciepło ze sobą rozmawiali. Romek wyczuwał silną więź między nimi. Nawet trochę im pozazdrościł. Wprawdzie sam zrobił wszystko, żeby go nie odprowadzono, ale teraz poczuł żal.
Pociąg ruszył. Nieznajoma jeszcze długo machała, wychylając się przez otwarte okno. Potem wróciła do przedziału. Minę miała niepewną. Romek założyłby się, że zadaje sobie teraz pytanie o sens studiów poza domem. I że właśnie zaczęła tęsknić za tym, od czego jeszcze niedawno chciała się uwolnić. Jak on.
Otworzył drzwi do jej przedziału. Złowił spojrzenia pasażerów, mówiące: "Nie widzisz, że zajęte?".
- Przepraszam - powiedział. - Czy mógłbym włożyć tam swój plecak? - Wskazał ostatni kawałek wolnej przestrzeni na półce po lewej. - Na korytarzu za bardzo przeszkadza.
Odpowiedziały mu aprobujące lub obojętne pomruki. Nie okazał się intruzem czyhającym na cudze miejsce, można więc było dać mu to, czego potrzebował. Dziewczyna zerknęła na niego z zaciekawieniem. Podniósł plecak z wytrenowaną swobodą, nie dając poznać po sobie, że jeszcze chwila, a trzaśnie mu coś w łokciu, włożył na półkę i wciąż zachowując kamienny wyraz twarzy, powstrzymał westchnienie ulgi. Chyba mu się udało, bo w spojrzeniu nieznajomej zobaczył to, co tak często widywał w oczach Patrycji. Tylko Patrycja podziwiała go otwarcie. Ale tak to jest z młodszymi siostrami, że patrzą na brata jak w obraz. Dziewczyna szybko odwróciła wzrok i zrobiła obojętną minę, ale była zainteresowana. Czuł to.
Wyszedł na korytarz i udał, że pochłania go lektura Antropologii strukturalnej. Niech jej ciekawość wzrasta.
3.
W Kutnie zwolniło się miejsce obok niej. Usiadł, nie czekając na zaproszenie. Przedział przyjął go i wchłonął jak swego; przecież już sobie zaklepał tę możliwość, zostawiając plecak.
- Lepiej źle siedzieć, niż dobrze stać - westchnął z ulgą.
Odpowiedziała uśmiechem, ale nie podjęła rozmowy. Nieśmiała, czy udaje nieprzystępną? Dał jej minutę, a potem zapytał:
- Co studiujesz?
Niesamowite! Dokładnie w tym samym momencie zapytała o to samo! Jakby się zmówili. Miał ochotę dotknąć jej kolana i zawołać "Raz, dwa, trzy! Moje szczęście!", ale zmroził go surowy błysk w jej oczach. Onieśmieliła go! Ostatni raz zdarzyło mu się to chyba w szóstej klasie.
- Pierwszy rok? - zaczął znowu.
- To aż tak widać? - Roześmiała się. Podobał mu się jej śmiech. - A ty?
- Owszem. Nie powiedziałaś, co będziesz studiować.
4.
- Nie powiedziałaś, co będziesz studiować - przypomniał chłopak.
Co on ją tak wypytuje? Sam też nie powiedział. I nawet nie raczył się przedstawić. Uświadomiła sobie nagle, że uwaga całego przedziału skupiła się na nich. Współpasażerowie zachłannie łowili każde słowo. Poczuła się jak bohaterka reality show. Usiadła prosto, wbijając plecy w oparcie. Dystans, jaki natychmiast powstał między nimi, dał jej odrobinę poczucia bezpieczeństwa.
- Medycynę - rzuciła niedbale, żeby sobie nie pomyślał, że ją speszył, i przeniosła wzrok na krajobraz za oknem.
- My studiujemy na SGH - odezwały się dziewczyny z przeciwka. - A ty? - Popatrzyły na chłopaka.
- Na UW. Etnologię.
- O! Co to takiego? Fajnie brzmi.
- A tak w ogóle to jestem Romek - przedstawił się wreszcie.
- Karolina. Basia - odpowiedziały natychmiast.
"Jakie on ma długie rzęsy - pomyślała. - I ciemne. Aż szkoda takich dla chłopaka".
Zawsze zazdrościła innym długich rzęs. Ona miała krótkie, proste, i do tego szarobrązowe, jak to u blondynek.
Zastanawiała się, czy ma wyciągnąć z rękawa swój atut, czy dać sobie spokój. Chłopak przecież rozmawiał teraz z tamtymi.
- A ty? Jak masz na imię? - pomógł jej przezwyciężyć rozterki.
- Jaśmina. - Tak jak się spodziewała, spojrzał z niedowierzaniem, ale miała nadzieję, że zaskoczyła go pozytywnie.
- Jaśmina... - powtórzył. - Ładnie. I pasuje do ciebie.
Współpasażerki popatrzyły z zazdrością.
- O! - powiedziała siedząca pod oknem szatynka. Aż do tej chwili wydawała się całkowicie pochłonięta książką. - To ja cię chyba znam. Jaśmina Celer?
- Tak - odparła ze zdziwieniem.
- Joanna Widelec. Chodziłyśmy razem do przedszkola. I do pierwszej klasy. Tylko ja się potem wyprowadziłam do Bydgoszczy.
- Aśka! Aśka Widelec! - ucieszyła się Jaśmina. - Kopę lat! - Teraz już ją rozpoznawała. Joanna wciąż miała ten sam uśmiech i to samo spojrzenie szarozielonych oczu. A przede wszystkim nazwisko. Tak charakterystyczne, że od razu wywołało lawinę wspomnień. - Co się z tobą działo? Co studiujesz? - zasypała ją pytaniami.
Z pociągu wysiedli już w piątkę, w najlepszej komitywie. Ale ich drogi szybko się rozeszły. Jaśmina jechała do akademika na Karolkową, Aśka na Żwirki, dziewczyny z SGH miały stancję na Bemowie, a Romek gdzieś w okolicach ronda Babka.
Obiecali sobie, że jeszcze się spotkają. Ale Jaśmina czuła, że to tylko takie gadanie. Zresztą ponoć na medycynie nie ma czasu na nic poza studiami.
Środa, 13 sierpnia
1.
Mężczyzna o białych włosach popijał małymi łykami herbatę, wsłuchując się w coraz bliższe śpiewy. Kolejna grupa. Może to ta? Poczuł pokusę, by wyjść już teraz, sprawdzić. Ale wiedział, że musi jeszcze poczekać. Zjawi się. Na pewno się zjawi. Nie powinien odbierać jej radości dotarcia do końca, pożegnania z koleżankami... Jeszcze tylko msza i niedługo potem będą wracać.
Trzeba jej dać trochę wolności. Niezależnie od tego, co on czuje i czego pragnie.
2.
Różę przepełniała radość. Znowu się udało! Zrobiła to! W ciągu dziesięciu dni pokonała ponad trzysta kilometrów! Nie czuła zmęczenia. Przeciwnie, miała wrażenie, jakby wyrosły jej skrzydła. Tego dnia przeszli zaledwie osiem kilometrów i czuła, że dopiero się rozkręca. Z chęcią powędrowałaby jeszcze gdzieś dalej. Jeden z pielgrzymkowych braci mówił coś o pieszej pielgrzymce z Częstochowy do Łagiewnik. A gdyby się do nich przyłączyć? Rodzice pewnie nie mieliby nic przeciwko temu. Pracę zaczyna dopiero we wrześniu. Z drugiej strony... Byłoby miło przespać się wreszcie we własnym łóżku, wymoczyć w swojej wannie...
"Pomyślę o tym później" - zdecydowała, podskakując w rytm wyklaskiwanej melodii. Już nie zazdrościła Jaśminie Grecji. Może i siostra kąpała się w ciepłym morzu, gdy Róża szła w deszczu i porywistym wietrze, albo leżała na ciepłym piasku, gdy jej chlupotało w butach. Ale może obie tak samo spływały potem: jedna na zmywaku, a druga w palącym słońcu? Albo jedna w dusznej kuchni, a druga pokonując kilometr za kilometrem w któryś z tych koszmarnie gorących i wilgotnych dni? Może obie w tym samym czasie oklejały plastrami - Róża stopy, a Jaśmina dłonie? Któż to wie?
"Jaśmina przez cały rok ciężko pracowała, nawet w lipcu miała te praktyki, niech sobie odpocznie. Niech zobaczy ten wymarzony Akropol czy co tam chciała zwiedzić - pomyślała Róża, czując się bardzo wielkodusznie. - W jakimś sensie wszystkie go zobaczą, bo przecież przywiezie zdjęcia, opowieści... Żeby tylko zamiast tego nie przywiozła złamanego serca...".
3.
Był już synem znanego aktora, księdzem, zapoznanym geniuszem, wynalazcą, poetą, malarzem na miarę Leonarda (w kryzysie twórczym), nawróconym narkomanem, mistrzem sztuk walki, nawet demonem. Czuł, że potrzebuje oczyszczenia. Czegoś ożywczego, świeżego. Potrzebuje stać się aniołem. A może nawet archaniołem.
Musiał tylko znaleźć swoje lustro.
I właśnie dlatego przyjechał do Częstochowy.
Spokojnie, bez pośpiechu, posilał się w barze. Grupy pielgrzymkowe szły jedna za drugą. Słyszał ich śpiewy, piski megafonów, okrzyki. Wiedział, że najpierw idą pod obraz, tam za duży ścisk. Msza na wałach dopiero o 12:30. Czekał.
4.
- Idźcie w pokoju Chrystusa! - zaśpiewał diakon. Jeszcze pieśń na zakończenie i ludzie powoli, niechętnie, zaczęli się zbierać.
Uwagę Róży zwrócił długowłosy chłopak klęczący na wilgotnej trawie. Zapatrzony w Jasną Górę cały zatopił się w modlitwie.
"Jakby nic innego nie istniało - pomyślała. - Tylko on i Bóg. Może powierza jakąś trudną sprawę?".
Szybko dołączyła swoją modlitwę do jego intencji, jakakolwiek by była. Skoro tak żarliwie o coś prosi...
Fala pielgrzymów niosła ją coraz bliżej niego. Dzieliło ich może kilkanaście metrów, gdy chłopak wstał z klęczek, ciągle jeszcze wpatrzony w Jasną Górę. Dostrzegła mokre ślady na jego kolanach. Szybko przeniosła spojrzenie na koleżanki.
- Co zrobicie po przyjeździe do domu? - zapytała. Nie będzie się gapić. Gdyby przypadkiem zauważył, umarłaby ze wstydu.
Zaczęły coś ze swadą opowiadać, jedna przez drugą, a ona nie mogła się powstrzymać, by raz jeszcze nie zerknąć. I wtedy... ich spojrzenia się spotkały, a on nieśmiało się do niej uśmiechnął.
Zawstydziła się. W pierwszej chwili opuściła wzrok, a potem odpowiedziała pytającym, trochę ukradkowym, spojrzeniem.
- To niesamowite - szepnął, gdy podeszła na tyle blisko, by usłyszeć. - Przecież ja ciebie znam!
Zatrzymała się.
- Pewnie mi nie uwierzysz - wybąkał - ale śniłaś mi się, i to kilka razy.
Uniosła brwi.
- Przepraszam - rzekł ze skruchą. - Ale musiałem... Kiedy cię zobaczyłem... Pewnie mi nie wierzysz... Trudno się dziwić, to strasznie głupio brzmi. Pewnie...
- Różne rzeczy się ludziom śnią. - Wzruszyła ramionami. - Dlaczego miałbyś kłamać?
Poczuła lekkie rozczarowanie. Chyba się pomyliła. Zdaje się, że to miejscowy podrywacz. Nie chciała jednak spławiać go tak obcesowo, jak to potrafiła Jaśmina. Przecież sprawiłaby mu przykrość.
- Ojej! - zakłopotał się. - Nawet się nie przedstawiłem. Jestem Ariel.
- Ariel? - powtórzyła, jakby była mało rozgarnięta. Ale zaskoczył ją i zaintrygował niezwykłym imieniem. Natychmiast poczuła z nim coś w rodzaju wspólnoty duchowej. Imiona w jej rodzinie też nie należały do pospolitych.
- Mój ojciec był profesorem literatury angielskiej - wyjaśnił. - Uwielbiał Szekspira.
Poczuła się nieco bezpieczniej. Naukowcy to często zwariowani ludzie. Lubiła takich. Coś z tego zwariowania udziela się zwykle dzieciom. Zapragnęła dowiedzieć się czegoś więcej o ojcu Ariela.
- Był? - zapytała.
Przez jego twarz przemknął cień.
- Niestety. - Westchnął. - Miałem osiem lat, kiedy zmarł. Skutki internowania.
Zapadło ciężkie milczenie, które przerwał Ariel.
- A ty? - zapytał. - Jak masz na imię?
- Róża.
- To naprawdę niezwykłe. Róża... Pasuje do ciebie idealnie! Ty naprawdę jesteś jak kwiat. O proszę! Jeszcze przed chwilą wyglądałaś jak róża herbaciana, masz taki niesamowity kolor włosów, a teraz bardziej przypominasz pąsową różę. Godzina pąsowej róży. Czytałaś?
- Nie. - Zawstydziła się jeszcze bardziej. - Przepraszam, muszę już iść.
Przybrał minę zbitego psa.
- Czy mogę cię odprowadzić? Dokąd idziesz?
Sama nie wiedziała, czy chce, by jej towarzyszył.
- Ojej! - Nerwowo zerknęła na komórkę. - Muszę zaraz odebrać bagaż. Miło było cię poznać! Cześć!
5.
"Przecież takie rzeczy się nie zdarzają" - myślała Róża, idąc z Arielem w kierunku dworca. Czy to możliwe, by mu się przyśniła? I czemu właśnie ona? A jeśli to naprawdę znak? Jeśli Ariel jest odpowiedzią na jej modlitwę? Dlaczego zatem czuje taki zamęt w duszy?
Nie wydaje się niebezpieczny. Ile może mieć lat? Chyba nie więcej niż dwadzieścia parę. Typ włóczykija. Połatane spodnie, długie włosy związane w luźny kucyk, miła, szczera twarz, ładny, trochę nieśmiały uśmiech. Wydaje się sympatyczny. I taki... przyjacielski. Miała wrażenie, jakby znali się od dawna albo chociaż jakby razem przeszli tych trzysta kilometrów.
Szybko zerknęła, czy chłopak nie ma na rękach śladów po ukłuciach, ale raczej nie. Zresztą, mimo noszenia się w trochę hippisowskim stylu nie wyglądał na narkomana.
Miał w sobie coś... braterskiego. Budził w niej poczucie bezpieczeństwa i uczucia bardziej siostrzane niż... niż jakieś inne. Zawsze chciała mieć starszego brata, a nie plejadę nieznośnych sióstr.
Gdy pożegnała się z nim na błoniach, nie narzucał się. Odszedł w stronę Jasnej Góry i tyle go widziała. Nawet zrobiło się jej trochę żal. Bo jeśli naprawdę mu się śniła? Może tuż obok przeszła wielka miłość, a ona od niej uciekła? Kiedy wreszcie nauczy się odważnie stawiać czoła temu, co niesie życie?
A potem spotkała go znowu. Przypadek? Przecież nie mógł wiedzieć, że po drodze na dworzec Róża nagle postanowi iść na lody. Ona sama tego nie wiedziała. To był impuls. Zobaczyła drogowskaz i poczuła, że koniecznie musi kupić sobie chociaż jedną gałkę. Zastopowało ją na widok długiej kolejki. I wtedy zauważyła, że ktoś do niej macha. Ariel.
- Zająłem ci miejsce - rzekł.
- Skąd wiedziałeś, że przyjdę?
- Przeznaczenie? - Uśmiechnął się tajemniczo. A potem zaproponował, że zaniesie jej plecak na dworzec. Nie mogła się nie zgodzić. Potwornie ciążył.
Przechodzili koło jakiegoś baru, gdy Róża poczuła, że ktoś jej się przygląda. Ponury mężczyzna o zupełnie białych włosach mierzył wzrokiem to Ariela, to ją. Miał w spojrzeniu... coś, co ją przeraziło. Zrobił taki ruch, jakby chciał podejść w jej kierunku, ale wtedy Ariel zaproponował, by przeszli na słoneczną stronę ulicy.
- Widziałeś tego człowieka? - zapytała.
- Kogo?
- Tam przy barze, pod drzewem.
Odwrócił się i rozejrzał.
- Nikogo nie widzę.
Odwróciła się i ona. Mężczyzna zniknął.
Minęli zaparkowany przy krawężniku radiowóz i skręcili w ulicę prowadzącą w kierunku stacji. Tłum gęstniał. Znajdowali się już przy samym dworcu, gdy Róża dostrzegła koleżanki, z którymi miała wracać do Torunia. One jeszcze jej nie zauważyły. Stały zagadane, jedząc frytki. Zatrzymała się. Jakoś nie miała ochoty pokazywać chłopaka znajomym.
- Róża... - zaczął cicho i zamilkł, przygryzając wargi. - Czy... - zawahał się. - Czy musisz już jechać do domu?
- Następny pociąg mam za kilka godzin, ale wolałabym nie wracać tak późno. Poza tym w grupie zawsze raźniej.
Ruszyli dalej, pozwalając nieść się fali pielgrzymów. Dochodzili już na peron, gdy Ariel znowu się odezwał:
- Spotkamy się jeszcze?
- Nie wiem. Zadzwoń, gdybyś kiedyś przypadkiem wybierał się w okolice Torunia.
- A gdybym tak wpadł na twoją osiemnastkę, to co? Wyrzuciłabyś mnie czy zaprosiła?
Wybuchnęła śmiechem.
- Może bym i zaprosiła - odpowiedziała. - Ale niestety osiemnastkę wyprawiałam w zeszłym roku.
- Poważnie?! - wykrzyknął.
Róży nagle przemknęło przez głowę, że może Ariel jest od niej młodszy. Nie wyglądał, ale pozory mylą. Lepiej przekonać się od razu, niż robić sobie niepotrzebne nadzieje.
- Naprawdę! Już nawet dziewiętnastkę wyprawiałam. W marcu. A ty?
- No, ja też. - Popatrzył na tablicę odjazdów. - Nie pojechałabyś ze mną do Łagiewnik? - zapytał nieoczekiwanie.
Tego się nie spodziewała. Zawsze chciała odwiedzić to miejsce. Była tam raz, ale lata temu i niewiele pamiętała. Tylko jak potem wróci do domu?
- Mogłabyś przenocować u sióstr - powiedział, jakby czytał w jej myślach. - Załatwię ci nocleg. A jutro rano odprowadzę cię na pociąg do Torunia. Obiecuję. - Widząc, że wciąż się waha, dodał: - Może zapytaj rodziców?
- Jestem pełnoletnia - burknęła, ale już sięgała po komórkę. - Uprzedzę ich tylko, żeby tata nie czekał niepotrzebnie na dworcu.
Zaczęła wybierać numer, ale zrezygnowała.
- Nie, Ariel. Miło było cię poznać, tylko... chyba muszę już wracać. Gdybyś przejeżdżał kiedyś przez Toruń, to mnie odwiedź. Mogę prosić o plecak?
Stał ze spuszczoną głową i wyglądał tak żałośnie, że jej serce natychmiast stopniało.
- Może innym razem? - dodała szybko. - Mógłbyś wpaść do mnie, choćby nawet w przyszłym tygodniu, i wtedy byśmy pojechali? Zabierzemy moje siostry, może jeszcze jakichś znajomych... Daleko mieszkasz?
Pokręcił głową.
- Ariel, zrozum... Prawie dwa tygodnie nie byłam w domu. Muszę się umyć, oprać... No, sorry, ale naprawdę muszę wracać.
- Wcale nie musisz. Boisz się mnie? Pewnie sobie teraz myślisz: przyczepił się do mnie jakiś wariat, który wierzy w sny...
Żachnęła się.
- Nie zaprzeczaj - ciągnął smutnym głosem. - Wiem, że jesteś dobra i każdemu chciałabyś nieba przychylić, nawet komuś takiemu jak ja, ale nie okłamuj mnie. Chociaż nie... - Podszedł bliżej i zajrzał jej w oczy. - Ty nie potrafiłabyś skłamać. Z pewnością w domu czekają na ciebie ważne obowiązki...
- Nie - odrzekła odruchowo. - Mam jeszcze wakacje.
- A więc mogłabyś mi pomóc! - ucieszył się.
- Pomóc?
- Nie chciałem ci tego mówić... - Opuścił głowę, westchnął. - Chodź, usiądziemy gdzieś z boku, dobrze? Tu jest za duży tłok. Albo może... - Zerknął na tablicę. - Chodź, kupimy bilet do Łagiewnik, a ja ci wyjaśnię wszystko w pociągu, dobrze?
6.
Koła stukały monotonnie, usypiająco, ale Róża nie spała. Spod przymkniętych powiek obserwowała Ariela. Biedny chłopak... I jaki dzielny! Inny już dawno by się załamał albo złorzeczył Bogu, a on nie. A przecież jest taki młody. Za młody, by umierać.
Wymacała w kieszeni różaniec i zaczęła dyskretnie przesuwać paciorki.
"Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Przecież jeśli chcesz, możesz go uzdrowić! On tak mocno wierzy, że zdarzy się cud... i odpuść nam nasze winy...". Jak mogła być tak egoistyczna i przedkładać chwilowy komfort, perspektywę spania we własnym łóżku, nad pomoc bliźniemu? Wyraźnie dawał do zrozumienia, że jest mu potrzebna. A ona była jak ślepa i głucha.
"Zdrowaś Mario, łaskiś pełna...". Powinna mu to jakoś wynagrodzić. Ale jak? On tak niewiele potrzebuje. Chciał tylko, aby go odprowadziła do Łagiewnik. Jak on mocno wierzy, że tam właśnie uprosi dla siebie cud. Biedak, bał się jechać sam, bo gdyby nagle stracił przytomność, kto się nim zajmie? Czy wszystko z nim w porządku? Patrzy przez okno, ale pewnie też się modli... Skąd te myśli, że może Ariel coś knuje? Na pewno nie ma złych zamiarów, skoro tyle razy jej przypominał, by uprzedziła rodziców.
"Jedziemy jeszcze do Łagiewnik, nocujemy u sióstr, a jutro rano mam z Krakowa pociąg. Będę pod wieczór" - powiedziała. Poczuła się nieswojo na wspomnienie owego "jedziemy", chociaż mówiła prawdę. No fakt, rodzice są przekonani, że jest w większej grupie, ale przecież nie skłamała? Zresztą Jaśmina też zataiła, że jedzie do Grecji z chłopakiem.
7.
W Łagiewnikach Ariel zaczepił młodą siostrę, jeszcze w białym welonie, i poprosił o wskazanie darmowego noclegu.
- Jedziemy z Częstochowy - wyjaśnił. - Z pieszej pielgrzymki, ale było nam mało i chcieliśmy jeszcze odwiedzić świętą Faustynę. Tak bardzo nam na tym zależy. Tylko wie siostra, jak to jest... Choć w kieszeni pusto, lecz dusza bogata. - Podniósł na nią szczere spojrzenie, uśmiechając się nieśmiało, acz z ufnością.
- Tak, oczywiście, dla ciebie - zakonnica uśmiechnęła się do Róży - na pewno coś się znajdzie, ale... - zawahała się, rzucając Arielowi zakłopotane spojrzenie. Nie czekał, aż dokończy myśl.
- Mną proszę się nie martwić - uspokoił ją czym prędzej. - Chciałem tylko, by Róża czuła się bezpiecznie. Pociąg ma dopiero jutro, a w nocy w Krakowie... Nie wiadomo na kogo można się natknąć.
- Oczywiście, oczywiście - przytaknęła siostra. - Ale gdzie ty będziesz spał? - zafrasowała się.
- A kaplica wiecznej adoracji jest otwarta? Mam bardzo poważną intencję do wymodlenia.
Spojrzała z podziwem.
- Ale chyba nie przez całą noc?
- To naprawdę ważna intencja.
- No cóż... Ale gdybyś...
- Dla mnie to nie pierwszyzna. - Uśmiechnął się. - Pielgrzymki hartują.
Siostra patrzyła z wyraźnym ukontentowaniem. Ariel tymczasem zwrócił się w stronę Róży, nalegając, by koniecznie zawiadomiła rodziców, że dotarła szczęśliwie.
Kiedy rozmawiała, namówił siostrę, by oprowadziła ich po sanktuarium, co ta bardzo chętnie uczyniła. Nie tylko pokazała wszystkie zakamarki, ale zakończyła wycieczkę w refektarzu i poczęstowała oboje kolacją.
- Jejku - powiedziała Róża, smarując sobie czwartą kromkę. - Nie wiedziałam, że jestem taka głodna. W ogóle zapomniałam o jedzeniu!
- Jedzcie, jedzcie - zapraszała siostra. - Wiem, jak to bywa na pielgrzymkach, sama chodziłam. Czasem człowiek nie może patrzeć na jedzenie, ale zdarza się, że cały dzień idzie o suchym py... na głodnego. Proszę, częstujcie się. Jak zabraknie, to dołożę.
- Głodnych nakarmić, spragnionych napoić - zacytował Ariel z uśmiechem. On sam jadł niewiele, jakby z przymusem, choć nie wybrzydzał.
- Podróżnych w dom przyjąć - zakończyła zakonnica. - Już się najadłaś? - zwróciła się do Róży, która odstawiła pustą szklankę i odsunęła talerz. - No to chodź, pokażę ci, gdzie będziesz spać. A ty, Ariel, spokojnie sobie jedz. Jak wrócę, zaprowadzę cię do kaplicy krótszą drogą.
Róża była zaskoczona, gdy okazało się, że dostanie pokój gościnny. I to z łazienką. Nie spodziewała się takiego luksusu.
- Przecież mam karimatę i śpiwór - powiedziała z zakłopotaniem. - Wystarczyłby kawałek podłogi.
- Gdyby to było jutro, musiałby wystarczyć - odparła rzeczowo siostra. - Ale akurat pokój się zwolnił. Jest tylko problem z pościelą...
- Mam śpiwór. Nie potrzebuję nic więcej.
- No to świetnie. O której cię jutro obudzić?
- Przed szóstą? Tak, żebym zdążyła na mszę.
Pierwsze, co zrobiła, gdy została sama, to weszła pod prysznic. Nie na każdym postoju miała tę możliwość. Jak dobrze zmyć z siebie brud i kurz tylu kilometrów! Przeprała najwygodniejszy podkoszulek, bluzę, skarpetki i bieliznę. Właściwie nie musiała tego robić, jutro przecież i tak wrzuci wszystko do pralki, ale o wiele przyjemniej przejechać te ostatnie pięćset kilometrów w czystym ubraniu niż w klejących się, przepoconych ciuchach.
Rozłożyła śpiwór i już miała wsunąć się do środka, gdy przypomniała sobie o Arielu. Ona będzie sobie tu wygodnie spać, a on całą noc na kolanach? Zawstydziła się. Wciągnęła spodnie na piżamę i postanowiła dołączyć do niego chociaż na godzinę. Dłużej pewnie nie da rady, już teraz usypiała na stojąco.
W kaplicy zastała dwie siostry w białych welonach, jedną w czarnym, trzy dziewczyny mniej więcej w jej wieku i brodacza w ciemnym polarze. Ariela nie było.
Czwartek, 31 lipca 2008
1.
- No, ja rozumiem, że Irga nie idzie - westchnęła Róża. - Ale że ty?
Jaśmina przerwała pakowanie plecaka.
- Znowu zaczynasz? - burknęła.
- Nie, nic - wycofała się tamta. - Miałam tylko nadzieję... Zawsze chodziłyśmy razem...
- Rózia... - warknęła Jaśmina ostrzegawczo.
- Nie mów do mnie Rózia!
- A ty daj mi spokój. Nie mogę cię całe życie niańczyć. Zdałaś podobno egzamin dojrzałości. Zacznij żyć na własny rachunek, OK?
- No to może bym pojechała z wami?
Siostra westchnęła.
- Czy ja naprawdę nie mogę choć trochę czasu spędzić z dala od tego babińca? - Wcisnęła do plecaka śpiwór, dopchała kolanem i zaciągnęła paski. - Zrozumiałabym, gdyby młode tak się mnie uczepiły. Ale ty?
Róża nie odpowiedziała. Podeszła do okna, by ukryć łzy. Dlaczego Jaśmina tak ją traktuje? Tyle lat były nierozłączne, nawet kiedy chodziły do różnych szkół. Dopiero gdy Jaśka poszła na studia... I to gdzie? Aż do Warszawy. Ta jej niefrasobliwość... W domu się nie przelewa, a takie studia przecież kosztują. Z ojca też biznesmen jak...
Jeśli już nie mogła w Toruniu, to dlaczego nie składała papierów do Bydgoszczy? Albo do Poznania? Mogłaby mieszkać u babci w Gnieźnie. Egoistka! A mimo to wszyscy koncentrują się na niej. Bo na medycynie, bo dostała się za pierwszym razem, te swoje egzaminy zalicza prawie mimochodem... Nie to co... tępa Róża bez kolców. Nawet ta matura zdana ledwo, ledwo, a Jaśka oczywiście na samych piątkach. I nikt nie doceni, że jednak zdana, choć kosztowało to tyle wysiłku i stresów, i nieprzespanych nocy... I te uśmieszki ciotek: "A Różyczka na co się wybiera? Po ogrodniczej, to pewnie na architekturę krajobrazu?". Stare raszple. Jakby nie można było zaraz po maturze iść do pracy. Ktoś doceni, że chce już zacząć zarabiać? Odciążyć rodziców? Nawet mama... Niby nie namawia, ale to jej: "Idź na studia albo chociaż do policealnej. Młodość sobie przedłużysz". Pewnie w głębi duszy żałuje, że ma takiego dziwoląga w domu.
Poczuła obejmujące ją ramię starszej siostry.
- Przepraszam - szepnęła Jaśmina. - Ale wiesz... Samochód Maksa będzie zapakowany po sam dach, nie zmieściłabyś się. No i poza mną i Edytą nikogo nie znasz... Naprawdę chcesz z nami jechać? Czemu nie powiedziałaś w czerwcu, kiedy kompletowaliśmy ekipę?
- A pytałaś?
- Tyle mówiłaś o tej pielgrzymce, że musisz podziękować za maturę... No i chodzisz co roku, myślałam...
- No tak - mruknęła Róża z goryczą. - Ty nie musisz dziękować za egzaminy.
- Daj spokój! Pewnie, że muszę. I dziękuję! Ale popatrz... Taka okazja drugi raz się nie trafi. Chłopak Aśki Widelec ma wuja, który...
- A co mnie obchodzą jakieś widelce! - przerwała Róża. - Jedź, należy ci się - dodała z przekąsem.
- Różka... No powiedz, nie skorzystałabyś z takiej okazji? A może i trochę nawet zarobię?
- A może i trochę nawet zarobisz. - Gorycz w jej głosie jeszcze się nasiliła. - Ale że wszystko wydasz po drodze, to pewne.
- Róża, to nie tak. Przywiozę ci coś z Grecji, słowo honoru! Co byś chciała?
- Jak z tamtej zabawy mikołajkowej?
- No wiesz! To chwyt poniżej pasa. Przecież to było piętnaście lat temu!
- Czternaście.
- Nieważne, miałam wtedy sześć lat! Oddałam ci potem te słodycze z procentem. Ile mi jeszcze będziesz wypominać?
- No, jak tam, moje krzewuszki cudowne? - usłyszały głos ojca, który właśnie wszedł do pokoju. - Jaśminka spakowana? Pośpiesz się, pociąg nie zaczeka.
- Oj, tato! - Roześmiała się. - Mam jeszcze godzinę. Pieszo bym doszła.
- A skąd wiesz, że nie będziesz musiała? Dziś rano, jak zawoziłem iglaki do klienta, coś stukało i rzęziło w silniku. Pewnie znów jakaś część do wymiany. A jeszcze Edytę musimy zgarnąć po drodze. Z dworca was ktoś odbierze?
- Nie trzeba, to blisko.
- Ale późno! Dwie młode i ładne dziewczyny, same...
- Nie same. - Jaśmina pochyliła się nad plecakiem, udając, że sprawdza zapięcia. - Jedzie z nami kolega, umówiliśmy się na dworcu.
- No, chyba że tak. Który kolega?
- Romek. Wspominałam ci o nim.
- Romek... Romek... Bywał u nas?
- On mieszka na drugim końcu Torunia. Zresztą kiedy miałby bywać? Jak ktoś studiuje w Warszawie, to gdy przyjeżdża, chciałby się przede wszystkim nacieszyć rodziną, prawda?
- Kolega z roku? - domyślił się ojciec.
- Z duszpasterstwa od Dominikanów - odpowiedziała szybko.
- Aha - uspokoił się - no to kończ pakowanie, a ja idę odpalać staruszka. To trochę potrwa.
- Z duszpasterstwa - syknęła Róża, kiedy zostały same. - To ja już rozumiem, czemu mi nie zaproponowałaś wyjazdu. Gdyby tato wiedział, że jedziesz do tej Grecji z chłopakiem...
- Nie z chłopakiem, tylko ze znajomymi - burknęła Jaśmina, usiłując ukryć rumieniec. - Poza tym, to nie jest mój chłopak.
"Był - dodała w myślach. - Był, ale już nie jest".
- A-ha! - Róża wzięła się pod boki, uważnie lustrując siostrę. - Znowu ten przystojniak, do którego wzdychasz już drugi rok? "Znamy się tylko z widzenia" - przedrzeźniała. - "Spotkałam go znowu w pociągu". Czemu mi kłamałaś, że to już nieaktualne? I czemu okłamujesz tatę?
- Wcale nie okłamuję! - zaperzyła się Jaśmina.
Róża podeszła bliżej. Chociaż młodsza o rok i dwa miesiące, była wyższa od siostry prawie o głowę. Mogła więc popatrzeć na nią z góry.
- Wiesz co? - wycedziła. - Niby jesteś taka mądra, najmądrzejsza z nas wszystkich, do szkoły poszłaś rok wcześniej, zapowiadasz się, jak to mówi ciotka Renia, a dajesz się wodzić za nos zwykłemu podrywaczowi!
- Wcale mu się nie daję wodzić za nos. - Jaśmina aż przybladła ze złości. - Tamto to już przeszłość. Już dawno się wyleczyłam. Teraz... teraz po prostu się kolegujemy.
- Uhm. Jak kura z lisem! Jaśka... - Róża popatrzyła z troską na starszą siostrę. - Po tym, jak cię puścił w trąbę...
- To ja zerwałam - nie dała jej dokończyć. - Zresztą... między nami nic nie było. Uroiłam coś sobie i tyle. A przez ostatni rok... - głos jej leciutko zadrżał - on w ogóle się mną nie interesował. Nie-ak-tu-al-ne. Masz przestarzałe dane.
- Tak? To czemu jedziesz z nim do Grecji?
- Ze znajomymi. Nie zrezygnuję z fajnego wyjazdu tylko dlatego, że Romek też z nimi jedzie.
- A ja jestem ciekawa, jak to możliwe, że nadal trzymacie się razem. Macie wspólnych znajomych i tak dalej. I ciągle się "przypadkiem" widujecie. I chyba nawet wiem.
Zza okna dobiegł dźwięk klaksonu.
- Muszę lecieć! - Jaśmina chwyciła plecak. - Różka, to naprawdę nie tak...
I wybiegła. Ale jeszcze wsadziła głowę przez okno.
- Do zobaczenia we wrześniu! - zawołała wesoło. - I niech ci się dobrze idzie na tej pielgrzymce. Pozdrów ode mnie Matkę Bożą, jak już dojdziesz!
Pojechali. Róża zerknęła na zegarek. Za pół godziny jej lekkomyślna siostra wsiądzie do pociągu i nie będzie jej ponad miesiąc. Jest taka zakochana w tym chłopaku, chociaż w życiu się do tego nie przyzna. Nawet przed sobą. To niebezpieczne. Przystojni faceci w ogóle są niebezpieczni. A już zwłaszcza ten. Jaśka sama mówiła, że to podrywacz. Na pewno chodzi mu tylko o jedno. Przecież niemożliwe, żeby Jaśmina mu się podobała. Niewysoka, włosy w nieokreślonym kolorze, jak mokry piach, do tego okularnica...
"Wszystkie jesteśmy takie brzydkie - pomyślała z rozpaczą. - To złośliwość ze strony rodziców, powinni byli zrezygnować już przy Jaśminie, a oni powołali na ten świat aż pięć brzydkich córek! Jedyne wyjście to zamknąć się w jakimś klasztorze, gdzie nikt nas nie będzie oglądał".
Ledwo to pomyślała, stanęły jej przed oczami te wszystkie góry, lasy i morskie plaże, których nie zdążyła jeszcze zobaczyć i które już na zawsze zostałyby poza jej zasięgiem. Nie. Klasztor nie. A w każdym razie nie teraz. Już lepiej jakaś pustelnia gdzieś w górach. Albo na bezludnej wyspie. O! To by było to! Tylko... tak... samej?
Ech, ta Jaśmina! Dziś nocuje na tej swojej stancji. W wakacje przecież nie płaci, a może przenocować? Podejrzane. I od kiedy stancja kosztuje mniej niż akademik? Niby tłumaczyła, że mieszka z koleżankami, że w innych pokojach też są po dwie, trzy osoby i dlatego opłaty za czynsz się rozkładają, że przecież jedną z wynajmujących jest Edyta Rejewska, córka wujka Tomka i cioci Basi, ale Róża wiedziała swoje. Coś tam było nie w porządku. No i na tej samej stancji mieszkają też chłopcy! Dziwne, że rodzice nie widzą w tym nic niestosownego. Może powinna im powiedzieć? Bo dałaby sobie rękę uciąć, że jednym z nich jest ten cały Romek.
A jutro rano pakują się do samochodu jakiegoś Maksa i jadą sobie do Grecji. Tak po prostu. Najpierw mają pracować w knajpie, a potem będą zwiedzać.
Poczuła ukłucie zazdrości. A może tylko żalu? Chciała iść na pielgrzymkę, lubiła tę atmosferę, nawet pęcherze na stopach, obnoszone jak trofea, miały swój urok. Nawet gdy szło się w deszczu czy gradzie. Potem było co wspominać! Tylko... miała nadzieję, że będzie mogła te przeżycia dzielić z kimś bliskim. I nagle odkryła, że nie ma już bliskich. Jaśmina wyjechała, Irga też... Rodzice również nie pójdą, bo tato musi pilnować biznesu, a mama łata dziurę w budżecie, dorabiając jako wychowawczyni na koloniach. Dobrze, że młode dzięki temu spędzą wakacje nad morzem.
Róża westchnęła. Tak bardzo lubi morze, ale w tym roku chyba go nie zobaczy. Choćby zimnego Bałtyku. A Jaśmina pojechała do Grecji...
Czwartek, 14 sierpnia
1.
Róża obudziła się przed piątą. Pielgrzymkowe przyzwyczajenie. Podśpiewując, wskoczyła pod prysznic, a potem włożyła czyste, jeszcze lekko wilgotne ubranie. Zapowiadał się piękny dzień.
Przy kolacji opowieściom nie będzie końca. Młode chyba nadal są u babci, Irga na rekolekcjach, a Jaśmina w Grecji, więc będzie miała rodziców tylko dla siebie. Na pewno szczegółowo ją wypytają o przygody, a potem pewnie wszystko jeszcze kilka razy powtórzy, kiedy zaczną wracać siostry.
Lubiła atmosferę końca wakacji, gdy każdy miał tyle do opowiedzenia i pokazania. W ciągu roku szkolnego nieraz ścierała się i z siostrami, i z rodzicami, ale teraz czuła, jak bardzo się za nimi wszystkimi stęskniła.
"Tak - pomyślała. - Wakacje właśnie po to są. By od siebie odpocząć i mocno się za sobą stęsknić".
Kończyła pakować plecak, gdy zapukała zakonnica. Ta sama co wczoraj.
- Już wstałaś - stwierdziła z aprobatą. - O której masz pociąg?
- Po dziewiątej. Ale nie kupiłam jeszcze biletu.
- To zdążysz przed wyjazdem zjeść śniadanie. Zapraszam po mszy.
Kiedy Róża weszła do kościoła, zauważyła, że Ariel już tam jest. Klęczał w smudze światła i wyglądał, jakby żywcem zszedł ze świętego obrazu. Brakowało mu tylko skrzydeł.
Poczuła wstyd. Od samego rana tak się cieszyła na powrót do domu, że nie poświęciła Arielowi ani jednej myśli. Mało tego! W gruncie rzeczy była zadowolona, że gdzieś zniknął.
Uklękła obok niego, ale zdawał się jej nie zauważać. Dopiero kiedy msza dobiegła końca i wyszli z kaplicy, powiedział, patrząc na nią z uśmiechem:
- Dziękuję, Różo. Dzięki tobie przeżyłem najcudowniejsze chwile w moim życiu. I wiesz... Mam wrażenie, że zostałem wysłuchany. Dzięki tobie. Dzięki twojemu poświęceniu. Nie zaprzeczaj. Po tylu dniach pielgrzymowania należał ci się odpoczynek, a jednak zrezygnowałaś z niego. Jesteś naprawdę niezwykłą dziewczyną.
2.
Pokrzepieni na duchu i ciele (śniadanie było obfite, a siostry dały im jeszcze kanapki na drogę) jechali tramwajem w stronę dworca. Choć mieli mnóstwo czasu, Róża wolała wyruszyć wcześniej, obawiając się kolejek przy kasach. Rozpierała ją radość. Nie wiedziała, z czego tak się cieszy, ale czuła się, jakby właśnie zdała maturę na samych piątkach i uczestniczyła w przyjęciu wydanym na swoją cześć.
A równocześnie czuła skrępowanie czy może zakłopotanie? Jakby przyjmowała pochwały należne komu innemu.
I żal. Bo zaraz wsiądzie do pociągu i nie wiadomo kiedy znowu zobaczy Ariela. Obiecał, że będzie pisał, może nawet czasem zadzwoni, ale czy można ufać takim wakacyjnym obietnicom?
Nawet perspektywa wieczornego spotkania z rodzicami już jej tak nie pociągała. Bo o tym jednym, najniezwyklejszym przeżyciu im nie opowie. Nie dlatego, żeby się czegoś wstydziła. Po prostu nie znajdzie właściwych słów. To tak, jakby opowiadać o morzu komuś, kto całe życie nie widział niczego większego niż kałuża. Nie zrozumieją. Pomyślą, że po prostu się zadurzyła. Że zauroczył ją jakiś chłopak, który tylko jej wydaje się niezwykły. A przecież Ariel naprawdę taki jest. Który chłopak w jego wieku spędziłby tyle czasu na modlitwie? Tak wierzył? Wytrwał w kaplicy całą noc? Robiło mu się słabo, to wychodził na trochę, ale potem znów wracał. Walczył i... zwyciężył. Jak Jakub z aniołem. I do tego taki sympatyczny, taki szczery... I niespecjalnie przystojny. Ale miał w sobie coś ujmującego.
Nagle przez jego twarz przebiegł grymas bólu. Wstał.
- Przepraszam, muszę wysiąść - szepnął.
- Co się stało?
- Nic, jedź, bo nie zdążysz. - Stanął przy drzwiach, z całej siły ściskając uchwyt. Opuścił głowę.
Chwyciła oba plecaki i podeszła do niego.
- Źle się czujesz?
- Nic takiego... Czy... Czy mogłabyś mnie odprowadzić... do... szpitala?
Tramwaj stanął na przystanku. Ariel natychmiast wysiadł. Róża wygramoliła się za nim.
- Może zadzwonię po pogotowie? - Sięgnęła po komórkę.
- Ani się waż! - syknął. - Każą ci płacić za nieuzasadnione wezwanie albo dadzą mi pavulon. Nie wiesz, jak teraz jest? - Wziął kilka głębokich oddechów i uśmiechnął się. - Już mi trochę lepiej. Musiałem wyjść na powietrze. O! Tam jest ławka. Posiedzę chwilę i zaraz dojdę do siebie. A ty jedź, bo nie zdążysz. Przepraszam, że nie odprowadzę cię na dworzec, ale...
- No chyba nie myślisz, że cię teraz zostawię? - zaprotestowała gwałtownie.
- Ucieknie ci pociąg - przypomniał.
- Mam jeszcze masę czasu.
- Ale ja powinienem zgłosić się do szpitala...
- Do którego?
- Wszystko jedno, tam, gdzie znajdzie się miejsce. To potrwa, więc lepiej jedź od razu. Ja jeszcze chwilkę sobie posiedzę i jakoś dojdę...
- I przyjmą cię tak bez skierowania?
- Mam skierowanie. No... Leć. Cieszę się, że cię poznałem.
Róża przez chwilę wpatrywała się w zegar w komórce, walcząc ze sobą. I było jej wstyd, że się w ogóle zastanawia. Przecież wiedziała, co powinna zrobić.
Wybrała numer rodziców.
- Cześć, tato! To ja!
- Witaj, krzewuszko, już do nas jedziesz? O której odebrać cię z dworca?
- Pociąg odjeżdża dopiero po dziewiątej, ale... Chciałabym jeszcze zostać. Przyjadę tym wieczornym. W Toruniu będzie jutro rano...
- Wolałbym, żebyś nie jeździła nocnym - przerwał ojciec.
- No to może popołudniowym z przesiadką? Jeszcze nie wiem. Zadzwonię, jak już wsiądę do pociągu. A teraz muszę kończyć, bo baterii szkoda. Pozdrów mamę! Cześć.
Baterię naładowała u sióstr, ale zauważyła, że Ariel osuwa się na postawiony na ławce plecak. Schowała komórkę i podbiegła do niego.
Otworzył oczy, gdy wzięła go za rękę.
- Wszystko w porządku - szepnął. - To zaraz minie.
3.
Róża czuła się straszliwie zmęczona. Nie wiedziała, który to z kolei szpital. Piąty? A może dziesiąty albo setny? Mieszały się jej ulice, szpitale, kliniki, ciążył plecak. Miała ochotę położyć się w jakimś kącie i tak zostać. Co za kraj! W każdym szpitalu powtarzał się ten sam scenariusz. Ariel wchodził, polecając jej zostać z bagażami. Znikał na jakiś czas, po czym wychodził, oznajmiając, że nie mają miejsc, ale radzą iść do innego szpitala na ulicy takiej to a takiej. Więc szli lub jechali na ulicę taką to a taką, Róża znów czekała z plecakami i znów okazywało się, że brak miejsc. Początkowo prosiła Ariela, by mogła mu towarzyszyć na izbie przyjęć. Jakoś pomóc mu przekonać tych bezdusznych urzędników, by go przyjęli, albo przynajmniej dodawać mu otuchy. Ale Ariel nawet słyszeć o tym nie chciał.
- Co ty wiesz o szpitalach? - mówił. - Ja już nie pierwszy raz przechodzę tę drogę krzyżową. Gdybyśmy weszli z takimi bagażami, to w ogóle nikt by nie chciał z nami gadać! Oddałabyś mi niedźwiedzią przysługę.
Róża rzeczywiście nie była specjalnie obeznana w szpitalnych procedurach. Zdała się więc na doświadczenie Ariela.
Pielgrzymowali od szpitala do szpitala, coraz bardziej zmęczeni. W jednym dostał jakieś lekarstwo, po którym poczuł się lepiej. Tak przynajmniej twierdził i rzeczywiście wziął od Róży mniejszy plecak. Dzięki temu miała siłę, by dotrzeć z nim aż tutaj. Wszystko w niej krzyczało, żeby zabrać rzeczy i iść na dworzec, wsiąść do pierwszego lepszego pociągu jadącego w stronę Torunia i uciekać jak najdalej od Ariela i jego problemów. Bardzo się wstydziła tych myśli. Widać jeszcze nie do końca wyzbyła się egoizmu. Zostawić bliźniego w potrzebie? Nie mogła. Nie chciała. I mimo wyczerpania i zniechęcenia ciągle czuła w sobie dość sił, by oprzeć się tej pokusie.
Dzień zbliżał się ku końcowi, jeśli ma zdążyć na pociąg, to Ariela muszą wreszcie gdzieś przyjąć. A jeżeli i tu odprawią go z kwitkiem? Co wtedy? Gościnny pokój u sióstr już zajęty. Zresztą gdzie Ariel by spał?
Zaburczało jej w brzuchu. Jak dobrze, że siostry dały im kanapki. Szkoda tylko, że tak mało. Zjedli już wszystkie. Może w tym szpitalu jest czynny bufet? Gdzie ten Ariel się podziewa? Nie ma go wyjątkowo długo. Czy to dobry, czy zły znak?
O! Idzie! Uśmiechnięty, jakby miał dobrą nowinę.
- Udało się? - zapytała z nadzieją.
- Spotkałem znajomego lekarza - oznajmił, cały czas się uśmiechając. - Znamy się z... nieważne - machnął ręką - długo by mówić. W każdym razie załatwił mi przyjęcie na listopad.
- Na listopad? - zmartwiła się Róża.
- Tak! - potwierdził radośnie. - To przecież tylko trzy miesiące. A na razie - zniżył głos - dał mi taki specjalny lek. On jest jeszcze w fazie eksperymentu, sama widzisz, to jest szpital wojskowy.
Róża była zbyt zmęczona, by widzieć cokolwiek, ale posłusznie spojrzała na tablicę, którą pokazywał. Zgadza się: "5. Wojskowy Szpital Kliniczny z Polikliniką".
- Dostałem go trochę po starej znajomości - nadal mówił przyciszonym głosem - więc się nie wygadaj. Myślę, że to odpowiedź na moje modlitwy. Dziękuję, Różo. Chodź, odprowadzę cię na dworzec. - Wziął większy plecak i zarzucił sobie na ramię. - To niedaleko, jakieś pół godziny drogi. Spokojnie zdążysz.
Szli już dobry kwadrans, kiedy do Róży stopniowo zaczęło docierać, że tym razem to Ariel niesie cięższy plecak. Szedł sprężystym krokiem osoby nawykłej do długich marszów, niezbyt szybko, aby mogła za nim nadążyć. W pewnym momencie zatrzymał się, popatrzył na nią i bez słowa odebrał mały plecak, który niosła.
- Przepraszam - powiedział, ruszając dalej. - Musisz być potwornie zmęczona. I to wszystko przeze mnie.
- Ale ty... Jak się czujesz?
- Doskonale.
Zatrzymała się.
- Jak to? Przecież...
Lekko się uśmiechnął, a potem spojrzał na zegarek.
- Mamy jeszcze trochę czasu. - Podprowadził ją do ławki. - Siadaj. Odpoczniemy chwilę.
Dał jej jakieś pięć minut na dojście do siebie, zanim nachylił się ku niej i powiedział przyciszonym głosem:
- Jak myślisz, dlaczego żołnierze potrafią maszerować kilometrami, a potem jeszcze wziąć udział w bitwie i ją wygrać? Czy sądzisz, że oddziały specjalne jadą na misję, by sypiać po osiem godzin na dobę, jeść trzy razy dziennie i robić lekkie spacerki dla zdrowia?
Kiedy milczała, usiłując zrozumieć, o co mu chodzi, dodał:
- Albo sportowcy. Oglądasz czasem mecze? Zdarza się, że zawodnik mocno oberwie, przewróci się na boisku, ktoś go kopnie, czy sam skręci nogę, biegną do niego lekarze i cała ekipa. Wygląda na to, że los meczu jest przesądzony. Ale jeśli to dobry zawodnik, taki, od którego może zależeć wynik, to po paru minutach wraca na boisko, jakby nigdy nic.
- Do czego zmierzasz? - zapytała wprost, nie mając siły na rozwiązywanie łamigłówek.
- Pewnie cię dziwi, że po tym, co działo się rano, nagle jakby nic mi nie było?
- Chcesz powiedzieć, że to ten niby lek?
- Jesteś bardzo bystrą osobą, Różo. Niby lek. Dobrze to ujęłaś. Rzeczywiście, to, co dostałem od przyjaciela, nie leczy raka. Chociaż... Nie da się wykluczyć, że hamuje rozwój guza. Wyniki nie są jednoznaczne, a jak już mówiłem, badania wciąż trwają. Ale jak sądzisz, w jakiego rodzaju specyfiki wojsko najchętniej zainwestuje? W leki? Czy raczej w coś, co przede wszystkim zapewni żołnierzom sprawność i gotowość bojową?
- Ale... przecież to może być szkodliwe!
Skinął głową.
- A myślisz, że dlaczego ja mam raka?
Popatrzyła na niego szeroko rozwartymi oczami.
Ariel poklepał ją po ramieniu.
- Żartowałem - powiedział, wstając z ławki i zarzucając sobie plecak na ramiona. - No! Musimy iść, jeśli mamy zdążyć.
Róża sama już nie wiedziała, co o tym myśleć.
4.
Dochodzili do dworca, gdy Ariel nagle pociągnął Różę w bok.
- Poczekaj - szepnął. - Coś mi nie pasuje. Trzymaj! - Podał jej mniejszy plecak i ostrożnie wychylił się zza rogu.
- Tak, jak myślałem - mruknął.
Chwycił Różę za rękę i poprowadził do galerii. Wjechali ruchomymi schodami na górę. Ariel stał w pewnej odległości od dziewczyny, rozglądając się czujnie na boki.
- Dobra. - Zrzucił plecak na ławkę i wyciągnął spod klapy stary worek żeglarski, który stanowił cały jego bagaż. Poprawił paski.
- Co się stało? - dopytywała się Róża. - Chowasz się przed kimś? - Czuła się coraz bardziej zdezorientowana.
- Przed kim miałbym się chować? - zaprzeczył, ale nadal podejrzliwie się rozglądał. - Przepraszam, nie spełnię swojej obietnicy.
- Jakiej obietnicy?
- Obiecałem, że cię odprowadzę na pociąg.
- Głupstwo! Przecież trafię.
- No to... do zobaczenia - powiedział to takim tonem, jakby się już mieli nigdy nie zobaczyć.
- Ariel...
Popatrzyli sobie w oczy.
- Idź, bo nie zdążysz.
Pomógł jej nałożyć plecak na stelażu, ten mniejszy wzięła w rękę, dziwiąc się, że ona jest tak objuczona, a Ariel nie ma nic poza workiem żeglarskim. Wcześniej nie zwróciła na to uwagi.
- Niewiele potrzebuję - wyjaśnił z uśmiechem, jakby czytał w myślach. - A ty przecież wracasz z pielgrzymki.
Przez chwilę trzymał jej dłonie w swoich. Czuła bijące od niego ciepło. Chciała powiedzieć, że będzie tęsknić, ale w ostatniej chwili zabrakło jej śmiałości.
- No, idź! - szepnął. - Dziękuję za wszystko.
5.
Dochodziła już do kas, gdy usłyszała swoje imię. Zawołane? Jakby wyszeptane, ale na tyle głośno, że usłyszała. Ariel! Skąd się tutaj wziął?
- O nic nie pytaj - rzekł półgłosem, gdy podeszła. - Chodź za mną.
Poprowadził ją na peron, potem labiryntem przejść podziemnych i naziemnych, aż zupełnie straciła orientację. Co jakiś czas rzucał ukradkowe spojrzenia, sprawdzając, czy idzie za nim.
W jego wzroku widziała równocześnie błaganie i nakaz. Nie mogła nie posłuchać.
W pewnym momencie zorientowała się, że są na dworcu autobusowym. Ariel zwolnił, pozwalając, by się z nim zrównała.
- Masz na wierzchu pieniądze na bilet? - rzucił w przestrzeń. - Możesz mi dać? Idź prosto, nie zatrzymuj się. To ważne.
Nie rozumiała, o co mu chodzi. Za pół godziny ma pociąg, czemu on wyprowadził ją na PKS? Sięgnęła do zawieszonej na szyi saszetki z dokumentami. Chłopak wyprzedził ją o pół kroku i wsiadł do jednego z gotowych do odjazdu autobusów.
Odruchowo zrobiła to samo. Wziął od niej pieniądze i duży plecak, prosząc, by zajęła mu miejsce, a sam zaczął półgłosem rozmawiać z kierowcą.
Znalazła dwa miejsca obok siebie i ledwo żywa osunęła się na siedzenie. Po całym dniu było jej już wszystko jedno, dokąd jedzie. Ważne, że wreszcie może pozbyć się bagażu, oprzeć głowę i przymknąć oczy.
Silnik zawarczał, a Róża poczuła zapach drożdżówek. Aż ją skręciło z głodu.
Ciąg dalszy w wersji pełnej